Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 28 – Oszczędny Milioner

Co to są fundusze indeksowe i ETF-y?

Skoro w dłuższym okresie (5 lat) tylko mniej niż 1/3 funduszy jest w stanie pobić indeks giełdowy, to jak je znaleźć? Nikt z nas nie jest wróżką. Trzydziestoprocentowa szansa na zwycięstwo to słaba perspektywa. A może da się zainwestować w sam indeks? No właśnie. Da się. Taki instrument nazywamy funduszem indeksowym. Zadaniem zarządzającego funduszem nie jest znalezienie najlepszych spółek (czyli zamawianie kosztownych analiz, lub utrzymywanie sztabu specjalistów) lecz kupowanie akcji i sprzedawanie akcji w taki sposób, aby portfel odzwierciedlał skład indeksu giełdowego. Od niedawna istnieje możliwość zakupu jednostek takich funduszy w Polsce.  Nasza rola jako inwestora sprowadza się do odpowiedzi na pytanie – jaki indeks nas interesuje i czy chcemy mieć pełną gwarancję płynności (sprzedaż i kupno w czasie rzeczywistym). Jeśli wymagamy całkowitej płynności, wybierzemy ETF-y (fundusze indeksowe notowane na giełdzie), jeśli możemy poczekać na swoje pieniądze, wtedy mamy większy wybór, bo dochodzą fundusze indeksowe sprzedawane przez TFI. Jakie są ich zalety, w stosunku do zakupu zwykłych funduszy? Po pierwsze, mniejsze opłaty, po drugie większa szansa na zysk w dłuższym okresie (w okresie 5 lat tylko 30% „zwykłych” funduszy wygrywa z indeksem). Po bliższe informacje na temat dostępnych funduszy ETF odsyłam na stronę: Fundusze etf .

Sam od kilku lat posiadam jednostki  funduszu indeksowego  – Ipopema m-INDEKS FIO, którego założeniem jest odzwierciedlanie wyników indeksu średnich spółek mWIG40. W ciągu 3 lat zarobił 21% czyli wypadł znacznie lepiej niż większość aktywnie zarządzanych funduszy małych i średnich spółek (pobił 20 spośród 21 dostępnych na rynku).

Oszczędzanie na wakacje metodą słoikową.

W ostatnim wpisie podzieliłem się swoją metodą oszczędzania na wakacje. Dzisiaj przedstawię jeszcze prostszy sposób.

Wystarczy mieć słoik (może być pudełko, skarbonka) i za wszystkie zakupy płacić gotówką. W takiej sytuacji zazwyczaj otrzymujemy resztę.

Cały bilion znajdujący się w kieszeni/torbie/portfelu wrzucamy codziennie do słoika.  Aby zebrać 1500 zł w ciągu 10 miesięcy (czyli tyle ile opisałem w ostatnim przykładzie) wystarczy 5 zł dziennie.  Nawet nie zauważysz jak zbierzesz całkiem sporą sumę.

Co jeśli na wakacje pragniesz przeznaczyć np. sumę 3 razy większą (4500 zł)? Wtedy oprócz bilonu dorzucasz także banknoty 10-złotowe.

Proste, prawda?

Czy niezależność finansowa jest dla każdego?

Żeby nie przynudzać, na tytułowe pytanie odpowiem od razu – dla prawie każdego. Oczywiście pod pewnymi warunkami.

Po pierwsze wiek.  Każdy emeryt już ma stałe dochody bez chodzenia do pracy, ma więc potencjał na niezależność finansową (tak, tak, ten z emeryturą minimalną również). Drugą grupą są osoby jak najmłodsze, i nie mówimy tutaj o niemowlętach lecz raczej o  młodzieży i „starszej młodzieży” czyli przedziale 18-45.

Po drugie określony poziom dochodów. To z kolei wydaje się proste. Im więcej zarabiasz, tym większą masz szansę na odkładanie, a więc w konsekwencji możesz stać się niezależny już wcześniej.

