Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 5 – Oszczędny Milioner

Jeszcze raz o sensie życia w mieście i kosztach mieszkania.

Mój najstarszy syn postanowił przenieść się do Wrocławia, bo tak podpowiedziało mu serce. Ponieważ miał mieszkanie w moim mieście, mówię mu, sprzedamy, kupisz na miejscu.

Jak zwykle to „kupisz” spadło na mnie. Wnioski? No cóż. Niewesołe. 3-pokojowe mieszkanie w bloku PRL, takie od biedy do zamieszkania (standard lat 2000-2008), w miarę blisko centrum, ok. 50 m2 i suma 500 tys. zł może okazać się za mała. Lepsza dzielnica, wykończenie i powierzchnia – tu robi się już strasznie drogo (pow. 800 tys. zł). Młody akurat sobie poradzi, ale jak zwykle, staram się patrzeć szerzej.

Para młodych ludzi, przyjeżdżających do Wrocławia na studia lub już do pracy, staje przed wyborem:

  1. wynajmować wspólny pokój za 1200 zł + opłaty,
  2. wynajmować kawalerkę za 2300 zł + opłaty,
  3. wynajmować 3 pokoje za 3000 zł+opłaty i podnająć komuś 2 za 2000 zł+część opłat,
  4. kupić 3 pokoje i podnająć komuś 2 za 2000 zł+ część opłat.

Każde rozwiązanie wygląda słabo, albowiem punkty 1-3 albo wiążą się ze sporymi kosztami (1-2), albo ryzykiem (musimy płacić nawet, gdy nie dostajemy pieniędzy). Punkt 4, wymaga zaś, albo posiadania rodziców, którzy wyciągną z zakopanego w ogrodzie słoika kwotę 650 tys. zł (także na notariusza i drobny remont) albo sporą zdolność kredytową, niedostępną raczej dla pary studentów. Nawet mając tę zdolność, przyjdzie płacić ratę ok. 3800 zł/m-c przez najbliższe 30 lat.

I kiedy tak myślałem o całej sytuacji, a także o tym, jakby ją przetłumaczyć młodym doszedłem do pewnego wniosku. Mieszkanie na wsi jest jednak znacznie tańsze, zwłaszcza gdy ma się swoją ziemię. Budowa małego domku (takiego 35m2+antresola – de facto także 3 pokoje), jest wykonalna za 200 tys. zł (+działka). Czyli już nie trzeba 650 tys. zł, a 1/3. Przy zakupie mieszkania – 130 tys. zł wpłaty własnej, tutaj pożyczamy 70 tys. zł (600 zł raty) i mamy luz. Do tego (co dla wielu będzie wadą), rodziców pod bokiem. Trzeba zostać z dzieckiem, bo młodzi idą na imprezę – no problem, pomóc przy budowie – też da się zrobić. No i różnica w kasie. – 3600 zł. Nie wiem czy wielkie miasto zrekompensuje ją jak należy. Podam prosty przykład. Moja żona bez problemu znalazłaby pracę w gminnym miasteczku za obecną pensję. Ja też. Ale gdybyśmy oboje pracowali jako wąscy specjaliści, te 3600 zł różnicy oznacza konieczność zarobienia dodatkowo 5400 zł brutto w pensji. Nie wiem czy we Wrocławiu dostałbym taką podwyżkę, robiąc, to co aktualnie wykonuję. Wieś oznacza jeszcze niższe koszty życia. Dodając je do wyliczenia, okazuje się, że jedna osoba musiałaby pracować na ratę. Bez sensu.

Za biedni na kupienie dziecku mieszkania, wystarczająco bogaci, by płacić ogrom podatków i składek. Opowieść jak fiskus łupi klasę średnią.

Pracuję w miejscu, gdzie w drugi próg podatkowy, wchodzi osoba na stanowisku kierownika lub o ile zdobyła dodatkowe uprawnienia zawodowe. Czy jest tak doskonale? Bynajmniej. Zadziałał pewien mechanizm faktycznego obniżania progów podatkowych. Pokażę Wam wyliczenia.

Rok 2001 r. (władzę oddaje AWS). Średnia krajowa 24.742 zł (brutto rocznie), bez składek społecznych ok. 20 tys. zł . Poziom drugiego progu podatkowego 37.024 zł. Żeby w niego wejść musiałeś zarabiać ok. 185 % średniej krajowej.

Rok 2005 r. (Władzę oddaje SLD). Średnia krajowa 28 563,48 zł, bez składek społecznych ok. 23 tys. zł. Poziom drugiego progu podatkowego 37.024 zł. Teraz wystarczy już 160% średniej krajowej.

