Magia procentu składanego po raz 3.

Dzisiaj skupię się na wyliczeniach magii procentu składanego. Pokażę go na dwóch przykładach.

Przykład 1. Zakup nieruchomości na kredyt. Wyobraźmy sobie taki scenariusz – ktoś oferuje nam małe trzypokojowe mieszkanie we Wrocławiu za 400k. Niby nic wielkiego, ale dla studenta idealne. I teraz tzw. montaż finansowy:

  • wkład własny i na remont 110 tys.
  • koszty transakcyjne 12 tys. zł.
  • potrzebna gotówka 122 tys. zł.
  • kredyt 320k, rata 1900 zł.
  • możliwy do uzyskania czynsz 2600 zł netto (uśredniony, zakłada 10% pustostanu).

Kiedy popatrzymy na te wartości, możemy sobie uświadomić, że:

  1. aby zebrać 122 tys. zł gotówki potrzebujemy przez 3 lata odkładać po ok. 40 tys. zł/rok. Może już mamy te środki.
  2. co miesiąc przez 30 lat (o ile nie zmienią się stopy procentowe) nie dołożymy nic poza sumą początkową.

Gdzie jest błąd? Otóż rata najprawdopodobniej (o ile nie dojdzie do wojny, katastrofy ekonomicznej) utrzyma się na podobnym poziomie. Czynsz najmu zaś wzrośnie (podobnie jak wartość nieruchomości w długim czasie). Co to oznacza? Że czynsz i rata kształtują się korzystnie.

Co się zdarzy za 10 lat? Mieszkanie generować będzie nadwyżki na poziomie kilkuset złotych, pozwalające składać na remont. Za 15 lat nasze mieszkanie będzie warte więcej niż dziś (dajmy na to 600k), a spłacimy (o ile nie będziemy nadpłacać) ok. 140 tys. kredytu (zostanie 140k). Wartość netto: 460k, zainwestowana kwota 122k. Zysk 338k plus nadwyżka z rosnącego czynszu. Po 30 latach mamy czystą wartość – wolne od obciążeń mieszkanie.

Przykład 2. Zakup nieruchomości za gotówkę. Ponownie posługujemy się kwotą 442k (400k cena plus 42k koszty). Dochód z najmu 2600 zł netto/m-c czyli 31.200 zł netto/rok. Wzrost wartości – 200k. Zysk 668k z 442 k. Stopa zwrotu „marne” 151% netto. Licząc „po góralsku” za 15 lat kupimy drugie mieszkanie „za darmo”.

Problemy? No cóż, kilka ich znajdę. Najpierw gotówka. Nikt, kto żyje z dnia na dzień nie posiada oszczędności 122-442k. I tu widać przewagę oszczędzających i inwestujących. Kwestia druga – koszty i ryzyka (remonty, pustostany), nie wzięliśmy ich pod uwagę, ale zakładam, że pokryjemy je ze wzrostu czynszów (te zabezpieczy inflacja).

A potem, gdy śniegowa kula już się rozpędzi, kupujemy kolejną nieruchomość.

OZE-sroze, czy dobry interes?

Niedawno internet rozgrzał spór dwóch posłów z mojego terenu dotyczący instalacji fotowoltaicznej. Postanowiłem sprawdzić, który z nich ma rację.

Pierwszy, dociskany, przyznał że ma instalację FV na dachu, ale nie opłaci się ona, bo płaci 1k mniej niż przed montażem, a musiał zapłacić 8k. I wtedy do gry weszli dziennikarze. Dom posła stoi na terenie jednej z podmiejskich gmin. W 2021 r. montowano tam instalację FV o mocy ok. 5KWp tj. produkującą teoretycznie 5000 KWh prądu rocznie. Część kosztu pokrywała gmina. Wyborcza przeprowadziła rozmowę z sąsiadem, który za dobrą instalację zapłacił (bo nie załapał się do programu) 23 tys. zł i okazuje zadowolenie. Kto ma rację?

Po części obaj panowie posłowie. Przekazują jednak tylko część prawdy. Ponieważ sam mam FV montowaną w podobnym roku, mogę się wypowiedzieć.

Niedopowiedzenia Wyborczej:

  1. Zatajenie przed czytelnikami, że dzisiaj nie da się takiego wyniku powtórzyć. Spór posłów miał pewien kontekst – czy DZISIAJ montaż instalacji FV będzie opłacalny. W 2022 r. zmieniły się zasady i sytuacja wygląda inaczej. Gmina nie dopłaca 50% (co widać po sąsiedzie posła), a i system rozliczeń uległ zmianie. Kto zamontował wcześniej ma tzw. stare zasady. Można za darmo wykorzystać 80% produkcji. Teraz sprzedajemy prąd po cenie ustalonej na rynku, a kupujemy też po rynkowej+koszty dystrybucji. Liczby wyglądają inaczej, o czym na końcu.
  2. Porównanie dwóch instalacji wyłącznie na podstawie mocy. Tak, jak w autach – mamy Fiata i Lexusa, które kosztują inaczej. Sąsiad posła zamontował Mercedesa i zapłacił 23k. Gmina darowała obywatelom Fiata za 16k. Skąd to wiemy? Chwali się dofinansowaniem na poziomie 50%. A skoro poseł zapłacił 8k, instalacja kosztowała 16k. Proste.
  3. Ukrycie oczywistego faktu, że instalacja 5 KWp nie wyprodukuje 5000 KWh. Wiem o tym doskonale, sam sprawdziłem. Powody są dwa: możliwości sieci i wady montażu. Sieć z uwagi na dużą produkcję, wyłącza się. Kiedy? Akurat wtedy, gdy mocno świeci słońce, więc potencjalne zyski (na starych zasadach) byłyby najwyższe. Urządzenie wyświetla błąd „Overvoltage” czyli zbyt wysokie napięcie i przestaje działać. Jakie straty ponosimy z tego powodu? Coraz większe. W 2022 r. widziałem taki komunikat może raz. W 2025 r. – regularnie.

