Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 30 – Oszczędny Milioner

Jak niezła nieruchomość stała się najgorszą inwestycją – kredyt w CHF

Na nieruchomościach nie można stracić. Kto nie kupi teraz, zmarnuje życie. Kup zanim ceny znowu wzrosną. Tak krzyczały nagłówki gazet w 2007 r. w szczycie cen nieruchomości. Wiele osób dokonywało zakupu za kwoty, których po pierwsze nie mieli,  po drugie ograniczone tylko fantazją deweloperów. Przykład jest prosty i pochodzi z miasta w którym regularnie spędzałem wakacje – Szczawnicy nad Dunajcem. Wybranie lokalizacji nie ma większego znaczenia bo w czasie hossy na rynku nieruchomości ceny rosły wszędzie.

W 2001 r. można było kupić mieszkanie 50 m2 za 60 tys. zł. W 2006 r. już za 120 tys. zł. Doskonały interes powie ktoś i…. sprzeda. Ale w 2007 r. cena wynosiła już 200 tys. zł. Rozumiesz?  Ponad trzykrotny wzrost wartości w ciągu 6 lat, w tym 80 tys. w ciągu roku. Tak właśnie wyglądał rynek w 2007 r.  Jednocześnie rosły też ceny akcji a frank szwajcarski kosztował 2,2 zł.

Wydawało się, że może być tylko lepiej. Frank zsunie się poniżej 2 zł, a ceny nieruchomości dalej będą rosły.

Nierozsądni dali się omamić.

Mamy rok 2015. Minęło 8 lat. Mieszkanie w Szczawnicy  kosztuje 180 tys. i to tylko dlatego, że jest ich po prostu mało, a miasteczko bardzo się rozwinęło (w Warszawie ceny zsunęły się o 20%, nowe mieszkania są dostępne za 5,8 tys. zł). Franka szwajcarskiego można kupić za 3,9 zł.

I gdzie tu miejsce na najgorszą inwestycję.  Był nim zakup mieszkania w 2007 r., na kredyt denominowany we franku szwajcarskim.  Policzmy.

W 2007 r. 200 tys. to około 91 tys. CHF. Tyle bierzemy kredytu. W ciągu 8 lat z kredytu w najlepszym razie spłacono ok. 1/6 kapitału (czyli ok. 15 tys. CHF). Nadal pozostało do spłaty 76 tys. CHF. Dobrze? Gdzie tam. W tej chwili to ok. 296 tys. zł. Przypomnijmy – za mieszkanie warte 180 tys. zł. Na tym właśnie polega tragedia frankowiczów. Nie wysokość raty (wahała się podobnie jak w złotówkach, choć w innych okresach) lecz właśnie obecna kwota kredytu jest zabójcza. Właściciele mieszkań nie mogą doprowadzić do zamknięcia kredytu tzn. przewalutować, refinansować, zmienić, rozwieść się a nawet … umrzeć, bez zrealizowania gigantycznej straty.

 

 

Jak najlepiej budować swoją zamożność?

Istnieją dwie drogi budowania swojej zamożności i/lub niezależności finansowej: stopniowa, metodą małych kroków, oraz skokowa, polegająca na zrobieniu tzw. złotego strzału (jednej doskonałej inwestycji, biznesu życia itp.).

Nie ukrywam, że jestem gorącym orędownikiem pierwszej drogi do sukcesu finansowego.  Ma ona wiele zalet i tylko jedną wadę (trzeba czekać). Szczegóły poniżej.

Bogać się stopniowo – zalety.

  1. Uczymy się jak być zamożnym.

Zamożność to rola, jak każda inna. Trzeba się w nią wcielić. Doskonałość buduje się latami. To właśnie dlatego zwycięzcy milionów w Lotto, tak często trwonią ogromne pieniądze. Po prostu nie wiedzą jak nimi zarządzać.

My możemy inaczej. Uczymy się jak pieniądz na nas działa, na jakie pokusy nas wystawia. I opracowujemy metody jak się im oprzeć. Duży majątek zdobyty nagle, często uruchamia złe cechy i właśnie one niszczą życie nagłemu milionerowi. Większość stopniowych milionerów nie ma tych problemów. Przyzwyczajają się do pieniędzy i nie przychodzą im do głowy głupie pomysły. Stale podnoszą swoje kompetencje w ramach trójkąta zamożności: zarabiać, oszczędzać, inwestować.

