Ile straciłem emerytury rezygnując z drugiej pracy?

Szczególnie podkreślaną zaletą pracy na etacie jest państwowa emerytura. Jej wysokość opiewają liczni akolici i klienci ZUS-u rozpływając się nad przewidywalnością i pewnością świadczenia gwarantowanego przez państwo.

Jedyne czego nie obiecują – czyli wysokość – stanowi przedmiot moich wyliczeń i przestróg. Otóż, dzisiejsi trzydziestolatkowie i młodzi czterdziestolatkowie dostaną w 70% emeryturę minimalną. Ja jestem trochę starszy i co obiecuje mi ZUS? Ile tracę rzucając drugi etat?

Otóż ZUS w swojej e-odsłonie (eZUS, dawniej PUE ZUS) zawiera funkcjonalność, pozwalającą wyliczyć emeryturę na podstawie znanych zmiennych:

  • kapitału początkowego (u mnie 0, pracę zacząłem w roku reformy),
  • odłożonych w ZUS pieniędzy,
  • stanu subkonta,
  • ilości środków zgromadzonych w OFE.

Trzeba jeszcze podać ostatnie wynagrodzenie brutto, planowany wiek przejścia na emeryturę (u mnie równe 65 lat), oraz przyszłe zarobki. I tu właśnie następuje główny problem. Przede mną jeszcze 16 lat pracy. Przeprowadziłem symulację w dwóch wariantach:

  • pracuje na dwóch etatach do emerytury, odprowadzając składki maksymalne,
  • rezygnuję z jednego etatu, zostawiając sobie drugi i składki od 140% średniej krajowej.

Co mi wyszło?

Otóż ZUS, zastrzegając, że wyliczenia nie stanowią obietnicy przyszłej emerytury, ani podstaw do roszczeń podaje trzy wartości:

  1. nominalną emeryturę,
  2. emeryturę jako procent przeciętnego wynagrodzenia w dacie rezygnacji z pracy,
  3. emeryturę realną (nominalna, zwaloryzowana inflacją).

Otóż, rzucając jeden etat dostanę:

  • nominalnie 14.500 zł (netto – 11.911 zł),
  • 82% średniej pensji (dzisiaj byłoby to 7300 zł – zdrowotna – podatek = 6145 zł netto),
  • 9953 zł realnie (co oznacza, że przewidziano waloryzacje wyższe niż inflacja – netto 8270 zł).

Gdyby porównać ją z moją ostatnią pensją (tu zakładam, że nadal zarabiam 140% średniej krajowej), byłoby to: 75% netto i 59% brutto.

A co stałoby się, gdybym poszedł za radą speców od emerytur? Otrzymam:

  • nominalnie 18.121 zł (netto 14.811 zł),
  • 102% średniej pensji (dzisiaj 9078 zł brutto i 7490 zł netto),
  • 12.439 zł realnie (netto 10.261 zł).

W stosunku do mojej ostatniej pensji – 73% brutto 90 % netto.

Na koniec zostawiłem sobie najważniejsze pytanie – czy warto pracować x 2 przez ostatnie 16 przedemerytalnych lat? Nie. Ba, w ogóle nie warto odprowadzać gigantycznych składek. Z dwóch powodów.

Po pierwsze – finansowych.

Renta już dzisiaj wyniosłaby 7700 zł brutto (6466 zł) , czyli z 86% emerytury „na dwa etaty”. Emerytura „na jeden etat” stanowiłaby 82% tej na dwa. Ba, moja renta byłaby wyższa niż emerytura od 140% przeciętnego wynagrodzenia.

Po drugie – czasowych.

W przypadku pracy 3 dni w tygodniu, odzyskałem 40% czasu poświęcając 18% emerytury.

W przypadku przejścia na rentę, miałbym 100% czasu dla siebie, a poświęciłbym 14% świadczenia.

Paradoks? Tak, ale z nich zbudowany jest nasz system emerytalno-rentowy. Dlatego powiem to po raz n-ty- zacznij liczyć, zacznij myśleć, a nie słuchać ludzi, którzy mają interes w tym, abyś płacił jak najwyższe składki.

Startujemy z remontem. Przerabiamy dom na wsi na nasze główne miejsce zamieszkania.

Dzisiaj dalsza część opowieści z grudnia – moja żona zgodziła się sprzedać miejski dom, aby wyjechać na wieś. Stojące tam budynki – duży garaż (60m2) i dom (140 m2) nie były przystosowane do całorocznego zamieszkania. Stąd z wiosną – biorę się do roboty.

Podstawowe prace. Podzieliłem je na dwie grupy: te które wykonam samodzielnie oraz zlecone profesjonalistom. W drugiej części znalazły się:

  • instalacja c.o. z kominkiem z płaszczem wodnym,
  • wymiana drzwi wejściowych,
  • budowa oczyszczalni ścieków,
  • prace dekarskie, elektryczne i grubsze hydrauliczne,
  • dostawa materiałów budowlanych.