Rok 2015 (Władzę oddaje PO). Średnia krajowa 46.797 zł, bez składek społecznych ok. 37 tys. zł. Drugi próg wynosi już 85.829 zł. Następuje pewna poprawa, ponieważ żeby osiągnąć II-gi próg trzeba zarobić 230% średniej krajowej.

Rok 2023 (Władzę oddaje PiS). Średnia krajowa ok. 90 tys. zł, bez składek społecznych 72 tys. zł. Drugi próg kształtuje się na poziomie 120 tys. zł. Granica drugiego progu wraca do poziomu z 2005 r. (ok. 166% średniej krajowej wystarcza by w niego wkroczyć). Jeśli jednak uwzględnimy uniemożliwienie odliczenia przez PiS składki zdrowotnej od podatku (oraz jej znaczne podniesienie o 900% dla przedsiębiorców) ucisk fiskalny jest większy niż w najczarniejszych latach III RP, ponieważ jednocześnie stawka składkowo-podatkowa od wynagrodzenia powyżej 120 tys. zł wynosi ok. 60%.

Obecnie – w 2025r. pow. 120% średniej krajowej wskakuje się w drugi próg.

Dlaczego o tym piszę? W listopadzie ubiegłego roku zadzwoniła do mnie koleżanka. Ponieważ od lat jestem znany, w miejscu pracy, jako osoba, która udziela porad finansowych, chciała zasięgnąć rady, w jaki sposób uniknąć straty pensji przed samym Bożym Narodzeniem. Księgowa uprzedziła ją, że z powodu wejścia w II-gi próg podatkowy, będzie zmuszona potrącić w grudniu dodatkowe 1800 zł. I teraz powiedzmy sobie szczerze, z jaką to „bogaczką” mamy do czynienia. Koleżanka znajduje się u schyłku kariery zawodowej (do emerytury zostało je 8 lat), posiada skromne dwupokojowe mieszkanie, darowane kiedyś przez rodziców i kilkadziesiąt tysięcy oszczędności na wkład własny do przyszłego mieszkania dorosłej już córki-studentki. Tak moi czytelnicy, dzięki podatkowym reformom PiS, pomimo pozornego podniesienia kwoty wolnej od podatku (pozornego, ponieważ o kwotę niższą niż inflacja), tzw. obniżenia pierwszego progu skali podatkowej (ale przy jednoczesnym nieodliczaniu składki zdrowotnej, co powoduje, że osoba z pensją minimalną de facto płaci więcej), doszło do istotnego wzrostu liczby osób obciążonych podatko-składką 60% od nadwyżki nad pierwszy próg podatkowy. W 2015 r. podatników w II progu było 710 tys. , w 2023 r. – 823 tys. zł. Jednocześnie w czasach rządów PiS (praktycznie 2016-2024) wzrost średniej pensji (ok.100% brutto, z powodu obciążeń podatkowych o 90% netto) nie nadążał za wzrostem cen, które skoczyły o:

  1. chleb z 1,6 zł do 4,50 zł czyli 180 %,
  2. najtańszy nowy samochód z 30 tys. zł do 65 tys. zł o 116%,
  3. m2 mieszkania (Warszawa) – z 7600 zł do 16 tys. zł o 110%,
  4. raty kredytu na przeciętne (50 m2) mieszkanie (Warszawa) – z 1700 zł do 5440 zł o 220%.

Typowy przedstawiciel klasy średniej – fachowiec – kierownik niższego szczebla, lub specjalista o niewielkim majątku, ponosi gigantyczne koszty utrzymania dopłat do grup uprzywilejowanych z klasy niższej lub nawet wyższej. Zarabiając mniej w stosunku do średniej krajowej (w 2015 r. 185%, w 2023 r. – 161%, 2025 r. – 120%) ma znacznie wyższe obciążenia fiskalne. Jedynym ratunkiem przy niewielkim przekroczeniu, co powiedziałem koleżance, jest założenie rachunku IKZE, skorzystanie z ulgi podatkowej i budowanie portfela inwestycji.

Dlaczego nie kupię chińskiego auta?

Najkrótsza odpowiedź: ponieważ patrzę nie tylko na wygląd i cenę. Ok, planuję nieco się rozpisać.