2. Większe prawdopodobieństwo sukcesu.

Jak duża jest szansa trafienia w Lotto, bycia najlepszym sportowcem, zrobienia kariery muzycznej? Bardzo, bardzo niewielka.

Jak duża jest szansa zostania milionerem jako przedsiębiorca? Wysoka (średni majątek polskiego przedsiębiorcy wynosi ok. 800 tys. zł). Milionerem zostanie też prawie każdy, który uczciwie przejdzie ścieżkę opisywaną na tym blogu, a zarabia z mężem/żoną dwie średnie krajowe. Czyli zacznie najpierw być milionerem, zanim zdecyduje się mieć miliony.

Metoda stopniowego budowania bogactwa ma, ze względu na prawdopodobieństwo dojścia do celu, znaczną przewagę nad nagłym deszczem pieniędzy. Pamiętaj o tym.

3. Jest dla każdego – wystarczy być przeciętnym.

Nagły skok zamożności – to droga  dla szczęśliwców. Żeby zostać milionerem stopniowo, wystarczy przeciętność. Przeciętność, czyli dochody na poziomie średniej krajowej, niewyszukane metody inwestycyjne i brak szaleństwa wydatkowego. Na prawdę, uwierz mi, tylko tyle. O szczegółach dowiesz się w kolejnych wpisach.

4. Możesz wprowadzać zmiany, tak że nawet ich nie poczujesz.

Radykalna zmiana stylu życia boli. Wie o tym każdy, kto chociaż raz próbował rzucić palenie, przejść na dietę. Znam przyjemniejszą metodę. Małe kroki. Stopniowe udoskonalenie. Kaizen. Właśnie „kaizen milionera” chcę wam zaproponować. Niedługo napiszę o tym długiego posta.

5. Jest wiele dróg. Możesz znaleźć swoją.

Wielu amerykańskich guru bogactwa mówi: „Ponieważ najwięcej milionerów jest wśród przedsiębiorców, rzuć pracę, załóż firmę, zostań milionerem”. Prawda? Nieprawda. Nie każdy ma predyspozycje, aby prowadzić własną firmę (niestety). Niektórzy są doskonałymi pracownikami, a tragicznymi menedżerami. Po prostu zbankrutują. Nie umieją sprzedawać. Muszą mieć poczucie bezpieczeństwa na etacie itp. Droga stopniowego bogactwa jest dla prawie każdego. Możesz to zrobić będąc nauczycielem. Możesz to zrobić będąc przedsiębiorcą. Możesz to zrobić będąc lekarzem. Możesz to zrobić pracując w sklepie, salonie samochodowym, jako fryzjerka, sędzia, budowlaniec, piekarz. Nie ważne jaki zawód wykonujesz, to droga dla Ciebie.

Jedyna wada.

Nie ma róży bez kolców. W przypadku stopniowego bogacenia kolcami jest czas. Stopniowo nie staniesz się milionerem z dnia na dzień. Jeśli będziesz miał szczęście (tak jak ja) wystarczy może 7-8 lat, jeżeli trafisz na trudniejszy okres, do celu będziesz dochodził 30 – 40 lat. Nie oszukuję, nie ściemniam. Tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Uprzedzam, żebyś się nie rozczarował.

Ale życie takie właśnie jest. Nikt nie kończy studiów w tydzień. Nie zostaje mistrzem świata w weekend. Nie zdobywa ośmiotysięczników po wstaniu z kanapy. Nie zbiera jabłek nazajutrz po zasadzeniu drzew. Wszystko co dobre, potrzebuje dojrzeć. Pamiętaj o tym.

Nikt po mnie nie będzie płakał

Nie obawiajcie się. Tytułowa deklaracja nie jest objawem depresji piszącego związanej z krótkim dniem, lecz częścią dłuższej wypowiedzi przedstawiciela bractwa przeciwników ubezpieczeń. Sądzą oni, że:

  • kto się ubezpiecza sprowadza na siebie zły los (tak samo jak oszczędzając na czarną godzinę, przyciągamy złe zdarzenia w swoim życiu),
  • nie otrze się łez banknotami,
  • duże pieniądze wywołują wielkie wojny rodzinne, a po nieubezpieczonym na życie „przynajmniej ktoś będzie szczerze płakał”.

