Rady dla 43-letniego emeryta.

 Kiedy Tomsi zapytał o radę „Co proponujesz 43 latkowi, z bólem lędźwiowym, który przeszedł na emeryturę. Ma dwoje dzieci w wieku szkolnym, nie musi dorabiać by godnie żyć, czuje się znacznie lepiej niż kiedy pracował, wysypia się, bo nie budzi się w nocy z wiecznym pytaniem czy napewno wszystko ogarnął (20 lat intensywnej roboty przy biurku i w terenie od 6.00 do 18.00 a często dłużej, praktycznie bez urlopu dłuższego niż 3 dni)?” wielu z Was pewnie pomyślało – chciałbym mieć tylko takie problemy. Ale pytanie jest ważne. Znam kilku 40-letnich emerytów, który nie dźwignęli wyzwania i albo wrócili do pracy, albo utonęli w butelce. Wczesna emerytura nie stanowi bowiem leku na całe zło świata, lecz potrafi obudzić zagłuszane w pośpiechu demony.

W komentarzu dałem trzy rady:

1. Cieszyć się życiem.
2. Zadbać o zdrowie.
3. Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć.

Teraz czas je rozwinąć.

Cieszyć się życiem. Akurat ta prawda jest uniwersalna. Należy zacząć od doceniania własnych osiągnięć i tego, co się ma. Już wymienione przez Tomsiego punkty (wczesna emerytura, rodzina, spokojny sen, brak konieczności dorabiania) stanowią niedościgłe marzenie Jego rówieśników. Warto spojrzeć na życie z tej perspektywy. Jest dobrze.

A potem zaplanować sobie (i bliskim) tzw. małe przyjemności, czyli rzeczy i działania, które nie wymagają jakiś wielkich wyrzeczeń, nakładów, ale uprzyjemniają życie. Przysłowiowa kawa na tarasie o poranku, popołudniowa drzemka w hamaku, wieczór z książka, obserwowanie aktywności sportowej dzieci, kolacja z żoną. Każdy ma swoje rytuały i warto się ich trzymać. Żyć dniem dzisiejszym.

Na koniec spełnienie marzeń. Wszyscy je mamy, ale wymagają zwykle dwóch rzeczy: czasu i pieniędzy. Patrząc z perspektywy 43-letniego emeryta, czasu nie powinno zabraknąć, a kapitał też istnieje. Zaczynamy od stworzenia listy, a potem odhaczamy kolejne punkty. Kiedy, jak nie w okolicach 40-tki, kiedy zdrowie jeszcze niezłe.


Zadbać o zdrowie. Niby nic wielkiego, ale ogólna prawda brzmi tak: po czterdziestce zdrowie zaczyna się psuć, zwłaszcza jeśli dopuściliśmy się zaniedbań. Ostatnio rozmawiałem z moim rówieśnikiem-klientem (mechanikiem samochodowym) oraz nieco starszym weteranem korpo na wysokim stołku. Obaj opisali dokładnie takie same objawy: budzenie się w nocy z myślą „czego jeszcze nie zrobiłem, czego nie dopilnowałem”, w zasadzie z planem na cały dzień. Tak działa przewlekły stres i doświadcza go zarówno mikroprzedsiębiorca jak i biały kołnierzyk. A takie stałe napięcie wywołuje: nadciśnienie, cukrzycę, wyrzuty koryzolu (zespół Cushinga), bóle kręgosłupa i cały zestaw chorób, które nas dotykają. Emerytowi będzie to oszczędzone.

Natomiast istnieje różnica pomiędzy „brakiem choroby”, a „zdrowiem”. Tutaj warto popatrzeć nieco inaczej. Pójść na badania, postawić na profilaktykę i dużo ruchu. Absolutnie nie zamykać się w czterech ścianach.

Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć. Wreszcie ostatni punkt. Pracuję z wieloma ludźmi, którzy skorzystali z wcześniejszej emerytury (była mundurówka, górnicy). Praktycznie wszyscy poszli do drugiej pracy. Poza finansami (brak stabilnej sytuacji) przyczynę widzę w braku zajawki. Oni po prostu nie wyobrażali sobie bezczynności. W mojej ocenie emerytura wcale nie musi do niej prowadzić, nie trzeba siedzieć w fotelu, albo patrzeć w gwiazdy. Postawmy na zajawkę. Czym ona jest?