W kwietniu tego roku, z nudów odwiedziłem salony Omody/Jaecoo, Forthinga oraz MG i miałem okazję przyjrzeć się tym autom z bliska. Zrobiły dobre wrażenie: ładne, przestronne, nieźle (zwłaszcza przy tej cenie) wykończone. Widziałem parę testów oraz wyniki sprzedaży (trzy spośród czterech wymienionych firm, robią całkiem spore targety). Mój kumpel zachwycał się niesprzedawanym w Polsce BYD Han-em, oraz systemami NIO (wymienne baterie elektryków). Natomiast o haczykach dowiedziałem się dopiero z numeru specjalnego MOTOR-u „Rewolucja made in China”, czyli 100 stron (minus reklamy) poświęconych wyłącznie motoryzacji z tego kraju.

Wnioski.

  1. Chińskie auta są tanie.

W Chinach (niskie podatki) nawet bardzo, u nas po prostu tanie. Taki MG 3 o długości 411 cm (nieco większy od Toyoty Yaris) kosztuje:

  • 73 tys. zł za benzynę 115 KM,
  • 88 tys. zł za hybrydę 195 KM (nie robię sobie jaj, takie są dane).

Yaris mierzy 17 cm mniej, dysponuje podobnym bagażnikiem, ale znacznie mniejszą tylną kanapą (na nogi i szerokość) oraz 130 KM w hybrydzie i kosztuje 114 tys. zł (w promocji).

Wprawdzie za 88 tys. zł da się kupić podstawowego Yarisa w hybrydzie, ale mówimy o modelu 115 KM i w podstawowej kompletacji (nie tragicznym lecz słabym).

A taka Omoda 5 (SUV długość 438 cm) z silnikiem 1.6 T o mocy 147 km za 115 tys. zł? No cóż, jego rywal Seat Ateca za podobną moc, wielkość i osiągi, każe sobie płacić 130 tys. zł i to z gorszym wyposażeniem.

Forthing U-Tour – ogromny VAN (485 cm) z silnikiem 1,5T 177 KM (Mitsubishi), kosztuje od 153 tys. zł. Jego rywal Hyundai Staria, nieco mocniejszy (1.6 T 225 KM) i dłuższy (525 cm) da się kupić za 200 tys. zł i nadal za wiele elementów będziemy musieli dopłacać.

2. Chińskie auta są ładne.

Uroda to kwestia gustu. Natomiast moim zdaniem ani Yaris nie jest ładniejszy od MG3, ani Ateca od Omody 5, ani Staria od U-Toura.

A w środku designem japończyki i wozy z koncernu VAG wręcz przegrywają. To zasługa ładnych (chociaż nie zawsze naturalnych) materiałów. Tam gdzie w Atece dostaniemy materiał w Omodzie mamy skórę (chociaż ekoskórę, lecz tę oferuje obecnie nawet Lexus).

Wady.

Ale jak wiecie, „chińczyka” nie kupuję z powodu ich wad.

  1. Stara technika.

Nie piszę tu o elektrykach (wiodą prym na świecie), ani o elektronice (największe ekrany, pełne sterowanie) lecz silnikach, zawieszeniach itp. Efekt łatwo przewidzieć. Większe spalanie, gorsze prowadzenie. Yaris 130 KM pali w teście MOTOR-u o litr mniej od MG 3 i to w każdych warunkach. Forthing U-Tour 2 l/100 km od nieprodukowanego od 4 lat Grand Scenica z nieco mniejszą mocą (o 17 KM ) lecz większą pojemnością (100 cm3).

Chińczyki prowadzą się gorzej, zwłaszcza w sytuacjach granicznych, nikt ich nie balansował komfort/sport. A europejskie/japońskie auta odstają w tych dziedzinach całkiem sporo.

2. Drogie naprawy.

MOTOR zamieszcza też ceny części. Usiądźcie proszę. Szyba czołowa do Jaecoo 7 – 5612 zł. Zderzak przedni – 7006 zł, klocki hamulcowe (przód 1197 zł). Komplet sprzęgła do tego auta 15.443 zł, w MG HS 1.5 T kosztuje … 13.700 zł .

To są już jakieś jaja. Grube jaja. I praktycznie nie ma zamienników.

A zderzak do Skody Kodiaq – dobrej jakości podróbka za 1600 zl. Szyba przednia – 2100 zł nowy oryginał i 1100 zł w zamienniku. Sprzęgło Sachs do automatu tego modelu – 2300 zł.

Każda średnia szkoda „chinola” skończy się złomowaniem.

3. Nieprzewidywalna utrata wartości.

Toyota, wiadomo, stabilnie. A „chińczyk”? Nieprzewidywalnie, ale raczej kiepsko. Powodów widzę kilka. Sporo marek zniknie z naszego rynku (i w ogóle) zostawiając nabywców na lodzie. Drogie naprawy, wysokie spalanie. To się nie skończy dobrze. A dochodzą jeszcze gigantyczne promocje (obecnie w Chinach BYD -30%).

