Segmentacja rynku mieszkań i co z niej wynika.

W tym przypadku słowa „mieszkanie” używam w znaczeniu „lokal mieszkalny” czyli może być też i dom. Pokazując badania banku CA https://www.money.pl/gospodarka/w-polsce-przybywa-niechcianych-mieszkan-ekspert-wystarczy-wyjechac-nieco-za-warszawe-7215399310289568a.html?utm_term=post&utm_campaign=fbmoney&utm_medium=Social&utm_content=moneyEBX&utm_source=Facebook&fbclid=IwY2xjawNy6WhleHRuA2FlbQIxMABicmlkETBvcVBEMGNyUHVwdXJDdHBVAR51oF257OjY4fEbpBOO8WIoBjDa3bFhm1ZsSqZZhBEM19Oyhii4VodnfBlPCA_aem_kiAi8BbjKITq-sIZ0EtoHA&brid=e_Pd2wg5ucu5cUAg5ahviA#Echobox=1761608049

przywołane przez Money.pl mamy szansę trochę pokombinować.

Tezy wyglądają tak:

W bliskiej przyszłości zaistnieje Polska mieszkaniowa dwóch, albo nawet trzech prędkości wzrostu cen na najbliższe 20 lat. Big Five, przedmieścia – dalsze wzrosty. Średnie/Duże miasta i ich otoczenie – spadki. „Daleko od szosy” – domy za 1 zł.

A nauka dla nas. No cóż, jeśli faktycznie Polska w 2045 r. oznaczać ma 40% emerytów i znikomą liczbę dzieci, nie warto kupować nieruchomości. Zawalą się pod ciężarem dramatu demograficznego oraz z powodu braku remontów (polski emeryt nie ma siły ani kasy). Po śmierci seniorów – zostaną puste.

I teraz popatrzmy, czy na pewno?

Antyteza 1. A co z imigracją? Przyjazd 2 mln Ukraińców sporo zmienił. Jeśli wejdą do UE, temat przyspieszy. W końcu u nas pensje lepsze, warunki pracy i infrastruktura także. Mogą ożywić tereny 40-50 km od wielkich miast. Kupią tanio, jak Polacy domy za 1E na Sycylii. Remontów się nie boją.

Antyteza 2. Praca. Problemem na prowincji (polskiej i włoskiej) jest głównie brak pracy i wysysanie siły roboczej przez metropolię. Gdyby proces udało się odwrócić, niskie ceny pod Siedlcami mogą się okazać atutem.

Antyteza 3. Zmiana stylu życia. Ten punkt to prawdziwy game changer. Gdyby te wiejskie domy zmienić na weekendowe? Przecież ten proces już się dzieje. Upowszechnia się kultura prepersko-survivalowa (wojna za progiem może ją wypromować)? Slow life. Równowaga, spacer po trawie przed zachodem słońca. Tego nie ma w mieście i nigdy nie będzie. Nierealne? Już teraz ceny podbijają „siedliska w środku lasu” droższe często od tych z centrum wsi.

I ekonomia codziennych oszczędności. Ale to temat na inny wpis.

Pomiędzy biedą a zamożnością. Czy da się wyrwać z zaklętego kręgu klasy niższej?

Jeszcze 10 lat temu udzieliłbym odpowiedzi zdecydowanie twierdzącej. Teraz, po tych wszystkich zmianach na świecie (od cyfryzacji i amerykanizacji usług do wojny za progiemn) jestem bardziej ostrożny. Skoro autorytarni populiści doszli do władzy w 1/4 krajów Europy, a szykują się na kolejne, przyszłość nie wygląda wesoło.

Dla osób urodzonych w gorszych warunkach, bez wsparcia rodziców, nastały ciężkie czasy. Znacznie trudniej niż przed 1-2 dekadami spełnić „polski sen” (domek na przedmieściu dużego miasta, albo chociaż 3-pokojowe mieszkanie + dobre auto + dwójka dzieci + pies). Z kilku powodów.

Populiści rządzący Polską przez 8 lat doprowadzili do sytuacji, w której wartość pieniądza zanurkowała. Ich następcy patrzą na sondaże i płacą coraz większe odsetki od długu. Nieruchomości podrożały drastycznie (ponad 100%), podobnie jak większość usług (od prywatnego szkolnictwa, przez leczenie aż do budowlanki). Nawet chleb jest 3 razy droższy. Samochody, tylko 100%. Co robić?

Rada 1. Nie dać się unieść fali. Współczesny konsumpcjonizm, kulturę nadmiaru porównamy do fali morskiej. Im wyższa, szersza, dłuższa, tym trudniej się przed nią obronić. Jeden upadek pociąga za sobą następne. Wokół wszyscy żyją podobnie.

A tu właśnie trzeba inaczej. Stosować stare zasady naszych babć. Zostać trochę z tyłu. Prowadzić budżet, starać się kupować lokalnie, rzeczy dobrej jakości za rozsądną cenę. W barterze, za gotówkę. Raczej kupić i przeczytać książkę niż karmić cyfrowego molocha Netflix+Meta+…. . Nie wyrzucać lecz reperować. Postawić na więzi, małe społeczności, a nie na odległych cyfrowych znajomych. Odrzucić „wygodny” najem albo „współdzielenie” na rzecz własności.

I codziennie oddalać się od Matrixa. Takie działania łatwiej podjąć klasie średniej, ponieważ w domach dostali solidną edukację, o skutkach odroczenia przyjemności doskonale wiedzą. Rozumieją skutki wszelkich konsumpcyjnych szaleństw od znajomości z Tindera, aż po 1 mln kredyty na kawalerkę w centrum Warszawy czy Sopocie.

Rada 2. Wybrać odpowiednie miejsce do życia. Mega ważna decyzja – gdzie osiądziemy. Każda lokacja ma wady i zalety. Pytanie, które przeważą. Na blogu proponuję wybranie wsi czy niewielkiego miasta zamiast aglomeracji. Tak po prostu żyje się łatwiej i nie ma takiej presji jak w Big Five. Brakuje też wielu atrakcji.

Pokolenie 50+ wybrało drogę z małych miast do stolicy. Wielu udało się zapuścić korzenie i stworzyć dobre podstawy bytu. Zakorzenić się. Ale z czasem stawało się to trudniejszym. Patrzę np. na rodzinę – pracowniczka służb społecznych + mąż-ekonomista. 3 pokoje na kredyt – Białołęka. Dojazdy do pracy. Męka korków. Ich syn, niespełna trzydziestolatek, wybrał przeprowadzkę do rodziny żony na południowe Podlasie. Pracuje jako kucharz w niewielkiej knajpie. Ona gdzieś w handlu. Pensyjki skromne, ale i wydatki niewielkie. No i spokojne życie. Dzieci z babcią, dziadkowie oddali młodym piętro w domu. Win-win.

