Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 6 – Oszczędny Milioner

Czy stać Cię na tradycyjny ślub?

W ludowej optyce, maj był jednym z najgorszych miesięcy na ślub (poza listopadem, kojarzonym ze śmiercią). Opowiadało o tym przysłowie „Marcowe stadło, diabłu pocieradło”. Niemniej jednak właśnie w maju, poruszam temat, dość kontrowersyjny, ale i chyba praktyczny.

Na kilku forach spotkałem się z opinią „nie stać mnie na ślub”. No i zacząłem analizy.

Generalnie widzę zmianę mentalności. O ile jeszcze 20 lat temu standard stanowiła biała sukienka, kościół oraz wesele na 100 osób, co nazywam tytułowym tradycyjnym ślubem, o tyle dzisiaj zaczyna mocno zaznaczać się inny trend – ślub w urzędzie plus obiad dla rodziny. Powody? Zmiany obyczajowe i ceny.

Najpierw przeżyłem odejście od wesel wielodniowych. Potem odwrót od ślubów kościelnych (w dużych miastach stanowią one mniej niż połowę związków). Teraz odpuszczono sobie także wesela, nie widząc w nich wielu plusów. To są właśnie zmiany obyczajów – kiedyś nie do pomyślenia. Trzeba się było zadłużyć, zacisnąć zęby, a impreza miała być.

Dzisiaj, gdy stuosobowe wesele kosztuje 150-160 tys. zł (sam talerzyk czyli miejsce przy stole i jedzenie ok. 500 zł/os.), wielu zastanawia się nad sensem wydania na jedną noc równowartości wkładu własnego na mieszkanie, a czasem miejscach nawet połowy ceny dwupokojowego mieszkania. Kiedyś było jednak relatywnie taniej. Dlaczego?

Najpierw weszły restauracje, które obecnie wywindowały ceny. Potem szereg nowych elementów – profesjonalny film zamiast wujka z kamerą, foto budki, atrakcje, prezenty dla gości, miejsca hotelowe, identyczne stroje dla druhen, wieczór panieński, wieczór kawalerski oraz cała oprawa, diablo dzisiaj droga. W zasadzie tylko wódka (w relacji do zarobków) potaniała. Jednak w wielu wypadkach zastąpiły ją słabsze trunki. I dochodzimy do tych 150 tys. zł. Czy się opłaca? Nie. Czy warto? Osobiście, nie sądzę, ale o odejściu od zwyczaju nie można myśleć w tradycyjnych społecznościach. Moi przyjaciele górale nie wyobrażają sobie ślubu bez kościoła i wesela. Ja ze spokojem przyjąłem deklarację moich dzieci, że najpierw wspólne zamieszkanie, potem skromny ślub i obiad dla najbliższej rodziny. Czasy się zmieniają. Jaki jest sens puszczania 150k w jedną noc, a następnie spłacanie rat za mieszkanie? Żaden. A wielu po prostu na to nie stać (ani na wesele, ani na własne M). Stąd odpowiedź na tytułowe pytanie coraz częściej bywa negatywna.

Z czego będę żył, gdy przeprowadzę się na wieś?

Odpowiedź wydaje się prosta – z drugiego etatu (24 godziny/tydzień, a licząc z urlopami 20 godzin/tydzień) i działalności gospodarczej (10 godzin/tydzień). Ale nie tylko.

Część przychodów zapewni mi kapitał. Sprzedam działkę w górach, dom w mieście, zgarnę oszczędności, i potrafię z tej kwoty wycisnąć pewnie jeszcze 8-10.000 zł/miesiąc. Ewentualnie – kupię pensjonat w górach i będę go prowadził w trakcie sezonu.

To nie wszystko, trochę pójdę w rolnictwo, a w zasadzie ogrodnictwo. Mam kilka pomysłów.

Razem zbierze się kwotę znacznie straconego etatu przy niewspółmiernie niskim nakładzie pracy.

A jak to się ma do przeciętnego człowieka? O tym będzie oddzielny wpis.

Demitologizacja Balcerowicza. Echa ciekawej dyskusji, na którą trafiłem.

