Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 7 – Oszczędny Milioner

Bykowe – czy Marek Jakubiak ma rację?

Jak pewnie zauważyliście, zazwyczaj jadę po autorach różnych wypowiedzi do prasy, a szczególnie po tzw. konserwatystach. Tym razem będzie podobnie. Pomysł z „bykowym” – „podatkiem od braku dzieci” zasługuje na oddzielny wpis.

Zacznijmy od definicji tzw. konserwatysty. Otóż najczęściej jest to osoba, który głosi wartości uznawane za tradycyjne i chciałby, aby wszyscy je wyznawali, a sam żyje zupełnie inaczej. Przykłady można mnożyć: Marta Kaczyńska, Dominika Chorosińska, Jarosław Gowin, prof. Marcin Matczak i właśnie cały zestaw postaci z Konfederacji oraz Kukiz’15, PSL-u, a nawet prawego skrzydła PO. Marek Jakubiak to jeden z nich.

Gość, prezentujący się jako antykomunista, wolnościowiec, przedsiębiorca domaga się … podniesienia podatków. Oczywiście, nie tylko to pozwala zaklasyfikować go jako tzw. konserwatystę. Bohater dzisiejszego wpisu, grzmiący o upadku wartości opartych o katolicyzm,, ma bowiem dwie żony (rozwodnik), a do wojska poszedł… na początku lat 80-tych XXw.

Ale wróćmy do bykowego. Oznacza dodatkowy podatek od nieposiadania dzieci, naliczany w pewnym wieku, singlom, parom, a nawet małżonkom.

Pierwszy temat – pomysł na bykowe pojawił się już za rządów Gomułki, funkcjonował przez pewien czas i został wycofany. Dlaczego? Ponieważ skłaniał do kombinowania, a nie do posiadania dzieci. I tu główny zarzut – bykowe nie spowoduje wzrostu urodzin. Dlaczego? Ponieważ bodziec okaże się zbyt słaby. Wychowanie dziecka pochłania średnio ok. 20 tys. zł rocznie w wersji minimum (publiczna szkoła, bezpłatne studia o opieka medyczna, nie liczymy kosztów większego mieszkania, opiekunek, korepetycji, a tylko jedzenie, ubranie, naukę), w rzeczywistości w klasie średniej 2-3 razy więcej (40-60 tys. zł rocznie), a doliczając wysłanie w świat (wesele, wkład na mieszkanie, płatne studia) – nawet 100 tys. zł/rok. Żeby zrównoważyć wydatki na dziecko, podatek dochodowy musiałby zostać określony na bardzo wysokim poziomie (40% zamiast 12%, lub 60% zamiast 32%), co nie ma sensu i nikt tak nie zrobi.

Drugi – nieposiadanie dziecka w dzisiejszych czasach, nie zawsze oznacza świadomą decyzję. Ok. 25% par nie może mieć potomka z przyczyn biologicznych. Zmuszanie ich do adopcji niczego nie zmieni, ponieważ dzietność nie wzrośnie, a dodatkowo jest nieludzkie. Do tego dochodzi pewna liczba singli (10-20%), którzy żyją sami. Dlaczego mieliby być karani za nieznalezienie drugiej połówki?

Trzeci – głównym powodem spadku dzietności (co wyszło już przy 500+) wydaje się być ograniczenie się do jednego dziecka. I w tym wypadku, bykowe nie zadziała. Po co więc wprowadzać takie regulacje?

Czwarty – bykowe jako dodatkowy procent podatku dochodowego od osób fizycznych, dość łatwo obejść. Nie osiągać legalnego dochodu. Zarabiać tam, gdzie zwyżka nie wystąpi (np. za pomocą spółki, fundacji, rolnictwa, najmu), albo opodatkować się ryczałtem lub liniowo. Wreszcie zatrudnić się w innym państwie z umową o unikaniu podwójnego opodatkowania. Pamiętacie „brytyjski ZUS” dla mikroprzedsiębiorców?

Piąty – jak typowy Polak mam alergię na wszelkie próby meblowania życia za pomocą bodźców podatkowych. Pieniądze z bykowego nie pójdą na dzieci (żłobki, leczenie itp.) lecz wpadną do wspólnego wora, jak podatek drogowy zawarty w paliwie. Posłowie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, dadzą sobie podwyżki i po kasie.

Dlatego jestem przeciw kolejnemu głupiemu pomysłowi tego seryjnego kandydata na prezydenta.

Ile kosztuje dzisiaj najtańszy kredyt hipoteczny? Czy warto go brać?

Problemy młodych skłoniły mnie do krótkiej analizy dotyczące tytułowego problemu.

Pierwsze pytanie – krótka odpowiedź – 800 zł za każde, pożyczone na 30 lat – 100 tys. zł i oprocentowanie ok. 9%. Kiedy skrócimy termin uzyskujemy:

  • 20 lat – 880 zł/100 tys. zł,
  • 15 lat – 1000 zł/100 tys. zł,
  • 10 lat 1200 zł/100 tys. zł.

Jak na to patrzcie? Gdybyśmy założyli, że pożyczamy w Polsce średnio ok. 400 tys. zł. Uzyskujemy przeciętną ratę od 3200 zł (30 lat) do 4800 zł. To jeszcze nic? Wiecie ile spłacimy, o ile stopy procentowe nie spadną?

  • przez 30 lat – 1.152.000 zł czyli prawie 3 razy więcej niż pożyczyliśmy,
  • przez 20 lat – 844.000 zł – ponad 2 razy więcej,
  • przez 15 lat – 720.000 zł – blisko 2 razy więcej,
  • przez 10 lat – 576.000 zł – ok. 1,5 raza pożyczony kapitał.

Wniosek – będzie bolało. Czy jednak warto? Dla kogoś, kto szuka pierwszego mieszkania, kredyt może okazać się koniecznością. Bez niego, młody skazuje się na wieczny wynajem (nota bene – stale drożejący). W konsekwencji – pytanie brzmi – Ile pożyczać? Odpowiedź – Jak najmniej. Nie pchać się w żadne apartamentowce Warszawy, Krakowa, Wrocławie, lecz miasta znacznie mniejsze (lub wręcz wsie) albo nawet niższy standard (np. mieszkanie PRL za 12 tys. zł/m2 zamiast 20 tys. zł/m2 w apartamentowcu dwie ulice dalej). Za 250 tys. zł upolujemy małe mieszkanko w niewielkim mieście, za 450 tys. jeśli trafimy okazję w przyzwoitej dzielnicy, a za 900 tys. apartamentowice. . Wtedy startując z kwota 150 tys. zł (możliwą do zebrania np. poprzez rezygnację z hucznego wesela) pożyczamy tylko 100 tys. zł/300 tys.zł , zamiast 750 tys. zł i mamy do płacenia

  • 800 zł miesięcznie/2400 zł, a nie 6000 zł przez 30 lat, lub
  • 1200 zł miesięcznie/3600 zł, zamiast 9000 zł przez 10 lat.

