Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 29 – Oszczędny Milioner

Jaki procent zarobków można realnie zaoszczędzić?

We wczorajszym poście rozprawiłem się z utopią idei „emerytura w kilka lat” rozumianej jako oszczędzanie 95% własnych dochodów. Teraz czas na rozważania – ile realnie możemy odłożyć.

Jeszcze raz wrócę do punktu wyjścia. Rozmawiajmy o singlu (lub niewielkiej rodzinie) zarabiającym dwie średnie krajowe, oraz dorabiającym jeszcze po 20% pensji. Mamy więc dochody na poziomie ok. 3300 zł na głowę, albo 6600 zł na rodzinę.

Realny poziom wydatków na osobę, poniżej którego nie zejdziemy to 1000 zł (minimum socjalne) i tylko w przypadku, gdy mieszkamy z rodzicami (dokładając się do opłat), w małym wspólnym mieszkaniu, we własnym lokalu/domku. Da się tak żyć trzymając wydatki w ryzach (pytanie czy warto). Mamy więc punkt wyjścia – singiel lub para może oszczędzać na poziomie 70% dochodów.  Dla zarabiających 1500 zł miesięcznie, będzie to nadal niezłe 33%. Jeżeli para będzie miała dziecko, to dochody nie wzrosną, w przeciwieństwie do wydatków, które wyniosą 2.600 zł. Nadal są w stanie odłożyć (zarabiając przeciętnie) ok. 60% dochodów. To bardzo wysoki wynik. Pojawienie się drugiego dziecka, znowu zwiększa minimalne wydatki do 3400 zł, co przy założonych dochodach, pozwala uzyskać współczynnik oszczędności na poziomie 48%. Osobom zarabiającym mało (2 x 1500 zł miesięcznie) nie wystarcza na życie, a cały czas mówimy o minimum socjalnym czyli wydatkach (dla 4-osób):

  • jedzenie 1000 zł (250 zł na osobę),
  • mieszkanie 1000 zł (250 zł na osobę),
  • edukacja, kultura i rekreacja 450 zł (110 zł na osobę),
  • transport 350 zł (90 zł na osobę),
  • ubranie, higiena, zdrowie 430 zł (130 zł na osobę),
  • inne (telefony, kieszonkowe) 160 zł (40 zł na osobę).

Powiem szczerze, wiele osób tak żyje, ale nie jest to droga dla średnio zarabiających.  Każdy czasem potrzebuje odrobiny przyjemności, a ta najczęściej wiąże się z wydatkami (wakacje, hobby, wyjście ze znajomymi). Nawet przy średnich zarobkach, nie warto żyć na poziomie minimum socjalnego – to jest właśnie sknerstwo. Podzielę się osobistym doświadczeniem. Na mojej drodze do miliona zarabiałem raz gorzej, raz lepiej. Nigdy jednak nie odkładałem więcej niż  30-40 % dochodów. I dobrze czytasz, ZANIM zostałem milionerem. Teraz nadal mieszczę się w tym przedziale, chociaż dochody są wyższe niż przeciętna. Krótko mówiąc żyję na poziomie osób zarabiających 30-40% tego co ja.

Jakie są zatem dalsze wnioski?

Realny poziom oszczędności dla rodziny z dziećmi to 1/3 dochodów (2200 zł w przypadku założonych dochodów), single i bezdzietne pary mogą dojść do 50%.  To ciągle kilkadziesiąt procent więcej od nieoszczędzających wcale.

 

 

 

 

Czy da się odkładać 95% zarobków?

Jakiś czas temu jeden z blogerów umieścił wpis o sensacyjnie brzmiącym tytule, obiecującym przejście na emeryturę w ciągu kilku lat. Ponieważ  lubię dowiedzieć się czegoś nowego, zacząłem czytać. Szczerze mówiąc, spodziewałem się raczej historii wspaniałych inwestycji. Jakie było moje zdziwienie, gdy doczytałem, że wystarczą zupełnie zwyczajne stopy zwrotu (rząd kilku procent). Krótko mówiąc, wpis opierał się na jednej radzie – trzeba oszczędzać 95% zarobków. Czy to jest w ogóle wykonalne?

