Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Tabela.

Dzisiaj publikuję obiecaną tabelę do czwartkowego wpisu.

 

SingielPara2+12+2
Jedzenie
3006007501200
Mieszkanie własne (wynajęte)320 (420)430 (840)540 (1090)670 (1420)
Wyd. własne60120180240
Transport85170200200
Edukacja00200400
RAZEM765 (865)1320(1730)1890 (2440)2710 (3450)

Czy da się jeszcze obniżyć koszty życia?  Teoretycznie, tak.  Rezerwy tkwią w opłatach i jedzeniu, przy większej rodzinie, także w kosztach transportu. Jak to zrobić, napiszę w środę.

 

 

Czy warto pracować za 1500 zł?

Jako jeden ze skutków programu „Rodzina 500+” media podają niechęć do pracy za pensję minimalną i  niewiele większą (czyli 1350-1700 zł). Czy to prawda i czy za takie pieniądze  nie warto pracować?

Najpierw trochę filozofii, czyli pytanie co daje nam praca. Dla niektórych będzie to kontakt z innymi ludźmi, przyjemne (chociaż często niezbyt głębokie) relacje, dla innych szansa samorealizacji, uregulowanie planu dnia, nadanie celu w życiu. Jednak dla większości praca to sposób na zapełnienie portfela. Czy można inaczej zaspokoić te potrzeby? Zastanówmy się.

Spotkania z ludźmi mają miejsce w różnych miejscach. Można zapisać się do klubu sportowego, zdecydować na wolontariat, zacząć kolejne studia. Sposobów jest sporo. Większość z nich daje także szansę na samorealizację. Zresztą, umówmy się, etat za pensję w okolicach minimalnej to nie są prace szczególnie satysfakcjonujące lecz raczej zestaw powtarzalnych czynności (chociaż niekiedy w biurze). Najtrudniej poradzić sobie z planem dnia. Do pracy trzeba wstać, przyjść (lub przyjechać), wykonać obowiązki (pod nadzorem szefa), wrócić do domu. Nagle dzień np. od 6 do 16 mamy zapełniony (czyli np. 10 godzin z  17-18 nieprzesypianych). Nie pracując, mamy więcej czasu dla siebie. Dla jednych to zaleta, dla innych wada. A cel w życiu? W pracy za pensję minimalną? Nie, chyba raczej nie o to chodzi.  Pozostaje wypełnienie portfela, krótko mówiąc musimy mieć pieniądze na życie? Czy te 1350-1700 zł da się zarobić w inny sposób?

Zakładam, że nie mamy do czynienia z osobami bogatymi (taka kwota to odsetki od 500-700 tys. zł), a więc odpada rentierka. Pozostają prace sezonowe, zlecenia, fuchy. Wyobraźmy sobie zbieracza owoców. Można spokojnie zarobić za dniówkę 100 zł czyli miesięcznie 2500 zł (w Polsce). Za granicą będzie to nawet 2,5 raza więcej (6000 zł). Czyli w grę wchodzi opcja – pół roku (a nawet 3 miesiące) pracy sezonowej, w budowlance, a pozostała część roku konsumowanie jej owoców.  Takie życie wybiera całkiem spora liczba osób. A co w przypadku utraty zdrowia, wypadku, starości? Tutaj pojawia się problem. Można ubezpieczyć się lub zbierać na emeryturę, ale ile osób to robi? Nagle nie ma dochodów. Z wiekiem ubywa nam sił. Do czasu zmiany prawa, pozostawał jeszcze sposób „na rolnika” (zakup hektara ziemi i ubezpieczenie w KRUS). Teraz jego realizacja staje się mocno utrudniona (ziemię rolną można kupić tylko od najbliższej rodziny).

Jak widzicie, nie znalazłem zbyt wielu argumentów do pracy za niewielką pensję. Po prostu, da się takie kwoty zarobić inaczej. Jeśli pracujemy, to dlatego, że nie widzimy innego sposobu.

Natomiast nie przekonuje mnie argument 500+. To są pieniądze do wydania na dzieci.  Nie służą temu, żeby ojciec/matka mogli siedzieć bezczynnie. Myślenie „mam 500 zł (lub 1000)  i nic nie muszę”  to krok w złym kierunku. Zwłaszcza, że 1350 – 1700 zł da się spokojnie zarobić w inny sposób niż na etacie, bo np. w ciągu pół roku robót sezonowych. Tylko czy za tę kwotę można utrzymać rodzinę? To już temat na kolejny wpis.