Druga rzecz – błędy ekip wykonawczych. Chłopaki z łapanki. U mnie zamontowali wprawdzie od południa, ale w zacienieniu (mam dużo drzew), u posła (widać na zdjęciu) na dachach z 3 stron świata i na lukarnach. Takie instalacje nie działają optymalnie, zwłaszcza jeśli montujemy najtańsze.

Z powodu tych dwóch błędów straty mogą wynieść i 20%. A to w przypadku posła oznacza nie nominalne 5 KWp lecz rzeczywiste 3,2 KWp zysku (zgodnie z systemem 80%) .

Niedopowiedzenia poselskie.

  1. Porównanie wysokości rachunków, bez uwzględnienia cen prądu. Od 2021 r. ceny prądu wzrosły o 100%. Porównanie rachunku z 2021 r. i 2026 r. kompletnie nie ma sensu. Wg dzisiejszych cen (ca. 1.2 zł/KWh) przy oszczędności na zakupie 3200 KWh mamy rocznie 3840 zł. W 2021 była to połowa (1920 zł). Dlaczego poseł mówił o 1000 zł?
  2. Nieuwzględnienie zużycia. Żyjemy coraz wygodniej. A to kupimy klimatyzator, a to nowy gadżet, zamontujemy suszarkę do prania i zużycie rośnie. Tak prawdopodobnie było w przypadku posła (bo nie posądzam go o ordynarne kłamstwo). W moim domu, po zmianie gazowego „Junkersa” na bojler i zakupieniu suszarki, miesięczne zużycie wzrosło o 200 KWh (2400 KWh/rok) plus jeszcze 30-40 KWh za ładowanie elektryka. I tak z 1000 zł zysku robi się 1920 zł, bo za dodatkowy prąd trzeba zapłacić i rachunek puchnie.

Wracamy do pytania: OZE-sroze, czy dobry interes? Dzisiaj.

Dzisiaj, przy cenie prądu 1.2 zł/KWh z perspektywą dalszych podwyżek, instalacja 5 KWp, działająca z 80% wydajnością, ma szansę się zwrócić. Ale w zupełnie innej perspektywie niż 4 lata (8k/1.92 k), a nawet 8 lat (8k/1k). Winę podnoszą zarówno zmiana zasad rozliczeń, jak i brak dotacji (poza Czystym powietrzem, ale to droga przez mękę).

Czyli zakładamy instalację 5 KWp (produkcja realna 4 KWp), za 24 k zł. Realne zużycie tzw. autokonsumpcji to 40%. Nie kupimy więc prądu za 1920 zł (1600 KWh x 1.2 zł). Pozostałe 60% (2400 KWh) musimy sprzedać. Często po niskiej cenie. Załóżmy 30 groszy. I już mamy dodatkowe …720 zł. Zysk łączny: 2640 zł. Czas zwrotu (uwzględniając jakieś płatne serwisy) – 10 lat. Słabo. Czy jest szansa na zwiększenie? Tak.

Po pierwsze – jeśli wzrosną ceny energii. Mówi się o tym głośno. Za chwilę będzie 1.5 zł, a może i 2 zł/KWh. Niekoniecznie z powodu kosztów samego prądu, lecz podatków i dystrybucji. Wtedy oszczędzimy 2 zł x 1600 KWh = 3200 zł/rok, plus te 720 zł (sprzedaż). I z 10 lat zrobi się niecałe 7.

Po drugie – jeśli mamy wysoką autokonsumpcję. Da się to zrobić. Urządzenia sterowane czasowo, mogą nam zapewnić, że pranie robi się w słoneczny dzień, a zmywarka włączy w południe. Wtedy z 40% wyjdzie nam 60%. No i z 1600 KWh zrobi się 2400 KWh (przy cenie 1.2 zł/KWh zyskamy jeszcze 720 zł/rok).

Po trzecie – jeżeli zamontujemy magazyn energii. Da nam poziom autokonsumcji – 100%, I już wtedy zyskujemy, w stosunku do wersji bez FV 4000 KWh x 1,2 zł =4800 zł. Bilans pogorszy amortyzacja magazynu.

Po czwarte – jeżeli jednak skorzystamy z dotacji. 30% dotacji da nam początkową cenę nie 24k ale 16.8k. Przy 60% autokonsupmcji (bez magazynu) – 3360 zł (2640 zł plus 720 zł). Czas zwrotu – 5 lat. Ale musi się spełnić szereg warunków.