O ile z myśleniem magicznym trudno polemizować na poziomie racjonalnym, to jednak warto zauważyć, że nieubezpieczonym również przytrafiają się przykre zdarzenia a nawet, o dziwo, zdarza im się umrzeć. Nie prowadziłem badań statystycznych, chociaż może warto, ale przypuszczam, że prawdopodobieństwo śmierci, wypadku itp. jest równe u osób ubezpieczonych i nieubezpieczonych. Na tym fundamencie: pewność śmierci i możliwość innych nagłych, a niepożądanych wydarzeń zbudowana jest idea ubezpieczeń.

Co do tezy o nieocieraniu łez banknotami, to jest ona co do zasady słuszna. Żadne pieniądze nie zastąpią dzieciom ojca, który zginął w wypadku, żadna kwota nie pozwoli żonie zapomnieć o utracie męża. Spójrzmy jednak z drugiej strony. Otrzymane odszkodowanie ułatwia życie, nie zmusza kobiety, która nigdy nie pracowała do natychmiastowego zarabiania. Daje dzieciom możliwość dokończenia studiów i pozwala pewnie życzliwiej myśleć o zmarłym.

Z kolei przy podziale rodzinnego majątku zaczynają się największe kwasy. Dlatego warto podzielić sumę ubezpieczenia po równo na wszystkich uprawnionych np. żonę i dzieci. Nie powinno się wyróżniać nikogo, zarówno na plus, jak i na minus. Może być i tak, że wypłata ubezpieczenia pozwoli spłacić długi spadkowe (dla osób posiadających kredyt hipoteczny, ubezpieczenie na życie jest zdecydowanie „must have”).

Zdanie, „Nie ubezpieczam się to przynajmniej ktoś będzie po mnie szczerze płakał” usłyszałem od jednego z kolegów jako reakcję na moją opowieść o posiadanej polisie na życie.  Zupełnie się z nią nie zgadzam. Wiem, że pieniądze nie zabiją bólu, nie wypełnią pustki po bliskim, nie ma się co oszukiwać, tak się nie stanie. Pieniądze i uczucia leżą bowiem na różnych półkach w naszym umyśle (patrz teza „Nie ociera się łez banknotami”). Nagły przypływ gotówki, nie zatrzymają łez po stracie kochanej osoby, mogą tylko ułatwić etap żałoby. Tak jak u niekochającego męża/żony/dziecka brak polisy nie sprawi, że ktoś szczerze zapłacze. Tak więc „ubezpieczajmy się”.

Czy opłaca się ocieplać dom – rozważania przy -17

Duże mrozy i ostatni rachunek za ogrzewanie skłoniły mnie do zastanowienia się, czy ocieplenie domu na prawdę się opłaca. Nie mówię tutaj o wyliczeniach na potrzeby kredytów termomodernizacyjnych, ale o twarde dane z praktyki. Oto one.

Kilka lat temu kupiłem nieocieplony dom, budowany w okresie PRL-u – klasyczną kostkę. Rachunki za gaz (ogrzewanie gazowe), które płaciłem, przy jednoczesnym stałym niedogrzaniu niektórych pomieszczeń i nieciekawej  elewacji skłoniły mnie do decyzji – ocieplamy.

Żeby jednak pozostawić koszty na rozsądnym poziomie ograniczyłem się do działań zewnętrznych i stropu, pomijając ocieplenie fundamentów, nieogrzewanej piwnicy i garażu.

Wynik – zużycie gazu mniejsze o 1/3 (liczone przy tych samych temperaturach zewnętrznych) oraz kieszeń lżejsza o prawie 30 tysięcy (przy okazji trzeba było wymienić rury spustowe, drzwi i obróbki blacharskie).  Dużo to czy mało?

Policzmy.

Zużycie gazu przed remontem (wyłączając ten na potrzeby inne niż ogrzewanie) – 2361m3, a po remoncie 1600 m3, zysk 761 m3 czyli około 1600 zł.

Gdyby liczyć klasycznie, inwestycja zwróci się po około 19 latach. Dodając odsetki od kapitału w wysokości 2% rocznie, będzie to 30 lat. Czyli nieopłacalne?

Nie do końca. Zyskałem nową elewację (i tak musiałem ją zrobić, co kosztowałoby mnie około 12 tys. zł) i komfort termiczny – po prostu w domu jest subiektywnie cieplej. Ale, w twardych kategoriach ekonomicznych, nie było warto.

Jak tanio kupić eleganckie ubrania?

