3 legalne sposoby zaoszczędzenia na podatkach dla dobrze zarabiających. Ile zyskam w rocznym rozliczeniu za 2025 r.?

Zbliża się koniec roku. Dla wielu moment, gdy z przerażeniem dowiadują się, ile w rzeczywistości zapłacą podatków. I zaczyna się panika. Inni z kolei (jak ja), chcą z tych poświęconych sum sporo odzyskać. Skutek identyczny.

Ponieważ od lat staram się unikać zbędnych wydatków (przewalania kasy na 32% obciążenia PIT-em), opracowałem system, gwarantujący przynajmniej częściowe ulgi. Trzy wiodą prym.

  1. IKZE. Tegoroczny limit 10 407,60 zł, a dla prowadzących JDG limit wynosi 15 611,40 . W przypadku małżeństwa (etat+firma) = 26.019 zł. Odzyskamy w 2-gim progu – 8326,08 zł. Kupa forsy – 1,5 miesięczną pensję mojej żony. Co zrobić? Znaleźć instytucję, założyć konto, przelać kasę. Koniec. Mnie zajęło to 1,5 godziny, a w każdym kolejnym roku 5 minut.
  2. Ulga na dzieci. W tym punkcie, pomyśleć trzeba było wcześniej. Pomimo najszczerszych chęci nie dorobimy nawet jednego, myśląc o tym 20 grudnia. Natomiast już posiadając, wystarczy po prostu odliczyć. Oto wyniki:

a) jedno dziecko – 1112,04 zł/rok,

b) dwoje dzieci – 2224,08 zł/rok,

c) troje dzieci – 4224,12 zł/rok.

Inaczej niż w 800+, „dziecko” oznacza także studenta/ucznia do 25 r.ż.

Żeby jednak nie było tak pięknie – przy pierwszym dziecku obowiązuje limit dochodu (112 tys. zł), więc nie ma opcji, żeby równocześnie wejść w drugi próg i odliczyć. Przy dwójce już nie, stąd ja dysponując na stanie 24-letnim studentem i nastolatkiem odliczam 2224,08 zł.

3. Wspólne rozliczenie się z małżonkiem. W tym celu posiadamy żonę/męża niepracującego lub zarabiającego poniżej 2-go progu podatkowego. Wtedy sumujemy dochody i nagle okazuje się, że pod ten próg zeszliśmy. Doskonała metoda, bo nie trzeba (jak w przypadku IKZE i dzieci) nic wydawać. Wystarczy trwać w małżeństwie (bez rozdzielności majątkowej). To taki ukłon w stronę konserwatystów. A potencjalne zyski? Kupa kasy. Wyobraźmy sobie tradycyjną rodzinę – żona w domu, mąż gania do roboty (chociaż może być też jak u Kiepskich – żona pielęgniarka, a mąż nierób). Pracujące przynosi 300k/rok. Odejmujemy składki społeczne i zostaje ok. 264k podstawy. Singiel zapłaciłby gigantyczny podatek (10.800 zł + 32% od 144k) ca. 57k. A małżonkowie? Sporo mniej. Nieco ponad 29k (2 x 10.800 +32%od 24k). W kieszeni zostaje prawie 50%, a liczbowo ok. 28k.

Niestety ten model nie wygląda tak różowo, gdy oboje małżonkowie pracują. Gdy żona zarabia 80k, oszczędność wynosi „tylko” 8 k, bo (32% -12%) x (120k-80k) = 20% x 40k. I tak przedstawia się to w mojej rodzinie.

Istnieje jeszcze jedna opcja – rozliczenie się z dzieckiem. Mogą tego jednak dokonać wyłącznie samotni rodzice (czyli odpada wtedy małżeństwo), a w przypadku rozwodników, opieka naprzemienna wyłącza taką optymalizację. No i rozliczyć możemy się z jednym dzieckiem (czyli wdowiec z trójką dzieci nadal odliczy prawie 28k, o ile zarabia pow. 240 tys. zł + składki społeczne.

Moje oszczędności. Dość proste wyliczenie, wystarczy podsumować:

  • IKZE -ok. 8300 zł (z żoną),
  • Ulga na dzieci – ok.2200 zł (bo mam dwójkę),
  • Wspólne rozliczenie – 8000 zł.

Razem oszczędności podatkowe: 18.500 zł. Można je dalej odkładać. Liczbę tę dedykuję wszystkim, którzy opowiadają, że w klasie średniej nie da się oszczędzać.

Jeszcze jedna polemika, ze zwolennikami „pewnej państwowej emerytury”.

Zaklinacze rzeczywistości spod znaku wiary w państwo, w tym urzędowi optymiści (np. osoby związane karierą z ZUS-em), forsują dwie tezy o ZUS-owskiej emeryturze. Ma być pewna i realnie rosnąca przez waloryzację.

Koronny argument – nawet w czasie II WŚ, Niemcy wypłacali przedwojenne emerytury. No cóż, chcecie o Niemcach, proszę bardzo.

Twórcą systemu emerytalnego opartego na przymusie był Prusak – Bismarck. Na początku wszystko układało się świetnie, co pozwoliło finansować (wraz z reparacjami z Francji) rozwój gospodarczy oraz zbrojenia. Ze świetnym skutkiem, bo najpierw wpłacało wielu, ale albo nie dożywali emerytur, albo byli wystarczająco młodzi, aby jeszcze ich nie pobierać.

No i nadszedł rok 1919. Niemcy skrwawione w I WŚ, upokorzone w Wersalu, dobite rewolucją, odcięte od rynków zbytu i płacące dla odmiany Francuzom, cierpiały z powodu inflacji. Ta osiągnęła gigantyczne rozmiary (10-krotny spadek wartości pieniądza w ciągu 2-3 dni). W apogeum tego dramatu przebywał we Frankfurcie i Berlinie, węgierski student Sándor Grossschmid, znany później pisarz – Sándor Márai. Inflacyjną rzeczywistość opisał w „Wyznaniach patrycjusza”. W skrócie (chociaż książkę polecam) – miesięczna emerytura wysokiego urzędnika wystarczała na 2 kg mąki. To by było na tyle o „pewnym niemieckim systemie”, „pewnej emeryturze zależnej od składek” i „doskonałej waloryzacji”. Nikt nikomu nie zabroni wierzyć w bajki (co nawet bywa przyjemne), ale opierać na nich przyszłości – nie polecam. Z drugiej strony, skoro najgorzej radzili sobie emeryci i rentierzy, kto zyskiwał? Sándor Márai wskazuje – wszyscy grający na giełdzie. Dlatego na inwestycjach, a nie ZUS-ie, oprzeć swoją starość.

Dom na wsi w grudniu. Plan i realizacja.

Pomimo iż w tym sezonie nie udało mi się wykonać większości zaplanowanych prac remontowych, postanowiłem znacznie wydłużyć sezon, spędzając tam czas również w zimie. Wiązało się to z nocowaniem na wsi przynajmniej raz w tygodniu oraz szeregiem niedogodności.

Dojazd. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził – tak chciałoby się powiedzieć. Listopad, grudzień stanowią najgorsze miesiące, jeśli bierzemy pod uwagę: błoto, krótki dzień, a zatem i czas dojazdu. Niby różnica jest niewielka (5 minut, bo trzeba zwalniać na mokrych liściach i z powodu gorszej widoczności), ale komfort dojazdu spada. Koszt dojazdu wyglądał obiecująco – elektryczny Hyundai Kona, ładowany z gniazdka w garażu kosztował mnie…. 0 zł (na paliwo).

