Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 10 – Oszczędny Milioner

Sielsko-anielsko czyli o miesiącu na wsi.

Ostatni miesiąc – lipiec, miał dla mnie wyjątkowe znaczenie. Wybrałem go na początek „wiejskiego eksperymentu”. W tym czasie spędzałem w pracy tylko kilka dni, a resztę, na wsi. Jak wrażenia? Ogólnie, pokazuje je tytuł wpisu. Szczegóły poniżej.

Koniec wiosny i lato na wsi są piękne, nawet gdy trochę pada (nie piszę o tygodniówkach, lecz przelotnych deszczach). Tego twierdzenia nikt nie kwestionuje. Pierwsze owoce, bujna zieleń, przyjemne temperatury, długie dni. U mnie, w wiejskiej oazie drzew, krzewów i innych roślin dochodzi jeszcze jeden element – śpiew ptaków. Na przestrzeni 45 arów mam bowiem ok. 60 dużych drzew, sięgających 20 metrów – ptasi raj. Od świtu do zmierzchu (a czasem i po nim) słyszę słowiki, sikorki, szpaki i… kury sąsiada (te akurat drzew nie potrzebują). Wrażenie – jakbym mieszkał w lesie. Przejdźmy jednak do konkretów.

Dom. Dwie kondygnacje, każda po 80m2, do tego kilkunastometrowa piwnica, w sumie: salon, kuchnia, łazienka, dwa wc, sień, piwnica, dwa korytarze, oraz 4 sypialnie. W porównaniu do domu w mieście, prawie dwa razy więcej przestrzeni, a mniejszą piwnicę rekompensują 3 garaże. Ba, główny garaż, zamiast obecnie budowanych klitek 18m2 ma ich 64. Jak dla mnie samego trochę za dużo, ale gdy jesteśmy w trójkę, czwórkę, znacznie lepiej. Każdy może dostać odrobinę spokoju, gdy tylko potrzebuje.

Ogród. No cóż, nie przypomina dzisiejszych podmiejskich wypieszczonych cacek, pełnych iglaków, trawników i kwietników. Raczej swobodnie rozrastającą się ideę ni to parku angielskiego, ni to lasu, poprzetykaną grządkami i kwaterami owocowymi. Słowem – tajemniczy ogród. I znowu, mamy grilla, ławeczkę, altankę, a nawet… sławojkę i mini-miejsce do gry w piłkę nożną. Dla kogoś, kto lubi naturę, a nie idealny porządek, w stylu francuskiego Wersalu, czy wersji kwaterowych (widzieliście kiedyś ogród w pałacu biskupów w Kielcach?). Wszyscy monterzy (solarów, internetu, fotowoltaiki) oraz grupa znajomych, wyjeżdżali urzeczeni.

Infrastruktura. W domu mam wodę z wodociągu (oraz studnię), przydomowe szambo z mini-oczyszczalnią (gdyby mieszkać na stałe, musi być większa), prąd, gaz (na ścianie – nie podłączony), solary, fotowoltaikę i szybki internet (600 mbit). Z wyjątkiem kanalizacji (mają budować) – jak w mieście. Moja własna droga śródpolna (300m) w lecie nie boli. W zimie, podpiąć pług (mam) i hajda.

Dojazd. Ten wydawał mi się najstraszniejszy. 30 km od „mojego” miasta. Okazało się, że przy częściowych dojazdach (2-5 dni/tydzień) nie wygląda to tak strasznie . Ani koszty nie zabijają (150 km tygodniowo to ok. 50 zł, gdybym miał małego diesla), ani czas (40 minut w jedną stronę, czyli 3,5 godziny w tygodniu). Po drodze mam 2 Biedronki, 2 Stokrotki i kilka mniejszych sklepów. Najbliższy w odległości niespełna 1 km – 10 minut jazdy rowerem.

W moim przypadku, wszystko wyglądało jeszcze lepiej, elektryk gwarantował zerowe koszty paliwa i bezpłatne miejsce parkingowe w centrum.

Sąsiedzi. Czasami stanowi to pewien problem. Nie u mnie. Graniczę z dwoma posesjami. Jedna należy do moich sióstr ciotecznych, które spędzają tam lato i weekendy, druga do kumpla z dzieciństwa i jego żony, mieszkających na stałe. Nie przeszkadzamy sobie, a zawsze jest z kim pogadać.

Jedzenie. Jak to na wsi. Zsiadłe mleko, ziemniaczki z wody, lub jeszcze lepiej z ogniska lub patelni. Własne owoce – tylko iść i pozbierać. Zrobi się chleb, jakieś ciasto, twarożek. Żyje się zdrowo i… tanio zarazem. Ot, takie „Lato leśnych ludzi” tylko 100 lat później i blisko miasta.