Moja praca wymaga eleganckiego stroju. Muszę nosić garnitur, krawat, koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i półbuty (zwane czasami trumniakami, bo niektórzy zakładają je dwa razy w życiu w tym na własny pogrzeb).

Żałuję tego stroju podwójnie. Najpierw dlatego, że  wolę dżinsy i koszule w kratkę. Poza tym dress code kosztuje.

Wiesz już, że jestem milionerem, ale nie lubię przepłacać. Dzisiaj historia okazyjnych zakupów.

Jako Polak wybieram polskie marki. Moimi faworytami są:

  • Vistula i Lantier (garnitury, płaszcze),
  • Wólczanka i Lambert (koszule, krawaty),
  • Gino Rossi i Ryłko (buty).

Zapewniają dobrą jakość. A ceny? No cóż.  Regularne będą bardzo wysokie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie próbował zaoszczędzić. Podzielę się z Tobą moim pomysłem.

Firma do której należą marki Vistula, Lantier, Wólczanka i Lambert (nie, nie biorę od nich pieniędzy) wyceniają garnitury na minimum 1300 zł, koszule na nie mniej niż 150-200 zł.

Co roku zmieniam jeden garnitur i około 5-6 koszul. Gdybym kupował w cenach regularnych zostawiam około 2.300 zł w trakcie jednych zakupów.

Postanowiłem pokombinować. Nie, nie jestem  super mózg. Po prostu poczekałem. Do stycznia.

Nagle garnitur zamiast 1300 zł kosztuje 450 zł. Taki wyceniany na 2000 zł, mogę mieć za 600 zł Koszule (6 sztuk) zamiast 1000 zł  kosztowały mnie 290 zł.

Kupiłem też buty Ryłko, płacąc zamiast 429 zł tylko 199 zł.

 

To jest sposób na tanie zakupy. Dlaczego uważam, że tanie? Może po prostu ceny pierwotne były tak zaniżone?

Chyba jednak nie do końca. Za 450 zł dostanę prawie najtańszy garnitur w Tesco. Za 45 zł mam koszulę z Lidla. Jakość – nieporównywalna. Czyli wyszło i dobrze i tanio. Znowu cierpliwość górą.

Postanowienia i plany noworoczne – czy warto?

Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że osoby, które mają pisemne plany i postanowienia noworoczne mają wielokrotnie większą szansę ich realizacji. Podobne zdanie możesz znaleźć w większości książek o samorozwoju i motywacji. Czy jest to prawda? Jak to działa u mnie?

Portal bankier.pl powołując się na wyniki badań  Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych podał, że  w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Zrealizowało je tylko 8%.

Ze mną jest inaczej. Oto moje postanowienia na 2015 r.

  • zarobić określoną sumę pieniędzy (zrealizowane w 90%),
  • powiększyć majątek o inną sumę (zrealizowane w 60%),
  • oszczędzać minimum 20% dochodów netto (zrealizowane w 150%),
  • wyremontować łazienkę w domu na wsi (zrealizowane w 200%, bo konieczny okazał się remont także drugiej łazienki),
  • zrobić grządki, porządki w garażu, pomalować kraty (zrealizowane w 100%),
  • nauka francuskiego – 700 słów (zrealizowano w 30%),
  • przeczytać 52 książki (zrealizowano w 110%),
  • uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić bloga o oszczędnym trybie życia (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić stronę własnej firmy (zrealizowano w 100%),
  • napisać książkę (zrealizowano w 50%),
  • przeczytać 365 orzeczeń SN (zrealizowano w 70%),
  • wystartować w biegu na 10 km z czasem poniżej 50 min. (nie udało się),
  • osiągnąć zysk z firmy na określonym poziomie (zrealizowano w 70%),
  • mieć określoną ilość klientów (zrealizowano w 60%),
  • zagrać mazurka op. 68 nr 2 Chopina (zrealizowano w 100%),
  • odłożyć na emeryturę 6000 zł (zrealizowano w 100%).

Jak widzicie mój współczynnik realizacji, nawet na poziomie spełnia/nie spełnia czyli 90% celu oznacza, że go nie osiągnięto, wyniósł 53%. Kompletnym fiaskiem (poniżej 50% celu) zakończyły się tylko 2 postanowienia, czyli częściowo osiągnięto przynajmniej 88% celów. Na czym polega sekret mojej skuteczności?