Gigantyczna różnica. Warto te liczby rozważyć. Pokazują przepaść pomiędzy normalną egzystencją, a życiem w ciągłym strachu i rezygnacji ze wszystkiego. A mówimy o głupich 40m2, a nie luksusach. Gdybyśmy zechcieli zaszaleć, różnica między domem w dobrej lokalizacji w Strzegomiu i Wrocławiu wynosi 2 mln zł, a w racie to już nawet lepiej nie liczyć dokładnie, żeby się nie denerwować – kilkanaście tysięcy.

Matrix w rolnictwie i pewien profesor.

Kiedy Robert w komentarzu odniósł się do antystemowości i foliarstwa, stanąłem przed pewnym dylematem. Czym dla mnie jest system (Matrix)? Jak go rozumiem i postrzegam? Czy nie przekroczyłem w tym przypadku cienkiej granicy z foliarstwem. Następnego dnia trafiłem na ten wywiad: https://www.onet.pl/informacje/smoglabpl/prof-piotr-nowak-polskie-rolnictwo-umiera-to-zagraza-nam-wszystkim/ftyet5z,30bc1058?utm_source=onet&utm_medium=referral&utm_campaign=post

Streszczając: dr hab. Piotr Nowak – profesor UJ, kreśli katastroficzną wizję Polski bez własnej żywności, uzależnionej w razie wojny od dostaw z Ukrainy czy Ameryki Płd., a więc głodującej. Pierwsza uwaga, którą mam (a propos foliarstwa), dotyczy kompetencji naukowca. Jego specjalizacja to socjologia (sportu i rolnictwa), co oznacza, że na ekonomii zna się średnio. I to niestety widać.

Teza 1. Produkcja żywności w Europie i w Polsce nie jest regulowana przez rynek, ale korporacyjny oligopol. Półprawda. Istotnie korporacje kupują, sprzedają, zaciemniają pochodzenie (mąka sprzedawana jako z Lubelszczyzny, a pochodząca z Ukrainy). Natomiast rynek ma znaczenie. Z tym, że nie lokalny, ale regionalny lub globalny. Jeżeli pomidory są tańsze w Gruzji, to korpo je sprowadzi, a klient dostanie tańszy towar – i na tym polega wartość. Poszukiwanie ceny i wartości stanowią jednak element gry rynkowej, a nie tajemne machinacje Templariuszy, tfu – korporacji.

Już samo pojęcie „oligopolu” niesie za sobą ograniczenie konkurencji. I od tego mamy UOKiK, że zwalczać zmowy cenowe. Natomiast nie nazywajmy zmową dążenia do niskich cen, kosztem interesów polskiego rolnictwa. Wolny rynek nie działa na zasadzie „dobre, bo polskie”. Czyli zadziwiające dla naukowca pomieszkanie pojęć i populistycznych haseł. Wszystko poza kompetencjami zawodowymi. Socjologia to nie prawo konkurencji ani ekonomia. Tyle.

Teza 2. W skład co 10. gospodarstwa domowego wchodzi rolnik, a dochód osiąga 300 tys. gospodarstw rolnych pozwalających na godne życie. Ergo – rolnictwo umiera. Liczbowo prawda – wnioski zupełnie fałszywe. 14,1 mln gospodarstw domowych, 1,4 mln z rolnikami, 300 tys. dochodowych (dane za 2021 r.). Ale o czym to świadczy? O specjalizacji. O komasacji, która przez całą II RP, a i później, przedstawiana była jako lek na biedę na wsi. Ludzie znaleźli pracę w mieście, posprzedawali karłowate ojcowizny (bogatszym rolnikom, albo na działki rekreacyjne). Nad czym tu płakać? Że we wsi jest jeden rolnik z 50ha zamiast 15 po 3 ha? Bez żartów. A te 300 tys. dochodowych z 1,4 mln ogółem? Zjawisko, o którym pisze na blogu – kombinatorzy z pseudoKRUS . Tam nie chodzi o żadną produkcję, nawet na własne potrzeby tylko tanie ubezpieczenie, brak podatków, i możliwość dorabiania sezonowo lub na czarno. Dla mnie miarą „zdrowia” w rolnictwie jest:

  1. wielkość globalna produkcji poszczególnych płodów,
  2. procent ugorów,
  3. zyskowność.

Tyle. I praktycznie, w poz. 1-2 zaliczyliśmy od PRL-u oraz wejścia do UE spory wzrost. Zyskowność spada, ale małym, duzi spokojnie utrzymują się na wodzie.

Teza 3. Otwarcie na Ukrainę i kraje MERCOSUR to zło. Teraz to już całkiem dra hab. Piotra Nowaka nie rozumiem. Ma być wolna konkurencja czy protekcjonizm? UE zła czy dobra? Całkiem się pomieszał, ponieważ zamiast trzymać się specjalności snuje swoje socjologiczne opowiastki. Typowe ekonomiczne foliarstwo – wolny rynek jest dobry, gdy jest dobry dla mnie, inaczej już nie. Otóż otwarcie rynku UE na kraje trzecie, w tym silne rolniczo, uważam za błąd, aczkolwiek nie z pozycji wolnorynkowca. 300ha rolnik (w Polsce duży) nie ma szans rywalizowania z takim który ma 100 tys. ha – proste. Nie ta skala, inne koszty jednostkowe. Podobnie w zakresie samodzielności żywnościowej. Ukraina walczy 3 lata m.in. dlatego, że potrafiła ominąć rosyjską blokadę morską i sama produkuje żywność.

Z punktu widzenia któtkoterminowego interesu konsumenta – podpisanie tych umów pozwoli powstrzymać drożyznę w sklepach. Moim zdaniem – cena której nie warto zapłacić.

Teza 4. Mnie osobiście bardzo bawią te wszystkie artykuły w mediach o ludziach, którzy przyjeżdżają na wieś i zaczynają produkować dla siebie, „w zgodzie z naturą”. Bardzo to jest piękne, tylko zwykle zapomina się dodać, że oni są rentierami lub co najmniej mają kapitał, lub pozarolnicze źródło dochodu, które zapewnia im w tym poczucie bezpieczeństwa. Ponownie kompletny misz-masz i niezrozumienie procesów zachodzących na rynku (to jeszcze rozumiem), ale i w społeczeństwie (a tego nie, w końcu mówi do nas socjolog). Uporządkujmy. Profesor płacze, że rolnikom nie opłaca się żyć z ziemi i szukają innych źródeł dochodu, a jak mieszczuch trafia na wieś z takim źródłem, też źle? Takich bajek nie snuje nawet sam poseł Sawicki ani dyletanci z min. Jurgielem na czele. Otóż, gdyby nie ci bohaterowie artykułów w mediach, wszyscy „podwarszawscy rolnicy na 20a” wieś całkiem wyludniłaby się i umarła. Ze „zgody z naturą” rodzą się konsumenci zdolni zapłacić więcej za produkt polski, lokalny i wyższej jakości. Czy nie o to chodziło w pierwszej tezie? A że przy okazji zrobią teatr, przywiozą trochę kasy i dadzą pracę miejscowym, utworzą biura księgowe, architektoniczne, otworzą gabinet lekarski, to źle? Problem leży zupełnie gdzie indziej. PRL prowadził politykę „wszyscy do przemysłu i nauki” co miało jeden niekorzystny skutek. Najmniej zdolny syn zostawał na gospodarce (plus garstka pasjonatów). Potem dzieła zniszczenia dokonał Balcerowicz. Polityka rolna UE nieco naprostowała, bo rolnictwo znowu zaczęło się opłacać. Rzecz jasna, nie na 3-10ha zboża jak za Gierka, ale albo w ogrodnictwie, albo produkcji wielkotowarowej. Teraz wchodzi nowy trend i ma szansę powodzenia. Przyszedł z Zachodu Europy i USA, gdzie podźwignął wielu farmerów. Na imię mu „ekologia”, „bio”, „dostawa od producenta do konsumenta” czyli „skrócenie łańcuchów dostaw”. Efekt? Rolnik dostaje znacznie lepsze pieniądze od świadomego nabywcy. Maksymalizuje zyski z ha i łapie oddech. Przykład. Proszę bardzo. Wspominana „Brudna robota”. Para mieszczuchów jedzie na wieś aby wydzierżawić, a potem kupić farmę. Następnie sprzedaje płody rolne w najbliższym miasteczku dostarczając co tydzień zróżnicowaną transzę żywności od warzyw, owoców przez mleko do mięsa i gotowych przetworów.