Student w wielkim mieście. Mieszkanie kupować czy wynajmować?

W dzisiejszym wpisie przedstawię alternatywę, przed którą staje grupa zamożniejszych rodziców. Zastanawiają się oni czy dziecku jadącemu na studia do dużego miasta lepiej jest kupić mieszkanie, czy tylko je wynająć. Zobaczmy jak wyglądają twarde liczby, choć nie tylko one. Posłużę się przykładami z mojego miasta, a więc rynku, który znam najlepiej (duże miasto akademickie).

Najpierw zestaw danych. Mieszkanie w tzw. starym budownictwie (bloki z PRL) nadające się na początek dla studenta kosztuje ok. 120-150 tys. (kawalerka) lub ok. 180-200 tys. zł (2 pokoje). Z tego miejsca wszędzie jest blisko (centrum miasta z knajpkami, uczelnia,  dzielnica akademików). Staranny wybór gwarantuje, że nie trzeba korzystać z komunikacji miejskiej (10-15 minut piechotą), co pozwala zaoszczędzić na biletach.  Nowe mieszkanie na obrzeżach kupimy za podobne pieniądze, jeśli zaś chcemy zachować dogodną lokalizację, dopłacimy przynajmniej 10-20%.

Wynajem samodzielnego pokoju w mieszkaniu studenckim to koszt 400 zł (plus symboliczne opłaty za wodę, gaz, prąd i must have – internet z pakietem TV). Jeśli pokój będzie dzielony przez dwie osoby, da się wynająć za 350 zł. Kawalerkę wynajmiemy za 900 zł (nowa ok. 1000 zł), 2 pokoje za 1100-1200 zł (nowe za 1300-1500 zł).

Mając dane wyjściowe, przystępujemy do kalkulacji. Pomijam koszty opłat – zależą od zużycia, a więc będą się różnić tak jak ludzie, dodatkowo są identyczne we własnym i wynajętym. Wynajem, przy standardowym układzie studenckim 3-4 osoby w 2-pokojowym mieszkaniu to koszt 350-400 zł za osobę. Z kolei studenci-burżuje mieszkają w samodzielnych kawalerkach – 900-1000 zł. A alternatywa?

Zakup. Dla uproszczenia założyłem kupno w całości na kredyt (dzisiaj popularne, a od kapitału i tak trzeba naliczyć odsetki). Oczywiście kredyt biorą rodzice, bo student nie dysponuje zdolnością kredytową. Takie założenie czyni tytułowe pytanie teoretycznym dla wielu osób. Dzieje się tak z kilku powodów. Pierwszym jest brak zdolności kredytowej wśród czterdziestolatków (własne kredyty). Drugim  – niesamodzielność studenta (trudno mu zaufać). Trzecim  – posiadanie rodziny w mieście studenckim, która przechowa przyszłego magistra. Ale wracajmy do tych, którzy faktycznie o tym myślą. Koszt pieniądza (rata kredytu) wyniesie dla używanej kawalerki w „studenckiej” lokalizacji ok. 600-700 zł, dla dwóch pokoi już 900-1000 zł. Nowy lokal będzie odpowiednio droższy (10-20%).  Własne mieszkanie to i opłaty czynszowe. Trzeba się liczyć, że w kawalerce to ok. 150 zł (budownictwo „bezczynszowe” 100 zł), a w 2 pokojach 200-250 zł („bezczynszowe” 150 zł). Do czego dochodzimy? Dodając dwa składniki (czynsz, rata) otrzymujemy następujący koszt zakupu i utrzymania:

  • kawalerka- 750-850 zł (nowa podobnie),
  • 2 pokoje, jeśli używane to 900-1250 zł, nowe do 1350 zł.

Ceny wynajmu podobnego lokalu są praktycznie identyczne. Z jednym zastrzeżeniem. Aby osiągnąć porównywalność warunków i cen, student musi dobrać współlokatorów, lub w wersji „lux” pozostać samodzielnie w kawalerce. Po 5 latach (zakładam studia magisterskie skończone bez potknięć) dziecko ma za sobą 1/6 czasu spłaty standardowego kredytu i własny dach nad głową na początek. Dalej mieszkanie można wynajmować lub sprzedać. To argumenty za. A przeciw?