Atrakcje. Ich braku najbardziej boją się wyprowadzający się na wieś. Bo wiadomo, miasto to kino, teatr, opera, knajpki, baseny, ścieżki rowerowe i mnóstwo wydarzeń. Nie przesadzajmy jednak. W moim mieście (całkiem sporym) opera dopiero powstaje, a i tak niejeden woli koncert Sławomira od „Carmen”. Mam to szczęście, że gdybym potrzebował to do Opery Narodowej dzielą mnie 2 godziny jazdy pociągiem. Wcześniej 2 h 20 minut. Poza tym, tutaj decyduje fajne położenie. W promieniu 20 km mam dwa niewielkie miasta, tętniące życiem kulturalnym w sezonie letnim: Kazimierz Dolny i Nałęczów. Festiwale filmowe, koncerty (od kapel i śpiewaków ludowych do orkiestr symfonicznych), większość za darmo. W promieniu 20 km (25 minut) sześć basenów (w tym 2 ogólnodostępne SPA, olimpijski), dziesiątki restauracji, kawiarni, miejsc spacerowych, tras rowerowych. W obu kurortach da się wyjść na tańce, czy znaleźć zajęcia dla dzieci (od piłki nożnej do fortepianu). Do jednego jadę 10 minut, do drugiego 20 (czyli tyle, ile w mieście na piłkę syna – 2 km). Czyli i z kulturą, da się. Zawsze mogę zresztą zostać po pracy i cieszyć się wielkomiejskością.

Ogólny obraz – taki jak w tytule. Mam jednak świadomość dwóch zastrzeżeń. Lato, to lato, a jesień i zima, zupełnie inne historie. Krótki dzień, szkoła syna, zajęcia dodatkowe, błoto lub śnieg. I tu widzę realne problemy. Żeby częściowo je ogarnąć, zamieniam elektryka+pickupa na Dacię Duster z napędem 4×4, sporym prześwitem, auto uniwersalne, bo ma jeszcze hak. Do tego Fiat 500c żony na letnie dni i jako awaryjny. Gdyby traktować dom jako całoroczny trzeba dokonać pewnych modyfikacji (ogrzewanie, ocieplenie), a i inaczej gospodaruje czasem rodzina z jedną osobą pracującą na pół etatu niż przy dwóch osobach pracujących przez 5 dni w tygodniu po 8 godzin.

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Przeżyłem trzeci tydzień.

Trzeci tydzień zaczął się od wyjazdu do pracy, na koncie miałem już tylko 291 zł (wydatki 209 zł)

Transport. Wydałem 11 zł na bilet kolejowy, a resztę drogi pokonałem piechotą. Później było już „z górki”. Więcej wydatków transportowych nie miałem.

Zakupy. Tym razem powtórzyłem w najbliższym markecie schemat zakupowy: mąka, cukier , dorzucając jeszcze, mleko. Zapłaciłem 30 zł. Jeśli dobrze pójdzie, do końca miesiąca, dokupię tylko drobiazgi. Chemia, kosmetyki, leki – tych wydatków nie ponosiłem wcale.

Własne. W drodze do pracy kupiłem wkład do znicza 5 zł i wybrałem się na cmentarz na grób rodziców.

Zacząłem tydzień z bilansem wydatków 209 zł. Po zakończeniu zaksięgowałem już 255 zł, ponieważ ten tydzień zamknąłem kwotą 46 zł. Mamy już 22 lipca, a jeszcze prawie połowę kasy w portfelu. Rozliczenie wypada nieźle, pomimo tego, że przez pierwszy i drugi tydzień używałem auta. Jak to możliwe? Zdecydowało obcięcie wszystkich niekoniecznych wydatków. Jem to co wyrosło (owoce – borówki, maliny, jabłka, warzywa – bób, fasolka, ziemniaki, koper, pomidory, ogórki, cukinia), kupuję tylko: mąkę, smalec, masło, mleko. Zero płatnych przyjemności, zero ubrań.

O klasie średniej raz jeszcze. Wywiad z naukowcem (Forbes).

Całkiem niedawno ukazał się taki wywiad https://www.forbes.pl/life/tak-snobuja-sie-30-i-40-latkowie-musza-udowadniac-wyzszosc-pieniadze-nie-wystarcza/z6ktsfs z doktorem n. hum. Uniwersytetu Wrocławskiego. Spłycenie analiz i, nazwijmy rzecz po imieniu, kretyńskie wnioski skłaniają mnie do napisania kolejnego tekstu z tagiem „filozofia”.

Zawsze mnie uczono, że naukowiec to określone metody, język, oraz rozwaga w sądach (plus przestrzeganie swoich kompetencji, żeby jak prof. Strzembosz czy prof. Czarnek nie opowiadać głupot w dziedzinach, o których nie ma się pojęcia). Nie wszyscy trzymają się standardu, tutaj jednak przekroczono wszelką miarę.

Po pierwsze – klasę średnią przedstawiono jako grupę aspirantów, pijących wino, ganiających z festiwalu na festiwal i snobujących się na klasę wyższą. A wyższą – jako bandę nierobów. Czyli od razu kompletne błędnie. Klasa średnia, w zależności od sposobu definiowania obejmuje bowiem albo wszystkich o określonych dochodach (może to być i glazurnik, byle zarabiał wystarczająco dużo), albo ogranicza się do inteligencji (pracowników umysłowych z wyższym wykształceniem, wykonujących zawody eksperckie). Czyli wywiad jest o klasie średniej, której …. nie ma. Ponieważ ta grupa snobów to część inteligencji – fragment odłamu nazywanego przeze mnie „korposzczurami”. W rzeczywistości nie 55 % (przy kryterium dochodowym) obywateli RP, lecz może 5%.