I ludzie z klasy niższej mogą iść tą drogą. Często idą. Wyobraź sobie kierowcę rozwożącego pieczywo małym busem. Ile zarobi? 4-5k, pewnie dokładnie tyle. Czy utrzyma się w dużym mieście z czynszem najmu 3k i żoną na minimalnej? Sądzę, że będzie trudno. A u dziadków na wsi? Bez problemu. Tu nawet żona może nie pracować. Coś dołoży państwo, jedzenie rośnie w ogrodzie (nie samo, wymaga sporo pracy). Nie trzeba „weekendowego resetu”, bo i po czym. Koszty domu rozkładają się na dwie rodziny, więc wychodzi sporo taniej niż w mieście. A nadwyżki pozwalają na inwestycje.

I teraz uwaga – nie słuchać mnie ślepo, tylko liczyć. Oświetleniowiec eventowy potrzebuje miasta, ale już stolarz – absolutnie nie. Tak samo w klasie średniej.

Rada 3. Oszczędzać i inwestować. Przejście z klasy do klasy nie koncentruje się na pensji. Złotówki nie są znaczone. Czy lepiej mieć wysoką pensję czy dochód z inwestycji? No chyba jednak inwestycje i kapitał pewniejsze. Zwłaszcza w klasie niższej.

Ale inwestując, należy uważać, żeby nie popaść w dwa skrajne błędy, o których opowiadają „Pamiętniki włościan”. Pierwszy – kupowanie drogo (zły timing), co obniża stopę zwrotu, drugi – nadmierna ostrożność. Chłop sprzed stu lat miał dwie opcje: ziemia i złoto. Ziemia dawała mu chleb i poważanie. Tylko przy takich cenach + kredycie, znalazł się dokładnie w tym samym miejscu w jakim był korposzczur kupujący w 2007 r. 5 mieszkań inwestycyjnie na kredyt we frankach. Po załamaniu zabrakło mu płynności i gotówki na raty. Wtedy Żyd (a współcześnie bank), zabierał „inwestycję”.

A duża ostrożność? No cóż, trzeba kupować w dołku. Tylko tak zrobić najtrudniej. Nikt się nie spiera, że lepiej było kupić w 1933 r., niż w 1927 r., ale kto tak robił? Bo w dołku panuje strach. Zwłaszcza w gromadzie i wśród ludzi, którzy myślą grupowo.

Rada 4. Wybierać wykształcenie, które da lepszą pensję.

Przez wieki były to studia. Teraz niekoniecznie. Znam dwie przyjaciółki. Jedna skończyła szkołę, potem studia, poszła do urzędu na pensję (obecnie) 6-7k. Druga skończyła technikum gastronomiczne i otworzyła biznes turystyczny. Dzisiaj zarabia 30-40k/m-c. Obie startowały z tego samego punktu. Obie równie pracowite. Zdecydowało wykształcenie – wyższe wcale nie stało się przepustką do zamożności.

I mógłbym przykłady mnożyć. Dzisiaj na moim dachu siedzi blacharz. Popracuje 2 dni i zarobi 3k na czysto (1,5k dniówki). Przy 22 dniowym miesiącu pracy – 33k. Przy 15-dniowym – 22k. Nie martwi się niczym, poza złą pogodą i awarią busa. I teraz porównaj jego sytuację i możliwości z pracownikiem korpo zarabiającym 10k netto miesięcznie, którego dzienna stawka wynosi 0,5k dziennie. Jaki sens kończyć, przykładowo ekonomię, poświęcać kasę, uczyć się do 24 r.ż , żeby zarabiać 3 razy mniej niż gość, kończący edukację w wieku 16 lat i jako 20-latek posiada praktykę? Żaden. Podobnie jak praca za 33k jako blacharz po skończeniu ekonomii.

Dlatego, poza niewątpliwymi zaletami socjoekonomicznymi (np. postrzegania oczekiwań jako rodzica w szkole) oraz pracą w cieple, trudno mi znaleźć argumenty do pracy za 1/3 stawki po poświęceniu na naukę 8 dodatkowych lat. Dodatkowo, przedstawiciel klasy niższej będzie zmagał się w korpo z ciągłym brakiem kapitału kulturowego. Wybiją się jednostki, a my mówimy o szansach statystycznych.

Dlatego przeciętnie – lepiej zostać blacharzem za 22k/m-c i pracować 3-4 dni/tydzień niż zarabiać 10k przez 5 dni i jeszcze czekać na łaskawy urlop. A zwłaszcza gdy mamy zdrowie i predyspozycje do takiej pracy.

Rada 5. Pracować. Blacharz, żeby coś zarobić, musi pracować. Korposzczur może markować pracę. I tu też tkwi różnica. Rzemieślnik-partacz, wiecznie nawalony bumelant szybko zostanie zweryfikowany przez rynek.

Dlatego, wydostając się z klasy niższej, trzeba ciężko pracować. Na pocieszenie – podobnie jest z przejściem do wyższej. O ile nie wygramy w Lotto (ale to już temat na inną opowieść).

Stosując się do tych pięciu rad człowiek z klasy niższej ma szansę dostać się do średniej. I tego wszystkim życzę.

Anty-samowystarczalność. Jeszcze o idei, która jest mi obca.

Dzisiaj publikuję poświąteczną refleksję, przygotowaną wstępnie w grudniu 2025r. Dwa powidoki tego, jako obecnie wygląda przygotowanie potraw i do czego wszystko zmierza.

Obraz 1. Wigilia w pracy. Mała grupa pracowników mojego działu organizuje sobie co roku drobne przyjęcie przed-Wigilijne. Każdy przynosi coś swojego. Dokupowano tylko napoje, chleb, łososia. Tak było jeszcze w zeszłym roku. Trochę zmienił się skład i … szeroko otworzyłem oczy. Do grupy doszły ostatnio 4 młodsze ode mnie o ponad dekadę, ale i starsi zmienili zwyczaje. Dlatego:

  1. Większość produktów (połowa ciast, barszcz, pierogi, sałatki) pochodziła ze sklepu lub garmażerki.
  2. Barszczu Krakusa w kartonie nie udało się nawet podać (wystrzelił w kuchence mikrofalowej).
  3. Dzięki żonie byłem jedyną osobą, która przyniosła wyłącznie dania domowe (każdy miał listę z 2 „potrawami”). W przypadku kumpla, świeżego rozwodnika, nie dziwił asortyment „chleb+łosoś wędzony”, ale już nasz rówieśnice z pierogami z garmażerki nieco mnie zszokowały.

Żeby nie było, podobnie miała moja żona. Na 6 osób, tylko ona przyniosła „swojskie”. Królowały: Biedronka + garmażerka.

Obraz 2. Cennik dań wigilijnych. W sobotę, 27.12. poszliśmy z psem na spacer i uzupełnić zapasy pieczywa. Ja zostałem z kundlem, a żona zeszła do piekarni. Nudząc się, czytałem menu, zlokalizowanej blisko lubelskiego Mordoru garmażerki. I oczy wychodziły mi z orbit:

  • uszka – 150 zł/kg,
  • śledź w oleju – 65 zł/kg,
  • pierogi z kapustą – 45 zł/kg.

