Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 4 – Oszczędny Milioner

Ile kosztuje perfekcjonizm? Różnica pomiędzy „idealnie”, a „wystarczająco dobrze”.

Tworząc ten wpis, chcę Wam uświadomić, koszty perfekcjonistycznego podejścia do życia. Znam kilka takich osób i widzę rezultaty. Sam jestem raczej zwolennikiem „wystarczająco dobrze”, leżącego gdzieś pomiędzy „idealnie” a „daję z siebie 30%” i mogę okazać się nieobiektywny. Dlatego krótko przedstawię koszty psychiczne (często znacznie większe) i zdrowotne, a skupię się na finansach.

Perfekcjonista to człowiek, który wymaga ideału. Od siebie innych. Szuka go w partnerach, a jeśli nie znajdzie (któż z nas wygląda i zachowuje się jak bohater komedii romantycznych: bogaty, przystojny, z zainteresowaniami, delikatny i zdecydowany zarazem), albo żyje samotnie, albo wybiera związki „trzymiesięczne”, albo zadręcza drugą osobę wymaganiami i wymówkami. Sam, ponieważ też ma wady, żyje w ciągłym poczuciu winy. Dość często cierpi na choroby psychosomatyczne. Umiejętność odpuszczenia pozostaje ważna w wielu dziedzinach. Klasyczny i znany przykład – Steve Jobs. Matka jego pierwszego dziecka, nie wyglądała jak ideał, więc porzucił ją w ciąży. Niszczył współpracowników (historia z udziałami dla wieloletnich pracowników Apple i Stevem Wozniakiem). Zadręczał bliskich swoimi pomysłami i odpałami (nie używał np. dezodorantów z przyczyn ideologicznych) W końcu zmarł w wieku 56 lat na raka (uchodzącego za chorobę perfekcjonistów). Z drugiej strony zostawił wielkie dzieło – osiągając mistrzostwo w designie i biznesie.

Ale przejdźmy do finansów. Przykładem perfekcjonizmu będzie zakup idealnie dobranych aut nowych. Na przykładzie pokazałem kilkukrotnie z jakim skutkiem. Strata wynosi kilkanaście tysięcy złotych rocznie.

Podobnie rozważyłem kwestię domu kupionego od dewelopera i wykańczanego w wysokim standardzie oraz sposobem gospodarczym, z dużym udziałem pracy własnej. Różnica wyniosła 100% . W praktyce mogłoby to wyglądać jeszcze gorzej. 4 razy więcej odsetek, jeśli tańszy dom nadpłacamy, bo jesteśmy w stanie udźwignąć dodatkowe koszty.

Idźmy dalej. Szukając idealnej pracy (pensja, współpracownicy, zgodność z zainteresowaniami) możemy …. nigdy jej nie znaleźć, odrzucając oferty „wystarczająco dobre”. Podobnie w interesach. Dopóki nie trafimy na „złoty strzał” czyli szansę prawie pewnego zarobku np. 100% w 2 lata, pomijamy okazję zarobienia 8 a nawet 15% rocznie. Nie muszę mówić, że tych drugich spotkamy sporo, a na „doskonałe” trafimy może raz, dwa razy w życiu. Wreszcie, nie mając szansę na życie celebryty, zarabiającego kilkadziesiąt tysięcy za występ, nawet nie spojrzymy na „wystarczająco dobre” opcje w stylu „minimalista” czy „milioner z klasy średniej” ponieważ nie interesuje nas 1-5 mln majątku lecz 50 mln a może nawet 1 mld i to w dolarach, własny samolot, jacht, tabun modelek. Niektórzy dojdą na szczyt, ale jeśli uważaliśmy na matematyce, potrafimy obliczyć prawdopodobieństwo zostania miliarderem. Nowy Jork, na 8,4 mln mieszkańców ma 60 miliarderów co daje prawdopodobieństwo mniejsze niż 1:100.000, że w tym najbogatszym mieście świata zyskamy majątek 1 mld USD. W Polsce, liczba (dolarowych) miliarderów wynosi 8 przy ludności ok. 37,5 mln (1:4.700.000), a na świecie ok. 2800 przy ludności ponad 8 mld (1:2.900.000). I tak perfekcjonizm polega na gonieniu za mirażem ideału, z odrzucaniem po drodze wielu szans i okazji. Dlatego dobrze mi, że jestem niedoskonały, jeżdżę używanym autem, mieszkam w starym domu, zarabiam „tylko” kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie i nigdy nie wyjechałem poza Europę. Pomimo tego (a raczej właśnie dlatego) zgromadziłem większy majątek, niż gdybym szukał szansy wyłącznie na 100%.

Wakacje w Macedonii. Styl życia.

Robert Makłowicz spopularyzował pojęcie „chorwackie życie” na pewien zespół zwyczajów narodów bałkańskich, który obejmuje:

  1. spędzanie czasu z przyjaciółmi w knajpkach,
  2. beztroskę,
  3. wysokie spożycie alkoholu.