Otóż zajawka to działalność nie nastawiona na zysk (a często wręcz kosztowna), dająca nam satysfakcję i poczucie spełnienia. Najprostsza rzecz – hobby. Od wędkowania, przez sport, aż do ogrodnictwa. Każdy z nas lubi inne przyjemności. Znam człowieka, który dostał rentę z powodu ciężkiej niewydolności serca i otyłości. Kiedy lekarz zagroził mu powolną i bolesną drogą do śmierci, wsiadł na rower. Teraz waży w normie i jeździ na rowerze po 50 km dziennie. Poza tym – wolontariat. Jeden gotuje w kuchni dla bezdomnych, inny opiekuje się psami, albo pomaga w domu opieki. Dla każdego coś się znajdzie, byle z rozsądkiem.

Zastanowienie się nad tymi trzema pomysłami pozwoli nam zreorganizować życie, nadać mu sens bez pracy. Na koniec gorąco polecam „Pieniądze albo życie” jeśli jeszcze tego nie czytaliście.

Idzie wiosna, przygotuj … drewno na zimę. O sztuce zapobiegliwości.

Wielu ludzi działa tak – we wrześniu przypominają sobie, że idzie zima, więc trzeba kupić drewno. Idą do składu, zaopatrują się w wysuszone. Obecna cena – nawet 700 zł/m2. To nie ma sensu.

Starzy wyjadacze i oszczędni robią inaczej. Stosują jedną z 4 metod.

Metoda 1. Najtańsza. Nie zawsze możliwa. Ścięcie własnych drzew zimą, porąbanie na ćwiartki i ich suszenie w stosach i wykorzystanie po dwóch sezonach (drzewo ścięte w styczniu 2026 r. wykorzystujemy w sezonie grzewczym 2027-2028). Koszt? Tyle co eksploatacja piły i przyczepy. Ok. 50 zł/m3.

Metoda 2. Tania. Kupujemy drewno w Lasach Państwowych, ścinamy i przewozimy na działkę. Tam tniemy, rąbiemy na ćwiartki i ponownie suszymy przez dwa sezony. Koszt? Do poz. 1 dodajemy 150 zł. Ok. 200 zł/m3.

Metoda 3. Klasyczna. Dalej LP, ale kupujemy drewno w wałkach. Tylko przewieźć, pociąć i porąbać. Suszyć jw. Tym razem cena będzie wyższa – ok. 300 zł/m3.

Metoda 4. Na lenia. Kupujemy w składzie mokre i porąbane drewno. Zostaje nam tylko suszenie. Cena 500 zł/m3.

Jak widzicie, zapominalstwo i wygoda kosztuje całkiem sporo. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy potrzebujemy 10 m3. Różnica pomiędzy suchym drewnem we wrześniu a najtańszym kupionym(samowyrób) wyniesie 6000 zł. No i w składzie nadal nie mamy pewności, czy nie wcisnęli nam niedosuszonego szajsu. Kilku moich znajomych nacięło się w takiej sytuacji – teraz wolą brykiet po 1300 zł/tonę. No, ale samowyrób drewna z LP, jego suszenie na działce nadal wyjdzie sporo taniej. Spóźnialscy i lenie zapłacą frycowe.

Król na zasiłkach. Model oszczędnego milionera.

Pewnego razu napisałem wprost – zasiłki są lepsze od pracy. Czy ja również mógłbym (z żoną) tak żyć? Spróbujmy policzyć. Nie chodzi rzecz jasna o zrównoważenie moich dochodów z pracy – to niemożliwe, ale o pewien łatwy model życia przez pewien czas. Popatrzcie. Zaczynamy kombinację.

Starszy syn poszedł z domu – jest studentem. Na potrzeby tego wyliczenia – dostanie 1500 zł stypendium socjalnego. Ponieważ będzie miał swoje mieszkanie – da się radę utrzymać za taką kwotę. My jeszcze dostaniemy świadczenie rodzinne (sto kilkadziesiąt złotych) i damy mu je do ręki.

Młodszy – całkiem na swoim.

Najmłodszy – uczeń. Na niego dostaniemy 800+, również rodzinne 124 zł. Suma 924 zł.