Całkiem niedawno przeczytałem internetową wymianę argumentów na temat: banki, inflacja, „kto mądry kupował na kredyt i spłacał za jedną pensję”. Motyw przewodni – Leszek Balcerowicz jako minister finansów.

Zaczęła tym wywiadem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,31806578,przyszli-po-lodowke-za-1-5-tys-zl-ale-okazalo-sie-ze-maja.html Anna Kalita. Jej rozmówca (psycholog i specjalista od zadłużenia) głosił takie „mądrości”:

  1. „Mój ojciec, urodzony przed II wojną księgowy, totalny wróg zadłużania się, budował dom przez ponad 30 lat. Z tego, co zdołał odłożyć. Małymi krokami. Budowy nie ukończył nigdy.”
  2. „Od ręki przyznano nam 1,5 mln zł pożyczki. Na 30 albo 40 lat, już dokładnie nie pamiętam. To był 1988 rok. W 1990 stery Ministerstwa Finansów przejął Leszek Balcerowicz, za którego co wieczór powinniśmy odmawiać zdrowaśki, ponieważ stał się cud – nasze zarobki nagle bardzo wzrosły, bo pojawiały się przy nich kolejne zera. Te miliony były warte diametralnie mniej niż przed zmianą ustrojową – siła nabywcza pieniądza się zmieniła – ale na naszej umowie kredytowej wciąż widniała ta sama kwota. Kilka ówczesnych wypłat, moich i żony, starczyło na spłacenie całości zadłużenia od ręki. Wygraliśmy los na loterii historii. Pożyczone miliony dały mi coś, czego nie miał mój ojciec – możliwości. Ojciec nie wybudował domu w 30 lat. Ja nasz wybudowałem w trzy. Mieszkamy z żoną w tym domu do dziś.”

Psycholog może tego nie wiedzieć, obie podstawy mają oparcie nie w obiektywnych prawach ekonomii, a pokoleniowym doświadczeniu gospodarczym. Otóż, „przedwojenni” wychowali się w opowieściach o „złym kredycie”, które wybrzmiały w cytowanych na moim blogu chłopskich pamiętnikach z Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu nie zadłużali się. Dodatkowo, w swoich młodych latach (PRL przed Gierkiem), takich opcji nie mieli.

Co innego człowiek wchodzący w dorosłość w latach 80-tych XX w. Przy czym apoteoza Leszka Balcerowicza bardzo łatwo mogła zmienić się w przekleństwo. I ta historia wybrzmiewa w komentarzach do wywiadu.

Postaram się zatem pewne rzeczy usystematyzować. Otóż Leszek Balcerowicz, jako wicepremier od gospodarki, zrobił rzeczy wielkie a zarazem straszne, tragiczne i okrutne. Stał się symbolem afer (zamrożenie kursu dolara, alkoholowa itp.), likwidacji polskiego przemysłu, a nawet całych miast i wsi. Wyhodował mit założycielski PiS i Samoobrony. Doprowadził do wzrostu gospodarczego, połączonego z 20% ogólnokrajowym bezrobociem, a w niektórych miejscach nawet 80%. Gigantyczna zapaść to jego dzieło, budowanie z gruzów zaczęli inni.

Ale wróćmy do kredytów. Otóż na początku faktycznie szalała inflacja a raty bywały stałe, co powodowało zmniejszenie obciążeń. Jednocześnie zdewaluowano oszczędności. A potem… nagle przeliczono zobowiązania wobec banków. No i zaczęło się. Ludzie z miesiąca na miesiąc (tak!) mieli do spłaty 40% więcej niż pożyczyli. Ich pensje nie mogły rosnąć w tym tempie (sławetne dzieło Balcerowicza „popiwek” – podatek od wzrostu wynagrodzeń w firmie), więc albo natychmiast spłacali, albo bankrutowali. Kryzys inflacyjny (raty +100% na przestrzeni roku) to przy tamtych czasach (+600%) małe piwo. I o tym warto pamiętać, gdy chwali się Balcerowicza.

