Jak tanio kupić eleganckie ubrania?

Moja praca wymaga eleganckiego stroju. Muszę nosić garnitur, krawat, koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i półbuty (zwane czasami trumniakami, bo niektórzy zakładają je dwa razy w życiu w tym na własny pogrzeb).

Żałuję tego stroju podwójnie. Najpierw dlatego, że  wolę dżinsy i koszule w kratkę. Poza tym dress code kosztuje.

Wiesz już, że jestem milionerem, ale nie lubię przepłacać. Dzisiaj historia okazyjnych zakupów.

Jako Polak wybieram polskie marki. Moimi faworytami są:

  • Vistula i Lantier (garnitury, płaszcze),
  • Wólczanka i Lambert (koszule, krawaty),
  • Gino Rossi i Ryłko (buty).

Zapewniają dobrą jakość. A ceny? No cóż.  Regularne będą bardzo wysokie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie próbował zaoszczędzić. Podzielę się z Tobą moim pomysłem.

Firma do której należą marki Vistula, Lantier, Wólczanka i Lambert (nie, nie biorę od nich pieniędzy) wyceniają garnitury na minimum 1300 zł, koszule na nie mniej niż 150-200 zł.

Co roku zmieniam jeden garnitur i około 5-6 koszul. Gdybym kupował w cenach regularnych zostawiam około 2.300 zł w trakcie jednych zakupów.

Postanowiłem pokombinować. Nie, nie jestem  super mózg. Po prostu poczekałem. Do stycznia.

Nagle garnitur zamiast 1300 zł kosztuje 450 zł. Taki wyceniany na 2000 zł, mogę mieć za 600 zł Koszule (6 sztuk) zamiast 1000 zł  kosztowały mnie 290 zł.

Kupiłem też buty Ryłko, płacąc zamiast 429 zł tylko 199 zł.

 

To jest sposób na tanie zakupy. Dlaczego uważam, że tanie? Może po prostu ceny pierwotne były tak zaniżone?

Chyba jednak nie do końca. Za 450 zł dostanę prawie najtańszy garnitur w Tesco. Za 45 zł mam koszulę z Lidla. Jakość – nieporównywalna. Czyli wyszło i dobrze i tanio. Znowu cierpliwość górą.

Postanowienia i plany noworoczne – czy warto?

Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że osoby, które mają pisemne plany i postanowienia noworoczne mają wielokrotnie większą szansę ich realizacji. Podobne zdanie możesz znaleźć w większości książek o samorozwoju i motywacji. Czy jest to prawda? Jak to działa u mnie?

Portal bankier.pl powołując się na wyniki badań  Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych podał, że  w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Zrealizowało je tylko 8%.

Ze mną jest inaczej. Oto moje postanowienia na 2015 r.

  • zarobić określoną sumę pieniędzy (zrealizowane w 90%),
  • powiększyć majątek o inną sumę (zrealizowane w 60%),
  • oszczędzać minimum 20% dochodów netto (zrealizowane w 150%),
  • wyremontować łazienkę w domu na wsi (zrealizowane w 200%, bo konieczny okazał się remont także drugiej łazienki),
  • zrobić grządki, porządki w garażu, pomalować kraty (zrealizowane w 100%),
  • nauka francuskiego – 700 słów (zrealizowano w 30%),
  • przeczytać 52 książki (zrealizowano w 110%),
  • uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić bloga o oszczędnym trybie życia (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić stronę własnej firmy (zrealizowano w 100%),
  • napisać książkę (zrealizowano w 50%),
  • przeczytać 365 orzeczeń SN (zrealizowano w 70%),
  • wystartować w biegu na 10 km z czasem poniżej 50 min. (nie udało się),
  • osiągnąć zysk z firmy na określonym poziomie (zrealizowano w 70%),
  • mieć określoną ilość klientów (zrealizowano w 60%),
  • zagrać mazurka op. 68 nr 2 Chopina (zrealizowano w 100%),
  • odłożyć na emeryturę 6000 zł (zrealizowano w 100%).

Jak widzicie mój współczynnik realizacji, nawet na poziomie spełnia/nie spełnia czyli 90% celu oznacza, że go nie osiągnięto, wyniósł 53%. Kompletnym fiaskiem (poniżej 50% celu) zakończyły się tylko 2 postanowienia, czyli częściowo osiągnięto przynajmniej 88% celów. Na czym polega sekret mojej skuteczności?

Po pierwsze cele roczne planuję zgodnie z moimi  długoterminowymi pragnieniami i marzeniami np. posiadanie własnej firmy i dochody z niej wynikają z chęci samowystarczalności finansowej, bieganie i ćwiczenia fizyczne to pochodne planu na bycie zdrowym do późnej starości.

Po drugie moje cele są mierzalne. Nie piszę – więcej biegać, ale uprawiać sport (bieganie, siłownia, rower) minimum 3 razy w tygodniu. Nie piszę  – zarabiać więcej, ale zarobić tyle a tyle.

