Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 9 – Oszczędny Milioner

Niesprawiedliwość systemu ubezpieczeń. Cała prawda o rolniczym dochodzie.

Dzisiaj poruszę temat, który już przewijał się na blogu, a bliski sercu każdego przedsiębiorcy i wielu pracujących – system ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W rzeczywistości mamy bowiem nie jeden system a kilka podsystemów, różniących się dramatycznie. Jedna z grup twardo broniących się przed zmianami, ciągle opowiada „nie opłaca się” , „nic nie zarabiamy”. Czas powiedzieć – sprawdzam – i właśnie zrobił to sam GUS.

Według ostatnich danych – obwieszczenia Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego z dnia 20 września 2024 r. przeciętny dochód z pracy w indywidualnych gospodarstwach rolnych z 1 ha przeliczeniowego wyniósł w 2023 r. 5.451 zł. Co to znaczy w praktyce? Popatrzmy. Istnieje w Polsce grupa, która:

  • nie płaci podatku dochodowego (podatek rolny ma charakter majątkowy),
  • uiszcza śmieszne małe składki na ubezpieczenie zdrowotne/społeczne. W IV kwartale 2023 r. było to 609 zł, czyli 2331 zł za 4 kwartały – niecałe 200 zł/m-c,
  • jeżeli prowadzi działalność gospodarczą, pozostaje zwolniona od składek przedsiębiorcy i jeszcze nie płaci podatku z tej działalności,
  • wynajmując pokoje – również pozostaje bez podatku dochodowego,
  • podobnie – sprzedając płody rolne.

Do tego dość łatwo się do takiej grupy dostać – wystarczy mieć (kupić/dzierżawić) pewną ilość ziemi, skończyć dwusemestralne studia.. Ile tej ziemi? Hektar przeliczeniowy, czyli wyliczany sztucznie wskaźnik. Musimy go znać, ponieważ prowadzi do wyliczenia również dochodu rocznego z gospodarstwa wg wskaźników ZUS. Generalnie mamy klasy bonitacyjne (w uproszczeniu – żyzności) i okręgi podatkowe (klimatyczno-ekonomiczne). 1 hektar fizyczny może wynosić od 0,05 ha przeliczeniowego (6-ta klasa bonitacyjna w okręgu nr IV) do 1,95 ha przeliczeniowego (1- sza klasa bonitacyjna w okręgu nr I). Większość Polski przynależy do okręgów II i III. Wybierając ponownie średnią klasę ziemi (IIIa-IVb) uzyskujemy przeliczniki od 0.9 do 1,25 ha fizycznego na przeliczeniowy). Czyli średnio (statystycznie) możemy przyjąć z pewną granicą błędu, że hektar fizyczny=przeliczeniowemu (dla przeciętnego rolnika). Niektórzy będą mieli 1,95 ha przeliczeniowego z fizycznego, inni 0,05 ha ale średnia wyjdzie nam około jedności.

Średnia wielkość gospodarstwa w kraju to ok. 12 ha, przy czym znowu – mamy wahania. I tak, w małopolskim to 4,36 ha, a w zachodniopomorskim 33,5 ha, przy czym w obu z nich (najgorszym i najlepszym) ponownie większość gmin mieści się w okręgach II-III. Czym to tłumaczyć? Tradycjami oraz kombinacjami. W Małopolsce, słynnej galicyjskiej nędzy, rozdrabniano gospodarkę i tam też najwięcej obecnie znajdziecie „rolników papierowych”, natomiast na Ziemiach Odzyskanych królują „rolnicy prawdziwi” oraz wielkie gospodarstwa po PGR-ach. Stąd takie wartości. Moja Lubelszczyzna – też poniżej średniej (8.34). Tu są to rzecz jasna hektary fizyczne.

No i teraz patrzcie, co się dzieje. Mnożymy zysk z ha 5451 zł x 11,59 ha = 63.177 zł. No i nie mamy końca. Wychodzimy na 5264 zł/m-c netto. Metodyka nie zmienia się od lat, a wygląda następująco: https://stat.gov.pl/dla-mediow/komunikaty-prasowe/wyjasnienie-dotyczace-metodologii-obliczania-przecietnego-dochodu-z-pracy-w-gospodarstwach-indywidualnych-w-rolnictwie-z-1-ha-przeliczeniowego,94,1.html .

Izby Rolnicze podniosły larum, że przyjęte zasady są nierynkowe. Dlaczego? Ponieważ nagle ten dochód istotnie wzrósł. Gdy zmieniał się nieznacznie, nikomu nie przeszkadzało. Ja przyjmuję go za realny, Dlaczego? ponieważ znam gospodarstwa, które te 5000 zł/ha traktują jak ponury żart (warzywa, owoce, intensywna produkcja zwierzęca). Co ważne GUS wlicza do dochodu dopłaty unijne.

I teraz odnieśmy to do miasta. Pozornie dochód 5264 zł/m-c netto wydaje się niski w porównaniu z pracującymi. To jednak tylko pozory. W moim Lublinie średnia pensja wynosi ok. 8508 zł (to marzec 2024r., czyli później), ale piszę o kwocie brutto. Gdy odejmiemy składki i podatki – wyjdziemy na 6130 zł netto. Rolnik z niespełna 12 ha zarobi tylko 20% mniej niż mieszczuch na etacie.

Na czym więc polega niesprawiedliwość? Rolnik z dochodem 5264 zł m-c płaci składek i podatków ok. 2300 zł/rok, a za zatrudnionego na etacie z identyczną pensją brutto, odprowadzić należy prawie 29.000 zł rocznie (z kosztami pracodawcy). W sumie zamiast dostać 6342 zł (koszt pracodawcy), pracownik dostanie na konto ledwo 3918 zł. . Nie wspominam już o przedsiębiorcach, którzy zarabiając w dochodzie 5264 zł brutto płacą ok. 1594 zł na ubezpieczenia społeczne plus jeszcze 473 zł zdrowotnej. Łącznie zostanie im tylko 3196 zł. Gdyby płacili identyczne składki (200 zł/m-c) mogliby odkładać ca. 1800 zł miesięcznie na prywatne ubezpieczenie. Nic dziwnego, że ludzie próbują dostać się „na KRUS”. Ponieważ system pozostaje skrajnie niesprawiedliwy.