Temperatura. Zarówno w domu, jak i na zewnątrz. Żeby utrzymać te 18-20 st. C w najważniejszych pomieszczeniach (salon, sypialnia, łazienka) mam generalnie trzy wyjścia:

  • zostawić włączone na stałe ogrzewanie elektryczne (piec z wkładką, grzejnik nadmuchowy, klimatyzator rewersyjny) na poziomie 16-17 st. C, a łazienkę dogrzewać doraźnie,
  • starać się nie dopuszczać do spadków temperatury poniżej 10-12 st. C, a po przyjeździe włączać wszystko na full i nagrzewać jak najszybciej,
  • dojeżdżać popołudniami i grzać/przepalać w tygodniu,
  • przestroić całe ogrzewanie na zdalnie sterowane.

Wybrałem drugą opcję. Pierwsza kosztowałaby zbyt wiele (300-500 KWh na tydzień), trzecia oznaczałaby ogromną stratę czasu (przyjechanie o 16.10, grzanie 4-5 godzin i powrót), wyłączała mnie z życia zawodowego i rodzinnego. Czwarta wymagałaby inwestycji – w zdalnie sterowane urządzenia (ew. gniazdka z programatorem).

Gdybym jednak zdecydował się na stałe zamieszkanie, musiałbym jakoś rozwiązać problem – wyważając pomiędzy kosztami i czasem. Niewątpliwie bez ocieplenia, mieszkanie tam, połączone z wyjazdem na 8-10 godzin, pozbawione jest sensu. O ile jeszcze w październiku/listopadzie udawało się utrzymywać  20 stopni C w salonie (a 23 stopnie C w położonej nad nim sypialni), o tyle przy stałej temperaturze 0-5 st.C na zewnątrz, szans nie było. Główny powód? Wyjazdy i sen. Pracując, grzałem (w tym zbyt małym kominkiem) od 16.10 do 22.00, oraz od 5.00 do 6.30 czyli niecałe 8 godzin z 22. Gdybym siedział na miejscu, proporcje uległyby zmianie (16 godzin grzania, 8 godzin wygaszonego paleniska). Spaliłbym tylko całe drewno.

Depresyjność. Osobiście nie uzależniam samopoczucia od pory roku i długości dnia. Nie miałem nigdy tak, że jak miłość to na wiosnę, a w listopadzie – siądź i płacz. Niektórzy jednak odbierają zmiany pór roku.

Plan. Mając te wszystkie okoliczności, zaplanowałem nocleg na miejscu raz w tygodniu – od czwartku po południu, do piątku wieczorem.

Realizacja. W praktyce wyszło nieco inaczej. Nie dałem rady ignorować dłużej mojej astmy. Starałem się rzetelnie brać leki, ale wspomóc je metodami naturalnymi czyli wizytą w uzdrowisku, piciem wody leczniczej (teraz Nałęczów kojarzy się wyłącznie z sercem, ale kiedyś leczono tam także astmę – służyło temu źródło Celińskiego), ćwiczeniami oddechowymi, roślinami (bluszczyk kurdybanek, napar z sosny), spalaniem gałęzi świerka, inhalacjami z soli jodowo-bramkowej (rozszerza oskrzela).

W ciągu tych pojedynczych dni ograniczyłem powierzchnię grzaną do 2 pokoi i łazienki. Sypialnię da się dogrzać z 10 st. C do 20 st. C w 2-3 godziny, czyli w sam raz przed snem. Łazienka potrzebuje 20 minut (2 KWh na 7m2), a największy problem miałem z salonem. Dlaczego? Otóż, to wielkie pomieszczenie (prawie 40 m2 i 3,5 m wysokości), ma 2 ściany zewnętrzne i pozostałe dwie graniczące z pomieszczeniami nieogrzewanymi (korytarz, dolna sypialnia plus część domu należąca do moich kuzynek) – straty ciepła ogromne. Do tego kamienna podłoga. W czasie, gdy ściany schłodziły się do 10 st. C, a na zewnątrz panują +2 st. C, do szybkiego podnoszenia temperatury służył piec podgrzewany elektrycznie (3 KWh, ale tylna ściana była w sypialni), nadmuchowa farelka (2 kWh) i ten mały kominek (4 KWh – z rurą doprowadzającą ciepłe powietrze do sypialni na piętrze) – w sumie efektywne 7 KWh. Z 10 st. C do 20 St. C w 6-7 godzin. Krótko mówiąc, przyjeżdżając o 16.10 miałbym zimno przez całe popołudnie. Pozostało mi jedno – wyjeżdżając – zostawiać 1 KWh włączone w piecu, co dawało efekt podtrzymania temperatury. Dzięki temu zamiast 10 st. C przy powrocie, miałem 15-16 st. C. i wtedy te 2-3 stopnie podbijałem w godzinę (piec nie rozgrzewał się od 0, a farelka robiła swoje).

Dojazdy, pomimo deszczy, skutkowały tylko brudnym samochodem. Opady śniegu, które pojawiły się jednego dnia (20 listopada od rana), szczęśliwie rozjechał i ubił mój sąsiad (ja pojawiłem się po południu, on wyjeżdżał w ciągu dnia). Potem uruchomiłem glebogryzarkę z pługiem i dojechałem do domu.

Czy rzeczywiście mieszkanie z rynku wtórnego jest takie złe? Siania propagandy i głupoty ciąg dalszy.

Na portalu Onet.pl ukazał się kolejny z długiej na kilkanaście lat serii „używane złe” https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/kupili-mieszkanie-z-rynku-wtornego-teraz-zaluja-skarbonka-bez-dna/g7z49jc,2b83378a .

Nazywam go propagandą, ponieważ propaguje półprawdziwe i szkodliwe treści. Nie byłbym sobą, gdybym nie wskazał komu to służy, lub jak pisał Tuwim w wierszu „Do prostego człowieka”, komu „w bankach nie sztymuje”. Otóż deweloperom. Interes siadł, koszty rosną, a ludzie nie kupują niefunkcjonalnej kupki betonu w cenie 20 tys. za m2. I problem. Wtedy wysyła się dziennikarzy (słynny Marek Wielgo w 2008 r.). I teraz pałeczkę przejęła absolwentka filologii polskiej, która w notatce na portalu określona została tak „…od 2014 r., od tego czasu pisze o tematyce kobiecej”, więc na mieszkalnictwie też się zna.

Czas na tezy:

  • mieszkania z rynku wtórnego kryją niebezpieczne niespodzianki,
  • nawet zrobione na gotowo bloki z 2006 r. potrafią być skarbonką bez dna,
  • czynsz w ciągu kilku lat wzrósł z 400 zł do 1200 zł, a wkrótce będzie wyższy bo planowany jest remont dachu,
  • mieszkanie narożne na 3 piętrze i pojawiła się pleśń, zapychały się rury, bo instalacja jest błędnie rozłożona,
  • problemem jest nawet wymiana armatury,
  • zdecydowanie łatwiej jest wyszykować mieszkanie niż poprawiać po kimś,
  • lokatorzy mają problemy z parkowaniem,
  • w bloku mieszkają starsi ludzie, dziecko nie ma towarzystwa,
  • lokal nowy jest „tańszy w dłuższej perspektywie”.

Oczywiście wszystko, po to żeby udowodnić tezę „pędźcie do dewelopera”.

Przyznam szczerze, w zalewie medialnej głupoty ten artykuł wart jest wyróżnienia. Przecierałem oczy ze zdziwienia, tak, nie chodzi o 50-letni blok, który miał się zawalić już 20 lat temu, a złośliwie nadal stoi (i postoi drugie tyle, co widać na Ukrainie) lecz o 20-letni apartamentowiec. Bez żartów. Skomentujmy po kolei.