Po trzecie poziom życia, który akceptujesz i pragniesz prowadzić.  Z tym jest największy problem. W poprzednim wpisie opisałem m.in. własną sytuację. Mógłbym być niezależny finansowo, ale nie jestem. Dlaczego? Bo pracuję, mam dochody i mogę z nich pokryć różne ekstrasy jak dom blisko centrum miasta zamiast mieszkania, dwa niezłe samochody, markowe ubrania itp.  Skupiamy się na stylu życia. To on warunkuje naszą sytuację.  Poza tym rodzina. Im większa tym trudniej o niezależność finansową. Nie da się tak po prostu zignorować potrzeb żony/męża/dzieci.  Sam byłbym w stanie przeżyć za 350 zł miesięcznie. To sporo mniej niż emerytura minimalna, różne zasiłki itp.  Ta część drogi do niezależności finansowej jest najtrudniejsza – obniżyć oczekiwany poziom życia.

Jeden z bardzo bogatych ludzi został kiedyś spytany, jak bardzo zdeterminowany był aby osiągnąć status milionera odpowiedział – zdecydowałem się zostać bogaczem, albo umrzeć starając się to zrobić. Nikt nie wymaga poświęcenia życia, ale niewątpliwie rezygnacja z wielu reklamowanych obecnie oznak statusu jest konieczna. Czy umiesz zrezygnować z domu z ogródkiem na przedmieściach, a zadowolisz się starszym domkiem na wsi lub dwoma pokojami w mieście? Czy przestaniesz marzyć o nowym BMW i zadowolisz się 10-letnim Fiatem? Czy zaczniesz sam produkować jedzenie (wędliny, owoce, warzywa, sery), palić w piecu, rąbać drewno? Czy wybierzesz wolność finansową zamiast nowego smartfona co roku lub dwa? To właśnie pytanie o oczekiwany styl życia. Ja przez wiele (15 lat) dorosłości rezygnowałem ze wszystkich tych rzeczy i stałem się milionerem. To również powinno Ci dać do myślenia.

 

Dlaczego nie radzę oszczędzać na edukacji?

Jeśli czytaliście serię moich ostatnich wpisów być może uderzył Was jeden fakt – relatywnie wysokie wydatki na edukację. Dlaczego nie warto na tym oszczędzać?  Ponieważ jedynym pewnym sposobem wyrwania się z zaklętego kręgu biedy (niskie dochody=niewielkie oszczędności=niewielki majątek=niewielkie inwestycje=niskie dochody) jest edukacja. Alternatywą dla czystej wiedzy może być tylko własny biznes, ale i wtedy trzeba mieć wiedzę oraz pieniądze na początek. Powiem to na własnym przykładzie. 10 lat temu zarabiałem (netto czyli na rękę) ok. 3800 zł. Potem wydałem 17 tys. na własną edukację, zdobyłem dodatkowe uprawnienia i teraz moja pensja u tych samych  pracodawców wynosi … 7300 zł. Wydatki na edukację zwróciły się w 4 miesiące.

Nie każdy będzie miał takie szczęście i możliwości, ale… zawsze warto przeliczać. Często już sama znajomość języka obcego umożliwia nam lub naszemu dziecku zarobienie za granicą 3-4 krotności wynagrodzenia pobieranego w Polsce. Nie trzeba jednak nigdzie wyjeżdżać.

Niewykwalifikowany robotnik zarabia nie więcej niż  8-10 zł za godzinę. Hydraulik, glazurnik, dekarz, stolarz itp. kilka razy więcej. Znam elektryków dojeżdżających do klienta Porsche Cayenne.

Nauczyciel dyplomowany dostaje na etacie pensję o połowę wyższą niż jego dyplomowany odpowiednik.

Radca prawny w administracji zarabia o 40% więcej niż przeciętny pracownik.

W przypadku wyszkolonego sprzedawcy, wynagradzanego prowizyjnie te różnice są znacznie większe.

Wiedza to jednak nie tylko formalne wykształcenie. To szereg umiejętności, które zdobywamy na praktycznych kursach, szkoleniach. Rozwija się je przez całe życie.

No dobrze, ale wielu magistrów pozostaje dzisiaj bez pracy, albo wykonuje zupełnie niezgodną z kierunkiem wykształcenia. Co im powiedzieć?

Wiedza, to nie papierek. Często skończenie np. socjologii, politologii, kulturoznawstwa nie daje żadnej przewagi praktycznej. Zresztą ilu politologów może wchłonąć rynek pracy? Trzeba najpierw rozpoznać czy na dane umiejętności jest aktualnie zapotrzebowanie i będzie się utrzymywało przez najbliższe 10 lat. Nie słyszałem o bezrobotnym programiście, stolarzu czy lekarzu.  Kto pójdzie na łatwiznę i wybierze kierunek kształcenia, który najłatwiej skończyć, raczej nie znajdzie zatrudnienia w swoim zawodzie.