Tyle. Sam planuję:

  • uszczelnić okna,
  • poddać renowacji stare drzwi wewnętrzne,
  • ocieplić poddasze,
  • zrobić kuchnię i łazienkę,
  • wykonać podłogi na pietrze,
  • pomalować,
  • wytrasować i usypać ścieżki i drogi wewnętrzne,
  • w ostateczności ocieplić ściany zewnętrzne i zrobić elewację z półbala.

Dlaczego nie wymieniam okien, a ocieplenie traktuję jako ostateczność? Otóż, na forum właścicieli starych domów, panuje popularny pogląd (głoszony przez inżynierów), że ocieplenie wełną skalną, styropianem szkodzi budynkom otwartym dyfuzyjnie (ceglanym z tynkami wapiennymi). Wymiana okien na super szczelne – podobnie. I chcę spróbować. Najwyżej w 2026 r. wymienię okna i wykonam ocieplenie z wełny drzewnej na ruszcie. Ograniczenie prac, pozwoli mi jednocześnie drastycznie ograniczyć poślizgi czasowe. Dom musi być gotowy na październik. Stąd plan jest następujący:

  1. w czerwcu wchodzi ekipa z ogrzewaniem (ważny element),
  2. druga wymienia drzwi wejściowe,
  3. a trzeci montuje oczyszczalnię,
  4. od maja działają dekarz, elektryk i hydraulik

Moje zadania wyglądają tak:

  1. kwiecień, maj – ocieplenie poddasza,
  2. czerwiec – renowacja okien i drzwi wewnętrznych, wymiana skrzydeł na górze, podłogi na piętrze,
  3. lipiec – kuchnia i łazienka (po kolei, żeby mieć przynajmniej jedno źródło wody i móc się myć),
  4. sierpień – malowanie i prace drogowe.

Do pomocy wynajmę sąsiada, bo samodzielnie nie dam rady (ocieplenie i drogi).

Teoretycznie w połowie sierpnia powinniśmy być gotowi do przeprowadzki. Dom miejski planuję zacząć sprzedawać, gdy całość prac zostanie wykonana.

W maju planujemy próbną przeprowadzkę na 2 miesiące.

Trzymajcie kciuki, bo plan wygląda na napięty. Stąd mam (jak zwykle) plan B, jeśli coś się opóźni.

Wtedy łazienka (już działa) zostanie przełożona na wiosnę 2026 r., podobnie jak wymiana skrzydeł drzwiowych na piętrze. Ścieżki też może poczekać (rozłożę prowizorycznie płytki betonowe z demontażu).

Różnice pomiędzy osobami posiadającymi porządek i bałagan w finansach.

Dawno nie pisałem tak wprost pedagogicznie – co robić, czego nie robić. Czas na zmianę. Dzisiaj o różnicy między kimś, kto panuje nad pieniędzmi i takim, nad którym to one sprawują władzę. Wbrew pozorom linia demarkacyjna nie przebiega wcale w wysokości dochodów. Przeciwnie, zarabiając wiele można łatwiej i szybciej wywołać ogromny bałagan. A oto i sama treść.

Nie płaci rachunków w terminie, płaci w terminie.

Finansowy bałaganiarz ciągle zapomina o rachunkach. W efekcie albo odcinają mu media, albo dokłada do odsetek. Nie dzieje się tak, z powodu wielości zobowiązań. Nie, tu chodzi raczej o brak systemu. Ja w pewnym momencie płaciłem za 5 liczników energii, 6 wodomierzy, 7 podatków od nieruchomości, 2 liczniki gazu, 3 czynsze itp., itd. Po prostu każdy wpływający rachunek płaciłem od razu. Gdy wpływało 12 na raz (prąd w górach) robiłem od ręki 12 zleceń i… przestawałem o tym myśleć.

Nie wie ile wydaje, spisuje wydatki.

Spisywanie wydatków (w komputerze, w zeszycie) to mega ważna sprawa. Tylko ten jeden nawyk może wyciągnąć nas z finansowego bagna. Wiemy ile kasy idzie na jakie potrzeby. Wiemy jak przyciąć i gdzie. Panujemy nad całością. Oczywiście, znajomość wydatków nie oznacza jeszcze oszczędzania, a ono wprost zamożności, ale jesteśmy na dobrej drodze.

Zarabia mniej niż wydaje, wydaje mniej niż zarabia.

Znam ludzi, którzy zarabiając 30 tys.zł miesięcznie mają długi. I nie myślę wcale o hipotece. Auto (lub dwa) w leasingu. Pożyczki po rodzinie. Meble – na kredyt. AGD, RTV – na kredyt. Jak to możliwe? Ponieważ wydają dajmy na to 35 tys. zł miesięcznie. Więcej niż zarabiają. Człowiek o zdrowych finansach robi odwrotnie. Patrzy najpierw ile może wydać, a potem trzyma się tej liczby (co ważne spisując wydatki, dokładnie ją zna).

Ma długi, nie ma długów.

Główną przyczyną długów jest stała nadwyżka wydatków nad dochodami. Oraz chęć do zaspokajania swoich potrzeb natychmiast, bez czekania na zgromadzenie gotówki. W efekcie dłużnik płaci dwa razy. Dom kupiony na kredyt za 1 mln złotych, przy obecnym oprocentowaniu i okresie 30 lat, kosztuje 3-4 mln zł. Warto spłacać go jak najszybciej.