Żeby jednak wpis zakończyć pozytywnie, trzeba odpowiedzieć sobie – Czy jest jakieś wyjście dla młodego przedsiębiorcy? Tak -jedno, a nawet dwa. Jeżeli planujemy działalność gospodarczą w małym rozmiarze – wyprowadzić się na wieś i korzystać z dobrodziejstw „podwójnego KRUS-u”, co oznacza możliwe zyski (nie przychody) w wysokości ok. 65 tys. zł (30 tys. zł kwoty wolnej plus jeszcze 4358 zł podatku, a więc przy 12% skali – kolejne trochę ponad 35 tys. zł zysku), albo i dwa razy tyle (dg na podwójnym KRUS-ie męża i żony daje 130 tys. zł nieopodatkowanego przychodu). Jeśli dodamy do tego możliwość wypłaty wynagrodzenia bez ZUS i US dla dzieci powyżej 16 r. ż do limitu 85 tys. zł, zyskujemy potencjalnie możliwość zarabiania 200 tys. zł rocznie zupełnie bez podatku dochodowego. Ponieważ przychód nie równa się dochód, naruszymy wtedy limit zwolnienia z VAT (ale on dotyczy wszystkich rolników i nie-rolników).

Gdybyśmy zdecydowali się na faktycznie większy rozmiar – lepiej pójść w kierunku spółki z o.o. – wtedy zero składek ZUS i jeszcze dodatkowo 8.5% podatku dochodowego. No i dodatkowe 19% które można wypłacić wyłącznie w formie dywidendy – 19%.

Koszt urlopu w Chorwacji ” tydzień na bogato”.

Ostatnie lata nadal wybierałem wakacje w Chorwacji. Wybierałem jednak opcję „na bogato” – jadąc ze znajomymi. A oto tegoroczne wyniki i… przemyślenia.

Nocleg. Trzy osoby, duży pokój trzyosobowy z balkonem, łazienką i klimatyzacją ok. 200m od brzegu w miejscowości turystycznej – ok. 4400 zł (śniadania w cenie). Byłoby taniej, gdybym zakupu dokonywał sam, a nie moja żona z koleżanką (jechaliśmy na dwa auta), ponieważ obie panie bały się zadzwonić (nie znają języków), i czekały do ostatniej na trzecią koleżankę, która jednak nie pojechała. Cennik w pokoju pokazywał 742 Euro (czyli 3190 zł po obecnym kursie).

Posiłki. Śniadanie, jako się rzekło w cenie. Obiady z napojami ok. 22 E za osobę (czyli 400 E/tydzień). Do tego drobne zakupy na plaży (naleśnik, kukurydza,kawa albo drożdżówka) oraz piwo (4E/butelkę).

Atrakcje. Parasailing dla dwóch osób i żona w kabinie motorówki – 110 E. Jazda za jachtem na poduszkowcu 20 E, całodniowy rejs statkiem z obiadem 125 E.

Dojazd. Tym razem jechaliśmy Alfą Romeo Giuliettą z mocnym 240 KM silnikiem. Skutkowało to znacznie większym zużyciem paliwa niż w Passacie (ok. 8 l/100 km zamiast 6 l/100 km). Trzeba też było opłacić autostrady. W sumie 3000 km kosztowało nas 1912 zł.

Razem wydaliśmy 10.332 zł, z tego 1912 zł na dojazd, 4400 zł na noclegi i pozostałą kwotę (w Euro) na obiady, kolacje, knajpki i atrakcje. Co tu mówić wyszło drogo, z czterech powodów:

  1. przepłacony nocleg,
  2. paliwożerne auto,
  3. drogie jedzenie w knajpkach,
  4. dodatkowe atrakcje, które kosztowały nas prawie 1110 zł.

Da się taniej, ale miało być „na bogato”.

Jak wspierać naszą gospodarkę i zachować zdrowie? Kupuj polskie – np. ryby.

Jednym z problemów wywołanych inflacją pozostaje poszukiwanie przez konsumentów zachodnich odpowiedników tradycyjnych, polskich produktów żywnościowych. Te ostatnie stały się, według obiegowej opinii, zbyt drogie. Czy na pewno tak jest? Czy to tylko propaganda sieci handlowych? Mówię sprawdzam.

Niedaleko mojego domu na wsi działa prywatna firma zarządzająca siecią stawów rybnych. Poznałem ją ćwierć wieku temu, z opowieści kumpla, wędkarza jeżdżącego na połów nad Wisłę. Jeśli nic nie złowił, zatrzymywał się na stawach i kupował rybkę, żeby żona nie marudziła. Potem rozbudowali ofertę o pstrąga (sztuczna rzeka), którego pokazywało się ręką, a odbierało gotowego do wrzucenia na grill, restaurację itp. Ponieważ firma położona jest na uboczu – 50 km od Lublina i 175 km od Warszawy, żeby zyskać odbiorców, musieli postawić na niekonwencjonalną opcję sprzedaży. Wybrali busy w firmowych barwach, dojeżdżające raz w tygodniu do Kazimierza Dolnego, Nałęczowa, Puław, Sandomierz a dwa razy do Lublina. I właśnie w Nałęczowie dokonałem ostatniego zakupu oraz zacząłem snuć refleksje do tego wpisu.

Rzecz pierwsza – dowożenie musi kosztować, bus to nie TIR, większą część „paki” zajmuje powietrze, korytarz dla sprzedawcy, miejsce na lodówkami – 2/3 objętości auta-chłodni. Pomimo tego fileta z karpia (idealnie – bez ości, bez łba, flaków) – samo mięso i trochę skóry, sprzedają za 69 zł/kg. Drogo? Za prawdziwą rybkę, wolno żerującą w stawie, bez tablicy Mendelejewa? Porównajmy.

W sklepie internetowym (pośrednik), zaznaczono produkcja Polska, ale nie wiadomo skąd (może niemieckie lub holenderskie firmy i hodowle przemysłowe) – cena 92 zł/kg,

Panga (aż z Azji) filet mrożona, nie świeża – 35 zł/kg, ale 30% glazury (mrożonej wody), więc realnie 52 zł/kg,

Morszczuk filet – 52 zł/kg (tu 1% glazury, więc pomijalm).

I teraz, co powinien wybrać polski konsument? Kierować się zasadą „Swój, po swoje, do swego” i kupić karpia z rodzinnej firmy. Nie straci na tym, ani zdrowia (morszczuk i panga mrożone, a ta ostatnia dodatkowo szkodliwa), ani kasy. Właściciel płaci podatki w Polsce, zyski zostawia tutaj, zatrudnia pracowników. Niech zarabia on, a nie azjatycki rybak i niemiecki/francuski/portugalski pośrednik. I na tym polega patriotyzm gospodarczy. Nie na zachwalaniu nieistniejącej Izery (500 mln na projekt, który nie mógł się udać), ale na wspieraniu rodzimych, zdrowych przedsięwzięć, nie szalejących z marżą.