4. Różne dziwactwa.

Proszę bardzo – prawie 5-metrowy van, wspomniany już Forthing U-Tour z 7-miejscowym nadwoziem, dysponuje ładownością ….470 kg. Nieco mniejszy SUV T-Five (457 cm długości, 480 l bagażnika) aż.. 375 kg. Kto to projektował? Kto homologował?

Wielkie ekrany, zero fizycznych przycisków występują nagminnie. Do tego braki ergonomii, źle spolszczone menu.

W efekcie bilans wychodzi słabo. Wielu woli dopłacić do Yarisa, przełknie te -64 KM (i 9.2 s/1-100 km wobec 7,6), gorsze wyposażenie, ale nie planuje się martwić cenami napraw i utratą wartości. Przed chińczykami jeszcze długa droga.

Bańka. 12k miesięcznie – minimum dla trzyosobowej rodziny.

Para polskich TikTok-erów umieściła filmik, w którym odpowiada na pytanie, ile trzeba zarabiać, żeby spokojnie przeżyć miesiąc w parze z dzieckiem (2+1). Wyszło im … 12 tys. zł. netto. A oto składowe:

  • najem lub hipoteka „czegoś większego niż kawalerka” – 4000 zł,
  • edukacja i wychowanie dziecka – 1000 zł,
  • codzienne zakupy – 2600 zł,
  • odzież i obuwie – 700 zł,
  • transport – 800 zł,
  • coś dla siebie (książki, hobby, siłownia) — 700 zł,
  • atrakcje dla dziecka – 300 zł,
  • prywatna opieka plus leki – 800 zł,
  • naprawy domowe – 400 zł,
  • fryzjer kosmetyki paznokcie – 900 zł.

Jeśli czytacie mojego bloga, oceny możecie się domyślać: absolutna bańka dobrze sytuowanych korposzczurów. Według nich, 2-średnie krajowe ledwo wystarczą na posiadanie dziecka. Bo wielu kategorii tu nie widzę:

  • wakacje,
  • prezenty,
  • teatr, koncerty, kino.

A wymienione znacznie zawyżono. Dlaczego?

Po pierwsze – większość osób nie żyje na takim poziomie.

Po drugie – wydatki, które się pojawiły albo nie są konieczne, albo da się żyć taniej.

Najem dwóch pokoi (lub rata), jak sądzę z opłatami (bo nie ma ich oddzielnie) – 4000 zł. We Wrocławiu mój syn z dziewczyną wynajmowali na początku Legnickiej, dwa pokoje z opłatami za 3000 zł. Więcej niż kawalerka. W Lublinie, dwóch kumpli syna wzięło 2 pokoje w centrum za 2500 zł z opłatami. W Opolu 2-pokoje za 2300 zł z opłatami.

Edukacja i wychowanie za 1000 zł. Znowu, w przypadku maturzysty lub studenta – może i prawda. Gdy płacimy za opiekę nad maluchem – też. Prywatne szkoły – zbyt mało. Natomiast mój nastolatek z angielskim, zajęciami sportowymi (2 obozy w roku) i daję radę za 700 zł.

Codzienne zakupy za 2600 zł. Powrócę do źródeł. 2/3 tej sumy spokojnie wystarczy. W mieście.

Odzież i obuwie – 700 zł. Zależy. Da się za 300 zł, a czasami (intensywny wzrost, markowe sklepy) i 700 zł nie wystarczy.

Transport. 800 zł za utrzymanie auta plus okazjonalne taxi. Przy b+g i tanim aucie da się za połowę tej sumy.

Coś dla siebie – 700 zł. Zawyżone znacznie. Ja wydaję na siebie 100-150 zł, a kupuję przynajmniej jedną książkę miesięcznie.

Płatne atrakcje dla dziecka 300 zł. Doskonale da się żyć bez sal zabaw itp.

Prywatna opieka plus leki 800 zł. Kto to liczył? Mówimy o trzydziestolatkach? Pakiet prywatnej opieki dla rodziny 250 zł. Ja na leki wydaje 30 zł/m-c a zdrowy nie jestem.

Naprawy domowe 400 zł. Czyli 4800 zł/rok w dwupokojowym mieszkaniu. Co oni co roku wymieniają 2 sprzęty domowe. Połowa wystarczy z nawiązką.