Mieszkania z rynku wtórnego kryją niebezpieczne niespodzianki.

Podobnie jak nowe, tylko w nowych trudniej je zauważyć, albo jest to wręcz niemożliwe. Natomiast, polonista nie ma pojęcia o fizyce, takiej jak np. fakt, że ocieplony styropianem dom, wybudowany z cegły (w 2006 r. to jeszcze możliwe) działa jak nieprzepuszczający pary termos. Skrapla się ona na ostatniej kondygnacji. Proste. Wystarczy kupić suszarkę do prania, wietrzyć, w ostateczności sprawić sobie osuszacz i problem zniknie. Ewentualnie grzać powyżej 17 st. C w domu.

A nowe? No cóż. Pękające ściany, zalewane garaże itp. – wyjdzie dopiero po 2-3 latach. Jeśli deweloper uczciwy – poprawi. Jeśli nie – czeka nas wieloletni proces. Gdy budowała tzw. spółka celowa, nawet on nic nie da.

Nawet zrobione na gotowo bloki potrafią być skarbonką bez dna.

Wymieniono szereg usterek. W tym właśnie pleśń i naprawę dachu. Serio? W bloku z 2006 r.? Bez żartów. Większość pokryć dachowych miała wtedy 10-15 letnią gwarancję. A mówimy o pokryciach, a nie konstrukcji. Krótko mówiąc, wystarczy uszczelnić, pomalować, ew. rozłożyć warstwę nowej papy. Koszt 80 tys. zł przy bloku o powierzchni mieszkań ok. 1000 m2 (tyle to kosztuje w mojej kamienicy). Ile to jest? 560 zł na mieszkanie o pow. 70m2, raz na 10-20 lat. Miesięcznie 2 zł na lokal. Znacznie mniej niż w nowym bloku, gdy osiądzie grunt i popękają ściany.

Potem dochodzi zapychanie rur wewnątrz (podobno źle położone). Ile znacie takich przypadków? W nowym tak samo może się zdarzyć. Opowieść o „skarbonce bez dna” mocno przesadzone. Zresztą dzisiaj nowy blok, za 20 lat będzie miał… 20 lat.

Mój dom skończył właśnie 66 rok życia (jest więc emerytem) i przez 12 lat (poza początkowym ociepleniem) wydałem na remonty (nie liczę ulepszeń, albo zmiany tego co niemodne) 25 tys. zł. A nie wszedłem „na gotowo”. Policzmy: 25.000 zł/144 miesiące = 173 zł. 173 zł/100 m2 =1,73 PLN/m²/m-c. To ma być skarbonka bez dna?

W 100-letniej kamienicy przez 25 lat wymieniliśmy:

  • ocieplenie,
  • odwodnienie piwnic,
  • pokrycie ścian klatki,
  • dach.

Nawet tam – wyszło wg dzisiejszych stawek ok. 0,5 mln zł. 500000 zł/300 miesięcy= 1666 zł/m-c. 1666 zł/m-c/1000 m2 = 1,63 zł/m2. Znowu – wystarczyłyby 2 zł funduszu remontowego.

Czynsz w ciągu kilku lat wzrósł z 400 zł do 1200 zł, a wkrótce będzie wyższy bo planowany jest remont dachu.

O ile wzrośnie po remoncie – już napisałem (pewnie nic – bo po to właśnie jest fundusz remontowy). Powiem tak – 1,5 – 2 zł/m2 wystarcza w odnowionej kamienicy, bo co poza tym dachem może się popsuć po 20 latach?

Wróćmy jednak do czynszu. 1200 zł przy 3-osobach na nieco ponad 70 m2 (podano w artykule) nie wygląda szokująco. Ponieważ to co nazwano „czynszem” w rzeczywistości jest całością opłat za lokal, które wspólnota tylko rozdziela. I wystąpi również w nowym apartamentowcu. Proszę bardzo:

  • śmieci – 120 zł (o ile to nie Warszawa),
  • woda (wg zużycia) – ale przy 3 osobach pewnie ok. 300 zł (z podgrzaniem),
  • centralne ogrzewanie – znowu sporo zależy, ale pewnie ok. 500 zł wg dzisiejszych stawek.

Na żadną z dwóch pozycji (poza ogrzewaniem) budynek, nie ma wielkiego wpływu. Opłaty za zarząd, fundusz remontowy 280 zł czyli 4 zł/m2. Porównajcie z samym deweloperem, który za pomocą spółki wyciąga za zarządzanie (bez remontów) 3 zł/m2.

Jedynie ogrzewanie w nowym bloku może być trochę tańsze, albo i nie (ostatnie piętro, narożne mieszkanie), jeżeli dokonano fuszerki. Gaz kosztuje, a większość bloków dzisiaj ma indywidualne piece gazowe lub c.o. miejskie (drogie jak sam diabeł). Stąd bez pokazania, ile realnie kosztuje tzw. mieszkanie bezczynszowe (a obstawiam, że kupione od dewelopera minimum ok. 1000 zł/3-os.) trudno wysuwać wnioski.

Trzeba też policzyć różnicę. 200 zł x 12 miesięcy = 2400 zł/rok. Jeśli, co wynika z artykułu, różnica w cenie używane/deweloperskie wyniosła 20% (z wykończeniem 30%) mamy podstawę do wyliczenia. Przy tej powierzchni, dzisiaj, mówimy o kwocie 350.000 zł. 2400/350000=0,7%. Wkładając 350k w obligacje uzyskamy 4,5% netto, czyli prawie 5 razy więcej.

Pani polonistka zapomniała, jak w ciągu 6 lat wyglądała inflacja (ok. 50%). Jak podrożały nośniki energii i ogrzewanie (100%). W takiej sytuacji, te 400 zł za 70 m2, przed pandemią, wydaje się wręcz nierealne, chyba że nikt nie grzał, albo mieszkanie stało puste.

Mieszkanie narożne na 3 piętrze i pojawiła się pleśń, zapychał się rury, bo instalacja jest błędnie rozłożona,

Pojawia się pytanie: Czy każde mieszkanie jest narożne na ostatnim piętrze? Czy w każdym pojawia się pleśń? Dwa razy – nie. Redaktor od tematów kobiecych, z wyjątku zrobiła regułę i próbuje nagonić klientów deweloperom. Dodatkowo, rozwiązanie każdego z tych problemów jest możliwe w niewielkich kosztach. O pleśni już pisałem (grzać, wietrzyć, kupić suszarkę bębnową),

Kwestia instalacji kanalizacyjnej – problem do zgłoszenia administracji, albo rękojmi do sprzedającego.

Armatura sprzed 20 lat jest trudna w wymianie, bo trzeba dobrać identyczny kran, a takich już nie produkują .

Argument z czapy albo ja jestem wariatem. Naprawdę zwracacie uwagę, żeby każdy kran w całym domu pochodził z tej samej serii? Nie mówię o wizualnym podobieństwie, ale identyczności. Gdy jeden się popsuje, wymieniacie wszystkie? Ja nie.

Po prostu dobieram sobie coś podobnego i tyle. Zresztą wróćmy do wyliczeń. Za 350 tys. zł oszczędności możemy szarpnąć się na 4 nowe baterie z wymianą. Jak szaleć, to szaleć.

Zdecydowanie łatwiej jest wyszykować mieszkanie niż poprawiać po kimś.

Kolejna półprawda. Bo w zasadzie łatwiej. Ale za 350k zapłaty i 2500 zł różnicy w racie chyba można się pomęczyć.

