Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 4 – Oszczędny Milioner

Prywatna ochrona zdrowia. Dla wszystkich, którym marzy się jej prywatyzacja.

Istnieją w Polsce siły polityczno-partyjne, które wprost postulują prywatyzację ochrony zdrowia, od przychodni do szpitali. Ot, coś na wzór amerykański. Płacisz składkę uzależnioną od kilku czynników i masz nieograniczony dostęp. Fajnie?

Teraz pokażę Wam jak to działa w praktyce. Najpierw polskiej. Płacę kilkadziesiąt tysięcy składki zdrowotnej rocznie, a pomimo tego i tak do specjalisty czy dentysty chodzę prywatnie. W ramach państwowego abonamentu mam szpital (byłem w nim 3 dni podczas całego dotychczasowego życia) oraz podstawową opiekę zdrowotną (tu korzystam częściej – raz na 2 miesiące muszę wykupić leki na chorobę przewlekłą, a drobne przeziębienie spotyka mnie 2 razy w roku). Biorąc pod uwagę bilans składki/usługi robię kiepski interes. U specjalisty bywam trzy razy do roku i płacę za każdym razem 250 zł. NFZ reguluje za mnie przychodni rodzinnej ok. 250 zł. Czyli 1000 zł kosztów ok.30.000 zł przychodów. Tak zarabia na mnie NFZ. Nawet jeśli wezmę pod uwagę ten szpital (zero operacji, wyłącznie leczenie tlenem i kilka porad – może 5000-7000 zł – jak wspominam – raz na 48 lat), niewiele się zmieni. Jestem pacjentem prawie idealnym (bo bywają lepsi).

Teraz USA. Zrobiłem sobie wyliczenie na amerykańskiej stronie. Płaciłbym ok. 700 USD miesięcznie za całkiem niezły pakiet. Natomiast są w tym pewne zastrzeżenia oraz ważna informacja. W Polsce płacę niezależnie od wieku. W USA dwudziestolatek ma stawkę 400 USA, a 60-latek już 1100 USD/miesięcznie. Sporo zależy także od miejsca zamieszkania i dochodu oraz liczby osób w rodzinie. Nawet dwójka osób, moich równolatków płaci 1400 USD/m-c czyli 16.800 USD/rok przy średniej pensji za 170 godzin ok. 72.000 USD/rok. Czyli zdrowotne to nie 9% jak u nas, a 12%. I nadal nie obejmuje wszystkiego.

Jak może wyglądać prywatna służba zdrowia pokazuje przykład płatnego abonamentu mojej koleżanki w znanej sieci przychodni (mają nawet szpital). Miesięczna opłata 170 zł, obejmuje specjalistów i badania. Super. Tylko, że znowu, mamy mnóstwo wyłączeń. Specjaliści dzielą się na dwie grupy, dla tych na abonament i pełnopłatnych, co oznacza, ograniczony dostęp lub konieczność płacenia za najlepszych. Tak to może wyglądać po prywatyzacji – zamożni mają wszystko, płacąc proporcjonalnie mniej w stosunku dochodów, a biedni – lepiej żeby nie chorowali.

3 rzeczy, które powinieneś zrobić po 40-tce według instagramowego coacha i oszczędnego milionera.

W ostatnich 10 latach sieci społecznościowe zalała fala coachingu (pop-psychologii), której głównym kołem napędowym są listy rzeczy do zrobienia w określonym wieku. Popatrzmy, jak wygląda taka lista dla 40-latków.

  1. Przebiec maraton.
  2. Odwiedzić Chiny (w wersji buddyjsko-uduchowionej: Indie)
  3. Przejechać na rowerze od Tatr do morza (w wersji religijnej – pójść do Santiago de Compostela).

Podobno te czynności sprawią, że osiągniesz szczęście. A sprawią? Gdzie tam. Jeżeli jesteś typowym wytworem sieci social mediów, z wysokim poziomem lęku, zastanawiającym się regularnie „czy jesteś wystarczająco dobry” zarówno maraton, jak i Chiny czy wyprawa rowerowa nie poprawią sytuacji ani na jotę. Po prostu staniesz się nieszczęśliwym człowiekiem, który:

  1. Przebiegł maraton.
  2. Odwiedził Chiny/Indie.
  3. Przejechał na rowerze od Tatr do morza/przeszedł drogę do Santiago de Compostela.

Tyle. Dlaczego? Ponieważ, kiedy wykonasz te wszystkie kroki, social media podsuną Ci kolejne, w wyścigu o lajki, który nie ma końca. Po maratonie pojawi się triatlon, po Chinach, Tajlandia lub Brazylia, a Polskę zastąpi przejazd włoskich przełęczy. Co zatem faktycznie powinieneś zrobić po 40-tce? Parę rzeczy, nie dających może gwarancji szczęścia, ale zapewniających spokojniejszy sen i redukcję lęków. A oto krótka lista:

  1. Spłacić kredyt hipoteczny (i inne kredyty).
  2. Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę.
  3. Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów.

Czy wiesz o tym, że większość moich rówieśników z wielkich miast (czyli 50-latków) nie odhaczyła nawet dwóch punktów z tej listy. Teraz czas opisać, co zmienią w Twoim życiu.

Spłacenie kredytu hipotecznego (i innych kredytów). Uwolnienie się od kredytów, współczesnej wersji niewolnictwa („Nie zwolnię się z beznadziejnej pracy, bo z czego zapłacę kolejną ratę?”) stanowi krok milowy współczesnego wielkomiejskiego przedstawiciela klasy średniej. Jeśli masz 40 lat, najprawdopodobniej, zostałeś spętany hipoteką ok. 4-10 lat temu. Zostało Ci do spłacania ok. 20-26 lat według harmonogramu i 300 tys. zł. Czas wziąć byka za rogi i opracować 10-letni plan zlikwidowania kamienia młyńskiego u Twojej szyi. Powstanie o tym odrębny wpis, dzisiaj skupiam się na aspekcie psychologicznym. Uwolnienie się od kredytów, czyni wolnym. Zaniesienie ostatniej raty do banku, wygląda jak rytuał oczyszczający. Nie jesteś nic winien. Wspaniale. Możesz dokonywać wyborów, nie patrząc, z perspektywy dłużnika. Wreszcie, te tysiące nie wypływają co miesiąc z Twojej kieszeni. Piękna rzecz.

Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę. W dniu czterdziestych urodzin, perspektywa emerytury rysuje się znacznie wyraźniej niż po 30-tce. Może nie widzisz jej tuż, tuż, ale wystarczająco blisko, by o niej myśleć. Zacznij więc oszczędzać. Na blogu edukuję od lat – państwowe świadczenie wystarczy na zaspokojenie głodu i opłaty. Na nic więcej. Trzeba mieć ekstra pieniądze: na lekarzy, samochód, podróże, hobby. Da się je zarobić, jeżeli zaczniemy oszczędzać. Co proponuję? Po pierwsze zapisanie się do PPK u swojego pracodawcy, a w zasadzie niewypisanie się. Finansowe skutki tego kroku, nie zapewnią nam starości pod palmami, ale pozwolą uniknąć biedy. Ważna sprawa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dostaniesz sporo więcej niż wpłaciłeś. Np. z odprowadzanych przez 25 lat, dzisiejszych 200 zł/m-c (2% z 10.000 zł), zrobi się 500 zł świadczenia przez 12 lat (czyli do średniego okresu życia mężczyzny). Gdybyś zaczął wcześniej (jako 30-latek), byłoby jeszcze ciekawiej, ale lepiej późno niż wcale. Drugi sposób, który polecam, nazywa się IKZE. Na blogu sporo o nim pisałem. Oferuje widoczne korzyści podatkowe (ulgę) oraz, jeżeli dobrze wybierzesz, interesujące stopy zwrotu. W praktyce z 500 zł/m-c, w dniu przejścia na emeryturę (po 25 latach), dasz radę wycisnąć kilkaset tysięcy złotych. Stosując regułę 4% – 1600 zł do państwowego świadczenia.

`Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów. Kolejny plaster na duszę ludzi lubiących się zamartwiać. Z taką poduszką finansową, śpisz spokojnie. Nie boisz się ani zwolnienia z pracy, ani naprawy samochodu, ani większości katastrof, które potrafi wymyślać Twój umysł. Już jest nieźle. W niepewnych czasach 70-80 tys. zł oszczędności, daje komfort, jakiego nie ma większość Twoich rówieśników. Masz czas usiąść i pomyśleć na spokojnie. Zgromadzenie funduszu awaryjnego zajmie Ci pewnie kilka lat, ale każda wpłata zwróci się dziesięciokrotnie w zdrowym śnie i pełnym luzie. Uwierz mi, sam mam taką poduszkę.

Może sam staję się boomerem, ale moim zdaniem ten 75-latek ma 100% racji.

Przyzwyczajeni do mojego pastwienia się nad różnymi guru (nie tylko od finansów), chyba jesteście w szoku, że wreszcie istnieje ktoś, z kim zgadzam się w 100%. Tym bardziej, gdy darłem łacha z 35-latka, a podzielam poglądy 75-latka. Lecz nie byle jakiego. Piszę o samym nestorze polskiego rynku finansowego – Piotrze Kuczyńskim.

P. Kuczyński udzielił wywiadu Forbesowi https://www.forbes.pl/jak-inwestowac-zeby-pomnazac-oszczednosci-i-nie-stracic-w-razie-kryzysu/11lhzhr i postawił następujące tezy:

  1. Dla mnie obligacje to też są oszczędności, a nie inwestycje. Właściwie niewiele różnią się od lokaty w banku.
  2. Nasdaq stracił ponad 70 proc. No i teraz pytanie: przy jakim poziomie spadków wpadniemy w panikę i wszystko sprzedamy? Czy to będzie 20, 30, 50 czy może te 70 proc.? Teoretycznie wszystko się zgadza – minęło 25 lat i wszystkie indeksy są znacznie wyżej niż w szczycie tamtej hossy. Tyle że każdy musi się zastanowić, czy naprawdę wytrzyma 70-proc. spadek indeksu po drodze. Jeśli nie, to może wyjść z danej inwestycji w najmniej odpowiednim momencie. I później będzie patrzył bezradnie, jak te aktywa drożeją, a on już nie bierze w tym udziału. Znam ludzi, którzy w ten sposób tracili majątki.
  3. W kwestii kryptowalut ja jestem akurat w obozie Paula Krugmana i Josepha Stiglitza, dwóch noblistów z dziedziny ekonomii, którzy uważają je za bezwartościowe. Za tradycyjnymi walutami stoją całe gospodarki. Za bitcoinem i resztą kryptowalut stoi zaszyfrowany portfel.
  4. Według mnie wzór jest prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Od 100 odejmujemy nasz wiek i tyle procent inwestujemy w akcje. A więc jeśli ktoś ma 50 lat, może za połowę swoich środków zakupić akcje. Ja, mając 75 lat, mogę na nie przeznaczyć mniej więcej jedną czwartą. Swój portfel akcyjny taki pięćdziesięciolatek może zabezpieczyć obligacjami czy inwestującymi w nie funduszami dłużnymi, które są bezpieczne i prawie zawsze zarabiają. Co prawda bywają okresy, kiedy nawet na tym rynku się traci, ale straty są tu szybko nadrabiane …… Do tego 10-15 proc. wolnych środków należy zainwestować w fizyczne złoto.

Co ja tu mam skomentować? W zasadzie mógłbym poprzestać na cytatach. Ale tak nie wolno.

Ad. 1 Proste. Obligacje SP, komunalne, lokaty, konta oszczędnościowe (do granicy gwarancji BFG) to oszczędności, nie inwestycje. Służą stabilizacji portfela. Starajmy się maksymalizować zyski, ale o wiele inflacji nie pobijemy.

Ad.2. Akcje rosną w długich terminach, ale kto ma taką odporną psychikę, by znieść 70% spadków. Co dopiero wtedy kupować? A tak trzeba. Większość trzydziestolatków patrzy na świat przez pryzmat krótkiego okresu. A potem uzyskują świadomość, że bessa wypada co kilka lat (1993, 1997, 2001, 2007, 2013, 2015, 2020, 2022), z czego kilka ma głębokość, o której mówiła Wyrocznia z Warszawy. Większość wierzących w „uśrednianie kosztu nabycia” sprzeda po 30-70% spadku. Pójdzie za tłumem. Nie ma opcji, żeby wytrzymali. Widziałem to wiele razy. A potem przychodzi odbicie. Dlatego ja teraz staram się kupować wyłącznie po spadkach, a sprzedawać delikatnie za szczytem. Jak powiedział Warren Buffet – po pierwsze – nie trać pieniędzy.