Więcej nie zapamiętałem.

I teraz refleksja. Kiedy zmienił się świat? Czy ja coś przegapiłem? Ludzie serio zapraszają rodzinę i serwują im uszka ze sklepu, ani nie potrafią zrobić śledzia w oleju? No właśnie, nie potrafią, czy idą po linii najmniejszego oporu? Nie chce im się. W dobie programów kulinarnych, internetu, kiedy prawie każda gospodyni z klasy średniej ma Thermomix-a lub przynajmniej Lidlomix-a?

Drugą stroną pozostaje cena. Przecież śledzie kosztują 40 zł w detalu. Do tego olej – kilkanaście. W przypadku uszek przebitka wychodzi jeszcze większa (połowa mąka – 2 zł/kg, reszta woda, sól, jajko, grzyby – najdroższe może 50 zł/kg).

W tym wszystkim gdzieś gubi się magia spotkań z rodziną. To już jest kompletna anty-amowystarczalność. Sklep/buda z żarciem dostarcza nawet potrawy na Wigilię do biur i do domów. Kupujemy wszystko, płacąc za to drożej niż kiedyś. Wymiana sąsiedzkich przysług gwarantowała brak podatków. Uszka kosztują 150 zł/kg (koszt produktu 30zł/kg, a przy samodzielnym zbiorze grzybów 5 zł/kg) ponieważ:

  • trzeba zapłacić pracownikom, ich pensje, ZUS, NFZ, PIT,
  • właściciel lokalu domaga się czynszu, elektrownia, spółka wodno-ściekowa, śmieciarze też wezmą swoje,
  • na koniec własne podatki i składki przedsiębiorcy.

Kiedyś wystarczyła babcia, ciotka, sąsiadka, której dostarczono „na wymianę” coś innego, albo zwyczajnie przyjęcie składkowe.

Chwilę później czytałem „Five acres and Independence” i „Living a good life” i przeniosłem się do innej epoki.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.

Dwa słowa o wychowywaniu dzieci.

Temat wywołał Kamil w jednym z grudniowych komentarzy, a teraz ja dorzucam swoje trzy grosze.

Otóż samo pojawienie się w dyskusji słowa „dzieci” staje się okazją do gównoburzy. Jak to możliwe? Ponieważ nastąpiło przesunięcie paradygmatu i rozrost wymagań, wychowanie wg współczesnych trendów faktycznie zabiera mnóstwo czasu.

Poruszając się po drodze życia, pokażmy te zmiany. Niektóre na lepsze. Od razu zaznaczam, opisuję pewien medialno-dyskursowy standard, a nie historię każdej z rodzin.

Wszystko zaczyna się od „planowania”. Kiedyś dzieci po prostu się rodziły, powstawała mniej lub bardziej formalna para, i naturalnie pojawiały się maluchy. Dzisiaj muszą zostać dokładnie wpasowane w grafik i plan na życie. W efekcie pojawiają się coraz później, kiedy mamy mniej energii. 20 lat temu czterdziestolatek zostający ojcem po raz pierwszy, wyglądał jak biały kruk, ktoś go widział, ale czy na pewno. Plus – przygotowanie na dziecko, od kwestii psychologicznych do dbania o wyniki badań, wygląda teraz o niebo lepiej, stąd mniej problemów zdrowotnych.

Potem nadchodzi poród, dziecko pojawia się na świecie i zaraz staje się centrum wszechświata dwójki rodziców i czwórki dziadków. Dlaczego? Ponieważ rodziny się zmniejszają. Z drugiej strony „bycie dziadkiem”, „bycie babcią”, oznacza coraz częściej nie rzeczywiste wsparcie w opiece i finansach, ale „wyjazd do maluszka na niedzielę”. Znam takie pięćdziesięciolatki+, które widzą wnuka raz na dwa tygodnie. I znowu, daleki jestem od wzbudzania poczucia winy, po prostu zmienił się świat. Kiedyś 55 lat to był taki wiek graniczny pracy wielu kobiet. Niektóre rzucały robotę w okolicach 45-50 „idąc na rentę”, inne nie pracowały zawodowo. Istniały kobiece międzypokoleniowe kręgi: kuzynki, ciocie, babcie, więc młoda mama na wsparcie zawsze mogła liczyć. Teraz pracuje się znacznie dłużej, zwłaszcza w „biurowej klasie średniej”. Moje koleżanki z grupy wiekowej 55-60, w ogóle nie czują się babciami, ba one w większości wnuków nie mają. Brak deklaracji wsparcia i fakt, że bez niego za wszystko trzeba płacić i na to zarobić (oraz postawa pracodawców, dla których matka = pracownik trzeciej kategorii) ma dwa skutki. Odkładanie decyzji o dziecku do osiągnięcia maksymalnej stabilności finansowej oraz spadek dzietności. Dzisiaj trzylatek potrafi kosztować 3000-4000 zł (lub stratę pensji w tej kwocie), więc pozwolenie sobie na dwójkę, wywołuje czasem szept politowania. Z drugiej strony, przy trójce, czwórce, wszystko staje się prostsze i tańsze. Nagle zamiast płacić 9000 zł (w tym po 2k za opiekę) lepiej, żeby gorzej zarabiający rodzic został na wychowawczym. W ten sposób zyskuje się mnóstwo czasu i … napędza trend tradwife, bo jednak „facet domowy” ciągle stanowi rzadkość. I już przy trzylatku, bez większej pomocy i z pracą, trzeba jakoś rozpisać role i zaczyna się wariactwo. Oboje niewyspani (jedno wstaje w nocy, a drugie nad ranem – ja właśnie dzięki dwóm synom nauczyłem się pobudki 5.30, bo taką mieli godzinę rozpoczęcia dnia), szybkie zbieranie się, biegiem wiezienie do przedszkola (dzisiaj nie ma go na każdym nowym osiedlu), sprint do pracy, 8-10 godzin rąbanki, odbiór dziecka, szybki obiad, odrabianie lekcji, zajęcia dodatkowe i spać. Tak jest Kamilu, prawda? A przy wsparciu dziadków lub niepracującej żonie wszystko może wyglądać inaczej.

Takie zmiany mają powiązanie z finansami i poziomem oczekiwań wobec życia. Nie są też sprawą Polski, lecz większości tzw. zamożnych społeczeństw. Czy w ogóle da się wyrwać z tego kołowrotu? Jasne. Wystarczy nieco odpuścić i pokombinować. Prywatne przedszkole za 2k na głowę zamienić na urlop wychowawczy. Resztę brakującej kwoty uzupełnić DIY, na które jest czas, gdy mamy cały dzień a nie 3 godziny popołudnia. Nie dać się zwariować zajęciami dodatkowymi na drugim końcu miasta, bo to ćwierć etatu, albo i pół jeśli dzieci jest dwoje. I dojść do wieku szkolnego.