Wielu rodziców nie zna miasta. Kierując się ceną wpada w pułapkę taniej i  słabej lokalizacji. Takie mieszkania trudno sprzedać lub wynająć. Są to utopione pieniądze. Obawa przed takim scenariuszem skłania do wynajmu.

Nie wiadomo, czy przyszły magister znajdzie w tym mieście pracę. Nie mówimy o Warszawie (sporo wyższe koszty), ale bezrobocie wśród absolwentów jest niepokojąco wysokie. Do tego dochodzą bezpłatne staże i umowy śmieciowe. Jeśli trzeba się przenieść, to wynajęte mieszkanie po prostu opuszczamy, z własnym już nie będzie tak łatwo.

Kredyt oznacza konieczność stabilnej sytuacji. Nikt nie zdecyduje się na niego, mając niewielkie pieniądze, lub pracę, której w każdej chwili może nie być. Wtedy też  warto wynajmować.

I na koniec najbardziej oczywisty powód – brak (gotówki) pieniędzy na zakup lub zdolności kredytowej. W takiej sytuacji nie ma alternatyw. Wynajem to jedyna opcja.

Podsumowując, wynajem i zakup wychodzą podobnie finansowo. Po pięciu latach mamy spłaconą część kredytu (niewielką), a dziecko własne mieszkanie. Skoro jest tak pięknie, to dlaczego wielu rodziców wybiera wariant drugi – wynajem? Odpowiedź mieści się w jednym z przywołanych powodów (brak pracy dla absolwentów, stabilności sytuacji rodziców, zdolności kredytowej/gotówki).

 

 

 

Niepapierosowy milioner.

Dzisiaj chcę napisać o pewnym szczególnym sposobie na uzyskanie oszczędności, pozwalających w perspektywie czasu zostać milionerem. Metoda wydaje się banalnie prosta – rzucić palenie i zaoszczędzone środki inwestować.

Inspiracją dla mnie stał się mój zamożny znajomy. W wieku 30 lat postanowił zerwać z nałogiem. Co miesiąc notował znaczne oszczędności. Regularnie też, zamiast je wydawać kupował akcje wybranych spółek GPW.  Osiągał przy tym rozsądną stopę zysku. Obecnie już na emeryturze (wcześniejszej jak to nauczyciel), cieszy się owocami swoich działań – a jest to pakiet akcji o wartości przekraczającej milion złotych. Czy dzisiaj da się powtórzyć jego rezultaty?

Oczywiście. Poniżej przedstawiam stosowne wyliczenie. Paczka papierosów kosztuje ok. 14 zł. Ktoś, kto pali dziennie jedną paczkę wydaje miesięcznie 420 zł (znam też rodzinę, która na papierosy wydawała 2.000 zł miesięcznie, ale i dochody miała nieprzeciętne).  Taką kwotą do odłożenia dysponuje przeciętny już-nie-palacz. Do obliczenia drogi do miliona potrzebne są dwie zmienne – okres oszczędzania i oczekiwana stopa zwrotu.  Założyłem, że osoba inwestująca w akcje, jest w stanie osiągać zyski na poziomie 8% rocznie (średni zysk rynku akcji w długim okresie). Ponieważ posłużyłem się przykładem znajomego, to początek drogi milionera przypadnie na 30 rok życia, a koniec na moment przejścia na emeryturę. Oszczędzanie będzie więc trwało 37 lat.

Czas na wynik. Przez 37 lat, inwestując co miesiąc 420 zł, zarabiający 8% rocznie uzyska dokładnie …. 1.148.495 zł czyli ponad milion złotych wpłacając niespełna 200.000 zł. W dodatku w bonusie dostanie zdrowie.

A co z inflacją? No cóż, zawsze odkładamy aktualną cenę papierosów. A ta rośnie szybciej niż inflacja. Szczerze mówiąc, znacznie szybciej.

 

Jaki procent zarobków można realnie zaoszczędzić?

We wczorajszym poście rozprawiłem się z utopią idei „emerytura w kilka lat” rozumianej jako oszczędzanie 95% własnych dochodów. Teraz czas na rozważania – ile realnie możemy odłożyć.

Jeszcze raz wrócę do punktu wyjścia. Rozmawiajmy o singlu (lub niewielkiej rodzinie) zarabiającym dwie średnie krajowe, oraz dorabiającym jeszcze po 20% pensji. Mamy więc dochody na poziomie ok. 3300 zł na głowę, albo 6600 zł na rodzinę.

