Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 8 – Oszczędny Milioner

Wakacje w Chorwacji – plan na 2025 r.

W tym roku wydaliśmy ok. 11 tys. zł na tydzień pobytu w Chorwacji. Na przyszły rok plan przewiduje korzystanie z efektu skali. Dokonamy ważnych zmian, które pozwolą efektywniej wykorzystać gotówkę.

Pomysł 1. Jedziemy pewnie na 2 miesiące, a minimum na miesiąc.

Tygodniowy koszt noclegu (+ śniadania) wyniósł 4400 zł. Tymczasem udało mi się znaleźć super miejsce (miasteczko na wyspie Hvar), w którym tyle zapłacę za… miesiąc. Będzie trochę gorsze wykończenie, ale nadal czysto i schludnie.

Pomysł 2. Wybieramy inny środek transportu.

Na dzisiaj dwie opcje – samolot do Splitu + prom do miasteczka (ok. 1100 zł), ew. bardziej oszczędne auto, do tego z gazem (w międzyczasie może zmienię) plus prom i autostrady (1600 zł).

Pomysł 3. Więcej lokalnego żarcia.

Kiedy jedziesz na tydzień, knajpki wydają się fajną alternatywą. Natomiast przy pobycie miesięcznym (1-2 miesiące), koszt: 4 E za piwo, 3 E za kawę czy 22 E za obiad/osobę urośnie do niebotycznych kwot. Stąd pomysł na inne działanie. Kawę, mleko czy piwo (1,5 E) da się kupić w sklepie, Dania obiadowe – spokojnie wystarczy domowa pizza, własnoręcznie sprawione ryby czy owoce morza (do nabycia w porcie). I nagle wystarczy 10E/osobę/dzień, czyli niespełna 900 E (ok. 4000 zł) na miesiąc.

W sumie (pewnie jakieś atrakcje będą, a słońce i plaża – niepłatne), da się przeżyć 4,5 tygodnia, za cenę dotychczasowego jednego. A dwa miesiące (z dojazdem) za 14.400 zł.

Jak przygotować się do emerytury? Odcinek 4. Klasyczne metody obniżania wydatków.

Jeśli musisz przeżyć za 50-70% ostatniej pensji, a poprzednio żyłeś za 100% powinieneś zastosować klasyczne metody obniżania wydatków. Tu nie ma alternatywy – inaczej popadniesz w długi. Nie da się? Pomyśl, jaką masz alternatywę – praca do śmierci. Niezbyt miła perspektywa? Prawda.

Pomysł 1. Sprzedaj auto, zamień na tańsze w eksploatacji, załóż gaz. Mój samochód świadczy o mnie – przecież ta maksyma, w przypadku emeryta nie ma żadnego sensu. Potrzebny Ci solidny wóz, o niewielkim spalaniu i takich samych kosztach napraw. Popatrz ile wydaję na utrzymanie Fiata 500, a ile kosztuje naprawa BMW 530d (podpowiem – wymiana rozrządu – 10 tys. zł). Nie musisz nic udowadniać. A może całkiem pozbyć się samochodu? Da radę, jeśli mieszkasz w mieście. W wielu z nich bilety autobusowe emeryta są tańsze, a nawet darmowe. Nawet tak prosta czynność, jak założenie gazu, da wymierne oszczędności – 30-40% na paliwie.

Pomysł 2. Przeprowadź się do mniejszego mieszkania albo innego, którego utrzymanie kosztuje mniej. Mieszkam w domu, za styczeń (zimny) i luty (ciepły) przyszedł mi rachunek za gaz – prawie 2200 zł. Zapłaciłbyś taki z emerytury 1600 zł? Nie. Dlatego trzeba szukać tańszych

Ilu ludzi faktycznie pracuje i płaci podatki?

Był już wpis o ubóstwie teraz o źródłach dochodu. Wprawdzie korzystam z danych z 2023 r., ale różnice r/r nie wydają się znaczne. Oto same dane: https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/pracujacy-bezrobotni-i-bierni-zawodowo-wyniki-wstepne-bael-4-kwartal-2023-roku,12,59.html. Według nich, aktywnych zawodowo jest 17,8 mln osób w Polsce, a biernych 12,5 mln. Jeśli jednak poskrobiemy głębiej wychodzą nam ciekawe rzeczy.

Do „aktywnych zawodowo” wlicza się nie tylko niepełnoetatowców, właścicieli firm, nieodpłatnie pomagających w rodzinnej firmie, dorabiających emerytów, zleceniobiorców ale także…. bezrobotnych. Takie żarty.