Od razu odpowiadam. W świecie oszczędnego milionera – nie. A dlaczego? Powody są dwa. Droga oszczędnego milionera opiera się o trzy filary:

  • przeciętne zarobki,
  • zakaz sknerstwa,
  • trójkąt zamożności.

Gdyby przyjąć przeciętne zarobki na poziomie proponowanym przeze mnie (średnia krajowa + 20% jako dorobienie), singiel o dochodach w okolicach 3000 zł, musiałby żyć za… 150 zł miesięcznie. DINKS-y za 300 zł na parę. To tak nie działa. Także kolejne filary zostają potrzaskane. Zakaz sknerstwa to m.in. niedopuszczanie myśli o żerowaniu na innych oraz oszczędzaniu na podstawowych potrzebach. Bez tego nie da się żyć za 150 zł/osobę. Samo jedzenie kosztuje więcej, a gdzie koszty dachu nad głową, ubrań itp. ? No właśnie, muszą być pobrane z kieszeni rodziny, współlokatora. Czyli sknerzymy. Także trójkąt zamożności tak nie działa. Jak pamiętacie ma on trzy boki: oszczędzanie, zarabianie, inwestowanie. Powinny być mniej więcej równe. Tymczasem żyłując oszczędności, przestajemy zwracać uwagę na pozostałe elementy.

Jako minimum kosztów życia na osobę przyjmuję tzw. minimum socjalne tj.  1077 zł (dane za grudzień 2015 r.). Jeszcze niżej jest minimum egzystencji (granica biologicznego wyniszczenia)  – 545 zł (dane za 2015 r.). Czyli, gdyby oszczędzać na wszystkim (np. wydatki na jedzenie 200 zł, na mieszkanie ok. 250 zł), aby osiągnąć poziom oszczędności wskazany przez tego blogera, musielibyśmy zarabiać ok. 10.000 zł. Zarabiać 10.000 zł (netto!) i żyć na poziomie minimum egzystencji. Jak mawiała moja babcia, trzeba mieć nie po kolei w domu. Zwróćmy uwagę, że cały czas mówimy o singlu. Rodzina 2+1 żyłaby za 1500 zł zarabiając 30.000 zł netto miesięcznie. Nie znam nikogo takiego i… całe szczęście.

Dlatego odkładanie 95% zarobków,  to rada czysto teoretyczna, dla osób, które zarabiają raczej w okolicach 100.000 zł miesięcznie.

Ja nadal będę koncentrował się na wspieraniu przejścia drogi do miliona przez osoby zarabiające przeciętnie.

 

 

Czy własny warzywnik i sad się opłaca?

Dzisiejszym wpisem powracam do jądra tego bloga – pomysłów na oszczędzanie. Postaram się policzyć koszty prowadzenia małego ogródka. Nie piszę przy tym o zakupie działki, ale raczej o przekształceniu (lub pozostawieniu) już istniejących: przy domu, w rodzinnych ogrodach działkowych, na wsi. Opieram się wyłącznie na własnym doświadczeniu i staram się uczciwie pokazać wszystkie za i przeciw. Temat ogólnie opisałem tutaj:

http://oszczednymilioner.pl/2016/04/27/czy-warto-starac-sie-o-dzialke-w-rodzinnych-ogrodach-dzialkowych/

Najpierw wady:

Uprawa własnego warzywnika i sadu wymaga czasu. Spokojnie można przyjąć normę, którą przeczytałem w przedwojennej jeszcze publikacji – 7 godzin tygodniowo na każde 200 m2.  Jeśli dorzucę do tego 3 godziny, to opanuję również drzewka i krzewy owocowe (cięcie, nawożenie, zbiór, jednorazowe opryski). To np. cała sobota lub po 1 godzinie każdego dnia.  Nie wiem czy dysponujesz wolnym czasem i chcesz go przeznaczyć na pracę w ogrodzie. Niewątpliwie praca nad trawnikiem na takiej powierzchni (wersja „ogród dla leniwych” lub „ogród dla zapracowanych”) zajmie jedynie 10-15 minut tygodniowo.

Poza tym prace ogrodnicze trzeba lubić – kto tego nie doświadczył, ten nie wie. Ja traktuję uprawę warzyw jako hobby i okazję do resetu. Cały tydzień pracuję umysłowo na wysokich obrotach. Na grządkach odpoczywam.