Po drugie – klasa wyższa jako banda nierobów, polega na niehistorycznym i niesocjologicznym założeniu, że klasy wyższe składały (i składają się) z próżniaków, przekierowujących nadmiar czasu w kulturę i styl życia. A „klasa wyższa” ma też podklasy – wpływowi profesorowie, wybitni lekarze, wysocy urzędnicy (posłowie, ministrowie), prezesi i dyrektorzy korporacji, zarządzający własnymi firmami, a nie tylko rentierzy, landlordzi i  podobne „pasożyty”. Wielu z nich „zapierdala” nawet ciężej niż niejeden z klasy średniej. Dyrektor handlowy korporacji jeździ po całej Polsce, w domu pisze raporty – ten gość jest zawalony robotą od świtu do zmierzchu. Tim Ferriss, amerykański pisarz-przedsiębiorca wprowadził na salony NR-ów – ludzi dysponujących pieniędzmi i wolnym czasem. Nie ma wśród nich typowych przedstawicieli klasy wyższej – dyrektora banku, ministra czy profesora-chirurga, a są drobni przedsiębiorcy, freelancerzy. Dlaczego? Ponieważ właściciele firm, najemni zarządcy, lekarz pracują po 10-16 godzin dziennie. Najwięcej w mojej rodzinie na pracę poświęca moja kuzynka – profesor medycyny. O 8 jest w klinice, wychodzi koło 14, zjada obiad i idzie do gabinetu, przyjmuje pacjentów do 19, a potem wraca do domu, zjada kolacje i pracuje naukowo do 24. Jeździ też na festiwale literatury. Ja, przedstawiciel klasy średniej i wolnego zawodu, mam czas na wieś, a ona bywa tam może 4 dni w roku. Czas mają rentierzy, celebryci-artyści i landlordowie – grupa nieliczna, choć widoczna.

Po trzecie – pogląd dra Lewińskiego – przyjęcie, że te podziały klasowe są sztuczne, a przedstawiciele klasy średniej – inteligencji-salariatu muszą coś udowadniać, dokonując wyborów aspiracyjnych. Uważna lektura paru książek socjologicznych, oraz trzymanie się własnej specjalności, pozwoliłoby kłopotów uniknąć. Pozostanie przy dystynkcji amerykańskiej – dochodzie – również. Klasa średnia w USA pozostaje bowiem bardzo szeroka. Znajdą w niej miejsce i miłośnicy grilla/piwa – właściciele warsztatu samochodowego jak i nauczyciele akademiccy, urzędnicy, czy pracownicy korpo wybierający raczej styl życia opisany w wywiadzie jako  „udowadnianie”. Wracając do błędnej tezy, dorobek polskiej socjologii pokazuje, że klasy, w naszym rozumieniu,  różni właśnie styl życia. W USA pokazuje to Nomadland czy „Za grosze…” – klasyka reportażu wcieleniowego (przedstawiciel klasy średniej ukrywa swoją tożsamość i zaczyna pracować jako klasa niższa).U nas chyba jeszcze nikt tego nie zrobił. Poprzestaliśmy na literaturze fikcji (Radek Rak) lub historii (Ludowa Historia Polski) a nawet herstorii (Chłopki, Hanka).

I są to różnice rzeczywiste, a nie wydumane. Wiem to, ponieważ codziennie żyję w kulturowo-społecznej polifonii. Widzę, że zupełnie inaczej żyje, konsumuje, patrzy na świat,wybiera nauczyciel/pracownik naukowy, a inaczej  korposzczur czy lekarz. Koleżanka z roku – żona profesora dziwi się światu, w którym byli trójkowi uczniowie są dziś zamożnymi biznesmenami, a naukowcy klepią biedę. Odmienności wykazują też właściciele małych firm usługowo-produkcyjnych (nazwani  niesprawiedliwie „Januszami biznesu”), niejednokrotnie bez matury lub po technikum. Wiem to, ponieważ mam przyjaciół w każdej z tych grup. Ci ostatni istotnie w znacznej części skupiają się na zarabianiu (dzięki czemu mają często kilkanaście razy większe dochody niż nauczyciel) piją wódkę/piwo, słuchają disco-polo, robią w weekend grilla, a gdy pojadą na wakacje dzielą czas między plażę i knajpę. Tak zostali nauczeni i takie mają potrzeby. Nie ma w tym nic złego. Już ich dzieci uczą się języków, kończą studia, wybierają inne zawody i… jak w PRL-u inteligencja z awansu, zmieniają klasę.  Natomiast „klasa średnia-inteligencja” dzieli się na dwie grupy. Pierwsza – bazuje na wiedzy, ale niejednokrotnie cierpi na brak kasy. Należą do niej  młodsi nauczyciele, pracownicy naukowi-humaniści, niżsi urzędnicy. Czują rozgoryczenie i wracają do źródeł z wieku XIX, jako we własnym wyobrażeniu „arystokracja ducha”, patrzą w książki, kompensując nieumiejętność zarabiania. Oni nie piją whisky lecz właśnie wino, czytają poezję, jeżdżą na festiwale i są w tym autentyczni. To nie jest żadna poza, jak twierdzi dr Lewiński lecz pełne przekonanie. Wreszcie silna grupa (w ogóle cała ta  „klasa średnia-inteligencja” to ledwie 8-15% populacji) – posiadaczy wykształcenia i sensownego dochodu, składa się z pracowników korpo, tzw. inteligencji technicznej, średnich urzędników, wolnych zawodów (lekarzy, prawników, księgowych, weterynarzy itp. Konsumenci whisky, książek wycieczek do źródeł kultury europejskiej (wycieczki objazdowe – nie tylko leżenie na plaży i picie w barze), zdyscyplinowani w 90% wyborcy KO. I znowu, oni wcale nie jeżdżą aspiracyjnie – mają rzeczywiste potrzeby, czują łączność z Europą „Kultury”, Cyceronem (oraz, coraz rzadziej, z Watykanem).