Druga kwestia. Jeśli na wieś zjadą pasjonaci z kapitałem, prawdopodobnie jego część zainwestują lokalnie, co przyniesie korzyści całej wspólnocie. A w najgorszym wypadku – zaczną płacić podatki, czyli zasilać możliwości inwestycyjne samorządu.

Grupa ludzi, nawet jeśli ich produkcja odbywa się w niewielkiej skali i na własne potrzeby, stanowią element suwerenności żywieniowej, nad której utratą płakał nasz socjolog na samym początku. Krótko mówiąc czyste zyski.

A gdzie ten Matrix? Otóż, jeżeli nawet ludzie zajmujący się rolnictwem opowiadają nierealne bajki, walczą z potencjalnym sojusznikiem, jakby ten był wrogiem, rodzą się dwa pytania. Komu pan profesor służy (świadomie lub nie)? Czy system dopłat, ulg, zwolnień, regulacji, zabije całkiem wieś, a uzależni miasto, czyniąc Polskę (oraz wiele innych krajów) całkowicie bezbronnymi w obliczu agresji? Otóż mam nadzieję, że przedstawiana czarna wizja nie spełni się, a rozmówca Onet-u zwyczajnie błądzi. Przyjdzie pokolenie (i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to młodzi szukają dzisiaj jedzenia ekologicznego), które w niewielkich rozmiarach, na ewentualnych gruzach średniego i wielkiego przemysłu rolnego, odtworzy potencjał produkcyjny zdolny do utrzymania niezależności żywnościowej na wypadek „W”. I chociaż to już nie moje pokolenie, sam zamierzam być częścią tego ruchu. Wiem, daleko mi do będzie do wydajności farm, ale przynajmniej zachowam zdrowie.

Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.

Badania nad społecznościami pierwotnymi plemion łowców-zbieraczy, prowadzone na Filipinach i Afryce wykazały, że ludzie ci, pracują ok. 15-20 godzin tygodniowo. To 1/3 czasu spędzonego na etacie przez przeciętnego Amerykanina, który poświęca na zajęcia zawodowe 50 godzin. Czy dzisiaj da się żyć jak tzw. dzicy? Czytaj dalej Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.

Jak stać się zamożnym. 10 podstawowych kroków.

Nadchodzi początek nowego roku, dla wielu idealny moment, aby coś w życiu zmienić. Ewentualnie powziąć i wdrożyć nowe postanowienia. Przykładowo takie – „stanę się zamożny tzn. zgromadzę majątek 2 mln zł” lub „1 mln zł, nie licząc wartości miejsca zamieszkania”. Ten blog, propagujący pomysł „zamożność za nieco ponadprzeciętny dochód”, stworzyłem po to, aby pomagać osobom, które pragną rozpisać sobie plan dojścia do celu rozpisać na kroki i etapy. Dzisiaj o krokach, czyli działaniach, które powinieneś podjąć. Startujemy.

  1. Na małżonka/partnera wybierz osobę z którą chcesz być, a dodatkowo oszczędną i… nie opuszczaj jej. Nie kieruj się jej wykształceniem, majątkiem osobistym lub rodziców, czy zarobkami. Te okoliczności nie mają znaczenia.
  2. Starannie wybierz zawód. Zarabiaj co najmniej 120% średniej.
  3. Nie płać rat większych niż 30% dochodu.
  4. Nie pożyczaj na zakup samochodu, wybierz raczej auto używane.
  5. Odkładaj minimum 20% dochodu czyli trzymaj wydatki w ryzach.
  6. Szukaj inwestycji o stopie zwrotu, dobrze powyżej progu inflacji.
  7. Optymalizuj.
  8. Unikaj rozrzutnego towarzystwa.
  9. Likwiduj „wampiry finansowe” wydatki, które wysysają Twoje środki.
  10. Produkuj żywność.

Właśnie te zasady staram się stosować i one przyniosły mi sukces na drodze do podobnego celu.

Omówimy je po kolei.

Wybór małżonka/partnera. Życie jest zbyt krótkie, by spędzić je z niewłaściwą osobą. Nie chodzi tu o nieposiadanie wad (patrz wpis o perfekcjonizmie i jego kosztach), ale o radę, którą kiedyś ojcowie dawali synom „Nie żeń się z kobietą z którą mógłbyś być, ale z taką, bez której nie mógłbyś żyć”. Proste i trudne zarazem. Wiele osób wybiera według majątku (drugiej połówki lub jej rodziców), ostrych kryteriów praktycznych (nie mniej niż 1,8 m wzrostu, brunet z silnie zarysowaną szczęką, najlepiej lekarz lub IT., posiadanie mieszkania), nie patrząc na człowieka. Albo ma problem z nadmiarem opcji, czyli zmienia wybór co chwilę. A idzie o to, aby raz dokonawszy wyboru, codziennie wybierać tę samą osobę. Jeśli miałbym wymienić jedną pożądaną cechę praktyczną, byłaby nią oszczędność, umiejętność obywania się. Większość ludzi robi zupełnie odwrotnie. Kieruje się wyglądem, majątkiem, dochodami, intelektem, a potem dziwi się, że trafia na skupionego na sobie, rozrzutnego, niepracującego bawidamka (kobiety) lub pustą, rozrzutną, niepracującą lalę (mężczyźni) albo dostaje w prezencie „teściów z piekła rodem”. Jak w memie ” Jesteś taka jak twoja matka i siostrunia pierdolnięta”. Równie głupim pomysłem okaże się małżeństwo zaaranżowane lub „z rozsądku”, gdy żywimy do drugiej osoby wyłącznie szacunek, albo boimy się samotności. Wtedy dostaniemy rozwód i … w efekcie samotność. A dlaczego oszczędność? Ponieważ wtedy łatwiej wspólnie iść przez życie. Jeśli pobierają się młodzi, istnieje jeszcze pole do zmian, zwłaszcza jeśli druga połówka chce się uczyć i widzi efekty. Jeszcze lepiej, gdy uczymy się oboje. Coś o tym wiem. Sam pochodzę z dość rozrzutnego domu, a w rodzinie żony pieniądze trzymała matka. Efekty? Zero oszczędności. Gdy po ślubie, moja żona zobaczyła, że na meble nie trzeba brać pożyczki, istnieje budżet na każdą rzecz, a dzięki temu co roku jeździ się na wakacje, nad morze, w góry, za granicę, zamiast na działkę, szybko wciągnęła się we wspólne działania. Dodatkowo świetnie gotuje i nigdy nie ciągnęły mnie knajpy.