Nie oszczędza, oszczędza.

Ponownie konsekwencja poprzednich punktów. Kto wydaje więcej niż zarabia, nie ma kasy, by ją oszczędzić. Wpada w zaklęte koło. I zakopuje się coraz głębiej w bagnie pożyczek, kart kredytowych itp. Przeciwnie, rozsądny, odkłada choćby drobną część wypłaty i jego konto puchnie.

Nie inwestuje, inwestuje.

Ludzie z bałaganem w finansach nie dysponują nadwyżką do zainwestowania, więc unikają samej czynności. Nie korzystają z potęgi procentu składanego i pozostają biedni do końca. Takie życie. Inwestor potrafi w ciągu zawodowego życia (42 lat) zrobić z 1 złotówki 64 zł (co oznacza podwojenie 6 razy czyli 10% stopę zwrotu). Wie jak to działa, zna regułę 72. Osiąga coraz lepsze wyniki, coraz mniejszym nakładem czasu.

Czeka na mannę z nieba, planuje i działa.

Kolejny ważny punkt. Bałaganiarz liczy na dobry los. Wygrana na loterii, spadek, teleturniej, złoty interes. Ktoś, kto postępuje systematycznie – planuje i działa (wykonuje plan). Woli odłożyć 20 tys. zł/rok, bo wie, że oznacza to 2,5 mln przy przejściu na emeryturę niż 100 tys. zł od czasu do czasu.

I na koniec pocieszające informacje. Bałaganiarstwa można się oduczyć a nawet bałaganić w jednym, a trzymać porządek w drugim.. Ja jestem bałaganiarzem (i leniem) jeśli chodzi o ciuchy, papiery, ale w finansach trzymam wzorowy porządek. Nie działa tu genetyka. Moje rodzeństwo „prawdziwe” i cioteczne w sprawach pieniężnych należy do dramatycznie innej grupy niż ja (od „duże zarobki, małe oszczędności” do „małe zarobki, małe oszczędności”), ewidentnie wyrodziłem się. Żartuję, po prostu pewne nawyki weszły mi w krew.

„Biedni w bogatym kraju”. Kolejna książka o „prawdziwej białej Ameryce”.

Dzisiaj miał się ukazać kolejny wpis z serii o budowaniu zamożności, ale wydarzenia międzynarodowe (spotkanie Zełenski-Trump-Vance) skłoniły mnie do przyspieszenia i napisania o „prawdziwej białej Ameryce” oczami dwójki dziennikarzy czyli książce „Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu” Nicolasa Kristofa i Sheryl WuDunn.

Lektura pozycji wydanej oryginalnie w 2020 r., a napisanej w trakcie kampanii wyborczej przed pierwszą prezydenturą Donalda Trumpa, pozwala otworzyć oczy lepiej niż „Elegia dla bidoków” J.D.Vance. Dlaczego? Ponieważ nie jest klasycznym reportażem, ale zawiera szereg danych statystycznych. I właśnie one porażają.

Nicolas Kristof urodził się i wychował w Yamhill w Oregonie. Należał do klasy uprzywilejowanej, jego rodzice pracowali umysłowo, skończył prestiżowe studia i zdobył pozycję dziennikarza z ogólnokrajową rozpoznawalnością. Teraz opisuje losy kolegów z dzieciństwa, którzy nie mieli tyle szczęścia.

W oryginale tytuł nie brzmi tak dramatycznie „Tightrope. Americans reaching for hope”, ale jak powiedziałem – dzięki statystyce opowieść jest porażająca. Jednoczesnym oskarżeniem, jak i diagnozą przyczyn.

Zacznijmy zatem od wysokiego „C”. Czy wiecie, że długość życia przeciętnego amerykańskiego białego mężczyzny z klasy niższej (czyli właśnie tych „hillbillies”, „rednecks” itd.) jest równa Pakistańczykom, Mołdawianom (najbiedniejszy kraj Europy) czy mieszkańcom Sudanu? I nadal spada. Tacy Bidenowie, Trumpowie, Muskowie żyją ponad 80 lat, a bohaterowie książki Greenowie, Knappowie, Goffowie, dwadzieścia lat krócej. Zmagają się z bezrobociem, narkotykami, alkoholizmem, rozpadem rodzin i… nadal masowo głosują na miliardera Trumpa. Jak to możliwe?