Czego jednak z tej lekcji możemy się nauczyć? Warto myśleć samodzielnie. Bank nie jest naszym przyjacielem. Kredyt mieszkaniowy opłaca się wtedy, gdy pozostanie tani. Dzisiejsze raty (ok. 800 zł przez 30 lat od każdych pożyczonych 100 tys. zł), wymagają minimalizowania zobowiązań. Niby proste, a młodych dalej próbuje się wychowywać paradygmatem sprzed dekady – czasów taniego pieniądza.

Dzisiaj, samodzielna budowa niewielkiego domu, albo próba remontu istniejącego, może okazać się tańsza niż zakup mieszkania od dewelopera. Minimalizujemy pożyczane kwoty, a tym samym i obciążenie. Czy ta prawda zostanie aktualna jutro? Pewnie nie.

Jak na przeciętnego pracownika wpływa praca zdalna?

W kwietniu pisałem o pracy zdalnej w korpo – podsumowując, że niezłego pracownikowi, likwidacja tej formy powinna skłonić do poważnych zmian. Teraz o perspektywie „średniaka”.

Otóż średniak wyrabia te 100% normy, ale potrzebuje na to 100% (czyli 40 godzin tygodniowo). Jak na niego wpływa praca zdalna?

W większości wypadków – korzystnie, w nielicznych – destrukcyjnie. Zacznijmy od plusów.

Powód 1. Niepłatne godziny.

Praca zdalna „odcina” dwa bardzo ważne bloki czasowe: dojazdy i „szykowanie się”. Cofnijmy się do tekstu Onet-u – 3 h dziennie w samochodzie, albo wychodzenie do biura o 6.20, żeby ominąć korki, stanowią punkt wyjścia. Dodatkowe 3h to czas, w którym nic nie robimy i nikt nam za to nie płaci. Zróbmy prosty bilans.

22 dni robocze x 8 godzin – urlopy = 170 godzin pracy miesięcznie.

A jeśli zwiększymy tę liczbę o 37% (czyli 3 h dojazdu), mamy już 233 h/m-c, w tym 63 godziny niepłatne.

Dodając 1 h na szykowanie się (prasowanie, układanie fryzury, makijażu, pastowanie butów, przygotowanie 2-go śniadania, napoju itp.) Dodajemy już 50% czasu. No i robi się 255h, z czego 85 h darmowych.

Zachowując tę samą wydajność (na 100% w 8 godzin), warszawski korposzczur oszczędza 33% czasu, jeżeli pracuje z domu.

W warunkach mojego miasta będzie to nieco mniej (1 h na dojście, 1 h szykowania się) czyli bezpłatne 2h/dzień, czyli +20%.

Powód 2. Elastyczna praca.

Nawet jeśli pracujemy w korpo, powstaje opcja „ruchomego czasu pracy”. Krótko mówiąc – mamy spędzić przy kompie 8h. Firmy nie interesuje w jakich godzinach (ew. ustalają pewne ramy np. 6-22, żeby nie płacić za „nocki”). I wtedy zyskujemy. Rano odwozimy dzieci do pracy, robimy obiad, a pracujemy popołudniami. W świecie ludzi posiadających jakieś życie prywatne – super sprawa.

Powód 3. Prywatna optymalizacja.

Pisał o niej w „Czterogodzinnym tygodniu pracy” Tim Ferriss. Stosujemy różne metody, aby jak najmniej pracować. Dajemy pracodawcy efekt, a zyskujemy czas, oszukując. Wielu skorzysta.

I tak, wykorzystamy sztuczną inteligencję, żeby pracowała za nas. Lub jak u Ferrissa, wykorzystamy prywatnego asystenta z Azji.

Napiszemy maila o 3 w nocy, ale ustawimy wysłanie go o 10.

Wykonamy zadanie po kolacji, a przekażemy je szefowi w południe następnego dnia.

Powód 4. Mniej wydatków.

3-godzinny dojazd to nie tylko czas, ale i pieniądze. Trasa 25 km Białołęka-Ożarów, to 1000 km miesięcznie, przy spalaniu w korkach na poziomie 8 l/100 km (z dolnej półki!) mówimy o wydatku ok. 500 zł.