Rady dla 43-letniego emeryta.

 Kiedy Tomsi zapytał o radę „Co proponujesz 43 latkowi, z bólem lędźwiowym, który przeszedł na emeryturę. Ma dwoje dzieci w wieku szkolnym, nie musi dorabiać by godnie żyć, czuje się znacznie lepiej niż kiedy pracował, wysypia się, bo nie budzi się w nocy z wiecznym pytaniem czy napewno wszystko ogarnął (20 lat intensywnej roboty przy biurku i w terenie od 6.00 do 18.00 a często dłużej, praktycznie bez urlopu dłuższego niż 3 dni)?” wielu z Was pewnie pomyślało – chciałbym mieć tylko takie problemy. Ale pytanie jest ważne. Znam kilku 40-letnich emerytów, który nie dźwignęli wyzwania i albo wrócili do pracy, albo utonęli w butelce. Wczesna emerytura nie stanowi bowiem leku na całe zło świata, lecz potrafi obudzić zagłuszane w pośpiechu demony.

W komentarzu dałem trzy rady:

1. Cieszyć się życiem.
2. Zadbać o zdrowie.
3. Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć.

Teraz czas je rozwinąć.

Cieszyć się życiem. Akurat ta prawda jest uniwersalna. Należy zacząć od doceniania własnych osiągnięć i tego, co się ma. Już wymienione przez Tomsiego punkty (wczesna emerytura, rodzina, spokojny sen, brak konieczności dorabiania) stanowią niedościgłe marzenie Jego rówieśników. Warto spojrzeć na życie z tej perspektywy. Jest dobrze.

A potem zaplanować sobie (i bliskim) tzw. małe przyjemności, czyli rzeczy i działania, które nie wymagają jakiś wielkich wyrzeczeń, nakładów, ale uprzyjemniają życie. Przysłowiowa kawa na tarasie o poranku, popołudniowa drzemka w hamaku, wieczór z książka, obserwowanie aktywności sportowej dzieci, kolacja z żoną. Każdy ma swoje rytuały i warto się ich trzymać. Żyć dniem dzisiejszym.

Na koniec spełnienie marzeń. Wszyscy je mamy, ale wymagają zwykle dwóch rzeczy: czasu i pieniędzy. Patrząc z perspektywy 43-letniego emeryta, czasu nie powinno zabraknąć, a kapitał też istnieje. Zaczynamy od stworzenia listy, a potem odhaczamy kolejne punkty. Kiedy, jak nie w okolicach 40-tki, kiedy zdrowie jeszcze niezłe.


Zadbać o zdrowie. Niby nic wielkiego, ale ogólna prawda brzmi tak: po czterdziestce zdrowie zaczyna się psuć, zwłaszcza jeśli dopuściliśmy się zaniedbań. Ostatnio rozmawiałem z moim rówieśnikiem-klientem (mechanikiem samochodowym) oraz nieco starszym weteranem korpo na wysokim stołku. Obaj opisali dokładnie takie same objawy: budzenie się w nocy z myślą „czego jeszcze nie zrobiłem, czego nie dopilnowałem”, w zasadzie z planem na cały dzień. Tak działa przewlekły stres i doświadcza go zarówno mikroprzedsiębiorca jak i biały kołnierzyk. A takie stałe napięcie wywołuje: nadciśnienie, cukrzycę, wyrzuty koryzolu (zespół Cushinga), bóle kręgosłupa i cały zestaw chorób, które nas dotykają. Emerytowi będzie to oszczędzone.

Natomiast istnieje różnica pomiędzy „brakiem choroby”, a „zdrowiem”. Tutaj warto popatrzeć nieco inaczej. Pójść na badania, postawić na profilaktykę i dużo ruchu. Absolutnie nie zamykać się w czterech ścianach.

Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć. Wreszcie ostatni punkt. Pracuję z wieloma ludźmi, którzy skorzystali z wcześniejszej emerytury (była mundurówka, górnicy). Praktycznie wszyscy poszli do drugiej pracy. Poza finansami (brak stabilnej sytuacji) przyczynę widzę w braku zajawki. Oni po prostu nie wyobrażali sobie bezczynności. W mojej ocenie emerytura wcale nie musi do niej prowadzić, nie trzeba siedzieć w fotelu, albo patrzeć w gwiazdy. Postawmy na zajawkę. Czym ona jest?

Otóż zajawka to działalność nie nastawiona na zysk (a często wręcz kosztowna), dająca nam satysfakcję i poczucie spełnienia. Najprostsza rzecz – hobby. Od wędkowania, przez sport, aż do ogrodnictwa. Każdy z nas lubi inne przyjemności. Znam człowieka, który dostał rentę z powodu ciężkiej niewydolności serca i otyłości. Kiedy lekarz zagroził mu powolną i bolesną drogą do śmierci, wsiadł na rower. Teraz waży w normie i jeździ na rowerze po 50 km dziennie. Poza tym – wolontariat. Jeden gotuje w kuchni dla bezdomnych, inny opiekuje się psami, albo pomaga w domu opieki. Dla każdego coś się znajdzie, byle z rozsądkiem.

