Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 7 – Oszczędny Milioner

Różnice pomiędzy osobami posiadającymi porządek i bałagan w finansach.

Dawno nie pisałem tak wprost pedagogicznie – co robić, czego nie robić. Czas na zmianę. Dzisiaj o różnicy między kimś, kto panuje nad pieniędzmi i takim, nad którym to one sprawują władzę. Wbrew pozorom linia demarkacyjna nie przebiega wcale w wysokości dochodów. Przeciwnie, zarabiając wiele można łatwiej i szybciej wywołać ogromny bałagan. A oto i sama treść.

Nie płaci rachunków w terminie, płaci w terminie.

Finansowy bałaganiarz ciągle zapomina o rachunkach. W efekcie albo odcinają mu media, albo dokłada do odsetek. Nie dzieje się tak, z powodu wielości zobowiązań. Nie, tu chodzi raczej o brak systemu. Ja w pewnym momencie płaciłem za 5 liczników energii, 6 wodomierzy, 7 podatków od nieruchomości, 2 liczniki gazu, 3 czynsze itp., itd. Po prostu każdy wpływający rachunek płaciłem od razu. Gdy wpływało 12 na raz (prąd w górach) robiłem od ręki 12 zleceń i… przestawałem o tym myśleć.

Nie wie ile wydaje, spisuje wydatki.

Spisywanie wydatków (w komputerze, w zeszycie) to mega ważna sprawa. Tylko ten jeden nawyk może wyciągnąć nas z finansowego bagna. Wiemy ile kasy idzie na jakie potrzeby. Wiemy jak przyciąć i gdzie. Panujemy nad całością. Oczywiście, znajomość wydatków nie oznacza jeszcze oszczędzania, a ono wprost zamożności, ale jesteśmy na dobrej drodze.

Zarabia mniej niż wydaje, wydaje mniej niż zarabia.

Znam ludzi, którzy zarabiając 30 tys.zł miesięcznie mają długi. I nie myślę wcale o hipotece. Auto (lub dwa) w leasingu. Pożyczki po rodzinie. Meble – na kredyt. AGD, RTV – na kredyt. Jak to możliwe? Ponieważ wydają dajmy na to 35 tys. zł miesięcznie. Więcej niż zarabiają. Człowiek o zdrowych finansach robi odwrotnie. Patrzy najpierw ile może wydać, a potem trzyma się tej liczby (co ważne spisując wydatki, dokładnie ją zna).

Ma długi, nie ma długów.

Główną przyczyną długów jest stała nadwyżka wydatków nad dochodami. Oraz chęć do zaspokajania swoich potrzeb natychmiast, bez czekania na zgromadzenie gotówki. W efekcie dłużnik płaci dwa razy. Dom kupiony na kredyt za 1 mln złotych, przy obecnym oprocentowaniu i okresie 30 lat, kosztuje 3-4 mln zł. Warto spłacać go jak najszybciej.

Nie oszczędza, oszczędza.

Ponownie konsekwencja poprzednich punktów. Kto wydaje więcej niż zarabia, nie ma kasy, by ją oszczędzić. Wpada w zaklęte koło. I zakopuje się coraz głębiej w bagnie pożyczek, kart kredytowych itp. Przeciwnie, rozsądny, odkłada choćby drobną część wypłaty i jego konto puchnie.

Nie inwestuje, inwestuje.

Ludzie z bałaganem w finansach nie dysponują nadwyżką do zainwestowania, więc unikają samej czynności. Nie korzystają z potęgi procentu składanego i pozostają biedni do końca. Takie życie. Inwestor potrafi w ciągu zawodowego życia (42 lat) zrobić z 1 złotówki 64 zł (co oznacza podwojenie 6 razy czyli 10% stopę zwrotu). Wie jak to działa, zna regułę 72. Osiąga coraz lepsze wyniki, coraz mniejszym nakładem czasu.

Czeka na mannę z nieba, planuje i działa.

Kolejny ważny punkt. Bałaganiarz liczy na dobry los. Wygrana na loterii, spadek, teleturniej, złoty interes. Ktoś, kto postępuje systematycznie – planuje i działa (wykonuje plan). Woli odłożyć 20 tys. zł/rok, bo wie, że oznacza to 2,5 mln przy przejściu na emeryturę niż 100 tys. zł od czasu do czasu.

I na koniec pocieszające informacje. Bałaganiarstwa można się oduczyć a nawet bałaganić w jednym, a trzymać porządek w drugim.. Ja jestem bałaganiarzem (i leniem) jeśli chodzi o ciuchy, papiery, ale w finansach trzymam wzorowy porządek. Nie działa tu genetyka. Moje rodzeństwo „prawdziwe” i cioteczne w sprawach pieniężnych należy do dramatycznie innej grupy niż ja (od „duże zarobki, małe oszczędności” do „małe zarobki, małe oszczędności”), ewidentnie wyrodziłem się. Żartuję, po prostu pewne nawyki weszły mi w krew.

„Biedni w bogatym kraju”. Kolejna książka o „prawdziwej białej Ameryce”.

Dzisiaj miał się ukazać kolejny wpis z serii o budowaniu zamożności, ale wydarzenia międzynarodowe (spotkanie Zełenski-Trump-Vance) skłoniły mnie do przyspieszenia i napisania o „prawdziwej białej Ameryce” oczami dwójki dziennikarzy czyli książce „Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu” Nicolasa Kristofa i Sheryl WuDunn.

Lektura pozycji wydanej oryginalnie w 2020 r., a napisanej w trakcie kampanii wyborczej przed pierwszą prezydenturą Donalda Trumpa, pozwala otworzyć oczy lepiej niż „Elegia dla bidoków” J.D.Vance. Dlaczego? Ponieważ nie jest klasycznym reportażem, ale zawiera szereg danych statystycznych. I właśnie one porażają.

Nicolas Kristof urodził się i wychował w Yamhill w Oregonie. Należał do klasy uprzywilejowanej, jego rodzice pracowali umysłowo, skończył prestiżowe studia i zdobył pozycję dziennikarza z ogólnokrajową rozpoznawalnością. Teraz opisuje losy kolegów z dzieciństwa, którzy nie mieli tyle szczęścia.

W oryginale tytuł nie brzmi tak dramatycznie „Tightrope. Americans reaching for hope”, ale jak powiedziałem – dzięki statystyce opowieść jest porażająca. Jednoczesnym oskarżeniem, jak i diagnozą przyczyn.