Jeśli dodatkowo uwzględnimy dzieci (0-15 lat) oraz starszych emerytów (pow. 89 r.ż), których nie ma w badaniu proporcje pracujący/niepracujący – zmienią się na niekorzyść pracujących.

Skupiając się na pełnym wymiarze czasu pracy – mamy 16,2 mn ludzi „pracujących”.

Biernych zawodowo w wieku produkcyjnym mamy prawie 3,8 mln ludzi, a główne powody to: nauka (studenci, uczniowie), niepełnosprawność i obowiązki rodzinne.

Jeśli sięgniemy do innych danych (badanie GUS z 2024 r. – tutaj:https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-zatrudnieni-wynagrodzenia-koszty-pracy/pracujacy-w-gospodarce-narodowej-w-polsce-w-lutym-2024-r-tablice,28,14.html zobaczymy jeszcze inny obraz. Pracujących mamy 15 mln, z tego w rolnictwie (KRUS) – 1,2 mln osób, w budżetówce 3,6 mln osób (są tu urzędnicy, ale i pracownicy wodociągów, nauczyciele i lekarze), duchowni bez etatu w szkole – 25 tys.. Realnie w sektorze prywatnym, który coś tworzy mamy 11,6 mln ludzi, a odejmując rolnictwo (do którego faktycznie dopłacamy, bo nie wnosi podatków dochodowych) ledwie 10.4 mln. Czyli w 36-milionowym państwie wartość realną tworzy 10,4 mln zatrudnionych. I to pokazuje właściwą miarę. 29% wnosi do budżetu więcej, niż z niego wyjmuje. Pozostałe 71% raczej korzysta. W tej sytuacji kilkaset tysięcy „brązowych”, z których część pracuje, albo płaci za naukę (studenci) nie robi żadnej różnicy. Po prostu nie da się tego utrzymać takiej struktury na dłuższą metę. A przypomnijmy, dane oficjalne mówią o 17.8 mln aktywnych zawodowo, z czego 20% to właściciele firm/gospodarstw rolnych.

Najważniejszy argument za wyprowadzką na wieś. Zdrowie.

Wczoraj zbiegły się dwa zdarzenia, które spowodowały szybkie powstanie tego wpisu. Komentarz Piotra o konieczności utrzymania wagi oraz moja wczorajsza rozmowa z osobą pracującą wysoko w ochronie zdrowia. Komentarz znacie, a rozmowa dotyczyła wpływu poprzedniego i współczesnego jedzenia na stan zdrowia.

Moja rozmówczyni zrelacjonowała mi opowieść pewnego lekarza. Pracuje on od wielu lat, operuje nowotwory głowy. I stawia tezę, na razie roboczo, natomiast na podstawie długich obserwacji, że współczesne jedzenie (marketowe, przemysłowe, przetworzone) powoduje wręcz epidemię raka. Zapadają na niego ludzie względnie młodzi, którzy nie pamiętają wiejskiego jedzenia sprzed 30-40 lat. I ci, dwudziesto-, trzydziestolatkowie, chorują znacznie ciężej, oraz umierają częściej niż przedstawiciele pokolenia boomerów (55+ a nawet 75+). Neurochirurg jest pewien swoich spostrzeżeń i dzieli się nimi w gronie towarzyskim.

Ale nie kończy na gadaniu. Działa. Otóż postanowił, że nie będzie kupował żarcia ze sklepu. Wybrał zaufanego chłopa, któremu płaci grube pieniądze, by hodował dla niego świnię, metodami „jak za Gierka”, a w rzeczywistości starszymi. Ma być karmiona niepryskanymi ziemniakami, zbożem własnej produkcji. Wychodzi wielokrotnie drożej, ale dobrego lekarza stać. I teraz doktor sam, według tradycyjnych receptur przerabia mięso na wędliny.

Mając taką wiedzę, nie od jakiegoś szaleńca, lecz doświadczonego medyka, możemy zdecydować, co z nią zrobić. Czy nadal karmić siebie, i własne dzieci, śmieciowym żarciem, z umęczonej w chlewni świni, faszerowanej antybiotykami, nie widzącej nieba? Czy spróbować pozyskać z pewnego źródła, albo samodzielnie wyhodować, doskonałe mięso? Odpowiedź narzuca się sama.