Diagnoza jest ważna również w kontekście Polski. Zachodzi tu bowiem podobny mechanizm. Otóż, ci zalani alkoholem, zamroczeni narkotykami, wielokrotnie karani, z nieślubnymi dziećmi uważają siebie za…. konserwatystów ponieważ: wierzą w Boga i Amerykę, kochają broń i wolność oraz nienawidzą kolorowych. System stworzony przez miliarderów rąbie ich w głowę na każdym kroku (ograniczenie programów mieszkaniowych, zaostrzenie kar za narkotyki i jazdę po pijaku, opiłowanie tanich ubezpieczeń zdrowotnych), a oni głosują na miliardera i kibicują mu, gdy zapowiada (rozmowy z 2017 r.) dalsze ograniczenia praw klasy średniej, do której jeszcze niedawno aspirowali. Kristof tłumaczy to (i nie sposób się z nim nie zgodzić) niewiedzą, beznadzieją, brakiem jakichkolwiek perspektyw. Wybory jego kolegów, w większości już nieżyjących, ich dzieci i wnuków, sprowadzają się do dowaleniu „bubkom z NY czy Kalifornii”, a nie poprawie własnego stanu. W to już nie wierzą. Być może słusznie, bo jakie ma szanse na poprawę gość, który nie skończył liceum, waży 180 kg, żyje z dorywczych prac za 7-8 USD/godzinę (średnia zarobków poniżej 20 tys. USD rocznie przy ogólnoamerykańskiej 70 tys. USD), ma 5 wyroków za narkotyki, jazdę na bani, rozboje, rzuciła go żona, dzieci nie widział od miesięcy, mieszka z matką itp. Kompletnie nie wpisuje się w „American dream” lecz ciągle powtarza słowa jednego z prezydentów sprzed stu lat „Amerykanie nie są narodem tych co nie mają i nie mają, ale tych co mają lub za chwilę będą mieli”, nawet jeśli przeczy temu doświadczenie życiowe. Ich ojcowie, również alkoholicy, mieli jednak pewną pracę, konkretny zawód, żonę, dzieci i mieszkali we własnym domu na kawałku ziemi, a oni majątkiem, pozycją zawodową itp. podobni są do czarnych, którymi głęboko gardzą.

A jaki ma to związek z bieżącymi wydarzeniami politycznymi? Otóż, poparcie większości tych ludzi dla Trumpa/Vance’a, połączone z zasadami wyborczymi (stan liczący kilkaset tysięcy ludzi ma tyle samo senatorów co 40 mln mieszkańców Kalifornii, a elektorów prezydenckich i reprezentantów nadal nieporównywalnie więcej w przeliczeniu na liczbę ludności) może na lata zabetonować system. Efekty już widzimy. Obrażenie się na Europę, podziw dla Rosji, podejmowanie idiotycznych wojenek z sąsiadami (Kanada, Meksyk). Do czego to prowadzi?

Znowu. Sięgnijmy do historii. Finansowi arystokraci (oczywiście nie mieli żadnych tytułów, lecz majątek) z Południa, poczuli się silni i w kontrze do Jankesów ze Wschodniego Wybrzeża doprowadzili do głębokiego pęknięcia, które zakończyło się Wojną Secesyjną i zahamowało rozwój pozycji międzynarodowej USA na dziesięciolecia. Wpływowi Amerykanie jeszcze długo po wybuchu I WŚ kompletnie nie byli zainteresowani Europą. Ich nastawienie zmienił dopiero Ignacy Paderewski, jako przyjaciel prezydenta Wilsona. Teraz ten schemat wraca. Paradygmat z XIX w. – interesów USA w obszarze obu Ameryk i Pacyfiku, właśnie widzimy.

Oczywiście, sytuacja międzynarodowa jest już inna. Wtedy nie istniały silne Chiny, Indie. Iran czy Korea Płn. nie dysponowały bronią atomową, ani żadną dającą taką przewagę na polu walki. Gospodarczo USA stracą na wojnach celnych z Chinami, UE, Kanadą czy Meksykiem, więcej niż zyskają. A mimo to pchają się w ten konflikt ekonomiczny. Rzecz jasna stracą wszyscy, no może poza Rosją. Tu warto podać prosty przykład. Cła na europejskie samochody – 25%. Kto na tym ucierpi? Chyba jednak nie Europa. W USA sprzedają się głównie modele premium: Porsche, BMW, Mercedes, Volvo oraz tanie – Volkswagen. W koncernie Stellantis są też marki amerykańskie. Ich zmiany nie dotkną. Cały import z Europy wynosi 820 tys. aut. Volkswagen – główny gracz, ma 4% rynku i … większość produkuje w Meksyku. Oczywiście i na nie Trump nałoży cło. Europejskie firmy zmniejszą udział, aczkolwiek 644 tys. aut na rynku amerykańskim w przypadku Volkswagena to niewiele, bo sprzedaje rocznie 9 mln aut, a nawet 25% cła nie ograniczą jego udziału w rynku do 0. Producenci premium znajdują się w jeszcze lepszej sytuacji – BMW czy Mercedes (oraz co jasne Porsche, Ferrari itp.) są za oceanem symbolem statusu. Bogaci kupią je i tak, nawet po podwyżce. Ktoś, kto chce Mercedesa S-klasse nie kupi Forda F-150, Tesli lecz raczej Lexusa. Nawet najniższe cła nie zmuszą Europejczyków do zmiany Dacii Sandero na Forda Explorera, bo to całkiem różne auta, a Ford zawsze będzie droższy.