Szkoła podstawowa i wpadamy jeszcze głębiej w odmęty szaleństwa. Dwójka dzieci w podobnym wieku, dowożona i przywożona, plus zajęcia dodatkowe oznaczają, że poza pracą i rodzicielstwem ma się wolne wyłącznie weekendy (a wtedy: nadrabia się zaległości domowe, wozi na mecze itp.). Dzisiaj sport dwunastolatka, to plany treningowe, diety pudełkowe, fizjoterapeuci. Nie żartuję, mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, a nie popołudnie na podwórku z kumplami i wolne dla rodziców. W 7-8 klasie dochodzą korki, a z nimi kolejny wydatek (trzeba na niego zarobić) oraz dojazdy. Gigantyczny kołowrót. Czy da się z niego uwolnić? Oczywiście. Znaleźć szkołę w pobliżu, pozwolić chodzić samodzielnie od 3-4 klasy. Wiem, co mówię, sami wybraliśmy stary dom, ale na sąsiednim osiedlu najlepsza publiczna podstawówka w mieście. W efekcie chłopcy w 4-tej klasie szli do niej sami, a w zasadzie w grupie koleżeńskiej (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Dwóch naszych synów uprawiało sport, więc 3 treningi w tygodniu plus mecz w weekend – temat znany, a trzeci intensywnie się uczył (korki). Dokonaliśmy naturalnego podziału – starszego woziłem głównie ja, młodego teraz żona. Po drodze zakupy. Bywało trudno, ale nie daliśmy się wciągnąć w chomiczy kołowrotek. Także dlatego, że żona nie goniła za karierą, a wcześnie zbudowaliśmy poduszkę. No i zawsze mogliśmy liczyć na dziadków.

Liceum wielu nakręca jeszcze mocniej. Korki – must have. Sport – półprofesjonalnie. Na wszystko trzeba zarobić. Potem niby z górki – studia, ale mówimy o czasie, gdy poza maluchem, sięgamy do kieszeni najgłębiej. Studia w innym mieście (3-10k) czasem prywatna medycyna (sama opłata – 35k za semestr, a tych jest 12), wymagają ogromnych zarobków. Trzeba więc pracować, gdzie tu czas na wychowanie?

Ano właśnie, patrząc na przedstawiony przeze mnie obraz – w zasadzie nie ma na to czasu. Dzieci i rodzice pędzą coraz szybciej. Praca/szkoła-zajęcia dodatkowe-sen. Taki standard. W weekend się odeśpi, czym skracamy dzień i znowu nie porozmawiamy.

Byłem zwolennikiem innego, bardziej tradycyjnego modelu. Wspólny obiad (przynajmniej w sobotę i niedzielę), wyjazdy na mecze całą rodziną, nie narzucanie dzieciom tempa. Chcą się uczyć – dobrze. Nie chcą, albo nie mają zdolności – Einsteina nie zrobię. Każdy sam wybiera drogę, ja jestem tylko by mu pomóc. Dam mieszkanie na start, pomogę w razie trudności, ale nie żyję jego życiem non stop. I paradoksalnie (albo właśnie typowo) wyszło całkiem nieźle. A oszczędziłem im i sobie, wielu problemów. Oczywiście, gdy się pojawiały (główne źródło – szkoła), wkraczałem, by ratować z grubych opresji. Generalnie model „mama sprawdza e-dziennik, ojciec zostaje na poważne draki” sprawdził się w 100%. Wszyscy, od synów do nauczycieli wiedzieli, że jak już pojawia się ojciec, to łatwo raczej nie będzie. Nie rozwiązywałem problemów „Julka nie lubi Heleny i jak ma zachować się Antek”, ale przeprowadzałem rozmowy z nauczycielami (co ważne, rozmowy, nie wojny), gdy sportowcowi groziła pała na półrocze, albo z kolegami narozrabiali w internacie i dyrektor groził wywaleniem ze szkoły pięciu chłopaków. Rzucałem wszystko, siadałem, opracowywałem strategię i wykonywałem ją, a wszystko w gronie ojców-freaków. Mieliśmy tam niezłą ekipę, od byłego żużlowca, krępego, ogolonego na łyso ze złotym łańcuchem na szyi i takim samym sercem, przez byłego pułkownika z Iraku i Afganistanu, aż do właściciela sporej firmy, który pojawił się na blogu w serii o milionerach, totalnego pozytywnego krejzola, no i dwóch „białych kołnierzyków” wśród, których byłem ja. Nauczyciele i dyrektor drżeli przed nami, bo zwykłe zaczynałem grzecznie ja, zabijałem klina logiką, potem nieco mniej grzecznie wchodził pułkownik, a na koniec paradoksem dobijał przedsiębiorca i zadawał ostatni cios tekstem, którego nikt inny nie wypowiedziałby na trzeźwo (np. w epickiej bitwie o dodatkowego kotleta na obiad, niby naiwnie konstatując „nigdy nie wiedziałem, że kucharki rządzą w szkole” spowodował, że dyrektorowi zabrakło szans na ripostę). Żużlowiec ze złotą pancerą zadawał szyku samą swoją prezencją i stanowił widomy znak, że pomimo różnic stanowimy, jak synowie, jedną drużynę oraz zadzierać z nami nie warto. Spowodowało to, że szczęśliwie wszyscy chłopcy zdali maturę (chociaż wyniki 31-40% nie należały do rzadkości), rozjechali się po Polsce i dzisiaj, po 3 latach, dwóch z pięciu gra w wysokich ligach, a pozostałych trzech łączy studia z prowadzeniem własnych firm. I tak wygląda sedno wychowania moim zdaniem. Nie trzęsienie się nad każdą porażką (bo obiektywnie – pała jest porażką), ale wkraczanie, gdy robi się grubo i stanie z boku, żeby dziecko wiedziało, że może na nas liczyć.

Dobra metoda, czy ruch hazardzisty? O trochę innej metodzie uśredniania ceny nabycia.

Jeden z moich kuzynów, hazardzista, tłumaczył kiedyś swojemu siostrzeńcowi, jak należy obstawiać u buka: Kiedy nie wyszło, podwajasz stawkę. Nie tylko się odegrasz, ale wygrasz. Młody przyszedł do mnie z rozpaloną twarzą, bo znalazł Świętego Graala zarabiania. Wtedy pokazałem mu wyliczenia.

Problem z podwajaniem stawki/uśrednianiem ceny nabycia polega bowiem na matematyce. Jeden, dwa błędy, nie wyrządzą szkody rachunkowi, ale zła seria zmiata z planszy i czyści rachunek. A zła seria na giełdzie oraz u buka niestety jest dość prawdopodobna.

Zacznijmy od hazardu: stawka 100 zł.

1-szy zakład – 100 zł,

2-gi zakład – 200 zł,

3-ci zakład – 400 zł,

4-ty zakład – 800 zł,

5- ty zakład – 1600 zł,

6-ty zakład 3200 zł. No i właśnie straciłeś 6300 zł. Teraz żeby się odegrać, potrzebujesz postawić 6400 zł, a potem 12.800 zł, następnie 25.600 zł i 51.200 zl. W 10 -ciu ruchach tracisz ponad 100 tys. zł. Jeśli masz szczęście – zaczynasz od 0.