Po trzecie, stosuje metodę kaizen (drobne zmiany), więc moje cele są realne. Nie ulegam jednak presji łatwych celów (co spowodowało, że musiałem zacząć wstawać bardzo wcześnie).

Po czwarte, sporządzam plan realizacji postanowienia. Rozkładam cel na mniejsze. Przeczytanie 52 książek rocznie, to 1 książka tygodniowo i nieco ponad 4 miesięcznie. Mam co roku listę lektur do przeczytania (w 2015 r. m.in. wszyscy nobliści z lat 2011-2015, Trylogia, 2 książki o sprzedaży, 3 o moim zawodzie). Utwory rozkładam sobie na takty.

Po piąte, regularnie sprawdzam postęp w realizacji celów. W przypadku finansów, codziennie wprowadzam dane o wydatkach i dochodach do arkusza kalkulacyjnego, który liczy postępy.

Po siódme, staram się, przynajmniej raz w tygodniu, zrobić krok naprzód w osiągnięciu każdego z celów.

Po ósme, spisuje wszystkie cele i regularnie je przeglądam.

To są przyczyny, dla których osiągam wielokrotnie lepsze rezultaty niż osoby przeciętne (chociaż do najlepszych stale też mi brakuje). To jest też sekret, tego, że stałem się milionerem.

Mój najtańszy samochód

Jak pewnie wiecie, jestem fanem motoryzacji. Jednocześnie auta szybko mi się nudzą.  Z tego powodu dokonuję częstych zmian w swoim parku maszyn. Przyznając się do swojej słabości (autoholizm?) staram się systematycznie prowadzić klasyfikację wydatków również odnoszących się do samochodów. Na tej podstawie mogę jednoznacznie opisać mój najtańszy w eksploatacji samochód. Ceny oczywiście dotyczą wartości dzisiejszych.

Mam świadomość, że opisywane przeze mnie auta nie wygrają klasyfikacji na auto rodzinne, są bowiem raczej małe, ale nadają się do okazjonalnego przewozu  3-4 osób z założeniem posiadania boxu dachowego i poruszania się z umiarkowanymi prędkościami.  Będą też idealne jako samochód singla lub bezdzietnej pary.

Zatem pierwsze miejsce wśród aut dla oszczędnych zajmuje: Fiat.  Ściśle mówiąc dwa  superoszczędne Fiaty: Uno i Panda.

Uno to wybór zupełnie budżetowy. Egzemplarz z przebiegiem ok. 100 tys. km można kupić już za 1500 zł, przy czym będzie miał silnik 1.0 FIRE (to ważne) i instalację gazową.  Mniej sympatyczne wydaje się to, że kupujemy auto pełnoletnie (1997 r.).

Panda przeznaczam dla bardziej wymagającego odbiorcy. Znajdziemy egzemplarz z podstawowym silnikiem (1.1) z zamontowanym gazem, za cenę ok. 7500 zł, ale kilka lat młodszy (2003 r.). Wnętrze Pandy robi przy tym znacznie przyjemniejsze wrażenie.

Zakładam eksploatację przez 5 lat. Oto wyliczenie przy założeniu przebiegu 10.000 km rocznie.

FIAT UNO

Cena + pakiet startowy (opony, akumulator, płyny, oleje, filtry, rejestracja) –  2.500 zł.

Wartość na koniec okresu – 1.000 zł.

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym  wartość na koniec) — 1.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, gazowe i okresowe) – 4.000 zł.

Naprawy przez 5 lat (klocki, tarcze, zawieszenie, sprzęgło) – 1.500 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (oczywiście tylko OC przy moich zniżkach i w mieście) – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena gazu 2 zł/l) –  8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 16.250 zł

Razem koszty rocznie – 3.250 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  0,325 zł.

FIAT PANDA

Cena + pakiet startowy – 8.500 zł

Wartość na koniec okresu – 3.000 zł

Utrata wartości – 5.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat – 4.000 zł

Naprawy przez 5 lat – 1.200 zł

Ubezpieczenie przez 5 lat – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km gaz) – 8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 19.950 zł.

Razem koszty rocznie = 3990 zł.

Razem koszty 1 km z utratą wartości – 0,399 zł.

W następnym wpisie mój najdroższy samochód.

Czy warto przenosić biuro do centrum?

Spacerując wczoraj po centrum mojego miasta, zauważyłem jak dużo w nim ogłoszeń o wynajęciu lokali. Możesz przebierać wśród miejsc na własne biuro, restaurację, sklep. Dlaczego tak się dzieje?

Problem musi mieć podłoże ekonomiczne, pomyślałem. Analiza ogłoszeń na portalach rynku nieruchomości upewniła mnie, że nie jest to tylko problem Lublina, ale większości dużych miast, ceny spadają, a dalej nie ma chętnych najemców. Oto przyczyny?