Zastanowienie się nad tymi trzema pomysłami pozwoli nam zreorganizować życie, nadać mu sens bez pracy. Na koniec gorąco polecam „Pieniądze albo życie” jeśli jeszcze tego nie czytaliście.

Król na zasiłkach. Model oszczędnego milionera.

Pewnego razu napisałem wprost – zasiłki są lepsze od pracy. Czy ja również mógłbym (z żoną) tak żyć? Spróbujmy policzyć. Nie chodzi rzecz jasna o zrównoważenie moich dochodów z pracy – to niemożliwe, ale o pewien łatwy model życia przez pewien czas. Popatrzcie. Zaczynamy kombinację.

Starszy syn poszedł z domu – jest studentem. Na potrzeby tego wyliczenia – dostanie 1500 zł stypendium socjalnego. Ponieważ będzie miał swoje mieszkanie – da się radę utrzymać za taką kwotę. My jeszcze dostaniemy świadczenie rodzinne (sto kilkadziesiąt złotych) i damy mu je do ręki.

Młodszy – całkiem na swoim.

Najmłodszy – uczeń. Na niego dostaniemy 800+, również rodzinne 124 zł. Suma 924 zł.

Moje dochody. Renta, którą pewnie bym dostał, jako przynajmniej częściowo niezdolny do pracy – 4300 zł netto.

Dochody żona. Jej renta się nie kalkuluje. Bierze najpierw zasiłek chorobowy (ok. 4000 zł), potem rehabilitacyjny (średnio 3000 zł), potem wraca do pracy na pewien czas (12 miesięcy), żeby powtórzyć cały cykl trwający 2,5 roku. Potem ma zasiłek dla bezrobotnych (1300 zł), opiekę nad chorym ojcem itp. Tak da się dotrwać do emerytury.

Nawet bez innych zasiłków i dodatków, mielibyśmy jakieś 8000 zł (średnio) ze świadczeń państwowych. Na życie spokojnie wystarczy. Oczywiście to w dużej części zasługa naszej wcześniejszej pracy (w rencie mogę wybrać sobie 10 najkorzystniejszych lat do podstawy, więc miałbym ją wysoką), ale także lawirowanie, kombinowanie, rzeźbienie. Wielu zdecyduje się dopiero w ostateczności.

3 powody dla których nie chcę pracować do 65 r.ż.

Jeśli myślimy o wczesnej emeryturze, warto popatrzeć na powody, które nas do tego skłaniają. Ja mogę opisać swoje:

  1. Rodzina.
  2. Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu.
  3. Obserwacje tych, którzy pracowali długo.

Rodzina. Dzisiaj moje dzieci mają max. 24 lata. Wchodzą (poza najmłodszym) w czas, który oznacza zakładanie własnych rodzin. Za 5-10 lat pewnie zostanę dziadkiem. I czy chcę nim być na pół gwizdka, czy na 100%? Czy wnukom będę mógł poświęcić 2 dni w miesiącu, czy całe tygodnie? Jako wnuk rozpieszczany przez babcię, oraz ojciec dzieci, w których wychowaniu spory udział mają dziadkowie, planuję oddać ten czas młodemu pokoleniu.

A starsze? „Żonie po wielu latach pracy należy się rewanż. Może na stare lata zacznę gotować, regularnie sprzątać? Z udziałem maszyn, co oczywiste. Praca to utrudni, jeśli nie uniemożliwi.

No cóż, moi rodzice już nie żyją, do kresu drogi zbliżają się teściowie. Wiem, że i pod koniec życia potrzeba im obecności najbliższych. Z teściem mam doskonałe relacje, więc nie wyobrażam sobie, że podobnie jak swojemu tacie, nie będę towarzyszył w procesie przejścia na drugą stronę. Kilka lat temu było to możliwe z powodu pandemii, teraz, pracując takiej szansy nie dostanę.

Świadomość prawdopodobnego okresu życia w zdrowiu. Biorąc pod uwagę statystyki, powinienem dociągnąć do 77 r.ż. Ale rozejrzenie się dookoła, nie pozwala być takim optymistą. Prawdopodobnie, w zdrowiu dotrwam do 72-75 r.ż. Jaki ma zatem sens pracowanie do 65-tki (finansowo zbędne), żeby pożyć jak człowiek (tzn. może z bólem, ale bez głębokich deficytów) 7 lat? Nie ma go wcale. Na emeryturę (jeszcze w latach 70-tych XXw. , zwaną powszechnie „starczą rentą”) pójść, gdy zostanie kilka lat, aby pożyć? Nie piszę się. Dlatego kroję dla siebie przyszłość z najbliższej mi miary. Tato i jego rodzeństwo żyli: 13, 80 i 82 lata z czego ostatnie dwa u najstarszych nie można uznać za zdrowe. Mama i jej siostra miały szanse na 55 i 80 lat. Moi dziadkowie dożyli (wyłączam śmierci tragiczne w czasie wojny): 80, 87, 89 lat i byli długowieczni (aczkolwiek z tych 87 trzeba odjąć 5 lat choroby). Ale już ich rodzeństwo, żyło krótko: 40-60 lat, z jednym wyjątkiem 95-letniej siostry mojej babci. Dlatego statystyka 72-75 lat zdrowia może okazać się nawet przesadzona.