„Bezinteresowne znawstwo”  cechuje tę grupę, tu nie ma miejsca na fikcję. Bliżej im do Pierre’a Bourdieu czy Didiera Eribona niż mechanika samochodowego z małym, ale własnym warsztatem, co jest cechą „klasy” w tradycyjnym pojęciu (marksowski robotnik z Łodzi też lepiej czuł się z metalurgiem z Lille niż własnym pryncypałem-fabrykantem). Niezrozumienie, że tak właśnie jest, dyskwalifikuje oceny dra Lewińskiego, którzy przypisuje je snobowaniu, a wręcz jak mówi „obowiązkowi snobowania”. 

Po czwarte – kompletna aberracja czyli krytyka „kompetencji eksperckich” czy „bezinteresownych zainteresowań” jak nazywa je naukowiec. Bez jaj. Prosty człowiek wie, że kiedy praca – to praca, kiedy zabawa – na całego. I potrafi się bawić. Jest w tym coś z „Wesela”. Przy czym rozrywką klasy średniej-inteligencji jest właśnie poszerzanie horyzontów w dowolnej dziedzinie. Niech będzie to kawa, piwo, historia sztuki – bez znaczenia.

A Wy co o tym myślicie? 

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Minął drugi tydzień.

W pierwszym tygodniu wydałem 164 zł. Dokonałem wszelkich opłat. Czy drugi tydzień będzie tańszy?

Transport. Musiałem przez 2 dni pojawić się w pracy. Ponieważ jednak auta potrzebowałem prywatnie ponownie doliczam 30 zł (szacunkowe koszty eksploatacji).

Jedzenie. Zakupów nie robiłem, poza mąką na chleb i jajkami na kluski (15zł) Na śniadanie zjadałem własny chleb (bochenek na 3 dni z pół kg mąki) z pomidorem, ogórkami. Na drugie śniadanie i podwieczorek – owoce. Na obiad – smażoną cukinię. Na kolację – pieczone ziemniaki. Owoce i warzywa miałem własne. Wydatki na jedzenie – 15 zł.

Ubranie, chemia, leki, kosmetyki, opłaty – nic.

Wydatki własne– – 0 zł.

Łączne wydatki tego tygodnia – 45 zł. Łączne wydatki z dwóch tygodni – 209 zł.

W poszukiwaniu auta idealnego.

Jestem w wieku, w którym samochody nadal budzą we mnie emocje, ale doświadczyłem wielu marek i modeli, więc aby się zachwycić, potrzebuję całkiem sporo. Nie przestałem też poszukiwać ideału. Najpierw zdefiniujmy czym on jest.

Auto idealne i pierwsze pytanie „do czego?”. Czy szukamy ideału dla: młodego ojca rodziny, pracownika, narciarza czy innego sportowca, biznesmena, kogoś, kto kręci się po mieście, czy jeździ w trasy czy po prostu samochodu maksymalnie uniwersalnego. Moim zdaniem – raczej to drugie. Wybieramy mistrza złotego środka.

Zacznijmy od cech. Powinien być: oszczędny, tani w eksploatacji, nieawaryjny, pojemny, zwrotny, zrywny, zbywalny, a więc…. godzić sprzeczności, zaspokajając różne potrzeby. Czy taki wybór w ogóle jest możliwy? Przynajmniej spróbujmy.

Segmenty. Zacznijmy od decyzji niepopularnych – z miejsca odrzucamy SUV-y. Ani to oszczędne, ani pojemne, ani tanie w eksploatacji. Odpadają też (co bardziej zrozumiałe) – klasyczne terenówki, auta sportowe, vany. Żaden z nch, nawet przy daleko idących kompromisach nie nadaje się do miasta.Na rynku zostają minivany, kompakty, klasa D (odpowiedniki Passata).

Silnik. Elektryk, hybryda, diesel czy benzyna? Mały czy duży? Tu wybór faktycznie trudny. Elektryk moim zdaniem odpada.Hybryda plug in – też. Zwykła hybryda, diesel, benzyna? Moim zdaniem – wybierzmy klasykę. Diesel lub benzyna, hybryda. Optymalnie: diesel, hybryda/benzyna+LPG.

I teraz pożeńmy te dwie kategorie, próbując znaleźć nazwę modelu. Najbardziej uniwersalne – kompaktowe pojemne kombi lub minivan. Coś jak Focus, Golf, Octavia, Megane, Astra, Corolla, 308, Scenic, Lodgy, Zafira … Multipla. Sensownego kombi w klasie średniej – nie odrzucamy, niech będzie to Passat, Talismann, 508, Superb.