Realny poziom wydatków na osobę, poniżej którego nie zejdziemy to 1000 zł (minimum socjalne) i tylko w przypadku, gdy mieszkamy z rodzicami (dokładając się do opłat), w małym wspólnym mieszkaniu, we własnym lokalu/domku. Da się tak żyć trzymając wydatki w ryzach (pytanie czy warto). Mamy więc punkt wyjścia – singiel lub para może oszczędzać na poziomie 70% dochodów.  Dla zarabiających 1500 zł miesięcznie, będzie to nadal niezłe 33%. Jeżeli para będzie miała dziecko, to dochody nie wzrosną, w przeciwieństwie do wydatków, które wyniosą 2.600 zł. Nadal są w stanie odłożyć (zarabiając przeciętnie) ok. 60% dochodów. To bardzo wysoki wynik. Pojawienie się drugiego dziecka, znowu zwiększa minimalne wydatki do 3400 zł, co przy założonych dochodach, pozwala uzyskać współczynnik oszczędności na poziomie 48%. Osobom zarabiającym mało (2 x 1500 zł miesięcznie) nie wystarcza na życie, a cały czas mówimy o minimum socjalnym czyli wydatkach (dla 4-osób):

  • jedzenie 1000 zł (250 zł na osobę),
  • mieszkanie 1000 zł (250 zł na osobę),
  • edukacja, kultura i rekreacja 450 zł (110 zł na osobę),
  • transport 350 zł (90 zł na osobę),
  • ubranie, higiena, zdrowie 430 zł (130 zł na osobę),
  • inne (telefony, kieszonkowe) 160 zł (40 zł na osobę).

Powiem szczerze, wiele osób tak żyje, ale nie jest to droga dla średnio zarabiających.  Każdy czasem potrzebuje odrobiny przyjemności, a ta najczęściej wiąże się z wydatkami (wakacje, hobby, wyjście ze znajomymi). Nawet przy średnich zarobkach, nie warto żyć na poziomie minimum socjalnego – to jest właśnie sknerstwo. Podzielę się osobistym doświadczeniem. Na mojej drodze do miliona zarabiałem raz gorzej, raz lepiej. Nigdy jednak nie odkładałem więcej niż  30-40 % dochodów. I dobrze czytasz, ZANIM zostałem milionerem. Teraz nadal mieszczę się w tym przedziale, chociaż dochody są wyższe niż przeciętna. Krótko mówiąc żyję na poziomie osób zarabiających 30-40% tego co ja.

Jakie są zatem dalsze wnioski?

Realny poziom oszczędności dla rodziny z dziećmi to 1/3 dochodów (2200 zł w przypadku założonych dochodów), single i bezdzietne pary mogą dojść do 50%.  To ciągle kilkadziesiąt procent więcej od nieoszczędzających wcale.

 

 

 

 

Czy da się odkładać 95% zarobków?

Jakiś czas temu jeden z blogerów umieścił wpis o sensacyjnie brzmiącym tytule, obiecującym przejście na emeryturę w ciągu kilku lat. Ponieważ  lubię dowiedzieć się czegoś nowego, zacząłem czytać. Szczerze mówiąc, spodziewałem się raczej historii wspaniałych inwestycji. Jakie było moje zdziwienie, gdy doczytałem, że wystarczą zupełnie zwyczajne stopy zwrotu (rząd kilku procent). Krótko mówiąc, wpis opierał się na jednej radzie – trzeba oszczędzać 95% zarobków. Czy to jest w ogóle wykonalne?

Od razu odpowiadam. W świecie oszczędnego milionera – nie. A dlaczego? Powody są dwa. Droga oszczędnego milionera opiera się o trzy filary:

  • przeciętne zarobki,
  • zakaz sknerstwa,
  • trójkąt zamożności.

Gdyby przyjąć przeciętne zarobki na poziomie proponowanym przeze mnie (średnia krajowa + 20% jako dorobienie), singiel o dochodach w okolicach 3000 zł, musiałby żyć za… 150 zł miesięcznie. DINKS-y za 300 zł na parę. To tak nie działa. Także kolejne filary zostają potrzaskane. Zakaz sknerstwa to m.in. niedopuszczanie myśli o żerowaniu na innych oraz oszczędzaniu na podstawowych potrzebach. Bez tego nie da się żyć za 150 zł/osobę. Samo jedzenie kosztuje więcej, a gdzie koszty dachu nad głową, ubrań itp. ? No właśnie, muszą być pobrane z kieszeni rodziny, współlokatora. Czyli sknerzymy. Także trójkąt zamożności tak nie działa. Jak pamiętacie ma on trzy boki: oszczędzanie, zarabianie, inwestowanie. Powinny być mniej więcej równe. Tymczasem żyłując oszczędności, przestajemy zwracać uwagę na pozostałe elementy.