Ad 3. Kryptowaluty – mam zaszczyt być w obozie ww. oraz dwóch noblistów. Uważam je za spekulację. Ceny rosną, ale ja niekoniecznie chcę brać w tym udział, ponieważ pewnego dnia spadną o 90% i raczej się nie podniosą. Faktycznie – nie stoi za nimi żadna realna wartość ani gospodarka.

Ad 4. Przepis na portfel: 15% złoto, akcje 100%-wiek w latach, reszta oszczędności uważam za rozsądny dla … rentiera i kogoś, kto nie przepada z ryzykiem. I oczywiście możemy sobie cyzelować. Dodać jakiś towar (np. ropę, chociaż raczej nie fizyczną), produkty spożywcze, wrzucić nieruchomości. Tylko w takiej sytuacji musimy faktycznie znać się na inwestycjach. A przeciętny nauczyciel, lekarz itp. dobrze zrobi słuchając rad p. Kuczyńskiego.

Zwolennicy , p. Mentzena, p.Kiyosakiego zapytają mnie zaraz: A gdzie BTC, gdzie ETF, gdzie listy zastawne? Otóż, P.T. Czytelnicy. ETF-y na indeksy akcyjne niech sobie będą. Pewnie nawet dywersyfikacja geograficzna. Aczkolwiek ja lubię konkretne akcje, bo… przynoszą mi znacznie większe zyski niż indeks. BTC – już skomentowałem, trzeba mieć albo świetny refleks, albo mocne nerwy, albo duszę hazardzisty. Większość nie ma. Listy zastawne, porównałem je z obligacjami i … przegrały.

Złoto – tylko fizyczne, bo za bity na koncie, chleba nie kupimy w przypadku wojny. Każdy papier (także obligacje) zaliczy wtedy szok. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. A w tej – jeszcze raz – 100% racji. Pozwólmy przemówić doświadczeniu, które przetrwało niejedną burzę.

Sprawdź czy w ogóle jest nadzieja na emeryturę z ZUS. Wpis po komentarzu Marka. Jak się bronić?

Pomysł emerytury z ZUS jako pewnego źródła wystarczających dochodów na starość, staram się wybijać z głowy dzisiejszych czytelników poniżej czterdziestki. Ponieważ niedawno Marek napisał w komentarzu o „nadziei” na takie „gwarantowane” świadczenie, warto spojrzeć na praktykę i przepisy prawa, czyli zafundować sobie zimny prysznic.

Pewna pani, żeby było ciekawiej – księgowa i właścicielka biura rachunkowego, aby uniknąć problemów, założyła spółkę z o.o. Była większościowym wspólnikiem i prezesem zarządu na etacie. Wszystko trwało 30 lat, ZUS brał składki, wypłacał świadczenia itp. I nagle, po takim okresie, wydał decyzję – pani nie jest ubezpieczona i nigdy nie była, bo umowa o pracę z własną spółką, jest pozorna. Do tego zwróci już-nie-ubezpieczonej składki za ostatnie 5 lat. A co z resztą? Otóż w czasie pandemii rząd Morawieckiego (PiS) zafundował taki przepis: zwracamy składki tylko za 5 lat, a resztę zabieramy do FUS (czyli wspólnego worka). Wbrew pozorom, problem nie dotyczy wyłącznie prezesów spółek, ale może dotknąć każdego z nas. Nie ma składek, nie ma emerytury ani stażu ubezpieczeniowego (czyli nie należy nam się nawet minimalna). I teraz, Marku, chyba widzisz, dlaczego nie liczę na państwową emeryturę?

Ktoś w ZUS albo w rządzie może przez lata przyjmować składki, a potem nic nie wypłacić? Otóż, to nie pierwsza taka sprawa. Wcześniej ZUS masowo wyrejestrowywał kobiety w ciąży („matki przeciwko ZUS”), żeby nie płacić za zwolnienia i macierzyński. Notorycznie pozbawia się świadczeń KRUS rolników (na tej samej zasadzie – bo kiedyś przez trzy miesiące pracowałeś za granicą, więc wyrejestrujemy `20 lat wstecz). Problemy mieli zatrudnieni w firmie własnych rodziców. Pozbawiano ludzi prawa do tarcz COVID. Wcześniej plagą stał się brak dokumentów po likwidowanych przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych (jak robotnik nie dopilnował wpisu w książeczkę ubezpieczeniową – dostawał emeryturę minimalną).

Czy można się bronić i jak? Otóż, natychmiast odwoływać się do sądu. Jeśli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji, zapraszam do kontaktu w komentarzach. Paru osobom już pomogłem w walce z tym nienażartym potworem. Walka jednak to droga przez mękę (trwa kilka lat). Poniżej krótka instrukcja.

Linia obrony musi bazować na dwóch argumentach:

  1. Umowa o pracę/tytuł świadczenia wcale nie był pozorny. Ponieważ np. jest drugi wspólnik, ktoś był prezesem ale faktyczne rządy sprawowała inna osoba, umowa była wykonywana itp. Warto sobie poczytać wyroki Sądu Najwyższego, bo co osoba, to przypadek. Mojego brata też próbowano wyrejestrować, ale po dobrym piśmie, odpuścili.
  2. Takie postępowanie ZUS chociaż teoretycznie zgodne z prawem, narusza konstytucyjne uprawnienia obywatela i jego zaufanie do państwa. Paru udało się na tym wygrać, ponieważ niektóre (słowo-klucz) sądy rozumieją grozę sytuacji.

W żadnym wypadku nie udzielać wyjaśnień bez konsultacji, ZUS tylko na to czeka. W rzeczywistości ma tyle informacji, ile mu damy i co znajdzie w oficjalnych rejestrach. Urzędnik nie dysponuje ani umową spółki, ani podziałem obowiązku między członków zarządu, ani wiedzą, kto faktycznie prowadzi sprawy spółki. Prawo handlowe zna słabo. W gruncie rzeczy powtarza slogany. I tu jest szansa – ponieważ nie każda umowa o pracę prezesa zarządu ze spółką w której ma większościowe udziały da się podważyć. W efekcie, nerwów nam napsują, czasu nakradną, kosztów narobią, ale często przegrywają, bo są zwyczajnie słabi.