Zacznijmy zatem od wysokiego „C”. Czy wiecie, że długość życia przeciętnego amerykańskiego białego mężczyzny z klasy niższej (czyli właśnie tych „hillbillies”, „rednecks” itd.) jest równa Pakistańczykom, Mołdawianom (najbiedniejszy kraj Europy) czy mieszkańcom Sudanu? I nadal spada. Tacy Bidenowie, Trumpowie, Muskowie żyją ponad 80 lat, a bohaterowie książki Greenowie, Knappowie, Goffowie, dwadzieścia lat krócej. Zmagają się z bezrobociem, narkotykami, alkoholizmem, rozpadem rodzin i… nadal masowo głosują na miliardera Trumpa. Jak to możliwe?

Diagnoza jest ważna również w kontekście Polski. Zachodzi tu bowiem podobny mechanizm. Otóż, ci zalani alkoholem, zamroczeni narkotykami, wielokrotnie karani, z nieślubnymi dziećmi uważają siebie za…. konserwatystów ponieważ: wierzą w Boga i Amerykę, kochają broń i wolność oraz nienawidzą kolorowych. System stworzony przez miliarderów rąbie ich w głowę na każdym kroku (ograniczenie programów mieszkaniowych, zaostrzenie kar za narkotyki i jazdę po pijaku, opiłowanie tanich ubezpieczeń zdrowotnych), a oni głosują na miliardera i kibicują mu, gdy zapowiada (rozmowy z 2017 r.) dalsze ograniczenia praw klasy średniej, do której jeszcze niedawno aspirowali. Kristof tłumaczy to (i nie sposób się z nim nie zgodzić) niewiedzą, beznadzieją, brakiem jakichkolwiek perspektyw. Wybory jego kolegów, w większości już nieżyjących, ich dzieci i wnuków, sprowadzają się do dowaleniu „bubkom z NY czy Kalifornii”, a nie poprawie własnego stanu. W to już nie wierzą. Być może słusznie, bo jakie ma szanse na poprawę gość, który nie skończył liceum, waży 180 kg, żyje z dorywczych prac za 7-8 USD/godzinę (średnia zarobków poniżej 20 tys. USD rocznie przy ogólnoamerykańskiej 70 tys. USD), ma 5 wyroków za narkotyki, jazdę na bani, rozboje, rzuciła go żona, dzieci nie widział od miesięcy, mieszka z matką itp. Kompletnie nie wpisuje się w „American dream” lecz ciągle powtarza słowa jednego z prezydentów sprzed stu lat „Amerykanie nie są narodem tych co nie mają i nie mają, ale tych co mają lub za chwilę będą mieli”, nawet jeśli przeczy temu doświadczenie życiowe. Ich ojcowie, również alkoholicy, mieli jednak pewną pracę, konkretny zawód, żonę, dzieci i mieszkali we własnym domu na kawałku ziemi, a oni majątkiem, pozycją zawodową itp. podobni są do czarnych, którymi głęboko gardzą.

A jaki ma to związek z bieżącymi wydarzeniami politycznymi? Otóż, poparcie większości tych ludzi dla Trumpa/Vance’a, połączone z zasadami wyborczymi (stan liczący kilkaset tysięcy ludzi ma tyle samo senatorów co 40 mln mieszkańców Kalifornii, a elektorów prezydenckich i reprezentantów nadal nieporównywalnie więcej w przeliczeniu na liczbę ludności) może na lata zabetonować system. Efekty już widzimy. Obrażenie się na Europę, podziw dla Rosji, podejmowanie idiotycznych wojenek z sąsiadami (Kanada, Meksyk). Do czego to prowadzi?

Znowu. Sięgnijmy do historii. Finansowi arystokraci (oczywiście nie mieli żadnych tytułów, lecz majątek) z Południa, poczuli się silni i w kontrze do Jankesów ze Wschodniego Wybrzeża doprowadzili do głębokiego pęknięcia, które zakończyło się Wojną Secesyjną i zahamowało rozwój pozycji międzynarodowej USA na dziesięciolecia. Wpływowi Amerykanie jeszcze długo po wybuchu I WŚ kompletnie nie byli zainteresowani Europą. Ich nastawienie zmienił dopiero Ignacy Paderewski, jako przyjaciel prezydenta Wilsona. Teraz ten schemat wraca. Paradygmat z XIX w. – interesów USA w obszarze obu Ameryk i Pacyfiku, właśnie widzimy.

Oczywiście, sytuacja międzynarodowa jest już inna. Wtedy nie istniały silne Chiny, Indie. Iran czy Korea Płn. nie dysponowały bronią atomową, ani żadną dającą taką przewagę na polu walki. Gospodarczo USA stracą na wojnach celnych z Chinami, UE, Kanadą czy Meksykiem, więcej niż zyskają. A mimo to pchają się w ten konflikt ekonomiczny. Rzecz jasna stracą wszyscy, no może poza Rosją. Tu warto podać prosty przykład. Cła na europejskie samochody – 25%. Kto na tym ucierpi? Chyba jednak nie Europa. W USA sprzedają się głównie modele premium: Porsche, BMW, Mercedes, Volvo oraz tanie – Volkswagen. W koncernie Stellantis są też marki amerykańskie. Ich zmiany nie dotkną. Cały import z Europy wynosi 820 tys. aut. Volkswagen – główny gracz, ma 4% rynku i … większość produkuje w Meksyku. Oczywiście i na nie Trump nałoży cło. Europejskie firmy zmniejszą udział, aczkolwiek 644 tys. aut na rynku amerykańskim w przypadku Volkswagena to niewiele, bo sprzedaje rocznie 9 mln aut, a nawet 25% cła nie ograniczą jego udziału w rynku do 0. Producenci premium znajdują się w jeszcze lepszej sytuacji – BMW czy Mercedes (oraz co jasne Porsche, Ferrari itp.) są za oceanem symbolem statusu. Bogaci kupią je i tak, nawet po podwyżce. Ktoś, kto chce Mercedesa S-klasse nie kupi Forda F-150, Tesli lecz raczej Lexusa. Nawet najniższe cła nie zmuszą Europejczyków do zmiany Dacii Sandero na Forda Explorera, bo to całkiem różne auta, a Ford zawsze będzie droższy.