Obserwacja tych, którzy pracowali długo. Wiem, że dla niektórych ta prawda o 7 latach (od 65 do 72) boli. Ale tak jest. Jeszcze raz przypomnę wiek odejścia moich kolegów z pracy, którzy wybrali inaczej (czyli przeciągnęli wiek przejścia na świadczenia):

  • koleżanka – 64 lata – na emeryturze ani dnia (a mogła przejść jako 55-latka),
  • koleżanka 2 – 70 lat – na emeryturze 3 lata,
  • koleżanka 3 – 74 lata – na emeryturze 7 lat (a miała możliwość odejścia 12 lat wcześniej),
  • kolega – 75 lat – na emeryturze 4 lata (mógł jako 65-latek),
  • kolega 2 – 72 lata – na emeryturze 4 lata (w tym dwa leżał),
  • kolega 3 – 61 lat (zmarł na COVID, nie doczekawszy emerytury),
  • kolega 4 – 61 lat (pęknięcie tętniaka).

Czy widząc te liczby (a nie ma tu kilku osób, które zmarły wcześniej, w tym mojej koleżanki z roku, żyjącej 30 lat), mogę zakładać, że pożyję jak gen. Stanisław Maczek 102 lata, w tym setkę w przytomności ciała i umysłu? Przecież nie.

Każda z tych osób wymienionych na liście albo nie liznęła życia emeryta, albo znacznie krócej niżby mogła. Nie warto iść tą drogą.

Te trzy powody skłoniły mnie do zaplanowania życia w inny sposób. Zwolnienie przed 50-tką (co już udało się), całkowite rozstanie się z biurem (pomijam jakieś dorywcze fuchy), gdy pierwsze wnuczę zacznie potrzebować opieki, a najpóźniej do 60-tki.

Bilans roku po rezygnacji z jednej pracy. Osiągnąłem ideał lenia – pracuje mniej – zarabiam więcej.

Do 2 lutego 2025 r. zrezygnowałem z pracy na drugim etacie. Celem było wyrwanie się z okowów szaleństwa, które powoli zaczynało tam gościć i próby bezprawnej zmiany zasad gry. Ale z punktu widzenia bloga warte wzmianki jest jedno: wpływ na ilość pracy i dochody.

Wynik podam w dwóch wariantach – liczba godzin faktycznie przepracowana (taka jaką naliczono mi w programie kadrowym) albo wykonywania roboty (liczyłem sam) + firma. Z drugiej strony realne dochody.

Praca+DG. Formalnie miałem zakontraktowane 68 godzin na miesiąc. Jeżeli odjąłem urlopy, zwolnienia itd. oraz – zostawało 50 godzin. Wynik z działalności + realna praca na tamtym etacie = x godzin (nie chcę podawać konkretnych liczb, bo zmieniały się w czasie).

Sama DG. Liczba godzin kiedy przeszedłem na swoje drastycznie się zmniejszyła. Odpadły godziny wysiedziane, zmarnowane nieproduktywnie. I co się okazało:

  • w stosunku do zakontraktowanych =0,38x. Dobrze czytacie – liczba godzin poświęconych na DG w stosunku do DG+Praca spadła o 62%.
  • w stosunku do faktycznie odsiedzianych = 0,48x. Tym razem, gdy liczyłem godziny faktycznie odsiedziane spadek wyniósł 52%.
  • w stosunku do przepracowanych = 0,8x. Tu mianownikiem były realnie przepracowane godziny. I nagle okazało się, że mam ich też o 20% mniej.

Gdybym przyjął opisaną na wstępie niekorzystną propozycje (100% więcej pracy bez zmiany wynagrodzenia) szacuję moją efektywność na ok. 120% (120% godzin odsiedzianych to faktycznie ciężka praca, bez przerw, bo musiałbym ją zabierać do domu). Czyli brałbym pod uwagę pierwszą liczbę. Pracowałbym przeszło 2 razy więcej niż obecnie (x/0,48x=2.08).

Obliczyliśmy czas – teraz skupiam się na dochodach.

Praca + DG. Praca plus DG wynosiła ponownie X.

Sama DG. Wynik po 12 miesiącach – 1,2X. Oczywiście były wyniki, gdy rezultat szybował w górę (lipiec = 2x), ale i gorsze (bo pracowałem w firmie sporo mniej).

Wynik. Po 12 miesiącach wydaje się dość jasny – pracując 38% czasu, zarabiałem 120% poprzednich wartości. Efektywność ekonomiczna wzrosła o 215% (do 315% pierwotnej wartości). Nawet gdybym porównywał z okresem względnego luzu pod poprzednim szefem 48% czasu pracy i 120% zysku. Efektywność +150%. Krótko mówiąc osiągnąłem ideał lenia: pracuje sporo mniej, a zarabiam więcej.

Segmentacja rynku mieszkań i co z niej wynika.