Wracając jednak do „nadziei na emeryturę”. Jak widać nikt nie jest bezpieczny. Dzisiaj uderzyli w prezesa zarządu, jutro stwierdzą, że Twoje i moje zgłoszenie sprzed 26 lat jest nieważne, bo podpisała go osoba nieuprawniona do reprezentacji firmy (np. księgowa bez pełnomocnictwa), więc sorry, składki weźmiemy, a emerytury nie dostaniesz. Stąd liczę na siebie. Może PPK, nieruchomości, akcji ani IKZE mi nie zrabują. A jeśli nawet, zabezpieczą nas niskie koszty życia.

Dlaczego w życiu warto podejmować ryzyko?

Najprostsza odpowiedź na tytułowe pytanie: Ponieważ zazwyczaj wraz ze wzrostem ryzyka, poprawiamy rezultaty. A teraz czas na szczegóły.

Popatrzmy na różne aspekty naszego życia, poruszane przeze mnie już przy wpisach dotyczących kieratu: życie osobiste, zawodowe i finanse. W każdym z nich unikanie ryzyka kończy się problemami. Jakimi?

Osobiste (związki). Trwanie przy pierwszej osobie, która się trafi, stanowi prosty przepis na nieszczęście. Tkwienie w układzie niesatysfakcjonującym, z jednej przyczyny – strachu przed ryzykiem zmiany, również. Widzę w swoim otoczeniu, ludzi, którzy związali się z harpią/macho i cierpią, a nie odejdą. Mam też dwa proste przykłady czterdziestolatków, decydujących się na pogonienie żon organiczających swoje życie do kanapy, instagrama, nic nie pomagających (tzn. zero zainteresowania dziećmi, sprzątaniem, gotowaniem – wszystko na głowie faceta), pracujących na śmiesznym stanowisku za groszę i jeszcze mającym wymagania. Oba przykłady oznaczały spore ryzyko – ciężki rozwód, alimenty, ale obaj bohaterowie opowieści zaryzykowali i obecnie mają znacznie lepsze warunki życia pod każdym względem. Rzecz jasna, że w wielu przypadkach rozwodnicy, zwłaszcza pochopnie lecący za świeżą miłością, pogarszają sprawy, ale nie mówimy dzisiaj na temat – jak rozpoznać wredną żonę/wrednego męża, ani „kiedy jestem roszczeniowy, czepiam się, a kiedy słusznie stawiam wymagania”. A zatem i w sprawach serca, akceptowanie nudy, bylejakości, a nawet przemocy, w imię spokoju (którego finalnie i tak nie dostajemy) stanowi problem. Warto zaryzykować i dokonać zmiany. Zapewniam Was – różnica pomiędzy dobraną parą a współzawodniczącymi, zwalczającymi się partnerami będzie ogromna.

Zawód. Tutaj sam na pozór jestem konserwatystą. Nadal pracuję w pierwszym miejscu zatrudnienia już 26 lat. Czy to źle? Częściowo tak. I czas pewnie coś zmienić. Daję sobie na to dwa lata. Dlaczego? Prosto wytłumaczył mi tę kwestię mój Tata, wychowany przecież w PRL-u. Powiedział takie zdanie „Za każdym razem, gdy zmieniałem miejsce pracy (a robił to 5-krotnie) dostawałem sporą podwyżkę. Gdybym trzymał się jednego miejsca, nie byłoby ich. Najlepiej jednak zarabiałem na swoim”. Święta racja. Natomiast ja, leń i optymalizator, patrzę na pracę nieco inaczej – szukam idealnego współczynnika: pensja/ilość pracy/komfort. No i coraz bardziej widzę, że ten współczynnik dołuje. Podam prosty przykład. Zarabiam ok. 150% średniej krajowej (z nagrodami, ekstrasami – 170%) za oficjalne 100 godzin w biurze, minus 8 tygodni urlopu. W praktyce ok. 110 zł/godzinę netto. Kiedy dodam dojście, dekompresję, przygotowania (2,5h dziennie), a odejmę wydatki – wychodzi mi 8500/110 czyli jakieś 80 zł/h netto. W firmie mam stawkę 2-3 razy większą, co nawet odjąwszy konieczność dopłacenia 1700 zł ZUS-u wychodzi na duży plus. Alternatywa – znalezienie pracy zdalnej w Warszawie lub klientów firmy płacących warszawskie stawki. I w tym kierunku zamierzam iść. Bo wolę intensywnie pracować 50h (tu nie ma obijania, nie liczę kawy, pogawędki itp.) niż przebimbać 84h za niższą stawkę. Taki ze mnie obibok.

I zawsze powtarzam – rozwój zawodowy, nieakceptowanie stagnacji (sam zmieniłem zawód, podnosząc kwalifikacje, 2 razy brałem urlop bezpłatny – w sumie 4 lata), chorych układów (zarówno podwyżek dla swoich, jak i nękania) stanowią wyraz zdrowego podejścia. To stanie w miejscu jest chore. I nota bene dosyć często stanowi właśnie ryzyko. Trywialne powiedzenie „Kto stoi w miejscu, ten się cofa” często ma okazję sprawdzić się w realu.

Iga wspomniała w jednym z komentarzy o problemie z założeniem dg. Otóż, P.T. Czytelnicy, czy ma sens (poza mentalem) podejmowanie pracy opodatkowanej/oskładkowanej na 65% (z kosztami pracodawcy)? Czy może lepiej pójść w kierunku: CIT +KRUS (ew. od części płacić podatek od dywidendy.) Nawet CIT+KRUS+VAT przy kontrahentach – vatowcach, da nam znaczne zyski. Czy lepiej płacić 65% podatko-składki czy 10%? Co jest bardziej ryzykowne – posiadanie jednego kontrahenta (pracodawcy), czy 100 (klienci)? Niejeden pracownik na własnej skórze poznał odpowiedź.

