Oszczędność, ryzyko czy bieda? Dlaczego warto inwestować.

Popatrzmy na „przeciętnego Polaka” czyli osobę zarabiającą średnią krajową (ok. 6000 zł na rękę). Jeżeli chce skończyć jako zamożny człowiek ma kilka wyjść:

  1. Znacznie ograniczyć wydatki (i potrzeby) – żyjąc za 70% pensji. Odłoży wtedy 1800 zł, co przez 30 lat da mu 1, 264 mln zł (bez podatku – 1,504 mln zł), jeżeli zainwestuje na 5% (nieryzykownie). To jest w właśnie tytułowa oszczędność.
  2. Podjąć ryzyko i odkładając 15% pensji (900 zł), próbować osiągnąć stopę zwrotu 10%. Zyska wtedy 1,531 mln zł (unikając podatków nawet 2,279 mln zł).
  3. Działać jak prawie wszyscy w klasie niższej, mówiąc, że nie stać go na oszczędzanie. I mieć równe 0.
  4. Być typowym przedstawicielem klasy średniej (oszczędności 10% pensji, zwrot 5%) i dojść do 421 tys. zł (bez podatku 500 tys. zł).

Co różni każdy z tych scenariuszy? Podejście do ryzyka. Wszyscy poza znajdującym się na poz. 2, wymagają gwarancji. Jeżeli dodatkowo nie umieją oszczędzać (jak poz. 2) – czeka ich bieda. Chyba, że? … zaryzykują i:

  1. zmienią pracę na lepszą, wraz z nią swoje zarobki,
  2. wyjdą ze strefy komfortu – dorabiając,
  3. wygrają w Lotto (a jeszcze lepiej w EuroMillions), bogato się ożenią, ukradną, kupią mieszkanie za 1/10 wartości, pójdą skutecznie w politykę.

Gdyby zaś nie podjęli żadnego ryzyka, ani nie nauczyli się oszczędzać, czeka ich bieda. I warto sobie tę prawdę uświadomić.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Napisz plan B.

Plan B, zwany inaczej awaryjnym, pokazuje nam jak mamy zadziałać, gdy plan podstawowy (A) nie wypali. Wielu z nas, analizujących na maksa, lubi go mieć. Ja także. Czasem nawet plan C i plan D. Teraz czas pokazać, jak to działa w praktyce i omijam temat przeprowadzki na wieś (dzięki, Bartku) – teraz są kamper i Bieszczady.

Planujesz odejść z pracy, żeby zwiedzać świat kamperem.

Ostatnio czytałem taki wpis – ludzie ok. 40-tki, sprzedali dom, firmę, kupili kampera i wyruszyli w świat. Spełniali marzenia. Planowali żyć z odsetek. Co złego może się stać? Wszystko.

Rząd może w czasie pandemii zabronić kamperowania. Plan B – mieć jednak stałą miejscówkę w której się zaszyjemy na jakiś czas.

Niska inflacja (lub przeciwnie wysoka przy kiepskiej lokacie) zje nam realną wartość otrzymywanych środków. Plan B – pójść do pracy dorywczej w sezonie. Plan C (tym razem robię wyjątek) – nauczyć się inwestowania i zerwać z lokatami.

Choroba. Nie wybiera. Trzeba mieć ubezpieczenie zdrowotne i dostęp do szpitala. Plan B – wracamy do kraju i podejmujemy jakieś zajęcie (albo kupujemy hektar przeliczeniowy pola i płacimy KRUS).

Chcesz rzucić żonę, związać się z 20-latką, i zamieszkać w Bieszczadach, prowadząc mikro-stadninę.

Zdziwię Was, wielu facetów głupi plan wprowadza w życie i … pewnemu procentowi udaje się tak żyć. Ale reszcie nie. I oni muszą mieć plan B.

Znudzą nam się Bieszczady. Plan B – sprzedać stadninę, kupić coś bliżej miasta (akurat w Bieszczadach działki drogie, powinno być wykonalne).

20-latka zapragnie gromadki dzieci, a my pięćdziesięciolatkowie – niekoniecznie. Plan B – znaleźć sobie kolejną dwudziestolatkę (nie namawiam, ale niektórym się powiodło, tylko za chwilę druga dwudziestolatka znowu chce mieć dzieci i… tak do emerytury).

Złamiemy nogę (autentyczna historia pewnego właściciela stadniny, w poprzednim życiu męża pięćdziesięciolatki, a dwa życia wstecz – kierownika w korpo). Plan B – zagonić 20-latkę do rąbania drewna (autentyczne i możliwe, bo nikt nie chce marznąć w zimie).

Dom wymaga poważnego remontu. Plan B? Modlić się o śmierć bogatej ciotki (znowu autentyczna historia), albo zacisnąć zęby i zrobić remont samemu albo wrócić na rok na etat.

Całkowita zmiana zawodu – ze stomatologa, właściciel sklepu internetowego.