A w drugą stronę? Jedynym istotnym amerykańskim graczem w Europie jest Tesla. I ona dostanie po krzyżu. To już się dzieje, sprzedaż spada. Zresztą, o czym Trump zapomina, głównym atutem USA jest handel. Wszczęcie wojen celnych, utrudni funkcjonowanie istniejących szlaków oraz spowoduje brak nowych. A jeśli UE zahamuje udział amerykańskich platform streamingowych (damy radę bez Netflixa), handlowych (Amazon,) firm technologicznych (Apple) obłoży je podatkiem – straty korporacji amerykańskich okażą się większe niż zyski. Wyrugowanie koncernów farmaceutycznych (na marginesie – czy wiecie, że fentanyl został w USA wprowadzony i zatwierdzony jako lek przez miejscową BigPharmę i państwową agencję? – ja dowiedziałem się z opisywanej książki) wręcz załamie gospodarkę USA.

I ostatni aspekt. Wojna ze wszystkimi nigdy się nie opłacała. Z bliskimi sąsiadami (Meksyk, Kanada) jeszcze mniej. Za wszystko zapłacą właśnie „biedni biali”. To oni najbardziej przeżyją inflację (nieuchronną, gdy cła na towary z Chin wzrosną 25%), dalszą redukcję miejsc pracy i obcięcie programów społecznych. To oni dostaną rykoszetem przy zaostrzeniu prawa antynarkotykowego. W gorszej sytuacji znajdą się tylko Latynosi, którzy nota bene głosowali na Trumpa. A Europa? Poniesie spory koszt zbrojeń, przeorientuje sojusze, przestawi gospodarkę na inny tryb (czy wiecie, że Skoda produkowała kiedyś ciężką broń?) i wyjdzie z całej sytuacji zwycięsko.

Łatwiej stać się zamożnym na wsi.

Niedawno pisałem, że „lepiej być biednym na wsi” dzisiaj przechodzę na przeciwny biegun – zamożność. I stawiam odważną tezę – łatwiej stać się zamożnym na wsi.

Część z Was powie, i po części słusznie – co on opowiada. Wykonuje miejski zawód, większość dochodu czerpie z miasta,a tu nagle wieś jako lepsze miejsce na zamożność. Taka argumentacja ma w sobie pewną wagę, natomiast, co ważne – statystyka. A ta działa na korzyść wsi. Jej mieszkańcy, według danych GUS, dysponują przeciętnie większą powierzchnią mieszkalną na osobę oraz większym przeciętnym majątkiem. Jak to w ogóle możliwe?

Ano nie tylko możliwe, ale i do przewidzenia. W „Przestań zgrywać milionera” dr Stanley pokazuje wyniki swoich badań. Jednym z kryteriów prawdopodobieństwa zamożności ustanawia współczynnik milionerów wśród dobrze zarabiających w poszczególnych zawodach. I tak 38% lekarzy osiąga wysokie dochody (200 tys. dolarów i więcej). Analogicznie 24% adwokatów, 8% menadżerów średniego szczebla 3,4% menadżerów farm i rancz oraz 2.5% właścicieli tych gospodarstw. Sytuacja zmienia się, jeżeli pomyślimy ile osób zarabiających tak wiele, zostaje milionerami. Dr Stanley liczy go tak: liczba osób z wysokimi dochodami/liczba milionerów w danym zawodzie x 100%. I jakie osiąga wyniki? Tylko 26% dobrze zarabiających lekarzy zostaje milionerami, 36% adwokatów, 53% menadżerów średniego szczebla 145% menadżerów farmy i rancza. A gdzie są rolnicy? No cóż, osiągają wynik 188%, czyli na 1 osiągającego wysokie dochody, przypada 2 milionerów. Jednak ten procent, to jeszcze nie wynik.

Podano też jaki procent wykonujących zawód zostaje milionerami. W tym miejscu lekarze (10%), adwokaci (prawie 9%), wyprzedzają właścicieli farm i rancz (4,76%) dwukrotnie. Czyli jednak miasto? No cóż, raczej nie. Wyjaśniam, dlaczego.

Po pierwsze – na wsi co 3 jest rolnikiem, a w mieście adwokatów czy lekarzy – garstka. Szansę na zostanie lekarzem czy adwokatem ma więc niewielu, a farmerem, całkiem spora grupa.

Po drugie – 9-10% i 4,76% wcale nie oznacza dramatycznej rozbieżności, zwłaszcza jeśli ocenimy, że tylko co 10-ty lekarz zostaje milionerem.

Po trzecie – Polska to nie USA. O ile nie znam biednych lekarzy o tyle adwokatów żyjących od 1 do 1 już sporo. Podobnie jak zamożnych rolników.

Po czwarte – wiele zawodów da się wykonywać i na wsi i w mieście. Akurat lekarzem czy adwokatem trudno zostaje się na odludziu, natomiast inżynierem, nauczycielem (kolejne profesje o wysokiej koncentracji milionerów), już bez problemu. Dzisiaj, przy pracy zdalnej, da się odłożyć milion pracując w IT, a nawet niektórych korpo.

Po piąte – na wsi żyje się taniej i łatwiej odłożyć. Pisałem o tym wielokrotnie. Niższe ceny nieruchomości (30-40% miejskich za porównywalne powierzchnie i stan), oznaczają znacznie niższe raty kredytów. Na wsi mniej ludzi uwiązało się na pasku banków. Usługi są tańsze. Towary – porównywalne. Przy niewiele niższych przeciętnych pensjach (-20%), odłożymy więc większe sumy.