Wiadomo, nie każdy ma dochody chirurga, żeby zlecić drogą produkcję. Nie każdy zapłaci 1500 zł za tucznika z eko-gospodarstwa. Nie każdy zaufa zapewnieniom przypadkowego rolnika z OLX-a. Nie każdy ma warunki do przechowania półtuszy (nie sprzedają mniej). Co w tej sytuacji?

Widzę rozsądne wyjście nr 2 dla gorzej uposażonych. Przeprowadzić się na wieś i samodzielnie hodować zwierzęta (koza, świnia, królik, kura, gęś), żeby zapewnić swojej rodzinie zdrowie na wiele lat, za znacznie mniejsze pieniądze. A Wy co sądzicie?

Niesprawiedliwość systemu ubezpieczeń. Cała prawda o rolniczym dochodzie.

Dzisiaj poruszę temat, który już przewijał się na blogu, a bliski sercu każdego przedsiębiorcy i wielu pracujących – system ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W rzeczywistości mamy bowiem nie jeden system a kilka podsystemów, różniących się dramatycznie. Jedna z grup twardo broniących się przed zmianami, ciągle opowiada „nie opłaca się” , „nic nie zarabiamy”. Czas powiedzieć – sprawdzam – i właśnie zrobił to sam GUS.

Według ostatnich danych – obwieszczenia Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego z dnia 20 września 2024 r. przeciętny dochód z pracy w indywidualnych gospodarstwach rolnych z 1 ha przeliczeniowego wyniósł w 2023 r. 5.451 zł. Co to znaczy w praktyce? Popatrzmy. Istnieje w Polsce grupa, która:

  • nie płaci podatku dochodowego (podatek rolny ma charakter majątkowy),
  • uiszcza śmieszne małe składki na ubezpieczenie zdrowotne/społeczne. W IV kwartale 2023 r. było to 609 zł, czyli 2331 zł za 4 kwartały – niecałe 200 zł/m-c,
  • jeżeli prowadzi działalność gospodarczą, pozostaje zwolniona od składek przedsiębiorcy i jeszcze nie płaci podatku z tej działalności,
  • wynajmując pokoje – również pozostaje bez podatku dochodowego,
  • podobnie – sprzedając płody rolne.

Do tego dość łatwo się do takiej grupy dostać – wystarczy mieć (kupić/dzierżawić) pewną ilość ziemi, skończyć dwusemestralne studia.. Ile tej ziemi? Hektar przeliczeniowy, czyli wyliczany sztucznie wskaźnik. Musimy go znać, ponieważ prowadzi do wyliczenia również dochodu rocznego z gospodarstwa wg wskaźników ZUS. Generalnie mamy klasy bonitacyjne (w uproszczeniu – żyzności) i okręgi podatkowe (klimatyczno-ekonomiczne). 1 hektar fizyczny może wynosić od 0,05 ha przeliczeniowego (6-ta klasa bonitacyjna w okręgu nr IV) do 1,95 ha przeliczeniowego (1- sza klasa bonitacyjna w okręgu nr I). Większość Polski przynależy do okręgów II i III. Wybierając ponownie średnią klasę ziemi (IIIa-IVb) uzyskujemy przeliczniki od 0.9 do 1,25 ha fizycznego na przeliczeniowy). Czyli średnio (statystycznie) możemy przyjąć z pewną granicą błędu, że hektar fizyczny=przeliczeniowemu (dla przeciętnego rolnika). Niektórzy będą mieli 1,95 ha przeliczeniowego z fizycznego, inni 0,05 ha ale średnia wyjdzie nam około jedności.

Średnia wielkość gospodarstwa w kraju to ok. 12 ha, przy czym znowu – mamy wahania. I tak, w małopolskim to 4,36 ha, a w zachodniopomorskim 33,5 ha, przy czym w obu z nich (najgorszym i najlepszym) ponownie większość gmin mieści się w okręgach II-III. Czym to tłumaczyć? Tradycjami oraz kombinacjami. W Małopolsce, słynnej galicyjskiej nędzy, rozdrabniano gospodarkę i tam też najwięcej obecnie znajdziecie „rolników papierowych”, natomiast na Ziemiach Odzyskanych królują „rolnicy prawdziwi” oraz wielkie gospodarstwa po PGR-ach. Stąd takie wartości. Moja Lubelszczyzna – też poniżej średniej (8.34). Tu są to rzecz jasna hektary fizyczne.