Czy w giełdzie będzie to wyglądać podobnie? Czasem jeszcze gorzej. Dlaczego? Ponieważ nie zaczynamy od 100 zł (w obliczeniach pominąłem też różnice kursowe-spready oraz TER przy ETF, bo nie chce komplikować).

Popatrzmy co dzieje się w przypadku typowego „inwestora”, który wchodzi do gry, gdy jest już późna faza cyklu wzrostowego…. czyli np. w listopadzie 2024 r. S&P500 zbliża się do 6 tys. pkt. Idzie w górę, trend is your friend, więc za większą kwotę np. 24k kupujemy ETF-a. Mamy „4 indeksy”. Potem w grudniu dorzucamy 6k z premii, w styczniu 2025 r. 3k, w lutym 3k. I dochodzimy do alokacji 36k „kupionych” średnio po 6k. Cieszymy się, bo idzie w górę – 6100pkt. Zarobiliśmy 600 zł. I wtedy wchodzi Trump ubrany na biało. W marcu 5600. Zostało nam cosik gotówki – dorzucamy 17.200. Mamy już 9 indeksów. Uśredniliśmy cenę nabycia (53.200/9 = ca. 5911). Spada dalej – początek kwietnia 5400. I co? Nagle robi się najpierw 5200 pkt a za chwilę 4900 pkt. Mamy już stratę 1011 pkt x 9 indeksów = 10.000 zł straty i ostry pik w dół po lewej stronie wykresu. Prawie przekroczono linię wsparcia sprzed roku. Następna będzie na poziomie 4200 pkt. My do niej nie dojdziemy. Kolejne 700 pkt x 9 indeksów= 16.300 zł straty na inwestycji 53.200 zł (-30%) . Mieliśmy swoich 53.200 zł a możemy mieć 36.900 zł.

Co robimy? Nasz genialny Mr Doradca, albo Mr Guru-Inwestor nagle zamilkł. Przecież wszystko wykonaliśmy prawidłowo, trzymaliśmy się ETF-ów, trendu, korzystaliśmy z korekty, dokupowaliśmy, uśrednialiśmy cenę nabycia. Szliśmy po swoje.

Teraz powiem brutalnie. Każę zamilknąć trzydziestolatkom i oddam głos 70-latkowi. Właśnie w tym momencie popełniamy najgłupsze decyzje. A w zasadzie nie decyzje, kierujemy się emocjami. Bo mamy dwa wyjścia:

  1. Przełknąć porażkę, sprzedać i stracić na razie 10k, ale odzyskać spokojny sen.
  2. Zacisnąć zęby, wytrzymać i albo się odkuć, albo stracić wszystko (lub jeszcze więcej i zostać z długami). W końcu sprzedamy, jak przewidywał Piotr Kuczyński, nawet 70% od szczytu.

Żadne wyjście nie jest dobre. Dlaczego? Ponieważ wszystko od początku zrobiliśmy źle. Kupowaliśmy sobie radośnie te nasze ETF-y, nie posiadając żadnego zabezpieczenia i planu. Nieważne, co się stanie po prawej stronie wykresu (a indeks odbił się i w listopadzie 2025 r. wynosił 6900 pkt), bo nie o to chodzi.

Gdybyśmy sprzedali na 4900 pkt – tracimy 10k.

Nie sprzedajemy i wytrzymujemy do 6900 pkt, utrwalamy przekonanie o sobie, jako genialnym inwestorze. Zarobiliśmy bowiem 989 x 9=8901 zł (17%), w krótkim czasie.

Ale stracimy te 10k x 3 wcześniej lub później. Niczego bowiem nie chcieliśmy się nauczyć.

A można było po ludzku:

  1. Mamy te potencjalne 53.200 zł. Czytamy wywiad z Piotrem Kuczyńskim w Forbesie. Słuchamy tego pana i ponieważ mamy 35 lat inwestujemy: 25% w obligacje SP, 10 % w fizyczne złoto i 65 % niech już będzie – w indeks. Czyli w akcje ok. 36k, a nie 53k.
  2. Ustalamy ile inwestujemy i w jakich okolicznościach. Załóżmy, że trafiamy na te 6k. Czyli kupiliśmy 6 indeksów (nie tracimy od razu z 9 tylko z 6). Mamy też 13k w obligacjach (odsetki 5.5% netto dadzą nam rocznie 715 zł). No i złoto za 5320 zł.
  3. Kupujemy z ustaloną ceną nabycia i od razu ustawiamy stop loss na określonym poziomie. Załóżmy, że możemy stracić na całym portfelu 20% (tyle zniesiemy). I ten stop loss leży sobie na 30% od szczytu (jest ruchomy, a 30%, bo w akcjach mamy tylko 2/3 całej kasy). Czyli wytrzymamy spadek ETF-a do 4000 pkt, spokojnie do kolejnego wsparcia (4200 pkt). Jeśli zostanie przekroczone – sprzedamy.
  4. Mamy wszystko pod kontrolą. Indeks w lutym spada do 4900 pkt. Jesteśmy daleko od naszego stop lossu. Nie gryziemy nerwowo palców. Nie czytamy prognoz Mr Guru. Czekamy.
  5. Ale też patrzymy, co się dzieje. Na ETF-ie straciliśmy już 1100 x 6 czyli 6600 zł. Ale jednocześnie zarobiliśmy: na obligacjach 357 zł i na złocie ok. 1000 zł. Nie mamy więc straty 10k (jak hazardzista) lecz nieco ponad 5000 zł, czyli połowę mniej, bo nasz stop loss wynosi prawie 11k (20% z 53200zł ). I czekamy, śpiąc spokojnie.
  6. Wtedy kurs odbija. Idzie jak burza. Mamy listopad 2025 r. Z ETFów zrobiło się 4800 zł zysku (800 pkt x 6 szt). Na obligacjach zarobiliśmy 715 zł, a na złocie 2500 zł (pół uncji). Jesteśmy do przodu 8015 zł w rok. Inwestując 53200 zł. +15% na portfelu. Bez podatku (na razie), bez złości, bez nerwów, śpiąc spokojnie. Przypominam hazardzista miał (w zależności co wybrał), albo 10k straty albo 9k zysku.

Lubicie taki rollercoaster? Nie? A wiecie kto lubi? Hazardziście. Nie inwestorzy, ale hazardziści. Niektórzy jeszcze dopożyczą.

Ja wolę te 15% i tzw. sen sprawiedliwego. Dlatego do rady „kupuj ETF-y” polecam gorąco dodać przynajmniej naukę Piotra Kuczyńskiego – dywersyfikację, obliczanie pozycji i stop lossy. Ale to już temat na książkę.

O ETF-ach trzy słowa jeszcze + trochę inwestycyjnej psychologii.