Nasz smakosz-podróżnik nie dodał jednak, że styl ten gwarantuje niewielką zamożność kraju i mieszkańców. Tak wygląda Chorwacja poza wybrzeżem i miastami do dzisiaj, taka jest i Macedonia (poza Skopje), pomimo iż nie zauważyłem wysokiego spożycia alkoholu.

A więc jak wygląda styl życia Macedończyków?

Widać, jak ważne miejsce zajmuje w nim rodzina i przyjaciele. Od rana do środka nocy kawiarenki (a jest ich niesamowita liczba, jak na tak biedny region) tętnią życiem. Przy czym w Chorwacji widziałem zastawione stoły, a w tutaj – nie. W zasadzie powtarza się zestaw: kawa+woda, plus czasami cola albo piwo (koncernowy sikacz). Może 10% zamawia coś do jedzenia i nie mam gwarancji, że nie są to turyści. Większość siedzi w 2-3 osoby przy stoliku przy kawie i wodzie (tak się ją tutaj podaje, ze szklanką kranówki).

Co charakterystyczne, na deptaku, salonie miasta, koncentruje się życie. Starsi siadają bliżej domu (niewykluczone, iż zachęceni niższymi cenami) i znowu kawa+woda to zestaw obowiązkowy i całość zamówienia.

Maceodończycy to społeczeństwo tradycyjne. Dlatego w kawiarniach siedzą głównie mężczyźni. Nie piszę tu o Albańczykach (widocznych w przestrzeni publicznej, poprzez zawinięte głowy kobiet), ale o Macedończykach-Słowianach. Kobiety albańskie chodzą wyłącznie w towarzystwie mężczyzn.

Czy patrząc na ludzi na ulicach mogę powiedzieć o nich „beztroscy”. Zdecydowanie nie. Są raczej zmęczeni, znękani, poważni. Nie słychać głośnych śmiechów, żartów a’la Italia, nikt nikogo nie podrywa. A jednak pomimo biedy (najniższa pensja 3 razy niższa od naszej, a ceny wielu rzeczy – podobne), którą mocno widać (po budynkach, ubraniach, sklepach) ludzie wychodzą, żeby spędzać czas z bliskimi. Na naszej ulicy rozstawiano wieczorem stolik i miejscowi siadali przy nim, a dzieci bawiły się dookoła. Moja gospodyni, codziennie przyjmowała w ogródku siostrę, matkę albo przyjaciółkę.

Wakacje w Macedonii. Koszty.

W tym roku nie Chorwacja lecz Macedonia (nie będę dodawał sztucznego i wymuszonego uzupełnienia „Północna). Zdecydowały względy osobiste – moje dziecko przeniosło się tam na dwuletni kontrakt. Chcieliśmy zobaczyć, jak się urządził, a przy okazji odpocząć. No i przekonać się, jak to jest poza UE. Teraz krótkie sprawozdanie, podzielone na kilka wpisów.

Pisząc o kosztach, można powiedzieć jedno – zdecydowanie taniej niż w Chorwacji. Pamiętacie wpis sprzed dwóch lat – 5k nocleg, 2k dojazd, 4 k na miejscu. I to wszystko za pobyt tygodniowy 3 osób.

W tym roku byliśmy dwa razy dłużej (2 tygodnie), w większej grupie (5 osób, w tym 4 dorosłe i nastolatek), a wyszło taniej. O ile konkretnie?

Proszę bardzo.

Dojazd. Podróż na podobnym odcinku – 1600 km zamiast 1500 km, plus jeszcze jazdy lokalne wyszedł taniej. Jak to możliwe?

Po pierwsze, zamiast 240 konnej Alfy Romeo Giulietty QV, palącej 8l/100 km jechaliśmy Hyundaiem Ioniqiem Hybrid, który zaskakująco mało spalił 5.3 l/100 km (poświęcę mu odrębny wpis).

Po drugie, mam wrażenie, że paliwo nieco staniało.

Zamiast ok. 2000 zł, koszt dojazdu wyniósł 1433 zł, w tym:

  • benzyna 1030 zł (zamiast ok. 1500 zł),
  • autostrady – 403 zł (zamiast 550 zł).

Noclegi. Wszystkie media trąbią, jak podrożała Chorwacja w ostatnich latach. I widać to jak na dłoni w naszej podróży. Mieszkając w dużym (jak na miejscowe warunki) mieście, w 3-pokojowym apartamencie (zamiast w dwupokojowym), za 5 osób (a nie 3) zapłaciliśmy 3071 zł za dwa tygodnie. W Chorwacji było to 5000 zł za tydzień.

Jedzenie i atrakcje. Jak w każdym, niezbyt zamożnym kraju (pensja minimalna 1300 zł), w Macedonii życie i atrakcje wychodzą sporo taniej. W porównaniu do Chorwacji – szok.