A w drugą stronę? Jedynym istotnym amerykańskim graczem w Europie jest Tesla. I ona dostanie po krzyżu. To już się dzieje, sprzedaż spada. Zresztą, o czym Trump zapomina, głównym atutem USA jest handel. Wszczęcie wojen celnych, utrudni funkcjonowanie istniejących szlaków oraz spowoduje brak nowych. A jeśli UE zahamuje udział amerykańskich platform streamingowych (damy radę bez Netflixa), handlowych (Amazon,) firm technologicznych (Apple) obłoży je podatkiem – straty korporacji amerykańskich okażą się większe niż zyski. Wyrugowanie koncernów farmaceutycznych (na marginesie – czy wiecie, że fentanyl został w USA wprowadzony i zatwierdzony jako lek przez miejscową BigPharmę i państwową agencję? – ja dowiedziałem się z opisywanej książki) wręcz załamie gospodarkę USA.

I ostatni aspekt. Wojna ze wszystkimi nigdy się nie opłacała. Z bliskimi sąsiadami (Meksyk, Kanada) jeszcze mniej. Za wszystko zapłacą właśnie „biedni biali”. To oni najbardziej przeżyją inflację (nieuchronną, gdy cła na towary z Chin wzrosną 25%), dalszą redukcję miejsc pracy i obcięcie programów społecznych. To oni dostaną rykoszetem przy zaostrzeniu prawa antynarkotykowego. W gorszej sytuacji znajdą się tylko Latynosi, którzy nota bene głosowali na Trumpa. A Europa? Poniesie spory koszt zbrojeń, przeorientuje sojusze, przestawi gospodarkę na inny tryb (czy wiecie, że Skoda produkowała kiedyś ciężką broń?) i wyjdzie z całej sytuacji zwycięsko.

Łatwiej stać się zamożnym na wsi.

Niedawno pisałem, że „lepiej być biednym na wsi” dzisiaj przechodzę na przeciwny biegun – zamożność. I stawiam odważną tezę – łatwiej stać się zamożnym na wsi.

Część z Was powie, i po części słusznie – co on opowiada. Wykonuje miejski zawód, większość dochodu czerpie z miasta,a tu nagle wieś jako lepsze miejsce na zamożność. Taka argumentacja ma w sobie pewną wagę, natomiast, co ważne – statystyka. A ta działa na korzyść wsi. Jej mieszkańcy, według danych GUS, dysponują przeciętnie większą powierzchnią mieszkalną na osobę oraz większym przeciętnym majątkiem. Jak to w ogóle możliwe?

Ano nie tylko możliwe, ale i do przewidzenia. W „Przestań zgrywać milionera” dr Stanley pokazuje wyniki swoich badań. Jednym z kryteriów prawdopodobieństwa zamożności ustanawia współczynnik milionerów wśród dobrze zarabiających w poszczególnych zawodach. I tak 38% lekarzy osiąga wysokie dochody (200 tys. dolarów i więcej). Analogicznie 24% adwokatów, 8% menadżerów średniego szczebla 3,4% menadżerów farm i rancz oraz 2.5% właścicieli tych gospodarstw. Sytuacja zmienia się, jeżeli pomyślimy ile osób zarabiających tak wiele, zostaje milionerami. Dr Stanley liczy go tak: liczba osób z wysokimi dochodami/liczba milionerów w danym zawodzie x 100%. I jakie osiąga wyniki? Tylko 26% dobrze zarabiających lekarzy zostaje milionerami, 36% adwokatów, 53% menadżerów średniego szczebla 145% menadżerów farmy i rancza. A gdzie są rolnicy? No cóż, osiągają wynik 188%, czyli na 1 osiągającego wysokie dochody, przypada 2 milionerów. Jednak ten procent, to jeszcze nie wynik.

Podano też jaki procent wykonujących zawód zostaje milionerami. W tym miejscu lekarze (10%), adwokaci (prawie 9%), wyprzedzają właścicieli farm i rancz (4,76%) dwukrotnie. Czyli jednak miasto? No cóż, raczej nie. Wyjaśniam, dlaczego.

Po pierwsze – na wsi co 3 jest rolnikiem, a w mieście adwokatów czy lekarzy – garstka. Szansę na zostanie lekarzem czy adwokatem ma więc niewielu, a farmerem, całkiem spora grupa.

Po drugie – 9-10% i 4,76% wcale nie oznacza dramatycznej rozbieżności, zwłaszcza jeśli ocenimy, że tylko co 10-ty lekarz zostaje milionerem.

Po trzecie – Polska to nie USA. O ile nie znam biednych lekarzy o tyle adwokatów żyjących od 1 do 1 już sporo. Podobnie jak zamożnych rolników.

Po czwarte – wiele zawodów da się wykonywać i na wsi i w mieście. Akurat lekarzem czy adwokatem trudno zostaje się na odludziu, natomiast inżynierem, nauczycielem (kolejne profesje o wysokiej koncentracji milionerów), już bez problemu. Dzisiaj, przy pracy zdalnej, da się odłożyć milion pracując w IT, a nawet niektórych korpo.

Po piąte – na wsi żyje się taniej i łatwiej odłożyć. Pisałem o tym wielokrotnie. Niższe ceny nieruchomości (30-40% miejskich za porównywalne powierzchnie i stan), oznaczają znacznie niższe raty kredytów. Na wsi mniej ludzi uwiązało się na pasku banków. Usługi są tańsze. Towary – porównywalne. Przy niewiele niższych przeciętnych pensjach (-20%), odłożymy więc większe sumy.

Po szóste – wieś nie zachęca do wydawania. Nie ma tam galerii, tylu sklepów, restauracji, dyskotek, kasyn czyli generalnie miejsc, w których puszcza się kasę.

Po siódme – na wsi łatwiej o towarzystwo ludzi oszczędnych. Bardzo ważny punkt. Wieś sprzyja oszczędności. Miasto zachęca do wydawania. Znajdziemy tam znacznie mniej ludzi odraczających wydatki lub rezygnujących z nich całkowicie. Auta są starsze i tańsze. Wystroju domu nie zmienia się tak często. Wybiera ciucholand czy targ zamiast modnych marek w galerii. Króluje „zrób to sam”. To wszystko sprawia, że na wsi znacznie prościej o oszczędnych sąsiadów czy znajomych. A wiadomo „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”.