A ubrania? Kosmetyki? Buty? Karty parkingowe? Kawa na wynos? Pan Kanapka? Biurowe składki?

Każda z tych pozycji kosztuje. Pracując zdalnie – oszczędzamy.

Podsumowanie. Praca zdalna, nawet dla przeciętnego korposzczura zapewnia niezły work-life balance. Pozwala oszczędzać i czas, i pieniądze. Daje komfort posiadania jakiegokolwiek życia, a nie kręcenia się w kołowrotku.

Teraz czas na minusy.

Problem 1. Nieumiejętność pracy bez nadzoru.

Wielu korposzczurow, spuszczonych ze smyczy, bez karbowego nie potrafi pracować wydajnie. Marnują czas na czynności nieistotne. Widać to po spadku wydajności. Oczywiście, taki stan nie musi trwać wiecznie, wydajności da się nauczyć.

Problem 2. Mix życia zawodowego z prywatnym.

Wielu nie potrafi ich podzielić. Pracują do 20. Lenią się do południa. Robią obiad w przerwie wideokonferencji. Wychodzą na zakupy. Pracują w poczekalni u lekarza. Odbierają telefony o 23.

Warto postawić tamę, ale i tego trzeba się nauczyć.

Problem 3. Utrata umiejętności społecznych.

8 godzin w pracy typu korpo, oznacza spotkania, rozmowy, ploteczki przy ekspresie. W ten sposób socjalizujemy się (przepraszam za język psiego behawiorysty). Pracując z domu już nie. Oczywiście, da się ogarnąć coworking, cafeworking, pracować w parku, na skwerze, ale pracodawcy tępią takie praktyki. Zgodnie z prawem, ponieważ trzeba podać miejsce pracy zdalnej i trzymać się go.

Problem 4. Dziwne zwyczaje.

Gdybym nie usłyszał, tobym nie pomyślał. Jeden z moich kumpli opowiada sytuację swojego sąsiada. Narzekał na „zdalną” bo „przez nią nie myje się 14-ty dzień”. Po prostu – idąc do biura, traktował prysznic jak konieczność. W domu – nie ma potrzeby, ani motywacji. Szok. I tacy też są i lepiej niech siedzą za biurkiem.

Podsumowanie.

Dla większości praca zdalna stanowi dar, przyjemność, szansę. By zaoszczędzić czas, pieniądze, nerwy. Dla wąskiej grupy – problem, okazję do lenistwa itp. Za ich wybryki (przykład z mojego byłego już etatu: nie odbieranie telefonów od kierownika „bo jestem w domu”) płaci reszta. Przełożeni wkurzają się i eliminują uproszczenia dla wszystkich. Warto o tym pamiętać i nie zachowywać się jak pies nagle spuszczony ze smyczy.

Błędne argumenty społecznych darwinistów – Mentzen+Stanowski kontra historia i rzeczywistość.

Pod tym linkiem https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/platne-studia-w-polsce-te-slowa-wywolaly-burze-nie-maja-pojecia/8ze0b83 znajduje się artykuł dotyczący dyskusji o płatnych studiach. Hasło rzucił dr Sławomir Mentzen, swoje dokleił Krzysztof Stanowski, a argumentację podsumował dr Tomasz Markiewka i dziennikarze Onetu.

Zacznijmy od poglądów polityków:

  1. Dr Sławomir Mentzen: w moim idealnym świecie studia są płatne.
  2. Krzysztof Stanowski: Studia już są płatne, tylko przez wszystkich, a nie tylko przez tych, którzy studiują. Moim zdaniem w kwestii studiów ani Mentzen nie ma racji, ani jego oponenci. Ważne dla państwa kierunki powinny być bezpłatne, a jak ktoś chce studiować Aktorstwo Teatru Lalek (pierwszy z brzegu przykład, niech teraz lalkarze się na mnie nie rzucają) to powinien za to płacić. Są studia, które przygotowują do ważnych zawodów, a są i takie, które stanowią fanaberię albo sposób na zabicie nudy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszystko jest wrzucane do jednego wora.
  3. Dr Tomasz Markiewka – problem z takimi wypowiedziami polega na tym, że ich autorzy nie mają pojęcia, czym w ogóle jest uniwersytet i jaka jest rola humanistyki w społeczeństwie. Studia są laboratoriami idei. Ludzie nie studiują tylko po to, by zdobywać „konkretną” wiedzę. Studiowanie to także „budowanie kapitału kulturowego i społecznego, by użyć terminów innego bezużytecznego humanisty, czyli Pierre’a Bourdieu”.