Jako minimum kosztów życia na osobę przyjmuję tzw. minimum socjalne tj.  1077 zł (dane za grudzień 2015 r.). Jeszcze niżej jest minimum egzystencji (granica biologicznego wyniszczenia)  – 545 zł (dane za 2015 r.). Czyli, gdyby oszczędzać na wszystkim (np. wydatki na jedzenie 200 zł, na mieszkanie ok. 250 zł), aby osiągnąć poziom oszczędności wskazany przez tego blogera, musielibyśmy zarabiać ok. 10.000 zł. Zarabiać 10.000 zł (netto!) i żyć na poziomie minimum egzystencji. Jak mawiała moja babcia, trzeba mieć nie po kolei w domu. Zwróćmy uwagę, że cały czas mówimy o singlu. Rodzina 2+1 żyłaby za 1500 zł zarabiając 30.000 zł netto miesięcznie. Nie znam nikogo takiego i… całe szczęście.

Dlatego odkładanie 95% zarobków,  to rada czysto teoretyczna, dla osób, które zarabiają raczej w okolicach 100.000 zł miesięcznie.

Ja nadal będę koncentrował się na wspieraniu przejścia drogi do miliona przez osoby zarabiające przeciętnie.

 

 

Czy własny warzywnik i sad się opłaca?

Dzisiejszym wpisem powracam do jądra tego bloga – pomysłów na oszczędzanie. Postaram się policzyć koszty prowadzenia małego ogródka. Nie piszę przy tym o zakupie działki, ale raczej o przekształceniu (lub pozostawieniu) już istniejących: przy domu, w rodzinnych ogrodach działkowych, na wsi. Opieram się wyłącznie na własnym doświadczeniu i staram się uczciwie pokazać wszystkie za i przeciw. Temat ogólnie opisałem tutaj:

http://oszczednymilioner.pl/2016/04/27/czy-warto-starac-sie-o-dzialke-w-rodzinnych-ogrodach-dzialkowych/

Najpierw wady:

Uprawa własnego warzywnika i sadu wymaga czasu. Spokojnie można przyjąć normę, którą przeczytałem w przedwojennej jeszcze publikacji – 7 godzin tygodniowo na każde 200 m2.  Jeśli dorzucę do tego 3 godziny, to opanuję również drzewka i krzewy owocowe (cięcie, nawożenie, zbiór, jednorazowe opryski). To np. cała sobota lub po 1 godzinie każdego dnia.  Nie wiem czy dysponujesz wolnym czasem i chcesz go przeznaczyć na pracę w ogrodzie. Niewątpliwie praca nad trawnikiem na takiej powierzchni (wersja „ogród dla leniwych” lub „ogród dla zapracowanych”) zajmie jedynie 10-15 minut tygodniowo.

Poza tym prace ogrodnicze trzeba lubić – kto tego nie doświadczył, ten nie wie. Ja traktuję uprawę warzyw jako hobby i okazję do resetu. Cały tydzień pracuję umysłowo na wysokich obrotach. Na grządkach odpoczywam.

Teraz czas na zalety:

Proste prace fizyczne to okazja do oczyszczenia umysłu. Pozwól swoim myślom bujać w obłokach, snuj plany, lub po prostu nie myśl o niczym.

Przebywanie i ruch na powietrzu ma dodatni wpływ  na nasze zdrowie. Kto ma mało okazji do ćwiczeń, niech uprawia działkę.

I na koniec obliczenia:

W tym roku na nasiona, nawozy i środki ochrony roślin kosztowały mnie około 300 zł. Wystarczą na około 20 drzew, 10 krzewów owocowych (agrest, borówka amerykańska, porzeczki), trochę malin, oraz 200 m2 warzywnika.