Rozwój galerii handlowych

Wraz z inwazją galerii, prawie cały handel (tzn. sieciówki) przeniósł się na przedmieścia. Nawet większe sklepy nie wytrzymały konkurencji i … też wyprowadziły się do galerii. Brak klientów zmusił do zamknięcia lokali ostatnich samurajów.

Strefa parkingowa

Żeby zrobić zakupy, trzeba zaparkować samochód. A to kosztuje. W Lublinie do 1 stycznia 2016 r. już 3 zł za pierwszą godzinę. Niewiele osób ma ochotę płacić za przywilej chodzenia po sklepach. Mniejszy (chociaż także spory) wpływ ma to na knajpki (strefa płatnego parkowania działa do 17). Galerie mają własne parkingi bezpłatne, lub znacznie tańsze.

Korki

Komu chce się najpierw w korkach wracać z pracy, a potem w jeszcze raz tracić w nich czas na dojazd do sklepu? Do galerii jest bliżej. Często powstają one przy szerokich arteriach, które  umożliwiają ruch samochodom.

Inwazja banków

Centra miast, to centra bankowe. Bankowcy tak wywindowali czynsz za lokale na parterze, że zwykła firma nie jest w stanie z nimi konkurować. Efekt? Brak innych podmiotów poza bankami.

W efekcie liczba potencjalnych klientów znacznie zmalała. A bez klientów, żadna firma długo nie pociągnie. Dlatego coraz więcej usług zaczęło się przenosić poza centrum. Widoczne to jest nawet w tradycyjnych branżach ulokowanych na głównych ulicach (lekarze, prawnicy).

Z takiego obrotu sprawy zadowoleni są klienci (nie muszą płacić za parkowanie, nie tracą czasu w korkach). A właściciele firm? Oszczędzają na czynszu i kosztach paliwa.Jakie są to kwoty? Popatrzmy.

Lokal biurowy w centrum (dane z Lublina).

Cena – 1200 zł (30 zł za m2)+ opłaty 300 zł (prąd, woda, internet).

Karta parkingowa (dla firm) – 150 zł,

Paliwo (właściciel i 1 pracownik) – 200 zł.

Razem koszty:  1550 zł.

Lokal w dalszych dzielnicach (w podobnym standardzie).

Cena – 800 zł (już z opłatami),

Karta parkingowa  – zbędna,

Paliwo – 100 zł (nie stoimy w korku),

Razem koszty: 900 zł.

Pozostaje Ci tylko odpowiedzieć sobie na pytanie? Czy moi klienci zapłacą w cenie, te 650 zł miesięcznie za lokalizację (plus niewymierną kwotę w biletach parkingowych)? Coraz więcej właścicieli firm stwierdza, że nie. Dlatego planują wyprowadzić się  poza centrum.

 

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część II.

DYSCYPLINA
To, że wiesz co powinieneś robić, nie zawsze oznacza faktyczne wykonanie. Tutaj poważny dorosły często spotyka się z wewnętrznym dzieckiem. Dzieckiem mniej zdyscyplinowanym, bo pozostającym bez nadzoru.
Przykłady z życia codziennego. Zdajemy sobie sprawę z konieczności ćwiczeń minimum trzy razy w tygodniu. Ilu z nas ćwiczy? Niby pamiętamy o potrzebie odkładania na emeryturę, ale ten samochód/ta bluzka/ te wakacje tak nam się podobają, więc nie tylko wydajemy od razu wszystkie pieniądze, ale i zaciągamy kredyty, spłacane potem z mozołem.
W dyscyplinie chodzi o to, aby być samemu sobie nadzorcą. Wyznaczać krótkie okresy czasu, na realizację małych celów, nagradzać się za ich wykonanie i karać za odstępstwa. Wydaje się to proste, ale takim nie jest. Przez lata przyzwyczajamy się działać inaczej. Jak zatem robić to dobrze.
Po pierwsze, chodzi o to, żeby oszczędzanie na spełnianie marzeń, stało się naszym nawykiem, czymś co robimy prawie automatycznie, zupełnie bezrefleksyjnie. Nie osiągniemy tego w jeden dzień. Wracając do przykładu powyżej. Na domek na wsi potrzebujesz regularnych comiesięcznych oszczędności 400 zł. To oznacza około 15 zł dziennie. Zacznij więc wrzucać do skarbonki lub jakiegokolwiek innego pojemnika (może nim być stary wazon, lub tak jak u mnie pudełko po butach), 15 zł każdego ranka. Na koniec miesiąca wpłać na konto oszczędnościowe. Przez pierwszy miesiąc będziesz musiał przypominać sobie , o konieczności oszczędzania (np. ustawiając przypomnienie w telefonie komórkowym), potem wejdzie Ci to w krew.
Po drugie nie daj się wystawom sklepowym. Nałogowi alkoholicy rozpoczynają trzeźwienie od planu – „tylko jeden dzień” – chcą być trzeźwi do wieczora, nie planują na lata. Ty postępuj podobnie. Obiecaj sobie, że nie wydasz tych pieniędzy przez ten jeden dzień. Stopniowo dni zmienią się w tygodnie, tygodnie w lata, a lata pozwolą Ci spełnić marzenia. To nie jest łatwe. Ale tak jak alkoholik nie spotyka się przy wódce z przyjaciółmi (unika alkoholu), tak Ty zaprzestań włóczenia się po sklepach.  Galeria handlowa to nie forma rozrywki.
Po trzecie nagradzaj się. Jedna z zasad zarządzania brzmi – to co jest nagradzane, jest też robione. Wie o tym doskonale Twój pracodawca. Nie bez powodu ustala Ci plany, rozlicza z ich wykonania, a na koniec roku/kwartału/miesiąca wypłaca premię. Nie bez przyczyny masz kierownika, który sprawdza jak pracujesz. Bądź swoim pracodawcą, swoim kierownikiem. Ustal system nagród. Wykonałeś plan miesięczny – pójdź do cukierni na dobrą kawę i ciastko. Wykonałeś plan kwartalny – weź sobie w pracy dzień wolny i spędź go tak jak lubisz. Wykonałeś plan roczny – możesz wybrać się na weekend z małżonkiem gdzieś niedaleko. Oczywiście nagrody są przykładowe, możesz spokojnie je zmienić. Ważna jest idea.