Z jednego płata (pół ryby), za 20 zł miałem na wsi dwa obiady, nie tak tanie, jak ze swojej cukinii/fasolki, ale jadłem je już po projekcie „Życie za 500 zł”. W ich restauracji – gotowe danie- filet smażony w sosie śmietanowym – kosztuje 50 zł (nie podają gramatury w internetowym menu). Ja usmażyłem sobie na smalczyku i za najedzony za 12 zł (własne pomidory+kupiony chleb+smalec), z pełnym brzuchem kończę ten wpis.

Diagnoza istotnej części białej Ameryki, oczami przyszłego wiceprezydenta USA.

Od połowy lipca 2024 r. oficjalnym kandydatem na wiceprezydenta USA jest J.D.Vance – czterdziestolatek, senator z Ohio. Gość poza karierą polityczną i skończonym prawem na Yale, ma w dorobku książkę „Elegia dla bidoków”, w której diagnozuje mieszkańców Pasa Rdzy, właśnie tytułowych bidoków, nazywanych także białymi śmieciami, czerwonymi karkami. To ważna grupa, ponieważ zdecydowali o zwycięskiej pierwszej kampanii Trumpa i o drugiej, przegranej, też. Doskonałe marketingowo zagranie kandydata, polegające na powierzeniu Vance’owi fotela wiceprezydenta powinno przekonać ubogich-białych do poparcia miliardera, którego prawą ręką jest syn i wnuk, prawdziwych pracujących-biednych.

Z mojego punktu widzenia, ważne jest, jak ten człowiek, który z racji wieku Trumpa, będzie miał spory wpływ na nasze życie, widzi USA. Pora zatem sięgnąć do wspomnianej „Elegii…”.

We wspomnieniach, przedstawił rodzinne Middletown niezbyt pochlebnie. Slumsy, brak kultury, zdegradowana infrastruktura, przestępczość, narkotyki. A przyczyna? Brak miejsc pracy przez upadek przemysłu. Ostatni masowo popierany prezydent USA – Reagan walczący o reelekcję w 1984 r. Obraz ten przypomina mi średnie polskie miasta w roku 2015, uwiecznione w serii reportażu „Archipelag”. One też z biedy, beznadziei wybrały jedno wyjście – powierzenie władzy człowiekowi, który chociaż kulturowo i obyczajowo był im całkiem obcy, obiecywał pracę i dobrobyt. W Middletown, miejscową stalownię z tradycjami wykupili Japończycy (czy nie widzicie analogii do naszego przemysłu?) i zaczął się powolny zjazd – najpierw ucięto inwestycje w rzeczy ważne dla społeczności (parki, szkoły, opera), potem znikały miejsca pracy.

Kiedy do ich pracy dołożymy wszechobecną przemoc, domowe kampanie nienawiści – rzeczywistość staje się nieznośna. Nie jest prawdą, że biały-biedny to konserwatysta, także obyczajowy. Przyszły wiceprezydent zaliczył trzech oficjalnych ojców i kilku wujków, a jego matka poza awanturowaniem się, bójkami wpadła w nałogi. Nadal jego otoczenie było jednak społecznością pracujących. To pozwalało odróżnić ich od beneficjentów socjalu. Tym razem – odwrotnie niż w Polsce. Dlatego, w mojej ocenie, Vance, jeśli zostanie wybrany, wzmocni narracje o w pełni samodzielnej drodze do sukcesu (Trump, inwestujący pieniądze tatusia, nie wydaje się wiarygodny). Uprawomocni dalsze oddalanie się USA w kierunku, który socjologowie nazywają „najbogatszy kraj Trzeciego Świata”. A to, w pogoni za zyskiem, pozwoli likwidować kolejne stalownie w innym Middletown. Z naszego, polskiego punktu widzenia, oznacza odwrócenie oczu Ameryki od Europy, a obrócenie ich na inne części świata (Bliski Wschód – co podkreślił w debacie, Azję, czy Amerykę Południową). J.D. Vance pozwalał sobie na jeszcze bardziej ignorujące nasze interesy słowa niż sam Trump. Wojna rosyjsko-ukraińska miałaby się skończyć natychmiast, za każdą cenę. A potem? Potem niech Europa broni się sama. Co to dla nas oznacza, nie trzeba chyba tłumaczyć – samodzielną wojnę z Rosją. Dla chłopaka z Ohio, prawdziwym imperium zła pozostają raczej Chiny czy Iran. Tam są jego interesy. On, ani Trump, absolutnie nie są Reaganem – na żadnej płaszczyźnie poza konserwatywnymi poglądami obyczajowymi, które jednak nie przeszkodziły im w posiadaniu dwóch żon (Vance akurat trzyma się jednej, ale ma dopiero 40 lat i jest 10 lat po ślubie).

Diagnoza USA w „Elegii…” nie wygląda różowo. Recepta na sukces – osobiste zalety i ciężka praca, opiera się na prawdzie, ale nie jest warunkiem wystarczającym. Gdyby tak było, przynajmniej dziadkowie kandydata na wiceprezydenta, doszliby do czegoś więcej niż domek w wymierającej okolicy.

Miesiąc bez samochodu. Plan.

Na tym blogu ciągle pojawiają się różne nietypowe pomysły. Jako jeden z nich, tym razem całkowicie sprzeczny z moimi poglądami, urodził się projekt „Miesiąc bez samochodu”. Tak, dobrze widzicie. Planuję udowodnić coś, w co sam nie wierzę – że da się żyć bez auta. Na wsi i w mieście. W październiku, czyli w czasie, gdy często pada, a temperatury nie zachęcają do spacerów. Czy uda się? I jakim kosztem? Zobaczymy.

Aby odpowiedź mogła być pozytywna trzeba mi planu. Realnego planu. W mieście, wszystko wydaje się łatwiejsze – własne nogi plus rower, ew. komunikacja miejska. Sklepy pod bokiem, niektóre nieco dalej. Do pracy mam 20-45 minut spacerem.