Finanse. Tutaj wynik jest oczywisty. Żeby żyć z kapitału (dochód pasywny) za 100k/rok, trzeba mieć:

  • przy stopie zwrotu 3% (lokaty) – 3 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 5% (papiery dłużne) – 2 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 10% (akcje) – 1 mln zł.

Wiadomo, te 10% nie jest pewne, można część kapitału stracić (ja akceptuję -20-30%), ale w długim okresie, akcje przy wyższym ryzyku lepiej plonują.

A Wy co myślicie o ryzyku?

Pojechał na urlop sześciotygodniowy…

Ten rok miał być inny niż wszystkie i stanąć pod znakiem zwolnienia biegu. Najpierw w lutym rozstałem się z drugim pracodawcą (z przyczyn leżących po jego stronie), później rozwinąłem moją małą dg, aby w lipcu zarobić sporo na zapas. A w sierpniu podjąłem radykalną decyzję – sześciotygodniowy urlop. I wprowadziłem ją w życie.

W pierwszym tygodniu sierpnia HR rozesłał „listę wstydu” czyli zestawienie pracowników, którzy mają najwięcej zaległego urlopu. Zajmowałem na niej zaszczytne drugie miejsce w 50-osobowym dziale. Moja liczba wynosiła 29. Pierwsze miejsce dzierżył niepodzielnie mój kumpel z wynikiem… 170 dni, co oznacza, że od 2020 r. był na urlopie 5 dni. Trzeci na podium nie przekraczał 10. Pismo przypominające utrzymano w ostrym tonie – pracodawcy grożą mandaty, trzeba pilnie wykorzystać do końca września. I wtedy właśnie wpadłem na szatański pomysł. A gdyby przedłużyć zaplanowane 2 tygodnie do 6. Szef, wystraszony przez HR-ówki wizją kar, zgodził się bez dyskusji. No i stało się: ostatni dzień w biurze 14 sierpnia, kolejny 30 września. Została mi tylko firma i to w ograniczonym zakresie.

Pierwsze dwa tygodnie: Macedonia. Tutaj wszystko miało być proste: wyłączona komórka (kontakt tylko przez komunikatory i maila), nie zabierałem komputera (wyłącznie komórka z klawiaturą). Efekt? 3 kontakty z pracy (okazało się, że przed moim wyjazdem rozpoczęto duży projekt, no i robotę, którą w zamierzeniu miałem wykonać w dwuosobowej grupie, rozdzielono na nastu pracowników), nie dłuższe niż 3 minuty. W firmie – średnio 1 godzina dziennie i wyrobione 3500 zł (co oznacza, że gdybym pracował 30 godzin w miesiącu – zarobię 7000 zł). Tak można żyć. Wakacje i wrażenia opisałem dokładnie wcześnie. Stąd na tym kończę.

Wrzesień. Do domu wróciłem 29 sierpnia i 2 dni dochodziłem do siebie (nieprzespana noc w drodze, zmiany temperatur itp.). Nadszedł początek września. Tutaj już byłem na miejscu, firma musiała działać. Pomimo tego zauważyłem u siebie znaczne zwolnienie tempa. Dlaczego? Powodów miałem 5.

  1. Dowolne godziny pobudek.
  2. Czas dla siebie i na hobby.
  3. Wieś.
  4. Wizyty towarzyskie.
  5. Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach.

Pobudki. Z budzikiem wstawałem może 3 razy – gdy miałem jakiś ranny wyjazd. Organizm dawał radę zregenerować się, budząc się naturalnie. Nie, żebym spał do południa. Z reguły było to 5-9 godzin, ale pomimo tego chodziłem wypoczęty. Już wiem, jak żyją freelancerzy. I też tak chcę. W efekcie cały tydzień wyglądał jak weekend. Lubię to.

`Czas dla siebie i na hobby. Kiedy nie grozi `Ci` praca 8h dziennie, do której trzeba dodać godzinę szykowania, drugą na dojście i powrót i trzecią na dekompresję, dzień znacznie się wydłuża. Nic dziwnego. Szykujemy się bez stresu, bo nic nas nie goni. W takich okolicznościach, pracując dziennie ok. 2-3 godzin, nawet tego nie odczuwałem. Nic dziwnego, siedziałem przed kompem w domu lub ogrodzie, a nie w biurze. Wreszcie 3 godziny to nie 9 (z drogą).

I ten odzyskany czas wykorzystywałem rozsądnie. 2 koncerty (z dojazdem do Warszawy), przy okazji spotkań z klientami. Przeczytanych sporo książek, kilkanaście szkiców artykułów na blogu. Naprawione rzeczy, remonty. A to wszystko w miesiąc i pomimo realizacji różnych ról (w tym działalności firmowej).

Wieś. Z 29 dni września, 10 spędziłem na wsi. Mówi samo za siebie. `Gdybym pracował na 100% (czyli także etatowo), może liczba zgodziłaby się, ale w innych warunkach: rano szybka godzina w murach i powrót ok. 17. A o 19 zapadał już zmrok. Czyli efektywnie 2 godziny.

Wykonałem ogrom prac ogrodniczych. zamontowałem nowy prysznic.

Wreszcie na wsi, pracowałem też firmowo. Szybki internet zdecydowanie to ułatwiał. Gdybym pracował etatowo – nie do zrobienia.

Wizyty towarzyskie. Licząc tylko te wyjazdowe – dwie. 3 dni w u przyjaciół w górach, 3 dni w Wielkopolsce. Ponownie, przy etacie wymagałyby wzięcia sobie wolnego. Do tego kilka spotkań na miejscu.

Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach. Tu już nawet nie chodzi o czas (ale odzyskane 27 godzin tygodniowo, daje ok. 100 godzin miesięcznie), ale o powtarzalność każdej doby. U przedsiębiorcy w branży usług, każda jest inna. A u pracownika, nie.

Dlatego zamiast 9 godzin od rana do 16-17, tracąc większą część dnia i światła słonecznego, pracowałem, nie dość, że mniej, lecz jeszcze zupełnie inaczej. Np. 7-11, 13-15, a potem 17-19. W niektóre dni od 5 do 8, w inne od 21-24. Mózg nie popada w rutynę. Gadzi mózg nie jest drażniony dojazdami. Wszystko działa jak należy. Dość powiedzieć, że poza bieżącymi wreszcie wziąłem się za wykonanie zadań odkładanych od 2-3 miesięcy. Dużych projektów, od których odrzucała mnie perspektywa czasowa i codzienne zmęczenie. Mogłem poświęcić się im w 100%.