Znam takich, którzy zawód wybrali według oczekiwań rodziców. Czyli triada: lekarz, prawnik, dentysta. No i nagle okazuje się, że po 40-tce zaglądanie ludziom w zęby, brzuchy czy umowy frankowe, potwornie nudzi. Dlaczego nie spróbować sklepu internetowego z rękodziełem?

Rząd wprowadza nowe podatki. Plan B – założyć spółkę na CIT.

Społeczeństwo ubożeje i nie kupuje już ręcznie robionych zakładek do książek ze skóry krokodyla. Plan B – handlować używaną odzieżą lub sprzedawać chleb.

Weszła mocna zachodnia konkurencja. Plan B – sprzedać jej sklep i … stworzyć coś nowego.

A teraz moje własne plany B, C, D, po odejściu z drugiego etatu.

Cel – zarobić dodatkowo 5 tys. zł netto, pracując jak najmniej.

Plan B – wziąć więcej zleceń w firmie na boku (udało się, dalszych nie wdrażałem).

Plan C – założyć fundację, która stoi po drugiej stronie.

Plan D – pozwać byłego pracodawcę o odszkodowanie i mieć czas na zastanowienie. A co, Ameryka.

Plan E – kupić szambiarkę i ….resztę już znacie.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Opisz wydatki i dochody

Kiedy uciekamy z kieratu po ustaleniu naszych aktywów i pasywów trzeba jeszcze określić dochody i wydatki. Oszczędności oszczędnościami, ale przeciętne mogą szybko się skończyć, a ogromne niewiele osób posiada. Ponownie wracamy do naszych scenariuszy.

Ucieczka z korpo na wieś pod Siedlce.

Pamiętacie założenia: pieniądze ze mieszkania pójdą na zakup i remont gospodarstwa, auto zmieniamy na bardziej praktyczne, plus dysponujemy 100 tys. zł oszczędności. W pierwszej fazie, której nie przedstawiam, nadal pracujemy w korpo i kończymy studia rolnicze, a szwagier szuka nam ziemi.

Faza druga wymaga właśnie opisania wydatków i dochodów. Zacznijmy od tych pierwszych. Rodzina mieszkająca w mieście, wciśnięta w korpohabitus ma tendencje do:

  • egzotycznych wakacji,
  • markowych ciuchów,
  • jedzenia na mieście,
  • płatnej edukacji i służby zdrowia,
  • długiej listy rozrywek.

Powiedzmy sobie szczerze – wiejski budżet ich nie udźwignie. Zostanie minimum dla 2+1, o którym wiele pisałem:

Jedzenie+chemia+kosmetyki- 1500 zł, dom 800 zł, auto 700 zł, nauka 500 zł, wydatki własne (ubrania, fryzjer, drobne przyjemności, prezenty i tzw. kieszonkowe) 1500 zł. Razem:5000 zł.

W budżecie nie ma kosztów prowadzenia gospodarstwa rolnego – wybaczcie, ale na tym się nie znam. Tylko wydatki rodzinne.

I teraz te 5000 zł trzeba jakoś zarobić, bo wydatki muszą być niższe niż dochody.

Najpierw – świadczenia państwowe: 1000 zł (800+, wyprawka, świadczenia rodzinne). Zostaje 4000 zł/m-c. I tu wchodzi temat, który męczyłem kilka razy: Z czego żyć na wsi? Albo praca na miejscu, albo zdalna, albo dorywcza, albo jakiś biznes. Teoretycznie gospodarstwo przynosi ok. 5500 zł (GUS)/ha przeliczeniowy/rok. Żeby uzyskać 48.000 zł trzeba mieć ok. 9 ha przeliczeniowych. Na dobrej ziemi – 6 ha fizyczne wystarczą. Nie każdy jednak chce żyć z ziemi.

Pewną siatkę bezpieczeństwa stanowi 100 tys. zł oszczędności, ale nie starczą na wiele. Stąd stronę dochodową trzeba dobrze przemyśleć. W moim przypadku te 4000 zł zarobiłbym z wynajmu lub sprzedaży domu w mieście, wiem że nie każdy ma taką szansę.

A inna wersja? Kupujemy tylko siedlisko i zakładamy firmę na miejscu. Wtedy wydatki zostaną te same, a dochody z firmy pokryją koszty życia. Przy czym całe oszczędności pójdą pewnie na rozruch firmy.

Partner doskonały.

Rozwód stanowi nie tylko traumę, ale katastrofę ekonomiczną. Dla obojga – bo zostaje jeden dochód i połowa majątku. Dla kobiety – gdyż zostaje jej 30% dochodu i 70% dotychczasowych wydatków. No chyba, że dostanie alimenty. Dla mężczyzny – cóż on zwykle traci najwięcej: zostaje mu 70% łącznego dochodu, ale wydatki nawet rosną. Przyczyna? Alimenty. W Polsce 1000 zł/dziecko to minimum (w Warszawie 1500 zł), a znam facetów, którzy płacą 2000 zł/dziecko, 3000 zł/dziecko a nawet 7000 zł/dziecko. Przeciętny korpolud z pensją 10k netto, tracąc mieszkanie (dostanie je żona), przy dwójce dzieci dostanie 4k alimentów, plus zapłaci 3,5k za kawalerkę. Na resztę zostanie mu 2,5 tys. zł. Słabo.