Posłużę się kilkoma przykładami. Chorwacja – obiad dla 3 osób z napojami w zwykłej tawernie – 200-250 zł, czyli ok. 70-80 zł/os. A Macedonia? 4-gwiazdkowy hotel przy deptaku i jego restauracja – 272 zł za 7 osób, a więc…. niecałe 40 zł/os. Kiedy obniżyliśmy loty na poziom tawerny – 182 zł (26 zł/os.) czyli 1/3 ceny Chorwackiej.

Trochę drożej jest w Ochrydzie – za kawę, lody, napoje dla 7-miu osób zapłaciliśmy w kawiarence bezpośrednio przy atrakcji turystycznej – 71 zł czyli 10 zł/os.

Szok przeżywamy jednak, robiąc zwykłe zakupy. Bo jest sporo taniej niż w Polsce (a Chorwacja ma ceny jeszcze wyższe). Przykład – ogromna drożdżówka z mięsem (tzw. burek) – 4,2 zł. W Polsce kosztowałaby pewnie 10 zł, a w Chorwacji 3-4 Euro. Pieczony kurczak (niewielki, ale cały) – 18 zł, w Polsce tyle zażądaliby za 1 ćwiartkę, a w Chorwacji ok. 30E. Bardzo tanie są figi (30 zł/kg) , które w Biedronce moja żona wypatrzyła po 3 zł/szt (czyli pewnie 100-150 zł/kg). Ale największe zaskoczenie wywołały ryby. Miały być drogim rarytasem. Poszliśmy do lokalnego sklepu rybnego i za 5 sporych świeżo złowionych pstrągów (3,5kg) zapłaciliśmy ok. 100 zł, czyli …podobną cenę jak w PL. W Chorwacji potrzebowalibyśmy dodać 50% i to w markecie.

A podsumowanie. W Chorwacji 3 osoby, z 5-ma wizytami w tawernie zapłaciły ok. 3500 zł za samo jedzenie… tygodniowo. W Macedonii przy 7-miu gębach do wykarmienia (dwóch dorosłych synów, ich narzeczone, nastolatek i my) – dwa tygodnie jedzenia kosztowały nas 1700 zł (3 wizyty w restauracjach, 1 kawiarnia).

Co okazało się droższe? Jedna rzecz – karty e-sim. Ponieważ w Chorwacji nie opuszczamy UE, mamy roaming. Za dwa e-simy (Serbia i Macedonia) zapłaciłem 149 zł, bo była tylko opcja na 10 dni (za krótko) lub 30 dni.

I teraz przypomnę koszty Chorwackie – ok. 11-12 tys. zł za tydzień. 2 tygodnie w Macedonii (7 osób jedzących i korzystających z atrakcji, 5 nocujących) to 6871 zł. Jeśli szukacie miejsca na tanie wakacje – polecam.

„Biedni pracujący” kontra „królowie zasiłków”.

W „Elegii dla bidoków” pojawia się ważna myśl klasy pracującej – ludzie na zasiłkach mają lepiej. Niby nie dostają stałej pensji, ale stać ich na telefony, gadżety, markowe ciuchy. A mówimy o państwie, w którym warunki są ciężkie. Jak to możliwe? Czy da się takie porównanie zrobić w Polsce?

Nie jestem ekspertem od USA, ale ślady widzę w kilku książkach-reportażach i artykułach w Newsweek-u. Dostarczają mi one pewnego materiału wyjściowego. Tak więc „królowie zasiłków” dostają:

  • dopłatę do najmu i opłat (kiepskie dzielnice, ale dach nad głową jest),
  • jedzenie w formie bonów żywnościowych,
  • kasę na dzieci.

Ile dokładnie, nie powiem, ale przecież nie o to chodzi. Skoro J.D.Vance tak napisał – pozostaje nam wierzyć. Wróćmy do Polski.

Pracujący biedni – samotna kobieta. Pensja minimalna to ok. 3500 zł/m-c netto. Tak więc, przy tylko jednej osobie pracującej w rodzinie z jednym dzieckiem, przekroczony zostaje próg świadczeń rodzinnych. Zostanie 800+ i alimenty na dziecko – w sumie 4900 zł dochodu. Takie osoby potrzebują się ubrać do pracy, dojechać do niej, co jakiś czas zapłacić jakąś składkę, zrzutkę na kawę i mleko. Patrząc na własne, skromne wydatki – minimum 200 zł miesięcznie. Tę kwotę odejmuje i mamy 4700 zł netto. Samotna matka płaci jeszcze za przedszkole (300 zł) jeśli dziecko ma szansę dostać się do państwowego. Zostaje jej 4400 zł. Potrzebuje wynająć mieszkanie lub opłacić ratę. Przyjmujmy optymistyczne 2500 zł odstępnego i opłat. Na życie i wszystkie potrzeby – 1900 zł.