Wybór zawodu. Nie jestem doradcą zawodowym, ale kierowanie się wyłącznie pensją wygląda na kiepski pomysł. Na rynku zachodzą zmiany. Dzisiaj na topie jest IT, a jutro coś innego. Dlatego patrzmy na predyspozycje i zainteresowania, trzymając się pewnych zasad. Pierwsza – dochód z pracy/dg rodziny musi przekraczać 120% na każde z małżonków/partnerów, o ile posiadają oni do 2 dzieci. Wielodzietni doliczają jeszcze 20% na każde dziecko. Jak to liczyć w praktyce? Moja żona zarabia 60% średniej krajowej, przy trójce dzieci musiałem zacząć zarabiać 220% średniej krajowej (120%+20%)*2 = 280% a -60% żony = 220%. Gdy jedno nie pracuje, drugie powinno wyciągać więcej. Przy czym pracę traktujemy umownie – jako źródło dochodu niepasywnego, w tym także nadgodziny i fuchy. Czy dzisiaj mamy dużo takich miejsc, gdzie osiągniemy założone dochody? Przy dwójce na podobnym poziomie – 120% to ok. 10 tys. zł brutto na osobę (ok. 7 tys. zł netto). Znam całkiem sporo osób, wyciągających nawet więcej, zwłaszcza jeśli dorabiają. Czasami trzeba się ubrudzić, kiedy indziej ruszyć głową lub założyć firmę. Ta średnia – to średnia krajowa. Są miejsca w Polsce, gdzie zarabia się sporo mniej (wtedy możemy zarabiać mniej), ale i sporo więcej – np. warszawskim korpo. Tam średnia +20% oznacza juniora czyli dość młodego pracownika, bez wielkiego doświadczenia.

Raty nie wyższe niż 30% dochodu. Bardzo ważna uwaga dla młodych. Nie ma sensu pracować na kogoś. A tak robimy zadłużając się i płacąc bankom odsetki. 30% stanowi bezpieczną granicę, chociaż znowu – lepsze jest 0%. Dla dochodów 7 tys. zl/osobę, czyli 14 tys. zł netto na rodzinę, teoretycznie bezpieczna rata wynosi 4,2 tys. zł. Oznacza to, że możemy pożyczyć na hipotekę ok.500 tys. zł. Ale popatrzmy inaczej. Rata 2 tys. zł daje nam możliwość bezbolesnego odłożenia 2,2 tys. zł. Tłumaczę moim synom – posiadanie własnego mieszkania, przy obecnych cenach, pozwala na spore oszczędności. Ale taki komfort jest dany niewielu trzydziesto- i dwudziestolatkom. Reszta musi kombinować. Czasem mniej, czasem bardziej. Napisałem o tym wielokrotnie. Podstawowe opcje: mieszkanie z rodzicami, kupno domu i podzielenie go na mieszkania, tanie mieszkanie do remontu, lokal socjalny, domek na wsi.

Nie pożyczaj na samochód, kup raczej auto używane. Na cokolwiek innego niż mieszkanie, nie pożyczamy. Żadnych aut, wycieczek, prezentów, sprzętów i przeżyć na kredyt. Nic. Null. Wyjątek – kredyt 0%, ale przy obecnych stopach procentowych, stanowi on Yeti. Nic oznacza także auto. Wiem, są reklamy. Np. Audi Q3 za 950 zł. No, ale kto umie liczyć, wie. 950 zł +VAT plus 40% wpłaty (80 tys. zł gotówką), ostatnia rata 40% (czyli 80 tys. zł), spłacamy przez 4 lata kolejne 60 tys. zł czyli właśnie te 950 zł+VAT. To oferty dla firm, szukających kosztów. Przy obecnych stopach należy dołożyć do ceny pojazdu ok. 20% i podzielić sumę (czyli te 120%) przez 4 lata. Oznacza to, że kupując auto za 60 tys. zł zapłacimy 72 tys. zł w ratach po 1200 zł/m-c +20% pierwszej wpłaty.. Gdy podniesiemy cenę do 120 tys. zł (opisywany przeze mnie nowy Kamiq) – rata wyniesie 2400 zł/m-c a pierwsza wpłata 24 tys. zł. Dlatego, zwłaszcza na początku, lepiej pozostać przy taniej używce.

Oszczędzaj 20% dochodu. Większość ludzi uważa „nie jesteśmy w stanie oszczędzić ani złotówki”, druga spora grupa oszczędza minimalnie 2-5% dochodu. Zamożność osiągają gospodarstwa domowe, zdolne do podniesienia stopy oszczędności do 20%. Przejdźmy raz jeszcze do naszej modelowej rodziny. 2+1 czy 2+2 i dochód 14 tys. zł. 20% z tej sumy daje 2800 zł/m-c. Na wydatki pozostaje 11.200 zł + 800+. Gdyby rodzina zdecydowała się na maksymalną ratę – 4200 zł, może dysponować tylko 7000 zł+800+. Możliwe.

Jednocześnie, nie zapominajmy, świat kusi. Wakacje, wyjścia (oboje), gadżety (panowie), ubrania (panie). Mamy i inne wydatki, trzeba je trzymać w ryzach, aby osiągnąć minimum 20% dochodu na oszczędności. Ile ta się z tego wyciągnąć. W przeciągu 20 lat (czyli po 40-tce), odkładając 2800 zł/m-c (zwiększając tę sumę sukcesywnie) i osiągając zwrot 8% netto (teraz obligacje, zazwyczaj akcje), dojdziemy do 1.6 mln zł. Przedłużając czas o 10 lat (czyli 30 lat oszczędzania i wiek po pięćdziesiątce) nawet do 4,2 mln zł ponad miejsce zamieszkania.

Szukaj inwestycji ze stopą zwrotu dobrze powyżej inflacji. Nie ma sensu brnąć w „inwestycje”, które dają nam 0,5%, gdy inflacja wynosi 2%. Trzeba szukać czegoś, co pobije inflację. Przez większość mojego dorosłego życia taką rolę pełniły akcje i nieruchomości. Obecnie obligacje korporacyjne. Przez cały czas – własna firma. Pomyśl o tym, znajdź swój temat i idź do przodu.

Dobra rada starego pracownika. Stwórz połączenie pomiędzy produktywnością a dochodem.