Dlatego właśnie moja rodzina wydaje na edukację minimum 1000 zł miesięcznie. Przeznaczamy je na naukę języków, sport (zdolne dziecko) i studia.

 

 

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Cięcie do kości – koszty transportu.

W podstawowym wpisie przyjąłem następujące założenia: osoby samotne kupują bilety miesięczne po 85 zł sztuka, a mała rodzina (2+1 i 2+2) jeździ bardzo tanim samochodem (200 zł). Czy da się taniej?

W przypadku pary i singla pewnym sposobem jest poruszanie się piechotą lub rowerem. Wtedy koszty transportu wyniosą okrągłe 0 zł. Konieczność podjechania autobusem 2-3 razy w miesiącu również uczyni wydatki w tej kategorii niezauważalnymi (10-20 zł). Nie jest to jednak droga dla każdego.

Niewielka rodzina powinna już  zastanowić się nad samochodem.  Nie musi być używany codziennie (np. ja do pracy idę piechotą, a żona odprowadza synka do przedszkola i też porusza się na własnych nogach), ale większe – tygodniowe zakupy warto przywozić zamiast nosić. Mały pojazd, serwisowany samodzielnie nie powinien wydrenować kieszeni. Tanie ubezpieczenie obowiązkowe (duże zniżki, zamieszkanie na wsi) Fiata Seicento/Uno/Punto kosztuje nawet poniżej 200 zł, a dokładnie 184 zł.  Oczywiście brak zniżek i warszawski adres mogą wywindować cenę polisy do kwoty kilka razy wyższej.  Dalsza część rocznych kosztów eksploatacji to przegląd. Klasyczna wymiana oleju i filtrów nie powinna kosztować drożej niż 200 zł, do tego podbicie dowodu w stacji kontroli pojazdów 100 zł. Jeśli mamy szczęście i nie musimy planować większych napraw, lecz tylko wymiany eksploatacyjne bądźmy gotowi na zakup: opon 600 zł raz na 5-10 lat  (60-120 zł rocznie), akumulatora 300 zł raz na 5 lat (60 zł rocznie), zawieszenia 100-200 zł raz na 5 lat (20-40 zł), a razem średniorocznie można zmieścić się w  140-220 zł. Zatem, pomijając koszty paliwa musimy być przygotowani na wydatki nie niższe niż 620-1220 zł rocznie (miesięcznie 50-100 zł). Pozostaje nam jeszcze zakup paliwa. Kto mało jeździ (2-5 tys. rocznie) ten zaoszczędzi.  Benzyna będzie kosztowała 600-1500 zł rocznie (50-120 zł miesięcznie). W sumie okazjonalne korzystanie z auta (2000 km rocznie) pozwala na zmniejszenie kosztów do 100 zł miesięcznie (50 zł serwis i ubezpieczenie, 50 zł paliwo). Zasilanie gazem oznacza podniesienie wydatków serwisowych (o 10 zł miesięcznie) i zmniejszenie cen paliwa do 25 zł miesięcznie. W sumie mała rodzina może wydać na transport  85 zł średnio-miesięcznie (o ile nie przekracza przebiegu 2000 km rocznie, czyli ok. 40 km tygodniowo).

 

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Cięcie do kości – jedzenie.

Cykl o utrzymywaniu rodziny za 1500 zł ma trochę inny charakter niż zwykłe wpisy na moim blogu. Nie pokazuje drogi osoby zarabiającej przynajmniej średnią krajową, lecz wybory żyjących za niewiele więcej niż pensja minimalna. Z tego względu udzielane w nim porady mają charakter ekstremalny. Wiecie, że nie jestem zwolennikiem cięcia wydatków do kości, zwłaszcza wydatków na jedzenie, ale czasami rzeczywiście trzeba to robić. Zazwyczaj moi rozmówcy dziwią się tym jak ja przyzwoicie zarabiający i zamożny rozumiem znajdujących się dużo niżej na drabinie ekonomicznej. No, właśnie. Po prostu wiem, że dochody i pieniądze nie są dane raz na zawsze, wiele pokoleń Polaków przekonało się o tym boleśnie (powstania, wojny, zmiana waluty, hiperinflacja, kryzysy itp.).  Dlatego cały czas aktualizuje swój „Plan B” czyli wersję życia przy dużo mniejszych dochodach. Służyła mi ona jako drogowskaz przy opisywaniu codziennych oszczędności dla osób zarabiających 1500 zł miesięcznie. Oto wnioski.