Pracujący biedni – małżeństwo z dwójką dzieci. Tym razem mamy dwie pensje minimalne 7000 zł, i 2 x 800+ czyli 8600 zł. Z tego trzeba opłacić wynajem mieszkania. Niech będzie to tylko stawka spoza wielkich miast 2000 zł plus 1400 zł opłat, razem 3400 zł. Do tego przedszkole x 2 tj. 600 zł, dwa koszty pracy (2 x 200 zł) i już zostaje tylko 4200 zł.

Królowie na zasiłkach. Wiadomo – szlachta nie pracuje, ona się bawi. A jak to się ma do kasy? No cóż. 800+ zostaje powiększone o zasiłki rodzinne z dodatkami, w tym w przypadku małego dziecka – wychowawczy i robi się już nie 1600 zł, a 2300 zł. Renta alkoholowa – 1600 zł. Fundusz alimentacyjny 2 x 1000 zł (konkubent nie jest ojcem dzieci) Razem mamy 5900 zł. A koszty? No cóż. Związanych z pracą, nie ma. Podobnie z przedszkolem (pokrywa MOPS). Mieszkanie socjalne także – de facto nie płacą nic, bo kto ściągnie, trzeba tylko regularnie występować o umorzenie. Na prąd – bon energetyczny. Tylko komórki, internet i pakiet TV – 300 zł. Zostaje 5300 zł.

Podsumowanie. Biedna-pracująca samotna matka – zostaje jej 1900 zł, rodzinie – 4400 zł, a królom na zasiłkach 5300 zł i jeszcze jedzenie z organizacji charytatywnych i MOPS-u. Po co zatem pracować? J.D. Vance miał rację. Rzecz jasna – królom na zasiłkach nie przysługuje emerytura. Na rentę alkoholową też trzeba solidnie zapracować wątrobą. Ale gdzie MOPS? Starego nie wyrzuci z mieszkania socjalnego, da mu zasiłek (celowy, stały) i jakoś pójdzie. Wtedy nawet emerytury nie potrzeba.

Jeszcze raz o sensie życia w mieście i kosztach mieszkania.

Mój najstarszy syn postanowił przenieść się do Wrocławia, bo tak podpowiedziało mu serce. Ponieważ miał mieszkanie w moim mieście, mówię mu, sprzedamy, kupisz na miejscu.

Jak zwykle to „kupisz” spadło na mnie. Wnioski? No cóż. Niewesołe. 3-pokojowe mieszkanie w bloku PRL, takie od biedy do zamieszkania (standard lat 2000-2008), w miarę blisko centrum, ok. 50 m2 i suma 500 tys. zł może okazać się za mała. Lepsza dzielnica, wykończenie i powierzchnia – tu robi się już strasznie drogo (pow. 800 tys. zł). Młody akurat sobie poradzi, ale jak zwykle, staram się patrzeć szerzej.

Para młodych ludzi, przyjeżdżających do Wrocławia na studia lub już do pracy, staje przed wyborem:

  1. wynajmować wspólny pokój za 1200 zł + opłaty,
  2. wynajmować kawalerkę za 2300 zł + opłaty,
  3. wynajmować 3 pokoje za 3000 zł+opłaty i podnająć komuś 2 za 2000 zł+część opłat,
  4. kupić 3 pokoje i podnająć komuś 2 za 2000 zł+ część opłat.

Każde rozwiązanie wygląda słabo, albowiem punkty 1-3 albo wiążą się ze sporymi kosztami (1-2), albo ryzykiem (musimy płacić nawet, gdy nie dostajemy pieniędzy). Punkt 4, wymaga zaś, albo posiadania rodziców, którzy wyciągną z zakopanego w ogrodzie słoika kwotę 650 tys. zł (także na notariusza i drobny remont) albo sporą zdolność kredytową, niedostępną raczej dla pary studentów. Nawet mając tę zdolność, przyjdzie płacić ratę ok. 3800 zł/m-c przez najbliższe 30 lat.

I kiedy tak myślałem o całej sytuacji, a także o tym, jakby ją przetłumaczyć młodym doszedłem do pewnego wniosku. Mieszkanie na wsi jest jednak znacznie tańsze, zwłaszcza gdy ma się swoją ziemię. Budowa małego domku (takiego 35m2+antresola – de facto także 3 pokoje), jest wykonalna za 200 tys. zł (+działka). Czyli już nie trzeba 650 tys. zł, a 1/3. Przy zakupie mieszkania – 130 tys. zł wpłaty własnej, tutaj pożyczamy 70 tys. zł (600 zł raty) i mamy luz. Do tego (co dla wielu będzie wadą), rodziców pod bokiem. Trzeba zostać z dzieckiem, bo młodzi idą na imprezę – no problem, pomóc przy budowie – też da się zrobić. No i różnica w kasie. – 3600 zł. Nie wiem czy wielkie miasto zrekompensuje ją jak należy. Podam prosty przykład. Moja żona bez problemu znalazłaby pracę w gminnym miasteczku za obecną pensję. Ja też. Ale gdybyśmy oboje pracowali jako wąscy specjaliści, te 3600 zł różnicy oznacza konieczność zarobienia dodatkowo 5400 zł brutto w pensji. Nie wiem czy we Wrocławiu dostałbym taką podwyżkę, robiąc, to co aktualnie wykonuję. Wieś oznacza jeszcze niższe koszty życia. Dodając je do wyliczenia, okazuje się, że jedna osoba musiałaby pracować na ratę. Bez sensu.