No i teraz patrzcie, co się dzieje. Mnożymy zysk z ha 5451 zł x 11,59 ha = 63.177 zł. No i nie mamy końca. Wychodzimy na 5264 zł/m-c netto. Metodyka nie zmienia się od lat, a wygląda następująco: https://stat.gov.pl/dla-mediow/komunikaty-prasowe/wyjasnienie-dotyczace-metodologii-obliczania-przecietnego-dochodu-z-pracy-w-gospodarstwach-indywidualnych-w-rolnictwie-z-1-ha-przeliczeniowego,94,1.html .

Izby Rolnicze podniosły larum, że przyjęte zasady są nierynkowe. Dlaczego? Ponieważ nagle ten dochód istotnie wzrósł. Gdy zmieniał się nieznacznie, nikomu nie przeszkadzało. Ja przyjmuję go za realny, Dlaczego? ponieważ znam gospodarstwa, które te 5000 zł/ha traktują jak ponury żart (warzywa, owoce, intensywna produkcja zwierzęca). Co ważne GUS wlicza do dochodu dopłaty unijne.

I teraz odnieśmy to do miasta. Pozornie dochód 5264 zł/m-c netto wydaje się niski w porównaniu z pracującymi. To jednak tylko pozory. W moim Lublinie średnia pensja wynosi ok. 8508 zł (to marzec 2024r., czyli później), ale piszę o kwocie brutto. Gdy odejmiemy składki i podatki – wyjdziemy na 6130 zł netto. Rolnik z niespełna 12 ha zarobi tylko 20% mniej niż mieszczuch na etacie.

Na czym więc polega niesprawiedliwość? Rolnik z dochodem 5264 zł m-c płaci składek i podatków ok. 2300 zł/rok, a za zatrudnionego na etacie z identyczną pensją brutto, odprowadzić należy prawie 29.000 zł rocznie (z kosztami pracodawcy). W sumie zamiast dostać 6342 zł (koszt pracodawcy), pracownik dostanie na konto ledwo 3918 zł. . Nie wspominam już o przedsiębiorcach, którzy zarabiając w dochodzie 5264 zł brutto płacą ok. 1594 zł na ubezpieczenia społeczne plus jeszcze 473 zł zdrowotnej. Łącznie zostanie im tylko 3196 zł. Gdyby płacili identyczne składki (200 zł/m-c) mogliby odkładać ca. 1800 zł miesięcznie na prywatne ubezpieczenie. Nic dziwnego, że ludzie próbują dostać się „na KRUS”. Ponieważ system pozostaje skrajnie niesprawiedliwy.

Żeby jednak wpis zakończyć pozytywnie, trzeba odpowiedzieć sobie – Czy jest jakieś wyjście dla młodego przedsiębiorcy? Tak -jedno, a nawet dwa. Jeżeli planujemy działalność gospodarczą w małym rozmiarze – wyprowadzić się na wieś i korzystać z dobrodziejstw „podwójnego KRUS-u”, co oznacza możliwe zyski (nie przychody) w wysokości ok. 65 tys. zł (30 tys. zł kwoty wolnej plus jeszcze 4358 zł podatku, a więc przy 12% skali – kolejne trochę ponad 35 tys. zł zysku), albo i dwa razy tyle (dg na podwójnym KRUS-ie męża i żony daje 130 tys. zł nieopodatkowanego przychodu). Jeśli dodamy do tego możliwość wypłaty wynagrodzenia bez ZUS i US dla dzieci powyżej 16 r. ż do limitu 85 tys. zł, zyskujemy potencjalnie możliwość zarabiania 200 tys. zł rocznie zupełnie bez podatku dochodowego. Ponieważ przychód nie równa się dochód, naruszymy wtedy limit zwolnienia z VAT (ale on dotyczy wszystkich rolników i nie-rolników).

Gdybyśmy zdecydowali się na faktycznie większy rozmiar – lepiej pójść w kierunku spółki z o.o. – wtedy zero składek ZUS i jeszcze dodatkowo 8.5% podatku dochodowego. No i dodatkowe 19% które można wypłacić wyłącznie w formie dywidendy – 19%.

Koszt urlopu w Chorwacji ” tydzień na bogato”.

Ostatnie lata nadal wybierałem wakacje w Chorwacji. Wybierałem jednak opcję „na bogato” – jadąc ze znajomymi. A oto tegoroczne wyniki i… przemyślenia.