Jedzenie. W poniedziałkowej tabeli przyjąłem stawkę żywieniową 300 zł na osobę (trochę mniej dla małego dziecka). Żeby ją osiągnąć trzeba zrezygnować z codziennego piwa do kolacji, wyjść do knajpki itp. To raczej oczywiste. Czy da się zejść jeszcze niżej? Spróbujmy. 300 zł miesięcznie to 10 zł dziennie. Załóżmy, że mamy 5 posiłków dziennie (zalecenia dietetyków) i nie objadamy się. Podana wielkość porcji będzie właściwa dla osób dorosłych, zbyt duża dla przedszkolaka (który zjada w przedszkolu), zbyt mała dla rosnącego chłopaka-nastolatka (z kolei znam dziewczyny i kobiety zjadające przez cały dzień 2 jogurty naturalne i liść sałaty).  Skąd więc jadłospis. Ja tak jadam. Na śniadanie 2 kromki chleba z wędliną i filiżanka herbaty. Na drugie śniadanie duży jogurt i 3 szklanki wody. Na obiad kawałek mięsa, ziemniaki i jakieś warzywa. Na podwieczorek zazwyczaj 1-2 owoce. Na kolację znowu 2 kromki chleba z wędliną. Razem otrzymujemy ok. 2000 kalorii.  Jeśli jem słodycze (ciasto lub czekolada) dobijam do 2500 kalorii. Zaczynamy liczyć.

Śniadanie. Chleb kupuję za 1,85 w lokalnej piekarni. Przy moim jedzeniu (4 kromki dziennie) połówka (czyli 0,9 zł) wystarcza żonie i  mnie na cały dzień.  Na osobę wypada 0,45 zł (na samo śniadanie 0,23 zł). Oczywiście można wybrać wersję super- hiper chleba dietetycznego w cenie 5 zł bochenek, ale jest on raczej poza zasięgiem ekstremalnie oszczędzających.  Do tego masło – kostka kosztuje ok. 3,5 zł (najtańsze w markecie). Nam starcza na pięć dni. Czyli na śniadanie jednej osoby  przypada 0,18 zł. Do tego 40 g wędliny (dwa plasterki). Tu zaczynają się oszczędności. Marketowa szynka jest do kupienia za ok. 15-20 zł za kg. Moja żona często kupowała mięso od zaprzyjaźnionej gospodyni w cenie skupu żywca czyli 7 zł/kg. Potem sama robiła szynkę – 1 kg wędliny to 1,3 kg mięsa, a więc koszt 9 zł (10 licząc przyprawy) za kilogram. W takiej sytuacji 40 g wędliny kosztuje 0,4 zł. Herbatę  ekspresową z biedronki da się kupić za 5 zł (opakowanie 75 torebek). Nam wystarcza na 150 filiżanek (cena za filiżankę 0,03)  Śniadanie  kosztowało  zatem 0,84 zł (chleb 0,23, masło 0,18, wędlina 0,4, herbata 0,03 zł).

II śniadanie. Jogurt/kefir naturalny z biedronki da się kupić za 1,2-1,5 (opakowanie 400g). Wyprodukowanie jogurtu w domu kosztuje trochę taniej  – 0,8 zł za 400g porcję. Koszt II śniadania to 0,8 zł.

Obiad. Mięso – 150g (kupione jako żywiec) – 1,05 zł (0,15 kg x 7 zł). Ziemniaki to 0,75 zł za kilogram (na raz zjadam 2 czyli 0,15 zł). Jarzyny można mieć swoje. Koszt ich wyprodukowania to ok. 50 gr za kilogram (w postaci przetworów 1 zł) czyli za porcję 200g – 0,1-0,2 zł. Razem za obiad zapłacimy 1,3-1,4 zł.

Podwieczorek to 200 -300 g owoców. Również własnej produkcji, a więc za 0,5-1zł za kg. Czyli razem od 0,1 zł do 0,3 zł.

Kolacja zawierała to samo co śniadanie. Wydaliśmy 0,84 zł.