Za biedni na kupienie dziecku mieszkania, wystarczająco bogaci, by płacić ogrom podatków i składek. Opowieść jak fiskus łupi klasę średnią.

Pracuję w miejscu, gdzie w drugi próg podatkowy, wchodzi osoba na stanowisku kierownika lub o ile zdobyła dodatkowe uprawnienia zawodowe. Czy jest tak doskonale? Bynajmniej. Zadziałał pewien mechanizm faktycznego obniżania progów podatkowych. Pokażę Wam wyliczenia.

Rok 2001 r. (władzę oddaje AWS). Średnia krajowa 24.742 zł (brutto rocznie), bez składek społecznych ok. 20 tys. zł . Poziom drugiego progu podatkowego 37.024 zł. Żeby w niego wejść musiałeś zarabiać ok. 185 % średniej krajowej.

Rok 2005 r. (Władzę oddaje SLD). Średnia krajowa 28 563,48 zł, bez składek społecznych ok. 23 tys. zł. Poziom drugiego progu podatkowego 37.024 zł. Teraz wystarczy już 160% średniej krajowej.

Rok 2015 (Władzę oddaje PO). Średnia krajowa 46.797 zł, bez składek społecznych ok. 37 tys. zł. Drugi próg wynosi już 85.829 zł. Następuje pewna poprawa, ponieważ żeby osiągnąć II-gi próg trzeba zarobić 230% średniej krajowej.

Rok 2023 (Władzę oddaje PiS). Średnia krajowa ok. 90 tys. zł, bez składek społecznych 72 tys. zł. Drugi próg kształtuje się na poziomie 120 tys. zł. Granica drugiego progu wraca do poziomu z 2005 r. (ok. 166% średniej krajowej wystarcza by w niego wkroczyć). Jeśli jednak uwzględnimy uniemożliwienie odliczenia przez PiS składki zdrowotnej od podatku (oraz jej znaczne podniesienie o 900% dla przedsiębiorców) ucisk fiskalny jest większy niż w najczarniejszych latach III RP, ponieważ jednocześnie stawka składkowo-podatkowa od wynagrodzenia powyżej 120 tys. zł wynosi ok. 60%.

Obecnie – w 2025r. pow. 120% średniej krajowej wskakuje się w drugi próg.

Dlaczego o tym piszę? W listopadzie ubiegłego roku zadzwoniła do mnie koleżanka. Ponieważ od lat jestem znany, w miejscu pracy, jako osoba, która udziela porad finansowych, chciała zasięgnąć rady, w jaki sposób uniknąć straty pensji przed samym Bożym Narodzeniem. Księgowa uprzedziła ją, że z powodu wejścia w II-gi próg podatkowy, będzie zmuszona potrącić w grudniu dodatkowe 1800 zł. I teraz powiedzmy sobie szczerze, z jaką to „bogaczką” mamy do czynienia. Koleżanka znajduje się u schyłku kariery zawodowej (do emerytury zostało je 8 lat), posiada skromne dwupokojowe mieszkanie, darowane kiedyś przez rodziców i kilkadziesiąt tysięcy oszczędności na wkład własny do przyszłego mieszkania dorosłej już córki-studentki. Tak moi czytelnicy, dzięki podatkowym reformom PiS, pomimo pozornego podniesienia kwoty wolnej od podatku (pozornego, ponieważ o kwotę niższą niż inflacja), tzw. obniżenia pierwszego progu skali podatkowej (ale przy jednoczesnym nieodliczaniu składki zdrowotnej, co powoduje, że osoba z pensją minimalną de facto płaci więcej), doszło do istotnego wzrostu liczby osób obciążonych podatko-składką 60% od nadwyżki nad pierwszy próg podatkowy. W 2015 r. podatników w II progu było 710 tys. , w 2023 r. – 823 tys. zł. Jednocześnie w czasach rządów PiS (praktycznie 2016-2024) wzrost średniej pensji (ok.100% brutto, z powodu obciążeń podatkowych o 90% netto) nie nadążał za wzrostem cen, które skoczyły o:

  1. chleb z 1,6 zł do 4,50 zł czyli 180 %,
  2. najtańszy nowy samochód z 30 tys. zł do 65 tys. zł o 116%,
  3. m2 mieszkania (Warszawa) – z 7600 zł do 16 tys. zł o 110%,
  4. raty kredytu na przeciętne (50 m2) mieszkanie (Warszawa) – z 1700 zł do 5440 zł o 220%.