Fryzjer, kosmetyki, paznokcie 900 zł. Bez żartów. Bez paznokci zrobionych profesjonalnie nie da się żyć? Fryzjer u mnie kosztuje 50 zł za strzyżenie męskie (są miejsca gdzie połowę tej sumy), a żona zostawia 500 zł … raz na 3 miesiące.

Efekt – znany na początku. Tiktokerskie minimum mocno zawyżone.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zaplanuj drogę powrotu.

Bartek zwrócił uwagę, że czasami kierat nie taki straszny. Istnieją gorsze rzeczy, takie jak:

  1. Bieda.
  2. Samotność.
  3. Depresja.

Ponieważ ucieczka z kieratu nie każdemu się udaje. Zawodzi nawet plan B. Jeden z bohaterów książki Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” opisał własne doświadczenie. Ciężki rozwód i samotna ucieczka z Warszawy na Podlasie, daleko do dzieci, daleko do klientów, daleko do … wszystkiego. Trzeba więc dojechać. Godziny spędzane w samochodzie, powroty żeby się przespać. I ogromna samotność, która doprowadziła do załamania psychicznego (halucynacji). Wtedy szybki powrót bliżej miasta. Nieplanowany.

Podobnie mają rozwodnicy. Potrafią wrócić do swojego porzuconego (lub porzucającego) małżonka. Bo lepsze znane zło niż nieznane.

Da się ponownie urządzić w mieście (i w innym miejscu, o którym wspomniał Stefan Kisielewski), wrócić do korpo, z podróży kamperem dookoła świata. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować.

Stąd pomysł na plan powrotu. Jeżeli nie wypali. Złożymy CV tu i tam, coś przecież potrafimy. Wynajmiemy (a nawet kupimy mieszkanie). Policz. Zanim rzucisz kierat, dobrze skalkuluj – czy stać Cię na come back i na jakich warunkach. Jeśli na niezłych, niewiele ryzykujesz.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zorganizuj „fundusz awaryjny”.

Wiesz czego przede wszystkim będziesz potrzebował uciekając z kieratu (niezależnie czym on dla Ciebie jest)? Pieniędzy. Temu ma służyć fundusz awaryjny. Na dobre urządzenie sobie życia, na poukładanie pewnych spraw lub na powrót.

Klasyczny fundusz awaryjny wynosi równowartość 6-miesięcznych wydatków. I warto go mieć. Natomiast uciekając z kieratu warto stworzyć sobie „fundusz awaryjny ekstra”. Dlaczego? Np. żeby nie musieć korzystać z pomocy społecznej.

I pojawia się pierwsze pytanie. Dlaczego?

Otóż, gdy sprawy zaczną iść źle, potrzebujemy czasu na wdrożenie planu B. Często pozbawiając się dochodów, albo kasując oszczędności (pamiętasz remont z poprzedniego wpisu?). I wtedy te 6 miesięcy wydatków (zwykle 20-30 tys. zł), okazuje się śmiesznie małą kwotą.

Pytanie nr 2. Czyli ile?

I tutaj nie udzielę precyzyjnej odpowiedzi. Ponieważ każdy plan B, a potem C i D wymagają innej ilości kasy. Nasze „Bieszczady” mogą okazać się droższe niż myśleliśmy. No i czasem do nowej działalności trzeba dokładać przez rok.

Ale postaram się pomóc.

Założenie knajpy. Modne i częste. Bankrutowali na tym znani aktorzy. Znam boiskowego zabijakę, który umoczył na … lodziarni. Kilkaset tysięcy (połowę mniej, jeżeli kupiliśmy foodtrucka).

Kraftowy browar ok. 60-tki. Miliony. Albo i wolność, o ile przyjaciele nie poręczą.

Ucieczka na wieś (musiałem!). Dodatkowy rok życia. Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Więcej jeśli planujemy zwierzęta.

Inna działalność gospodarcza. Koszty jej funkcjonowania (i naszej rodziny) przez rok.

Popatrzcie jak z 6 miesięcy wydatków robią się astronomiczne kwoty. Może kierat nie był taki zły?

Oszczędność, ryzyko czy bieda? Dlaczego warto inwestować.