Bezawaryjność. Z mety eliminujemy wszystkie silniki problematyczne i wątpliwe. I nagle lista staje się krótka. Odpadają te wszystkie 1.4 TSI, 1.2 TSI, 2.0 TSI, benzynowe Focusy (nie da się ich zagazować, a w wersji EcoBoost, sprawiały problemy), Megane/Scenic benzyna (poza 1.6), 1.6 Dci, 1.5 Dci, 1,2 TCe. Na placu boju zostaje volkswagenowskie: 1.6 i 2.0 TDI, oraz paradoskalnie 1.0 TSI, Renault 2.0 Dci, Opel 1.6 i 2.0 CDTI, oraz 1.4 T, W Peugocie 2.0 HDi. W Lodgy stary. 1.6 benzyna. Na koniec hybrydy Toyoty.

Zrywność. W Polsce, z uwagi na sporą liczbę kiepskich dróg, bardzo ważna cecha. Widziałem, jak zbiera się do wyprzedzania 1.4 w Hyundaiu i30 (100 KM) albo Alfa Romeo Giulietta QV (240 KM) z pasażerami ważącymi w sumie 320 kg. Różnica kolosalna. Nie musimy być mistrzem prostej, ale pewien standard bezpieczeństwa zachowajmy. Czyli minimum 115 KM w turbo, albo 150 KM przy silniku wolnossącym. Da radę też 122 KM w hybrydzie, ponieważ tam dołącza się silnik elektryczny z jego dostępnym od zaraz momentem obrotowym. Odpada Lodgy (muł), 1.0 TSI, 1.6 TDI i 1.6 DCI w wersjach poniżej tych wartości mocy.

Oszczędność. Rozumiem ją jako zdolność do przejechania jak najtaniej 100 km w każdych warunkach. Podam prosty przykład. Duży diesel (2.0 DCI) w mieście, na krótkich odcinkach zacznie palić sporo, a nie zagazujemy go. Dlatego ideał – diesel z oszczędnym, niewielkim motorem, albo mała benzyna, albo benzyna/hybryda z gazem. Większość opisywanych silników (poza oplowskim) przerobiłem. Wnioski? Wybrałbym jednak 1.6 TDI 120 KM (6 l przy prędkościach autostradowych) w Golfie, Passacie lub Octavii, 1.0 TSI 115 KM, którego nie uświadczymy w Passacie ( i dobrze), Opel 1.4T z gazem i najlepsza Toyota Corolla Hybrid + gaz.

Ile kosztuje nas przejechanie 100 km? 1.6 TDI pali w mieście 7 l/100 km, w luźnej trasie 4,5 l/100 km, a na autostradzie wspomniane 6 l/100 km. Koszt? Przy obecnej cenie paliwa od ok. 30 do 40 zł/100 km.

1.0 TSI spala o litr więcej. Zatem 37-47 zł/100 km.

Hybryda 1.8 Toyoty bije rekordy. 3,5 l/100 km (miasto+benzyna) do 9 l (autostrada +gaz). W sumie od 15 zł/100km (gaz w mieście) do 53 zł/100 km (benzyna na autostradzie). Gaz załatwia sprawę i robi z wozu superoszczędzacza bez ryzyka.

Oplowski 1.4 T ma sens wyłącznie z gazem. Pali bowiem od ok. 7 do 10 litrów benzyny na 100 km (8-12 l gazu). Najwięcej w mieście. Ale dzięki niskim cenom „błękitnego paliwa”, dochodzimy do 24-36 zł/100 km. Taniej niż diesel.

Podsumowanie. Gdybym miał postawić na jedno auto – wybrałbym 1.8 hybrid+LPG w Toyocie Corolli lub Aurisie II. Gdybyście pozwalali rozkładać akcenty, to:

  • głównie do miasta i podmiejsko – Toyota Auris/Corolla hybrid + LPG (oczywiście kombi),
  • na autostradowe trasy (Passat TDI kombi),
  • mały transporter (większa rodzina, dużo bagażu) – Opel Zafira 1.4 T+LPG,
  • jak najtaniej w kupnie – Opel Zafira 1.4 T+LPG.

Niektórzy mogą być zaskoczeni. A gdzie Passat B5 1.9 TDI, gdzie Golf III i IV 1.6 MPI+LPG? Już odpowiadam. Auta te wybierają głównie jeżdżący po mieście i wokół komina. Natomiast w trasy (zwłaszcza po autostradach) – kiepski wybór. Zbyt słabe (podstawowe wersje 90-105 KM) lub z dużym ryzykiem awarii (1.9 TDI 130 KM). Wtedy lepiej wybrać Opla Zafirę II lub III. Warto skorzystać z nagonki na silniki elektryczne, która skróciła listę chętnych i na hybrydy (takie auta sprzedają się dłużej niż benzyna i diesel, a do rekordzisty LPG, nawet nie podejdą), ponieważ jako się rzekło 1.8 Hybrid plus gaz zapewnia uniwersalność (chociaż bagażnik, ani wygoda nie doskakuje do Passata). Ma najmniejszą awaryjność (brak turbiny, prosty silnik).

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Pierwszy tydzień za mną.