Ile uda mi się zebrać? Sam warzywnik to około (ceny na rynku – w nawiasach):

  • 10 kg marchwi – 10 zł,
  • 10 kg pietruszki – 15 zł,
  • 6 pęczków rzodkiewki – 6 zł,
  • 20 główek sałaty – 20 zł,
  • 15 kg bobu – 120 zł,
  •  20 kg fasoli szparagowej – 30 zł,
  • 10 kg ogórków – 20 zł,
  • 20 kg pomidorów – 30 zł,
  • 20 kg papryki – 30 zł,
  • 10 kg cukinii -20 zł
  • 10 kg buraków – 10 zł,
  • 10 kg kapusty – 20 zł,
  • 10 kg brukselki – 30 zł,
  • 30 kg ziemniaków – 30 zł.

Razem: 175 kg i ok. 400 zł.

Dodatkowo sad da mi:

  • 60 kg czereśni – 480 zł,
  • 12 kg borówki amerykańskiej – 240 zł,
  • 90 kg jabłek – 90 zł,
  • 45 kg gruszek  – 60 zł,
  • 6 kg malin – 30 zł,
  • 10 kg agrestu – 20 zł,
  • 10 kg porzeczki – 20 zł,
  • 100 kg orzechów włoskich – 300 zł,
  • 20 kg moreli – 40 zł,
  • 30 kg śliwek – 60 zł.

Razem sad: 380 kg i 1350 zł.

Pamiętać przy tym trzeba, że każde drzewo potrzebuje miejsca. 16 drzew owocowych to conajmniej 1000 m2, dodatkowo 4 orzechy włoskie potrzebują 400 m2, a krzewy owocowe jeszcze 200 m2. Razem z warzywnikiem, aby osiągnąć takie plony trzeba dysponować około 1800 m2 ogrodu.

Łączne plony z sadu i warzywnika wyniosą – ok. 550 kg  o wartości 1750 zł, co po odjęciu kosztów (bez założenia sadu) wyniesie  1550 zł rocznie.

Mały przydomowy sad (kilka drzew i parę krzewów) da nam 60-80 kg owoców o wartości 150-400 zł.

 

Kamper część VII. Podsumowanie.

Czas na podsumowanie. Znajdzie się w nim miejsce na gawędę o kosztach, ale także o wrażeniach z odbytej przeze mnie wycieczki. Tym postem kończę wpis o kamperach.

Roczny koszt utrzymania samochodu kempingowego (przegląd, naprawa, ubezpieczenie, utrata wartości) bez utraconych odsetek, noclegów, paliwa, opłat autostradowych, garażowania itp. to w wersji optymalne ok. 5.000 zł. Jeśli wliczymy koszt garażu (3.000 zł) oraz utracone odsetki  (1.500 zł) to nagle potrzebujemy prawie 10.000 zł rocznie.  Własny garaż pozwala zaoszczędzić sporo, ale nadal nie będzie tanio 6.500 zł rocznie.

Decyzja o zakupie nowego auta przeniesie nas w inne rejestry.  Utrata wartości to przynajmniej 8.000 zł (a może być i 15.000 zł), dalej przeglądy, naprawy i ubezpieczenie – kolejne 5-6.000 zł, utracone odsetki (8.000 zł), garaż (3.000 zł) i nagle pojawia się suma 24.000 zł rocznie, a nawet 32.000 zł rocznie.  To faktycznie rozrywka dla bogatych.

Patrząc na te wyliczenia (w których nie ma kosztu noclegu, paliwa, opłat autostradowych), uświadamiamy sobie, że kamperowanie nie jest dla każdego. Dwutygodniowa wycieczka po Europie dla 5 – osobowej rodziny zaczyna kosztować (o ile korzystamy z kempingów) 8.500 zł + koszt utrzymania kampera, czyli minimum 15.000 zł. Za taką kasę możemy pojechać do niezłego hotelu.

Dlaczego zatem liczba kamperów w Polsce tak dynamicznie rośnie? Ponieważ  często w ogóle nie chodzi o pieniądze. Właściciele tych pojazdów rozumują tak: gdybyśmy wszystko przeliczali na gotówkę, to ile kosztuje własnoręcznie złowiona ryba? Ile kosztuje wykonane przeze mnie zdjęcie? Ile potrawa w restauracji? Przecież to wszystko da się zrobić taniej. Rybę kupić w sklepie, zdjęcia (lepsze!) zamówić u fotografa, a ugotować obiad w domu.  Czy taki sposób myślenia Ci odpowiada?

Druga grupa zwolenników kamperowania twierdzi – kamper to moja wolność. Chcę się zatrzymać, to staję. Codziennie jestem gdzie indziej. Co roku odwiedzam nowe miejsce. Nie chcę hotelu, tam nie ma mojego kubka z kawą, zachodów słońca i moich przyjaciół.  Kamper pozwala mieć to wszystko na wyciągnięcie ręki. Zgadzasz się?