Stąd tak wielu rozwodników dorabia. Szczęśliwcy trafią na drugą połówkę i … chyba na ten scenariusz każdy liczy. Niemniej jednak obliczenia trzeba zrobić. Zawsze indywidualnie i raczej zawyżając wydatki i zaniżając dochody. Żeby nie spotkać się z murem.

Fiat 500d kontra 500b. Dlaczego nie warto kupować starego diesla?

Ideał zakupowy przeciętnego Polaka to Volkswagen w TDI. Na nowe (ok. 110 tys. zł za Golfa o mocy 116 KM) niewielu stać, więc wybierają auta kilku, kilkunastoletnie, z przebiegiem 150 -350 tys. km. Efekt? Właśnie o nim chciałem napisać.

Drogie naprawy, które nie równoważą zysków z niskiego spalania.

Mam to szczęście, że w mojej „stajni” stoją dwa podobne auta – Fiaty 500, jeden z silnikiem 1.3 JTD, drugi 1.2 benzyna. Diesel wygrywa przyspieszeniem: subiektywnie – gigantyczna różnica, obiektywnie -2,2 s/0-100 km. Spalanie także jest niższe, średnio o 2 l/100 km.

A teraz przeanalizujmy koszty eksploatacji.

500 JTD jest u mnie w domu (żona, ja, a teraz najmłodszy syn) od 6 lat. W tym czasie przejechał 55 tys. km i ma obecnie „nalot” 1`70 tys. km. Koszty jego napraw rosną lawinowo. Przez ten czas wymieniano:

  • sprzęgło (x2 – częsta przypadłość turbodiesli) – koszt (wg aktualnych cen) – 3000 zł,
  • łańcuch rozrządu, pompa oleju, napinacze, wtryskiwacz – 3400 zł,
  • EGR 1700 zł,
  • Przepływomierz, pompa paliwa – 1200 zł.

W sumie 9300 zł, z czego 2/3 na ostatnich 15 tys. km. Typowe naprawy diesla: sprzęgło, wtryskiwacz, EGR, łańcuch rozrządu.

500 1.2, następca legendarnych FIRE, jest u mnie 2 lata i przejechał 15 tys. km, ale w sumie już 165 tys. km. Poza pierwszym, startowym przeglądem nie wymagał żadnych napraw. Tylko filtry, oleje.

A czy spalanie to zrównoważy? 9300 zł na 55 tys. km oznacza ca. 17 gr/1 km czyli 17 zł/100 km. Prawie 3 litry paliwa/100 km (do tego diesel jest obecnie droższy).

I takich historii znam całkiem sporo. Dlaczego? Ponieważ diesle pow. 150-200 tys. km zaczynają trapić typowe, a drogie awarie:

  • turbina – od 2000 zł, a często i 10.000 zł,
  • dwumas od 2000 zł, a może być i 5 razy więcej,
  • wtryski od 1000 zł do 4000 zł/szt. (potrafi być ich dziesięć – słynny v10 TDI z Touarega i Phaetona),
  • łańcuch rozrządu – od 1500 zł do 20.000 zł (Audi 3.0 TDI).

I jeśli już diesel sypie się, to koszty znacznie przekraczają oszczędności na paliwie. Nawet w małym 1.3 JTD czy 1.9 TDI. Dlaczego więc taki popyt? Powody widzę dwa. Każdy uważa, że nie trafi na niego oraz awaryjność nowszych benzyn. 2.0 TSI brało olej (nienaprawialne), w 1.2 PureTech (Stellantis) zrywał się pasek rozrządu, legendarnie psuły się 1.4 TSI, 1.6 FSI, czy 4.4 BMW (seria 750). Te bezawaryjne (1.6 MPI, dwulitrówki Volvo) paliły jak smoki. I mówimy tu o średniej na poziomie 10-12 l/100km (w mieście 30-50% więcej), przy jednoczesnej mułowatości.

Co robić? Kupić hybrydę. W mojej stajni już stoi IONIQ hybrid I gen.

Czy stać Cię na tradycyjny ślub?

W ludowej optyce, maj był jednym z najgorszych miesięcy na ślub (poza listopadem, kojarzonym ze śmiercią). Opowiadało o tym przysłowie „Marcowe stadło, diabłu pocieradło”. Niemniej jednak właśnie w maju, poruszam temat, dość kontrowersyjny, ale i chyba praktyczny.

Na kilku forach spotkałem się z opinią „nie stać mnie na ślub”. No i zacząłem analizy.