Podsumujmy cały dzień. Śniadanie 0,84 zł, II śniadanie 0,8 zł, obiad 1,3-1,4 zł, podwieczorek 0,1-0,3 zł, kolacja 0,84 zł – razem 3,88 – 4,18 zł. Czyli miesięcznie ok. 125 zł.  Udało się ograniczyć koszt jedzenia z 300 zł do 125 zł, przy czym nadal jemy mięso 3 razy dziennie, dokładamy 0,7 kg owoców i warzyw oraz 0,42 gram nabiału.  Jeśli dołożymy kawałek własnoręcznie upieczonego ciasta zmieścimy się w 150 zł miesięcznie na osobę. Jeśli mięso zastąpimy dżemem, serem białym itp. będzie jeszcze taniej. Na czym polega recepta? Dużo produkować samodzielnie Wędlina, owoce, warzywa, jogurt zostały własnoręcznie wykonane. Pozwala to obniżyć koszt o połowę.

 

 

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Tabela.

Dzisiaj publikuję obiecaną tabelę do czwartkowego wpisu.

 

SingielPara2+12+2
Jedzenie
3006007501200
Mieszkanie własne (wynajęte)320 (420)430 (840)540 (1090)670 (1420)
Wyd. własne60120180240
Transport85170200200
Edukacja00200400
RAZEM765 (865)1320(1730)1890 (2440)2710 (3450)

Czy da się jeszcze obniżyć koszty życia?  Teoretycznie, tak.  Rezerwy tkwią w opłatach i jedzeniu, przy większej rodzinie, także w kosztach transportu. Jak to zrobić, napiszę w środę.

 

 

Czy warto pracować za 1500 zł?

Jako jeden ze skutków programu „Rodzina 500+” media podają niechęć do pracy za pensję minimalną i  niewiele większą (czyli 1350-1700 zł). Czy to prawda i czy za takie pieniądze  nie warto pracować?

Najpierw trochę filozofii, czyli pytanie co daje nam praca. Dla niektórych będzie to kontakt z innymi ludźmi, przyjemne (chociaż często niezbyt głębokie) relacje, dla innych szansa samorealizacji, uregulowanie planu dnia, nadanie celu w życiu. Jednak dla większości praca to sposób na zapełnienie portfela. Czy można inaczej zaspokoić te potrzeby? Zastanówmy się.

Spotkania z ludźmi mają miejsce w różnych miejscach. Można zapisać się do klubu sportowego, zdecydować na wolontariat, zacząć kolejne studia. Sposobów jest sporo. Większość z nich daje także szansę na samorealizację. Zresztą, umówmy się, etat za pensję w okolicach minimalnej to nie są prace szczególnie satysfakcjonujące lecz raczej zestaw powtarzalnych czynności (chociaż niekiedy w biurze). Najtrudniej poradzić sobie z planem dnia. Do pracy trzeba wstać, przyjść (lub przyjechać), wykonać obowiązki (pod nadzorem szefa), wrócić do domu. Nagle dzień np. od 6 do 16 mamy zapełniony (czyli np. 10 godzin z  17-18 nieprzesypianych). Nie pracując, mamy więcej czasu dla siebie. Dla jednych to zaleta, dla innych wada. A cel w życiu? W pracy za pensję minimalną? Nie, chyba raczej nie o to chodzi.  Pozostaje wypełnienie portfela, krótko mówiąc musimy mieć pieniądze na życie? Czy te 1350-1700 zł da się zarobić w inny sposób?

Zakładam, że nie mamy do czynienia z osobami bogatymi (taka kwota to odsetki od 500-700 tys. zł), a więc odpada rentierka. Pozostają prace sezonowe, zlecenia, fuchy. Wyobraźmy sobie zbieracza owoców. Można spokojnie zarobić za dniówkę 100 zł czyli miesięcznie 2500 zł (w Polsce). Za granicą będzie to nawet 2,5 raza więcej (6000 zł). Czyli w grę wchodzi opcja – pół roku (a nawet 3 miesiące) pracy sezonowej, w budowlance, a pozostała część roku konsumowanie jej owoców.  Takie życie wybiera całkiem spora liczba osób. A co w przypadku utraty zdrowia, wypadku, starości? Tutaj pojawia się problem. Można ubezpieczyć się lub zbierać na emeryturę, ale ile osób to robi? Nagle nie ma dochodów. Z wiekiem ubywa nam sił. Do czasu zmiany prawa, pozostawał jeszcze sposób „na rolnika” (zakup hektara ziemi i ubezpieczenie w KRUS). Teraz jego realizacja staje się mocno utrudniona (ziemię rolną można kupić tylko od najbliższej rodziny).