Po pierwsze cele roczne planuję zgodnie z moimi  długoterminowymi pragnieniami i marzeniami np. posiadanie własnej firmy i dochody z niej wynikają z chęci samowystarczalności finansowej, bieganie i ćwiczenia fizyczne to pochodne planu na bycie zdrowym do późnej starości.

Po drugie moje cele są mierzalne. Nie piszę – więcej biegać, ale uprawiać sport (bieganie, siłownia, rower) minimum 3 razy w tygodniu. Nie piszę  – zarabiać więcej, ale zarobić tyle a tyle.

Po trzecie, stosuje metodę kaizen (drobne zmiany), więc moje cele są realne. Nie ulegam jednak presji łatwych celów (co spowodowało, że musiałem zacząć wstawać bardzo wcześnie).

Po czwarte, sporządzam plan realizacji postanowienia. Rozkładam cel na mniejsze. Przeczytanie 52 książek rocznie, to 1 książka tygodniowo i nieco ponad 4 miesięcznie. Mam co roku listę lektur do przeczytania (w 2015 r. m.in. wszyscy nobliści z lat 2011-2015, Trylogia, 2 książki o sprzedaży, 3 o moim zawodzie). Utwory rozkładam sobie na takty.

Po piąte, regularnie sprawdzam postęp w realizacji celów. W przypadku finansów, codziennie wprowadzam dane o wydatkach i dochodach do arkusza kalkulacyjnego, który liczy postępy.

Po siódme, staram się, przynajmniej raz w tygodniu, zrobić krok naprzód w osiągnięciu każdego z celów.

Po ósme, spisuje wszystkie cele i regularnie je przeglądam.

To są przyczyny, dla których osiągam wielokrotnie lepsze rezultaty niż osoby przeciętne (chociaż do najlepszych stale też mi brakuje). To jest też sekret, tego, że stałem się milionerem.

Mój najtańszy samochód

Jak pewnie wiecie, jestem fanem motoryzacji. Jednocześnie auta szybko mi się nudzą.  Z tego powodu dokonuję częstych zmian w swoim parku maszyn. Przyznając się do swojej słabości (autoholizm?) staram się systematycznie prowadzić klasyfikację wydatków również odnoszących się do samochodów. Na tej podstawie mogę jednoznacznie opisać mój najtańszy w eksploatacji samochód. Ceny oczywiście dotyczą wartości dzisiejszych.

Mam świadomość, że opisywane przeze mnie auta nie wygrają klasyfikacji na auto rodzinne, są bowiem raczej małe, ale nadają się do okazjonalnego przewozu  3-4 osób z założeniem posiadania boxu dachowego i poruszania się z umiarkowanymi prędkościami.  Będą też idealne jako samochód singla lub bezdzietnej pary.

Zatem pierwsze miejsce wśród aut dla oszczędnych zajmuje: Fiat.  Ściśle mówiąc dwa  superoszczędne Fiaty: Uno i Panda.

Uno to wybór zupełnie budżetowy. Egzemplarz z przebiegiem ok. 100 tys. km można kupić już za 1500 zł, przy czym będzie miał silnik 1.0 FIRE (to ważne) i instalację gazową.  Mniej sympatyczne wydaje się to, że kupujemy auto pełnoletnie (1997 r.).

Panda przeznaczam dla bardziej wymagającego odbiorcy. Znajdziemy egzemplarz z podstawowym silnikiem (1.1) z zamontowanym gazem, za cenę ok. 7500 zł, ale kilka lat młodszy (2003 r.). Wnętrze Pandy robi przy tym znacznie przyjemniejsze wrażenie.

Zakładam eksploatację przez 5 lat. Oto wyliczenie przy założeniu przebiegu 10.000 km rocznie.

FIAT UNO

Cena + pakiet startowy (opony, akumulator, płyny, oleje, filtry, rejestracja) –  2.500 zł.

Wartość na koniec okresu – 1.000 zł.

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym  wartość na koniec) — 1.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, gazowe i okresowe) – 4.000 zł.

Naprawy przez 5 lat (klocki, tarcze, zawieszenie, sprzęgło) – 1.500 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (oczywiście tylko OC przy moich zniżkach i w mieście) – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena gazu 2 zł/l) –  8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 16.250 zł

Razem koszty rocznie – 3.250 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  0,325 zł.

FIAT PANDA

Cena + pakiet startowy – 8.500 zł

Wartość na koniec okresu – 3.000 zł

Utrata wartości – 5.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat – 4.000 zł

Naprawy przez 5 lat – 1.200 zł

Ubezpieczenie przez 5 lat – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km gaz) – 8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 19.950 zł.