W tym przypadku słowa „mieszkanie” używam w znaczeniu „lokal mieszkalny” czyli może być też i dom. Pokazując badania banku CA https://www.money.pl/gospodarka/w-polsce-przybywa-niechcianych-mieszkan-ekspert-wystarczy-wyjechac-nieco-za-warszawe-7215399310289568a.html?utm_term=post&utm_campaign=fbmoney&utm_medium=Social&utm_content=moneyEBX&utm_source=Facebook&fbclid=IwY2xjawNy6WhleHRuA2FlbQIxMABicmlkETBvcVBEMGNyUHVwdXJDdHBVAR51oF257OjY4fEbpBOO8WIoBjDa3bFhm1ZsSqZZhBEM19Oyhii4VodnfBlPCA_aem_kiAi8BbjKITq-sIZ0EtoHA&brid=e_Pd2wg5ucu5cUAg5ahviA#Echobox=1761608049

przywołane przez Money.pl mamy szansę trochę pokombinować.

Tezy wyglądają tak:

W bliskiej przyszłości zaistnieje Polska mieszkaniowa dwóch, albo nawet trzech prędkości wzrostu cen na najbliższe 20 lat. Big Five, przedmieścia – dalsze wzrosty. Średnie/Duże miasta i ich otoczenie – spadki. „Daleko od szosy” – domy za 1 zł.

A nauka dla nas. No cóż, jeśli faktycznie Polska w 2045 r. oznaczać ma 40% emerytów i znikomą liczbę dzieci, nie warto kupować nieruchomości. Zawalą się pod ciężarem dramatu demograficznego oraz z powodu braku remontów (polski emeryt nie ma siły ani kasy). Po śmierci seniorów – zostaną puste.

I teraz popatrzmy, czy na pewno?

Antyteza 1. A co z imigracją? Przyjazd 2 mln Ukraińców sporo zmienił. Jeśli wejdą do UE, temat przyspieszy. W końcu u nas pensje lepsze, warunki pracy i infrastruktura także. Mogą ożywić tereny 40-50 km od wielkich miast. Kupią tanio, jak Polacy domy za 1E na Sycylii. Remontów się nie boją.

Antyteza 2. Praca. Problemem na prowincji (polskiej i włoskiej) jest głównie brak pracy i wysysanie siły roboczej przez metropolię. Gdyby proces udało się odwrócić, niskie ceny pod Siedlcami mogą się okazać atutem.

Antyteza 3. Zmiana stylu życia. Ten punkt to prawdziwy game changer. Gdyby te wiejskie domy zmienić na weekendowe? Przecież ten proces już się dzieje. Upowszechnia się kultura prepersko-survivalowa (wojna za progiem może ją wypromować)? Slow life. Równowaga, spacer po trawie przed zachodem słońca. Tego nie ma w mieście i nigdy nie będzie. Nierealne? Już teraz ceny podbijają „siedliska w środku lasu” droższe często od tych z centrum wsi.

I ekonomia codziennych oszczędności. Ale to temat na inny wpis.

Pomiędzy biedą a zamożnością. Czy da się wyrwać z zaklętego kręgu klasy niższej?

Jeszcze 10 lat temu udzieliłbym odpowiedzi zdecydowanie twierdzącej. Teraz, po tych wszystkich zmianach na świecie (od cyfryzacji i amerykanizacji usług do wojny za progiemn) jestem bardziej ostrożny. Skoro autorytarni populiści doszli do władzy w 1/4 krajów Europy, a szykują się na kolejne, przyszłość nie wygląda wesoło.

Dla osób urodzonych w gorszych warunkach, bez wsparcia rodziców, nastały ciężkie czasy. Znacznie trudniej niż przed 1-2 dekadami spełnić „polski sen” (domek na przedmieściu dużego miasta, albo chociaż 3-pokojowe mieszkanie + dobre auto + dwójka dzieci + pies). Z kilku powodów.

Populiści rządzący Polską przez 8 lat doprowadzili do sytuacji, w której wartość pieniądza zanurkowała. Ich następcy patrzą na sondaże i płacą coraz większe odsetki od długu. Nieruchomości podrożały drastycznie (ponad 100%), podobnie jak większość usług (od prywatnego szkolnictwa, przez leczenie aż do budowlanki). Nawet chleb jest 3 razy droższy. Samochody, tylko 100%. Co robić?

Rada 1. Nie dać się unieść fali. Współczesny konsumpcjonizm, kulturę nadmiaru porównamy do fali morskiej. Im wyższa, szersza, dłuższa, tym trudniej się przed nią obronić. Jeden upadek pociąga za sobą następne. Wokół wszyscy żyją podobnie.

A tu właśnie trzeba inaczej. Stosować stare zasady naszych babć. Zostać trochę z tyłu. Prowadzić budżet, starać się kupować lokalnie, rzeczy dobrej jakości za rozsądną cenę. W barterze, za gotówkę. Raczej kupić i przeczytać książkę niż karmić cyfrowego molocha Netflix+Meta+…. . Nie wyrzucać lecz reperować. Postawić na więzi, małe społeczności, a nie na odległych cyfrowych znajomych. Odrzucić „wygodny” najem albo „współdzielenie” na rzecz własności.

I codziennie oddalać się od Matrixa. Takie działania łatwiej podjąć klasie średniej, ponieważ w domach dostali solidną edukację, o skutkach odroczenia przyjemności doskonale wiedzą. Rozumieją skutki wszelkich konsumpcyjnych szaleństw od znajomości z Tindera, aż po 1 mln kredyty na kawalerkę w centrum Warszawy czy Sopocie.