Kto ma rację? No niestety nie obaj kandydaci z których jeden studiował bezpłatnie i jeszcze gratis zrobił doktorat, a drugi (Stanowski) też, ale dalej ma wykształcenie średnie, tylko dr Markiewka. Temat jest jednak znacznie szerszy.

Problem pierwszy. Są drogie. Dziennikarstwo, którego nie ukończył Krzysztof Stanowski kosztuje w Warszawie 6200 zł za rok. To 31 tys. zł za 5 lat. Ale już finanse biznesu i rachunkowość 9900 zł za rok (49.500 zł za 5 lat). Medycyna 41.2 tys. zł czyli ca. 247 tys. zł za 6 lat. Kogo będzie na to stać? Na pewno nie przeciętniaków i biednych. Nie wierzycie? Poczytajcie o USA. Tam długi za studia są trzecim powodem bankructw, po rachunkach za leczenie i hipotekach. Czyli studiowaliby najbogatsi. Jak przed II WŚ. Na prawo czy medycynę szli wybrańcy. Pamiętam przedwojenne opowieści (mój dziadek i dziadek studenckiej dziewczyny) o egzaminach po 50 zł (równowartość dzisiejszych 3000 zł), o tym że rolnika nie było stać na wysłanie jedynego syna na studia.

Problem drugi. Kto ma ocenić, które studia są „ważne dla państwa”? I co jeśli np. jedna partia promuje naukę węgierskiego, a druga niemieckiego? Ma o tym decydować dwuosobowy komitet „Stanowski-Mentzen”? Bez żartów. Nieważne kulturoznawstwo, a cenimy wychowanie fizyczne? Tym bardziej, kto studiuje „dla zabicia nudy”. Melchior Wańkowicz opisywał swojego stryja – absolwenta budowy okrętów, brata lekarza i nikt z nich nie pracował w zawodzie. A studiowali „ważne dla państwa” kierunki.

Problem trzeci. Koszt studiów takich jak gender studies, kulturoznawstwo jest minimalny. Wykładowca, tablica, kreda, pokój i laptop. Natomiast drogie są kierunki oblegane: medycyna, informatyka, chemia, stomatologia itp. Wprowadzając odpłatność od kulturoznawców, za chwilę nie będziemy ich mieć, ponieważ koszt takich studiów nigdy się im nie zwróci. A państwo zaoszczędzi niewiele.

Problem czwarty. Pogląd, że płacimy za studia wszyscy jest bałamutny. Nie wszyscy płacą podatki (rolnicy, księża, itd.), więc już nieprawda. Co więcej, większość podatków nie ma celu. Taki podatek dochodowy. Idzie do wora. Trudno ustalić, co na kulturoznawcę, co na geotermię Tadeusza Rydzyka, co na leczenie, co na drogę.

Problem piąty. Jeśli już płacić, to i zwracać koszty rzuconych studiów, bo z nich z pewnością nie ma pożytku. Pierwszy w kolejce – Krzysztof Stanowski.

Problem piąty. Argumenty dr Markiewki podzielam, ale nie docierają do większości. Młodzi otumanieni ideą neoliberalizmu w wykonaniu Mentzena i Stanowskiego ich nie zrozumieją. Ponieważ prawda jest jedna – podatki powinny być powszechne i równe – wtedy nie będzie dyskusji. A do tego jeszcze daleka droga. I studia nie są płatne „w idealnym świecie”, ale w krajach z ogromnymi nierównościami, które jeszcze się zwiększają.

Czy czeka nas rozpad systemu?