Razem koszty rocznie = 3990 zł.

Razem koszty 1 km z utratą wartości – 0,399 zł.

W następnym wpisie mój najdroższy samochód.

Czy warto przenosić biuro do centrum?

Spacerując wczoraj po centrum mojego miasta, zauważyłem jak dużo w nim ogłoszeń o wynajęciu lokali. Możesz przebierać wśród miejsc na własne biuro, restaurację, sklep. Dlaczego tak się dzieje?

Problem musi mieć podłoże ekonomiczne, pomyślałem. Analiza ogłoszeń na portalach rynku nieruchomości upewniła mnie, że nie jest to tylko problem Lublina, ale większości dużych miast, ceny spadają, a dalej nie ma chętnych najemców. Oto przyczyny?

Rozwój galerii handlowych

Wraz z inwazją galerii, prawie cały handel (tzn. sieciówki) przeniósł się na przedmieścia. Nawet większe sklepy nie wytrzymały konkurencji i … też wyprowadziły się do galerii. Brak klientów zmusił do zamknięcia lokali ostatnich samurajów.

Strefa parkingowa

Żeby zrobić zakupy, trzeba zaparkować samochód. A to kosztuje. W Lublinie do 1 stycznia 2016 r. już 3 zł za pierwszą godzinę. Niewiele osób ma ochotę płacić za przywilej chodzenia po sklepach. Mniejszy (chociaż także spory) wpływ ma to na knajpki (strefa płatnego parkowania działa do 17). Galerie mają własne parkingi bezpłatne, lub znacznie tańsze.

Korki

Komu chce się najpierw w korkach wracać z pracy, a potem w jeszcze raz tracić w nich czas na dojazd do sklepu? Do galerii jest bliżej. Często powstają one przy szerokich arteriach, które  umożliwiają ruch samochodom.

Inwazja banków

Centra miast, to centra bankowe. Bankowcy tak wywindowali czynsz za lokale na parterze, że zwykła firma nie jest w stanie z nimi konkurować. Efekt? Brak innych podmiotów poza bankami.

W efekcie liczba potencjalnych klientów znacznie zmalała. A bez klientów, żadna firma długo nie pociągnie. Dlatego coraz więcej usług zaczęło się przenosić poza centrum. Widoczne to jest nawet w tradycyjnych branżach ulokowanych na głównych ulicach (lekarze, prawnicy).

Z takiego obrotu sprawy zadowoleni są klienci (nie muszą płacić za parkowanie, nie tracą czasu w korkach). A właściciele firm? Oszczędzają na czynszu i kosztach paliwa.Jakie są to kwoty? Popatrzmy.

Lokal biurowy w centrum (dane z Lublina).

Cena – 1200 zł (30 zł za m2)+ opłaty 300 zł (prąd, woda, internet).

Karta parkingowa (dla firm) – 150 zł,

Paliwo (właściciel i 1 pracownik) – 200 zł.

Razem koszty:  1550 zł.

Lokal w dalszych dzielnicach (w podobnym standardzie).

Cena – 800 zł (już z opłatami),

Karta parkingowa  – zbędna,

Paliwo – 100 zł (nie stoimy w korku),

Razem koszty: 900 zł.

Pozostaje Ci tylko odpowiedzieć sobie na pytanie? Czy moi klienci zapłacą w cenie, te 650 zł miesięcznie za lokalizację (plus niewymierną kwotę w biletach parkingowych)? Coraz więcej właścicieli firm stwierdza, że nie. Dlatego planują wyprowadzić się  poza centrum.

 

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część II.