Teraz czas na zalety:

Proste prace fizyczne to okazja do oczyszczenia umysłu. Pozwól swoim myślom bujać w obłokach, snuj plany, lub po prostu nie myśl o niczym.

Przebywanie i ruch na powietrzu ma dodatni wpływ  na nasze zdrowie. Kto ma mało okazji do ćwiczeń, niech uprawia działkę.

I na koniec obliczenia:

W tym roku na nasiona, nawozy i środki ochrony roślin kosztowały mnie około 300 zł. Wystarczą na około 20 drzew, 10 krzewów owocowych (agrest, borówka amerykańska, porzeczki), trochę malin, oraz 200 m2 warzywnika.

Ile uda mi się zebrać? Sam warzywnik to około (ceny na rynku – w nawiasach):

  • 10 kg marchwi – 10 zł,
  • 10 kg pietruszki – 15 zł,
  • 6 pęczków rzodkiewki – 6 zł,
  • 20 główek sałaty – 20 zł,
  • 15 kg bobu – 120 zł,
  •  20 kg fasoli szparagowej – 30 zł,
  • 10 kg ogórków – 20 zł,
  • 20 kg pomidorów – 30 zł,
  • 20 kg papryki – 30 zł,
  • 10 kg cukinii -20 zł
  • 10 kg buraków – 10 zł,
  • 10 kg kapusty – 20 zł,
  • 10 kg brukselki – 30 zł,
  • 30 kg ziemniaków – 30 zł.

Razem: 175 kg i ok. 400 zł.

Dodatkowo sad da mi:

  • 60 kg czereśni – 480 zł,
  • 12 kg borówki amerykańskiej – 240 zł,
  • 90 kg jabłek – 90 zł,
  • 45 kg gruszek  – 60 zł,
  • 6 kg malin – 30 zł,
  • 10 kg agrestu – 20 zł,
  • 10 kg porzeczki – 20 zł,
  • 100 kg orzechów włoskich – 300 zł,
  • 20 kg moreli – 40 zł,
  • 30 kg śliwek – 60 zł.

Razem sad: 380 kg i 1350 zł.

Pamiętać przy tym trzeba, że każde drzewo potrzebuje miejsca. 16 drzew owocowych to conajmniej 1000 m2, dodatkowo 4 orzechy włoskie potrzebują 400 m2, a krzewy owocowe jeszcze 200 m2. Razem z warzywnikiem, aby osiągnąć takie plony trzeba dysponować około 1800 m2 ogrodu.

Łączne plony z sadu i warzywnika wyniosą – ok. 550 kg  o wartości 1750 zł, co po odjęciu kosztów (bez założenia sadu) wyniesie  1550 zł rocznie.

Mały przydomowy sad (kilka drzew i parę krzewów) da nam 60-80 kg owoców o wartości 150-400 zł.

 

Kamper część VII. Podsumowanie.

Czas na podsumowanie. Znajdzie się w nim miejsce na gawędę o kosztach, ale także o wrażeniach z odbytej przeze mnie wycieczki. Tym postem kończę wpis o kamperach.

Roczny koszt utrzymania samochodu kempingowego (przegląd, naprawa, ubezpieczenie, utrata wartości) bez utraconych odsetek, noclegów, paliwa, opłat autostradowych, garażowania itp. to w wersji optymalne ok. 5.000 zł. Jeśli wliczymy koszt garażu (3.000 zł) oraz utracone odsetki  (1.500 zł) to nagle potrzebujemy prawie 10.000 zł rocznie.  Własny garaż pozwala zaoszczędzić sporo, ale nadal nie będzie tanio 6.500 zł rocznie.

Decyzja o zakupie nowego auta przeniesie nas w inne rejestry.  Utrata wartości to przynajmniej 8.000 zł (a może być i 15.000 zł), dalej przeglądy, naprawy i ubezpieczenie – kolejne 5-6.000 zł, utracone odsetki (8.000 zł), garaż (3.000 zł) i nagle pojawia się suma 24.000 zł rocznie, a nawet 32.000 zł rocznie.  To faktycznie rozrywka dla bogatych.