Generalnie widzę zmianę mentalności. O ile jeszcze 20 lat temu standard stanowiła biała sukienka, kościół oraz wesele na 100 osób, co nazywam tytułowym tradycyjnym ślubem, o tyle dzisiaj zaczyna mocno zaznaczać się inny trend – ślub w urzędzie plus obiad dla rodziny. Powody? Zmiany obyczajowe i ceny.

Najpierw przeżyłem odejście od wesel wielodniowych. Potem odwrót od ślubów kościelnych (w dużych miastach stanowią one mniej niż połowę związków). Teraz odpuszczono sobie także wesela, nie widząc w nich wielu plusów. To są właśnie zmiany obyczajów – kiedyś nie do pomyślenia. Trzeba się było zadłużyć, zacisnąć zęby, a impreza miała być.

Dzisiaj, gdy stuosobowe wesele kosztuje 150-160 tys. zł (sam talerzyk czyli miejsce przy stole i jedzenie ok. 500 zł/os.), wielu zastanawia się nad sensem wydania na jedną noc równowartości wkładu własnego na mieszkanie, a czasem miejscach nawet połowy ceny dwupokojowego mieszkania. Kiedyś było jednak relatywnie taniej. Dlaczego?

Najpierw weszły restauracje, które obecnie wywindowały ceny. Potem szereg nowych elementów – profesjonalny film zamiast wujka z kamerą, foto budki, atrakcje, prezenty dla gości, miejsca hotelowe, identyczne stroje dla druhen, wieczór panieński, wieczór kawalerski oraz cała oprawa, diablo dzisiaj droga. W zasadzie tylko wódka (w relacji do zarobków) potaniała. Jednak w wielu wypadkach zastąpiły ją słabsze trunki. I dochodzimy do tych 150 tys. zł. Czy się opłaca? Nie. Czy warto? Osobiście, nie sądzę, ale o odejściu od zwyczaju nie można myśleć w tradycyjnych społecznościach. Moi przyjaciele górale nie wyobrażają sobie ślubu bez kościoła i wesela. Ja ze spokojem przyjąłem deklarację moich dzieci, że najpierw wspólne zamieszkanie, potem skromny ślub i obiad dla najbliższej rodziny. Czasy się zmieniają. Jaki jest sens puszczania 150k w jedną noc, a następnie spłacanie rat za mieszkanie? Żaden. A wielu po prostu na to nie stać (ani na wesele, ani na własne M). Stąd odpowiedź na tytułowe pytanie coraz częściej bywa negatywna.

Z czego będę żył, gdy przeprowadzę się na wieś?

Odpowiedź wydaje się prosta – z drugiego etatu (24 godziny/tydzień, a licząc z urlopami 20 godzin/tydzień) i działalności gospodarczej (10 godzin/tydzień). Ale nie tylko.

Część przychodów zapewni mi kapitał. Sprzedam działkę w górach, dom w mieście, zgarnę oszczędności, i potrafię z tej kwoty wycisnąć pewnie jeszcze 8-10.000 zł/miesiąc. Ewentualnie – kupię pensjonat w górach i będę go prowadził w trakcie sezonu.

To nie wszystko, trochę pójdę w rolnictwo, a w zasadzie ogrodnictwo. Mam kilka pomysłów.

Razem zbierze się kwotę znacznie straconego etatu przy niewspółmiernie niskim nakładzie pracy.

A jak to się ma do przeciętnego człowieka? O tym będzie oddzielny wpis.

Demitologizacja Balcerowicza. Echa ciekawej dyskusji, na którą trafiłem.

Całkiem niedawno przeczytałem internetową wymianę argumentów na temat: banki, inflacja, „kto mądry kupował na kredyt i spłacał za jedną pensję”. Motyw przewodni – Leszek Balcerowicz jako minister finansów.

Zaczęła tym wywiadem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,31806578,przyszli-po-lodowke-za-1-5-tys-zl-ale-okazalo-sie-ze-maja.html Anna Kalita. Jej rozmówca (psycholog i specjalista od zadłużenia) głosił takie „mądrości”:

  1. „Mój ojciec, urodzony przed II wojną księgowy, totalny wróg zadłużania się, budował dom przez ponad 30 lat. Z tego, co zdołał odłożyć. Małymi krokami. Budowy nie ukończył nigdy.”
  2. „Od ręki przyznano nam 1,5 mln zł pożyczki. Na 30 albo 40 lat, już dokładnie nie pamiętam. To był 1988 rok. W 1990 stery Ministerstwa Finansów przejął Leszek Balcerowicz, za którego co wieczór powinniśmy odmawiać zdrowaśki, ponieważ stał się cud – nasze zarobki nagle bardzo wzrosły, bo pojawiały się przy nich kolejne zera. Te miliony były warte diametralnie mniej niż przed zmianą ustrojową – siła nabywcza pieniądza się zmieniła – ale na naszej umowie kredytowej wciąż widniała ta sama kwota. Kilka ówczesnych wypłat, moich i żony, starczyło na spłacenie całości zadłużenia od ręki. Wygraliśmy los na loterii historii. Pożyczone miliony dały mi coś, czego nie miał mój ojciec – możliwości. Ojciec nie wybudował domu w 30 lat. Ja nasz wybudowałem w trzy. Mieszkamy z żoną w tym domu do dziś.”