Po czwarte – czasami musisz się ukarać. Nie namawiam absolutnie do samobiczowania, samooskarżania, wmawiania sobie, że jesteś beznadziejny. Nie jesteś, po prostu czasami nawalasz. Każdy robi to od czasu do czasu. Staraj się wtedy odbyć pokutę i …. wracaj na ścieżkę regularnego odkładania. Jaka powinna być kara? To zależy od winy ale zawsze musi wnosić coś pozytywnego do Twojego życia. Jeżeli zapomniałeś dwa dni o swojej skarbonce – może to być telefon do nielubianej teściowej (może nie oszczędzisz szybko na dom, ale przynajmniej relacje z teściową się poprawią). Jeżeli wydałeś półroczne oszczędności – no tu już nie wykręcisz się byle czym – obiecaj sobie, że przez miesiąc podasz żonie śniadanie do łóżka. Zobaczysz jak się zdziwi.

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część I.

Wszyscy o czymś marzymy.

Ponieważ jednak nasze doświadczenia, zwyczaje, sytuacja finansowa i rodzinna różnią się, nasze pragnienia też muszą być inne. Inaczej marzy młoda matka (o tym aby wreszcie wyspać się do woli i chociaż jest to niewymierne w pieniądzu, na razie nieosiągalne), pan w średnim wieku (rzucić wszystko, aby pojechać w podróż dookoła świata), jak i student (założyć firmę, która podbije świat).
Większość naszych pragnień ma jednak wspólny mianownik – zazwyczaj wymagają czasu, pieniędzy, bądź jednego i drugiego jednocześnie. O zaplanowaniu idealnego momentu na realizację swoich zamierzeń napiszę kiedy indziej. Teraz skupię się na kwestiach finansowych.
Dobra wiadomość jest taka, że masz sporą szansę na spełnienie marzeń. Wymaga to jednak: zaplanowania, dyscypliny i prawdziwej wiary w to, że miejsce do którego zdążamy jest właśnie, tym rzeczywiście najpiękniejszym.
PLANOWANIE – ZAMIEŃ MARZENIA W CELE
Niezależnie, czy marzymy o podróżach, przedmiotach lub wydarzeniach, zazwyczaj potrzebujemy pieniędzy na ich zmaterializowanie się. Czasami jest to kwota większa, a czasami całkiem niewielka. I tak, wycieczka do Francji, aby zobaczyć Paryż, może kosztować 1500 zł jak i kilkadziesiąt tysięcy zł (jeżeli planujemy zostać tam na rok). Wymiana auta to koszt od 1.000 zł do kilkuset tysięcy zł  (lub nawet milionów). Zakup lub budowa wymarzonego domu, kosztować nas będzie od kilkuset tysięcy zł do kilkudziesięciu milionów zł. Organizacja ślubu może wymagać od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych.
Trzeba zatem wiedzieć, co jest dla nas ważne i ile to kosztuje. To bardzo ważny moment. W ten sposób niesprecyzowane marzenie zmienia się w konkretny, namacalny cel. Posłużmy się tu przykładem domu. Marzysz o niewielkiej sielskiej chatce gdzieś na wsi. Sprawdziłeś w ogłoszeniach, że siedliska (dom z niewielką działką) kosztują w wymarzonej okolicy np. 100.000 zł. Oczywiście, aby spędzać tam weekendy i wakacje potrzebujesz jeszcze remontu – załóżmy, że za drugie tyle. Twój cel można zatem wyrazić sumą 200.000 zł i przyjemną wizją śpiewających ptaków, kawy na tarasie itp.
Druga kwestia – do kiedy pragniesz odłożyć pieniądze. Załóżmy, że wiedząc o wysokiej kwocie, masz świadomość trudności realizacji celu w 1 rok. Myślisz – dobrze byłoby stać się właścicielem takiej chatki w ciągu 10 lat. Remont będziesz prowadził na bieżąco (czyli wydasz 100.000 zł przez następne 10 lat). Rocznie musisz zaoszczędzić 10.000 zł tj. ok. 800 zł miesięcznie.
Teraz pojawia się problem – jak zaoszczędzić te 10.000 zł. Np. co roku, dostajesz w pracy nagrodę, ok. 3.000 zł. Zazwyczaj przeznaczałeś ją na gadżety. Ponieważ jednak naprawdę chcesz tego domu, postanawiasz – będę odkładał na realizację marzenia. Dodatkowo, ponieważ masz dwójkę dzieci, przysługuje Ci ulga podatkowa, co roku urząd skarbowy zwraca 2.400 zł. Wreszcie, postanawiasz rzucić palenie i zaoszczędzisz w ten sposób 400 zł w każdym miesiącu. Ile uzbierasz na koniec roku? Policzmy: 3000 zł + 2400 zł + 4800 zł = 10.200 zł.
W moim budżecie mogłoby się to udać (tylko zamiast papierosów wstawiłbym coś zupełnie innego), ale Ty musisz sprawdzić, czy cel jest osiągalny, tzn. czy nie stanowi dla Ciebie zbyt wielkiego obciążenia. Takiego ciężaru, którego nie jesteś w stanie podźwignąć. Przykład? Proszę bardzo. Zarabiasz miesięcznie 2.000 zł, Twój małżonek podobnie, macie dwójkę dzieci. I z tych 4.000 zł, aby zrealizować cel planujecie odłożyć połowę, nie mogąc jednocześnie w żaden sposób dorobić. To nierealne i im wcześniej sobie to uświadomicie tym lepiej. W podobną pułapkę wpadło wiele rodzin kupując na kredyt z ratą w wysokości połowy dochodów wymarzony dom pod miastem zamiast niewielkiego mieszkania.
W ten sposób dokonałeś czynności planowania. Wiesz, czego chcesz (domu), za ile (100.000 zł+ 100.000 zł remont), w jakim terminie (10 lat na zakup i 10 na remont), oraz jak to zrobić (rzucając palenie, odkładając nagrodę i zwrot ulgi na dziecko).