Nocleg. Trzy osoby, duży pokój trzyosobowy z balkonem, łazienką i klimatyzacją ok. 200m od brzegu w miejscowości turystycznej – ok. 4400 zł (śniadania w cenie). Byłoby taniej, gdybym zakupu dokonywał sam, a nie moja żona z koleżanką (jechaliśmy na dwa auta), ponieważ obie panie bały się zadzwonić (nie znają języków), i czekały do ostatniej na trzecią koleżankę, która jednak nie pojechała. Cennik w pokoju pokazywał 742 Euro (czyli 3190 zł po obecnym kursie).

Posiłki. Śniadanie, jako się rzekło w cenie. Obiady z napojami ok. 22 E za osobę (czyli 400 E/tydzień). Do tego drobne zakupy na plaży (naleśnik, kukurydza,kawa albo drożdżówka) oraz piwo (4E/butelkę).

Atrakcje. Parasailing dla dwóch osób i żona w kabinie motorówki – 110 E. Jazda za jachtem na poduszkowcu 20 E, całodniowy rejs statkiem z obiadem 125 E.

Dojazd. Tym razem jechaliśmy Alfą Romeo Giuliettą z mocnym 240 KM silnikiem. Skutkowało to znacznie większym zużyciem paliwa niż w Passacie (ok. 8 l/100 km zamiast 6 l/100 km). Trzeba też było opłacić autostrady. W sumie 3000 km kosztowało nas 1912 zł.

Razem wydaliśmy 10.332 zł, z tego 1912 zł na dojazd, 4400 zł na noclegi i pozostałą kwotę (w Euro) na obiady, kolacje, knajpki i atrakcje. Co tu mówić wyszło drogo, z czterech powodów:

  1. przepłacony nocleg,
  2. paliwożerne auto,
  3. drogie jedzenie w knajpkach,
  4. dodatkowe atrakcje, które kosztowały nas prawie 1110 zł.

Da się taniej, ale miało być „na bogato”.

Jak wspierać naszą gospodarkę i zachować zdrowie? Kupuj polskie – np. ryby.

Jednym z problemów wywołanych inflacją pozostaje poszukiwanie przez konsumentów zachodnich odpowiedników tradycyjnych, polskich produktów żywnościowych. Te ostatnie stały się, według obiegowej opinii, zbyt drogie. Czy na pewno tak jest? Czy to tylko propaganda sieci handlowych? Mówię sprawdzam.

Niedaleko mojego domu na wsi działa prywatna firma zarządzająca siecią stawów rybnych. Poznałem ją ćwierć wieku temu, z opowieści kumpla, wędkarza jeżdżącego na połów nad Wisłę. Jeśli nic nie złowił, zatrzymywał się na stawach i kupował rybkę, żeby żona nie marudziła. Potem rozbudowali ofertę o pstrąga (sztuczna rzeka), którego pokazywało się ręką, a odbierało gotowego do wrzucenia na grill, restaurację itp. Ponieważ firma położona jest na uboczu – 50 km od Lublina i 175 km od Warszawy, żeby zyskać odbiorców, musieli postawić na niekonwencjonalną opcję sprzedaży. Wybrali busy w firmowych barwach, dojeżdżające raz w tygodniu do Kazimierza Dolnego, Nałęczowa, Puław, Sandomierz a dwa razy do Lublina. I właśnie w Nałęczowie dokonałem ostatniego zakupu oraz zacząłem snuć refleksje do tego wpisu.

Rzecz pierwsza – dowożenie musi kosztować, bus to nie TIR, większą część „paki” zajmuje powietrze, korytarz dla sprzedawcy, miejsce na lodówkami – 2/3 objętości auta-chłodni. Pomimo tego fileta z karpia (idealnie – bez ości, bez łba, flaków) – samo mięso i trochę skóry, sprzedają za 69 zł/kg. Drogo? Za prawdziwą rybkę, wolno żerującą w stawie, bez tablicy Mendelejewa? Porównajmy.

W sklepie internetowym (pośrednik), zaznaczono produkcja Polska, ale nie wiadomo skąd (może niemieckie lub holenderskie firmy i hodowle przemysłowe) – cena 92 zł/kg,

Panga (aż z Azji) filet mrożona, nie świeża – 35 zł/kg, ale 30% glazury (mrożonej wody), więc realnie 52 zł/kg,

Morszczuk filet – 52 zł/kg (tu 1% glazury, więc pomijalm).