Po ósme – i na wsi nie brakuje dobrze zarabiających. Wprawdzie średni dochód jest niższy o te 20%, ale przecież nie ma tam takich kominów (różnic wynagrodzeń), bankierów z pensjami 0,5 mln miesięcznie, zarządzających inwestycjami w funduszach, prezesów wielkich spółek. Do tego średnią i medianę obniżają ludzie z niskim legalnym dochodem, co nie znaczy, że biednych. Pracują oni albo na czarno w Polsce, albo sezonowo za zachodnią granicą. I dochodu tutaj nie wykazują, zaniżając statystyki.

Po dziewiąte i ostatnie. Zamożność bierze się ze zdolności do generowania nadwyżki dochodów nad wydatkami i umiejętnego jej inwestowania. Nazywam tę zasadę Trójkątem Zamożności. Same dochody nie wystarczą. A na wsi łatwiej generować nadwyżkę i… tak się dzieje. Z inwestycjami też nie ma problemu. Wystarczy wyjazd do miasta od czasu do czasu.

Kolejna nieprawdziwa opowieść o klasie średniej.

W zeszłym tygodniu przeczytałem ten artykuł https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/polska-klasa-srednia-w-glebokim-kryzysie-zaczynamy-latac-jak-kura-bez-glowy/shz4gbr . Utrzymany w tonie narzekactwa, zawiera kilka nieprawd o klasie średniej, które chciałbym sprostować. To dziwne, bo rozmówczyniami Newsweeka są dwie socjolożki.

Dwa słowa wstępu, bo temat wielokrotnie poruszałem. Istnieją trzy rodzaje definicji klasy średniej. Pierwsza opiera się na kryterium czysto ekonomicznym – wysokości dochodów. To szkoła amerykańska. Druga – koncentruje się na zasadach i sposobie życia, które socjologia nazywa „habitusem”. To szkoła europejska. Jest też trzecia – definicja – marksistowska – oparta o podział proletariat-burżuazja-coś pośrodku. I pośrodku jest właśnie klasa średnia. W warunkach polskich zaliczymy do niej bezspornie: nauczycieli, lekarzy, urzędników-specjalistów, umysłowych pracowników korpo. Z resztą mamy problem. Bo np. profesor geografii wg kryteriów socjologicznych byłby klasą wyższą, a wg ekonomicznych – średnią. Z kolei dr nauk medycznych z zarobkami na kontrakcie 50 tys. zł/m-c raz stanowiłby klasę średnią, innym razem wyższą.

Ale wróćmy do błędów.

  1.  My tak naprawdę przez 30 lat nie wymyśliliśmy, po co się bogacić, piąć po szczeblach kariery, wydawać pieniądze, które zarobiliśmy. Pieniądz i konsumpcja stały się ideologią samą w sobie. Jesteśmy chłopskim, katolickim społeczeństwem, które gdy się wzbogaciło, to pobiegło na bazar i kupiło sobie kolorową chustkę, samochód, mieszkanie, wszystko na pokaz, żeby było widać, że nie jesteśmy gorsi od sąsiada. 

Taka teza w odniesieniu do klasy średniej wydaje się podwójnie nieprawdziwa. Najpierw ponieważ pomimo, że spora część jej przedstawicieli wywodzi się ze wsi, lecz jednak, w wielu wypadkach częściowo, albo bardzo dawno (tzn. w mieście mieszkali już ich dziadkowie). Nadal pewna grupa ma korzenie ziemiańskie i kultywuje ten etos. I wpadamy na drugi błąd. Ani w klasie średniej, ani w chłopstwie, ani w katolicyzmie ani u szlachty pieniądz i konsumpcja nie są ideologią samą w sobie. Każda z tych grup bogaciła się po coś. I tak robi ogromna część klasy średniej. W konsumpcji tkwi jej wąska część – korpointeligencja.

2. Na Zachodzie istotą klasy średniej są ludzie, którzy pracują nie na innych, tylko na siebie. Czyli najpierw gromadzą kapitał, a potem umieją go zamienić w miejsca pracy, zatrudniać innych ludzi i w ten sposób pomnażać pieniądze. A my klasę średnią budowaliśmy, pracując po prostu u innych, i kompletnie nie zauważaliśmy, że jesteśmy na smyczy pracodawców, korporacji i że to od innych zależy, ile zarabiamy albo co będziemy robić za 20-30 lat. 

Teza, nie powiem, chwytliwa, lecz nieprawdziwa. Nawet w najbardziej klasycznej koncepcji klasy średniej, nikt nie mówił, że ma ona mieć stabilnego pracodawcę i to wyłącznie siebie oraz zatrudniać ludzi. W ten sposób, u Marksa, stawała się już burżuazją. Z kolei teorie ekonomiczne – zwracały uwagę na dochód, lecz nie sposób pracy. A socjologiczne – na habitus. Stąd posiadanie warsztatu pracy i zatrudnianie ludzi nigdy nie było cechą klasy średniej. W takim przypadku, musielibyśmy wyrzucić z niej nauczycieli, urzędników, korpointelifencję, wielu inżynierów. Zostałyby tylko ew. wolne zawody – byłby nią zatem np. adwokat, ale już nie sędzia i nie lekarz w szpitalu powiatowym. Całkowity wielbłąd socjologiczny – klasy średniej nigdy nie tworzyła umiejętność pomnażania pieniędzy.

Natomiast, co do smyczy. Fajnie się to czyta. Natomiast, jak widać po mnie, zawsze trzeba spojrzeć na coś innego. Z dnia na dzień rzuciłem papierami, a teraz to „zły pracodawca” ma problem, bo szuka kogoś na już. Smyczą jest konsumpcjonizm, są nią błędne wybory, a nie etat.

3. U nas klasa średnia nawet jeżeli zarabiała dobre pieniądze, to szczytem przedsiębiorczości było kupowanie mieszkań na wynajem. To jest biznes? Nie. To lękowe działanie: chcę zainwestować, ale tak, żeby na 100 proc. nie stracić. 

I znowu błąd na dwóch poziomach. Pierwszy – ludzie inwestowali w mieszkania, ponieważ przynosiły spore zyski (cały czas o tym opowiadam). Drugi – na mieszkaniach oczywiście da się stracić. I przykład „inwestorów we frankach”, którzy nie dotrwali do „sankcji kredytu darmowego” o tym opowiada.

Wreszcie, powtarzam jeszcze raz, bo to ważne, mały biznes to tylko część klasy średniej, a nie jej istota.