I wreszcie trzecia kategoria argumentów „za”. Nie jeżdżę raz w roku na dwa tygodnie. Podróżuję 2-3 razy w miesiącu (choćby na weekend). Na wakacje wyjeżdżam na miesiąc. W ciągu roku zbierze się wiele, wiele dni  w kamperze. Zatrzymuję się na łonie natury, sporadycznie płacę za kempingi, jedzenie zabieram z domu.  Podejmuję decyzję i za pół godziny jestem w drodze. W ten sposób amortyzuję kampera znacznie szybciej. Popatrz tylko. Weekendowy wyjazd to koszt 200 zł na paliwo. Cały miesiąc (np. rajd wybrzeżem Bałtyku) z dojazdem z Warszawy to 800 zł na paliwo. Razem za 60 nocy w kamperze płacę tyle co za paliwo – 3800 zł i koszt kampera 6500 zł (10.300 zł). Gdybym chciał wynająć kwaterę to za sam nocleg zapłacę 12.000 zł, za paliwo jeszcze 2000 zł, dodatkowo nie mogę gotować i obcować z przyrodą.  Masz tyle czasu?

Gdybym miał wybrać swoją odpowiedź, po krótkiej kamperowej przygodzie zapisuję się do grupy drugiej. Przez wiele lat wynajmowałem kwatery wakacyjne. Raz było super (i często tam wracam) w innych przypadkach tragicznie. Jeden z właścicieli pensjonatu prowadził zakład kamieniarski, a więc w gratisie był widok na… gotowe nagrobki. Drugi „zapomniał” o rezerwacji i zaplanował remont. Trzeci oferował dla 4-osobowej rodziny pokój o powierzchni 10m2 ze skosami (oczywiście zdjęcia obiektywem szerokokątnym). Czwarty, miał rottweilera straszącego dzieci. Piąty, celowo zaplanował małą kuchenkę, wspólną na 10 pokoi. O tych wszystkich „atrakcjach” dowiadywałem się na miejscu, często już po opłaceniu pobytu.   W kamperze takie niespodzianki mnie nie spotkają. Coś nie pasuje, jadę dalej. Zaczyna padać, jadę dalej. Dzieci polubiły kampera. Można w nim oglądać telewizję, budować z klocków, rysować. Jest więcej miejsca niż w osobówce. Mama zrobi kanapki. Wszyscy (poza kierowcą) w czasie jazdy korzystają z toalety (nie ma problemu na autostradzie lub ekspresówce). Nie marnujemy urlopu na wypożyczenie i zwrot (dodatkowe 2 dni).

Także koszty nie wypadają na minus. Mam sporą rodzinę (według dzisiejszych standardów wielodzietną). Tydzień w 3-gwiazdkowym hotelu w Bułgarii kosztowałby nas (sprawdzałem) około 10 tys. zł (ze względu na szkołę, okres pozawakacyjny odpada). Tygodniowa wyprawa kamperem w takie samo miejsce 4.000 zł. Weekend w Krakowie z noclegiem w dwugwiazdkowym hotelu to koszt 2500 zł. Jeśli pojedziemy kamperem i wybierzemy noclegi w MOP-ie lub innym monitorowanym miejscu wydamy tylko 1.000 zł.  A na koniec coś naprawdę ekstremalnego. Ile kosztowała roczna podróż 2 osób po Europie (noclegi bezpłatne, ale jedzenie, paliwo na 20.000 km, opłaty autostradowe, trochę zwiedzania)? Około 43.000 zł. Miesięcznie wychodzi (po odjęciu kosztów paliwa) – ok. 3000 zł. Spróbuję przeliczyć to na naszą rodzinę. Zakładam koszt  jedzenia i atrakcji 2 razy większy (6000 zł), ale paliwo będzie tańsze (tylko 7000 km i 4000 zł), dodam też noclegi (6000 zł) – czyli wydamy na miesiąc w podróży 16.000 zł, do tego 3-4 weekendy po 1.000 zł oraz 6.500 kosztów stałych. Razem musimy przygotować 22.500 zł. A to 42 dni w podróży. Gdybyśmy zapragnęli 4 weekendów w Polsce, potrzebujemy 10.000 zł, do tego miesiąc np. w Chorwacji to 19.000 zł (10.000 zł nocleg, 8000 zł jedzenie i atrakcje, 1000 paliwo i dojazd), czyli wydajemy 29.000 zł. Oczywiście siedzimy na plaży i niewiele widzimy (Chorwacja) zamiast zwiedzać i podróżować (minimum to Dolina Loary, Bawaria,  tydzień w Hszpanii i powrót przez północne Włochy). W takim przypadku – kamper ma sens – także ekonomiczny.