Liczba przepracowanych firmowo godzin – 30 godzin w miesiącu, wcale nie była większa niż zwykle, a nawet mniejsza, więc faktycznie – przebywałem na urlopie. Bo chyba można za taki uznać czas, gdy pracujemy średnio 2 godziny/dzień roboczy, albo 10 godzin tygodniowo. W te 30 godzin zarobiłem tyle, ile w biurze przez miesiąc.

Wnioski. Sześciotygodniowy eksperyment pozwolił nieco wyrównać oddech. Dał czas na odpoczynek i refleksję. No i sporo analizowałem i liczyłem. Główny wniosek brzmi: więcej takich urlopów, w najgorszym dla Polaka czasie, czyli w zimie. W przyszłym roku nie czekam na sierpień-wrzesień, tylko startuję wcześniej.

Potem w lipcu-sierpniu 2 tygodnie na Macedonię i w listopadzie (znowu krótki dzień 3 tygodnie do sanatorium).

I najważniejsze, do wiosny do jesieni na wsi (żona wycofała się z deklaracji). I właśnie w wsią związanych jest kilka moich szalonych pomysłów.

Docelowo – po zwolnieniu z pracy (planują cięcie kosztów, czyli 6-miesięczna odprawa), nie szukam kolejnej. Przeżyję za dochody firmowe plus odsetki plus moje różne dziwne pomysły związane z wsią. Kiedy to nastąpi? Nie wie nikt. Mój przełożony puścił już wstępny sygnał, że etatowcy kosztują go 2 mln, a firma zewnętrzna zrobi to samo za 1 mln, czyli analizy trwają. Jestem jednym z niewielu (poza pracownikami w okresie ochronnym), który nie płacze. Znając dynamikę sytuacji (bezwładność dużych firm) został mi mniej-więcej rok. Zamierzam wykorzystać go do maksimum, na zbudowanie portfolio własnych klientów. I faktyczne życie na luzie, z pracą umysłową na poziomie 2 godzin dziennie.

Ile kosztuje perfekcjonizm? Różnica pomiędzy „idealnie”, a „wystarczająco dobrze”.

Tworząc ten wpis, chcę Wam uświadomić, koszty perfekcjonistycznego podejścia do życia. Znam kilka takich osób i widzę rezultaty. Sam jestem raczej zwolennikiem „wystarczająco dobrze”, leżącego gdzieś pomiędzy „idealnie” a „daję z siebie 30%” i mogę okazać się nieobiektywny. Dlatego krótko przedstawię koszty psychiczne (często znacznie większe) i zdrowotne, a skupię się na finansach.

Perfekcjonista to człowiek, który wymaga ideału. Od siebie innych. Szuka go w partnerach, a jeśli nie znajdzie (któż z nas wygląda i zachowuje się jak bohater komedii romantycznych: bogaty, przystojny, z zainteresowaniami, delikatny i zdecydowany zarazem), albo żyje samotnie, albo wybiera związki „trzymiesięczne”, albo zadręcza drugą osobę wymaganiami i wymówkami. Sam, ponieważ też ma wady, żyje w ciągłym poczuciu winy. Dość często cierpi na choroby psychosomatyczne. Umiejętność odpuszczenia pozostaje ważna w wielu dziedzinach. Klasyczny i znany przykład – Steve Jobs. Matka jego pierwszego dziecka, nie wyglądała jak ideał, więc porzucił ją w ciąży. Niszczył współpracowników (historia z udziałami dla wieloletnich pracowników Apple i Stevem Wozniakiem). Zadręczał bliskich swoimi pomysłami i odpałami (nie używał np. dezodorantów z przyczyn ideologicznych) W końcu zmarł w wieku 56 lat na raka (uchodzącego za chorobę perfekcjonistów). Z drugiej strony zostawił wielkie dzieło – osiągając mistrzostwo w designie i biznesie.

Ale przejdźmy do finansów. Przykładem perfekcjonizmu będzie zakup idealnie dobranych aut nowych. Na przykładzie pokazałem kilkukrotnie z jakim skutkiem. Strata wynosi kilkanaście tysięcy złotych rocznie.

Podobnie rozważyłem kwestię domu kupionego od dewelopera i wykańczanego w wysokim standardzie oraz sposobem gospodarczym, z dużym udziałem pracy własnej. Różnica wyniosła 100% . W praktyce mogłoby to wyglądać jeszcze gorzej. 4 razy więcej odsetek, jeśli tańszy dom nadpłacamy, bo jesteśmy w stanie udźwignąć dodatkowe koszty.

Idźmy dalej. Szukając idealnej pracy (pensja, współpracownicy, zgodność z zainteresowaniami) możemy …. nigdy jej nie znaleźć, odrzucając oferty „wystarczająco dobre”. Podobnie w interesach. Dopóki nie trafimy na „złoty strzał” czyli szansę prawie pewnego zarobku np. 100% w 2 lata, pomijamy okazję zarobienia 8 a nawet 15% rocznie. Nie muszę mówić, że tych drugich spotkamy sporo, a na „doskonałe” trafimy może raz, dwa razy w życiu. Wreszcie, nie mając szansę na życie celebryty, zarabiającego kilkadziesiąt tysięcy za występ, nawet nie spojrzymy na „wystarczająco dobre” opcje w stylu „minimalista” czy „milioner z klasy średniej” ponieważ nie interesuje nas 1-5 mln majątku lecz 50 mln a może nawet 1 mld i to w dolarach, własny samolot, jacht, tabun modelek. Niektórzy dojdą na szczyt, ale jeśli uważaliśmy na matematyce, potrafimy obliczyć prawdopodobieństwo zostania miliarderem. Nowy Jork, na 8,4 mln mieszkańców ma 60 miliarderów co daje prawdopodobieństwo mniejsze niż 1:100.000, że w tym najbogatszym mieście świata zyskamy majątek 1 mld USD. W Polsce, liczba (dolarowych) miliarderów wynosi 8 przy ludności ok. 37,5 mln (1:4.700.000), a na świecie ok. 2800 przy ludności ponad 8 mld (1:2.900.000). I tak perfekcjonizm polega na gonieniu za mirażem ideału, z odrzucaniem po drodze wielu szans i okazji. Dlatego dobrze mi, że jestem niedoskonały, jeżdżę używanym autem, mieszkam w starym domu, zarabiam „tylko” kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie i nigdy nie wyjechałem poza Europę. Pomimo tego (a raczej właśnie dlatego) zgromadziłem większy majątek, niż gdybym szukał szansy wyłącznie na 100%.