Całkiem niedawno przeprowadziłem rozmowę z jedną z moich koleżanek z pracy. Dziewczyna ma doskonałe efekty – dokładnością, trzymaniem się deadline’ów, bije mnie (i innych) na głowę. Jednocześnie, zarabia znacznie mniej niżby mogła. Samą złości się z tego powodu, ale wpadła w zaklęty krąg. Myślałem i myślałem i jako stary pracownik wpadłem na pomysł jak sobie z tym radzić. Opracowałem program „5 kroków do zarabiania tyle, na ile zasługujesz” . Uwaga!!! Przeznaczony jest wyłącznie dla ludzi pracowitych, niech nawet nie próbują go tacy lenie, jak ja. Dlaczego? Ponieważ celem nie jest głaskanie wewnętrznego lenia, lecz stworzenie połączenia pomiędzy produktywnością a dochodem – pozytywnego sprzężenia zwrotnego (im więcej pracujesz, tym więcej zarabiasz, więc masz motywację do pracy). Zaczynamy.

Krok 1. Zmniejszaj ilość wykonywanej pracy, aż przełożony zauważy, że pracujesz mniej.

Każdy leń łatwo przeszedłby ten krok. Za łatwo. Tymczasem obowiązkowy perfekcjonista ma problem. Jak to pracować mniej? Jak to czekać na negatywną reakcję przełożonego? No cóż zdradzę Wam pewien sekret – dopóki nie zaczniecie wykonywać 1/2 dotychczasowej pracy – nikt się nie zorientuje.

Krok 2. Jeśli przełożony wymaga raportów, umiejętnie ściemniaj.

Są firmy, w których wymaga się od pracowników raportów z realizacji zadań. Umiejętne ściemnianie w nich stanowi rodzaj sztuki. Osobiście zszedłem do 1/2 czasu i jeszcze nikt się nie połapał, ponieważ liczba czynności spadła o 20%. Jak to możliwe? Nadal nie jestem w ogonie (nie warto być ani w ogonie czyli w najgorszych 20% pracowników, ani w czubie). I jeszcze coś – system liczbowy nie założył, że pracownik z doświadczeniem 5-letnim powtarzalnych w sumie czynności, wykonuje poszczególne kroki 2 razy wolniej niż ten, który ma doświadczenia 10 lat. Stosuje się różne uproszczenia, wiadomo, że sprawdzić wystarczy 1/10 zmiennych, bo w pozostałych 9/10 i tak nie ma błędów. Gdy ktoś wymaga czasu spokojnie mogę wtedy rozciągnąć czynność dwukrotnie, czyli jeżeli pracuję 3 godziny, wpisuję 6 i mało kto się orientuje.

Krok 3. Porównuj się z innymi – negocjuj akceptowalne minimum.

W dużych zespołach znajduje się całe spektrum postaw. Od leni i obiboków do pracusiów. Skoro firma płaci nawet za minimum, wielu mówi, że nie warto robić więcej. Znaleźliśmy punkt przecięcia podaży i popytu pracy. Trzeba tylko metodą prób i błędów starać się osiągnąć.

Krok 4. Uświadom przełożonemu, że „więcej pracy” wymaga nagrody lub podwyżki.

Szansa na podwyżkę z woli przełożonego jest jak Yeti – nikt nie widział, nawet jeżeli istnieje. W rzeczywistości o swoje trzeba nieraz brutalnie walczyć. Każda prośba o podwyżkę musi być uargumentowana wyliczeniami.

Krok 5. Trzymaj się założeń. Dopóki nie będziesz nagradzany, nie zwiększaj ilości pracy. W ostateczności rzuć papierami.

Jeżeli pierwsze cztery kroki nie wystarczą, czas na piąty, dość radykalny. Nie zwiększaj ilości pracy. Rób tyle co wszyscy. Staraj się regulować ilość roboty planowymi nieobecnościami. Zacznij oddawać krew (2 dni wolne), wylecz wszystkie choroby (rekordzistka z mojej firmy – 2 miesiące na bolącą piętę, nie uraz, nie konkretna choroba, po prostu bolało i już). Jeżeli i to nie poskutkuje – rzuć papierami – ten pracodawca/przełożony nie da się zreformować.

Łatwo obalone kolejne mądrości prof. Matczaka.

Całkiem niedawno (25.XI.2024 r.) prof. Marcin Matczak udzielił wywiadu Onetowi wywiadu, któremu nadano tytuł „Całe pokolenie młodych ludzi nosi cechy zepsutych arystokratów”. Rozmowa zawiera cały szereg tez, kompletnie fałszywych, a powtarzanych od pokoleń. Nie braknie reklamy „kultury zapierdolu” ani prób zafałszowania historii.

Czas jak zwykle obalić te twierdzenia, ponieważ bazują one na celowym wprowadzaniu czytelnika/rozmówcy w błąd, poprzez pominięcie ważnych elementów. Tworzą, jak pisał Bursa „sylogizm prostacki”, chociaż wypowiadany przez profesora (który tym razem celowo zniekształca rzeczywistość, żeby pasował mu do tezy). Do obalenia zaś wystarczy wiedza na poziomie dobrze zdanej matury.

  1. Decyzję: Czy mieszkać u rodziców, czy się wyprowadzać i kiedy – w wieku 18, 25, czy 35 lat? trudno podjąć kierując się wyłącznie intelektem.

Zupełne kłamstwo. A dlaczego nie? Należy ocenić, czy stać na na wyprowadzkę, czy dajemy jeszcze radę mieszkać z rodzicami, w jakiej sytuacji znajduje się rynek najmu/kupna, w jakim kierunku pójdą ceny, czy mamy z kim zamieszkać. Wszystkie te pytania są typowo intelektualne i takie na nie odpowiedzi.

2. W wielu kwestiach – na przykład kryzysów ekonomicznych – merytokracja zawiodła.

Zupełne kłamstwo. W kwestii kryzysów zawiedli politycy. Merytokraci (ekonomiści) doskonale znają rozwiązanie. Wiadomo, jak zwiększyć wpływy z podatków, zatrzymać inflację, spłacić długi państwowe. Tylko politycy tego nie robią. Natomiast politycy przekupują tłum pieniędzmi pracujących.

3. Dzisiaj młodzi nie tyle buntują się przeciwko starym, ile nimi pogardzają.

Półprawda. Tak było zawsze. Niektórzy młodzi zostawali konformistami, niektórzy buntowali się, niektórzy pogardzali. Widać to w literaturze (np. Jasieński, Mickiewicz), widać w polityce (stosunek Lenina czy Piłsudskiego do caratu). O muzyce, rzecz jasna nie wspomnę. Ba postawię odwrotną tezę: bardzo często starzy pogardzali młodymi i… kiepsko na tym wychodzili.

4. Starszym ludziom bliżej do wizji homo faber (kogoś kto zmaga się z twardą rzeczywistością i zmienia ją pracą fizyczną) a młodym do homo ludens (człowiek żyjący w rzeczywistości wirtualnej).

Bzdura. Po pierwsze – homo ludens nie oznacza żyjącego w rzeczywistości wirtualnej lecz człowieka bawiącego się. Pod drugie – w każdym pokoleniu są przedstawiciele zarówno homo faber jak i homo ludens. W końcu Kuba Wojewódzki jest starszy o ponad 10 lat od prof. Matczaka, a mój fryzjer dorabiający nocami w magazynie o 20 lat młodszy.