Poza tym, kupując gotowe mamy tylko poprawki na głowie, a nie wszystko do wykonania od zera. Tu leży różnica. Remont łazienki będzie kosztował 30k i potrwa 2 tygodnie (bo trzeba poprawić te rury i baterie). Całkowite wykończenie i wyposażenie to: drzwi, parapety, podłogi, ściany (gładź + malowanie), łazienka, kuchnia, meble. 3 ekipy i pół roku wyjęte z życiorysu. Użeranie się z budowlańcami. Wolałbym poprawić łazienkę.

Problemy z parkowaniem.

Chodzi o to, że pani nie wykupiła garażu i nie ma gdzie stanąć. A deweloper rozdaje parkingi za darmo? Też trzeba zapłacić – nawet 100k. W porównaniach trzeba być uczciwym. Kto zaoszczędzi na starcie, robi kółko i dwa razy.

W bloku mieszkają starsi ludzie, dziecko nie ma towarzystwa.

A w apartamentowcu kupują sami 35-latkowie z dzieckiem? Nie? Pani polonistka nie wie, że dzisiaj, w zależności od lokalizacji 50-80% mieszkań kupowanych jest na wynajem. Wprowadzą się do nich studenci i co tydzień urządzą imprezę. Albo (jeśli w centrum) 90% mieszkań pójdzie na wynajem krótkoterminowy. W takiej sytuacji pójście na sąsiedni plac zabaw okazuje się najprostszym rozwiązaniem.

Lokal nowy jest „tańszy w dłuższej perspektywie”.

Tą „bzdurą roku” pani redaktor próbuje zamknąć temat. Bez żadnych wyliczeń, oczywiście. No to pokażmy.

Albo porównujemy stare mieszkanie blisko centrum z nowym na obrzeżach, co warunkach Wrocławia – oznacza dopłacenie 20% (czyli jest zbliżone do danych z artykułu). Uzyskujemy wtedy dwa nieporównywalne dobra. Mieszkanie blisko udogodnień (i ze starymi sąsiadami), za 13 k/m2 albo nowe za 17k tylko kilka kilometrów dalej, w błocie, z 15-minutową wyprawą na przystanek tramwajowy (lub 6 minut na autobus, który jedzie godzinę). Przy opisywanych powierzchniach i wykończeniu – faktycznie 350k (lub więcej) różnicy. Dojazd w takich warunkach wydaje się nieporównywalnym kłopotem z różnymi elementami armatury.

Gdybyśmy jednak chcieli być uczciwi i wybrali podobne lokalizacje mamy:

  • używane, zrobione 13k,
  • nowe (z kosztami wykończenia) 22k.

I nie jest to różnica „30% drożej” tylko 69% drożej. A w liczbach bezwzględnych – 648 tys. zł drożej za nowe. Ponieważ w artykule wspomniano o racie – dostajemy za nowe krany 4500 zł/m-c do zapłaty więcej albo – tę samą ratę, ale płaconą kilkanaście lat dłużej. Dramat. I tu jest faktyczna cena. W dodatku, pomimo podobnej powierzchni, stare mieszkanie okaże się bardziej funkcjonalne (bo wtedy jeszcze nie panował PUM), nikt nie każe nam zapłacić za powierzchnię pod ścianami (klasyka), ani nie wymyśli salonu w kształcie trapezu (by maksymalnie wykorzystać powierzchnię działki).

I idąc w kierunku tych 4500 zł popatrzmy, teraz nie boli nas nawet 200 zł więcej czynszu (ba i 1200 zł warto zapłacić).

Podsumowanie.

Naganianie na ekskluzywne, prestiżowe apartamenty, (bo tyle może napisać specjalistka od spraw kobiecych) wbrew pozorom czyni więcej szkody niż pożytku „dobrodziejom deweloperom”.

Znaczna większość, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, jednak idzie do doradcy, liczy, sprawdza. Zwłaszcza Ci, którzy mogą sobie pozwolić na lokal za ponad 1,5 mln (a tyle kosztuje 72m2 w nowym budownictwie we Wrocławiu z wykończeniem). Ludzie posiadający dzieci, patrzą czy w pobliżu jest szkoła, jak blisko. Czy sąsiadem będzie najemca (zmieni się co parę lat), czy właściciel. Wiedzą, że trudno porównywać okolice Placu Powstańców Śląskich z Leśnicą.

Część jednak da się omamić. Widziałem ich wczoraj. Wracałem akurat od klienta zza Poznania. Warszawę przejeżdżałem ok 19.30. 3 strumienie aut na południowej obwodnicy (S2), gigantyczny korek na S8 (słyszałem w Radiu Kierowców). Strach pomyśleć, co działo się na Alei Wilanowskiej, czyli tam, gdzie dziesiątki tysięcy stoją, klnąc swoje prestiżowe apartamenty za miliony monet. Tymczasem ktoś inny z bloku na postponowanej Pradze wsiada w tramwaj. Ponieważ w wielkiej piątce (stolica, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław) godziny szczytu trwają do 7 do 21.

No, ale tak to jest, gdy słucha się polonisty w sprawach mieszkaniowo-budowlanych.

Prywatna ochrona zdrowia. Dla wszystkich, którym marzy się jej prywatyzacja.

Istnieją w Polsce siły polityczno-partyjne, które wprost postulują prywatyzację ochrony zdrowia, od przychodni do szpitali. Ot, coś na wzór amerykański. Płacisz składkę uzależnioną od kilku czynników i masz nieograniczony dostęp. Fajnie?

Teraz pokażę Wam jak to działa w praktyce. Najpierw polskiej. Płacę kilkadziesiąt tysięcy składki zdrowotnej rocznie, a pomimo tego i tak do specjalisty czy dentysty chodzę prywatnie. W ramach państwowego abonamentu mam szpital (byłem w nim 3 dni podczas całego dotychczasowego życia) oraz podstawową opiekę zdrowotną (tu korzystam częściej – raz na 2 miesiące muszę wykupić leki na chorobę przewlekłą, a drobne przeziębienie spotyka mnie 2 razy w roku). Biorąc pod uwagę bilans składki/usługi robię kiepski interes. U specjalisty bywam trzy razy do roku i płacę za każdym razem 250 zł. NFZ reguluje za mnie przychodni rodzinnej ok. 250 zł. Czyli 1000 zł kosztów ok.30.000 zł przychodów. Tak zarabia na mnie NFZ. Nawet jeśli wezmę pod uwagę ten szpital (zero operacji, wyłącznie leczenie tlenem i kilka porad – może 5000-7000 zł – jak wspominam – raz na 48 lat), niewiele się zmieni. Jestem pacjentem prawie idealnym (bo bywają lepsi).

Teraz USA. Zrobiłem sobie wyliczenie na amerykańskiej stronie. Płaciłbym ok. 700 USD miesięcznie za całkiem niezły pakiet. Natomiast są w tym pewne zastrzeżenia oraz ważna informacja. W Polsce płacę niezależnie od wieku. W USA dwudziestolatek ma stawkę 400 USA, a 60-latek już 1100 USD/miesięcznie. Sporo zależy także od miejsca zamieszkania i dochodu oraz liczby osób w rodzinie. Nawet dwójka osób, moich równolatków płaci 1400 USD/m-c czyli 16.800 USD/rok przy średniej pensji za 170 godzin ok. 72.000 USD/rok. Czyli zdrowotne to nie 9% jak u nas, a 12%. I nadal nie obejmuje wszystkiego.

Jak może wyglądać prywatna służba zdrowia pokazuje przykład płatnego abonamentu mojej koleżanki w znanej sieci przychodni (mają nawet szpital). Miesięczna opłata 170 zł, obejmuje specjalistów i badania. Super. Tylko, że znowu, mamy mnóstwo wyłączeń. Specjaliści dzielą się na dwie grupy, dla tych na abonament i pełnopłatnych, co oznacza, ograniczony dostęp lub konieczność płacenia za najlepszych. Tak to może wyglądać po prywatyzacji – zamożni mają wszystko, płacąc proporcjonalnie mniej w stosunku dochodów, a biedni – lepiej żeby nie chorowali.