Rada 2. Wybrać odpowiednie miejsce do życia. Mega ważna decyzja – gdzie osiądziemy. Każda lokacja ma wady i zalety. Pytanie, które przeważą. Na blogu proponuję wybranie wsi czy niewielkiego miasta zamiast aglomeracji. Tak po prostu żyje się łatwiej i nie ma takiej presji jak w Big Five. Brakuje też wielu atrakcji.

Pokolenie 50+ wybrało drogę z małych miast do stolicy. Wielu udało się zapuścić korzenie i stworzyć dobre podstawy bytu. Zakorzenić się. Ale z czasem stawało się to trudniejszym. Patrzę np. na rodzinę – pracowniczka służb społecznych + mąż-ekonomista. 3 pokoje na kredyt – Białołęka. Dojazdy do pracy. Męka korków. Ich syn, niespełna trzydziestolatek, wybrał przeprowadzkę do rodziny żony na południowe Podlasie. Pracuje jako kucharz w niewielkiej knajpie. Ona gdzieś w handlu. Pensyjki skromne, ale i wydatki niewielkie. No i spokojne życie. Dzieci z babcią, dziadkowie oddali młodym piętro w domu. Win-win.

I ludzie z klasy niższej mogą iść tą drogą. Często idą. Wyobraź sobie kierowcę rozwożącego pieczywo małym busem. Ile zarobi? 4-5k, pewnie dokładnie tyle. Czy utrzyma się w dużym mieście z czynszem najmu 3k i żoną na minimalnej? Sądzę, że będzie trudno. A u dziadków na wsi? Bez problemu. Tu nawet żona może nie pracować. Coś dołoży państwo, jedzenie rośnie w ogrodzie (nie samo, wymaga sporo pracy). Nie trzeba „weekendowego resetu”, bo i po czym. Koszty domu rozkładają się na dwie rodziny, więc wychodzi sporo taniej niż w mieście. A nadwyżki pozwalają na inwestycje.

I teraz uwaga – nie słuchać mnie ślepo, tylko liczyć. Oświetleniowiec eventowy potrzebuje miasta, ale już stolarz – absolutnie nie. Tak samo w klasie średniej.

Rada 3. Oszczędzać i inwestować. Przejście z klasy do klasy nie koncentruje się na pensji. Złotówki nie są znaczone. Czy lepiej mieć wysoką pensję czy dochód z inwestycji? No chyba jednak inwestycje i kapitał pewniejsze. Zwłaszcza w klasie niższej.

Ale inwestując, należy uważać, żeby nie popaść w dwa skrajne błędy, o których opowiadają „Pamiętniki włościan”. Pierwszy – kupowanie drogo (zły timing), co obniża stopę zwrotu, drugi – nadmierna ostrożność. Chłop sprzed stu lat miał dwie opcje: ziemia i złoto. Ziemia dawała mu chleb i poważanie. Tylko przy takich cenach + kredycie, znalazł się dokładnie w tym samym miejscu w jakim był korposzczur kupujący w 2007 r. 5 mieszkań inwestycyjnie na kredyt we frankach. Po załamaniu zabrakło mu płynności i gotówki na raty. Wtedy Żyd (a współcześnie bank), zabierał „inwestycję”.

A duża ostrożność? No cóż, trzeba kupować w dołku. Tylko tak zrobić najtrudniej. Nikt się nie spiera, że lepiej było kupić w 1933 r., niż w 1927 r., ale kto tak robił? Bo w dołku panuje strach. Zwłaszcza w gromadzie i wśród ludzi, którzy myślą grupowo.

Rada 4. Wybierać wykształcenie, które da lepszą pensję.

Przez wieki były to studia. Teraz niekoniecznie. Znam dwie przyjaciółki. Jedna skończyła szkołę, potem studia, poszła do urzędu na pensję (obecnie) 6-7k. Druga skończyła technikum gastronomiczne i otworzyła biznes turystyczny. Dzisiaj zarabia 30-40k/m-c. Obie startowały z tego samego punktu. Obie równie pracowite. Zdecydowało wykształcenie – wyższe wcale nie stało się przepustką do zamożności.

I mógłbym przykłady mnożyć. Dzisiaj na moim dachu siedzi blacharz. Popracuje 2 dni i zarobi 3k na czysto (1,5k dniówki). Przy 22 dniowym miesiącu pracy – 33k. Przy 15-dniowym – 22k. Nie martwi się niczym, poza złą pogodą i awarią busa. I teraz porównaj jego sytuację i możliwości z pracownikiem korpo zarabiającym 10k netto miesięcznie, którego dzienna stawka wynosi 0,5k dziennie. Jaki sens kończyć, przykładowo ekonomię, poświęcać kasę, uczyć się do 24 r.ż , żeby zarabiać 3 razy mniej niż gość, kończący edukację w wieku 16 lat i jako 20-latek posiada praktykę? Żaden. Podobnie jak praca za 33k jako blacharz po skończeniu ekonomii.