Patrząc na te wyliczenia (w których nie ma kosztu noclegu, paliwa, opłat autostradowych), uświadamiamy sobie, że kamperowanie nie jest dla każdego. Dwutygodniowa wycieczka po Europie dla 5 – osobowej rodziny zaczyna kosztować (o ile korzystamy z kempingów) 8.500 zł + koszt utrzymania kampera, czyli minimum 15.000 zł. Za taką kasę możemy pojechać do niezłego hotelu.

Dlaczego zatem liczba kamperów w Polsce tak dynamicznie rośnie? Ponieważ  często w ogóle nie chodzi o pieniądze. Właściciele tych pojazdów rozumują tak: gdybyśmy wszystko przeliczali na gotówkę, to ile kosztuje własnoręcznie złowiona ryba? Ile kosztuje wykonane przeze mnie zdjęcie? Ile potrawa w restauracji? Przecież to wszystko da się zrobić taniej. Rybę kupić w sklepie, zdjęcia (lepsze!) zamówić u fotografa, a ugotować obiad w domu.  Czy taki sposób myślenia Ci odpowiada?

Druga grupa zwolenników kamperowania twierdzi – kamper to moja wolność. Chcę się zatrzymać, to staję. Codziennie jestem gdzie indziej. Co roku odwiedzam nowe miejsce. Nie chcę hotelu, tam nie ma mojego kubka z kawą, zachodów słońca i moich przyjaciół.  Kamper pozwala mieć to wszystko na wyciągnięcie ręki. Zgadzasz się?

I wreszcie trzecia kategoria argumentów „za”. Nie jeżdżę raz w roku na dwa tygodnie. Podróżuję 2-3 razy w miesiącu (choćby na weekend). Na wakacje wyjeżdżam na miesiąc. W ciągu roku zbierze się wiele, wiele dni  w kamperze. Zatrzymuję się na łonie natury, sporadycznie płacę za kempingi, jedzenie zabieram z domu.  Podejmuję decyzję i za pół godziny jestem w drodze. W ten sposób amortyzuję kampera znacznie szybciej. Popatrz tylko. Weekendowy wyjazd to koszt 200 zł na paliwo. Cały miesiąc (np. rajd wybrzeżem Bałtyku) z dojazdem z Warszawy to 800 zł na paliwo. Razem za 60 nocy w kamperze płacę tyle co za paliwo – 3800 zł i koszt kampera 6500 zł (10.300 zł). Gdybym chciał wynająć kwaterę to za sam nocleg zapłacę 12.000 zł, za paliwo jeszcze 2000 zł, dodatkowo nie mogę gotować i obcować z przyrodą.  Masz tyle czasu?

Gdybym miał wybrać swoją odpowiedź, po krótkiej kamperowej przygodzie zapisuję się do grupy drugiej. Przez wiele lat wynajmowałem kwatery wakacyjne. Raz było super (i często tam wracam) w innych przypadkach tragicznie. Jeden z właścicieli pensjonatu prowadził zakład kamieniarski, a więc w gratisie był widok na… gotowe nagrobki. Drugi „zapomniał” o rezerwacji i zaplanował remont. Trzeci oferował dla 4-osobowej rodziny pokój o powierzchni 10m2 ze skosami (oczywiście zdjęcia obiektywem szerokokątnym). Czwarty, miał rottweilera straszącego dzieci. Piąty, celowo zaplanował małą kuchenkę, wspólną na 10 pokoi. O tych wszystkich „atrakcjach” dowiadywałem się na miejscu, często już po opłaceniu pobytu.   W kamperze takie niespodzianki mnie nie spotkają. Coś nie pasuje, jadę dalej. Zaczyna padać, jadę dalej. Dzieci polubiły kampera. Można w nim oglądać telewizję, budować z klocków, rysować. Jest więcej miejsca niż w osobówce. Mama zrobi kanapki. Wszyscy (poza kierowcą) w czasie jazdy korzystają z toalety (nie ma problemu na autostradzie lub ekspresówce). Nie marnujemy urlopu na wypożyczenie i zwrot (dodatkowe 2 dni).