5. Młodzi wyrzucają na śmietnik historii powiedzenie „kto rano wstaje, temu pan Bóg daje”, dłużej śpią, żeby po południu krytykować w internecie „kult zapierdolu”.

Oczywista brednia. Pokolenie wcześniejsze niż prof. Matczak i ja, wytworzyło zasadę „Czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy”. Po prostu nastąpiła zmiana rytmu dobowego. Moi synowie nie dlatego śpią dłużej, że są leniwi, ale ponieważ później idą spać i mogą wstać o 8. Młodzi krytykują „kult zapierdolu”, widząc 40-50-letnich zawałowców, brak więzi w pokoleniu rodziców i bezsens pracy jako celu w życiu. Rozumieją fałszywość tezy „ciężką pracą ludzie się bogacą” porównując Fagatę czy inny Team X, zarabiających więcej niż najbardziej pracowity robotnik czy profesor.

6. Od 2010 r., a więc wraz z upowszechnieniem się internetu i smartfonów wzrasta dramatycznie cierpienie młodych ludzi.

Bardzo jestem ciekawy badań, na których oparł się prof. Matczak, bo ma jakieś podstawy by tak twierdzić, prawda? Nieprawda. Twierdzenie, że młodzi ludzie cierpią dramatycznie mocniej od 2010 r. niż np. w latach II WŚ czy 70-tych XX w. jest z gruntu fałszywe. Samobójstwa młodych istniały zawsze. Dowodzą tego popularność „Cierpień młodego Wertera”, „Klimatów” czy „Anny Kareniny”. Światu zagrozić miały już: telewizja, muzyka big-beatowa, gry komputerowe. Zresztą, akurat wpływ zapierdolu na depresję, znany jest doskonale.

7. Stalinizm pochłonął nieporównywalnie więcej ofiar niż wojna trzydziestoletnia, a to znaczy, że systemu niereligijne są uzasadnieniem dla większej przemocy niż religijne.

Kolejna półprawda z błędnymi założeniami. Podaje się, że Stalin jest odpowiedzialny za śmierć 20 mln ludzi. Liczba ludności ZSRR w tym czasie to ok. 160-200 mln, ale ponieważ nie wszyscy żyli jednocześnie (Stalin rządził prawie 30 lat) można wskazać na ok. 220 mln. Czyli Stalinizm zabił 9% ludności ZSRR. Jeśli doliczymy wszystkie kraje Bloku Wschodniego, wynik spadnie do 5%.

Wojna Trzydziestoletnia spowodowała śmierć ok. 40% ludzi na terenach Niemiec, czyli ok. 8 mln ofiar. Dla osoby znającej matematykę na poziomie klasy podstawówki, 40% okazuje się sporo większe od 9%.

Dodajmy do tego, że w stalinizmie nie ofiar Stalina w wąskim znaczeniu ideologicznych a nie z przypadku (Hołodomor, Gułagi, czystki ) było jeszcze mniej może 10-12 mln (5% populacji ZSRR). Reszta zginęła „przy okazji” błędnych decyzji gospodarczych i trudno je wiązać z przemocą. Jeśli dodamy, że Wojna Trzydziestoletnia, nie była jedną wojną motywowaną religijnie (w Ameryce konkwistadorzy wyrżnęli 90% rdzennej ludności czyli ca. 60-70 mln ludzi, w czasie jednej krucjaty potrafiło zginąć 0,5 mln. ludzi, a ogółem mówi się nawet o 9 mln ), Matczak doskonale to wie, ale zwyczajnie kłamie, aby udowodnić nieprawdziwą tezę.

8. Dla Europy i dla Azji odpowiednio w chrześcijaństwo i islam były w średniowieczu motorami rozwoju, chociażby naukowego.

Pomylenie przypadkowego związku z ciągiem przyczynowo-skutkowym. W ustach profesora – kłamstwo (nieświadomy różnicy może być wczesny licealista). Po pierwsze – w rozwoju naukowym w średniowieczu islam zaszedł znacznie dalej niż chrześcijaństwo. Po drugie – zarówno w świecie islamu jak i chrześcijaństwa rozwój ten okazywał się nierównomierny. Teren Kalifatu Kordobańskiego różnił się od Mogadiszu, a Włochy czy Francja od Litwy. Nie miał też większego znaczenia czas trwania religii na danym terenie (porównaj Irlandię z Węgrami), ani odmiana chrześcijaństwa (husyckie Czechy były mocniej rozwinięte niż katolicka Polska, a gorzej niż prawosławne Bizancjum).

Motorami rozwoju naukowego (nota bene – narcystycznie przyjęte przez prof. Matczaka kryterium, dlaczego nie długość życia, sztuka czy wygrane z ideologicznym przeciwnikiem?) Azji i Europy nie były religie, ale względny brak wyniszczających wojen, dobrobyt (handel), nadwyżki żywnościowe, oraz swoboda myśli. Dzisiaj nikt (poza Putinem i jego akolitami) nie będzie dowodził wyższości prawosławia nad katolicyzmem patrząc na osiągnięcia naukowe Rosji (wyższe) niż Polski.

Taka wizja jest też bardzo ograniczona. Nauka na wysokim poziomie istniała też w Chinach, które pominięto, bo nie pasowały do tezy. Nie wytłumaczono też, dlaczego rozwój cywilizacyjny cofał się, pomimo utrzymania danej religii (Arabowie są tu doskonałym przykładem), ani dlaczego dalej rozwijają się państwa niereligijne (ponownie Czechy i Chiny).

9. Nauka nie da odpowiedzi jak żyć, jak dokonywać wyborów moralnych, jak radzić sobie z cierpieniem, zdradą, śmiercią.

Myślę, że ta teza walczy o miano najgłupszej, bo trudno nawet powiedzieć – w najwyższym stopniu błędnej. Po całym dorobku greckiej filozofii, a potem jej rozwoju na przestrzeni wieków (w tym etyki), po psychologii negować dorobek nauki, w udzielaniu odpowiedzi na przytoczone pytania, może tylko albo kompletny manipulator albo głupiec? O to drugie prof. Matczaka nie podejrzewam zostaje więc motywowane ideologicznie szerzenie nieprawdy.

Kończąc – prof. Matczakowi zwyczajnie rzuciło się na głowę. Wypowiada się jako autorytet, a próbuje brzydko (i kompletnie nieskutecznie) kłamać. Zwyczajnie nie wierzę, że nie zna on filozofii stoików, liczby ofiar Wojny Trzydziestoletniej i stalinizmu, czy faktycznych przyczyn obecnego kryzysu. Nie są nimi ani brak chęci do ciężkiej pracy, ani internet lecz chciwość, kłamstwo i poczucie posiadania 100% racji. Nie ma co zganiać na młodych, czas popatrzeć w lustro.

Na wsi jednak jest taniej.

W jednym z październikowych wpisów zacytowałem dziennikarza piszącego, że w bloku jest łatwiej i taniej. Dzisiaj, wykopany artykuł z 2018 r. (https://finanse.wp.pl/chcesz-kupic-dom-i-zamieszkac-na-wsi-to-moze-byc-najwiekszy-blad-w-twoim-zyciu-6233381216962177a), w którym wprost przyznano ” i tak – w przeliczeniu na wydatki miesięczne – jest taniej niż u moich rodziców mieszkających w bloku w stolicy w 63-metrowym własnym M. A metraż mamy sporo większy” i pisze to osoba z domem 120 m2.