Na wsi, zupełnie inaczej. 1 km do najbliższego (małego) sklepiku. 4,5 km do marketu. 3 km do dworca kolejowego. 30 km do pracy. Daleko i długo. Czy dam radę? Kiedy mój dziadek rozpoczynał pracę , był rok 1935, pociąg jechał 50 minut, a docierano do niego własnym zaprzęgiem, w tempie 10 km/h (20 minut). Na miejscu, dziadek brał dorożkę i pokonywał ostatnie kilka kilometrów do biura (20 minut) Razem podróż trwała 1 godzinę 30 minut. Powrót podobnie. A dzisiaj? Na dworzec dotrę szybciej rowerem, hulajnogą elektryczną (10 minut), w mieście podobnie (10 minut), a pociąg jedzie 30 minut (pospieszny nawet 17, ale o innych godzinach). Łączny dojazd trwa 50 minut. Wychodząc z pracy parę minut o czasie , w domu na wsi pojawię się po 50 minutach. Rano podobnie – muszę wyjść 50 minut przed rozpoczęciem pracy. Przynajmniej na razie, gdy mam idealnie zestrojone przejazdy. W drugim miejscu pracy nie będzie już różowo. Zaczynam o pół godziny wcześniej i kończę z takim samym przesunięciem. Leży ono także dalej od dworca. Aby pojawić się o czasie, muszę wyjść 1,5 h przed rozpoczęciem, a pojawię się w domu 1 h 20 minut po zakończeniu.

W praktyce, różnica pomiędzy spacerem miejskim od 50 minut do 1 h 10 minut w każdą stronę. Da się przeżyć. Niemiło jedzie się tylko w deszczu. Koszt także mnie nie zrujnuje -11 zł dziennie, w obie strony. Bez zniżek 17 zł. Jeżeli założę pobyt w mieście przez pół miesiąca, a drugie pół na wsi, oraz dodam, że akurat w „wiejskim czasie” zaplanuję pracę zdalną (4 dni), odrobinę wolnego (2 dni), zatem 6 dni będę musiał dojechać ze wsi. Postaram się ustawić je w dni, gdy faktycznie prognoza nie pokaże opadu. Tragedii nie powinno być.

A zakupy? W mieście – zero problemu. Na wsi – zrobię je po drodze z dworca, dorzucając ten kilometr (market postawiono 500m o stacji). Większe dostawy załatwią internet i kurierzy.

Plan wydaje się niegłupi, a realizacja? Zobaczymy.

Efektywności pracownika oraz firmy, na przykładzie Kancelarii Mentzen.

Ostatnio pisałem o Kancelarii Mentzen. Dzisiaj skupię się na jednym aspekcie – efektywności czyli współczynniku przychód/osobę oraz stawce godzinowej pracownika.

Mówienie o „pracowniku” w przypadku tej firmy to spore nadużycie. Model biznesowy zakłada bowiem b2b i umowy cywilnoprawne. Tylko 26 osób pracuje na etacie. Dokładnie wygląda to tak (str. 91 Memorandum)

Forma współpracy: liczba osób na 31.01.2024
Mentzen S.A. (suma) 66
Umowa zlecenie 43
Umowa o pracę 17
B2B 6
Kancelaria Mentzen sp. z o.o. (suma) 55
Umowa o dzieło 1
Umowa zlecenie 26
Umowa o pracę 9
B2B 19
Łącznie 121

Teraz popatrzmy na dane z II kwartału i I półrocza 2024 r.

Grupa – przychody ze sprzedaży za I kwartał 4,9 mln zł, półrocze – 10,7 mln.

Każda z osób przynosi zatem firmie następujący przychód:

  • II kwartał 2024 r. (4,9 mln/121/3 miesiące) – ca. 13.500 zł,
  • I półrocze 2024 r. (10,7 mln/121/6 miesięcy)- ca. 14.750 zł.
    Powiedzieć, że jest to wynik słaby to nic nie powiedzieć, zwłaszcza jeśli popatrzymy na zsumowanie koszty wynagrodzeń i usług obcych (odpowiednio: 3,7 mln w II kwartale i 8,4 mln w I półroczu).

Już wyjaśniam dlaczego. W tej branży, w mieście wielkości Torunia, minimalna stawka godzinowa prawnika/doradcy podatkowego to minimum 60 zł+VAT, a norma 90-200 zł+VAT. Mentzen ma przewagę znanej nazwy, więc nie powinien brać mniej wynosi norma. Tymczasem abonamenty oferowane przez Spółkę np. prawnicze, księgowe, podatkowe, kosztują dla małej firmy ok. 350 zł+VAt/m-c. Jeżeli reklama nie kłamie (nie wiem, nie korzystałem) „nielimitowane konsultacje” w tej kwocie nie mogą być opłacalne. Stąd biorą się kiepskie wyniki. 40-45 podmiotów obsługiwanych przez jednego pracownika (miesięczna wartość usług na osobę podzielona przez 349 zł) oznacza, że każdej firmie specjalista poświęca 4- 5 godzin, zarabiając przy tym … 56 zł brutto. Dla spółki zostaje 20% czyli 70 zł od każdego klienta (14 zł/godzinę). Wartości brzmią nierealnie. Możliwy jest też inny scenariusz. Pracownicy przez pół dnia siedzą czekając na zlecenie. Marnują sporo czasu, ale zarabiają ok. 112 zł brutto za godzinę efektywnej pracy. Wtedy mówić możemy o gigantycznym marnotrawstwie zasobów.

Dla porównania przedstawię własne dane ze znanych mi działalności, którym daleko do sprawności giełdowych spółek. W pierwszym przypadku pensja pracownika (umowa zlecenie) kosztuje 7300 zł za ok. 220 godzin/m-c, a na rękę zleceniobiorca dostaje 4400 zł. Pracownik wyrabia dla pracodawcy ok. 15.000 zł/m-c (70 zł/h). Drugi przypadek – umowa o pracę. Młody, ale już wyszkolony specjalista dostaje ok. 8000 zł/m-c brutto (5800 zł netto), co z kosztami pracodawcy oznacza 9600 zł. Pracuje efektywnie ok. 100 godzin w miesiącu przynosząc szefowi 15.000 zł netto. Na koniec weźmy partnera w j spółce. Jego dochód to 30 tys. zł brutto ( z kosztami pracodawcy już 36.500 zł) a pracuje na niego minimum ok. 220 godzin (22 dni po 10 godzin). Spółka sprzedaje ten czas za 60 tys. zł brutto, czyli za 270 zł+VAT. Podaję te dane, żeby pokazać, jak rzekomo nowatorski projekt Sławomira Mentzena jest w rzeczywistości niewydolny. Zostawia minimalny margines błędu (nawis ponad pobory – 20%, zamiast 50%, a najlepiej 100%), przy marnych pensjach wyrobników w ciemnych garniturach (tyle samo płaci gmina za tzw. nieodpłatną pomoc prawną).