Psycholog może tego nie wiedzieć, obie podstawy mają oparcie nie w obiektywnych prawach ekonomii, a pokoleniowym doświadczeniu gospodarczym. Otóż, „przedwojenni” wychowali się w opowieściach o „złym kredycie”, które wybrzmiały w cytowanych na moim blogu chłopskich pamiętnikach z Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu nie zadłużali się. Dodatkowo, w swoich młodych latach (PRL przed Gierkiem), takich opcji nie mieli.

Co innego człowiek wchodzący w dorosłość w latach 80-tych XX w. Przy czym apoteoza Leszka Balcerowicza bardzo łatwo mogła zmienić się w przekleństwo. I ta historia wybrzmiewa w komentarzach do wywiadu.

Postaram się zatem pewne rzeczy usystematyzować. Otóż Leszek Balcerowicz, jako wicepremier od gospodarki, zrobił rzeczy wielkie a zarazem straszne, tragiczne i okrutne. Stał się symbolem afer (zamrożenie kursu dolara, alkoholowa itp.), likwidacji polskiego przemysłu, a nawet całych miast i wsi. Wyhodował mit założycielski PiS i Samoobrony. Doprowadził do wzrostu gospodarczego, połączonego z 20% ogólnokrajowym bezrobociem, a w niektórych miejscach nawet 80%. Gigantyczna zapaść to jego dzieło, budowanie z gruzów zaczęli inni.

Ale wróćmy do kredytów. Otóż na początku faktycznie szalała inflacja a raty bywały stałe, co powodowało zmniejszenie obciążeń. Jednocześnie zdewaluowano oszczędności. A potem… nagle przeliczono zobowiązania wobec banków. No i zaczęło się. Ludzie z miesiąca na miesiąc (tak!) mieli do spłaty 40% więcej niż pożyczyli. Ich pensje nie mogły rosnąć w tym tempie (sławetne dzieło Balcerowicza „popiwek” – podatek od wzrostu wynagrodzeń w firmie), więc albo natychmiast spłacali, albo bankrutowali. Kryzys inflacyjny (raty +100% na przestrzeni roku) to przy tamtych czasach (+600%) małe piwo. I o tym warto pamiętać, gdy chwali się Balcerowicza.

Czego jednak z tej lekcji możemy się nauczyć? Warto myśleć samodzielnie. Bank nie jest naszym przyjacielem. Kredyt mieszkaniowy opłaca się wtedy, gdy pozostanie tani. Dzisiejsze raty (ok. 800 zł przez 30 lat od każdych pożyczonych 100 tys. zł), wymagają minimalizowania zobowiązań. Niby proste, a młodych dalej próbuje się wychowywać paradygmatem sprzed dekady – czasów taniego pieniądza.

Dzisiaj, samodzielna budowa niewielkiego domu, albo próba remontu istniejącego, może okazać się tańsza niż zakup mieszkania od dewelopera. Minimalizujemy pożyczane kwoty, a tym samym i obciążenie. Czy ta prawda zostanie aktualna jutro? Pewnie nie.

Jak na przeciętnego pracownika wpływa praca zdalna?

W kwietniu pisałem o pracy zdalnej w korpo – podsumowując, że niezłego pracownikowi, likwidacja tej formy powinna skłonić do poważnych zmian. Teraz o perspektywie „średniaka”.

Otóż średniak wyrabia te 100% normy, ale potrzebuje na to 100% (czyli 40 godzin tygodniowo). Jak na niego wpływa praca zdalna?

W większości wypadków – korzystnie, w nielicznych – destrukcyjnie. Zacznijmy od plusów.

Powód 1. Niepłatne godziny.

Praca zdalna „odcina” dwa bardzo ważne bloki czasowe: dojazdy i „szykowanie się”. Cofnijmy się do tekstu Onet-u – 3 h dziennie w samochodzie, albo wychodzenie do biura o 6.20, żeby ominąć korki, stanowią punkt wyjścia. Dodatkowe 3h to czas, w którym nic nie robimy i nikt nam za to nie płaci. Zróbmy prosty bilans.

22 dni robocze x 8 godzin – urlopy = 170 godzin pracy miesięcznie.

A jeśli zwiększymy tę liczbę o 37% (czyli 3 h dojazdu), mamy już 233 h/m-c, w tym 63 godziny niepłatne.

Dodając 1 h na szykowanie się (prasowanie, układanie fryzury, makijażu, pastowanie butów, przygotowanie 2-go śniadania, napoju itp.) Dodajemy już 50% czasu. No i robi się 255h, z czego 85 h darmowych.