Przy wpisie o ETF-ach pojawiła się obszerna dyskusja, którą postanowiłem podsumować wpisem. Pokazuję on moją filozofię inwestowania, oraz pewne dane historyczne.

Większość funduszy ETF przegrywa.

Przyczyna przegranej wbudowana jest w ich naturę, reklamowaną przez zwolenników tego narzędzia. Są nimi:

  1. Konieczność stałego angażowania kapitału na rynku niezależnie od pogody.
  2. Duże obsunięcia kapitału, o wysokim prawdopodobieństwie wystąpienia.
  3. Psychika „inwestora”, opisanego przez Luko: 6k dochodu, 300k w akcjach, zaczął po 2008 r.

Opłaty za zarządzanie są tu najmniejszym problemem.

Pojawia się też pytanie z kim ETF przegrywa?

Z doświadczonym inwestorem (nie trzeba być Buffetem), z nieruchomościami, akcjami dywidendowymi, a czasem nawet z obligacjami. „Idziemy prawie równo z rynkiem” nie oznacza niczego dobrego, gdy rynek spada o 25%. Przypomina mi to wyśmiewany przez ETF-owców „Benchmark” w funduszach inwestycyjnych.

A teraz garść obiecanych liczb.

Na przestrzeni ostatnich 5 lat S&P500 osiągnął imponujący wzrost 87%. W tym samym czasie zaliczył dwie spore straty: 25% i 17%.

Licząc od początku wieku (26 lat) jest jeszcze lepiej:

  • wracał do szczytu z 2000 r. aż do 2013 r.,
  • maksymalny spadek zbliżył się do 50% (od 2000 do 2009 r.),
  • szczyt z grudnia 2021 r. odrobił w styczniu 2024 r.,
  • jednocześnie zyskał 380%.

I teraz połączcie sobie te liczby z psychiką „inwestora”. Pytanie: Ilu z nich wytrzyma 13-letnie obsunięcie kapitału, albo 50% straty? wydaje się raczej retoryczne.

Co jeszcze ważniejsze – czasem potrzebujemy kasy wcześniej. Nawet TFI zapowiadające horyzont 5-letni wymiękają, gdy odrobienie straty zajmuje 13 lat.

Jak duża może być strata?

Luko prezentując określony profil „inwestora” pokazuje wszystkie jego słabości. Mnie nie trzeba przekonywać o wielkości możliwej straty. Przy inwestycji w indeks może ona wynieść 87% (strata z czasów Wielkiego Kryzysu), a okres odrabiania 25 lat. I to tyle, jeżeli mówimy o horyzontach inwestycyjnych. Ktoś, kto nie bierze tego pod uwagę, jest szaleńcem. I tak, czekam na te -87%. Wciąż czekam i może się doczekam.

Nie ma wzoru na zakup 30% poniżej wartości.

Ależ jest. Swój podawał Benjamin Graham oraz wielu innych. Ja zaproponuję swój.

Ale zacznę od podstaw. Cena = kurs z danego dnia. Wartość = zdolność firmy do osiągania zysku. Kiedy już tyle wiemy, możemy liczyć.

Zakładam sensowny wskaźnik Cena/zysk na poziomie 17 (średnia wieloletnia w USA). Oznacza on, że spółka zwróci swoją cenę zakupu zyskiem w 17 lat.

30% taniej to c/z na poziomie 11.9. Mało? Dzisiaj mamy pow. 20, ale nadal istnieją niezłe spółki z wynikiem poniżej 11.9 (dane za stooq.pl):Pfizer 9,61, DuPont 11,28, PayPal 11,48. Są i znane nazwy z jeszcze niższymi wskaźnikami: GM 6,12.

Nasz PEKAO ma dzisiaj niespełna 8. PKO BP ok. 10, Alior 6,36, Dom Developement ok. 10.

Ale nawet Apple (dzisiaj 36,6) jeśli potanieje o 2/3 będzie świetnym wyborem.

Wyższa szkoła jazdy – szacowanie zysków 5 lat naprzód i liczenie własnych wskaźników c/z na tej podstawie. I tutaj ważna uwaga, rynek myli się przez większość czasu.

Czas potrzebny na analizy i „rynek może zdecydować inaczej”.

Z całym szacunkiem dla miłośników ETF, ale głupotę (kupowanie na maksimach) można zrobić błyskawicznie. Analizy wymagają czasu. Aczkolwiek przy obecnym poziomie automatyzacji – nie przesadzajmy.

Teraz kwestia rynku. Naczelna maksyma „Kupuj tanio, sprzedaj drogo” oznacza dokładnie coś przeciwnego niż twierdzisz – trzeba iść przeciw rynkowi, a nie uśredniać ceny.

I kupuje ” 30% poniżej wartości 🤭”. I wtedy bach mamy następne -30% , rozumiesz?

Świetnie rozumiem. Ale uważałem też na matematyce (bez przesady). Otóż, tak jak napisałem – w ostatnim ćwierćwieczu był na S&P500 jeden spadek -50%. W stuleciu – moje wymarzone -87%. Jeden jedyny raz. No i chyba potrafisz policzyć prawdopodobieństwo kolejnego spadku o 51% (bo tyle oznacza -30% z 70% od szczytu)?

Znasz też odpowiedź na pytanie: Kto wyjdzie lepiej, ten kto kupował za 100% i stracił 51%, a nawet 87%, czy ten który kupił za 70%, potem 50%, potem (niech będzie jak w Wielkim Kryzysie) 13% i doczekał odbicia?

A Twoje uśrednianie? Lepiej kupić za 80 -100% szczytu czy za 13-70%?

Może kupować partiami jak akcje potanieją.

I wracamy do psychologii. Może 1% takich, którzy stracą 30% ciężko zarobionych 300k, będą kupować partiami, gdy akcje potanieją -50%. Po prostu nastąpi zjawisko przedstawiane przez p. Piotra Kuczyńskiego. Zawsze następuje. Ci wszyscy guru „bo idzie w górę” zaklinają rzeczywistość. Strach i chciwość – podstawowe emocje i podstawy inwestowania.

Dlaczego dzielisz portfel 50/50 ?
Proste? Ponieważ trzymam się reguł. Mam 50 lat. Więc 100-50=50% w akcjach. Tu nie ma magii, ale niezbyt skomplikowana (żeby nie powiedzieć: prosta jak konstrukcja cepa) strategia.

I właśnie do tego dążę , posiadasz w akcjach ułamek swojego majątku i dlatego masz agresywne podejście.

Kiedy czytam takie słowa, widzę jak potrzebna jest ta książka. Dają mi napęd. Dziękuję. Wczoraj siedziałem nad nią od 23 do 2.

Wszystko co piszę, te strategie 50/50, kupowanie tanio, dowodzi, że mam mega konserwatywne podejście. Posiadanie obecnie ok. 30% płynnego kapitału w akcjach – jeszcze bardziej.