Feministyczne spojrzenie na finanse domowe. To nie może się udać. Oraz riposta młodego pokolenia.

Jakiś czas temu przeczytałem artykuł w portalu Gazeta.pl, który mógłby się ukazać w każdym medium popularnym. Traktował o finansach w związku, a był wywiadem ze specjalistką od komunikacji, współautorką książki napisanej z byłą Jana Kulczyka. Generalnie opierał się na kiepsko maskowanej tezie – także w tej sferze zawsze winien facet – jeżeli wydaje pieniądze na przyjemności jest rozrzutny, trzyma na koncie – sknera. Jeśli kobieta przepieprza pół pensji na operacje i ciuchy tzn. chciała się mężowi podobać a on „nie przedyskutował” (dosłownie tak powiedziała), że powinno być inaczej (jakby do dyskusji wystarczyła jedna osoba). Gdy kobieta ma dzieci z poprzednich związków – facet ma je utrzymać, jeśli dzieci należą do niego (alimenty) – płaci ze swojej puli. Mężczyzna regulujący wszystkie rachunki odbiera kobiecie samodzielność, umieszcza ją w złotej klatce, bo ona nie wie jakie są koszty i z jego winy nie radzi sobie sama. Itd., itp. Generalnie, jedna wielka popieprzona aberracja. Gdyby ktoś trzymał się tych rad – przepis na katastrofę np. danie dostępu osobie uzależnionej do wspólnego konta i wszystkich oszczędności. A dzisiaj coraz więcej kobiet pozostaje uzależnionych: nie tylko od zakupów, zabiegów beauty, ale i zwyczajnie, od wódy. Finanse wg feministek mają wyglądać tak: zarobki są wspólne, wydatki wspólne, chociaż rzadko kiedy równe. Czyli ona swoją pensję na przyjemności, on ma utrzymać mieszkanie. Ona płaci za jedzenie, on za resztę – częsty podział, oznaczający, że ona wydaje dajmy na wspólne 1500 zł, a on 7000 zł, co nawet przy dysproporcji dochodu działa na niekorzyść faceta, zwłaszcza jeśli płaci alimenty na dzieci z poprzedniego związku).

I tutaj wchodzą mężczyźni, zwłaszcza młodzi, ubrani na biało. Rozmawiałem na ten temat z synami i teraz metoda jest prosta. Opiera się na dwóch filarach:

  1. jak najmniej zobowiązań (czyli zero ślubu i wspólnoty majątkowej),
  2. płacimy po połowie.

I szach-mat specjalistki ds. kreowania wizerunku, zajmujące się finansami. Guzik młodym zrobicie (a starzy, jak moi rówieśnicy-single, też zaczęli stosować te proste recepty). Skończyło się „więcej zarabiasz, więcej dajesz”. Już pokazuję jak wygląda praktyka.

Zamieszkujemy razem, chłop zarabia 7000 zł netto, kobieta 4000 zł netto. Wspólne wydatki to: czynsz i media 1000 zł (własne mieszkanie), jedzenie, chemia -2000 zł – razem 3000 zł. Oboje 1-go przelewają po 1500 zł na wspólne konto, z którego kupuje się jedzenie i płaci za mieszkanie. Resztę zachowują dla siebie. Każdy utrzymuje własne auto (kobiety zazwyczaj nie stać), płaci za swoje wakacje (znowu na podobnej zasadzie – jedziemy na urlop za 5000 zł, wpłacamy po 2500 zł), ubrania, przyjemności, potrzeby. I mamy sytuację, w której on dysponuje kwotą 5500 zł nadwyżki (robi z nią co chce, przepuszcza, oszczędza, inwestuje), a ona tylko 2500 zł.

Gdyby mieli psa – do wspólnych wydatków liczy się pies, przy dziecku – dziecko. No i teraz popatrzmy. Niech dziecko kosztuje 2000 zł, a pies 300 zł. Wspólny budżet puchnie do 5300 zł (2000 życie, 1000 zł dach nad głową, 2000 zł dziecko, 300 zł pies). Każde wpłaca na wspólne konto 2650 zł. Jemu zostaje nadal 4350 zł, jej 1350 zł. I z tej kwoty ma wystarczyć na wakacje i przyjemności. Gdzie kasa na zakupoholizm i inne -izmy? Zniknęła. Argument pozostaje prosty – ludzie są dorośli, odpowiedzialni, gdyby się rozeszli – za taką samą kwotę będą się utrzymywać samotnie (z pominięciem mieszkania, które często należy do mężczyzny).

Ba, nawet w moim pokoleniu, skończył się czas „ciepłych misiów”. Literalnie wszyscy znani mi, nieżle sytuowani single koło pięćdziesiątki (a to oznacza miesięczne dochody minimum 10.000 zł netto), żyją w luźnych związkach z podobnymi sobie kobietami, tzn. każde w swoim domu/mieszkaniu, ze swoim samochodem, zrzucają się na wakacje (no czasami facet płaci więcej, bo np. jadą jego autem i nie wymaga zwrotu za paliwo czy autostrady, albo funduje w knajpie). Stać ich i na alimenty, i na przyjemności. Nie żyją za 500 zł miesięcznie, a i tak „wydatki core” czyli dach nad głową, jedzenie, auto – kosztują ich 3000 zł. Dla kogoś, kto zarabia 10k i płaci jeszcze 2k alimentów (już niedługo, bo dzieci rosną), na resztę zostaje 5 k. Dla lepiej zarabiającego (20k), z 3k alimentów, 5k raty kredytu na dom i samochód, nawet 9k jeszcze można swobodnie dysponować. A kobiety? No cóż. Niech dostaną nawet te 2 k alimentów, 1.6k 500+ i 5k własnej pensji. Mają 8.6 k. No, ale muszą utrzymać siebie, dom, małe auto (2,5k), dwójkę dzieci dzieci (4k), i na ciuchy przyjemności całej trójki zostaje im 2.1k. Cieniutko.

Dlaczego tak się dzieje? Akcja rodzi reakcję. Kobiety zaczęły opowiadać „jesteśmy niezależne”, faceci zażądali dowodu. Kobiety wymiksowywały się z rodziny, faceci następnym razem dali palec, zamiast całą rękę. Jeśli weźmiemy pod uwagę „poważne” powody rozwodów (tzn. zdradę, nałogi a nie „wypaliliśmy się”) przyczyny leżą w 70% po stronie babek (i tyle samo wnosi pozwy). Dokładnie. W grupie singli, o której mówię (liczy 7. wykształconych, zadbanych, dobrze sytuowanych facetów) powodem rozwodu były:

  • 5 przypadów romans żony,
  • 1 przypadek romans męża i jednoczesny romans żony,
  • 1 przypadek – nałóg męża.