Planować można, a wychodzi jak zwykle. 2 lipca mój starszy syn wylądował w szpitalu (na szczęście nic strasznego) i cały misterny plan diabli wzięli. Musiałem zostać w mieście zamiast dojeżdżać ze wsi. Postanowiłem jednak kontynuować eksperyment, wpisując faktyczne wydatki.

Media. Zacząłem jak prawdziwy boomer – od zapłacenia rachunków. Z mojego konta ubyły:

  • abonament na komórkę -30 zł,
  • rachunek za wodę -10 zł (przedpłata),
  • rachunek za prąd – 36 zł (przedpłata – to jest sam abonament – mam przecież instalację FV),
  • opłata śmieciowa 28 zł.

Z internetu nie korzystałem, więc go nie liczę dopóki nie włączę wifi. Przyjąłem wartości wiejskie, bo miasto wyszłoby niewiele drożej przy 3 osobach.

Transport. W tym punkcie – miał być rower+pociąg, zostało auto. Koszt za pierwszy tydzień – 30 zł. Tylko koszty stałe (100 przegląd państwowy, 550 ubezpieczenie, przegląd w ASO 650 zł)/52 tygodnie – elektryk tankowany jest z instalacji FV.

Zakupy. Chemii, kosmetyków ani leków nie kupowałem, lecz notuję, ile tego zużywam, żeby na koniec miesiąca zdać raport. Ubrania – na razie wszystko mam. Z jedzeniem, poszedłem trochę inaczej – bo byłem na wikcie żony. Zapisywałem, po prostu co jem.

A zatem jak to wyszło przez tydzień: 3 chleby (1,5 kg mąki – 4 zł, oliwa – 2 zł = 6 zł), smalczyk – 2 zł, cukier na dżem i sok ( 2 zł), mięso na obiad – 12 zł, warzywa własne, mleko 8 zł, kawa (darowana) . Razem = 30 zł.

Drobne wydatki własne. Także nic.

Niespodziewany wyjazd. Poza chorobą syna, zaliczyłem jeszcze wyjazd z działalności gospodarczej. Paliwo nie mieściło się w budżecie prywatnym, ale coś jeść musiałem, bo wyjechałem rano, a wracałem wieczorem. Podszedłem do tego, jak zwykle kombinując. Na drogę wziąłem kanapki i herbatę, a w drodze powrotnej kawę i hot-doga kupiłem za 0 zł, wykorzystując punkty zgromadzona na karcie lojalnościowej.

Suma wydatków w tym tygodniu – 164 zł.

Granica pomiędzy racjonalnym zyskiem a chciwością. Obligacje.

Kilka miesięcy temu opublikowałem post zachęcający do zainteresowania się obligacjami korporacyjnymi. Pokazałem w nim szansę na całkiem niezły zarobek. Ale nie zawsze tak jest. Oto przykład.

Obligacje Skarbowe (czyli państwowe) oprocentowane na kilka lat po 6.4% (po podatku Belki 5,18%). Ryzyko? Niewielkie. Musiałaby pojawić się wojna, żeby państwo wstrzymało wypłatę odsetek i nie zwróciło kapitału. Ewentualnie kryzys na miarę greckiego. Na razie chyba jednak nam nie grozi.

Obligacje korporacyjne kupione przeze mnie. Duża firma deweloperska, z majątkiem, wieloletnią historią, operująca na rynku warszawskim. Spore marże, długa historia emisji, relatywnie niewielkie zadłużenie, zyski. Ryzyko oczywiście większe, niż w przypadku państwa, ale nadal wojna i wielki kryzys (tym razem w sektorze budownictwa) spowodować może problemy. Natomiast proponowane oprocentowanie 10,36% (8,39% po podatku Belki). Ponad 50% więcej. Na każdych 100 tys. zł zarabiamy rocznie ponad 3000 zł więcej. Te 3,21% netto w okresie kilku lat zrobi sporą różnicę. Oczywiście, o ile nie spadnie WIBOR, na co na razie nie zanosi się.

Obligacje korporacyjne nowej emisji. I nagle wchodzi firma leasingowa z drugiej ligi i proponuje 12,87%. (10,42% po opodatkowaniu). Niby znowu mam szansę zyskać jeszcze 2%/rok. Ale za cenę jakiego ryzyk?. Firma nie jest wiodącym graczem. Występuje na silnie konkurencyjnym rynku. Jakiekolwiek zachwianie, już i tak rozhuśtanego branży moto, może zmieść ją z planszy. Znacznie mniejsze problemy, spowodują, że nie wypłaci odsetek. Pójście na taki układ oznacza…. no właśnie co? Chciwość. Inwestowanie to umiejętność znalezienia różnicy pomiędzy wartością dodaną, zwiększającą nieznacznie ryzyko, a niewielką poprawą parametrów za ogromną cenę. Dlatego z nowej oferty nie skorzystałem.

Gra Pollyanny, czyli zabawa, która nigdy się nie nudzi.