Wyliczenia o zainwestowanych 10-20k, dopłacaniu po 10k rocznie pokazują też pewne nieporozumienia, ale i ich źródła. Otóż widzę zasadniczy błąd atrybucji tj. przypisywanie moim działaniom cechy, które sam komentujący uznaje za słuszne, mimo że im wprost zaprzeczyłem.

Nie, nie dopłacam po 10k rocznie. Nie, nie inwestuje stale. Tak, oczywiście wielokrotnie sprzedawałem, lokując w innych dobrach (głównie na wkład własny do nieruchomości, kupione poniżej spodziewanej wartości), kupowałem auta itd. Nie ukrywam, że i traciłem (zarobek średni 16%, nie oznacza przecież 16% co roku). Nie zawsze reinwestowałem dywidendy. Płaciłem też podatki.

To są podstawy. Ludzie są ludźmi, ja nim jestem, nie kreuje rzeczywistości, lecz ją opisuję. Mam gorsze dni, straty, wreszcie potrzeby.

Jak liczysz stopę zwrotu?

„Podam kolejny przykład :
Kapitał 100
Inwestycja w X spółkę 10k przy stopie zwrotu 80% po roku
Reszta gotówka bo czekamy na korektę
Stopa zwrotu na całym portfelu to niestety 8% a nie 80% jak niektórzy influencerzy lubiący zakłamywać rzeczywistość.”

Ponownie wracamy do podstaw. Czuję się jakbym miał znowu 30 lat. Miłe uczucie. Miałem farta, że trafiłem wtedy na kilka pozycji o zarządzaniu ryzykiem, plus zawierających dane historyczne.

Zacznijmy od tego, że patrzenie: kapitał=portfel prowadzi donikąd. A konkretnie do ogromnego ryzyka. Ja mam majątek skromne kilka milionów. Jestem oszczędnym milionerem, a nie hazardzistą. Nie bogaczem, deka milionerem, ultraprzedsiębiorcą. Nie posiadam portfela, ale inwestycje, oszczędności i majątek. Część sobie pracuje lepiej, część gorzej, na części w danym roku zaliczam stratę, albo okolice 0. Moim celem nie jest wzbogacić się szybko. Nigdy nim nie było. To, że zarobiłem milion w wieku 32 lat (a nie w okolicach 50tki), stanowi mieszankę spokoju, szczęścia i przypadku. Moim celem była zawsze zamożność i spokój jaki daje. Jestem w tym miejscu i czuję spełnienie.

Drugi błąd jaki znajduje w podanym przykładzie, to patrzenie współczesne, social mediowe, skrótowe, wręcz na krótki dystans. Porównywanie się z…. No właśnie, z czym, z kim? I czy warto? Ktoś sobie pisze „Zarabiam 80% rocznie”? Inny „Moja pensja to 300k miesięcznie”. Co ja wtedy myślę (T.Harv Eker się kłania) – świetnie chłopie, byle tak dalej. Nie patrzę, że ja mam tylko 16%, kurcze słabo, marnie, trzeba coś podrasować. Nie czerpię satysfakcji, że komuś się nie udało, że się sprzedał, upadł, wczoraj był bogaty, a dzisiaj, patrzcie, siedzi w pace, żona go opuściła albo mieszka u przyjaciół. Mało tego filozoficzno-psychologicznego contentu tu na blogu, ale czasem piszę, że mnóstwo siedzi w głowie, mental ma znaczenie. Wiem też oczywiście, że „jedna robótka, przez miesiąc wódka” czyli „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Dlatego +80% w jednym roku nie robi na mnie wrażenia. Wracam jeszcze do „zwrotu z portfela”. Nie wiem, dlaczego w przykładzie założono niepracującą gotówkę. Ależ ona sobie zarabia. W dzisiejszej sytuacji, całkiem nawet niekiepsko (5-8% netto w obecnej chwili). Nieruchy też coś tam przynoszą, albo wzrost wartości, albo niewydaną kasę, albo czynsze. Nie jest tak, że pracuje 10%, a 90% leży i pachnie. Dostrzegam tutaj właśnie to giełdowe skażenie, ten niepokój opisywany przez Alexandra Eldera czy Jessego Livermore’a aby ciągle być w grze. Taką giełdową gorączkę. Od wielu lat (od kiedy usłyszałem o Buffecie) jestem od niej wolny. Śpię spokojnie.

No i na koniec. Czy wiecie jak zmieniał się majątek Billa Gatesa na przestrzeni ostatnich 26 lat? W 1999 r. miał 100 mld USD. W 2007 r. „ledwie” 58 mld. W 2019 r. 110 mld. W 2024 r. – 128 mld. Według kryteriów podanych w przykładzie „Miał marny wzrost na portfelu”. 28% w 26 lat oznacza sporo mniej niż 1%/rok. Podwojenie w 12 lat – 6%. +16% w 5 lat kolejne niecałe 3%/rok. Czy myślicie, że codziennie budzi się z myślą „ile zyskał na portfelu”? Czy liczy sobie „John Smith zrobił +300% w 18 lat, a ja niecałe +100%, chyba czas strzelić samobója”. Nie sądzę (a tak właśnie pewnego dnia uczynił Jesse Livermore). Warto iść w dobrym kierunku, zamiast nakręcać się Instagramem.

Jak praktycznie oszczędzić na podatku dochodowym? Dalszy ciąg wpisu z grudnia 2025 r.

Pod koniec grudnia pokazałem jak zastosować „na ostatnią chwilę” trzy proste oszczędności podatkowe dla rozliczających się wg skali podatkowej i odzyskać sporo kasy ze zwrotu. Dzisiaj zaczyna się nowy rok i uświadomię Was, że nie zawsze trzeba czekać do maja (rozliczenie w lutym + 3m na przelew z US). Wystarczy zaplanować działania.

Założenia. Zacznijmy od opisu modelowej rodziny. Dwójka dzieci, ojciec zarabia 220k/rok (plus składki społeczne), a matka 80k. Pierwszego stycznia siadają do biurka i planują, jak unikać ruchów – najpierw potrącenie, potem zwrot. Trzeba chwilę pomyśleć.

Krok 1. Składamy deklarację PIT-2. Może już to zrobiliśmy. I tutaj zaznaczamy, żeby pomniejszać podatek o 300 zł/m-c (1/12 kwoty zmniejszającej podatek).

Krok 2. Prosimy o dalsze pobieranie zaliczki 12%. Kiedy „wchodzimy w drugi próg podatkowy” czyli nasze dochody przekroczą narastająco 120k, dzwoni do nas miła pani z księgowości i pyta: Czy chcesz utrzymać zaliczkę 12% czy ma potrącać 32%. Odpowiedź brzmi – utrzymujemy 12%.

Krok 3. Opłacamy IKZE (możemy to zrobić i 31.12, albo co miesiąc), wychowujemy dzieci, nie rozwodzimy się z żoną/mężem. Nic nie muszę chyba tłumaczyć.