4. W mniejszych miejscowościach zostało mnóstwo ludzi, którzy założyli biznesy. Część z nich urosła, a ich właściciele są klasą średnią. I ich byt zależy od nich samych. Wtedy mają większą kontrolę nad tym, co się dzieje z ich życiem, biznesem, pieniędzmi. Wiem, o czym mówię, bo jestem dziewczyną z Radomia i widziałam wiele takich sytuacji. Mam krewnego pod Kielcami. Latami pracował na budowach w Niemczech, aż przyjechał i założył własny biznes, w tym samym czasie, w którym ja zakładałam w Warszawie firmę doradczo-badawczą. I po pięciu latach, gdy do niego jadę, to widzę realny majątek, który zgromadził, a ja wciąż wynajmuję biuro.

Jak ja lubię dowody anegdotyczne naukowców. Zgodzę się tylko z jednym – właściciel biznesu należy do klasy średniej. A opowieść, że jesteś nią jeśli masz własne biuro – kompletna bzdura i nieznajomość historii. W Polsce sprzed 100 lat, domy miała burżuazja i ziemiaństwo, a nie nauczyciele, urzędnicy, oficerowie czyli trzon ówczesnej klasy średniej. Większość firm wynajmowała biura od burżuja. Dlaczego? Ponieważ w zasadzie nie istniał obrót lokalami (do 1934 odrębna własność lokali była marginesem i tylko w tzw. Kongresówce). Mogłeś mieć albo kamienicę albo udział w niej.

A opowieść jak klasa średnia „latami pracuje na budowie w Niemczech” pasuje znowu do wąskiej grupy. Nie ujmuje jej nic, natomiast uznanie przez socjologa takiej drogi do majątku za szczyt klasy średniej? No cóż, polecam jeszcze raz wrócić do lektur akademickich.

5. Piękne macie to biuro, 200 mkw. w przedwojennej kamienicy.

… Została zbudowana w latach 30. XX w. dla inteligencji pracującej, a nie dla burżuazji czy arystokracji. Czyli przed wojną pan, jako dziennikarz, mógłby sobie na nie pozwolić.

Kolejny wielbłąd i potknięcie o własne nogi, tj. zaprzeczenie poprzednim tezom. Bo jak to, klasa średnia ma posiadać czy jednak wynajmować? Jak było 100 lat temu? No właśnie. Kamienica nie powstała z majątku inteligencji pracującej, lecz burżuazji. Inteligencja? Ona wynajęła sobie to mieszkanie. I to właśnie raczej ówczesna elita inteligencji. Ponieważ 200 m2 mieszkanie w dobrej dzielnicy kosztowało ok. 400 zł/m-c – 40% pensji ministra.

Z punktu widzenia „nowej definicji klasy średniej” właściciel 50m2 na Białołęce stoi wyżej niż przedwojenny dziennikarz, ponieważ ten nie posiadał nic, a tylko wynajmował czyli… konsumował. A w pierwszej tezie panie zganiły konsumpcję. Totalny misz-masz pojęciowy.

6. Bogata prowincja, która jest naprawdę klasą średnią: pracuje na swoim, decyduje, na co wydaje pieniądze, i stać ją na wakacje. Tylko że nie jeździ, bo ma swoje biznesy. A my jesteśmy najemnikami.

Prawda – tylko tak było zawsze. Właściciel 300ha majątku na żyznych Kujawach żył lepiej niż dziennikarz w Warszawie. Stać go było na wakacje we Francji, podczas gdy
„gryzipiór” cieszył się z Nałęczowa czy Otwocka (jeśli dostał urlop). Przy czym ziemianin jeździł rzadko, bo pilnował gospodarstwa (pomijam arystokrację). Urzędnik średniego szczebla z pensją 300 zł nie poszalał i na pewno nie mieszkał na Nowym Świecie (chyba, że na ostatnich piętrach oficyny).

Pierwszy dzień bez pracy. Warto było.

Dokładnie 6 dni temu pożegnałem się z jednym z pracodawców, co od pewnego czasu zapowiadałem na blogu. Zmiany we władzach spowodowały wzrost ilości pracy x2, bez wzrostu wynagrodzenia. Przepracowałem tam prawie ćwierć wieku, więc z decyzją czaiłem się pół roku, ale w końcu spadła kropla, która przelała czarę.

Piątek był pierwszym dniem wolnym i początkiem weekendu, który skończy się we wtorek rano. Wnioski?

Doskonałe. Pod każdym względem. Jak wygladał ten pierwszy dzień?

Budzik zadzownił godzinę później niż zwykle. Spokojnie zebrałem się i zawiozłem żonę do pracy. Potem podjechałem do klienta po dokumenty i od przy okazji kupiłem w pobliżu swojskiej wędliny. O 8.45 wróciłem do domu i po kawie, o 9.15 zabrałem się do pracy. Pierwszą transzę roboty skończyłem o 10.45 i…zrobiłem sobie przerwę. Siadłem do fortepianu, zjadłem II śniadanie, sprawdziłem dokumenty dla koleżanki i o 13.15 znowu wziąłem się do roboty. Na 1 godzinę do 14.15.

Potem pobawiłem się z psem i pojechałem na pocztę nadać i odebrać listy. Wróciłem ok. 15.00 do 15.40 rozmawiając z synem przez telefon. Akurat przyjechała żona, więc z nią wypiłem herbatę i po młodego na trening. Niezmęczony byłem w domu o 17.00.

Zaprezentowałem fotografię dnia, teraz czas na podsumowania:

Praca – 2,5 godziny (zamiast 8),

Podróże związane z pracą – 1 godzina (licząc pocztę) zamiast 1,5 h,

Tematy załatwione dla klientów – 3 (płatne),

Tematy załatwione dla znajomych – 1 (niepłatny),

Zarobiona kasa – 1000 zł, zamiast 600 zł.

Krótko mówiąc, opłacało się pod każdym względem. Dodatkowo, po powrocie do domu, nie odczuwałem wcale zmęczenia i mogłem jeszcze pouczestniczyć w życiu rodzinnym, zamiast drzemać przez pół godziny.

Poniedziałek też mam już zaplanowany (pomoc siostrze ciotecznej, serwis kasy fiskalnej, wyjazd do księgowej, plus zarobienie kolejnego tysiąca złotych).

Renta plus dorabianie lepsze niż etat.

W jednym z odcinków „Czterdziestolatka” znajduje się scena z lekcji, kolega córki Karwowskich – Włodarski, opisując wymarzony zawód, wskazał – rencista. Krótkie uzasadnienie : brak pogoni, kontakt z przyrodą, czas na rozmowy z rodziną, zastanowienie się. I konkluzja – u mnie w rodzinie wszyscy są rencistami.