W książce „Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej” Peter Turchin – emigrant z ZSRR do USA kreśli obraz, który da się przedstawić w kilku krokach:

  1. Zmiany funkcjonującego systemu powodują nadprodukcję elit: finansowych, kulturalnych, politycznych.
  2. Wtedy elity dzielą się i powstają kontrelity, z ludzi dla których zabrakło stanowisk.
  3. Elity i kontrelity zaczynają walczyć, doprowadzając do dezintegracji systemu.
  4. Dezintegracja systemu wywołuje implozję państwa.

Autor przedstawia siebie jako pioniera nowego podejścia do historii – posługiwania się w niej metodami matematycznymi oraz stara się pokazać zmiany na pewnych przykładach. Nas interesują głównie: USA i Ukraina. A wnioski? No cóż jeden i mało budujący – jeżeli nie dojdzie do istotnych zmian system demokratyczny w tych państwach zawali się. A gdy dodamy, że książka powstała w okolicach roku 2020 wygląda to na samospełniającą się przepowiednię. Czy tak jest w rzeczywistości?

O ile diagnoza amerykańska ma sens. Liczba zamożnych (majątek pow. 1 mln dolarów) w USA drastycznie wzrosła podobnie jak bogatych (multimilionerów 10 mln USD +), jak i bardzo bogatych (100 mln dolarów +). Demokraci z masowej partii ludzi niezamożnych stali się rzecznikami 10% zamożnych, a republikanie 1% bogatych. Liczba wykształconych (magistrów, doktorów, profesorów), tradycyjnych polityków (absolwenci prawa) – też, co spowodowało nadprodukcję elit. Trump i inni milionerzy dla których zabrakło miejsca przy stole (między innymi promotor J.D. Vance’a – twórca funduszy venture capital – Thiel) wytworzyli kontrelity. A potem już poszło. Kontrelity porwały niereprezentowane 90% i wywołały efekt odejścia od tradycyjnych partii. Czyli stało się to co zawsze.

I tu mam problem. Zbyt dobrze znam klasyczną historię jako naukę społeczną, a nie ścisłą, żeby nie uznać tez Turchina za naciągane. Popatrzmy na Polskę. Przyczyną upadku I RP był szereg wydarzeń, także o charakterze zewnętrznym. W okresie, który Turchin nazwałby „nadprodukcją elit” czyli „Złotym Wieku Jagiellonów „, gwałtownie wzrosła liczba wykształconych, a państwo rozwijało się świetnie. W XVII-XIX w. elity wręcz się zmniejszały (wojny, epidemie). Targowiczanie – biskupi i magnaci nie stanowili żadnej kontrelity lecz zdegeneregowane władzą elity. A II RP? Przecież upadła z zupełnie innego powodu. PRL? Podobnie. Oczywiście, da się podkreślić rolę kontrelit, nie znajdujących miejsca w PZPR, w tworzeniu Solidarności, ale przecież bez pomocy z zewnątrz i zmiany sytuacji międzynarodowej ten ruch szybko upadłby, zgnieciony przez ZSRR, jak w 1956 r. na Węgrzech czy w 1968 r. w Czechosłowacji.

Podobnie Ukraina. Oligarchowie doprowadzili do upadku tego państwa, nie dlatego że było tam zbyt wiele elit lecz w rzeczywistości właśnie z powodu braku klasy średniej i wyższej, mającej inne aspiracje niż napełnienie brzucha i epatowanie bogactwem w Europie. Dlatego zawłaszczyli państwo, współpracowali z wrogami państwa (podobnie jak Prymasi Polski i Królestwa Polskiego oraz większość arystokracji przez praktycznie cały okres przedrozbiorowy i rozbiorowy).

A Trump? No cóż teza o kontrelitach wydaje się ciekawa. Dopóki jednak nie popatrzymy głębiej. Trump był częścią elity (w USA rozumianej jako ludzie bogaci i bardzo bogaci) już 30 lat temu. Gdy zapragnął władzy, użył znanych od lat mechanizmów populistycznych (ja i wy, kontra oni, Wielka Ameryka przeciw zepsutemu światu itp.) i wykorzystał je zręcznie. Nic więcej. Pociągnął za sobą niektórych przedstawicieli elit (Musk, wspomniani Thiel i Vance), a innych niszczy, ale nie programowo, ale aby zdobyć i utrzymać władzę. W USA nie nastąpiła żadna nadprodukcja elit lecz, podobnie jak w Polsce, dewaluacja pojęcia „elita”. U nas jest nią „zdobywca” MBA po półrocznym kursie, a w USA – gość nie potrafiący zrozumieć przyczyn wzrostu potęgi własnego kraju po 1915 r.