I na tym w sumie mógłbym skończyć, ale posłużę się własnym przykładem i rozbiję jeszcze raz wszystkie wydatki, na czynniki pierwsze:

Prąd. Na wsi mam FV. Dopłaciła do niej gmina (znacie miasto, które tak robi?) ze środków UE. Produkcja mikroinstalacji ok. 3 tys. KWh. Na rodzinę bez samochodu elektrycznego – wystarczy. Do zapłaty 62 zł abonamentu.

W mieście 250 KWh/-m-c, oznacza dzisiaj ok. 300 zł.

Woda i ścieki. Na wsi – 4 zł/m2 plus wywóz osadu z oczyszczalni raz w roku 500 zł (czyli ok. 100 zł/m-c). W mieście przy takim samym zużyciu (12 m3/rodzinę) 160 zł.

Internet. Wygrywa blok. 50 zł wobec 90 zł w wiejskim domku.

Podatki. Ponownie – mała powierzchnia w mieście. 20 zł/m-c kontra 90 zł (budynki gospodarcze nie przeznaczone do gospodarstwa rolnego).

Śmieci. Tu w mieście 120 zł. Na wsi 100 zł.

Ogrzewanie. W bloku uzyskamy spory rozrzut. Od 5 do 10 zł/m2/m-c czyli 300-600 zł przy mieszkaniu 60 m2. W wiejskim domu wszystko zależy od standardu ocieplenia, źródła ogrzewania i wielkości domu. Przyjmuje swoje 17.000 KWh opalane pelletem (0,28 zł/KWh). Wyjdzie 400 zł/m-c. Przy zrębce drzewnej nawet taniej (100 zł/m-c).

Czynsz. Tylko w mieście. Niech będzie te 6 zł/m2/m-c, chociaż znam miejsca, gdzie płaci się 3 zł/m2/m-c i takie gdzie trzeba wyłożyć 10 zł/m2/m-c. Razem od 180 zł/m-c do 600 zł/m-c. Na wsi go nie ma, ale musimy zbierać na remonty – 400 zł/m-c (czyli 50 tys. zł w cyklu 10-letnim i 200 tys. zł przez całe zawodowe życie).

Suma. Blok – 1130-1850 zł (średnio ok. 1500 zł). Dom na wsi (przypominam 2x większy i z remontami) – 1240 zł. I na koniec – koszt zakupu:

  • blok (porównuje warunki z mojego miasta – stare mieszkanie do remontu) – 540 tys. zł, a dom na wsi 30 km od miasta 300-400 tys. zł.

I tym sposobem wieś jednak wychodzi taniej. A gdyby przeliczyć na m2 powierzchni – dramatycznie taniej. Pomijam już opcję – mieszkanie w bloku w małym miasteczku. Na blogu pojawiał się kontrast Strzegom-Wrocław. Różnica w cenie – 350 tys. zł za 2 pokoje (250k kontra 600k).

Czy my – zwolennicy minimalizmu i oszczędności, wybieramy stabilizację czy zmiany? Co jest dobre? Trochę praktycznej filozofii.

W czeluściach youtube’a blisko dekadę temu pojawiło się nagranie, na którym coach (taki z tych mądrych, z wykształcenia psycholog), wypowiada następujące zdanie „Jeżeli ktoś, niezależnie od tego ile ma lat, postawi sobie taki cel, ustabilizować siebie, firmę, to to jest droga donikąd, to jest pułapka. … Życie nie jest stabilne, nigdy nie było, nigdy nie będzie.” I zacząłem się zastanawiać, ten facet (niegłupi przecież), a prawda, którą głosi, chociaż chwytliwa, to przecież pozorna. Dlaczego?

Sięgnijmy najpierw do źródeł coachingu. Wywodzi się z nurtu nazwanego „samorozwojem”. Tylko jeszcze dla Covey’a czy Tracy’ego ten rozwój oznaczał ciągłą pracę nad sobą. Nad swoimi słabościami, by nie uwierały tak mocno, ale i silnymi stronami, aby okazywały się coraz silniejsze. Ogromnie cenię tę starą szkołę. Ciągle znajduję w niej coś nowego. Mentorzy sprzed 20-30 lat nie rzucają chwytliwych haseł, bronią się prostymi metodami (co ważne i… wykonalne) oraz wynikami. Proponują stopniowe zmiany. Dzień po dniu. Odrobinę. Jeszcze jeden dzień.

Jest i nowa szkoła. Covey nazwał ją „etyką osobowości”. Super wygląda, rzuca bon motami, opiera się na wrażeniu i plastrach na rzeczywistość. Zbliża się do terapii. Słyszymy ciągle „przekraczaj granice”, „manifestuj pewność siebie”, „stosuj odpowiednią komunikację i odpowiednio się ubieraj” „możesz wszystko, o czym zamarzysz”. I taka właśnie etyka osobowości powie, że wybierając stabilizację, wybieramy drogę donikąd. Młodzi spuentują „ch….o, ale stabilnie”.

Oczywiście, tak postawiona sprawa tzn. stabilizacja = klęska, stanowi zasadniczy błąd. Dlaczego? Otóż wyobraźmy sobie „stabilność” jako pewne continnum w skali od 1 do 10. Jedynka to kompletna niestabilność, rozedrganie, nagłe i nieprzewidywalne zmiany. Dziesiątka – całkowity bezruch. A nasz coach opisuje w skali dwustopniowej stabilny vs. niestabilny. I na tym polega problem. Ta dwustopniowa skala błędnie opisuje rzeczywistość. Wprowadza w błąd. Nie chcemy w swoim życia ani 1, bo to doświadczenie poniewieranego przez życie i własną głowę człowieka z chorobą afektywną dwubiegunową – od manii do depresji. Nie marzymy też o życiu: wstać o 7, zjeść śniadanie, włączyć serial, o 11 znowu coś przekąsić, wyjść do sklepu, pogadać z sąsiadką, wrócić do domu, zrobić obiad, zjeść go równo o 14, przeczytać gazetę, zdrzemnąć się, zrobić kolację, zjeść ją, umyć zęby i iść spać. Jutro to samo. Taki Dzień Świstaka na zwolnionych obrotach. Nasz organizm potrzebuje pewnej, motywującej odmiany, ale i, no właśnie,…. stabilizacji. Może odrobiny, może więcej, tu już wchodzą w grę cechy osobnicze. Możemy je zmieniać – ewolucyjnie. Poza tym mamy różne obszary życia. W jednym jesteśmy mega stabilni, w drugim znacznie mniej. Covey nazywał je obszarami, ćwiartkami (fizyczna, umysłowa, społeczna, duchowa). Ja powiedziałbym nieco inaczej: praca zawodowa, pieniądze, duchowość, sprawność fizyczna, rodzina, spełnienie. Znam ludzi, którzy są stabilni zawodowo, ale niestabilni związkowo/rodzinnie. Doskonale sprawnych fizycznie, ale bez pieniędzy. Covey zachęca do osiągnięcia równowagi, ona znowu pozostaje tylko celem, każdego z nas dosięgają inne wyzwania, z czym innym ma problem. Często zupełnie niezależne od nas samych. Nasza stabilność, ta oczekiwana i osiągnięta, stanowi matrycę opisanych wyżej obszarów i osiąganej w nich stabilności.