Jak wiecie, od ćwierć wieku cierpię na przewlekłą chorobę. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale kierunek – w dół. Mniejsza wydolność, mniejsza sprawność fizyczna. Teoretycznie (bo wiadomo ZUS), za 2-3 lata, mógłbym rzucić pracę i starać się o rentę. Ile? I tutaj doznałem szoku. Wyliczyłem sobie (w internecie znalazłem kalkulator, da się też samemu podstawić do wzoru) 7700 zł brutto, czyli 6466 zł netto. Niezła kwota. Dlaczego? Ponieważ renta działa jak emerytura w starym systemie, wybierają ci najlepsze lata.

Stąd pojawiło się tytułowe stwierdzenie. Etat, a zwłaszcza dg wymusza na mnie określonego standardu życia. Przyzwoite auto, strój, biuro. Zupełnie inaczej jest w przypadku rencisty. On nic nie musi. Może jeździć starą Dacią, naprawiać ją sam, hodować kozy i tyle. Wydatki spadają. Może nie do poziomu 500 zł/m-c, ale istotnie.

Zyskujemy sporo wolnego czasu, co ma dwa walory. Pierwszy – jesteśmy stale na urlopie. Drugi – jeśli już wyjeżdżamy – damy radę wybrać tańszy i lepszy (temperatury) okres niż wakacje. Czyli ponownie oszczędzamy.

Ocena rzeczywistości opisana przez młodego Włodarskiego wydaje się rozsądna.

Bykowe – czy Marek Jakubiak ma rację?

Jak pewnie zauważyliście, zazwyczaj jadę po autorach różnych wypowiedzi do prasy, a szczególnie po tzw. konserwatystach. Tym razem będzie podobnie. Pomysł z „bykowym” – „podatkiem od braku dzieci” zasługuje na oddzielny wpis.

Zacznijmy od definicji tzw. konserwatysty. Otóż najczęściej jest to osoba, który głosi wartości uznawane za tradycyjne i chciałby, aby wszyscy je wyznawali, a sam żyje zupełnie inaczej. Przykłady można mnożyć: Marta Kaczyńska, Dominika Chorosińska, Jarosław Gowin, prof. Marcin Matczak i właśnie cały zestaw postaci z Konfederacji oraz Kukiz’15, PSL-u, a nawet prawego skrzydła PO. Marek Jakubiak to jeden z nich.

Gość, prezentujący się jako antykomunista, wolnościowiec, przedsiębiorca domaga się … podniesienia podatków. Oczywiście, nie tylko to pozwala zaklasyfikować go jako tzw. konserwatystę. Bohater dzisiejszego wpisu, grzmiący o upadku wartości opartych o katolicyzm,, ma bowiem dwie żony (rozwodnik), a do wojska poszedł… na początku lat 80-tych XXw.

Ale wróćmy do bykowego. Oznacza dodatkowy podatek od nieposiadania dzieci, naliczany w pewnym wieku, singlom, parom, a nawet małżonkom.

Pierwszy temat – pomysł na bykowe pojawił się już za rządów Gomułki, funkcjonował przez pewien czas i został wycofany. Dlaczego? Ponieważ skłaniał do kombinowania, a nie do posiadania dzieci. I tu główny zarzut – bykowe nie spowoduje wzrostu urodzin. Dlaczego? Ponieważ bodziec okaże się zbyt słaby. Wychowanie dziecka pochłania średnio ok. 20 tys. zł rocznie w wersji minimum (publiczna szkoła, bezpłatne studia o opieka medyczna, nie liczymy kosztów większego mieszkania, opiekunek, korepetycji, a tylko jedzenie, ubranie, naukę), w rzeczywistości w klasie średniej 2-3 razy więcej (40-60 tys. zł rocznie), a doliczając wysłanie w świat (wesele, wkład na mieszkanie, płatne studia) – nawet 100 tys. zł/rok. Żeby zrównoważyć wydatki na dziecko, podatek dochodowy musiałby zostać określony na bardzo wysokim poziomie (40% zamiast 12%, lub 60% zamiast 32%), co nie ma sensu i nikt tak nie zrobi.

Drugi – nieposiadanie dziecka w dzisiejszych czasach, nie zawsze oznacza świadomą decyzję. Ok. 25% par nie może mieć potomka z przyczyn biologicznych. Zmuszanie ich do adopcji niczego nie zmieni, ponieważ dzietność nie wzrośnie, a dodatkowo jest nieludzkie. Do tego dochodzi pewna liczba singli (10-20%), którzy żyją sami. Dlaczego mieliby być karani za nieznalezienie drugiej połówki?

Trzeci – głównym powodem spadku dzietności (co wyszło już przy 500+) wydaje się być ograniczenie się do jednego dziecka. I w tym wypadku, bykowe nie zadziała. Po co więc wprowadzać takie regulacje?

Czwarty – bykowe jako dodatkowy procent podatku dochodowego od osób fizycznych, dość łatwo obejść. Nie osiągać legalnego dochodu. Zarabiać tam, gdzie zwyżka nie wystąpi (np. za pomocą spółki, fundacji, rolnictwa, najmu), albo opodatkować się ryczałtem lub liniowo. Wreszcie zatrudnić się w innym państwie z umową o unikaniu podwójnego opodatkowania. Pamiętacie „brytyjski ZUS” dla mikroprzedsiębiorców?

Piąty – jak typowy Polak mam alergię na wszelkie próby meblowania życia za pomocą bodźców podatkowych. Pieniądze z bykowego nie pójdą na dzieci (żłobki, leczenie itp.) lecz wpadną do wspólnego wora, jak podatek drogowy zawarty w paliwie. Posłowie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, dadzą sobie podwyżki i po kasie.

Dlatego jestem przeciw kolejnemu głupiemu pomysłowi tego seryjnego kandydata na prezydenta.

Ile kosztuje dzisiaj najtańszy kredyt hipoteczny? Czy warto go brać?

Problemy młodych skłoniły mnie do krótkiej analizy dotyczące tytułowego problemu.

Pierwsze pytanie – krótka odpowiedź – 800 zł za każde, pożyczone na 30 lat – 100 tys. zł i oprocentowanie ok. 9%. Kiedy skrócimy termin uzyskujemy:

  • 20 lat – 880 zł/100 tys. zł,
  • 15 lat – 1000 zł/100 tys. zł,
  • 10 lat 1200 zł/100 tys. zł.