Zachowując tę samą wydajność (na 100% w 8 godzin), warszawski korposzczur oszczędza 33% czasu, jeżeli pracuje z domu.

W warunkach mojego miasta będzie to nieco mniej (1 h na dojście, 1 h szykowania się) czyli bezpłatne 2h/dzień, czyli +20%.

Powód 2. Elastyczna praca.

Nawet jeśli pracujemy w korpo, powstaje opcja „ruchomego czasu pracy”. Krótko mówiąc – mamy spędzić przy kompie 8h. Firmy nie interesuje w jakich godzinach (ew. ustalają pewne ramy np. 6-22, żeby nie płacić za „nocki”). I wtedy zyskujemy. Rano odwozimy dzieci do pracy, robimy obiad, a pracujemy popołudniami. W świecie ludzi posiadających jakieś życie prywatne – super sprawa.

Powód 3. Prywatna optymalizacja.

Pisał o niej w „Czterogodzinnym tygodniu pracy” Tim Ferriss. Stosujemy różne metody, aby jak najmniej pracować. Dajemy pracodawcy efekt, a zyskujemy czas, oszukując. Wielu skorzysta.

I tak, wykorzystamy sztuczną inteligencję, żeby pracowała za nas. Lub jak u Ferrissa, wykorzystamy prywatnego asystenta z Azji.

Napiszemy maila o 3 w nocy, ale ustawimy wysłanie go o 10.

Wykonamy zadanie po kolacji, a przekażemy je szefowi w południe następnego dnia.

Powód 4. Mniej wydatków.

3-godzinny dojazd to nie tylko czas, ale i pieniądze. Trasa 25 km Białołęka-Ożarów, to 1000 km miesięcznie, przy spalaniu w korkach na poziomie 8 l/100 km (z dolnej półki!) mówimy o wydatku ok. 500 zł.

A ubrania? Kosmetyki? Buty? Karty parkingowe? Kawa na wynos? Pan Kanapka? Biurowe składki?

Każda z tych pozycji kosztuje. Pracując zdalnie – oszczędzamy.

Podsumowanie. Praca zdalna, nawet dla przeciętnego korposzczura zapewnia niezły work-life balance. Pozwala oszczędzać i czas, i pieniądze. Daje komfort posiadania jakiegokolwiek życia, a nie kręcenia się w kołowrotku.

Teraz czas na minusy.

Problem 1. Nieumiejętność pracy bez nadzoru.

Wielu korposzczurow, spuszczonych ze smyczy, bez karbowego nie potrafi pracować wydajnie. Marnują czas na czynności nieistotne. Widać to po spadku wydajności. Oczywiście, taki stan nie musi trwać wiecznie, wydajności da się nauczyć.

Problem 2. Mix życia zawodowego z prywatnym.

Wielu nie potrafi ich podzielić. Pracują do 20. Lenią się do południa. Robią obiad w przerwie wideokonferencji. Wychodzą na zakupy. Pracują w poczekalni u lekarza. Odbierają telefony o 23.

Warto postawić tamę, ale i tego trzeba się nauczyć.

Problem 3. Utrata umiejętności społecznych.

8 godzin w pracy typu korpo, oznacza spotkania, rozmowy, ploteczki przy ekspresie. W ten sposób socjalizujemy się (przepraszam za język psiego behawiorysty). Pracując z domu już nie. Oczywiście, da się ogarnąć coworking, cafeworking, pracować w parku, na skwerze, ale pracodawcy tępią takie praktyki. Zgodnie z prawem, ponieważ trzeba podać miejsce pracy zdalnej i trzymać się go.

Problem 4. Dziwne zwyczaje.

Gdybym nie usłyszał, tobym nie pomyślał. Jeden z moich kumpli opowiada sytuację swojego sąsiada. Narzekał na „zdalną” bo „przez nią nie myje się 14-ty dzień”. Po prostu – idąc do biura, traktował prysznic jak konieczność. W domu – nie ma potrzeby, ani motywacji. Szok. I tacy też są i lepiej niech siedzą za biurkiem.

Podsumowanie.

Dla większości praca zdalna stanowi dar, przyjemność, szansę. By zaoszczędzić czas, pieniądze, nerwy. Dla wąskiej grupy – problem, okazję do lenistwa itp. Za ich wybryki (przykład z mojego byłego już etatu: nie odbieranie telefonów od kierownika „bo jestem w domu”) płaci reszta. Przełożeni wkurzają się i eliminują uproszczenia dla wszystkich. Warto o tym pamiętać i nie zachowywać się jak pies nagle spuszczony ze smyczy.

Błędne argumenty społecznych darwinistów – Mentzen+Stanowski kontra historia i rzeczywistość.

Pod tym linkiem https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/platne-studia-w-polsce-te-slowa-wywolaly-burze-nie-maja-pojecia/8ze0b83 znajduje się artykuł dotyczący dyskusji o płatnych studiach. Hasło rzucił dr Sławomir Mentzen, swoje dokleił Krzysztof Stanowski, a argumentację podsumował dr Tomasz Markiewka i dziennikarze Onetu.