Zasada ,,+20%”

Doświadczenie nauczyło mnie, że warto w życiu kierować się zasadą „+20%”. Jeżeli jej nie znasz, krótko wytłumaczę, o co chodzi.

„+20%” to zwyczaj dokładania 20% wysiłku, pieniędzy, czasu, do wszystkiego, co trzeba wykonać. W praktyce wygląda to tak.

Załóżmy, że każdy z nas, żeby przeżyć, pracuje 40 godzin w tygodniu. Ja poświęcam na pracę minimum 48 godzin. Zdecydowanie szybciej zdobywam doświadczenie – no i więcej zarabiam.

Tekst, pisany w pracy, na studiach, powinien mieć minimum 100 słów. Zawsze dodaję do niego 20 słów ekstra. Pokazuje w ten sposób, że nie zadowalam się absolutnym minimum (tak jak w szkole oceną tzw. państwową czyli 2), kształcę stale swój charakter.

Żeby nauczyć się nowego zagadnienia, potrzebuję 10 godzin. Poświęcę 12 i będę umiał zdecydowanie lepiej, niż wszyscy moi konkurenci.

Aby być zdrowym, potrzebuję przynajmniej 30.minutowego wysiłku 3 razy w tygodniu. Ja ćwiczę 36 minut.

Czy to w ogóle działa? Powiem tak, zasada „+20%” zasadniczo zmieniła moje życie. To jeden z fundamentów bogactwa. Zobacz, jakie może mieć skutki.

Pracując 48 godzin tygodniowo zamiast 40, otrzymuję 20% większe wynagrodzenie. Czyli nagle mogę oszczędzić 12% moich zarobków, zamiast 10%, prawda? Nieprawda. Nagle mogę oszczędzić 25% moich zarobków, żyjąc na tym samym poziomie (oszczędzałem 10 zł ze 100 zł, teraz 30 zł ze 120 zł). Czyli poświęcając 20% czasu więcej, tempo przyrostu majątku rośnie o 200%. Ponieważ szybciej nabieram doświadczenia, po kilku latach mogę zażądać podwyżki, znacznie wyższej niż przeciętna.

Podobnie jest z większością wyzwań, które podejmuję. Uczę się więcej, mój szef więcej mi płaci. Ćwiczę więcej, jestem o wiele zdrowszy (większość pozytywnych zmian pojawia się dopiero po przekroczeniu tych 30 minut wysiłku). Wyższa stawka w firmie (wynikająca z mojego doświadczenia zdobytego przez intensywniejszą pracę) pozwala mi osiągnąć wzrost oszczędności, analogiczne do tych z pracy dłuższej o 8 godzin tygodniowo .