Po szóste – wieś nie zachęca do wydawania. Nie ma tam galerii, tylu sklepów, restauracji, dyskotek, kasyn czyli generalnie miejsc, w których puszcza się kasę.

Po siódme – na wsi łatwiej o towarzystwo ludzi oszczędnych. Bardzo ważny punkt. Wieś sprzyja oszczędności. Miasto zachęca do wydawania. Znajdziemy tam znacznie mniej ludzi odraczających wydatki lub rezygnujących z nich całkowicie. Auta są starsze i tańsze. Wystroju domu nie zmienia się tak często. Wybiera ciucholand czy targ zamiast modnych marek w galerii. Króluje „zrób to sam”. To wszystko sprawia, że na wsi znacznie prościej o oszczędnych sąsiadów czy znajomych. A wiadomo „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”.

Po ósme – i na wsi nie brakuje dobrze zarabiających. Wprawdzie średni dochód jest niższy o te 20%, ale przecież nie ma tam takich kominów (różnic wynagrodzeń), bankierów z pensjami 0,5 mln miesięcznie, zarządzających inwestycjami w funduszach, prezesów wielkich spółek. Do tego średnią i medianę obniżają ludzie z niskim legalnym dochodem, co nie znaczy, że biednych. Pracują oni albo na czarno w Polsce, albo sezonowo za zachodnią granicą. I dochodu tutaj nie wykazują, zaniżając statystyki.

Po dziewiąte i ostatnie. Zamożność bierze się ze zdolności do generowania nadwyżki dochodów nad wydatkami i umiejętnego jej inwestowania. Nazywam tę zasadę Trójkątem Zamożności. Same dochody nie wystarczą. A na wsi łatwiej generować nadwyżkę i… tak się dzieje. Z inwestycjami też nie ma problemu. Wystarczy wyjazd do miasta od czasu do czasu.

Kolejna nieprawdziwa opowieść o klasie średniej.

W zeszłym tygodniu przeczytałem ten artykuł https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/polska-klasa-srednia-w-glebokim-kryzysie-zaczynamy-latac-jak-kura-bez-glowy/shz4gbr . Utrzymany w tonie narzekactwa, zawiera kilka nieprawd o klasie średniej, które chciałbym sprostować. To dziwne, bo rozmówczyniami Newsweeka są dwie socjolożki.

Dwa słowa wstępu, bo temat wielokrotnie poruszałem. Istnieją trzy rodzaje definicji klasy średniej. Pierwsza opiera się na kryterium czysto ekonomicznym – wysokości dochodów. To szkoła amerykańska. Druga – koncentruje się na zasadach i sposobie życia, które socjologia nazywa „habitusem”. To szkoła europejska. Jest też trzecia – definicja – marksistowska – oparta o podział proletariat-burżuazja-coś pośrodku. I pośrodku jest właśnie klasa średnia. W warunkach polskich zaliczymy do niej bezspornie: nauczycieli, lekarzy, urzędników-specjalistów, umysłowych pracowników korpo. Z resztą mamy problem. Bo np. profesor geografii wg kryteriów socjologicznych byłby klasą wyższą, a wg ekonomicznych – średnią. Z kolei dr nauk medycznych z zarobkami na kontrakcie 50 tys. zł/m-c raz stanowiłby klasę średnią, innym razem wyższą.

Ale wróćmy do błędów.

  1.  My tak naprawdę przez 30 lat nie wymyśliliśmy, po co się bogacić, piąć po szczeblach kariery, wydawać pieniądze, które zarobiliśmy. Pieniądz i konsumpcja stały się ideologią samą w sobie. Jesteśmy chłopskim, katolickim społeczeństwem, które gdy się wzbogaciło, to pobiegło na bazar i kupiło sobie kolorową chustkę, samochód, mieszkanie, wszystko na pokaz, żeby było widać, że nie jesteśmy gorsi od sąsiada. 

Taka teza w odniesieniu do klasy średniej wydaje się podwójnie nieprawdziwa. Najpierw ponieważ pomimo, że spora część jej przedstawicieli wywodzi się ze wsi, lecz jednak, w wielu wypadkach częściowo, albo bardzo dawno (tzn. w mieście mieszkali już ich dziadkowie). Nadal pewna grupa ma korzenie ziemiańskie i kultywuje ten etos. I wpadamy na drugi błąd. Ani w klasie średniej, ani w chłopstwie, ani w katolicyzmie ani u szlachty pieniądz i konsumpcja nie są ideologią samą w sobie. Każda z tych grup bogaciła się po coś. I tak robi ogromna część klasy średniej. W konsumpcji tkwi jej wąska część – korpointeligencja.

2. Na Zachodzie istotą klasy średniej są ludzie, którzy pracują nie na innych, tylko na siebie. Czyli najpierw gromadzą kapitał, a potem umieją go zamienić w miejsca pracy, zatrudniać innych ludzi i w ten sposób pomnażać pieniądze. A my klasę średnią budowaliśmy, pracując po prostu u innych, i kompletnie nie zauważaliśmy, że jesteśmy na smyczy pracodawców, korporacji i że to od innych zależy, ile zarabiamy albo co będziemy robić za 20-30 lat. 