3 rzeczy, które powinieneś zrobić po 40-tce według instagramowego coacha i oszczędnego milionera.

W ostatnich 10 latach sieci społecznościowe zalała fala coachingu (pop-psychologii), której głównym kołem napędowym są listy rzeczy do zrobienia w określonym wieku. Popatrzmy, jak wygląda taka lista dla 40-latków.

  1. Przebiec maraton.
  2. Odwiedzić Chiny (w wersji buddyjsko-uduchowionej: Indie)
  3. Przejechać na rowerze od Tatr do morza (w wersji religijnej – pójść do Santiago de Compostela).

Podobno te czynności sprawią, że osiągniesz szczęście. A sprawią? Gdzie tam. Jeżeli jesteś typowym wytworem sieci social mediów, z wysokim poziomem lęku, zastanawiającym się regularnie „czy jesteś wystarczająco dobry” zarówno maraton, jak i Chiny czy wyprawa rowerowa nie poprawią sytuacji ani na jotę. Po prostu staniesz się nieszczęśliwym człowiekiem, który:

  1. Przebiegł maraton.
  2. Odwiedził Chiny/Indie.
  3. Przejechał na rowerze od Tatr do morza/przeszedł drogę do Santiago de Compostela.

Tyle. Dlaczego? Ponieważ, kiedy wykonasz te wszystkie kroki, social media podsuną Ci kolejne, w wyścigu o lajki, który nie ma końca. Po maratonie pojawi się triatlon, po Chinach, Tajlandia lub Brazylia, a Polskę zastąpi przejazd włoskich przełęczy. Co zatem faktycznie powinieneś zrobić po 40-tce? Parę rzeczy, nie dających może gwarancji szczęścia, ale zapewniających spokojniejszy sen i redukcję lęków. A oto krótka lista:

  1. Spłacić kredyt hipoteczny (i inne kredyty).
  2. Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę.
  3. Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów.

Czy wiesz o tym, że większość moich rówieśników z wielkich miast (czyli 50-latków) nie odhaczyła nawet dwóch punktów z tej listy. Teraz czas opisać, co zmienią w Twoim życiu.

Spłacenie kredytu hipotecznego (i innych kredytów). Uwolnienie się od kredytów, współczesnej wersji niewolnictwa („Nie zwolnię się z beznadziejnej pracy, bo z czego zapłacę kolejną ratę?”) stanowi krok milowy współczesnego wielkomiejskiego przedstawiciela klasy średniej. Jeśli masz 40 lat, najprawdopodobniej, zostałeś spętany hipoteką ok. 4-10 lat temu. Zostało Ci do spłacania ok. 20-26 lat według harmonogramu i 300 tys. zł. Czas wziąć byka za rogi i opracować 10-letni plan zlikwidowania kamienia młyńskiego u Twojej szyi. Powstanie o tym odrębny wpis, dzisiaj skupiam się na aspekcie psychologicznym. Uwolnienie się od kredytów, czyni wolnym. Zaniesienie ostatniej raty do banku, wygląda jak rytuał oczyszczający. Nie jesteś nic winien. Wspaniale. Możesz dokonywać wyborów, nie patrząc, z perspektywy dłużnika. Wreszcie, te tysiące nie wypływają co miesiąc z Twojej kieszeni. Piękna rzecz.

Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę. W dniu czterdziestych urodzin, perspektywa emerytury rysuje się znacznie wyraźniej niż po 30-tce. Może nie widzisz jej tuż, tuż, ale wystarczająco blisko, by o niej myśleć. Zacznij więc oszczędzać. Na blogu edukuję od lat – państwowe świadczenie wystarczy na zaspokojenie głodu i opłaty. Na nic więcej. Trzeba mieć ekstra pieniądze: na lekarzy, samochód, podróże, hobby. Da się je zarobić, jeżeli zaczniemy oszczędzać. Co proponuję? Po pierwsze zapisanie się do PPK u swojego pracodawcy, a w zasadzie niewypisanie się. Finansowe skutki tego kroku, nie zapewnią nam starości pod palmami, ale pozwolą uniknąć biedy. Ważna sprawa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dostaniesz sporo więcej niż wpłaciłeś. Np. z odprowadzanych przez 25 lat, dzisiejszych 200 zł/m-c (2% z 10.000 zł), zrobi się 500 zł świadczenia przez 12 lat (czyli do średniego okresu życia mężczyzny). Gdybyś zaczął wcześniej (jako 30-latek), byłoby jeszcze ciekawiej, ale lepiej późno niż wcale. Drugi sposób, który polecam, nazywa się IKZE. Na blogu sporo o nim pisałem. Oferuje widoczne korzyści podatkowe (ulgę) oraz, jeżeli dobrze wybierzesz, interesujące stopy zwrotu. W praktyce z 500 zł/m-c, w dniu przejścia na emeryturę (po 25 latach), dasz radę wycisnąć kilkaset tysięcy złotych. Stosując regułę 4% – 1600 zł do państwowego świadczenia.

`Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów. Kolejny plaster na duszę ludzi lubiących się zamartwiać. Z taką poduszką finansową, śpisz spokojnie. Nie boisz się ani zwolnienia z pracy, ani naprawy samochodu, ani większości katastrof, które potrafi wymyślać Twój umysł. Już jest nieźle. W niepewnych czasach 70-80 tys. zł oszczędności, daje komfort, jakiego nie ma większość Twoich rówieśników. Masz czas usiąść i pomyśleć na spokojnie. Zgromadzenie funduszu awaryjnego zajmie Ci pewnie kilka lat, ale każda wpłata zwróci się dziesięciokrotnie w zdrowym śnie i pełnym luzie. Uwierz mi, sam mam taką poduszkę.

Może sam staję się boomerem, ale moim zdaniem ten 75-latek ma 100% racji.

Przyzwyczajeni do mojego pastwienia się nad różnymi guru (nie tylko od finansów), chyba jesteście w szoku, że wreszcie istnieje ktoś, z kim zgadzam się w 100%. Tym bardziej, gdy darłem łacha z 35-latka, a podzielam poglądy 75-latka. Lecz nie byle jakiego. Piszę o samym nestorze polskiego rynku finansowego – Piotrze Kuczyńskim.

P. Kuczyński udzielił wywiadu Forbesowi https://www.forbes.pl/jak-inwestowac-zeby-pomnazac-oszczednosci-i-nie-stracic-w-razie-kryzysu/11lhzhr i postawił następujące tezy:

  1. Dla mnie obligacje to też są oszczędności, a nie inwestycje. Właściwie niewiele różnią się od lokaty w banku.
  2. Nasdaq stracił ponad 70 proc. No i teraz pytanie: przy jakim poziomie spadków wpadniemy w panikę i wszystko sprzedamy? Czy to będzie 20, 30, 50 czy może te 70 proc.? Teoretycznie wszystko się zgadza – minęło 25 lat i wszystkie indeksy są znacznie wyżej niż w szczycie tamtej hossy. Tyle że każdy musi się zastanowić, czy naprawdę wytrzyma 70-proc. spadek indeksu po drodze. Jeśli nie, to może wyjść z danej inwestycji w najmniej odpowiednim momencie. I później będzie patrzył bezradnie, jak te aktywa drożeją, a on już nie bierze w tym udziału. Znam ludzi, którzy w ten sposób tracili majątki.
  3. W kwestii kryptowalut ja jestem akurat w obozie Paula Krugmana i Josepha Stiglitza, dwóch noblistów z dziedziny ekonomii, którzy uważają je za bezwartościowe. Za tradycyjnymi walutami stoją całe gospodarki. Za bitcoinem i resztą kryptowalut stoi zaszyfrowany portfel.
  4. Według mnie wzór jest prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Od 100 odejmujemy nasz wiek i tyle procent inwestujemy w akcje. A więc jeśli ktoś ma 50 lat, może za połowę swoich środków zakupić akcje. Ja, mając 75 lat, mogę na nie przeznaczyć mniej więcej jedną czwartą. Swój portfel akcyjny taki pięćdziesięciolatek może zabezpieczyć obligacjami czy inwestującymi w nie funduszami dłużnymi, które są bezpieczne i prawie zawsze zarabiają. Co prawda bywają okresy, kiedy nawet na tym rynku się traci, ale straty są tu szybko nadrabiane …… Do tego 10-15 proc. wolnych środków należy zainwestować w fizyczne złoto.