Popatrzmy na finanse – clou tego bloga. Tu stan kompletnej nudy (stabilność na 10) nie istnieje. Zawsze dzieje się coś nieoczekiwanego. A to wojna na Bliskim Wschodzie, a to na Ukrainie. Kryzys mieszkaniowy, kryzys paliwowy, kryzys giełdowy. Inflacja, deflacja. Glapiński, Putin, Kaczyński, Tusk. Na nic z tych rzeczy nie mamy wpływu. Możemy przewidywać, planować, reagować, zarządzać ryzykiem. Tyle. Pełnej stabilności nie osiągniemy. Upadają nawet miliarderzy, a zwłaszcza ich dzieci i wnuki. Ktoś, kto doszedł do 7 (jak np. ja) ma nieźle. I wtedy przychodzi pokusa by coś pozamieniać, bo cierpią pozostałe obszary. No i stabilność spada. Byle nie do 1-2. Wiadomo, w życiu człowieka, któremu wystarczy mniej (jego nazwę minimalistą), te fale oceanu zdarzeń wydają się gładsze. Im mniej potrzebujesz, tym łatwiej Ci żyć. W każdym obszarze, w pieniężnym również. Dążenie do stałej zmiany, dla zmiany, żeby się nie zasiedzieć, to błąd. Celowe destabilizowanie własnego życia w imię nowości, także. Lepsze jest wrogiem dobrego, często takie myślenie prowadzi do klęski. Ja wolę optymalizacje. Głoszę prawdę – codziennie trochę lepiej. Gdy miałem 23 lata poszedłem do pracy. Zarabiałem 50% średniej krajowej. Teraz minęło 25 lat i mój dochód to w sumie kilka średnich, dodatkowo z różnych źródeł (dwie prace, działalność gospodarcza, nieruchomości, aktywa finansowe). Nie można mówić o niestabilności w rozumieniu tego coacha, a jednak szedłem do przodu, mimo zmian. No właśnie, japońskie „kaizen” oznacza małe zmiany, napisałem nawet taki cykl „Kaizen milionera” i oto właśnie chodzi. Nie o rewolucję: dzisiaj jestem ojcem rodziny w bogatym europejskim kraju, z pięćdziesięcioletnią żoną i trójką dzieci, a jutro z dnia na dzień rzucam to wszystko, wyjeżdżam do Tajlandii i tam układam sobie życie z trzydziestolatką o karmelowej skórze, sprzedając internetowe kursy, a większość dnia leżąc na plaży. O ewolucję – ograniczę wpływ pracy na moje życie, założę firmę „na boku”, albo zacznę jakieś fuchy, odłożę środki z podwyżki, zamieniając je na Euro, kupię dom przy plaży, i spędzę tam dwa miesiące w roku . Bo ewolucja oznacza zmianę i stabilność w jednym. Niedostrzegalne na krótką metę ruchy, w długim okresie dające ogromne rezultaty. Dlatego ten modny coach się pomylił. Nie zrobił tego celowo. On w to wierzy. Gwałtowne zmiany są konieczne, w terapii, tam gdzie jest przemoc, mobbing które trzeba natychmiast przeciąć jakieś poważne i niszczące dysfunkcje. Jest psychologiem, więc popełnił błąd atrybucji, przypisując cechy zaburzonych, wszystkim dookoła. Dodatkowo upraszczając do bólu. A miliony kupują tę zero-jedynkową niestabilność/stabilność, jako prawdę objawioną, co gorsza zmieniają swoje życie i dziwią się spalonym mostom, oraz ogólnemu poczuciu nieszczęścia. Bo przecież miało być tak pięknie a nie jest. Niezależnej trzydziestoletniej singielce nagle zaczyna czegoś brakować, po przekroczeniu 40-tki. Facet, który zmienił drugą żonę na trzecią, z nią także nie umie zawrzeć kompromisu i cierpi, drąc koty dwa lata po ślubie. A pan W. obiecywał, że niestabilność nas uzdrowi. Czytajcie lepiej Covey’a, dobrze Wam radzę.

Czy stać Cię na współczesny styl życia klasy średniej?

Obecnie prawie wszystkie media (także te społecznościowe) lansują określony styl życia: wakacje, prywatne szkoły, dobre auta, nowe apartamentowce lub domy. Jednocześnie ceny tak powędrowały na północ, że coraz więcej osób z klasy średniej może sobie pozwolić na taki styl życia. Zobaczcie, ile on kosztuje.

Dom lub mieszkanie. Żeby mieszkanie można było nazwać apartamentem i pasowało ono do stylu współczesnej rodziny musi mieć minimum 3 pokoje i dogodną lokalizację. W obecnych warunkach oznacza to ok. 65 m2 plus cenę za m2 w granicach 20 tys. zł (Warszawa, Kraków, Wrocław) lub 10-16 tys. zł (duże miasta) za m2. Jeśli doliczymy wykończenie (2,5 tys. zł/m2) osiągamy wartości: 812- 1462 tys. zł/m2. Zakładając kredyt hipoteczny z 20% wkładem: 5200 – 9350 zł raty miesięcznej. Utrzymanie tej nieruchomości będzie kosztowało ok. 1000-1200 zł/m-c.

Próbując iść w kierunku nowego domu wkraczamy w całkiem inne poziomy absurdu. Cena (na dalekich przedmieściach) 1-2,5 mln zł plus ok. 250-350 tys. zł na wykończenie. Rata robi się nieziemska – 18.700. zł. Czyli dach nad głową mamy zapewniony.

Wakacje. Minimum – tydzień w lecie, narty w zimie i dwa citybreaki, do tego obozy dla dzieci. Suma wydatków – nie mniej niż 48.000 zł/rok czyli 4000 zł/m-c (średnio).

Prywatne szkoły i edukacja . Czesne w takich placówkach zaczyna się od 1500 zł/m-c, a górna granica pow. 10.000 zł też nie jest pewna. Do tego związany z tym styl życia (konie, tenis, lekcje). I przy jednym dziecku spokojnie wydamy te 3000 zł/m-c.

Auto. Kupować nie ma sensu- tak myśli większość, więc w modzie jest leasing. Niech będzie 2000 zł raty (drugi służbowy). Do tego ubezpieczenie (400 zł/m-c), paliwo (600 zł/m-c), serwis już w racie i mamy 3000 zł.

Tym sposobem dochodzimy do 11.200 zł za „podstawy-podstaw” i bez dzieci , a w takiej Warszawie, przy domu i dwóch pociechach łatwo przekroczymy 40.000 zł. A mówimy o samych wydatkach na niektóre pozycje. Pomijamy jedzenie, prywatne leczenie, hobby itd. Łatwo zrozumieć dlaczego nawet dobrze (a więc znacznie powyżej średniej) zarabiające osoby ledwie wiążą koniec z końcem.