Do tego dochodzi kolejna liczba.Z tych 7 facetów 5 ma utrudniany kontakt ze swoimi dziećmi (jeden de facto je wychowuje, bo kobieta postanowiła realizować się z przyczyną rozpadu małżeństwa), a 3 nie widzi ich w ogóle. Czyli 1 z 7 zachował z eksią normalne stosunki po rozwodzie. Następnym razem, chłopaki nie chcą popełnić błędu, wyciągnęli wnioski z przeszłości. Widzą to też ich synowie, i koledzy ich synów. Pojęli starą prawdę – najdroższy seks jest w małżeństwie. W przypadkach zdrowych rodzin – warto płacić tę cenę, ale skoro połowa małżeństw rozwodzi się (współczynnik wynosi 35%, ale dane zaniżają osoby starsze), młodzi panowie myślą racjonalnie. Skoro mam 50% szans na porażkę, albo całkiem rezygnuję ze ślubu, albo przynajmniej nie dam się oskubać. I tak oto feministki (w tym lewicowe feministki i katofeministki) , swoim głupim gadaniem i zmianami w prawie (bo tak należy traktować np. przepis, że 800+ nie liczy się przy alimentach, mimo że kobieta je dostanie, facet dalej musi płacić 50-80% kosztów utrzymania dziecka, co przy 2k oznacza, że kobieta wydaje w rzeczywistości ze swoich może 200 zł, a często na dziecku zarabia, w tym sensie, że alimenty i 800+ przewyższają wydatki na dziecko) doprowadziły do pogorszenia sytuacji kobiet. Nadal wiele z nich zarabia mniej – w mojej bańce znam dosłownie 3 przypadki, gdy żona/partnerka przynosi większe dochody, przy kilkudziesięciu przeciwnych (wyższe zarobki męża/partnera), oraz może 10, gdy zarobki są porównywalne. Często te różnice okazują się ogromne (np. u mnie zarabiam 4 razy tyle co żona, a gdy dodam inwestycje – wolę już nie liczyć), ponieważ 90% zatrudnionych facetów dorabia (a tylko 20% kobiet). I dotyczy to również dzisiejszych trzydziestolatków. A opisuję realia klasy średniej (w wyższej czy niższej jest jeszcze większa dysproporcja na korzyść mężczyzn). Jaki z tego wniosek?

Świat się zmienia. Zachowania oczywiste w świecie naszych rodziców (mąż oddaje całą pensję żonie i dostaje kieszonkowe, a na przyjemności musi sobie dorobić lub „ukręcić”), powoli odchodzą do lamusa. W naszym pokoleniu bronił się schemat wspólnego w 100% budżetu, ale do czasu. Teraz, zwłaszcza w młodym pokoleniu, ale nie tylko w nim, obowiązuje podział na: nasze wspólne, moje, twoje czyli mamy jakby trzy budżety w jednym. I ma on swoje konkretne przyczyny. Feministki, głosząc hasła o „silniej, niezależnej kobiecie”, nawaliły, a mężczyźni po prostu dostosowali się do zmienionych realiów. Czy Wy też to widzicie?

Dlaczego opłaca się być singlem? Jak domowe zajęcia organizują ludzie samotni? Ile to rzeczywiście kosztuje?

Ostatnio wyliczyłem, że rodzina 2+1 poświęca na prace domowe/opiekuńcze 71 h/m-c. Feministka podała wartości 4 razy większe (330 h/m-c), przypisała je kobiecie i wyceniła na 7000 zł/m-c. eraz czas na pokazanie, jak sobie radzi singiel i ile faktycznie płaci.

Skąd znam życie singli? No cóż, mam paru znajomych, plus doliczam jeszcze własne doświadczenia z eksperymentu „Życie za 500 zł”. Zaspoileruje – liczby nie przerażają.

Opieka nad dziećmi z dowożeniem. Singiel z zasady nie ma dzieci lub już dorosłe. Stąd 0 godzin. W wersji ekstremalnej (po rozwodzie) – 2 weekendy w miesiącu – 12h/m-c i 1200 zł alimentów.

Gotowanie. Ile feministka wyliczyła dla rodziny? Chyba 1800 zł/m-c. Za samo gotowanie, bez kosztu produktów. Teraz coś Wam pokażę. Ostatnio wpadłem do bistro w pracy (miałem mieć spotkanie po godzinach) i za „zestaw dnia” – michę zupy i drugie zapłaciłem 27 zł. Gdybym pomnożył tę wartość przez 30 dni – wyjdzie mi 810 zł/m-c. W dużym mieście. Czy są tańsze opcje? Rzecz jasna – garmażerka lub własne gotowanie. Ile zajęło mi przygotowanie obiadu na wsi? Trzeba było zebrać fasolkę, obrać ją, ugotować, zrobić zasmażkę? 20 minut. Ile zajmuje przygotowanie ryżu z owocami? 5 minut. Zsiadłego mleka z ziemniakami? Podobnie. Usmażenie kotleta z makaronem? 5-10 minut. Jajko sadzone/jajecznica? 3 minuty. A są tacy, którzy przez tydzień zjedzą tę samą zupę (ew. rosół przerobią na jarzynową/pomidorową/brokułową/flaki), wtedy średnio też 5 minut dziennie. Ja jednak zaszaleję 10 minut dziennie – 5h/m-c.

Sprzątanie. Zostańmy przy tym, co było 1,5h/tydzień i 6h/m-c. Da się to zlecić za 400 zł.

Pranie. 15 minut/tydzień i 1 h/m-c. Zlecać tego nie ma sensu.

Zakupy. Po drodze z pracy, bo niewiele potrzeba. 1h/m-c.

Podsumowanie. W sumie bezdzietny singiel potrzebuje 13h/ m-c. Jeśli żywi się w barku i płaci za sprzątanie zejdzie do 2h/m-c (pranie + zakupy) i wydatku 1210 zł. Godzina lenistwa kosztować go będzie prawie 100 zł.

Trochę kosztowniej żyje dzieciaty singiel z odzysku (1200 zł alimentów plus 12 h na opiekę). Natomiast to wyliczenie pokazuje, dlaczego dzisiaj młodzi nie chcą mieć dzieci. Z jednej strony – po prostu wygodnie i znacznie taniej. Z drugiej – feministki gadają o „patriarchalnym ucisku”, a rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie. Kobieta nie-singielka w tradycyjnej rodzinie (jak moja) poświęca na dom i dziecko jakieś 54 h miesięcznie, a zyskuje znacznie więcej. Ile? O tym w kolejnym wpisie.