A skoro błędna diagnoza, błędne i wnioski. System nie upada lecz ulega przekształceniu. Trzeba się nauczyć z tym żyć i przystosować. Na tym polega inteligencja.

Ile straciłem emerytury rezygnując z drugiej pracy?

Szczególnie podkreślaną zaletą pracy na etacie jest państwowa emerytura. Jej wysokość opiewają liczni akolici i klienci ZUS-u rozpływając się nad przewidywalnością i pewnością świadczenia gwarantowanego przez państwo.

Jedyne czego nie obiecują – czyli wysokość – stanowi przedmiot moich wyliczeń i przestróg. Otóż, dzisiejsi trzydziestolatkowie i młodzi czterdziestolatkowie dostaną w 70% emeryturę minimalną. Ja jestem trochę starszy i co obiecuje mi ZUS? Ile tracę rzucając drugi etat?

Otóż ZUS w swojej e-odsłonie (eZUS, dawniej PUE ZUS) zawiera funkcjonalność, pozwalającą wyliczyć emeryturę na podstawie znanych zmiennych:

  • kapitału początkowego (u mnie 0, pracę zacząłem w roku reformy),
  • odłożonych w ZUS pieniędzy,
  • stanu subkonta,
  • ilości środków zgromadzonych w OFE.

Trzeba jeszcze podać ostatnie wynagrodzenie brutto, planowany wiek przejścia na emeryturę (u mnie równe 65 lat), oraz przyszłe zarobki. I tu właśnie następuje główny problem. Przede mną jeszcze 16 lat pracy. Przeprowadziłem symulację w dwóch wariantach:

  • pracuje na dwóch etatach do emerytury, odprowadzając składki maksymalne,
  • rezygnuję z jednego etatu, zostawiając sobie drugi i składki od 140% średniej krajowej.

Co mi wyszło?

Otóż ZUS, zastrzegając, że wyliczenia nie stanowią obietnicy przyszłej emerytury, ani podstaw do roszczeń podaje trzy wartości:

  1. nominalną emeryturę,
  2. emeryturę jako procent przeciętnego wynagrodzenia w dacie rezygnacji z pracy,
  3. emeryturę realną (nominalna, zwaloryzowana inflacją).

Otóż, rzucając jeden etat dostanę:

  • nominalnie 14.500 zł (netto – 11.911 zł),
  • 82% średniej pensji (dzisiaj byłoby to 7300 zł – zdrowotna – podatek = 6145 zł netto),
  • 9953 zł realnie (co oznacza, że przewidziano waloryzacje wyższe niż inflacja – netto 8270 zł).

Gdyby porównać ją z moją ostatnią pensją (tu zakładam, że nadal zarabiam 140% średniej krajowej), byłoby to: 75% netto i 59% brutto.

A co stałoby się, gdybym poszedł za radą speców od emerytur? Otrzymam:

  • nominalnie 18.121 zł (netto 14.811 zł),
  • 102% średniej pensji (dzisiaj 9078 zł brutto i 7490 zł netto),
  • 12.439 zł realnie (netto 10.261 zł).

W stosunku do mojej ostatniej pensji – 73% brutto 90 % netto.

Na koniec zostawiłem sobie najważniejsze pytanie – czy warto pracować x 2 przez ostatnie 16 przedemerytalnych lat? Nie. Ba, w ogóle nie warto odprowadzać gigantycznych składek. Z dwóch powodów.

Po pierwsze – finansowych.

Renta już dzisiaj wyniosłaby 7700 zł brutto (6466 zł) , czyli z 86% emerytury „na dwa etaty”. Emerytura „na jeden etat” stanowiłaby 82% tej na dwa. Ba, moja renta byłaby wyższa niż emerytura od 140% przeciętnego wynagrodzenia.