Typowy przedstawiciel klasy średniej – fachowiec – kierownik niższego szczebla, lub specjalista o niewielkim majątku, ponosi gigantyczne koszty utrzymania dopłat do grup uprzywilejowanych z klasy niższej lub nawet wyższej. Zarabiając mniej w stosunku do średniej krajowej (w 2015 r. 185%, w 2023 r. – 161%, 2025 r. – 120%) ma znacznie wyższe obciążenia fiskalne. Jedynym ratunkiem przy niewielkim przekroczeniu, co powiedziałem koleżance, jest założenie rachunku IKZE, skorzystanie z ulgi podatkowej i budowanie portfela inwestycji.

Dlaczego nie kupię chińskiego auta?

Najkrótsza odpowiedź: ponieważ patrzę nie tylko na wygląd i cenę. Ok, planuję nieco się rozpisać.

W kwietniu tego roku, z nudów odwiedziłem salony Omody/Jaecoo, Forthinga oraz MG i miałem okazję przyjrzeć się tym autom z bliska. Zrobiły dobre wrażenie: ładne, przestronne, nieźle (zwłaszcza przy tej cenie) wykończone. Widziałem parę testów oraz wyniki sprzedaży (trzy spośród czterech wymienionych firm, robią całkiem spore targety). Mój kumpel zachwycał się niesprzedawanym w Polsce BYD Han-em, oraz systemami NIO (wymienne baterie elektryków). Natomiast o haczykach dowiedziałem się dopiero z numeru specjalnego MOTOR-u „Rewolucja made in China”, czyli 100 stron (minus reklamy) poświęconych wyłącznie motoryzacji z tego kraju.

Wnioski.

  1. Chińskie auta są tanie.

W Chinach (niskie podatki) nawet bardzo, u nas po prostu tanie. Taki MG 3 o długości 411 cm (nieco większy od Toyoty Yaris) kosztuje:

  • 73 tys. zł za benzynę 115 KM,
  • 88 tys. zł za hybrydę 195 KM (nie robię sobie jaj, takie są dane).

Yaris mierzy 17 cm mniej, dysponuje podobnym bagażnikiem, ale znacznie mniejszą tylną kanapą (na nogi i szerokość) oraz 130 KM w hybrydzie i kosztuje 114 tys. zł (w promocji).

Wprawdzie za 88 tys. zł da się kupić podstawowego Yarisa w hybrydzie, ale mówimy o modelu 115 KM i w podstawowej kompletacji (nie tragicznym lecz słabym).

A taka Omoda 5 (SUV długość 438 cm) z silnikiem 1.6 T o mocy 147 km za 115 tys. zł? No cóż, jego rywal Seat Ateca za podobną moc, wielkość i osiągi, każe sobie płacić 130 tys. zł i to z gorszym wyposażeniem.

Forthing U-Tour – ogromny VAN (485 cm) z silnikiem 1,5T 177 KM (Mitsubishi), kosztuje od 153 tys. zł. Jego rywal Hyundai Staria, nieco mocniejszy (1.6 T 225 KM) i dłuższy (525 cm) da się kupić za 200 tys. zł i nadal za wiele elementów będziemy musieli dopłacać.

2. Chińskie auta są ładne.

Uroda to kwestia gustu. Natomiast moim zdaniem ani Yaris nie jest ładniejszy od MG3, ani Ateca od Omody 5, ani Staria od U-Toura.

A w środku designem japończyki i wozy z koncernu VAG wręcz przegrywają. To zasługa ładnych (chociaż nie zawsze naturalnych) materiałów. Tam gdzie w Atece dostaniemy materiał w Omodzie mamy skórę (chociaż ekoskórę, lecz tę oferuje obecnie nawet Lexus).

Wady.

Ale jak wiecie, „chińczyka” nie kupuję z powodu ich wad.

  1. Stara technika.

Nie piszę tu o elektrykach (wiodą prym na świecie), ani o elektronice (największe ekrany, pełne sterowanie) lecz silnikach, zawieszeniach itp. Efekt łatwo przewidzieć. Większe spalanie, gorsze prowadzenie. Yaris 130 KM pali w teście MOTOR-u o litr mniej od MG 3 i to w każdych warunkach. Forthing U-Tour 2 l/100 km od nieprodukowanego od 4 lat Grand Scenica z nieco mniejszą mocą (o 17 KM ) lecz większą pojemnością (100 cm3).

Chińczyki prowadzą się gorzej, zwłaszcza w sytuacjach granicznych, nikt ich nie balansował komfort/sport. A europejskie/japońskie auta odstają w tych dziedzinach całkiem sporo.