Dlaczego opłaca się być singlem? Rzeczywisty czas i koszt wykonywania czynności domowych – tym razem poważnie.

Tak, jak pisałem, pewna kobieta wyliczyła, że matka, siedząca z dzieckiem w domu spędza na czynnościach obsługowych ok. 330 godzin miesięcznie. W jednym z poprzednich wpisów zredukowałem tę wartość do 1/3, i to przy założeniu, że w domu są dzieci, a żona/partnerka wszystko robi sama. Teraz przedstawiam swoje doświadczenia z ostatniego czasu, kiedy zeszliśmy do rozmiaru rodziny 2+1.

Zajmowanie się dzieckiem – kobieta. Mój nastolatek jest dość samodzielny, ale przecież jeszcze nie dorosły. Czasem trzeba mu zerknąć w zeszyty, załatwić jakiś prezent na imprezkę, kupić ubranie. Nie traktuje jako „zajmowanie się” zwykłej rozmowy, bo wtedy wyszłoby, że zajmuję się małżonką i powinna mi za to płacić. W nauce pomaga mu dorosły brat (układ win-win – żona nie ma cierpliwości, ja czasu, a młody dostaje kasę), więc ten temat odpada. Średnio- gdybym naciągał maksymalnie – opieka to 5 h w tygodniu pracy – 20h/m-c. Przy czym zaznaczam, u nas robi to żona, ale w wielu rodzinach czas jest dzielony między oboje.

Dowożenie – oboje. Specjalnie przenieśliśmy się do określonej dzielnicy, żeby chłopcy mieli blisko do dobrej, państwowej szkoły. Młody chodzi jednak na zajęcia sportowe 3 razy w tygodniu, na przeciwległy koniec miasta. I wymaga to czasu – pół godziny jazdy w jedną stronę. W efekcie – 3 godziny/tydzień, a z meczem – 5h/tydzień – 20h/m-c. Liczę tylko czas dojazdu, bo w trakcie treningu robimy coś innego. Jeździmy po zakupy, załatwiamy zaległe rozmowy telefoniczne, czytamy książki, spacerujemy, a ja nawet próbowałem pracować.

Sprzątanie – kobieta. Wiesz, ile zajmuje gruntowne sprzątnięcie całego domu? Ja wiem, bo wynajmowaliśmy nasze 45 m2 (2 pokoje) w górach.

  • odkurzenie i wytarcie kurzu (z przestawianiem mebli) – 20 minut,
  • gruntowne sprzątnięcie łazienki – 20 minut,
  • gruntowne sprzątnięcie kuchni – 30 minut,
  • mopowanie całej podłogi – 20 minut.

W sumie 1,5h. Takie sprzątanie, wykonuje się raz na tydzień. Do tego 30 minut zwykłego ogarniania w tygodniu. Miesięcznie 6h. 2-4 razy w roku mycie okien (0,5h), tych 5-10 minut już nie doliczam. I znowu uwaga – w moim domu robi to żona, z wyjątkiem odkurzania (działka syna) natomiast w większości innych oboje, albo i wszyscy domownicy. Znam rodziny, w których pdział przebiega tak – łazienka i odkurzanie/mopowanie i kuchnia.

Gotowanie – kobieta. Feministka wyliczyła na 2 h dziennie i przypisała kobietom. Wolny żart. Po pierwsze – znam wielu gotujących mężczyzn oraz niegotujących kobiet, sporą grupę domów, gdzie gotowanie nie istnieje (obiad w pracy/szkole, a na śniadanie i kolację kanapki/ciastka/drożdżówki). U mnie akurat wygląda wszystko tradycyjnie, natomiast specjalnie wczoraj włączyłem stoper. Zupę gotuje się raz na 4 dni (30 minut roboty na tydzień), a drugie danie niech będzie pół godziny dziennie. Razem mamy 4h/tydzień i 16h/m-c.

Zakupy-oboje. Robimy je zazwyczaj przy okazji, ale niech będzie 2h/tydzień – 8h/m-c.

Pranie – oboje. Co to jest dzisiaj pranie? Przełożenie z kosza do pralkosuszarki i wyjęcie. Ile to trwa? 15 minut/tydzień. Niech będzie 1h/m-c.

Resztę wyeliminowałem, bo mówimy o czynnościach śladowych. Suma czynności domowej obsługi 71h/m-c, z czego 40h/m-c na dziecko. Jeśli ludzie dzielą się rozsądnie (czyli na pół, jeżeli oboje pracują tyle samo), wychodzi (z dzieckiem) średnio po 1 h 10 minut/dzień. Jeśli tak jak my (pracuję zawodowo znacznie więcej), na kobietę spada 3/4, poświeci średnio 1h 45 minut dziennie. Czy to dużo? De facto 2 popołudnia w tygodniu na wożenie syna plus zakupy, sobotnie przedpołudnie na sprzątanie/pranie, a poza tym zostaje jakieś 45 minut dziennie. A jeszcze raz zaznaczę, u nas podział przebiega tradycyjnie. Następny wpis – jak to organizuje singiel.

Czy na pewno kupować mieszkanie w jednym z miast Wielkiej Trójki?

Wielka Trójka, czyli trzy najdroższe wielkie miasta w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław), jeśli weźmiemy pod uwagę ceny mieszkań, przebiła granice możliwości tzw. przeciętnej rodziny. Pomimo tego, większość dąży do tych lokalizacji. Z jakim skutkiem?

W Warszawie, kawalerka 30m2 „do wprowadzenia” w dobrej lokalizacji kosztuje 800 tys. zł, w Krakowie i Wrocławiu ok.600 tys. zł. Od razu piszę – nie miałem na myśli ruder, flipów w starym bloku (ściany z betonu, zaniedbane klatki schodowe), ani „dzielnic strachu” – tylko ścisłe centrum i jego uznane otoczenie. W przypadku Wrocławia, do którego przeprowadza się mój najstarszy syn, robiłem pogłębione analizy. Wynajęcie takiego lokalu kosztuje 2,5-3,5 tys. zł (+wszystkie opłaty) miesięcznie.Jakie to ma skutki praktyczne?

Wkład własny przy zakupie – 20% tj. 120-160 tys. zł. Żeby dokonać zakupu na kredyt trzeba dysponować 120-160 tys. zł w gotówce. Już to eliminuje wielu młodych, nie posiadających żadnych oszczędności.