Po drugie – czasowych.

W przypadku pracy 3 dni w tygodniu, odzyskałem 40% czasu poświęcając 18% emerytury.

W przypadku przejścia na rentę, miałbym 100% czasu dla siebie, a poświęciłbym 14% świadczenia.

Paradoks? Tak, ale z nich zbudowany jest nasz system emerytalno-rentowy. Dlatego powiem to po raz n-ty- zacznij liczyć, zacznij myśleć, a nie słuchać ludzi, którzy mają interes w tym, abyś płacił jak najwyższe składki.

Startujemy z remontem. Przerabiamy dom na wsi na nasze główne miejsce zamieszkania.

Dzisiaj dalsza część opowieści z grudnia – moja żona zgodziła się sprzedać miejski dom, aby wyjechać na wieś. Stojące tam budynki – duży garaż (60m2) i dom (140 m2) nie były przystosowane do całorocznego zamieszkania. Stąd z wiosną – biorę się do roboty.

Podstawowe prace. Podzieliłem je na dwie grupy: te które wykonam samodzielnie oraz zlecone profesjonalistom. W drugiej części znalazły się:

  • instalacja c.o. z kominkiem z płaszczem wodnym,
  • wymiana drzwi wejściowych,
  • budowa oczyszczalni ścieków,
  • prace dekarskie, elektryczne i grubsze hydrauliczne,
  • dostawa materiałów budowlanych.

Tyle. Sam planuję:

  • uszczelnić okna,
  • poddać renowacji stare drzwi wewnętrzne,
  • ocieplić poddasze,
  • zrobić kuchnię i łazienkę,
  • wykonać podłogi na pietrze,
  • pomalować,
  • wytrasować i usypać ścieżki i drogi wewnętrzne,
  • w ostateczności ocieplić ściany zewnętrzne i zrobić elewację z półbala.

Dlaczego nie wymieniam okien, a ocieplenie traktuję jako ostateczność? Otóż, na forum właścicieli starych domów, panuje popularny pogląd (głoszony przez inżynierów), że ocieplenie wełną skalną, styropianem szkodzi budynkom otwartym dyfuzyjnie (ceglanym z tynkami wapiennymi). Wymiana okien na super szczelne – podobnie. I chcę spróbować. Najwyżej w 2026 r. wymienię okna i wykonam ocieplenie z wełny drzewnej na ruszcie. Ograniczenie prac, pozwoli mi jednocześnie drastycznie ograniczyć poślizgi czasowe. Dom musi być gotowy na październik. Stąd plan jest następujący:

  1. w czerwcu wchodzi ekipa z ogrzewaniem (ważny element),
  2. druga wymienia drzwi wejściowe,
  3. a trzeci montuje oczyszczalnię,
  4. od maja działają dekarz, elektryk i hydraulik

Moje zadania wyglądają tak:

  1. kwiecień, maj – ocieplenie poddasza,
  2. czerwiec – renowacja okien i drzwi wewnętrznych, wymiana skrzydeł na górze, podłogi na piętrze,
  3. lipiec – kuchnia i łazienka (po kolei, żeby mieć przynajmniej jedno źródło wody i móc się myć),
  4. sierpień – malowanie i prace drogowe.

Do pomocy wynajmę sąsiada, bo samodzielnie nie dam rady (ocieplenie i drogi).

Teoretycznie w połowie sierpnia powinniśmy być gotowi do przeprowadzki. Dom miejski planuję zacząć sprzedawać, gdy całość prac zostanie wykonana.

W maju planujemy próbną przeprowadzkę na 2 miesiące.

Trzymajcie kciuki, bo plan wygląda na napięty. Stąd mam (jak zwykle) plan B, jeśli coś się opóźni.

Wtedy łazienka (już działa) zostanie przełożona na wiosnę 2026 r., podobnie jak wymiana skrzydeł drzwiowych na piętrze. Ścieżki też może poczekać (rozłożę prowizorycznie płytki betonowe z demontażu).