Moje dochody. Renta, którą pewnie bym dostał, jako przynajmniej częściowo niezdolny do pracy – 4300 zł netto.

Dochody żona. Jej renta się nie kalkuluje. Bierze najpierw zasiłek chorobowy (ok. 4000 zł), potem rehabilitacyjny (średnio 3000 zł), potem wraca do pracy na pewien czas (12 miesięcy), żeby powtórzyć cały cykl trwający 2,5 roku. Potem ma zasiłek dla bezrobotnych (1300 zł), opiekę nad chorym ojcem itp. Tak da się dotrwać do emerytury.

Nawet bez innych zasiłków i dodatków, mielibyśmy jakieś 8000 zł (średnio) ze świadczeń państwowych. Na życie spokojnie wystarczy. Oczywiście to w dużej części zasługa naszej wcześniejszej pracy (w rencie mogę wybrać sobie 10 najkorzystniejszych lat do podstawy, więc miałbym ją wysoką), ale także lawirowanie, kombinowanie, rzeźbienie. Wielu zdecyduje się dopiero w ostateczności.

Ogrzewanie starego domu na wsi. Zamieniam kominek na… kominek.

W poprzednim wpisie opisałem różnice w użytkowaniu klimatyzacji i kominka w starym domu. Ponieważ planuję bywać na miejscu znacznie dłużej niż kwiecień-październik, czas na udoskonalenia systemu, który w warunkach -5-20 st. C kompletnie się nie sprawdzi. Stary kominek miał małą moc – oddawał 4 KWh, no może 5 KWh jeżeli wezmę pod uwagi zyski z komina. Ale przy sprawności 60% wymagał dostarczenia 6-7 KWh energii z drewna (1.5 kg na godzinę).

Zmiana miała polegać zastąpienia kominka, kominkiem. Tylko tym razem z płaszczem wodnym (de facto glikolem, żeby nie zamarzał) i podłączeniem do grzejników. Trzeba będzie stworzyć instalacje c.o. Przy obecnych stratach ciepła plus planowanych niższych temperaturach, nominalna moc urządzenia – 20 KW. Gdybym kiedyś ocieplił dom, lub planował wykorzystywać go w 100%, po prostu zapalę rzadziej. Oto cała filozofia.

Zacznijmy od kosztów. Te okazały się niemałe – mam już wstępny kosztorys – 30 tys. zł plus obudowa kominka i materiał na instalację (bufor już mam) po mojej stronie. Cóż było robić, przyjąłem. Ponieważ zyskam tym sposobem niewyobrażalny komfort. Na wiosnę (kwiecień-maj) będę tylko przepalał zamiast palić ciągle, mogę też praktycznie (utrzymując 17 st.C) wyłączyć 3 sypialnie na piętrze, i spać na dole, w niewielkim pokoju. Wtedy ogrzeję tylko 80 m2. Podobnie do 1 listopada. Późną jesienią i zimą (od 1 listopada do 20 marca) palenie musi być już regularne.

Zyskiem z całej inwestycji będzie obniżenie kosztów. Ogrzanie tak wielkiego domu gazem (jest przyłącze, można było podpinać), wydawało się bezsensowne, ponieważ ogromne straty ciepła wydrenowałyby kieszeń (12.000 zł – dzisiaj). Tymczasem drewno (30.000 KWh=108 000 Kj=10m3=2400 zł przy samo-wyrobie) okazałoby się znacznie tańsze. Machnąłem zatem ręką na konieczność palenia. Trudno. Stąd kominek.

Czy miałem jakieś alternatywy? Raczej nie. Gaz już omówiłem. Węgiel oznaczałby kary (ETS2) i nie miałem miejsca na kotłownię. Pompa ciepła – niepewna w przypadku braku energii i nieekonomiczna (porównaj doświadczenia kuzynki i moje). Stąd drewno. Akurat w postaci kominka. W pewnym wieku alternatywą okazałby się piec na pellet albo zgazowujący. Ale i on wymagał wydzielenia miejsca na kotłownię. No i te koszty.

Ogrzewanie wakacyjnego domku klimatyzacją czy kominkiem?

Dzisiaj poruszam temat, o którym wielu moich rówieśników zaczyna myśleć. Kupują domek wakacyjny (albo adaptują chatę po dziadkach) z zamiarem spędzenia tam więcej czasu w lecie. A w zasadzie od kwietnia/maja do września/października. I wtedy pojawia się problem – ogrzewania.