Rata kredytu na pozostałe 80% – 3800- 4300 zł. Nie dość, że wkład własny poza zasięgiem, to jeszcze desperackie 3800-4300 zł do płacenia. Przy płacy minimalnej 3600 zł netto.

Czynsz najmu niższy od raty, ale nadal drogi. Skoro czynsz wynosi 2,5-3,5 tys. zł, a rata 3800-4300 zł, wielu (zwłaszcza z powodu braku kasy na wkład własny) wybierze najem. Z jednej strony – wydaje się racjonalne, z drugiej – wpadamy w pułapkę. Raty są dzisiaj stosunkowo drogie (ponad 8% odsetek), a wynajem jeszcze drożeje (10% rocznie w ostatnim czasie). Wielu jednak boi się czekania i wzrostu cen zakupu (co mogłoby oznaczać, że za 5 lat sam wkład własny drastycznie wzrośnie, a sam rata też, bo wprawdzie spadnie oprocentowanie, ale jego podstawa będzie wyższa) i kupuje już wiążąc pętle na szyje.

Do tego, rozmawiając z niektórymi „młodymi” (pojęcie pojemne 20-40 lat), wielu nie zna słowa kompromis. Nie chcą kamienicy ani bloków („stare”), wykonywania remontu czy wykończenia własnymi rękami („nieopłacalne”, „trudne”), ani długich dojazdów („za daleko”). Eliminują w ten sposób 90% rynku zostawiając sobie najdroższe apartamentowce (np. na Szczepinie, we Wrocławiu m2 kawalerki w apartamentowcu w centrum kosztuje 16 tys. zł + wykończenie, a na obrzeżach tego miasta trafimy lokale za 9 tys. zł). Jeśli dołożymy oczekiwania, że wszystko sfinansują rodzice (młodych nie stać), zapewniając im standard znacznie ponadprzeciętny („na wykończenie nowej kawalerki potrzeba 100 tys. zł”), do odebrania natychmiast, gotowy nie tylko konflikt pokoleń, ale i bolesne rozczarowanie. Ponieważ koniec końców, rzeczywistość nie podlega dyskusji i zderzenie z nią wywołuje ból głowy, która spotkała się ze ścianą.

Faktycznie, rynek oferuje pełne bogactwo opcji. Znowu odwołam się do Wrocławia, poddanego głębokim analizom. Za 600 tys. zł za wykończoną kawalerkę w apartamentowcami w świetnej dzielnicy mamy następujące możliwości:

  • 2 pokoje z PRL-u 37 m2 (po remoncie sprzed 15 lat) za 520 tys. zł w lokalizacji obok apartamentowca,
  • 3 pokoje z PRL-u – 56 m2 (po remoncie sprzed 20 lat) za 560 tys. zł w lokalizacji 2 km dalej (nie Szczepin lecz Pilczyce),
  • 2 pokoje 40 m2 w kamienicy (Ołbin, Przedmieście Świdnickie, do remontu) za 500 tys. zł,
  • kawalerka w apartamentowcu do własnego wykończenia (28m2 – bliski Szczepin) – 480 tys. zł,
  • niewykończone 2 pokoje w Leśnicy lub południowych obrzeżach Wrocławia (45 m2 – 400 tys. zł,
  • oraz UWAGA! – wyremontowane mieszkanie w Strzegomiu 37 m2 (ładna kamienica) za 250 tys. zł.

I właśnie ten Strzegom wydaje się być ciekawą alternatywą Wrocławia. W porównaniu do mieszkania na Szczepinie zyskujemy sporo, a tracimy … czas na dojazd (zamiast 20 minut piechotą na rynek, mamy godzinę siedzenia w samochodzie, o ile nie trafimy na korki) lub znaczną część pensji.

I jeśli o pensję chodzi, czy faktycznie poza stolicą województwa zarabia się tak źle? Średnia dla samego Wrocławia (sektor przedsiębiorstw styczeń 2024 – dane GUS) wynosiła – 8648,32 zł. Dla całego województwa dolnośląskiego – 8140. Szokująco niewielka różnica. A dla innych z Wielkiej Trójki:

  • Warszawa – 9422 zł, mazowieckie 8943 zł,
  • Kraków – 9391 zł, małopolskie 7943 zł.

Czyli nadal mamy w średnich poborach śmiesznie małą lukę 500 zł brutto. Nawet jeśli założymy, że średnią województwa zawyża jego stolica, i przyjmiemy, że rzeczywista różnica pomiędzy „metropolią” a otoczeniem wynosi 1000 zł brutto, doświadczamy skoku tylko o 700 zł netto. Czyli ze Strzegomia nawet nie trzeba dojeżdżać do Wrocławia, lecz szukać pracy na miejscu i zyskać komfort życia w miasteczku o 15 tys. mieszkańców. Luka 700 zł to kasa na ratę … za 85 tys. zł różnicy w kredycie, tymczasem wpłacając tę samą sumę początkową (120 tys. zł) uzyskujemy:

  • centrum Wrocławia – rata za 2 pokoje w kamienicy na Ołbinie – 3800 zł,
  • centrum Strzegomia – rata za 2 pokoje w kamienicy – 1040 zł.

Czyli nawet pracując za minimalną (3600 zł netto – 4300 zł brutto) w Strzegomiu, żeby zrównoważyć pobory, we Wrocławiu musielibyśmy dostać pensję 6400 zł netto – ok. 10 tys. zł brutto. Czy tak będzie? W niektórych zawodach – na pewno, w większości – nie sądzę. Zwróćmy uwagę, to są pensje w przedsiębiorstwach, nie budżetówce (gdzie różnice wyjdą pewnie jeszcze mniejsze). Dlaczego zatem wystąpiło takie ssanie na Wielką Trójkę? Wiele osób (w tym młodych) kieruje się stereotypami, zamiast czytać statystyki. I tak, Wrocław przestawiany jest jako miasto szans, a Strzegom czy Świdnica – miejsce bez perspektyw. Uczelnie Wrocławia mają rzekomo gwarantować lepszą pracę, a w w rzeczywistości np. po chemii pierwsza pensja wynosiła w 2022 r. (mediana) Wrocław ok. 4500 zł, a Lublin czy Łódź ok. 6000 zł W przypadku ekonomii, Wrocław pełen korporacji, – 5000 zł i UWrocł. znalazł się na ….43 miejscu w kraju. Obiegowe opinie, jak zwykle okazują się niezbyt prawdziwe. Warto szukać twardych danych przy podejmowaniu decyzji.