Teza, nie powiem, chwytliwa, lecz nieprawdziwa. Nawet w najbardziej klasycznej koncepcji klasy średniej, nikt nie mówił, że ma ona mieć stabilnego pracodawcę i to wyłącznie siebie oraz zatrudniać ludzi. W ten sposób, u Marksa, stawała się już burżuazją. Z kolei teorie ekonomiczne – zwracały uwagę na dochód, lecz nie sposób pracy. A socjologiczne – na habitus. Stąd posiadanie warsztatu pracy i zatrudnianie ludzi nigdy nie było cechą klasy średniej. W takim przypadku, musielibyśmy wyrzucić z niej nauczycieli, urzędników, korpointelifencję, wielu inżynierów. Zostałyby tylko ew. wolne zawody – byłby nią zatem np. adwokat, ale już nie sędzia i nie lekarz w szpitalu powiatowym. Całkowity wielbłąd socjologiczny – klasy średniej nigdy nie tworzyła umiejętność pomnażania pieniędzy.

Natomiast, co do smyczy. Fajnie się to czyta. Natomiast, jak widać po mnie, zawsze trzeba spojrzeć na coś innego. Z dnia na dzień rzuciłem papierami, a teraz to „zły pracodawca” ma problem, bo szuka kogoś na już. Smyczą jest konsumpcjonizm, są nią błędne wybory, a nie etat.

3. U nas klasa średnia nawet jeżeli zarabiała dobre pieniądze, to szczytem przedsiębiorczości było kupowanie mieszkań na wynajem. To jest biznes? Nie. To lękowe działanie: chcę zainwestować, ale tak, żeby na 100 proc. nie stracić. 

I znowu błąd na dwóch poziomach. Pierwszy – ludzie inwestowali w mieszkania, ponieważ przynosiły spore zyski (cały czas o tym opowiadam). Drugi – na mieszkaniach oczywiście da się stracić. I przykład „inwestorów we frankach”, którzy nie dotrwali do „sankcji kredytu darmowego” o tym opowiada.

Wreszcie, powtarzam jeszcze raz, bo to ważne, mały biznes to tylko część klasy średniej, a nie jej istota.

4. W mniejszych miejscowościach zostało mnóstwo ludzi, którzy założyli biznesy. Część z nich urosła, a ich właściciele są klasą średnią. I ich byt zależy od nich samych. Wtedy mają większą kontrolę nad tym, co się dzieje z ich życiem, biznesem, pieniędzmi. Wiem, o czym mówię, bo jestem dziewczyną z Radomia i widziałam wiele takich sytuacji. Mam krewnego pod Kielcami. Latami pracował na budowach w Niemczech, aż przyjechał i założył własny biznes, w tym samym czasie, w którym ja zakładałam w Warszawie firmę doradczo-badawczą. I po pięciu latach, gdy do niego jadę, to widzę realny majątek, który zgromadził, a ja wciąż wynajmuję biuro.

Jak ja lubię dowody anegdotyczne naukowców. Zgodzę się tylko z jednym – właściciel biznesu należy do klasy średniej. A opowieść, że jesteś nią jeśli masz własne biuro – kompletna bzdura i nieznajomość historii. W Polsce sprzed 100 lat, domy miała burżuazja i ziemiaństwo, a nie nauczyciele, urzędnicy, oficerowie czyli trzon ówczesnej klasy średniej. Większość firm wynajmowała biura od burżuja. Dlaczego? Ponieważ w zasadzie nie istniał obrót lokalami (do 1934 odrębna własność lokali była marginesem i tylko w tzw. Kongresówce). Mogłeś mieć albo kamienicę albo udział w niej.

A opowieść jak klasa średnia „latami pracuje na budowie w Niemczech” pasuje znowu do wąskiej grupy. Nie ujmuje jej nic, natomiast uznanie przez socjologa takiej drogi do majątku za szczyt klasy średniej? No cóż, polecam jeszcze raz wrócić do lektur akademickich.

5. Piękne macie to biuro, 200 mkw. w przedwojennej kamienicy.

… Została zbudowana w latach 30. XX w. dla inteligencji pracującej, a nie dla burżuazji czy arystokracji. Czyli przed wojną pan, jako dziennikarz, mógłby sobie na nie pozwolić.

Kolejny wielbłąd i potknięcie o własne nogi, tj. zaprzeczenie poprzednim tezom. Bo jak to, klasa średnia ma posiadać czy jednak wynajmować? Jak było 100 lat temu? No właśnie. Kamienica nie powstała z majątku inteligencji pracującej, lecz burżuazji. Inteligencja? Ona wynajęła sobie to mieszkanie. I to właśnie raczej ówczesna elita inteligencji. Ponieważ 200 m2 mieszkanie w dobrej dzielnicy kosztowało ok. 400 zł/m-c – 40% pensji ministra.

Z punktu widzenia „nowej definicji klasy średniej” właściciel 50m2 na Białołęce stoi wyżej niż przedwojenny dziennikarz, ponieważ ten nie posiadał nic, a tylko wynajmował czyli… konsumował. A w pierwszej tezie panie zganiły konsumpcję. Totalny misz-masz pojęciowy.