Popatrzmy na „przeciętnego Polaka” czyli osobę zarabiającą średnią krajową (ok. 6000 zł na rękę). Jeżeli chce skończyć jako zamożny człowiek ma kilka wyjść:

  1. Znacznie ograniczyć wydatki (i potrzeby) – żyjąc za 70% pensji. Odłoży wtedy 1800 zł, co przez 30 lat da mu 1, 264 mln zł (bez podatku – 1,504 mln zł), jeżeli zainwestuje na 5% (nieryzykownie). To jest w właśnie tytułowa oszczędność.
  2. Podjąć ryzyko i odkładając 15% pensji (900 zł), próbować osiągnąć stopę zwrotu 10%. Zyska wtedy 1,531 mln zł (unikając podatków nawet 2,279 mln zł).
  3. Działać jak prawie wszyscy w klasie niższej, mówiąc, że nie stać go na oszczędzanie. I mieć równe 0.
  4. Być typowym przedstawicielem klasy średniej (oszczędności 10% pensji, zwrot 5%) i dojść do 421 tys. zł (bez podatku 500 tys. zł).

Co różni każdy z tych scenariuszy? Podejście do ryzyka. Wszyscy poza znajdującym się na poz. 2, wymagają gwarancji. Jeżeli dodatkowo nie umieją oszczędzać (jak poz. 2) – czeka ich bieda. Chyba, że? … zaryzykują i:

  1. zmienią pracę na lepszą, wraz z nią swoje zarobki,
  2. wyjdą ze strefy komfortu – dorabiając,
  3. wygrają w Lotto (a jeszcze lepiej w EuroMillions), bogato się ożenią, ukradną, kupią mieszkanie za 1/10 wartości, pójdą skutecznie w politykę.

Gdyby zaś nie podjęli żadnego ryzyka, ani nie nauczyli się oszczędzać, czeka ich bieda. I warto sobie tę prawdę uświadomić.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Napisz plan B.

Plan B, zwany inaczej awaryjnym, pokazuje nam jak mamy zadziałać, gdy plan podstawowy (A) nie wypali. Wielu z nas, analizujących na maksa, lubi go mieć. Ja także. Czasem nawet plan C i plan D. Teraz czas pokazać, jak to działa w praktyce i omijam temat przeprowadzki na wieś (dzięki, Bartku) – teraz są kamper i Bieszczady.

Planujesz odejść z pracy, żeby zwiedzać świat kamperem.

Ostatnio czytałem taki wpis – ludzie ok. 40-tki, sprzedali dom, firmę, kupili kampera i wyruszyli w świat. Spełniali marzenia. Planowali żyć z odsetek. Co złego może się stać? Wszystko.

Rząd może w czasie pandemii zabronić kamperowania. Plan B – mieć jednak stałą miejscówkę w której się zaszyjemy na jakiś czas.

Niska inflacja (lub przeciwnie wysoka przy kiepskiej lokacie) zje nam realną wartość otrzymywanych środków. Plan B – pójść do pracy dorywczej w sezonie. Plan C (tym razem robię wyjątek) – nauczyć się inwestowania i zerwać z lokatami.

Choroba. Nie wybiera. Trzeba mieć ubezpieczenie zdrowotne i dostęp do szpitala. Plan B – wracamy do kraju i podejmujemy jakieś zajęcie (albo kupujemy hektar przeliczeniowy pola i płacimy KRUS).

Chcesz rzucić żonę, związać się z 20-latką, i zamieszkać w Bieszczadach, prowadząc mikro-stadninę.

Zdziwię Was, wielu facetów głupi plan wprowadza w życie i … pewnemu procentowi udaje się tak żyć. Ale reszcie nie. I oni muszą mieć plan B.

Znudzą nam się Bieszczady. Plan B – sprzedać stadninę, kupić coś bliżej miasta (akurat w Bieszczadach działki drogie, powinno być wykonalne).

20-latka zapragnie gromadki dzieci, a my pięćdziesięciolatkowie – niekoniecznie. Plan B – znaleźć sobie kolejną dwudziestolatkę (nie namawiam, ale niektórym się powiodło, tylko za chwilę druga dwudziestolatka znowu chce mieć dzieci i… tak do emerytury).

Złamiemy nogę (autentyczna historia pewnego właściciela stadniny, w poprzednim życiu męża pięćdziesięciolatki, a dwa życia wstecz – kierownika w korpo). Plan B – zagonić 20-latkę do rąbania drewna (autentyczne i możliwe, bo nikt nie chce marznąć w zimie).

Dom wymaga poważnego remontu. Plan B? Modlić się o śmierć bogatej ciotki (znowu autentyczna historia), albo zacisnąć zęby i zrobić remont samemu albo wrócić na rok na etat.

Całkowita zmiana zawodu – ze stomatologa, właściciel sklepu internetowego.

Znam takich, którzy zawód wybrali według oczekiwań rodziców. Czyli triada: lekarz, prawnik, dentysta. No i nagle okazuje się, że po 40-tce zaglądanie ludziom w zęby, brzuchy czy umowy frankowe, potwornie nudzi. Dlaczego nie spróbować sklepu internetowego z rękodziełem?