Jak widzicie, nie znalazłem zbyt wielu argumentów do pracy za niewielką pensję. Po prostu, da się takie kwoty zarobić inaczej. Jeśli pracujemy, to dlatego, że nie widzimy innego sposobu.

Natomiast nie przekonuje mnie argument 500+. To są pieniądze do wydania na dzieci.  Nie służą temu, żeby ojciec/matka mogli siedzieć bezczynnie. Myślenie „mam 500 zł (lub 1000)  i nic nie muszę”  to krok w złym kierunku. Zwłaszcza, że 1350 – 1700 zł da się spokojnie zarobić w inny sposób niż na etacie, bo np. w ciągu pół roku robót sezonowych. Tylko czy za tę kwotę można utrzymać rodzinę? To już temat na kolejny wpis.

Student w wielkim mieście. Mieszkanie kupować czy wynajmować?

W dzisiejszym wpisie przedstawię alternatywę, przed którą staje grupa zamożniejszych rodziców. Zastanawiają się oni czy dziecku jadącemu na studia do dużego miasta lepiej jest kupić mieszkanie, czy tylko je wynająć. Zobaczmy jak wyglądają twarde liczby, choć nie tylko one. Posłużę się przykładami z mojego miasta, a więc rynku, który znam najlepiej (duże miasto akademickie).

Najpierw zestaw danych. Mieszkanie w tzw. starym budownictwie (bloki z PRL) nadające się na początek dla studenta kosztuje ok. 120-150 tys. (kawalerka) lub ok. 180-200 tys. zł (2 pokoje). Z tego miejsca wszędzie jest blisko (centrum miasta z knajpkami, uczelnia,  dzielnica akademików). Staranny wybór gwarantuje, że nie trzeba korzystać z komunikacji miejskiej (10-15 minut piechotą), co pozwala zaoszczędzić na biletach.  Nowe mieszkanie na obrzeżach kupimy za podobne pieniądze, jeśli zaś chcemy zachować dogodną lokalizację, dopłacimy przynajmniej 10-20%.

Wynajem samodzielnego pokoju w mieszkaniu studenckim to koszt 400 zł (plus symboliczne opłaty za wodę, gaz, prąd i must have – internet z pakietem TV). Jeśli pokój będzie dzielony przez dwie osoby, da się wynająć za 350 zł. Kawalerkę wynajmiemy za 900 zł (nowa ok. 1000 zł), 2 pokoje za 1100-1200 zł (nowe za 1300-1500 zł).

Mając dane wyjściowe, przystępujemy do kalkulacji. Pomijam koszty opłat – zależą od zużycia, a więc będą się różnić tak jak ludzie, dodatkowo są identyczne we własnym i wynajętym. Wynajem, przy standardowym układzie studenckim 3-4 osoby w 2-pokojowym mieszkaniu to koszt 350-400 zł za osobę. Z kolei studenci-burżuje mieszkają w samodzielnych kawalerkach – 900-1000 zł. A alternatywa?

Zakup. Dla uproszczenia założyłem kupno w całości na kredyt (dzisiaj popularne, a od kapitału i tak trzeba naliczyć odsetki). Oczywiście kredyt biorą rodzice, bo student nie dysponuje zdolnością kredytową. Takie założenie czyni tytułowe pytanie teoretycznym dla wielu osób. Dzieje się tak z kilku powodów. Pierwszym jest brak zdolności kredytowej wśród czterdziestolatków (własne kredyty). Drugim  – niesamodzielność studenta (trudno mu zaufać). Trzecim  – posiadanie rodziny w mieście studenckim, która przechowa przyszłego magistra. Ale wracajmy do tych, którzy faktycznie o tym myślą. Koszt pieniądza (rata kredytu) wyniesie dla używanej kawalerki w „studenckiej” lokalizacji ok. 600-700 zł, dla dwóch pokoi już 900-1000 zł. Nowy lokal będzie odpowiednio droższy (10-20%).  Własne mieszkanie to i opłaty czynszowe. Trzeba się liczyć, że w kawalerce to ok. 150 zł (budownictwo „bezczynszowe” 100 zł), a w 2 pokojach 200-250 zł („bezczynszowe” 150 zł). Do czego dochodzimy? Dodając dwa składniki (czynsz, rata) otrzymujemy następujący koszt zakupu i utrzymania:

  • kawalerka- 750-850 zł (nowa podobnie),
  • 2 pokoje, jeśli używane to 900-1250 zł, nowe do 1350 zł.