I teraz, co powinien wybrać polski konsument? Kierować się zasadą „Swój, po swoje, do swego” i kupić karpia z rodzinnej firmy. Nie straci na tym, ani zdrowia (morszczuk i panga mrożone, a ta ostatnia dodatkowo szkodliwa), ani kasy. Właściciel płaci podatki w Polsce, zyski zostawia tutaj, zatrudnia pracowników. Niech zarabia on, a nie azjatycki rybak i niemiecki/francuski/portugalski pośrednik. I na tym polega patriotyzm gospodarczy. Nie na zachwalaniu nieistniejącej Izery (500 mln na projekt, który nie mógł się udać), ale na wspieraniu rodzimych, zdrowych przedsięwzięć, nie szalejących z marżą.

Z jednego płata (pół ryby), za 20 zł miałem na wsi dwa obiady, nie tak tanie, jak ze swojej cukinii/fasolki, ale jadłem je już po projekcie „Życie za 500 zł”. W ich restauracji – gotowe danie- filet smażony w sosie śmietanowym – kosztuje 50 zł (nie podają gramatury w internetowym menu). Ja usmażyłem sobie na smalczyku i za najedzony za 12 zł (własne pomidory+kupiony chleb+smalec), z pełnym brzuchem kończę ten wpis.

Diagnoza istotnej części białej Ameryki, oczami przyszłego wiceprezydenta USA.

Od połowy lipca 2024 r. oficjalnym kandydatem na wiceprezydenta USA jest J.D.Vance – czterdziestolatek, senator z Ohio. Gość poza karierą polityczną i skończonym prawem na Yale, ma w dorobku książkę „Elegia dla bidoków”, w której diagnozuje mieszkańców Pasa Rdzy, właśnie tytułowych bidoków, nazywanych także białymi śmieciami, czerwonymi karkami. To ważna grupa, ponieważ zdecydowali o zwycięskiej pierwszej kampanii Trumpa i o drugiej, przegranej, też. Doskonałe marketingowo zagranie kandydata, polegające na powierzeniu Vance’owi fotela wiceprezydenta powinno przekonać ubogich-białych do poparcia miliardera, którego prawą ręką jest syn i wnuk, prawdziwych pracujących-biednych.

Z mojego punktu widzenia, ważne jest, jak ten człowiek, który z racji wieku Trumpa, będzie miał spory wpływ na nasze życie, widzi USA. Pora zatem sięgnąć do wspomnianej „Elegii…”.

We wspomnieniach, przedstawił rodzinne Middletown niezbyt pochlebnie. Slumsy, brak kultury, zdegradowana infrastruktura, przestępczość, narkotyki. A przyczyna? Brak miejsc pracy przez upadek przemysłu. Ostatni masowo popierany prezydent USA – Reagan walczący o reelekcję w 1984 r. Obraz ten przypomina mi średnie polskie miasta w roku 2015, uwiecznione w serii reportażu „Archipelag”. One też z biedy, beznadziei wybrały jedno wyjście – powierzenie władzy człowiekowi, który chociaż kulturowo i obyczajowo był im całkiem obcy, obiecywał pracę i dobrobyt. W Middletown, miejscową stalownię z tradycjami wykupili Japończycy (czy nie widzicie analogii do naszego przemysłu?) i zaczął się powolny zjazd – najpierw ucięto inwestycje w rzeczy ważne dla społeczności (parki, szkoły, opera), potem znikały miejsca pracy.

Kiedy do ich pracy dołożymy wszechobecną przemoc, domowe kampanie nienawiści – rzeczywistość staje się nieznośna. Nie jest prawdą, że biały-biedny to konserwatysta, także obyczajowy. Przyszły wiceprezydent zaliczył trzech oficjalnych ojców i kilku wujków, a jego matka poza awanturowaniem się, bójkami wpadła w nałogi. Nadal jego otoczenie było jednak społecznością pracujących. To pozwalało odróżnić ich od beneficjentów socjalu. Tym razem – odwrotnie niż w Polsce. Dlatego, w mojej ocenie, Vance, jeśli zostanie wybrany, wzmocni narracje o w pełni samodzielnej drodze do sukcesu (Trump, inwestujący pieniądze tatusia, nie wydaje się wiarygodny). Uprawomocni dalsze oddalanie się USA w kierunku, który socjologowie nazywają „najbogatszy kraj Trzeciego Świata”. A to, w pogoni za zyskiem, pozwoli likwidować kolejne stalownie w innym Middletown. Z naszego, polskiego punktu widzenia, oznacza odwrócenie oczu Ameryki od Europy, a obrócenie ich na inne części świata (Bliski Wschód – co podkreślił w debacie, Azję, czy Amerykę Południową). J.D. Vance pozwalał sobie na jeszcze bardziej ignorujące nasze interesy słowa niż sam Trump. Wojna rosyjsko-ukraińska miałaby się skończyć natychmiast, za każdą cenę. A potem? Potem niech Europa broni się sama. Co to dla nas oznacza, nie trzeba chyba tłumaczyć – samodzielną wojnę z Rosją. Dla chłopaka z Ohio, prawdziwym imperium zła pozostają raczej Chiny czy Iran. Tam są jego interesy. On, ani Trump, absolutnie nie są Reaganem – na żadnej płaszczyźnie poza konserwatywnymi poglądami obyczajowymi, które jednak nie przeszkodziły im w posiadaniu dwóch żon (Vance akurat trzyma się jednej, ale ma dopiero 40 lat i jest 10 lat po ślubie).