Rząd wprowadza nowe podatki. Plan B – założyć spółkę na CIT.

Społeczeństwo ubożeje i nie kupuje już ręcznie robionych zakładek do książek ze skóry krokodyla. Plan B – handlować używaną odzieżą lub sprzedawać chleb.

Weszła mocna zachodnia konkurencja. Plan B – sprzedać jej sklep i … stworzyć coś nowego.

A teraz moje własne plany B, C, D, po odejściu z drugiego etatu.

Cel – zarobić dodatkowo 5 tys. zł netto, pracując jak najmniej.

Plan B – wziąć więcej zleceń w firmie na boku (udało się, dalszych nie wdrażałem).

Plan C – założyć fundację, która stoi po drugiej stronie.

Plan D – pozwać byłego pracodawcę o odszkodowanie i mieć czas na zastanowienie. A co, Ameryka.

Plan E – kupić szambiarkę i ….resztę już znacie.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Opisz wydatki i dochody

Kiedy uciekamy z kieratu po ustaleniu naszych aktywów i pasywów trzeba jeszcze określić dochody i wydatki. Oszczędności oszczędnościami, ale przeciętne mogą szybko się skończyć, a ogromne niewiele osób posiada. Ponownie wracamy do naszych scenariuszy.

Ucieczka z korpo na wieś pod Siedlce.

Pamiętacie założenia: pieniądze ze mieszkania pójdą na zakup i remont gospodarstwa, auto zmieniamy na bardziej praktyczne, plus dysponujemy 100 tys. zł oszczędności. W pierwszej fazie, której nie przedstawiam, nadal pracujemy w korpo i kończymy studia rolnicze, a szwagier szuka nam ziemi.

Faza druga wymaga właśnie opisania wydatków i dochodów. Zacznijmy od tych pierwszych. Rodzina mieszkająca w mieście, wciśnięta w korpohabitus ma tendencje do:

  • egzotycznych wakacji,
  • markowych ciuchów,
  • jedzenia na mieście,
  • płatnej edukacji i służby zdrowia,
  • długiej listy rozrywek.

Powiedzmy sobie szczerze – wiejski budżet ich nie udźwignie. Zostanie minimum dla 2+1, o którym wiele pisałem:

Jedzenie+chemia+kosmetyki- 1500 zł, dom 800 zł, auto 700 zł, nauka 500 zł, wydatki własne (ubrania, fryzjer, drobne przyjemności, prezenty i tzw. kieszonkowe) 1500 zł. Razem:5000 zł.

W budżecie nie ma kosztów prowadzenia gospodarstwa rolnego – wybaczcie, ale na tym się nie znam. Tylko wydatki rodzinne.

I teraz te 5000 zł trzeba jakoś zarobić, bo wydatki muszą być niższe niż dochody.

Najpierw – świadczenia państwowe: 1000 zł (800+, wyprawka, świadczenia rodzinne). Zostaje 4000 zł/m-c. I tu wchodzi temat, który męczyłem kilka razy: Z czego żyć na wsi? Albo praca na miejscu, albo zdalna, albo dorywcza, albo jakiś biznes. Teoretycznie gospodarstwo przynosi ok. 5500 zł (GUS)/ha przeliczeniowy/rok. Żeby uzyskać 48.000 zł trzeba mieć ok. 9 ha przeliczeniowych. Na dobrej ziemi – 6 ha fizyczne wystarczą. Nie każdy jednak chce żyć z ziemi.

Pewną siatkę bezpieczeństwa stanowi 100 tys. zł oszczędności, ale nie starczą na wiele. Stąd stronę dochodową trzeba dobrze przemyśleć. W moim przypadku te 4000 zł zarobiłbym z wynajmu lub sprzedaży domu w mieście, wiem że nie każdy ma taką szansę.

A inna wersja? Kupujemy tylko siedlisko i zakładamy firmę na miejscu. Wtedy wydatki zostaną te same, a dochody z firmy pokryją koszty życia. Przy czym całe oszczędności pójdą pewnie na rozruch firmy.

Partner doskonały.