Co ja tu mam skomentować? W zasadzie mógłbym poprzestać na cytatach. Ale tak nie wolno.

Ad. 1 Proste. Obligacje SP, komunalne, lokaty, konta oszczędnościowe (do granicy gwarancji BFG) to oszczędności, nie inwestycje. Służą stabilizacji portfela. Starajmy się maksymalizować zyski, ale o wiele inflacji nie pobijemy.

Ad.2. Akcje rosną w długich terminach, ale kto ma taką odporną psychikę, by znieść 70% spadków. Co dopiero wtedy kupować? A tak trzeba. Większość trzydziestolatków patrzy na świat przez pryzmat krótkiego okresu. A potem uzyskują świadomość, że bessa wypada co kilka lat (1993, 1997, 2001, 2007, 2013, 2015, 2020, 2022), z czego kilka ma głębokość, o której mówiła Wyrocznia z Warszawy. Większość wierzących w „uśrednianie kosztu nabycia” sprzeda po 30-70% spadku. Pójdzie za tłumem. Nie ma opcji, żeby wytrzymali. Widziałem to wiele razy. A potem przychodzi odbicie. Dlatego ja teraz staram się kupować wyłącznie po spadkach, a sprzedawać delikatnie za szczytem. Jak powiedział Warren Buffet – po pierwsze – nie trać pieniędzy.

Ad 3. Kryptowaluty – mam zaszczyt być w obozie ww. oraz dwóch noblistów. Uważam je za spekulację. Ceny rosną, ale ja niekoniecznie chcę brać w tym udział, ponieważ pewnego dnia spadną o 90% i raczej się nie podniosą. Faktycznie – nie stoi za nimi żadna realna wartość ani gospodarka.

Ad 4. Przepis na portfel: 15% złoto, akcje 100%-wiek w latach, reszta oszczędności uważam za rozsądny dla … rentiera i kogoś, kto nie przepada z ryzykiem. I oczywiście możemy sobie cyzelować. Dodać jakiś towar (np. ropę, chociaż raczej nie fizyczną), produkty spożywcze, wrzucić nieruchomości. Tylko w takiej sytuacji musimy faktycznie znać się na inwestycjach. A przeciętny nauczyciel, lekarz itp. dobrze zrobi słuchając rad p. Kuczyńskiego.

Zwolennicy , p. Mentzena, p.Kiyosakiego zapytają mnie zaraz: A gdzie BTC, gdzie ETF, gdzie listy zastawne? Otóż, P.T. Czytelnicy. ETF-y na indeksy akcyjne niech sobie będą. Pewnie nawet dywersyfikacja geograficzna. Aczkolwiek ja lubię konkretne akcje, bo… przynoszą mi znacznie większe zyski niż indeks. BTC – już skomentowałem, trzeba mieć albo świetny refleks, albo mocne nerwy, albo duszę hazardzisty. Większość nie ma. Listy zastawne, porównałem je z obligacjami i … przegrały.

Złoto – tylko fizyczne, bo za bity na koncie, chleba nie kupimy w przypadku wojny. Każdy papier (także obligacje) zaliczy wtedy szok. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. A w tej – jeszcze raz – 100% racji. Pozwólmy przemówić doświadczeniu, które przetrwało niejedną burzę.

Sprawdź czy w ogóle jest nadzieja na emeryturę z ZUS. Wpis po komentarzu Marka. Jak się bronić?

Pomysł emerytury z ZUS jako pewnego źródła wystarczających dochodów na starość, staram się wybijać z głowy dzisiejszych czytelników poniżej czterdziestki. Ponieważ niedawno Marek napisał w komentarzu o „nadziei” na takie „gwarantowane” świadczenie, warto spojrzeć na praktykę i przepisy prawa, czyli zafundować sobie zimny prysznic.

Pewna pani, żeby było ciekawiej – księgowa i właścicielka biura rachunkowego, aby uniknąć problemów, założyła spółkę z o.o. Była większościowym wspólnikiem i prezesem zarządu na etacie. Wszystko trwało 30 lat, ZUS brał składki, wypłacał świadczenia itp. I nagle, po takim okresie, wydał decyzję – pani nie jest ubezpieczona i nigdy nie była, bo umowa o pracę z własną spółką, jest pozorna. Do tego zwróci już-nie-ubezpieczonej składki za ostatnie 5 lat. A co z resztą? Otóż w czasie pandemii rząd Morawieckiego (PiS) zafundował taki przepis: zwracamy składki tylko za 5 lat, a resztę zabieramy do FUS (czyli wspólnego worka). Wbrew pozorom, problem nie dotyczy wyłącznie prezesów spółek, ale może dotknąć każdego z nas. Nie ma składek, nie ma emerytury ani stażu ubezpieczeniowego (czyli nie należy nam się nawet minimalna). I teraz, Marku, chyba widzisz, dlaczego nie liczę na państwową emeryturę?

Ktoś w ZUS albo w rządzie może przez lata przyjmować składki, a potem nic nie wypłacić? Otóż, to nie pierwsza taka sprawa. Wcześniej ZUS masowo wyrejestrowywał kobiety w ciąży („matki przeciwko ZUS”), żeby nie płacić za zwolnienia i macierzyński. Notorycznie pozbawia się świadczeń KRUS rolników (na tej samej zasadzie – bo kiedyś przez trzy miesiące pracowałeś za granicą, więc wyrejestrujemy `20 lat wstecz). Problemy mieli zatrudnieni w firmie własnych rodziców. Pozbawiano ludzi prawa do tarcz COVID. Wcześniej plagą stał się brak dokumentów po likwidowanych przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych (jak robotnik nie dopilnował wpisu w książeczkę ubezpieczeniową – dostawał emeryturę minimalną).

Czy można się bronić i jak? Otóż, natychmiast odwoływać się do sądu. Jeśli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji, zapraszam do kontaktu w komentarzach. Paru osobom już pomogłem w walce z tym nienażartym potworem. Walka jednak to droga przez mękę (trwa kilka lat). Poniżej krótka instrukcja.

Linia obrony musi bazować na dwóch argumentach:

  1. Umowa o pracę/tytuł świadczenia wcale nie był pozorny. Ponieważ np. jest drugi wspólnik, ktoś był prezesem ale faktyczne rządy sprawowała inna osoba, umowa była wykonywana itp. Warto sobie poczytać wyroki Sądu Najwyższego, bo co osoba, to przypadek. Mojego brata też próbowano wyrejestrować, ale po dobrym piśmie, odpuścili.
  2. Takie postępowanie ZUS chociaż teoretycznie zgodne z prawem, narusza konstytucyjne uprawnienia obywatela i jego zaufanie do państwa. Paru udało się na tym wygrać, ponieważ niektóre (słowo-klucz) sądy rozumieją grozę sytuacji.