Diagnoza USA w „Elegii…” nie wygląda różowo. Recepta na sukces – osobiste zalety i ciężka praca, opiera się na prawdzie, ale nie jest warunkiem wystarczającym. Gdyby tak było, przynajmniej dziadkowie kandydata na wiceprezydenta, doszliby do czegoś więcej niż domek w wymierającej okolicy.

Miesiąc bez samochodu. Plan.

Na tym blogu ciągle pojawiają się różne nietypowe pomysły. Jako jeden z nich, tym razem całkowicie sprzeczny z moimi poglądami, urodził się projekt „Miesiąc bez samochodu”. Tak, dobrze widzicie. Planuję udowodnić coś, w co sam nie wierzę – że da się żyć bez auta. Na wsi i w mieście. W październiku, czyli w czasie, gdy często pada, a temperatury nie zachęcają do spacerów. Czy uda się? I jakim kosztem? Zobaczymy.

Aby odpowiedź mogła być pozytywna trzeba mi planu. Realnego planu. W mieście, wszystko wydaje się łatwiejsze – własne nogi plus rower, ew. komunikacja miejska. Sklepy pod bokiem, niektóre nieco dalej. Do pracy mam 20-45 minut spacerem.

Na wsi, zupełnie inaczej. 1 km do najbliższego (małego) sklepiku. 4,5 km do marketu. 3 km do dworca kolejowego. 30 km do pracy. Daleko i długo. Czy dam radę? Kiedy mój dziadek rozpoczynał pracę , był rok 1935, pociąg jechał 50 minut, a docierano do niego własnym zaprzęgiem, w tempie 10 km/h (20 minut). Na miejscu, dziadek brał dorożkę i pokonywał ostatnie kilka kilometrów do biura (20 minut) Razem podróż trwała 1 godzinę 30 minut. Powrót podobnie. A dzisiaj? Na dworzec dotrę szybciej rowerem, hulajnogą elektryczną (10 minut), w mieście podobnie (10 minut), a pociąg jedzie 30 minut (pospieszny nawet 17, ale o innych godzinach). Łączny dojazd trwa 50 minut. Wychodząc z pracy parę minut o czasie , w domu na wsi pojawię się po 50 minutach. Rano podobnie – muszę wyjść 50 minut przed rozpoczęciem pracy. Przynajmniej na razie, gdy mam idealnie zestrojone przejazdy. W drugim miejscu pracy nie będzie już różowo. Zaczynam o pół godziny wcześniej i kończę z takim samym przesunięciem. Leży ono także dalej od dworca. Aby pojawić się o czasie, muszę wyjść 1,5 h przed rozpoczęciem, a pojawię się w domu 1 h 20 minut po zakończeniu.

W praktyce, różnica pomiędzy spacerem miejskim od 50 minut do 1 h 10 minut w każdą stronę. Da się przeżyć. Niemiło jedzie się tylko w deszczu. Koszt także mnie nie zrujnuje -11 zł dziennie, w obie strony. Bez zniżek 17 zł. Jeżeli założę pobyt w mieście przez pół miesiąca, a drugie pół na wsi, oraz dodam, że akurat w „wiejskim czasie” zaplanuję pracę zdalną (4 dni), odrobinę wolnego (2 dni), zatem 6 dni będę musiał dojechać ze wsi. Postaram się ustawić je w dni, gdy faktycznie prognoza nie pokaże opadu. Tragedii nie powinno być.

A zakupy? W mieście – zero problemu. Na wsi – zrobię je po drodze z dworca, dorzucając ten kilometr (market postawiono 500m o stacji). Większe dostawy załatwią internet i kurierzy.

Plan wydaje się niegłupi, a realizacja? Zobaczymy.