DYSCYPLINA
To, że wiesz co powinieneś robić, nie zawsze oznacza faktyczne wykonanie. Tutaj poważny dorosły często spotyka się z wewnętrznym dzieckiem. Dzieckiem mniej zdyscyplinowanym, bo pozostającym bez nadzoru.
Przykłady z życia codziennego. Zdajemy sobie sprawę z konieczności ćwiczeń minimum trzy razy w tygodniu. Ilu z nas ćwiczy? Niby pamiętamy o potrzebie odkładania na emeryturę, ale ten samochód/ta bluzka/ te wakacje tak nam się podobają, więc nie tylko wydajemy od razu wszystkie pieniądze, ale i zaciągamy kredyty, spłacane potem z mozołem.
W dyscyplinie chodzi o to, aby być samemu sobie nadzorcą. Wyznaczać krótkie okresy czasu, na realizację małych celów, nagradzać się za ich wykonanie i karać za odstępstwa. Wydaje się to proste, ale takim nie jest. Przez lata przyzwyczajamy się działać inaczej. Jak zatem robić to dobrze.
Po pierwsze, chodzi o to, żeby oszczędzanie na spełnianie marzeń, stało się naszym nawykiem, czymś co robimy prawie automatycznie, zupełnie bezrefleksyjnie. Nie osiągniemy tego w jeden dzień. Wracając do przykładu powyżej. Na domek na wsi potrzebujesz regularnych comiesięcznych oszczędności 400 zł. To oznacza około 15 zł dziennie. Zacznij więc wrzucać do skarbonki lub jakiegokolwiek innego pojemnika (może nim być stary wazon, lub tak jak u mnie pudełko po butach), 15 zł każdego ranka. Na koniec miesiąca wpłać na konto oszczędnościowe. Przez pierwszy miesiąc będziesz musiał przypominać sobie , o konieczności oszczędzania (np. ustawiając przypomnienie w telefonie komórkowym), potem wejdzie Ci to w krew.
Po drugie nie daj się wystawom sklepowym. Nałogowi alkoholicy rozpoczynają trzeźwienie od planu – „tylko jeden dzień” – chcą być trzeźwi do wieczora, nie planują na lata. Ty postępuj podobnie. Obiecaj sobie, że nie wydasz tych pieniędzy przez ten jeden dzień. Stopniowo dni zmienią się w tygodnie, tygodnie w lata, a lata pozwolą Ci spełnić marzenia. To nie jest łatwe. Ale tak jak alkoholik nie spotyka się przy wódce z przyjaciółmi (unika alkoholu), tak Ty zaprzestań włóczenia się po sklepach.  Galeria handlowa to nie forma rozrywki.
Po trzecie nagradzaj się. Jedna z zasad zarządzania brzmi – to co jest nagradzane, jest też robione. Wie o tym doskonale Twój pracodawca. Nie bez powodu ustala Ci plany, rozlicza z ich wykonania, a na koniec roku/kwartału/miesiąca wypłaca premię. Nie bez przyczyny masz kierownika, który sprawdza jak pracujesz. Bądź swoim pracodawcą, swoim kierownikiem. Ustal system nagród. Wykonałeś plan miesięczny – pójdź do cukierni na dobrą kawę i ciastko. Wykonałeś plan kwartalny – weź sobie w pracy dzień wolny i spędź go tak jak lubisz. Wykonałeś plan roczny – możesz wybrać się na weekend z małżonkiem gdzieś niedaleko. Oczywiście nagrody są przykładowe, możesz spokojnie je zmienić. Ważna jest idea.

Po czwarte – czasami musisz się ukarać. Nie namawiam absolutnie do samobiczowania, samooskarżania, wmawiania sobie, że jesteś beznadziejny. Nie jesteś, po prostu czasami nawalasz. Każdy robi to od czasu do czasu. Staraj się wtedy odbyć pokutę i …. wracaj na ścieżkę regularnego odkładania. Jaka powinna być kara? To zależy od winy ale zawsze musi wnosić coś pozytywnego do Twojego życia. Jeżeli zapomniałeś dwa dni o swojej skarbonce – może to być telefon do nielubianej teściowej (może nie oszczędzisz szybko na dom, ale przynajmniej relacje z teściową się poprawią). Jeżeli wydałeś półroczne oszczędności – no tu już nie wykręcisz się byle czym – obiecaj sobie, że przez miesiąc podasz żonie śniadanie do łóżka. Zobaczysz jak się zdziwi.

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część I.

Wszyscy o czymś marzymy.