We wpisie o zakupie obligacji korporacyjnych obiecałem Wam opisać grę Pollyanny. Czas spełnić obietnicę. Temat może nie mający wiele wspólnego z pieniędzmi, ale na pewno warty zastanowienia. Pollyanna to tytułowa bohaterka powieści dla dorastających dziewcząt. Coś jak „Ania Zielonego Wzgórza”. Generalnie dziewczyna szybko traci rodziców, wychowuje ją ciotka. Wspomnieniem po ojcu, który był pastorem, jest dla Pollyanny gra. Każdemu spotkanemu człowiekowi opowiada o jej zasadach. No właśnie, na czym gra polega? Na tym, aby w każdej sytuacji odnaleźć coś dobrego. Czyli (przykład książkowy) – mała dziewczynka zamiast lalki dostaje kule (z darów, bo ojca nie stać na prezent). Zamiast martwić się brakiem spełnionego marzenia, mówi – jak to dobrze, że mam zdrowe nogi, więc kule są mi niepotrzebne. Starsza pani, której ginie cel jej życia – mały wychowaniec, słyszy – Jaka jest pani szczęśliwa, bo choć przez chwilę, spotkała Pani prawdziwą, bezinteresowną miłość dziecka (chłopiec zresztą w końcu się znajduje).

Niby naiwne i głupie. Ale… wszyscy ludzie znajdują się pod urokiem Pollyanny. Roztapia serca najbardziej zatwardziałych nudziarzy i pesymistów. Tyle książka. A życie? No cóż, gra, jeśli gramy w nią konsekwentnie, pozwala nam utrzymać dystans do problemów. Mnie, jako urodzonemu optymiście, wychodzi to łatwiej, ale polecam i Wam. Zarówno książkę, jak i grę. A że ludzie powiedzą „Nie przystoi pięćdziesięciolatkowi czytać powieści dla nastolatek”? Tym lepiej, skoro je czytam, znaczy, nadal jestem młody duchem. A ta młodość pozwala przetrwać wiele burz. Pozorna naiwność, potrafi być zaletą. Także w inwestycjach.

Jak działa wielki koncern. O wyprowadzce ABB z Aleksandrowa Łódzkiego.

W maju portale internetowe obiegła informacja – szwajcarskie ABB (centrala w Zurychu) likwiduje w Polsce zakład silników niskonapięciowych i przenosi produkcję do Chin. Oficjalne przyczyny – wysokie ceny energii oraz surowców. Nieoficjalne – wysokie płace i brak konkurencyjności produkcji.

Europejskie (choć poza UE) koncerny kalkulują, w jaki sposób obniżyć koszty produkcji. Ponieważ w Polsce robi się drogo pod każdym względem starają się optymalizować, aby móc konkurować na rynku. Nasza miedź z KGHM wypada na pewno drożej niż chińska (i nie ma tam pewnie podatku od kopalin i nadzwyczajnych zysków). Podwyżki pensji minimalnej dla osób „na produkcji’ spowodowała skokowy wzrost obciążeń płacowych. Harce producentów prądu (też spółek SP), wywindowały ceny energii do niebotycznych rozmiarów (dla dużych firm x3, x4). Całość dała nieciekawy efekt. Przestało się opłacać całkiem, albo przynajmniej w wystarczającym stopniu. Pokazało też, w jaki sposób traktowany jest Polak – jak tani robol.

Oczywiście, podobna polityka „zysku na kolejny kwartał”, bo od niego zależy premia, ma poważny skutek, który odczuli Amerykanie. A w zasadzie dwa skutki. Pierwszy – dalsze uzależnianie od Chin, które stają się centrum produkcyjnym dla całego świata i jeden problem tam, wywróci układankę. Drugi – ubożenie Starego Świata. Nie ma zakładu, nie ma podatków, nie ma pensji, nie ma niczego. Kto nie wierzy, niech odwiedzi Pas Rdzy lub poczyta coś o nim, niech obejrzy reportaż o Detroit.

Amerykanie już odchodzą od tej linii. Biden zapowiedział 100% cła na chińskie samochody elektryczne, żeby chronić potencjał własnego biznesu (głównie Tesla). Chińczycy korzystają z niskich poziomów wielu kosztów (surowce, energia, praca) oraz dopłat eksportowych, żeby przebojem wejść na rynek. Kto siedział w MG i Dacii Duster, ten przestał się śmiać. Poziom wykończenia „chińczyka” to raczej Peugeot, Citroen, czy Renault. Za znacznie niższą cenę. I wielu się skusi, likwidując miejsca pracy.

Co może zrobić Europa? Pójść drogą USA. Wprowadzić cła importowe. Zaprzestać chocholego tańca – dopłaty, podwyższenie podatków, socjal. Zniechęcania do pracy poprzez jej obciążanie daninami. Pompowania pensji minimalnej ponad możliwości rynków, zwyczajnie głupich narracji o wstawaniu z kolan, i tym, że zawsze da się znaleźć pieniądze. Je po prostu trzeba zarobić.

Argumentum ad Obajtkum, czyli o dyskusji z miłośnikiem orlenowskiego „cudotwórcy”.

Wiosną 2024 r. przeprowadziłem rozmowę z admiratorem Daniela Obajtka, przedstawiającym go jako genialnego menedżera, zarabiającego do tego śmiesznie małe pieniądze, bez mała zbawcę narodu. Argumenty, które przy okazji padły pokazują wyraźnie, jak reagują „wyznawcy”. Warto je przytoczyć.

Koronny argument pierwszy – Orlen pod rządami Obajtka osiągnął najwyższy zysk.