Także koszty nie wypadają na minus. Mam sporą rodzinę (według dzisiejszych standardów wielodzietną). Tydzień w 3-gwiazdkowym hotelu w Bułgarii kosztowałby nas (sprawdzałem) około 10 tys. zł (ze względu na szkołę, okres pozawakacyjny odpada). Tygodniowa wyprawa kamperem w takie samo miejsce 4.000 zł. Weekend w Krakowie z noclegiem w dwugwiazdkowym hotelu to koszt 2500 zł. Jeśli pojedziemy kamperem i wybierzemy noclegi w MOP-ie lub innym monitorowanym miejscu wydamy tylko 1.000 zł.  A na koniec coś naprawdę ekstremalnego. Ile kosztowała roczna podróż 2 osób po Europie (noclegi bezpłatne, ale jedzenie, paliwo na 20.000 km, opłaty autostradowe, trochę zwiedzania)? Około 43.000 zł. Miesięcznie wychodzi (po odjęciu kosztów paliwa) – ok. 3000 zł. Spróbuję przeliczyć to na naszą rodzinę. Zakładam koszt  jedzenia i atrakcji 2 razy większy (6000 zł), ale paliwo będzie tańsze (tylko 7000 km i 4000 zł), dodam też noclegi (6000 zł) – czyli wydamy na miesiąc w podróży 16.000 zł, do tego 3-4 weekendy po 1.000 zł oraz 6.500 kosztów stałych. Razem musimy przygotować 22.500 zł. A to 42 dni w podróży. Gdybyśmy zapragnęli 4 weekendów w Polsce, potrzebujemy 10.000 zł, do tego miesiąc np. w Chorwacji to 19.000 zł (10.000 zł nocleg, 8000 zł jedzenie i atrakcje, 1000 paliwo i dojazd), czyli wydajemy 29.000 zł. Oczywiście siedzimy na plaży i niewiele widzimy (Chorwacja) zamiast zwiedzać i podróżować (minimum to Dolina Loary, Bawaria,  tydzień w Hszpanii i powrót przez północne Włochy). W takim przypadku – kamper ma sens – także ekonomiczny.

 

Kamper część IV. Naprawy.

Oczywistym jest, że w pewnym wieku i po określonym przebiegu samochody zaczynają się psuć. Dlatego tylko zakup nowego kampera zwolni nas od kosztów napraw.

Jeśli zdecydujemy się na auto używane,  a często kilkunastoletnie, musimy uwzględniać konieczność ponoszenia stale pewnym nakładów na utrzymanie go w pełnej sprawności. Awarie w drodze, kilka tysięcy kilometrów od domu, nie wchodzą w grę. Najważniejszą kwestią jest gruntowny przegląd przedzakupowy wykonany przez profesjonalistę.  Generalny remont w starym pojeździe nie ma szans zwrócić się przy odsprzedaży.  Jeden z forumowiczów camperteam.pl przedstawił szczegółowe wyliczenia: ponad 20 tys. zł plus kilkaset godzin własnej robocizny (czyli w praktyce blisko 50 tys. zł nakładu na auto warte może 25-30 tys. zł.)

Na jakie kwoty trzeba się przygotować, gdy wybierzemy dobrze?

Naprawy części, nazwijmy ją umownie, jezdnej, nie odbiegają od przeciętnych kosztów użytkowania auta dostawczego, czyli będą  ograniczać się do: silnika, wtrysków, sprzęgła, turbiny, wydechu, zawieszenia itp. Jeśli trafimy na słaby egzemplarz zaboli nas także koszt robocizny blacharskiej.

Czym innym będą wydatki na część mieszkalną. Tutaj będzie naprawdę drogo. Przykłady? Proszę bardzo:

– lodówka 85 l z zamrażalnikiem 8 l – ponad 4.000 zł (czyli 8 razy tyle co domowa),

– klimatyzator dachowy – 10.000 zł,

-kratka wentylacyjna plastikowa – 150 zł (10 razy tyle co w markecie budowlanym),

– mikrofalówka – 1.300 zł,

– markiza z namiotem – 15.000 zł,

– Drzwi wejściowe – 4.000 zł,

– okno dachowe – 4.000 zł,

– boiler do wody 3.500 zł.

Rynek części używanych jest śladowy. Nawet drobna z pozoru awaria (porwana moskitiera) odchudzi portfel o 800-900 zł czyli pozbawi możliwości zatankowania 200 l paliwa.