Jak na to patrzcie? Gdybyśmy założyli, że pożyczamy w Polsce średnio ok. 400 tys. zł. Uzyskujemy przeciętną ratę od 3200 zł (30 lat) do 4800 zł. To jeszcze nic? Wiecie ile spłacimy, o ile stopy procentowe nie spadną?

  • przez 30 lat – 1.152.000 zł czyli prawie 3 razy więcej niż pożyczyliśmy,
  • przez 20 lat – 844.000 zł – ponad 2 razy więcej,
  • przez 15 lat – 720.000 zł – blisko 2 razy więcej,
  • przez 10 lat – 576.000 zł – ok. 1,5 raza pożyczony kapitał.

Wniosek – będzie bolało. Czy jednak warto? Dla kogoś, kto szuka pierwszego mieszkania, kredyt może okazać się koniecznością. Bez niego, młody skazuje się na wieczny wynajem (nota bene – stale drożejący). W konsekwencji – pytanie brzmi – Ile pożyczać? Odpowiedź – Jak najmniej. Nie pchać się w żadne apartamentowce Warszawy, Krakowa, Wrocławie, lecz miasta znacznie mniejsze (lub wręcz wsie) albo nawet niższy standard (np. mieszkanie PRL za 12 tys. zł/m2 zamiast 20 tys. zł/m2 w apartamentowcu dwie ulice dalej). Za 250 tys. zł upolujemy małe mieszkanko w niewielkim mieście, za 450 tys. jeśli trafimy okazję w przyzwoitej dzielnicy, a za 900 tys. apartamentowice. . Wtedy startując z kwota 150 tys. zł (możliwą do zebrania np. poprzez rezygnację z hucznego wesela) pożyczamy tylko 100 tys. zł/300 tys.zł , zamiast 750 tys. zł i mamy do płacenia

  • 800 zł miesięcznie/2400 zł, a nie 6000 zł przez 30 lat, lub
  • 1200 zł miesięcznie/3600 zł, zamiast 9000 zł przez 10 lat.

Gigantyczna różnica. Warto te liczby rozważyć. Pokazują przepaść pomiędzy normalną egzystencją, a życiem w ciągłym strachu i rezygnacji ze wszystkiego. A mówimy o głupich 40m2, a nie luksusach. Gdybyśmy zechcieli zaszaleć, różnica między domem w dobrej lokalizacji w Strzegomiu i Wrocławiu wynosi 2 mln zł, a w racie to już nawet lepiej nie liczyć dokładnie, żeby się nie denerwować – kilkanaście tysięcy.

Matrix w rolnictwie i pewien profesor.

Kiedy Robert w komentarzu odniósł się do antystemowości i foliarstwa, stanąłem przed pewnym dylematem. Czym dla mnie jest system (Matrix)? Jak go rozumiem i postrzegam? Czy nie przekroczyłem w tym przypadku cienkiej granicy z foliarstwem. Następnego dnia trafiłem na ten wywiad: https://www.onet.pl/informacje/smoglabpl/prof-piotr-nowak-polskie-rolnictwo-umiera-to-zagraza-nam-wszystkim/ftyet5z,30bc1058?utm_source=onet&utm_medium=referral&utm_campaign=post

Streszczając: dr hab. Piotr Nowak – profesor UJ, kreśli katastroficzną wizję Polski bez własnej żywności, uzależnionej w razie wojny od dostaw z Ukrainy czy Ameryki Płd., a więc głodującej. Pierwsza uwaga, którą mam (a propos foliarstwa), dotyczy kompetencji naukowca. Jego specjalizacja to socjologia (sportu i rolnictwa), co oznacza, że na ekonomii zna się średnio. I to niestety widać.

Teza 1. Produkcja żywności w Europie i w Polsce nie jest regulowana przez rynek, ale korporacyjny oligopol. Półprawda. Istotnie korporacje kupują, sprzedają, zaciemniają pochodzenie (mąka sprzedawana jako z Lubelszczyzny, a pochodząca z Ukrainy). Natomiast rynek ma znaczenie. Z tym, że nie lokalny, ale regionalny lub globalny. Jeżeli pomidory są tańsze w Gruzji, to korpo je sprowadzi, a klient dostanie tańszy towar – i na tym polega wartość. Poszukiwanie ceny i wartości stanowią jednak element gry rynkowej, a nie tajemne machinacje Templariuszy, tfu – korporacji.

Już samo pojęcie „oligopolu” niesie za sobą ograniczenie konkurencji. I od tego mamy UOKiK, że zwalczać zmowy cenowe. Natomiast nie nazywajmy zmową dążenia do niskich cen, kosztem interesów polskiego rolnictwa. Wolny rynek nie działa na zasadzie „dobre, bo polskie”. Czyli zadziwiające dla naukowca pomieszkanie pojęć i populistycznych haseł. Wszystko poza kompetencjami zawodowymi. Socjologia to nie prawo konkurencji ani ekonomia. Tyle.

Teza 2. W skład co 10. gospodarstwa domowego wchodzi rolnik, a dochód osiąga 300 tys. gospodarstw rolnych pozwalających na godne życie. Ergo – rolnictwo umiera. Liczbowo prawda – wnioski zupełnie fałszywe. 14,1 mln gospodarstw domowych, 1,4 mln z rolnikami, 300 tys. dochodowych (dane za 2021 r.). Ale o czym to świadczy? O specjalizacji. O komasacji, która przez całą II RP, a i później, przedstawiana była jako lek na biedę na wsi. Ludzie znaleźli pracę w mieście, posprzedawali karłowate ojcowizny (bogatszym rolnikom, albo na działki rekreacyjne). Nad czym tu płakać? Że we wsi jest jeden rolnik z 50ha zamiast 15 po 3 ha? Bez żartów. A te 300 tys. dochodowych z 1,4 mln ogółem? Zjawisko, o którym pisze na blogu – kombinatorzy z pseudoKRUS . Tam nie chodzi o żadną produkcję, nawet na własne potrzeby tylko tanie ubezpieczenie, brak podatków, i możliwość dorabiania sezonowo lub na czarno. Dla mnie miarą „zdrowia” w rolnictwie jest:

  1. wielkość globalna produkcji poszczególnych płodów,
  2. procent ugorów,
  3. zyskowność.