Wiadomo, dom po zimie jest wychłodzony (znacznie bardziej w przypadku murowanego, jak mój). W starym, nieocieplonym, także jesień wymaga podnoszenia temperatury. Tutaj lepiej wypada cegła, która, w przeciwieństwie do drewna akumuluje ciepło. Dlatego, o ile nie dopuścimy do wychłodzenia, możemy mieszkać dłużej.

Zmieniające się warunki (ceny prądu), wyrzuciły w zasadzie poza nawias tzw. farelki, kominki elektryczne i grzejniki olejowe. Na placu boju pozostały kominki (kozy) na drewno oraz klimatyzatory/rewersyjne pompy ciepła. I nad nimi pochylimy się dzisiaj. Opiszę pewne doświadczenia.

Mój wiejski dom, stary dworek, został po wojnie podzielony na dwa niezależne lokale. Jeden, należący do moich kuzynek liczy: 2 pokoje, łazienkę, kuchnię, werandę i nieogrzewaną wieżę (tak, kiedyś był to dworek myśliwski i 10m wysoka wieża na wzgórzu zastępowała ambonę, dzisiaj przerosły ją drzewa) o powierzchni ogrzewanej ok. 80m2. Moja część wygląda nieco inaczej: 5 pokoi, kuchnia, 2 przedpokoje, 2 łazienki, mała weranda i sień, do tego na dwóch poziomach. Po prostu 30 lat temu nadbudowano poddasze i teraz mam po podłodze (bez werandy) ok. 150 m2. Grzeję jednak tylko salon, łazienkę, przedpokój i 2 sypialnie (jedna przylega do salonu, druga leży nad nim), w sumie też ok. 80 m2.

Moja kuzynka spędza tam z mężem i psem czas od lipca do połowy października, a wcześniej i później przyjeżdża bez nocowania. No i ma klimatyzację. Zużycie prądu ok. 2500 KWh, głównie aby nagrzać dom wiosną i utrzymać temperaturę we wrześniu/październiku. Przy obecnych cenach (ok. 1,2 zł/KWh x 2500 = 3000 zł).

Ja z kolei zostawiłem kominek na drewno. 4 KWh – stara generacja. Nie ma porównania do wydajności dzisiejszych modeli. Krótko mówiąc spalają znacznie więcej paliwa, czyli ich sprawność wynosi może 60%. Dokonując obliczeń zużycia drewna mogę powiedzieć, że 3 dość chłodne dni (nad ranem +3-5 st. C) wymagały palenia po 14 h na dobę i spalenia ok. 60 kg drewna. Ile to jest? 0,045 m3. Przeliczając to na miesiąc mamy ca. 1800 kg i 1,35 m3. Na dwa miesiące grzania – 2,7 m3. Ponownie przeliczam.

2.7 m3 x 0 zł =0 zł. To opcja z własnym drewnem.

2.7 m3 x 500 zł=1350 PLN. To opcja z drewnem kupionym w składzie.

2.7 m3 x 200 zł =540 PLN. To opcja z drewnem kupionym od Lasów Państwowych do samodzielnego przygotowania.

Drewno miałem swoje. Teraz plan na wiosnę to dołożenie nagrzewnicy w typie weba sto.

Tu słowo komentarza. Teoretyczny COP klimatyzatora wynosił ok. 3,5, a sprawność kominka 60%. Dlaczego więc klimatyzator zużył 2500 KWh, a kominek potrzebował 8000 KWh? Jak to mówią „Powinno wyjść inaczej”. Przyczyn było kilka. Pierwsza – klimatyzator używano także do usunięcia wilgoci. Druga – COP teoretyczny ma się nijak do rzeczywistego. W temperaturach bliskich zera, spada.

Niezależnie jednak od przyczyn, klimatyzator okazał się sporo droższy w eksploatacji. Miał jednak pewne zalety. Zwłaszcza w tej sytuacji. Moja kuzynka-emerytka, średnio nadaje się do noszenia drewna, dorzucania. Jej mąż z kolei sporo pracuje. Są dni, że wyjeżdża przed 8, a wraca o 18. I tu klima daje doskonałe rezultaty. Nie wymaga żadnej obsługi poza naciśnięciem guziczka. Dzięki synowi kuzynki, oraz światłowodowi, da się całą maszynerię włączać zdalnie. Pracuje też w nocy.