I na koniec, najlepszy skutek zasady „+20%”, szybko zmienia się ona w zasadę „+50%”, i nagle wyniki zamiast pełzać jak u większości, eksplodują.

I dotyczy to nie tylko finansów.

500 zł na dziecko

Jako rodzic byłem żywo zainteresowany obietnicą przyznania 500 zł na każde dziecko, złożoną jeszcze w kampanii prezydenckiej. Wprawdzie nagle okazało się, że wycofano się z pomysłu dofinansowania pierwszego dziecka „bogatych” rodziców, ale o wsparciu nadal było głośno. Oczywiście nie koncentrowałem się na doniesieniach medialnych, lecz sięgnąłem do projektu ustawy i oto co z niego wyczytałem.

„Bogactwo”, uniemożliwiające staranie się o to świadczenie na pierwsze dziecko, zdefiniowano na poziomie dochodu 800 zł na osobę netto (jeśli jedno z dzieci jest niepełnosprawne to 1200 zł). Do tego dochodu wlicza się wszystko, w tym dochody zwolnione  z opodatkowania (stypendia uczniowskie, świadczenia rodzinne, diety, alimenty), a nawet przychody opodatkowane ryczałtem (np. z najmu).  To pierwsza kwestia. W efekcie np. samotna matka zarabiająca 1350 zł netto, otrzymująca 500 zł alimentów na dziecko, przekroczy próg dochodowy i na jedynaka nie dostanie nic.  Jeżeli ma dwoje dzieci i zasądzone alimenty po 500 zł, może zarobić „aż” 1400 zł netto.

Jednocześnie sztywne pojęcie „dochodu” dla przedsiębiorcy oznacza, że rodzina z gigantycznymi przychodami, a jednocześnie minimalnymi dochodami w sensie księgowym (amortyzacja, koszty), obiektywnie bogata, przy niepracującej żonie, będzie uprawniona do 500 zł każde dziecko.

Podobnie będzie z rolnikami. Dochód jest tam pojmowany ryczałtowo, sumą 250 zł na hektar przeliczeniowy.  Czyli posiadanie przez rodzinę 9-hektarowego gospodarstwa (dla uproszczenia przeliczeniowego) pozwoli ubiegać się o świadczenie na pierwsze dziecko. Wybaczcie, ale poziom środków do dyspozycji u takiego rolnika, czy przedsiębiorcy, jest znacznie wyższy niż u samotnej matki na minimalnej.

W podobnej, uprzywilejowanej pozycji będą: pracujący na czarno w Polsce, nielegalnie za granicą, rentierzy (nie ma mowy o dochodzie z „podatku Belki”). Chyba nie chodziło o wsparcie szarej strefy, prawda? Jest jeszcze czas dopracować projekt.

Taka konstrukcja może powodować rozwody np. gdy jedno z rodziców pracuje legalnie, a drugie nie. Wtedy to, które zostaje z dzieckiem i nie ma miejsca zatrudnienia, świadczenie otrzyma.

I na koniec, największa kontrowersja, 500 zł na drugie i kolejne dziecko, niezależnie od dochodów rodziny.  W mojej ocenie to błąd i podzielam opinię rozmówców Pani Premier. Próg dochodowy powinien być. Wysoki, ale zawsze. Niech będzie to np. 6-krotność kwoty podstawowej (4800 zł na osobę), ale niech istnieje.  Brak takiej granicy niweczy dodatkowy cel projektu – wzrost przychodów państwa z tytułu podatków: dochodowego i VAT. Ludzie bogaci (a nie tylko zamożni) wydadzą często na wakacje poza granicami i skutek będzie żaden.  Moim zdaniem, także do poprawki.