Zacznijmy od poglądów polityków:

  1. Dr Sławomir Mentzen: w moim idealnym świecie studia są płatne.
  2. Krzysztof Stanowski: Studia już są płatne, tylko przez wszystkich, a nie tylko przez tych, którzy studiują. Moim zdaniem w kwestii studiów ani Mentzen nie ma racji, ani jego oponenci. Ważne dla państwa kierunki powinny być bezpłatne, a jak ktoś chce studiować Aktorstwo Teatru Lalek (pierwszy z brzegu przykład, niech teraz lalkarze się na mnie nie rzucają) to powinien za to płacić. Są studia, które przygotowują do ważnych zawodów, a są i takie, które stanowią fanaberię albo sposób na zabicie nudy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszystko jest wrzucane do jednego wora.
  3. Dr Tomasz Markiewka – problem z takimi wypowiedziami polega na tym, że ich autorzy nie mają pojęcia, czym w ogóle jest uniwersytet i jaka jest rola humanistyki w społeczeństwie. Studia są laboratoriami idei. Ludzie nie studiują tylko po to, by zdobywać „konkretną” wiedzę. Studiowanie to także „budowanie kapitału kulturowego i społecznego, by użyć terminów innego bezużytecznego humanisty, czyli Pierre’a Bourdieu”.

Kto ma rację? No niestety nie obaj kandydaci z których jeden studiował bezpłatnie i jeszcze gratis zrobił doktorat, a drugi (Stanowski) też, ale dalej ma wykształcenie średnie, tylko dr Markiewka. Temat jest jednak znacznie szerszy.

Problem pierwszy. Są drogie. Dziennikarstwo, którego nie ukończył Krzysztof Stanowski kosztuje w Warszawie 6200 zł za rok. To 31 tys. zł za 5 lat. Ale już finanse biznesu i rachunkowość 9900 zł za rok (49.500 zł za 5 lat). Medycyna 41.2 tys. zł czyli ca. 247 tys. zł za 6 lat. Kogo będzie na to stać? Na pewno nie przeciętniaków i biednych. Nie wierzycie? Poczytajcie o USA. Tam długi za studia są trzecim powodem bankructw, po rachunkach za leczenie i hipotekach. Czyli studiowaliby najbogatsi. Jak przed II WŚ. Na prawo czy medycynę szli wybrańcy. Pamiętam przedwojenne opowieści (mój dziadek i dziadek studenckiej dziewczyny) o egzaminach po 50 zł (równowartość dzisiejszych 3000 zł), o tym że rolnika nie było stać na wysłanie jedynego syna na studia.

Problem drugi. Kto ma ocenić, które studia są „ważne dla państwa”? I co jeśli np. jedna partia promuje naukę węgierskiego, a druga niemieckiego? Ma o tym decydować dwuosobowy komitet „Stanowski-Mentzen”? Bez żartów. Nieważne kulturoznawstwo, a cenimy wychowanie fizyczne? Tym bardziej, kto studiuje „dla zabicia nudy”. Melchior Wańkowicz opisywał swojego stryja – absolwenta budowy okrętów, brata lekarza i nikt z nich nie pracował w zawodzie. A studiowali „ważne dla państwa” kierunki.

Problem trzeci. Koszt studiów takich jak gender studies, kulturoznawstwo jest minimalny. Wykładowca, tablica, kreda, pokój i laptop. Natomiast drogie są kierunki oblegane: medycyna, informatyka, chemia, stomatologia itp. Wprowadzając odpłatność od kulturoznawców, za chwilę nie będziemy ich mieć, ponieważ koszt takich studiów nigdy się im nie zwróci. A państwo zaoszczędzi niewiele.

Problem czwarty. Pogląd, że płacimy za studia wszyscy jest bałamutny. Nie wszyscy płacą podatki (rolnicy, księża, itd.), więc już nieprawda. Co więcej, większość podatków nie ma celu. Taki podatek dochodowy. Idzie do wora. Trudno ustalić, co na kulturoznawcę, co na geotermię Tadeusza Rydzyka, co na leczenie, co na drogę.

Problem piąty. Jeśli już płacić, to i zwracać koszty rzuconych studiów, bo z nich z pewnością nie ma pożytku. Pierwszy w kolejce – Krzysztof Stanowski.

Problem piąty. Argumenty dr Markiewki podzielam, ale nie docierają do większości. Młodzi otumanieni ideą neoliberalizmu w wykonaniu Mentzena i Stanowskiego ich nie zrozumieją. Ponieważ prawda jest jedna – podatki powinny być powszechne i równe – wtedy nie będzie dyskusji. A do tego jeszcze daleka droga. I studia nie są płatne „w idealnym świecie”, ale w krajach z ogromnymi nierównościami, które jeszcze się zwiększają.