W żadnym wypadku nie udzielać wyjaśnień bez konsultacji, ZUS tylko na to czeka. W rzeczywistości ma tyle informacji, ile mu damy i co znajdzie w oficjalnych rejestrach. Urzędnik nie dysponuje ani umową spółki, ani podziałem obowiązku między członków zarządu, ani wiedzą, kto faktycznie prowadzi sprawy spółki. Prawo handlowe zna słabo. W gruncie rzeczy powtarza slogany. I tu jest szansa – ponieważ nie każda umowa o pracę prezesa zarządu ze spółką w której ma większościowe udziały da się podważyć. W efekcie, nerwów nam napsują, czasu nakradną, kosztów narobią, ale często przegrywają, bo są zwyczajnie słabi.

Wracając jednak do „nadziei na emeryturę”. Jak widać nikt nie jest bezpieczny. Dzisiaj uderzyli w prezesa zarządu, jutro stwierdzą, że Twoje i moje zgłoszenie sprzed 26 lat jest nieważne, bo podpisała go osoba nieuprawniona do reprezentacji firmy (np. księgowa bez pełnomocnictwa), więc sorry, składki weźmiemy, a emerytury nie dostaniesz. Stąd liczę na siebie. Może PPK, nieruchomości, akcji ani IKZE mi nie zrabują. A jeśli nawet, zabezpieczą nas niskie koszty życia.

Dlaczego w życiu warto podejmować ryzyko?

Najprostsza odpowiedź na tytułowe pytanie: Ponieważ zazwyczaj wraz ze wzrostem ryzyka, poprawiamy rezultaty. A teraz czas na szczegóły.

Popatrzmy na różne aspekty naszego życia, poruszane przeze mnie już przy wpisach dotyczących kieratu: życie osobiste, zawodowe i finanse. W każdym z nich unikanie ryzyka kończy się problemami. Jakimi?

Osobiste (związki). Trwanie przy pierwszej osobie, która się trafi, stanowi prosty przepis na nieszczęście. Tkwienie w układzie niesatysfakcjonującym, z jednej przyczyny – strachu przed ryzykiem zmiany, również. Widzę w swoim otoczeniu, ludzi, którzy związali się z harpią/macho i cierpią, a nie odejdą. Mam też dwa proste przykłady czterdziestolatków, decydujących się na pogonienie żon organiczających swoje życie do kanapy, instagrama, nic nie pomagających (tzn. zero zainteresowania dziećmi, sprzątaniem, gotowaniem – wszystko na głowie faceta), pracujących na śmiesznym stanowisku za groszę i jeszcze mającym wymagania. Oba przykłady oznaczały spore ryzyko – ciężki rozwód, alimenty, ale obaj bohaterowie opowieści zaryzykowali i obecnie mają znacznie lepsze warunki życia pod każdym względem. Rzecz jasna, że w wielu przypadkach rozwodnicy, zwłaszcza pochopnie lecący za świeżą miłością, pogarszają sprawy, ale nie mówimy dzisiaj na temat – jak rozpoznać wredną żonę/wrednego męża, ani „kiedy jestem roszczeniowy, czepiam się, a kiedy słusznie stawiam wymagania”. A zatem i w sprawach serca, akceptowanie nudy, bylejakości, a nawet przemocy, w imię spokoju (którego finalnie i tak nie dostajemy) stanowi problem. Warto zaryzykować i dokonać zmiany. Zapewniam Was – różnica pomiędzy dobraną parą a współzawodniczącymi, zwalczającymi się partnerami będzie ogromna.

Zawód. Tutaj sam na pozór jestem konserwatystą. Nadal pracuję w pierwszym miejscu zatrudnienia już 26 lat. Czy to źle? Częściowo tak. I czas pewnie coś zmienić. Daję sobie na to dwa lata. Dlaczego? Prosto wytłumaczył mi tę kwestię mój Tata, wychowany przecież w PRL-u. Powiedział takie zdanie „Za każdym razem, gdy zmieniałem miejsce pracy (a robił to 5-krotnie) dostawałem sporą podwyżkę. Gdybym trzymał się jednego miejsca, nie byłoby ich. Najlepiej jednak zarabiałem na swoim”. Święta racja. Natomiast ja, leń i optymalizator, patrzę na pracę nieco inaczej – szukam idealnego współczynnika: pensja/ilość pracy/komfort. No i coraz bardziej widzę, że ten współczynnik dołuje. Podam prosty przykład. Zarabiam ok. 150% średniej krajowej (z nagrodami, ekstrasami – 170%) za oficjalne 100 godzin w biurze, minus 8 tygodni urlopu. W praktyce ok. 110 zł/godzinę netto. Kiedy dodam dojście, dekompresję, przygotowania (2,5h dziennie), a odejmę wydatki – wychodzi mi 8500/110 czyli jakieś 80 zł/h netto. W firmie mam stawkę 2-3 razy większą, co nawet odjąwszy konieczność dopłacenia 1700 zł ZUS-u wychodzi na duży plus. Alternatywa – znalezienie pracy zdalnej w Warszawie lub klientów firmy płacących warszawskie stawki. I w tym kierunku zamierzam iść. Bo wolę intensywnie pracować 50h (tu nie ma obijania, nie liczę kawy, pogawędki itp.) niż przebimbać 84h za niższą stawkę. Taki ze mnie obibok.

I zawsze powtarzam – rozwój zawodowy, nieakceptowanie stagnacji (sam zmieniłem zawód, podnosząc kwalifikacje, 2 razy brałem urlop bezpłatny – w sumie 4 lata), chorych układów (zarówno podwyżek dla swoich, jak i nękania) stanowią wyraz zdrowego podejścia. To stanie w miejscu jest chore. I nota bene dosyć często stanowi właśnie ryzyko. Trywialne powiedzenie „Kto stoi w miejscu, ten się cofa” często ma okazję sprawdzić się w realu.

Iga wspomniała w jednym z komentarzy o problemie z założeniem dg. Otóż, P.T. Czytelnicy, czy ma sens (poza mentalem) podejmowanie pracy opodatkowanej/oskładkowanej na 65% (z kosztami pracodawcy)? Czy może lepiej pójść w kierunku: CIT +KRUS (ew. od części płacić podatek od dywidendy.) Nawet CIT+KRUS+VAT przy kontrahentach – vatowcach, da nam znaczne zyski. Czy lepiej płacić 65% podatko-składki czy 10%? Co jest bardziej ryzykowne – posiadanie jednego kontrahenta (pracodawcy), czy 100 (klienci)? Niejeden pracownik na własnej skórze poznał odpowiedź.

Finanse. Tutaj wynik jest oczywisty. Żeby żyć z kapitału (dochód pasywny) za 100k/rok, trzeba mieć:

  • przy stopie zwrotu 3% (lokaty) – 3 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 5% (papiery dłużne) – 2 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 10% (akcje) – 1 mln zł.

Wiadomo, te 10% nie jest pewne, można część kapitału stracić (ja akceptuję -20-30%), ale w długim okresie, akcje przy wyższym ryzyku lepiej plonują.

A Wy co myślicie o ryzyku?

Pojechał na urlop sześciotygodniowy…

Ten rok miał być inny niż wszystkie i stanąć pod znakiem zwolnienia biegu. Najpierw w lutym rozstałem się z drugim pracodawcą (z przyczyn leżących po jego stronie), później rozwinąłem moją małą dg, aby w lipcu zarobić sporo na zapas. A w sierpniu podjąłem radykalną decyzję – sześciotygodniowy urlop. I wprowadziłem ją w życie.