Ceny wynajmu podobnego lokalu są praktycznie identyczne. Z jednym zastrzeżeniem. Aby osiągnąć porównywalność warunków i cen, student musi dobrać współlokatorów, lub w wersji „lux” pozostać samodzielnie w kawalerce. Po 5 latach (zakładam studia magisterskie skończone bez potknięć) dziecko ma za sobą 1/6 czasu spłaty standardowego kredytu i własny dach nad głową na początek. Dalej mieszkanie można wynajmować lub sprzedać. To argumenty za. A przeciw?

Wielu rodziców nie zna miasta. Kierując się ceną wpada w pułapkę taniej i  słabej lokalizacji. Takie mieszkania trudno sprzedać lub wynająć. Są to utopione pieniądze. Obawa przed takim scenariuszem skłania do wynajmu.

Nie wiadomo, czy przyszły magister znajdzie w tym mieście pracę. Nie mówimy o Warszawie (sporo wyższe koszty), ale bezrobocie wśród absolwentów jest niepokojąco wysokie. Do tego dochodzą bezpłatne staże i umowy śmieciowe. Jeśli trzeba się przenieść, to wynajęte mieszkanie po prostu opuszczamy, z własnym już nie będzie tak łatwo.

Kredyt oznacza konieczność stabilnej sytuacji. Nikt nie zdecyduje się na niego, mając niewielkie pieniądze, lub pracę, której w każdej chwili może nie być. Wtedy też  warto wynajmować.

I na koniec najbardziej oczywisty powód – brak (gotówki) pieniędzy na zakup lub zdolności kredytowej. W takiej sytuacji nie ma alternatyw. Wynajem to jedyna opcja.

Podsumowując, wynajem i zakup wychodzą podobnie finansowo. Po pięciu latach mamy spłaconą część kredytu (niewielką), a dziecko własne mieszkanie. Skoro jest tak pięknie, to dlaczego wielu rodziców wybiera wariant drugi – wynajem? Odpowiedź mieści się w jednym z przywołanych powodów (brak pracy dla absolwentów, stabilności sytuacji rodziców, zdolności kredytowej/gotówki).

 

 

 

Niepapierosowy milioner.

Dzisiaj chcę napisać o pewnym szczególnym sposobie na uzyskanie oszczędności, pozwalających w perspektywie czasu zostać milionerem. Metoda wydaje się banalnie prosta – rzucić palenie i zaoszczędzone środki inwestować.

Inspiracją dla mnie stał się mój zamożny znajomy. W wieku 30 lat postanowił zerwać z nałogiem. Co miesiąc notował znaczne oszczędności. Regularnie też, zamiast je wydawać kupował akcje wybranych spółek GPW.  Osiągał przy tym rozsądną stopę zysku. Obecnie już na emeryturze (wcześniejszej jak to nauczyciel), cieszy się owocami swoich działań – a jest to pakiet akcji o wartości przekraczającej milion złotych. Czy dzisiaj da się powtórzyć jego rezultaty?

Oczywiście. Poniżej przedstawiam stosowne wyliczenie. Paczka papierosów kosztuje ok. 14 zł. Ktoś, kto pali dziennie jedną paczkę wydaje miesięcznie 420 zł (znam też rodzinę, która na papierosy wydawała 2.000 zł miesięcznie, ale i dochody miała nieprzeciętne).  Taką kwotą do odłożenia dysponuje przeciętny już-nie-palacz. Do obliczenia drogi do miliona potrzebne są dwie zmienne – okres oszczędzania i oczekiwana stopa zwrotu.  Założyłem, że osoba inwestująca w akcje, jest w stanie osiągać zyski na poziomie 8% rocznie (średni zysk rynku akcji w długim okresie). Ponieważ posłużyłem się przykładem znajomego, to początek drogi milionera przypadnie na 30 rok życia, a koniec na moment przejścia na emeryturę. Oszczędzanie będzie więc trwało 37 lat.

Czas na wynik. Przez 37 lat, inwestując co miesiąc 420 zł, zarabiający 8% rocznie uzyska dokładnie …. 1.148.495 zł czyli ponad milion złotych wpłacając niespełna 200.000 zł. W dodatku w bonusie dostanie zdrowie.

A co z inflacją? No cóż, zawsze odkładamy aktualną cenę papierosów. A ta rośnie szybciej niż inflacja. Szczerze mówiąc, znacznie szybciej.