Czy czeka nas rozpad systemu?

W książce „Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej” Peter Turchin – emigrant z ZSRR do USA kreśli obraz, który da się przedstawić w kilku krokach:

  1. Zmiany funkcjonującego systemu powodują nadprodukcję elit: finansowych, kulturalnych, politycznych.
  2. Wtedy elity dzielą się i powstają kontrelity, z ludzi dla których zabrakło stanowisk.
  3. Elity i kontrelity zaczynają walczyć, doprowadzając do dezintegracji systemu.
  4. Dezintegracja systemu wywołuje implozję państwa.

Autor przedstawia siebie jako pioniera nowego podejścia do historii – posługiwania się w niej metodami matematycznymi oraz stara się pokazać zmiany na pewnych przykładach. Nas interesują głównie: USA i Ukraina. A wnioski? No cóż jeden i mało budujący – jeżeli nie dojdzie do istotnych zmian system demokratyczny w tych państwach zawali się. A gdy dodamy, że książka powstała w okolicach roku 2020 wygląda to na samospełniającą się przepowiednię. Czy tak jest w rzeczywistości?

O ile diagnoza amerykańska ma sens. Liczba zamożnych (majątek pow. 1 mln dolarów) w USA drastycznie wzrosła podobnie jak bogatych (multimilionerów 10 mln USD +), jak i bardzo bogatych (100 mln dolarów +). Demokraci z masowej partii ludzi niezamożnych stali się rzecznikami 10% zamożnych, a republikanie 1% bogatych. Liczba wykształconych (magistrów, doktorów, profesorów), tradycyjnych polityków (absolwenci prawa) – też, co spowodowało nadprodukcję elit. Trump i inni milionerzy dla których zabrakło miejsca przy stole (między innymi promotor J.D. Vance’a – twórca funduszy venture capital – Thiel) wytworzyli kontrelity. A potem już poszło. Kontrelity porwały niereprezentowane 90% i wywołały efekt odejścia od tradycyjnych partii. Czyli stało się to co zawsze.

I tu mam problem. Zbyt dobrze znam klasyczną historię jako naukę społeczną, a nie ścisłą, żeby nie uznać tez Turchina za naciągane. Popatrzmy na Polskę. Przyczyną upadku I RP był szereg wydarzeń, także o charakterze zewnętrznym. W okresie, który Turchin nazwałby „nadprodukcją elit” czyli „Złotym Wieku Jagiellonów „, gwałtownie wzrosła liczba wykształconych, a państwo rozwijało się świetnie. W XVII-XIX w. elity wręcz się zmniejszały (wojny, epidemie). Targowiczanie – biskupi i magnaci nie stanowili żadnej kontrelity lecz zdegeneregowane władzą elity. A II RP? Przecież upadła z zupełnie innego powodu. PRL? Podobnie. Oczywiście, da się podkreślić rolę kontrelit, nie znajdujących miejsca w PZPR, w tworzeniu Solidarności, ale przecież bez pomocy z zewnątrz i zmiany sytuacji międzynarodowej ten ruch szybko upadłby, zgnieciony przez ZSRR, jak w 1956 r. na Węgrzech czy w 1968 r. w Czechosłowacji.

Podobnie Ukraina. Oligarchowie doprowadzili do upadku tego państwa, nie dlatego że było tam zbyt wiele elit lecz w rzeczywistości właśnie z powodu braku klasy średniej i wyższej, mającej inne aspiracje niż napełnienie brzucha i epatowanie bogactwem w Europie. Dlatego zawłaszczyli państwo, współpracowali z wrogami państwa (podobnie jak Prymasi Polski i Królestwa Polskiego oraz większość arystokracji przez praktycznie cały okres przedrozbiorowy i rozbiorowy).

A Trump? No cóż teza o kontrelitach wydaje się ciekawa. Dopóki jednak nie popatrzymy głębiej. Trump był częścią elity (w USA rozumianej jako ludzie bogaci i bardzo bogaci) już 30 lat temu. Gdy zapragnął władzy, użył znanych od lat mechanizmów populistycznych (ja i wy, kontra oni, Wielka Ameryka przeciw zepsutemu światu itp.) i wykorzystał je zręcznie. Nic więcej. Pociągnął za sobą niektórych przedstawicieli elit (Musk, wspomniani Thiel i Vance), a innych niszczy, ale nie programowo, ale aby zdobyć i utrzymać władzę. W USA nie nastąpiła żadna nadprodukcja elit lecz, podobnie jak w Polsce, dewaluacja pojęcia „elita”. U nas jest nią „zdobywca” MBA po półrocznym kursie, a w USA – gość nie potrafiący zrozumieć przyczyn wzrostu potęgi własnego kraju po 1915 r.

A skoro błędna diagnoza, błędne i wnioski. System nie upada lecz ulega przekształceniu. Trzeba się nauczyć z tym żyć i przystosować. Na tym polega inteligencja.