Efektywności pracownika oraz firmy, na przykładzie Kancelarii Mentzen.

Ostatnio pisałem o Kancelarii Mentzen. Dzisiaj skupię się na jednym aspekcie – efektywności czyli współczynniku przychód/osobę oraz stawce godzinowej pracownika.

Mówienie o „pracowniku” w przypadku tej firmy to spore nadużycie. Model biznesowy zakłada bowiem b2b i umowy cywilnoprawne. Tylko 26 osób pracuje na etacie. Dokładnie wygląda to tak (str. 91 Memorandum)

Forma współpracy: liczba osób na 31.01.2024
Mentzen S.A. (suma) 66
Umowa zlecenie 43
Umowa o pracę 17
B2B 6
Kancelaria Mentzen sp. z o.o. (suma) 55
Umowa o dzieło 1
Umowa zlecenie 26
Umowa o pracę 9
B2B 19
Łącznie 121

Teraz popatrzmy na dane z II kwartału i I półrocza 2024 r.

Grupa – przychody ze sprzedaży za I kwartał 4,9 mln zł, półrocze – 10,7 mln.

Każda z osób przynosi zatem firmie następujący przychód:

  • II kwartał 2024 r. (4,9 mln/121/3 miesiące) – ca. 13.500 zł,
  • I półrocze 2024 r. (10,7 mln/121/6 miesięcy)- ca. 14.750 zł.
    Powiedzieć, że jest to wynik słaby to nic nie powiedzieć, zwłaszcza jeśli popatrzymy na zsumowanie koszty wynagrodzeń i usług obcych (odpowiednio: 3,7 mln w II kwartale i 8,4 mln w I półroczu).

Już wyjaśniam dlaczego. W tej branży, w mieście wielkości Torunia, minimalna stawka godzinowa prawnika/doradcy podatkowego to minimum 60 zł+VAT, a norma 90-200 zł+VAT. Mentzen ma przewagę znanej nazwy, więc nie powinien brać mniej wynosi norma. Tymczasem abonamenty oferowane przez Spółkę np. prawnicze, księgowe, podatkowe, kosztują dla małej firmy ok. 350 zł+VAt/m-c. Jeżeli reklama nie kłamie (nie wiem, nie korzystałem) „nielimitowane konsultacje” w tej kwocie nie mogą być opłacalne. Stąd biorą się kiepskie wyniki. 40-45 podmiotów obsługiwanych przez jednego pracownika (miesięczna wartość usług na osobę podzielona przez 349 zł) oznacza, że każdej firmie specjalista poświęca 4- 5 godzin, zarabiając przy tym … 56 zł brutto. Dla spółki zostaje 20% czyli 70 zł od każdego klienta (14 zł/godzinę). Wartości brzmią nierealnie. Możliwy jest też inny scenariusz. Pracownicy przez pół dnia siedzą czekając na zlecenie. Marnują sporo czasu, ale zarabiają ok. 112 zł brutto za godzinę efektywnej pracy. Wtedy mówić możemy o gigantycznym marnotrawstwie zasobów.

Dla porównania przedstawię własne dane ze znanych mi działalności, którym daleko do sprawności giełdowych spółek. W pierwszym przypadku pensja pracownika (umowa zlecenie) kosztuje 7300 zł za ok. 220 godzin/m-c, a na rękę zleceniobiorca dostaje 4400 zł. Pracownik wyrabia dla pracodawcy ok. 15.000 zł/m-c (70 zł/h). Drugi przypadek – umowa o pracę. Młody, ale już wyszkolony specjalista dostaje ok. 8000 zł/m-c brutto (5800 zł netto), co z kosztami pracodawcy oznacza 9600 zł. Pracuje efektywnie ok. 100 godzin w miesiącu przynosząc szefowi 15.000 zł netto. Na koniec weźmy partnera w j spółce. Jego dochód to 30 tys. zł brutto ( z kosztami pracodawcy już 36.500 zł) a pracuje na niego minimum ok. 220 godzin (22 dni po 10 godzin). Spółka sprzedaje ten czas za 60 tys. zł brutto, czyli za 270 zł+VAT. Podaję te dane, żeby pokazać, jak rzekomo nowatorski projekt Sławomira Mentzena jest w rzeczywistości niewydolny. Zostawia minimalny margines błędu (nawis ponad pobory – 20%, zamiast 50%, a najlepiej 100%), przy marnych pensjach wyrobników w ciemnych garniturach (tyle samo płaci gmina za tzw. nieodpłatną pomoc prawną).