Kominek nie daje takiej szansy. Trzeba rozpalać, dokładać, przynieść drewno, wynieść popiół. Stąd musi mieć większą moc, zwłaszcza w okresie zimy. Teraz mały problem, ale komu się chce wychodzić w listopadzie czy lutym? Albo gdy mamy 75 lat. Efekt zmian temperatury także niezbyt ciekawy. Kiedy szedłem spać na piętro o 21, dołożyłem po raz ostatni (tak na godzinę palenia). Zszedłem na dół o 6.30 (po 9.5 godziny) i temperatura spadła o 1 st. C. W mojej sypialni o 2 st. C (nieocieplone poddasze, ciepłe powietrze dociera tam grawitacyjnie, przez rurę wyprowadzoną obudową nad strop). Pomimo 5 st. C na zewnątrz, w sypialni nadal było ciepło 22 st. C. Ale przed zaśnięciem 24 st. C. Ta niedogodność, znana wszystkim użytkownikom pieca/kominka/kotła na paliwo, uaktywnia się zwłaszcza w przypadku dłuższych nieobecności (gdy wyjechałem w poniedziałek o 16, a wróciłem w czwartek o 18, spadek wyniósł 4,5 st. z 21 do 16,5). Kto pracuje 8h i musi dojechać powinien przygotować sobie ciepłą bluzę i futrzane kapcie. Dla niektórych tę wadę równoważy zaleta powrotu do dzieciństwa, ogień po prostu jest przyjemny.

Na koniec wróćmy do kosztów. Dla większości z nas, przy weekendowym używaniu te 3000 zł różnicy (albo tylko 1700 zł) nie zrobi żadnej różnicy, bo mówimy o okresie kwiecień-październik. Wygoda zwycięży. W obliczeniach pominęliśmy jeden aspekt – koszty inwestycji. Otóż, większość gotowych domów ma już albo kominek albo piec. W obu przypadkach nie trzeba nic inwestować. Kupując klimatyzator i dwa odbiorniki trzeba się liczyć z wydatkiem 8-12 tys. zł. A z tym już może być gorzej. Dochodzi jeszcze nieprzewidywalność cen prądu. Dlatego kupując stary, a jeszcze niezły dom, użytkując go weekendowo, kominek zostaje. O moich planach – w kolejnym wpisie.

Co posadzę na podwyższonych grządkach?

Idzie wiosna. Podwyższone grządki czekają na wypełnienie materiałem (zrębki drewna, obornik i ziemia kompostowa) i obsadzenie. Co planuję?

Grządek powstało 7. Każdemu, kto liznął matmy w szkole podstawowej łatwo policzyć:

1.2 m x 0,8 m x 7szt. = 6,72 m2.

Musicie jednak wiedzieć, że w przypadku grządek podwyższanych powierzchnię liczy się zupełnie inaczej, ponieważ da się wykorzystać miejsce nawet 3-4 krotnie. Popatrzcie.

W połowie marca (czyli zaraz) siejemy nowalijki na zbiór w maju (sałata, rzodkiewka). Do skrzyni łatwo przymocować folię, a nawet przykryć starym oknem (i mamy bieda-inspekt).

W maju, wskakują warzywa ciepłolubne: ogórki, papryka, bakłażany i też idą pod folię. Siedzą tam do końca lipca/początku sierpnia.

W sierpniu zastępuje je fasolka szparagowa na wrześniowy zbiór (znowu – folia znacznie go przyspieszy).

Na koniec (wrzesień i krótki dzień) ponownie siejemy te rośliny, które go lubią.

`Do tego, żeby lepiej wykorzystać przestrzeń (i ponieważ można), rośliny sadzimy gęściej niż na zwykłej grządce. I teraz patrzcie na wyniki. Jeden z ogrodniczych polskich youtuberów podał je w filmie. 750 kg z 42m2. Tutaj mamy ok. 7 m2. Przeliczając – ponad 100 kg. Nieźle. Porównując z plonami z gruntu, musiałbym mieć ok. 60-70 m2 prawdziwej grządki.