Dlatego dokonując zakupu, nie można dać się zwodzić stwierdzeniem o taniej naprawie. Będzie albo drogo, albo bardzo drogo. Nawet, jeśli nic poważnego nie popsujemy, i tak trzeba się liczyć z wydatkiem minimum 1000 zł rocznie.

Po jakim czasie zostaniesz oszczędnym milionerem?

Dzisiaj spróbuję pokazać po jakim czasie zostaniesz oszczędnym milionerem. Przyjąłem następujące warianty:

  • zarobki rodziny na poziomie 2 średnich krajowych,
  • oszczędności na poziomie 10% dochodów/20% dochodów,
  • stopa zwrotu na poziomie 5%/8%.

Zatem do dzieła. Dwie średnie krajowe to ok. 5.500 zł. 10 % z tej sumy to 550 zł, a 20% już 1.100 zł. Tyle odkładamy miesięcznie. Zakładam, że pieniądze zostaną złożone na rachunku, na którym brak podatku Belki (np. IKE).

Obliczenia przedstawia tabela:

Oszczędności 10% (550 zł)Oszczędności 20% (1100 zł)
Zysk 5% rocznie43 lata32 lata
Zysk 8 % rocznie
33 lata25 lat

Trochę to potrwa, prawda? Ale przecież nigdy nie obiecywałem, że uda się to osiągnąć przez 2 lata. Z drugiej strony popatrz, przycinając wydatki przeciętny Polak po studiach ma szansę zostać milionerem przed pięćdziesiątką. Jeżeli zacznie pracę po maturze, może osiągnąć pierwszy milion w okolicach czterdziestki.  Warto spróbować.

Siedlisko na wsi, czy wyjazdy na wakacje? Analiza ekonomiczna.

Zakończony długi weekend skłonił wiele osób do rozważań, czy nie warto byłoby mieć swojego własnego małego gniazdka na wsi, do którego można pojechać w każdej chwili – krótko mówiąc domku wakacyjnego zwanego też z rosyjska daczą.

Domek taki położony w atrakcyjnej turystycznie okolicy, gdzieś nad wodą lub blisko lasu zapewniałby wypoczynek w weekendy i wakacje.  Czy to się jednak opłaca? Policzmy.

Od 1 maja istnieją poważne problemy z kupieniem tzw. siedliska tj. działki z domem na wsi. Dlaczego? Przepisy dotyczące obrotu ziemią rolną ograniczyły możliwość nabycia przez nie-rolników  do działek o powierzchni do 6000 m2. Takich  nieruchomości jest bardzo mało. Oczywiście ich ceny zaraz pójdą w górę. Pozostają działki przeznaczone na cele nierolne czyli turystyczne. Ale ograniczając się do cen. Goła działka (kawałek pola) o powierzchni ok. 0,5 ha będzie kosztowała nie mniej niż 20 tys. zł, zabudowana niewielkim domkiem nie wymagającym natychmiastowego remontu już ok. 100 tys. Z kolei domek za 50 tys.  najprawdopodobniej wymaga natychmiastowego remontu. Przyjmijmy zatem cenę 100 tys. zł przeciętnie i przynajmniej dwa razy tyle w miejscu atrakcyjnym turystycznie (znane jezioro, góry, morze).  Nie wiedziałeś, że aż tyle? Niestety tak jest. Pojawia się pierwszy problem – skąd wziąć takie pieniądze? Trzeba je albo wyjąć z konta (ten kto może), albo pożyczyć. Roczny koszt to 3-5% wartości (3000-10.000 zł). W lepszej sytuacji są ci, którzy domek dostali, ale i oni mogliby go sprzedać i pieniądze wykorzystać w inny sposób.

Następnie co miesiąc trzeba ponosić koszty utrzymania (drobne remonty, woda, prąd, śmieci, rośliny) – obliczam je według własnych doświadczeń na nie mniej niż 2000-3000 zł rocznie.