6. Bogata prowincja, która jest naprawdę klasą średnią: pracuje na swoim, decyduje, na co wydaje pieniądze, i stać ją na wakacje. Tylko że nie jeździ, bo ma swoje biznesy. A my jesteśmy najemnikami.

Prawda – tylko tak było zawsze. Właściciel 300ha majątku na żyznych Kujawach żył lepiej niż dziennikarz w Warszawie. Stać go było na wakacje we Francji, podczas gdy
„gryzipiór” cieszył się z Nałęczowa czy Otwocka (jeśli dostał urlop). Przy czym ziemianin jeździł rzadko, bo pilnował gospodarstwa (pomijam arystokrację). Urzędnik średniego szczebla z pensją 300 zł nie poszalał i na pewno nie mieszkał na Nowym Świecie (chyba, że na ostatnich piętrach oficyny).

Pierwszy dzień bez pracy. Warto było.

Dokładnie 6 dni temu pożegnałem się z jednym z pracodawców, co od pewnego czasu zapowiadałem na blogu. Zmiany we władzach spowodowały wzrost ilości pracy x2, bez wzrostu wynagrodzenia. Przepracowałem tam prawie ćwierć wieku, więc z decyzją czaiłem się pół roku, ale w końcu spadła kropla, która przelała czarę.

Piątek był pierwszym dniem wolnym i początkiem weekendu, który skończy się we wtorek rano. Wnioski?

Doskonałe. Pod każdym względem. Jak wygladał ten pierwszy dzień?

Budzik zadzownił godzinę później niż zwykle. Spokojnie zebrałem się i zawiozłem żonę do pracy. Potem podjechałem do klienta po dokumenty i od przy okazji kupiłem w pobliżu swojskiej wędliny. O 8.45 wróciłem do domu i po kawie, o 9.15 zabrałem się do pracy. Pierwszą transzę roboty skończyłem o 10.45 i…zrobiłem sobie przerwę. Siadłem do fortepianu, zjadłem II śniadanie, sprawdziłem dokumenty dla koleżanki i o 13.15 znowu wziąłem się do roboty. Na 1 godzinę do 14.15.

Potem pobawiłem się z psem i pojechałem na pocztę nadać i odebrać listy. Wróciłem ok. 15.00 do 15.40 rozmawiając z synem przez telefon. Akurat przyjechała żona, więc z nią wypiłem herbatę i po młodego na trening. Niezmęczony byłem w domu o 17.00.

Zaprezentowałem fotografię dnia, teraz czas na podsumowania:

Praca – 2,5 godziny (zamiast 8),

Podróże związane z pracą – 1 godzina (licząc pocztę) zamiast 1,5 h,

Tematy załatwione dla klientów – 3 (płatne),

Tematy załatwione dla znajomych – 1 (niepłatny),

Zarobiona kasa – 1000 zł, zamiast 600 zł.

Krótko mówiąc, opłacało się pod każdym względem. Dodatkowo, po powrocie do domu, nie odczuwałem wcale zmęczenia i mogłem jeszcze pouczestniczyć w życiu rodzinnym, zamiast drzemać przez pół godziny.

Poniedziałek też mam już zaplanowany (pomoc siostrze ciotecznej, serwis kasy fiskalnej, wyjazd do księgowej, plus zarobienie kolejnego tysiąca złotych).

Renta plus dorabianie lepsze niż etat.

W jednym z odcinków „Czterdziestolatka” znajduje się scena z lekcji, kolega córki Karwowskich – Włodarski, opisując wymarzony zawód, wskazał – rencista. Krótkie uzasadnienie : brak pogoni, kontakt z przyrodą, czas na rozmowy z rodziną, zastanowienie się. I konkluzja – u mnie w rodzinie wszyscy są rencistami.

Jak wiecie, od ćwierć wieku cierpię na przewlekłą chorobę. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale kierunek – w dół. Mniejsza wydolność, mniejsza sprawność fizyczna. Teoretycznie (bo wiadomo ZUS), za 2-3 lata, mógłbym rzucić pracę i starać się o rentę. Ile? I tutaj doznałem szoku. Wyliczyłem sobie (w internecie znalazłem kalkulator, da się też samemu podstawić do wzoru) 7700 zł brutto, czyli 6466 zł netto. Niezła kwota. Dlaczego? Ponieważ renta działa jak emerytura w starym systemie, wybierają ci najlepsze lata.

Stąd pojawiło się tytułowe stwierdzenie. Etat, a zwłaszcza dg wymusza na mnie określonego standardu życia. Przyzwoite auto, strój, biuro. Zupełnie inaczej jest w przypadku rencisty. On nic nie musi. Może jeździć starą Dacią, naprawiać ją sam, hodować kozy i tyle. Wydatki spadają. Może nie do poziomu 500 zł/m-c, ale istotnie.

Zyskujemy sporo wolnego czasu, co ma dwa walory. Pierwszy – jesteśmy stale na urlopie. Drugi – jeśli już wyjeżdżamy – damy radę wybrać tańszy i lepszy (temperatury) okres niż wakacje. Czyli ponownie oszczędzamy.

Ocena rzeczywistości opisana przez młodego Włodarskiego wydaje się rozsądna.