Dlatego, poza niewątpliwymi zaletami socjoekonomicznymi (np. postrzegania oczekiwań jako rodzica w szkole) oraz pracą w cieple, trudno mi znaleźć argumenty do pracy za 1/3 stawki po poświęceniu na naukę 8 dodatkowych lat. Dodatkowo, przedstawiciel klasy niższej będzie zmagał się w korpo z ciągłym brakiem kapitału kulturowego. Wybiją się jednostki, a my mówimy o szansach statystycznych.

Dlatego przeciętnie – lepiej zostać blacharzem za 22k/m-c i pracować 3-4 dni/tydzień niż zarabiać 10k przez 5 dni i jeszcze czekać na łaskawy urlop. A zwłaszcza gdy mamy zdrowie i predyspozycje do takiej pracy.

Rada 5. Pracować. Blacharz, żeby coś zarobić, musi pracować. Korposzczur może markować pracę. I tu też tkwi różnica. Rzemieślnik-partacz, wiecznie nawalony bumelant szybko zostanie zweryfikowany przez rynek.

Dlatego, wydostając się z klasy niższej, trzeba ciężko pracować. Na pocieszenie – podobnie jest z przejściem do wyższej. O ile nie wygramy w Lotto (ale to już temat na inną opowieść).

Stosując się do tych pięciu rad człowiek z klasy niższej ma szansę dostać się do średniej. I tego wszystkim życzę.

Anty-samowystarczalność. Jeszcze o idei, która jest mi obca.

Dzisiaj publikuję poświąteczną refleksję, przygotowaną wstępnie w grudniu 2025r. Dwa powidoki tego, jako obecnie wygląda przygotowanie potraw i do czego wszystko zmierza.

Obraz 1. Wigilia w pracy. Mała grupa pracowników mojego działu organizuje sobie co roku drobne przyjęcie przed-Wigilijne. Każdy przynosi coś swojego. Dokupowano tylko napoje, chleb, łososia. Tak było jeszcze w zeszłym roku. Trochę zmienił się skład i … szeroko otworzyłem oczy. Do grupy doszły ostatnio 4 młodsze ode mnie o ponad dekadę, ale i starsi zmienili zwyczaje. Dlatego:

  1. Większość produktów (połowa ciast, barszcz, pierogi, sałatki) pochodziła ze sklepu lub garmażerki.
  2. Barszczu Krakusa w kartonie nie udało się nawet podać (wystrzelił w kuchence mikrofalowej).
  3. Dzięki żonie byłem jedyną osobą, która przyniosła wyłącznie dania domowe (każdy miał listę z 2 „potrawami”). W przypadku kumpla, świeżego rozwodnika, nie dziwił asortyment „chleb+łosoś wędzony”, ale już nasz rówieśnice z pierogami z garmażerki nieco mnie zszokowały.

Żeby nie było, podobnie miała moja żona. Na 6 osób, tylko ona przyniosła „swojskie”. Królowały: Biedronka + garmażerka.

Obraz 2. Cennik dań wigilijnych. W sobotę, 27.12. poszliśmy z psem na spacer i uzupełnić zapasy pieczywa. Ja zostałem z kundlem, a żona zeszła do piekarni. Nudząc się, czytałem menu, zlokalizowanej blisko lubelskiego Mordoru garmażerki. I oczy wychodziły mi z orbit:

  • uszka – 150 zł/kg,
  • śledź w oleju – 65 zł/kg,
  • pierogi z kapustą – 45 zł/kg.

Więcej nie zapamiętałem.

I teraz refleksja. Kiedy zmienił się świat? Czy ja coś przegapiłem? Ludzie serio zapraszają rodzinę i serwują im uszka ze sklepu, ani nie potrafią zrobić śledzia w oleju? No właśnie, nie potrafią, czy idą po linii najmniejszego oporu? Nie chce im się. W dobie programów kulinarnych, internetu, kiedy prawie każda gospodyni z klasy średniej ma Thermomix-a lub przynajmniej Lidlomix-a?

Drugą stroną pozostaje cena. Przecież śledzie kosztują 40 zł w detalu. Do tego olej – kilkanaście. W przypadku uszek przebitka wychodzi jeszcze większa (połowa mąka – 2 zł/kg, reszta woda, sól, jajko, grzyby – najdroższe może 50 zł/kg).

W tym wszystkim gdzieś gubi się magia spotkań z rodziną. To już jest kompletna anty-amowystarczalność. Sklep/buda z żarciem dostarcza nawet potrawy na Wigilię do biur i do domów. Kupujemy wszystko, płacąc za to drożej niż kiedyś. Wymiana sąsiedzkich przysług gwarantowała brak podatków. Uszka kosztują 150 zł/kg (koszt produktu 30zł/kg, a przy samodzielnym zbiorze grzybów 5 zł/kg) ponieważ:

  • trzeba zapłacić pracownikom, ich pensje, ZUS, NFZ, PIT,
  • właściciel lokalu domaga się czynszu, elektrownia, spółka wodno-ściekowa, śmieciarze też wezmą swoje,
  • na koniec własne podatki i składki przedsiębiorcy.

Kiedyś wystarczyła babcia, ciotka, sąsiadka, której dostarczono „na wymianę” coś innego, albo zwyczajnie przyjęcie składkowe.

Chwilę później czytałem „Five acres and Independence” i „Living a good life” i przeniosłem się do innej epoki.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.