Zamożność jest względna

Dlaczego uważam, że jest względna, tzn. nie ma jednej sumy pieniędzy, która pozwalałaby człowieka uznać za zamożnego?
Ponieważ każdy ma swój styl życia, mniej lub bardziej kosztowny. Nie zawsze wysoki poziom kosztów będzie przy tym wynikał z rozpasanej konsumpcji, ale często z okoliczności obiektywnych (duże miasto/wieś, singiel po studiach/rodzina z czwórką dzieci, zdrowy/chory itp.). Zawsze jednak dążyć trzeba, aby nasz próg zamożności znajdował się jak najniżej tj. aby do bezpieczeństwa finansowego potrzeba nam było jak najmniejszych kwot.
Istotnym plusem wydaje się możliwość wpływania na swój względny poziom zamożności. Jak to robić? Oto kilka rad:
1. Prowadź nieskomplikowany tryb życia.
Do szczęścia naprawdę nie potrzeba najnowszego smartphone’a, wielkiego telewizora, super drogiego auta i domu o dwudziestu pokojach. Mówi Ci to osoba, którą stać na każdą z tych rzeczy. Właściwie to jest zupełnie odwrotnie. Gadżety rozbudzają potrzeby, a więc kreują następne wydatki. Z wielofunkcyjnym telefonem czy przed telewizorem spędzamy mnóstwo czasu, który można wykorzystać pożytecznie (bądź po prostu na własne potrzeby). Supersamochód zazwyczaj dużo pali , wymaga kosztownego serwisu i wymiany co kilka lat, nie mówić już o tym, że wymusza ubezpieczenie AC i posiadanie garażu.
Nie namawiam, abyś jak Henry David Thoreau przeprowadził się do lasu, ale po prostu trochę wyluzuj. Sporządź listę rzeczy bez których możesz się obejść i … pozbądź się ich. Staraj się czas spędzać na w mniej kosztowny, ale ciągle satysfakcjonujący, sposób. Zamiast raz w roku na Wyspy Kanaryjskie, wyjedź dwa razy do spa lub w Bieszczady. Zamiast czekać raz w roku na wakacje all inclusive rób sobie mini wakacje (np. przedłużony o jeden dzień weekend) w każdym miesiącu. Wykorzystaj go na poznanie swojego województwa.
Jeżeli mieszkasz w mieszkaniu lub niewielkim domu, wydasz mniej niż domu ogromnym (i to w każdym obszarze: zakup, ubezpieczenie, prąd, woda, ogrzewanie, gaz). Pamiętaj o tym.
Nie wybieraj ciuchów z najwyższej półki cenowej. One często są wykonane podobnie jak te tańsze. Różnicę w cenie tworzy zysk producenta i marża sprzedawcy, który potrzebuje drogich salonów w centrach handlowych.
Ogranicz jadanie w restauracjach. Można bez nich przeżyć. Być może jestem nieobiektywny (moja żona świetnie gotuje), ale lepiej smakuje mi jedzenie domowe niż knajpiane. Jest przy tym znacznie tańsze (koszt produktów to mniej więcej 10% do 1/3 ceny dania lub trunku)
2. Ogranicz do minimum korzystanie z samochodu.
Wiem, nie zawsze jest to możliwe (np. rodzice dowożący codziennie chore dziecko na rehabilitację),ale w większości przypadków wykonalne. Świetnie jeżeli masz auto służbowe (ja niestety nie). W wielu przypadkach zamiast samochodem możesz pojechać rowerem, lub nawet pójść piechotą. W wielkim mieście w godzinach szczytu, może nawet szybciej znajdziesz się na miejscu.
W ten sposób posiadane już auto mniej się zniszczy, ograniczysz też wydatki na serwis, paliwo oraz ubezpieczenie (także cena OC zależy od liczby przejechanych kilometrów). Nie będziesz też musiał tak często wymieniać pojazdu na nowy.
I pamiętaj – kupuj najgorsze auto na jakie możesz sobie pozwolić, bez narażania się na śmierć zawodową i docinki otoczenia (co jest istotne zwłaszcza w tzw. zawodach prestiżowych).
3. Pozbądź się rzeczy.
Nie jestem minimalistą dążącym do posiadania tylko 100 przedmiotów. Niemniej jednak namawiam do ograniczenia dalszych zakupów i sprzedaż/wyrzucenie części rzeczy. Dlaczego? Każda rzecz kosztuje i domaga się naszej uwagi. Nawet jeśli nie korzystasz z niej, zużywa się i traci na wartości. Jeśli nie chcemy, aby był to proces szybki wydajemy pieniądze na naprawę lub serwis.
Pamiętaj, część przedmiotów rzadko używanych takich jak auto, dom wakacyjny, sprzęt sportowy, narzędzia a nawet naczynia można wypożyczyć. I zazwyczaj kosztuje to znacznie taniej niż posiadanie własnych.
4. Planuj wydatki i kupuj w okresach niższych cen.
Planowanie jest kluczem do obniżenia kosztów. Przykłady można by mnożyć: kupowanie na wyprzedażach, odkładanie zamiast zakupu na kredyt, możliwość starannego wyboru miejsca w którym kupujemy itp.
Każdy z tych sposobów oszczędza mi rocznie kilka tysięcy złotych.
Podobnie jest z okresami niższych cen. Coroczne wyprzedaże ubrań, zniżają ich cenę do 30-50% pierwotnej. Owoce są tańsze w lecie niż wczesną wiosną. Taniej kupisz okulary przeciwsłoneczne pod koniec sierpnia.
5. Nie bierz kredytów.
Usprawiedliwiam tylko jeden rodzaj kredytu – hipoteczny. Oczywiście dlatego, że sam go wziąłem. A serio: dotyczy przedmiotu o w zasadzie niemalejącej wartości (pomijając kryzysy), którego zakupu nie można w nieskończoność odkładać i kosztuje znacznie taniej niż pozostałe.
Jeżeli nie kupisz na górce cenowej, nie zadłużysz się w walucie obcej, zawsze możesz sprzedać swoje mieszkanie/dom i odzyskać pieniądze. Zwłaszcza, gdynie będzie Ci już potrzebny.
Gdy ceny pójdą w górę, masz szansę uczynić nieruchomość najlepszym produktem inwestycyjno-oszczędnościowym. Będziesz miał i przyrost wartości (który zrównoważy odsetki) i dach nad głową.
Pozostałe kredyty to zło. Są bowiem znacznie wyżej oprocentowane. Dług na karta kredytowej może być 3 razy droższy niż kredyt hipoteczny. Kredyt samochodowy będzie dwukrotnie droższy. I tak dalej, i tak dalej. Dotyczą przedmiotów i zdarzeń, które tracą na wartości bardzo szybko (sprzęt agd/rtv, auto) lub natychmiast (wakacje). Ze względu na niższe kwoty wydatków (kilkaset-kilkadziesiąt tysięcy złotych wobec kilkuset na dom), łatwiej można zgromadzić gotówkę i naprawdę warto poczekać.
Tych pięć rad pozwoli Ci obniżyć poziom zamożności względnej o kilkanaście-kilkadziesiąt procent.