 

Kamper część IV. Naprawy.

Oczywistym jest, że w pewnym wieku i po określonym przebiegu samochody zaczynają się psuć. Dlatego tylko zakup nowego kampera zwolni nas od kosztów napraw.

Jeśli zdecydujemy się na auto używane,  a często kilkunastoletnie, musimy uwzględniać konieczność ponoszenia stale pewnym nakładów na utrzymanie go w pełnej sprawności. Awarie w drodze, kilka tysięcy kilometrów od domu, nie wchodzą w grę. Najważniejszą kwestią jest gruntowny przegląd przedzakupowy wykonany przez profesjonalistę.  Generalny remont w starym pojeździe nie ma szans zwrócić się przy odsprzedaży.  Jeden z forumowiczów camperteam.pl przedstawił szczegółowe wyliczenia: ponad 20 tys. zł plus kilkaset godzin własnej robocizny (czyli w praktyce blisko 50 tys. zł nakładu na auto warte może 25-30 tys. zł.)

Na jakie kwoty trzeba się przygotować, gdy wybierzemy dobrze?

Naprawy części, nazwijmy ją umownie, jezdnej, nie odbiegają od przeciętnych kosztów użytkowania auta dostawczego, czyli będą  ograniczać się do: silnika, wtrysków, sprzęgła, turbiny, wydechu, zawieszenia itp. Jeśli trafimy na słaby egzemplarz zaboli nas także koszt robocizny blacharskiej.

Czym innym będą wydatki na część mieszkalną. Tutaj będzie naprawdę drogo. Przykłady? Proszę bardzo:

– lodówka 85 l z zamrażalnikiem 8 l – ponad 4.000 zł (czyli 8 razy tyle co domowa),

– klimatyzator dachowy – 10.000 zł,

-kratka wentylacyjna plastikowa – 150 zł (10 razy tyle co w markecie budowlanym),

– mikrofalówka – 1.300 zł,

– markiza z namiotem – 15.000 zł,

– Drzwi wejściowe – 4.000 zł,

– okno dachowe – 4.000 zł,

– boiler do wody 3.500 zł.

Rynek części używanych jest śladowy. Nawet drobna z pozoru awaria (porwana moskitiera) odchudzi portfel o 800-900 zł czyli pozbawi możliwości zatankowania 200 l paliwa.

Dlatego dokonując zakupu, nie można dać się zwodzić stwierdzeniem o taniej naprawie. Będzie albo drogo, albo bardzo drogo. Nawet, jeśli nic poważnego nie popsujemy, i tak trzeba się liczyć z wydatkiem minimum 1000 zł rocznie.

Po jakim czasie zostaniesz oszczędnym milionerem?

Dzisiaj spróbuję pokazać po jakim czasie zostaniesz oszczędnym milionerem. Przyjąłem następujące warianty:

  • zarobki rodziny na poziomie 2 średnich krajowych,
  • oszczędności na poziomie 10% dochodów/20% dochodów,
  • stopa zwrotu na poziomie 5%/8%.

Zatem do dzieła. Dwie średnie krajowe to ok. 5.500 zł. 10 % z tej sumy to 550 zł, a 20% już 1.100 zł. Tyle odkładamy miesięcznie. Zakładam, że pieniądze zostaną złożone na rachunku, na którym brak podatku Belki (np. IKE).

Obliczenia przedstawia tabela:

Oszczędności 10% (550 zł)Oszczędności 20% (1100 zł)
Zysk 5% rocznie43 lata32 lata
Zysk 8 % rocznie
33 lata25 lat

Trochę to potrwa, prawda? Ale przecież nigdy nie obiecywałem, że uda się to osiągnąć przez 2 lata. Z drugiej strony popatrz, przycinając wydatki przeciętny Polak po studiach ma szansę zostać milionerem przed pięćdziesiątką. Jeżeli zacznie pracę po maturze, może osiągnąć pierwszy milion w okolicach czterdziestki.  Warto spróbować.