W pierwszym tygodniu sierpnia HR rozesłał „listę wstydu” czyli zestawienie pracowników, którzy mają najwięcej zaległego urlopu. Zajmowałem na niej zaszczytne drugie miejsce w 50-osobowym dziale. Moja liczba wynosiła 29. Pierwsze miejsce dzierżył niepodzielnie mój kumpel z wynikiem… 170 dni, co oznacza, że od 2020 r. był na urlopie 5 dni. Trzeci na podium nie przekraczał 10. Pismo przypominające utrzymano w ostrym tonie – pracodawcy grożą mandaty, trzeba pilnie wykorzystać do końca września. I wtedy właśnie wpadłem na szatański pomysł. A gdyby przedłużyć zaplanowane 2 tygodnie do 6. Szef, wystraszony przez HR-ówki wizją kar, zgodził się bez dyskusji. No i stało się: ostatni dzień w biurze 14 sierpnia, kolejny 30 września. Została mi tylko firma i to w ograniczonym zakresie.

Pierwsze dwa tygodnie: Macedonia. Tutaj wszystko miało być proste: wyłączona komórka (kontakt tylko przez komunikatory i maila), nie zabierałem komputera (wyłącznie komórka z klawiaturą). Efekt? 3 kontakty z pracy (okazało się, że przed moim wyjazdem rozpoczęto duży projekt, no i robotę, którą w zamierzeniu miałem wykonać w dwuosobowej grupie, rozdzielono na nastu pracowników), nie dłuższe niż 3 minuty. W firmie – średnio 1 godzina dziennie i wyrobione 3500 zł (co oznacza, że gdybym pracował 30 godzin w miesiącu – zarobię 7000 zł). Tak można żyć. Wakacje i wrażenia opisałem dokładnie wcześnie. Stąd na tym kończę.

Wrzesień. Do domu wróciłem 29 sierpnia i 2 dni dochodziłem do siebie (nieprzespana noc w drodze, zmiany temperatur itp.). Nadszedł początek września. Tutaj już byłem na miejscu, firma musiała działać. Pomimo tego zauważyłem u siebie znaczne zwolnienie tempa. Dlaczego? Powodów miałem 5.

  1. Dowolne godziny pobudek.
  2. Czas dla siebie i na hobby.
  3. Wieś.
  4. Wizyty towarzyskie.
  5. Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach.

Pobudki. Z budzikiem wstawałem może 3 razy – gdy miałem jakiś ranny wyjazd. Organizm dawał radę zregenerować się, budząc się naturalnie. Nie, żebym spał do południa. Z reguły było to 5-9 godzin, ale pomimo tego chodziłem wypoczęty. Już wiem, jak żyją freelancerzy. I też tak chcę. W efekcie cały tydzień wyglądał jak weekend. Lubię to.

`Czas dla siebie i na hobby. Kiedy nie grozi `Ci` praca 8h dziennie, do której trzeba dodać godzinę szykowania, drugą na dojście i powrót i trzecią na dekompresję, dzień znacznie się wydłuża. Nic dziwnego. Szykujemy się bez stresu, bo nic nas nie goni. W takich okolicznościach, pracując dziennie ok. 2-3 godzin, nawet tego nie odczuwałem. Nic dziwnego, siedziałem przed kompem w domu lub ogrodzie, a nie w biurze. Wreszcie 3 godziny to nie 9 (z drogą).

I ten odzyskany czas wykorzystywałem rozsądnie. 2 koncerty (z dojazdem do Warszawy), przy okazji spotkań z klientami. Przeczytanych sporo książek, kilkanaście szkiców artykułów na blogu. Naprawione rzeczy, remonty. A to wszystko w miesiąc i pomimo realizacji różnych ról (w tym działalności firmowej).

Wieś. Z 29 dni września, 10 spędziłem na wsi. Mówi samo za siebie. `Gdybym pracował na 100% (czyli także etatowo), może liczba zgodziłaby się, ale w innych warunkach: rano szybka godzina w murach i powrót ok. 17. A o 19 zapadał już zmrok. Czyli efektywnie 2 godziny.

Wykonałem ogrom prac ogrodniczych. zamontowałem nowy prysznic.

Wreszcie na wsi, pracowałem też firmowo. Szybki internet zdecydowanie to ułatwiał. Gdybym pracował etatowo – nie do zrobienia.

Wizyty towarzyskie. Licząc tylko te wyjazdowe – dwie. 3 dni w u przyjaciół w górach, 3 dni w Wielkopolsce. Ponownie, przy etacie wymagałyby wzięcia sobie wolnego. Do tego kilka spotkań na miejscu.

Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach. Tu już nawet nie chodzi o czas (ale odzyskane 27 godzin tygodniowo, daje ok. 100 godzin miesięcznie), ale o powtarzalność każdej doby. U przedsiębiorcy w branży usług, każda jest inna. A u pracownika, nie.

Dlatego zamiast 9 godzin od rana do 16-17, tracąc większą część dnia i światła słonecznego, pracowałem, nie dość, że mniej, lecz jeszcze zupełnie inaczej. Np. 7-11, 13-15, a potem 17-19. W niektóre dni od 5 do 8, w inne od 21-24. Mózg nie popada w rutynę. Gadzi mózg nie jest drażniony dojazdami. Wszystko działa jak należy. Dość powiedzieć, że poza bieżącymi wreszcie wziąłem się za wykonanie zadań odkładanych od 2-3 miesięcy. Dużych projektów, od których odrzucała mnie perspektywa czasowa i codzienne zmęczenie. Mogłem poświęcić się im w 100%.

Liczba przepracowanych firmowo godzin – 30 godzin w miesiącu, wcale nie była większa niż zwykle, a nawet mniejsza, więc faktycznie – przebywałem na urlopie. Bo chyba można za taki uznać czas, gdy pracujemy średnio 2 godziny/dzień roboczy, albo 10 godzin tygodniowo. W te 30 godzin zarobiłem tyle, ile w biurze przez miesiąc.

Wnioski. Sześciotygodniowy eksperyment pozwolił nieco wyrównać oddech. Dał czas na odpoczynek i refleksję. No i sporo analizowałem i liczyłem. Główny wniosek brzmi: więcej takich urlopów, w najgorszym dla Polaka czasie, czyli w zimie. W przyszłym roku nie czekam na sierpień-wrzesień, tylko startuję wcześniej.

Potem w lipcu-sierpniu 2 tygodnie na Macedonię i w listopadzie (znowu krótki dzień 3 tygodnie do sanatorium).

I najważniejsze, do wiosny do jesieni na wsi (żona wycofała się z deklaracji). I właśnie w wsią związanych jest kilka moich szalonych pomysłów.

Docelowo – po zwolnieniu z pracy (planują cięcie kosztów, czyli 6-miesięczna odprawa), nie szukam kolejnej. Przeżyję za dochody firmowe plus odsetki plus moje różne dziwne pomysły związane z wsią. Kiedy to nastąpi? Nie wie nikt. Mój przełożony puścił już wstępny sygnał, że etatowcy kosztują go 2 mln, a firma zewnętrzna zrobi to samo za 1 mln, czyli analizy trwają. Jestem jednym z niewielu (poza pracownikami w okresie ochronnym), który nie płacze. Znając dynamikę sytuacji (bezwładność dużych firm) został mi mniej-więcej rok. Zamierzam wykorzystać go do maksimum, na zbudowanie portfolio własnych klientów. I faktyczne życie na luzie, z pracą umysłową na poziomie 2 godzin dziennie.