Kto rano wstaje…

Zakończenia tego przysłowia są dwa. Jedno tradycyjne, znane wszystkim. Drugie żartobliwe (śniadanie podaje), ale równie bliskie prawdzie.

Jako zawołany śpioch podzielę się z Wami doświadczeniem, skutków zmiany własnych nawyków i zalet  porannego wstawania.

W pracy muszę być o godzinie 7.30. Przez wiele lat wstawałem o 6.20 (jeśli musiałem dojść do pracy, odprowadzając po drodze dzieci do przedszkola) lub nawet o 6.45 (zanim pojawili się synowie). Robiłem to z trudem i zawsze oceniałem siebie jako typową sowę.

Na początku tego roku moimi postanowień noworocznych były:

  • założenie tego bloga,
  • rozpoczęcie regularnych ćwiczeń fizycznych (minimum 3 razy w tygodniu),
  • przeczytanie 48 książek rocznie (w tym wszystkich noblistów z tej dekady, trochę klasyki światowej i polskiej, tytułów zawodowych, związanych z inwestowaniem),
  • danie rodzinie do zrozumienia, że naprawdę o nią dbam,
  • przypomnienie sobie  gry na pianinie,
  • nauka 500 słów z francuskiego.

Ponieważ jestem ojcem trzech chłopaków, pracuję 40 godzin w tygodniu, dodatkowo mam firmę prowadzoną popołudniami, stary dom, drugi jeszcze starszy dom na wsi z prawie półhektarowym ogrodem, oraz żonę która rozpoczęła weekendowe doksztalcanie wiedziałem – łatwo nie będzie. Po pierwsze – zero telewizji. Z tym poszło jak z płatka. Nigdy nie byłem telemaniakiem, wolałem poczytać. Po drugie jak zreorganizować popołudnia skoro trzeba zawieźć syna na zajęcia dodatkowe (trzy razy w tygodniu) i ewentualnie go odebrać, a własna firma wymuszała spotkania z klientem przynajmniej raz w tygodniu do 17. Zobaczyłem, że popołudnia są zajęte i nic z tym nie zrobię. Weekendy to albo zajęcia żony, albo praca w trybie dom/działka plus większe zakupy.  Rezerwy wydawał się mieć tylko ranek. I wtedy sięgnąłem do książki o filozofii małych zmian. Wstając w każdym tygodniu o 5 minut wcześniej, po pół roku przyzwyczaiłem się do pobudek o 4 rano. Tak, w tygodniu wstaję o czwartej. Dzięki temu mam czas na wszystko. Temu zawdzięczam możliwość blogowania, regularnego czytania, gry na pianinie.  Mój poranek wygląda tak:

4.00 – pobudka,

4.00 – 4.15 – śniadanie,

4.15-4.40 – runda na rowerze stacjonarnym, w tym czasie czytam książkę,

4.40 -5.10 (ew 5.40) – pisanie bloga,

do 6.00 – poranna higiena,

6.00-6.10 – wyprawa do piekarni po bułki,

6.10-6.45  – gra na pianinie,

6.45 – 6.55 – nauka słówek francuskich,

7.00 – wyjście do pracy.

Efekt po 11 miesiącach:

  • 2 do 3 godzin ćwiczeń w tygodniu,
  • 3- 5 postów na bloga w tygodniu (czyli około 20-30 stron znormalizowanego tekstu miesięcznie)
  • zagrany czysto mazurek op. 68 nr 2 Chopina,
  • 450 słówek z francuskiego,
  • przeczytane 50 książek.

Tak niezauważalna, i przyznam szczerze niewyobrażalna zmiana (kto dzisiaj ma 2 godziny dziennie czasu dla siebie, nie powodując wojen domowych o zaniedbywanie rodziny) zaczęła się od postanowienia o rannym wstawaniu. Podawanie śniadania także mnie dotyczy.