Ponieważ jednak nasze doświadczenia, zwyczaje, sytuacja finansowa i rodzinna różnią się, nasze pragnienia też muszą być inne. Inaczej marzy młoda matka (o tym aby wreszcie wyspać się do woli i chociaż jest to niewymierne w pieniądzu, na razie nieosiągalne), pan w średnim wieku (rzucić wszystko, aby pojechać w podróż dookoła świata), jak i student (założyć firmę, która podbije świat).
Większość naszych pragnień ma jednak wspólny mianownik – zazwyczaj wymagają czasu, pieniędzy, bądź jednego i drugiego jednocześnie. O zaplanowaniu idealnego momentu na realizację swoich zamierzeń napiszę kiedy indziej. Teraz skupię się na kwestiach finansowych.
Dobra wiadomość jest taka, że masz sporą szansę na spełnienie marzeń. Wymaga to jednak: zaplanowania, dyscypliny i prawdziwej wiary w to, że miejsce do którego zdążamy jest właśnie, tym rzeczywiście najpiękniejszym.
PLANOWANIE – ZAMIEŃ MARZENIA W CELE
Niezależnie, czy marzymy o podróżach, przedmiotach lub wydarzeniach, zazwyczaj potrzebujemy pieniędzy na ich zmaterializowanie się. Czasami jest to kwota większa, a czasami całkiem niewielka. I tak, wycieczka do Francji, aby zobaczyć Paryż, może kosztować 1500 zł jak i kilkadziesiąt tysięcy zł (jeżeli planujemy zostać tam na rok). Wymiana auta to koszt od 1.000 zł do kilkuset tysięcy zł  (lub nawet milionów). Zakup lub budowa wymarzonego domu, kosztować nas będzie od kilkuset tysięcy zł do kilkudziesięciu milionów zł. Organizacja ślubu może wymagać od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych.
Trzeba zatem wiedzieć, co jest dla nas ważne i ile to kosztuje. To bardzo ważny moment. W ten sposób niesprecyzowane marzenie zmienia się w konkretny, namacalny cel. Posłużmy się tu przykładem domu. Marzysz o niewielkiej sielskiej chatce gdzieś na wsi. Sprawdziłeś w ogłoszeniach, że siedliska (dom z niewielką działką) kosztują w wymarzonej okolicy np. 100.000 zł. Oczywiście, aby spędzać tam weekendy i wakacje potrzebujesz jeszcze remontu – załóżmy, że za drugie tyle. Twój cel można zatem wyrazić sumą 200.000 zł i przyjemną wizją śpiewających ptaków, kawy na tarasie itp.
Druga kwestia – do kiedy pragniesz odłożyć pieniądze. Załóżmy, że wiedząc o wysokiej kwocie, masz świadomość trudności realizacji celu w 1 rok. Myślisz – dobrze byłoby stać się właścicielem takiej chatki w ciągu 10 lat. Remont będziesz prowadził na bieżąco (czyli wydasz 100.000 zł przez następne 10 lat). Rocznie musisz zaoszczędzić 10.000 zł tj. ok. 800 zł miesięcznie.
Teraz pojawia się problem – jak zaoszczędzić te 10.000 zł. Np. co roku, dostajesz w pracy nagrodę, ok. 3.000 zł. Zazwyczaj przeznaczałeś ją na gadżety. Ponieważ jednak naprawdę chcesz tego domu, postanawiasz – będę odkładał na realizację marzenia. Dodatkowo, ponieważ masz dwójkę dzieci, przysługuje Ci ulga podatkowa, co roku urząd skarbowy zwraca 2.400 zł. Wreszcie, postanawiasz rzucić palenie i zaoszczędzisz w ten sposób 400 zł w każdym miesiącu. Ile uzbierasz na koniec roku? Policzmy: 3000 zł + 2400 zł + 4800 zł = 10.200 zł.
W moim budżecie mogłoby się to udać (tylko zamiast papierosów wstawiłbym coś zupełnie innego), ale Ty musisz sprawdzić, czy cel jest osiągalny, tzn. czy nie stanowi dla Ciebie zbyt wielkiego obciążenia. Takiego ciężaru, którego nie jesteś w stanie podźwignąć. Przykład? Proszę bardzo. Zarabiasz miesięcznie 2.000 zł, Twój małżonek podobnie, macie dwójkę dzieci. I z tych 4.000 zł, aby zrealizować cel planujecie odłożyć połowę, nie mogąc jednocześnie w żaden sposób dorobić. To nierealne i im wcześniej sobie to uświadomicie tym lepiej. W podobną pułapkę wpadło wiele rodzin kupując na kredyt z ratą w wysokości połowy dochodów wymarzony dom pod miastem zamiast niewielkiego mieszkania.
W ten sposób dokonałeś czynności planowania. Wiesz, czego chcesz (domu), za ile (100.000 zł+ 100.000 zł remont), w jakim terminie (10 lat na zakup i 10 na remont), oraz jak to zrobić (rzucając palenie, odkładając nagrodę i zwrot ulgi na dziecko).