2. Drogie naprawy.

MOTOR zamieszcza też ceny części. Usiądźcie proszę. Szyba czołowa do Jaecoo 7 – 5612 zł. Zderzak przedni – 7006 zł, klocki hamulcowe (przód 1197 zł). Komplet sprzęgła do tego auta 15.443 zł, w MG HS 1.5 T kosztuje … 13.700 zł .

To są już jakieś jaja. Grube jaja. I praktycznie nie ma zamienników.

A zderzak do Skody Kodiaq – dobrej jakości podróbka za 1600 zl. Szyba przednia – 2100 zł nowy oryginał i 1100 zł w zamienniku. Sprzęgło Sachs do automatu tego modelu – 2300 zł.

Każda średnia szkoda „chinola” skończy się złomowaniem.

3. Nieprzewidywalna utrata wartości.

Toyota, wiadomo, stabilnie. A „chińczyk”? Nieprzewidywalnie, ale raczej kiepsko. Powodów widzę kilka. Sporo marek zniknie z naszego rynku (i w ogóle) zostawiając nabywców na lodzie. Drogie naprawy, wysokie spalanie. To się nie skończy dobrze. A dochodzą jeszcze gigantyczne promocje (obecnie w Chinach BYD -30%).

4. Różne dziwactwa.

Proszę bardzo – prawie 5-metrowy van, wspomniany już Forthing U-Tour z 7-miejscowym nadwoziem, dysponuje ładownością ….470 kg. Nieco mniejszy SUV T-Five (457 cm długości, 480 l bagażnika) aż.. 375 kg. Kto to projektował? Kto homologował?

Wielkie ekrany, zero fizycznych przycisków występują nagminnie. Do tego braki ergonomii, źle spolszczone menu.

W efekcie bilans wychodzi słabo. Wielu woli dopłacić do Yarisa, przełknie te -64 KM (i 9.2 s/1-100 km wobec 7,6), gorsze wyposażenie, ale nie planuje się martwić cenami napraw i utratą wartości. Przed chińczykami jeszcze długa droga.

Bańka. 12k miesięcznie – minimum dla trzyosobowej rodziny.

Para polskich TikTok-erów umieściła filmik, w którym odpowiada na pytanie, ile trzeba zarabiać, żeby spokojnie przeżyć miesiąc w parze z dzieckiem (2+1). Wyszło im … 12 tys. zł. netto. A oto składowe:

  • najem lub hipoteka „czegoś większego niż kawalerka” – 4000 zł,
  • edukacja i wychowanie dziecka – 1000 zł,
  • codzienne zakupy – 2600 zł,
  • odzież i obuwie – 700 zł,
  • transport – 800 zł,
  • coś dla siebie (książki, hobby, siłownia) — 700 zł,
  • atrakcje dla dziecka – 300 zł,
  • prywatna opieka plus leki – 800 zł,
  • naprawy domowe – 400 zł,
  • fryzjer kosmetyki paznokcie – 900 zł.

Jeśli czytacie mojego bloga, oceny możecie się domyślać: absolutna bańka dobrze sytuowanych korposzczurów. Według nich, 2-średnie krajowe ledwo wystarczą na posiadanie dziecka. Bo wielu kategorii tu nie widzę:

  • wakacje,
  • prezenty,
  • teatr, koncerty, kino.

A wymienione znacznie zawyżono. Dlaczego?

Po pierwsze – większość osób nie żyje na takim poziomie.

Po drugie – wydatki, które się pojawiły albo nie są konieczne, albo da się żyć taniej.

Najem dwóch pokoi (lub rata), jak sądzę z opłatami (bo nie ma ich oddzielnie) – 4000 zł. We Wrocławiu mój syn z dziewczyną wynajmowali na początku Legnickiej, dwa pokoje z opłatami za 3000 zł. Więcej niż kawalerka. W Lublinie, dwóch kumpli syna wzięło 2 pokoje w centrum za 2500 zł z opłatami. W Opolu 2-pokoje za 2300 zł z opłatami.

Edukacja i wychowanie za 1000 zł. Znowu, w przypadku maturzysty lub studenta – może i prawda. Gdy płacimy za opiekę nad maluchem – też. Prywatne szkoły – zbyt mało. Natomiast mój nastolatek z angielskim, zajęciami sportowymi (2 obozy w roku) i daję radę za 700 zł.

Codzienne zakupy za 2600 zł. Powrócę do źródeł. 2/3 tej sumy spokojnie wystarczy. W mieście.

Odzież i obuwie – 700 zł. Zależy. Da się za 300 zł, a czasami (intensywny wzrost, markowe sklepy) i 700 zł nie wystarczy.

Transport. 800 zł za utrzymanie auta plus okazjonalne taxi. Przy b+g i tanim aucie da się za połowę tej sumy.