Wakacje w Macedonii. Styl życia.

Robert Makłowicz spopularyzował pojęcie „chorwackie życie” na pewien zespół zwyczajów narodów bałkańskich, który obejmuje:

  1. spędzanie czasu z przyjaciółmi w knajpkach,
  2. beztroskę,
  3. wysokie spożycie alkoholu.

Nasz smakosz-podróżnik nie dodał jednak, że styl ten gwarantuje niewielką zamożność kraju i mieszkańców. Tak wygląda Chorwacja poza wybrzeżem i miastami do dzisiaj, taka jest i Macedonia (poza Skopje), pomimo iż nie zauważyłem wysokiego spożycia alkoholu.

A więc jak wygląda styl życia Macedończyków?

Widać, jak ważne miejsce zajmuje w nim rodzina i przyjaciele. Od rana do środka nocy kawiarenki (a jest ich niesamowita liczba, jak na tak biedny region) tętnią życiem. Przy czym w Chorwacji widziałem zastawione stoły, a w tutaj – nie. W zasadzie powtarza się zestaw: kawa+woda, plus czasami cola albo piwo (koncernowy sikacz). Może 10% zamawia coś do jedzenia i nie mam gwarancji, że nie są to turyści. Większość siedzi w 2-3 osoby przy stoliku przy kawie i wodzie (tak się ją tutaj podaje, ze szklanką kranówki).

Co charakterystyczne, na deptaku, salonie miasta, koncentruje się życie. Starsi siadają bliżej domu (niewykluczone, iż zachęceni niższymi cenami) i znowu kawa+woda to zestaw obowiązkowy i całość zamówienia.

Maceodończycy to społeczeństwo tradycyjne. Dlatego w kawiarniach siedzą głównie mężczyźni. Nie piszę tu o Albańczykach (widocznych w przestrzeni publicznej, poprzez zawinięte głowy kobiet), ale o Macedończykach-Słowianach. Kobiety albańskie chodzą wyłącznie w towarzystwie mężczyzn.

Czy patrząc na ludzi na ulicach mogę powiedzieć o nich „beztroscy”. Zdecydowanie nie. Są raczej zmęczeni, znękani, poważni. Nie słychać głośnych śmiechów, żartów a’la Italia, nikt nikogo nie podrywa. A jednak pomimo biedy (najniższa pensja 3 razy niższa od naszej, a ceny wielu rzeczy – podobne), którą mocno widać (po budynkach, ubraniach, sklepach) ludzie wychodzą, żeby spędzać czas z bliskimi. Na naszej ulicy rozstawiano wieczorem stolik i miejscowi siadali przy nim, a dzieci bawiły się dookoła. Moja gospodyni, codziennie przyjmowała w ogródku siostrę, matkę albo przyjaciółkę.

Wakacje w Macedonii. Koszty.

W tym roku nie Chorwacja lecz Macedonia (nie będę dodawał sztucznego i wymuszonego uzupełnienia „Północna). Zdecydowały względy osobiste – moje dziecko przeniosło się tam na dwuletni kontrakt. Chcieliśmy zobaczyć, jak się urządził, a przy okazji odpocząć. No i przekonać się, jak to jest poza UE. Teraz krótkie sprawozdanie, podzielone na kilka wpisów.

Pisząc o kosztach, można powiedzieć jedno – zdecydowanie taniej niż w Chorwacji. Pamiętacie wpis sprzed dwóch lat – 5k nocleg, 2k dojazd, 4 k na miejscu. I to wszystko za pobyt tygodniowy 3 osób.

W tym roku byliśmy dwa razy dłużej (2 tygodnie), w większej grupie (5 osób, w tym 4 dorosłe i nastolatek), a wyszło taniej. O ile konkretnie?

Proszę bardzo.

Dojazd. Podróż na podobnym odcinku – 1600 km zamiast 1500 km, plus jeszcze jazdy lokalne wyszedł taniej. Jak to możliwe?

Po pierwsze, zamiast 240 konnej Alfy Romeo Giulietty QV, palącej 8l/100 km jechaliśmy Hyundaiem Ioniqiem Hybrid, który zaskakująco mało spalił 5.3 l/100 km (poświęcę mu odrębny wpis).

Po drugie, mam wrażenie, że paliwo nieco staniało.

Zamiast ok. 2000 zł, koszt dojazdu wyniósł 1433 zł, w tym:

  • benzyna 1030 zł (zamiast ok. 1500 zł),
  • autostrady – 403 zł (zamiast 550 zł).

Noclegi. Wszystkie media trąbią, jak podrożała Chorwacja w ostatnich latach. I widać to jak na dłoni w naszej podróży. Mieszkając w dużym (jak na miejscowe warunki) mieście, w 3-pokojowym apartamencie (zamiast w dwupokojowym), za 5 osób (a nie 3) zapłaciliśmy 3071 zł za dwa tygodnie. W Chorwacji było to 5000 zł za tydzień.

Jedzenie i atrakcje. Jak w każdym, niezbyt zamożnym kraju (pensja minimalna 1300 zł), w Macedonii życie i atrakcje wychodzą sporo taniej. W porównaniu do Chorwacji – szok.

Posłużę się kilkoma przykładami. Chorwacja – obiad dla 3 osób z napojami w zwykłej tawernie – 200-250 zł, czyli ok. 70-80 zł/os. A Macedonia? 4-gwiazdkowy hotel przy deptaku i jego restauracja – 272 zł za 7 osób, a więc…. niecałe 40 zł/os. Kiedy obniżyliśmy loty na poziom tawerny – 182 zł (26 zł/os.) czyli 1/3 ceny Chorwackiej.