Tyle. I praktycznie, w poz. 1-2 zaliczyliśmy od PRL-u oraz wejścia do UE spory wzrost. Zyskowność spada, ale małym, duzi spokojnie utrzymują się na wodzie.

Teza 3. Otwarcie na Ukrainę i kraje MERCOSUR to zło. Teraz to już całkiem dra hab. Piotra Nowaka nie rozumiem. Ma być wolna konkurencja czy protekcjonizm? UE zła czy dobra? Całkiem się pomieszał, ponieważ zamiast trzymać się specjalności snuje swoje socjologiczne opowiastki. Typowe ekonomiczne foliarstwo – wolny rynek jest dobry, gdy jest dobry dla mnie, inaczej już nie. Otóż otwarcie rynku UE na kraje trzecie, w tym silne rolniczo, uważam za błąd, aczkolwiek nie z pozycji wolnorynkowca. 300ha rolnik (w Polsce duży) nie ma szans rywalizowania z takim który ma 100 tys. ha – proste. Nie ta skala, inne koszty jednostkowe. Podobnie w zakresie samodzielności żywnościowej. Ukraina walczy 3 lata m.in. dlatego, że potrafiła ominąć rosyjską blokadę morską i sama produkuje żywność.

Z punktu widzenia któtkoterminowego interesu konsumenta – podpisanie tych umów pozwoli powstrzymać drożyznę w sklepach. Moim zdaniem – cena której nie warto zapłacić.

Teza 4. Mnie osobiście bardzo bawią te wszystkie artykuły w mediach o ludziach, którzy przyjeżdżają na wieś i zaczynają produkować dla siebie, „w zgodzie z naturą”. Bardzo to jest piękne, tylko zwykle zapomina się dodać, że oni są rentierami lub co najmniej mają kapitał, lub pozarolnicze źródło dochodu, które zapewnia im w tym poczucie bezpieczeństwa. Ponownie kompletny misz-masz i niezrozumienie procesów zachodzących na rynku (to jeszcze rozumiem), ale i w społeczeństwie (a tego nie, w końcu mówi do nas socjolog). Uporządkujmy. Profesor płacze, że rolnikom nie opłaca się żyć z ziemi i szukają innych źródeł dochodu, a jak mieszczuch trafia na wieś z takim źródłem, też źle? Takich bajek nie snuje nawet sam poseł Sawicki ani dyletanci z min. Jurgielem na czele. Otóż, gdyby nie ci bohaterowie artykułów w mediach, wszyscy „podwarszawscy rolnicy na 20a” wieś całkiem wyludniłaby się i umarła. Ze „zgody z naturą” rodzą się konsumenci zdolni zapłacić więcej za produkt polski, lokalny i wyższej jakości. Czy nie o to chodziło w pierwszej tezie? A że przy okazji zrobią teatr, przywiozą trochę kasy i dadzą pracę miejscowym, utworzą biura księgowe, architektoniczne, otworzą gabinet lekarski, to źle? Problem leży zupełnie gdzie indziej. PRL prowadził politykę „wszyscy do przemysłu i nauki” co miało jeden niekorzystny skutek. Najmniej zdolny syn zostawał na gospodarce (plus garstka pasjonatów). Potem dzieła zniszczenia dokonał Balcerowicz. Polityka rolna UE nieco naprostowała, bo rolnictwo znowu zaczęło się opłacać. Rzecz jasna, nie na 3-10ha zboża jak za Gierka, ale albo w ogrodnictwie, albo produkcji wielkotowarowej. Teraz wchodzi nowy trend i ma szansę powodzenia. Przyszedł z Zachodu Europy i USA, gdzie podźwignął wielu farmerów. Na imię mu „ekologia”, „bio”, „dostawa od producenta do konsumenta” czyli „skrócenie łańcuchów dostaw”. Efekt? Rolnik dostaje znacznie lepsze pieniądze od świadomego nabywcy. Maksymalizuje zyski z ha i łapie oddech. Przykład. Proszę bardzo. Wspominana „Brudna robota”. Para mieszczuchów jedzie na wieś aby wydzierżawić, a potem kupić farmę. Następnie sprzedaje płody rolne w najbliższym miasteczku dostarczając co tydzień zróżnicowaną transzę żywności od warzyw, owoców przez mleko do mięsa i gotowych przetworów.

Druga kwestia. Jeśli na wieś zjadą pasjonaci z kapitałem, prawdopodobnie jego część zainwestują lokalnie, co przyniesie korzyści całej wspólnocie. A w najgorszym wypadku – zaczną płacić podatki, czyli zasilać możliwości inwestycyjne samorządu.

Grupa ludzi, nawet jeśli ich produkcja odbywa się w niewielkiej skali i na własne potrzeby, stanowią element suwerenności żywieniowej, nad której utratą płakał nasz socjolog na samym początku. Krótko mówiąc czyste zyski.

A gdzie ten Matrix? Otóż, jeżeli nawet ludzie zajmujący się rolnictwem opowiadają nierealne bajki, walczą z potencjalnym sojusznikiem, jakby ten był wrogiem, rodzą się dwa pytania. Komu pan profesor służy (świadomie lub nie)? Czy system dopłat, ulg, zwolnień, regulacji, zabije całkiem wieś, a uzależni miasto, czyniąc Polskę (oraz wiele innych krajów) całkowicie bezbronnymi w obliczu agresji? Otóż mam nadzieję, że przedstawiana czarna wizja nie spełni się, a rozmówca Onet-u zwyczajnie błądzi. Przyjdzie pokolenie (i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to młodzi szukają dzisiaj jedzenia ekologicznego), które w niewielkich rozmiarach, na ewentualnych gruzach średniego i wielkiego przemysłu rolnego, odtworzy potencjał produkcyjny zdolny do utrzymania niezależności żywnościowej na wypadek „W”. I chociaż to już nie moje pokolenie, sam zamierzam być częścią tego ruchu. Wiem, daleko mi do będzie do wydajności farm, ale przynajmniej zachowam zdrowie.

Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.

Badania nad społecznościami pierwotnymi plemion łowców-zbieraczy, prowadzone na Filipinach i Afryce wykazały, że ludzie ci, pracują ok. 15-20 godzin tygodniowo. To 1/3 czasu spędzonego na etacie przez przeciętnego Amerykanina, który poświęca na zajęcia zawodowe 50 godzin. Czy dzisiaj da się żyć jak tzw. dzicy? Czytaj dalej Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.