Coś dla siebie – 700 zł. Zawyżone znacznie. Ja wydaję na siebie 100-150 zł, a kupuję przynajmniej jedną książkę miesięcznie.

Płatne atrakcje dla dziecka 300 zł. Doskonale da się żyć bez sal zabaw itp.

Prywatna opieka plus leki 800 zł. Kto to liczył? Mówimy o trzydziestolatkach? Pakiet prywatnej opieki dla rodziny 250 zł. Ja na leki wydaje 30 zł/m-c a zdrowy nie jestem.

Naprawy domowe 400 zł. Czyli 4800 zł/rok w dwupokojowym mieszkaniu. Co oni co roku wymieniają 2 sprzęty domowe. Połowa wystarczy z nawiązką.

Fryzjer, kosmetyki, paznokcie 900 zł. Bez żartów. Bez paznokci zrobionych profesjonalnie nie da się żyć? Fryzjer u mnie kosztuje 50 zł za strzyżenie męskie (są miejsca gdzie połowę tej sumy), a żona zostawia 500 zł … raz na 3 miesiące.

Efekt – znany na początku. Tiktokerskie minimum mocno zawyżone.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zaplanuj drogę powrotu.

Bartek zwrócił uwagę, że czasami kierat nie taki straszny. Istnieją gorsze rzeczy, takie jak:

  1. Bieda.
  2. Samotność.
  3. Depresja.

Ponieważ ucieczka z kieratu nie każdemu się udaje. Zawodzi nawet plan B. Jeden z bohaterów książki Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” opisał własne doświadczenie. Ciężki rozwód i samotna ucieczka z Warszawy na Podlasie, daleko do dzieci, daleko do klientów, daleko do … wszystkiego. Trzeba więc dojechać. Godziny spędzane w samochodzie, powroty żeby się przespać. I ogromna samotność, która doprowadziła do załamania psychicznego (halucynacji). Wtedy szybki powrót bliżej miasta. Nieplanowany.

Podobnie mają rozwodnicy. Potrafią wrócić do swojego porzuconego (lub porzucającego) małżonka. Bo lepsze znane zło niż nieznane.

Da się ponownie urządzić w mieście (i w innym miejscu, o którym wspomniał Stefan Kisielewski), wrócić do korpo, z podróży kamperem dookoła świata. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować.

Stąd pomysł na plan powrotu. Jeżeli nie wypali. Złożymy CV tu i tam, coś przecież potrafimy. Wynajmiemy (a nawet kupimy mieszkanie). Policz. Zanim rzucisz kierat, dobrze skalkuluj – czy stać Cię na come back i na jakich warunkach. Jeśli na niezłych, niewiele ryzykujesz.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zorganizuj „fundusz awaryjny”.

Wiesz czego przede wszystkim będziesz potrzebował uciekając z kieratu (niezależnie czym on dla Ciebie jest)? Pieniędzy. Temu ma służyć fundusz awaryjny. Na dobre urządzenie sobie życia, na poukładanie pewnych spraw lub na powrót.

Klasyczny fundusz awaryjny wynosi równowartość 6-miesięcznych wydatków. I warto go mieć. Natomiast uciekając z kieratu warto stworzyć sobie „fundusz awaryjny ekstra”. Dlaczego? Np. żeby nie musieć korzystać z pomocy społecznej.

I pojawia się pierwsze pytanie. Dlaczego?

Otóż, gdy sprawy zaczną iść źle, potrzebujemy czasu na wdrożenie planu B. Często pozbawiając się dochodów, albo kasując oszczędności (pamiętasz remont z poprzedniego wpisu?). I wtedy te 6 miesięcy wydatków (zwykle 20-30 tys. zł), okazuje się śmiesznie małą kwotą.

Pytanie nr 2. Czyli ile?

I tutaj nie udzielę precyzyjnej odpowiedzi. Ponieważ każdy plan B, a potem C i D wymagają innej ilości kasy. Nasze „Bieszczady” mogą okazać się droższe niż myśleliśmy. No i czasem do nowej działalności trzeba dokładać przez rok.

Ale postaram się pomóc.

Założenie knajpy. Modne i częste. Bankrutowali na tym znani aktorzy. Znam boiskowego zabijakę, który umoczył na … lodziarni. Kilkaset tysięcy (połowę mniej, jeżeli kupiliśmy foodtrucka).

Kraftowy browar ok. 60-tki. Miliony. Albo i wolność, o ile przyjaciele nie poręczą.

Ucieczka na wieś (musiałem!). Dodatkowy rok życia. Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Więcej jeśli planujemy zwierzęta.

Inna działalność gospodarcza. Koszty jej funkcjonowania (i naszej rodziny) przez rok.

Popatrzcie jak z 6 miesięcy wydatków robią się astronomiczne kwoty. Może kierat nie był taki zły?