Razem rocznie wydamy 5.000 do 13.000 zł. Jaka jest alternatywa? Wynajmować. Domek wiejski wynajmiemy za 80 zł za dobę, w atrakcyjnej miejscowości zapłacimy ok. 200-300 zł w zależności od pory roku (w wakacje najwięcej) i długości pobytu.  Czyli możemy sobie pozwolić na maksymalnie 40-60 dni wynajmu. To dwutygodniowy urlop i jeszcze od 12 do 22 weekendów. Możemy je spędzać zawsze w innym miejscu.

To wyliczenie może wyglądać inaczej jeśli dokonamy zakupu w kurorcie i będziemy wynajmować. Tylko, że wtedy … sami nie możemy korzystać z domku.

Podsumowując, opłacalność wygląda słabo.

Kamper w mieście. Czyli o skutkach przeinwestowania.

Szukając informacji do mojego wcześniejszego wpisu trafiłem na bloga czterdziestolatka mieszkającego w kamperze:

http://kamperwmiescie.blogspot.com

Po przeczytaniu pierwsza myśl była – czemu nie. Autor przedstawia siebie jako kontestatora współczesnego planu na życie (domek na przedmieściach, praca w korporacji, codzienny kierat praca-dom) i twórcę odmiennego modelu zachowania (praca w ciekawym zawodzie – kapitan jachtu tylko 2 miesiące w roku).

Ale im więcej dowiadywałem się ze źródeł zewnętrznych, tym bardziej rósł mój sceptycyzm. Kroplą, która przepełniła czarę był ten wywiad (do którego „przypadkowo” brak linka na blogu):

http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/ma-cztery-mieszkania-i-mieszka-w-kamperze,154309.html

Nagle okazało się, że rzeczywistość wygląda inaczej. Autor, z zawodu finansista, nie rozumie, że żeby żyć trzeba nie tylko oszczędzać ale i … zarabiać, co uświadamia mu dopiero … dziennikarz. Poza tym, życie w kamperze nie było wyborem, ale ostatnią deską ratunku. I nagle zamiast obrazu świadomego swoich potrzeb kreatora nowego gatunku ludzi, pojawił się człowiek, którego życie zniszczyły ciężka praca, przeinwestowanie i pułapka kredytowa. Jak to się stało?

Najpierw była praca w korporacji, jak sądzę nieźle płatna, skoro Witek był w stanie zaciągnąć … 4 kredyty hipoteczne, których obecna suma wynosi 730 tysięcy (w tym 3 we frankach szwajcarskich). Zakup 4 mieszkań skończył się pułapką kredytową i pracą nad siły. W efekcie, partnerka podjęła decyzję o wyprowadzce (z dziećmi), a czynsz z wynajętych mieszkań ledwo starczał na ich utrzymanie.  Nie jest to dobra sytuacja dla czterdziestolatka. Żeby obniżyć koszty życia zamieszkał w kamperze i żyje za 10 zł dziennie. Przyznasz, że nie wygląda to na historię życia człowieka sukcesu, prezentowaną na blogu.

 

 

Kooperacja księgowych – sposób na mieszkanie.

Księgowi codziennie stykają się z pieniędzmi. Powinni o nich wiedzieć znacznie więcej. Czy tak jest zawsze? Nie, ale znam wielu księgowych, którzy są wyjątkowo oszczędni, po prostu rozumieją wartość pieniądza i starają się go pomnożyć. Czasami mają problem z inwestowaniem, ale w oszczędzaniu są naprawdę dobrzy. Dzisiaj jedna historia z życia wzięta.

Pewna całkiem spora spółka zatrudniała 10 księgowych. Pracowały one ze sobą od lat, zarabiając w sumie niewielkie pieniądze – ok. 3/4 średniej krajowej (w przeliczeniu na dzisiejszą wartość pieniądza  2000 zł netto). Ich mężowie mieli nieco lepsze pensje, ale rodziny uzyskiwały ok. 2 średnich krajowych (czyli były blisko mojego wzoru oszczędnego milionera). Kiedy po kolei dorastały dzieci, pojawiła się potrzeba zapewnienia im mieszkań. Księgowe nie miały wyjątkowych ambicji – myślały o kawalerkach. Zaczęły liczyć.