Trochę drożej jest w Ochrydzie – za kawę, lody, napoje dla 7-miu osób zapłaciliśmy w kawiarence bezpośrednio przy atrakcji turystycznej – 71 zł czyli 10 zł/os.

Szok przeżywamy jednak, robiąc zwykłe zakupy. Bo jest sporo taniej niż w Polsce (a Chorwacja ma ceny jeszcze wyższe). Przykład – ogromna drożdżówka z mięsem (tzw. burek) – 4,2 zł. W Polsce kosztowałaby pewnie 10 zł, a w Chorwacji 3-4 Euro. Pieczony kurczak (niewielki, ale cały) – 18 zł, w Polsce tyle zażądaliby za 1 ćwiartkę, a w Chorwacji ok. 30E. Bardzo tanie są figi (30 zł/kg) , które w Biedronce moja żona wypatrzyła po 3 zł/szt (czyli pewnie 100-150 zł/kg). Ale największe zaskoczenie wywołały ryby. Miały być drogim rarytasem. Poszliśmy do lokalnego sklepu rybnego i za 5 sporych świeżo złowionych pstrągów (3,5kg) zapłaciliśmy ok. 100 zł, czyli …podobną cenę jak w PL. W Chorwacji potrzebowalibyśmy dodać 50% i to w markecie.

A podsumowanie. W Chorwacji 3 osoby, z 5-ma wizytami w tawernie zapłaciły ok. 3500 zł za samo jedzenie… tygodniowo. W Macedonii przy 7-miu gębach do wykarmienia (dwóch dorosłych synów, ich narzeczone, nastolatek i my) – dwa tygodnie jedzenia kosztowały nas 1700 zł (3 wizyty w restauracjach, 1 kawiarnia).

Co okazało się droższe? Jedna rzecz – karty e-sim. Ponieważ w Chorwacji nie opuszczamy UE, mamy roaming. Za dwa e-simy (Serbia i Macedonia) zapłaciłem 149 zł, bo była tylko opcja na 10 dni (za krótko) lub 30 dni.

I teraz przypomnę koszty Chorwackie – ok. 11-12 tys. zł za tydzień. 2 tygodnie w Macedonii (7 osób jedzących i korzystających z atrakcji, 5 nocujących) to 6871 zł. Jeśli szukacie miejsca na tanie wakacje – polecam.

„Biedni pracujący” kontra „królowie zasiłków”.

W „Elegii dla bidoków” pojawia się ważna myśl klasy pracującej – ludzie na zasiłkach mają lepiej. Niby nie dostają stałej pensji, ale stać ich na telefony, gadżety, markowe ciuchy. A mówimy o państwie, w którym warunki są ciężkie. Jak to możliwe? Czy da się takie porównanie zrobić w Polsce?

Nie jestem ekspertem od USA, ale ślady widzę w kilku książkach-reportażach i artykułach w Newsweek-u. Dostarczają mi one pewnego materiału wyjściowego. Tak więc „królowie zasiłków” dostają:

  • dopłatę do najmu i opłat (kiepskie dzielnice, ale dach nad głową jest),
  • jedzenie w formie bonów żywnościowych,
  • kasę na dzieci.

Ile dokładnie, nie powiem, ale przecież nie o to chodzi. Skoro J.D.Vance tak napisał – pozostaje nam wierzyć. Wróćmy do Polski.

Pracujący biedni – samotna kobieta. Pensja minimalna to ok. 3500 zł/m-c netto. Tak więc, przy tylko jednej osobie pracującej w rodzinie z jednym dzieckiem, przekroczony zostaje próg świadczeń rodzinnych. Zostanie 800+ i alimenty na dziecko – w sumie 4900 zł dochodu. Takie osoby potrzebują się ubrać do pracy, dojechać do niej, co jakiś czas zapłacić jakąś składkę, zrzutkę na kawę i mleko. Patrząc na własne, skromne wydatki – minimum 200 zł miesięcznie. Tę kwotę odejmuje i mamy 4700 zł netto. Samotna matka płaci jeszcze za przedszkole (300 zł) jeśli dziecko ma szansę dostać się do państwowego. Zostaje jej 4400 zł. Potrzebuje wynająć mieszkanie lub opłacić ratę. Przyjmujmy optymistyczne 2500 zł odstępnego i opłat. Na życie i wszystkie potrzeby – 1900 zł.

Pracujący biedni – małżeństwo z dwójką dzieci. Tym razem mamy dwie pensje minimalne 7000 zł, i 2 x 800+ czyli 8600 zł. Z tego trzeba opłacić wynajem mieszkania. Niech będzie to tylko stawka spoza wielkich miast 2000 zł plus 1400 zł opłat, razem 3400 zł. Do tego przedszkole x 2 tj. 600 zł, dwa koszty pracy (2 x 200 zł) i już zostaje tylko 4200 zł.

Królowie na zasiłkach. Wiadomo – szlachta nie pracuje, ona się bawi. A jak to się ma do kasy? No cóż. 800+ zostaje powiększone o zasiłki rodzinne z dodatkami, w tym w przypadku małego dziecka – wychowawczy i robi się już nie 1600 zł, a 2300 zł. Renta alkoholowa – 1600 zł. Fundusz alimentacyjny 2 x 1000 zł (konkubent nie jest ojcem dzieci) Razem mamy 5900 zł. A koszty? No cóż. Związanych z pracą, nie ma. Podobnie z przedszkolem (pokrywa MOPS). Mieszkanie socjalne także – de facto nie płacą nic, bo kto ściągnie, trzeba tylko regularnie występować o umorzenie. Na prąd – bon energetyczny. Tylko komórki, internet i pakiet TV – 300 zł. Zostaje 5300 zł.

Podsumowanie. Biedna-pracująca samotna matka – zostaje jej 1900 zł, rodzinie – 4400 zł, a królom na zasiłkach 5300 zł i jeszcze jedzenie z organizacji charytatywnych i MOPS-u. Po co zatem pracować? J.D. Vance miał rację. Rzecz jasna – królom na zasiłkach nie przysługuje emerytura. Na rentę alkoholową też trzeba solidnie zapracować wątrobą. Ale gdzie MOPS? Starego nie wyrzuci z mieszkania socjalnego, da mu zasiłek (celowy, stały) i jakoś pójdzie. Wtedy nawet emerytury nie potrzeba.