Rozwód stanowi nie tylko traumę, ale katastrofę ekonomiczną. Dla obojga – bo zostaje jeden dochód i połowa majątku. Dla kobiety – gdyż zostaje jej 30% dochodu i 70% dotychczasowych wydatków. No chyba, że dostanie alimenty. Dla mężczyzny – cóż on zwykle traci najwięcej: zostaje mu 70% łącznego dochodu, ale wydatki nawet rosną. Przyczyna? Alimenty. W Polsce 1000 zł/dziecko to minimum (w Warszawie 1500 zł), a znam facetów, którzy płacą 2000 zł/dziecko, 3000 zł/dziecko a nawet 7000 zł/dziecko. Przeciętny korpolud z pensją 10k netto, tracąc mieszkanie (dostanie je żona), przy dwójce dzieci dostanie 4k alimentów, plus zapłaci 3,5k za kawalerkę. Na resztę zostanie mu 2,5 tys. zł. Słabo.

Stąd tak wielu rozwodników dorabia. Szczęśliwcy trafią na drugą połówkę i … chyba na ten scenariusz każdy liczy. Niemniej jednak obliczenia trzeba zrobić. Zawsze indywidualnie i raczej zawyżając wydatki i zaniżając dochody. Żeby nie spotkać się z murem.

Fiat 500d kontra 500b. Dlaczego nie warto kupować starego diesla?

Ideał zakupowy przeciętnego Polaka to Volkswagen w TDI. Na nowe (ok. 110 tys. zł za Golfa o mocy 116 KM) niewielu stać, więc wybierają auta kilku, kilkunastoletnie, z przebiegiem 150 -350 tys. km. Efekt? Właśnie o nim chciałem napisać.

Drogie naprawy, które nie równoważą zysków z niskiego spalania.

Mam to szczęście, że w mojej „stajni” stoją dwa podobne auta – Fiaty 500, jeden z silnikiem 1.3 JTD, drugi 1.2 benzyna. Diesel wygrywa przyspieszeniem: subiektywnie – gigantyczna różnica, obiektywnie -2,2 s/0-100 km. Spalanie także jest niższe, średnio o 2 l/100 km.

A teraz przeanalizujmy koszty eksploatacji.

500 JTD jest u mnie w domu (żona, ja, a teraz najmłodszy syn) od 6 lat. W tym czasie przejechał 55 tys. km i ma obecnie „nalot” 1`70 tys. km. Koszty jego napraw rosną lawinowo. Przez ten czas wymieniano:

  • sprzęgło (x2 – częsta przypadłość turbodiesli) – koszt (wg aktualnych cen) – 3000 zł,
  • łańcuch rozrządu, pompa oleju, napinacze, wtryskiwacz – 3400 zł,
  • EGR 1700 zł,
  • Przepływomierz, pompa paliwa – 1200 zł.

W sumie 9300 zł, z czego 2/3 na ostatnich 15 tys. km. Typowe naprawy diesla: sprzęgło, wtryskiwacz, EGR, łańcuch rozrządu.

500 1.2, następca legendarnych FIRE, jest u mnie 2 lata i przejechał 15 tys. km, ale w sumie już 165 tys. km. Poza pierwszym, startowym przeglądem nie wymagał żadnych napraw. Tylko filtry, oleje.

A czy spalanie to zrównoważy? 9300 zł na 55 tys. km oznacza ca. 17 gr/1 km czyli 17 zł/100 km. Prawie 3 litry paliwa/100 km (do tego diesel jest obecnie droższy).

I takich historii znam całkiem sporo. Dlaczego? Ponieważ diesle pow. 150-200 tys. km zaczynają trapić typowe, a drogie awarie:

  • turbina – od 2000 zł, a często i 10.000 zł,
  • dwumas od 2000 zł, a może być i 5 razy więcej,
  • wtryski od 1000 zł do 4000 zł/szt. (potrafi być ich dziesięć – słynny v10 TDI z Touarega i Phaetona),
  • łańcuch rozrządu – od 1500 zł do 20.000 zł (Audi 3.0 TDI).

I jeśli już diesel sypie się, to koszty znacznie przekraczają oszczędności na paliwie. Nawet w małym 1.3 JTD czy 1.9 TDI. Dlaczego więc taki popyt? Powody widzę dwa. Każdy uważa, że nie trafi na niego oraz awaryjność nowszych benzyn. 2.0 TSI brało olej (nienaprawialne), w 1.2 PureTech (Stellantis) zrywał się pasek rozrządu, legendarnie psuły się 1.4 TSI, 1.6 FSI, czy 4.4 BMW (seria 750). Te bezawaryjne (1.6 MPI, dwulitrówki Volvo) paliły jak smoki. I mówimy tu o średniej na poziomie 10-12 l/100km (w mieście 30-50% więcej), przy jednoczesnej mułowatości.

Co robić? Kupić hybrydę. W mojej stajni już stoi IONIQ hybrid I gen.