Skoro kawalerka kosztuje 40 średnich pensji, nie bardzo mają szanse odłożyć taką kwotę samodzielnie, tym bardziej w krótkim okresie. Co robić? Każda potrafiła zaoszczędzić 20% pensji swojej i męża, czyli ok. 40% średniej. Ponieważ było ich 10, razem miały już 4 średnie pensje miesięcznie. Czyli co 10 miesięcy mogły kupić kawalerkę. Postanowiły wykorzystać efekt synergii.

Po kolei każda z nich kupowała mieszkanie dla dziecka, pozostałe oddawały jej swoje oszczędności. Potem następna i następna. Przez 100 miesięcy (ok. 8 lat) wszystkie dysponowały mieszkaniem dla dziecka.  Gdzie tu geniusz? Przecież w 8 lat zbierając oddzielnie kupiłyby mieszkania? No tak, ale tutaj wyglądało to trochę inaczej. Pierwsza dostała klucze już po 10 miesiącach, a dopiero ostatnia po 8 latach. Średni czas oczekiwania wynosił niespełna 5 lat. Rozumiesz?

Oczywiście, takie współdziałanie wymaga albo wyjątkowego zaufania, albo mocnych zabezpieczeń, nie jest jednak niemożliwe. Przemyśl to. Może znasz osoby, z którymi jesteś w stanie powtórzyć osiągnięcie księgowych?

Skoro budowa domu kosztuje drogo, czy warto kupić tani dostępny na rynku wtórnym?

Najpierw odpowiem pytaniem na pytanie? Co to znaczy „tani”? Jeśli mówimy o najtańszym domu daleko od miasta (i miejsc pracy) dla osoby wychowanej w miejskiej dżungli, odpowiedź brzmi zdecydowanie – nie. Koszty dojazdy, utrzymania samochodu (lub dwóch), remontu zdecydowanie przewyższą zyski.

Jeśli jednak myślisz o wymagającym lekkiego liftingu budynku w idealnej lokalizacji, wtedy mówię – tak. Co więcej, sam tak zrobiłem. Oto przyczyny.

W doskonałej lokalizacji (blisko centrum) nie ma wolnych działek budowlanych. Wyjścia są w zasadzie dwa. Kupić dom, zburzyć go i postawić nowy albo próbować remontować istniejący. Co wybrać? Wszystko zależy od stanu technicznego.

Zanim wybrałem konkretny budynek, obejrzałem ich kilkanaście. Nie jestem budowlańcem, ale w każdym z nich odkryłem jakąś wadę (a uczciwie mówiąc – kilka). Pierwsza rzecz – ogólne zaniedbanie. Oznacza ono konieczność ciągłych poprawek. Stary dom, nieremontowany od lat to skarbonka. Trzeba wymieniać wszystko – zostaną gołe mury (które warte są grosze w stosunku do całej inwestycji). Podam przykład. Dom totalnie zaniedbany, niezamieszkany od lat, mały. Cena 400.000 zł. Do zburzenia. Mój dom – zadbany, chociaż oczywiście do remontu, ale poza wykończeniówką możliwego do odłożenia na lata. Cena 525.000 zł. Za 125.000 zł nie wymienię podłóg, instalacji c.o., dachu, tarasu, okien, drzwi z futrynami. A to takie podstawy. Czy ktoś kupił dom za 400 tys.? Oczywiście. I natychmiast go rozebrał, stawiając nowy.  Cały czas mówimy o powojennych domach tzw. klockach, a więc murowanych.  Zakup domu drewnianego w celu innym niż jako weekendowy mija się z celem. Koszty jego utrzymania będą gigantyczne.

Jeżeli lokalizacja nie jest priorytetem, a mamy do wyboru działki – lepiej budować. Dobierzemy projekt do własnych potrzeb (rozkład pomieszczeń i ich ilość), nie będziemy zawierać zgniłych kompromisów. Dodatkowo ustrzeżemy się prowizorki i zostawienia denerwujących nas szczegółów (np. stara instalacja elektryczna, która po kilku latach spowoduje nasze frustracje). Próbując remontować zaniedbany dom możemy wpaść w dwie pułapki – albo remont będzie kosztował więcej niż budowa nowego albo stopniowe dokładanie całkowicie zniszczy nasz budżet na wiele lat, bo ciągle będzie coś do zrobienia.

Dlatego jeśli tani dom, to tylko w dobrej lokalizacji i w dobrym stanie.