Nasza „modelowa rodzina” zyskuje w ten sposób (jak my) nieco ponad 18k/rok.

Krok 4. Odkładamy co miesiąc 1,5k niezapłaconych podatków na oszczędności.

I w tym punkcie powstaje pewna trudność. Otóż, unikanie zapłaty podwyższonych zaliczek oznacza, że nie otrzymamy zwrotu. Musimy mieć dyscyplinę odkładania tych 1,5k, nie widząc ich fizycznie jako 18,5k jednorazowego przelewu. Nie każdy tak potrafi. A warto, ponieważ przy inflacji, oraz obracaniu pieniędzy, takie rozwiązanie okazuje się korzystniejsze.

Przy wyborze płacenia wysokiego podatku i zwrotu (gdy łatwiej zaoszczędzić jeden ekstra przelew na 18,5k), ojciec z dochodami rocznymi 220k (miesięcznie 18k), nagle w lipcu dostaje znacznie niższą pensję, a w sierpniu kolejną obniżkę. I tak od sierpnia do grudnia zarobi o prawie 3.4k netto mniej (co łatwo policzyć dzieląc 18,5k przez 5,5 miesiąca), tylko po to, żeby otrzymać zwrot całości w maju. No sensu to nie ma wiele, ale często zwycięża psychologia. Z drugiej strony, czy łatwiej oszczędzać 1,5k co miesiąc, czy przez 5 miesięcy radzić sobie bez kwoty dwa razy większej?

Korporacje niszczą gospodarkę. Prezes wielkiej spółki o zmianie systemu wynagrodzeń.

Jeszcze całkiem niedawno wszystko było proste. Zatrudniałeś się w korpo, dostawałeś bardzo dobrą pensję i miałeś praktycznie gwarancję zatrudnienia (o ile podejmowałeś starania). Wszystko zmienił Jack Welch CEO GE, ze swoją teorią ciągłego wzrostu (zysk musi rosnąć w każdym kwartale) oraz pędem do fuzji. Wraz ze swoimi apologetami całkowicie zniszczył amerykańską gospodarkę, ponieważ wzrost zysków oznaczał jednocześnie przenoszenie miejsc pracy i zakładów produkcyjnych do Azji i zmniejszanie zatrudnienia w USA. Fuzje zaś kupowanie niezłych firm poza głównym biznesem (GE stało się podobne do koreańskich czeboli) a potem ponownie zwolnienia, szatkowanie i sprzedaż. Ale zaczęło się od dyktatu kwartalnego zysku.

Dzisiaj pogrobowiec Welcha – Philipp Navratil CEO Nestlé, ogłasza, że pensja pracownika zostanie uzależniona od zysku, który przynosi. Nie mówimy oczywiście o samej górze, bo Navratil zamierza brać pobory nawet w przypadku straty. W rzeczywistości – chodzi o to, żeby przykryć ogłoszoną w październiku akcja zwolnień 16 tys. pracowników (spośród 277 tys.), w tym 4 tys. przy produkcji, która ma kosztować 3 mld CHF. Ponownie – metoda Welcha. Nie da się ukryć, że zwolnienie 4 tys. pracowników produkcyjnych oraz 12 tys. biurowych, prawdopodobnie spowoduje spadek sprzedaży. Na razie kurs akcji wystrzelił. Podobnie było za Welcha, a potem przyszły grube kłopoty.

CEO zapominają bowiem starej prawdy Forda – płać tak dobrze, żeby Twoich pracowników było stać na produkty firmy. Potęga firmy produkcyjnej to ludzie, a nie tylko kapitał.

Ten sam trend widać na rynku IT w Polsce. W samym Krakowie ogłoszono kilka tysięcy zredukowanych miejsc pracy w tej branży. Pewnie pojawią się w Indiach, gdzie można płacić mniej. Czy dla firmy oznacza to zyski? Krótkoterminowo może tak. W długim terminie, nie. Nadeszła bowiem era egoizmu gospodarczego, zapoczątkowana przez Trumpa. Już w Polsce pojawiają się przedwojenne hasła „Swój do swego, po swoje” czyli „Kupuj polskie”. Korpo postępuje odwrotnie (stąd np. korniszony z Indii, czy ziemniaki z Maroka), narzucając producentom drakońskie warunki i stale podnosi ceny sprzedaży – skupuje paprykę po 50 groszy, żeby ją sprzedać za 5 zł. Jak to się skończy?

W pewnym momencie wydrenowane państwo musi zainterweniować. Widać tę optykę we wprowadzonym podatku bankowym. Ja także zmieniłem miejsce zaopatrzenia – warzywa i owoce staram się kupować na giełdzie, a nie w markecie.

Ale wracając do Nestlé. W Polsce kiedyś niekwestionowany czołowy sprzedawca kawy, powoli traci rynek na rzecz lokalnych palarni. Nic dziwnego, skoro 7g zapakowanej w plastik zmielonej Dolce Gusto (kapsułki) kosztuje 1,9 zł (Nespresso 2,1 zł), a taka sama ilość dobrej jakości, świeżo palonej kawy z lokalnej palarni 0,7 zł. Czyli płacimy trzykrotnie drożej za gorszy produkt. Tak korpo pompuje ceny i napędza inflację. A jeśli jednocześnie zwolni pracowników… No cóż, wpuszczenie amerykańskich i europejskich korporacji było ceną za wolność. Słoną ceną.

Kiedy kapitał inwestycyjny może zastąpić etat?

Średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw wyniosła ok. 8400 zł brutto. Jeśli weźmiemy pod uwagę pensję „na rękę” mamy ok. 6000 zł. Zakładam, że z takich pieniędzy, spokojnie da się żyć. Więcej, wiem to.

W tym wpisie zamierzam pokazać, jak duży trzeba mieć kapitał inwestycyjny, aby zastąpić nim etat z przeciętną pensją. Obliczenie wydaje się proste.

6000 zł x 12 miesięcy = 72.000 zł. Jeśli umiemy uzyskać stopę zwrotu netto 8 %, potrzebujemy ok. 900.000 zł, żeby przestać pracować. Gdybyśmy chcieli bardziej konserwatywnych wskaźników (reguła 4%) – nawet 2 razy więcej 1.800.000 zł. W ten sposób wyjaśniliśmy sobie, dlaczego tak dużo osób nadal pracuje. Nie dysponują aktywami o takiej wartości.

Pójdźmy jednak dalej. Wyobraźmy sobie, że z każdych 400 tys. zł kapitału obrotowego firmy możemy „wycisnąć” miesięcznie 10 tys. zł minus podatki (czyli de facto – 40%, a więc 6.000 zł). Kwota zmniejsza się o połowę, lecz jednak musimy coś robić. Kapitał obrotowy, jak sama nazwa wskazuje, musi się obracać, czyli pracować. Nie każdy wymyśli taki biznes, nie każdy potrafi go prowadzić. Pokazuję tylko drogę. Takie życie okaże się z pewnością łatwiejsze niż codzienne wstawanie do roboty.