Pozornie wszystko pozostaje prawdą. 27 mld zysku za 2023 r. robi wrażenie, zwłaszcza jeśli porównamy go z rekordowym rokiem PO czyli 2015 (ok. 3 mld). Żeby jednak zrozumieć źródło tego zysku, trzeba przeczytać sprawozdanie finansowe, a tego za 2023 r. w trakcie rozmowy jeszcze nie opublikowano.

Z pewnością wpływ na rosnące zyski miał znacznie większy obrót. Zysk 27 mld wypracowano przy 373 mld obrotu grupy (a nie samej spółki). W 2014 r. obrót wynosił tylko 88 mld. Przyczyna tzw. rozwoju wynikała z konsolidacji. Grupa Orlenu wchłonęła kilka spółek, w tym tak wielkie jak LOTOS, czy PGNiG. Z koncernu paliwowego, stała się molochem paliwowo-gazowo-detalicznym. Nie wiem jaką część tego obrotu i zysku wypracowano na paliwach, a jaką na parówkach, papierosach i wódce.

Drugą kwestią pozostają różnice pomiędzy pojęciami księgowymi (zysk, przychód), które wcale nie równają się sprzedaży czy faktycznemu przypływowi gotówki. Mój adwersaż tego nie rozumiał, albowiem jego wiedza ekonomiczna nie sięgała nawet do poziomu przeciętnego księgowego, a nigdy nie prowadził dg (podobnie jak minister Soboń, który wymyślił składkę zdrowotną od sprzedanego auta, ponieważ mówimy o zysku).

Jakakolwiek próba zwrócenia uwagi na zbyt mało danych oraz mnóstwo sytuacji nadzwyczajnych, kompletnie rozmówcy nie interesowała.

Argument drugi – rosnące zyski wynikały z geniuszu Daniela Obajtka

Jasnym jest, że skoro nie wiemy skąd pochodziły zyski, nie możemy wskazać na autora rzekomo genialnej koncepcji rozwoju spółki. Znamy jednak wcześniejsze osiągnięcia menedżerskie Obajtka i powiedzieć „nie są imponujące” to nic nie powiedzieć (o czym piszę poniżej). Nawet zatem jeśli prawdziwa jest teza o wysokich zyskach w 2023 r., przyczyn tego stanu rzeczy może być kilka, od korzystnej koniunktury (niewątpliwe), szacherki księgowej, a’la Enron, poprzez przewagi teoretycznie ubocznego sektora drobnego handlu z wyższą niż paliwo marżą.

Niewątpliwie jednak w podstawowych ze względu na obraz grupy w branżach (gaz, paliwa, stacje ze sklepami) znacznie zmienił się od 2015. Teraz mamy do czynienia z monopolistą, który może dowolnie kształtować ceny. W takim wypadku i o zysk łatwiej. Nawet taki zysk jak obecnie.

Argument trzeci – „a za PO prezes Orlenu zarabiał więcej”.

Istotnie tak było. Jacek Krawiec dostawał z premiami ok. 3 mln zł, podczas gdy Daniel Obajtek w ostatnim okresie ok. 2 mln (przy znacznie większych zyskach). Tyle dane oficjalne. Nieoficjalne „premie” od kontrahentów, różne dziwne geszefty może wkrótce poznamy. O dziwo, więcej niż Obajtek (a podobnie jak Krawiec) otrzymywał także Wojciech Jasiński – prezes z początków władzy PiS i też przy niższych zyskach niż ostatni rok. Tutaj jednak diabeł tkwi w szczegółach.

Krawiec to menedżer. Polityczny, ale fachowiec. Jego CV wygląda imponująco, a i Jasiński sroce spod ogona nie wypadł (zarządzał paroma spółkami, w tym słynną Srebrną). Natomiast Obajtek-naturszczyk był wójtem małej gminy. Prezesem został w 2017 r. (Energa). Jego wykształcenie, w chwili błyskawicznego awansu (technikum rolnicze, prywatne studia z ochrony środowiska w Radomiu) też budzi śmiech. . Co więcej, Krawiec otaczał się głównie fachowcami, a za Obajtka skład zarządu, to jakiś ponury żart.

Wskaźnika pensja/kompetencje nie można w tej sytuacji porównywać. To, że ja poszedłbym do ORLENU-u za milion rocznie (żartuje, nie jestem samobójcą), nie oznacza doskonałego interesu dla spółki.

Argument trzeci – ten zysk trafia do budżetu.

W pewnej części – tak. Natomiast problemem nie jest gdzie trafia, ale skąd pochodzi. Rok 2022 r. pokazał, że z naszych kieszeni (ORLEN łupił nas na paliwach). Jak było w 2023? Łupili na gazie. Segmentacja wygląda następująco:

  • petrochemia – przychód 18 mld, ebitda -10 mld,
  • rafineria – przychód 156 mld, ebitda +8mld,
  • energetyka – przychód 48 mld, ebitda +4 mld,
  • detal – przychód 57 mld, ebitda +2 mld,
  • wydobycie – przychód 20 mld, ebitda -4 mld,
  • gaz – przychód 158 mld, ebitda 44 mld.

Co to oznacza? Ebitda, w największym uproszczeniu zysk pomniejszony o koszty bez pewnych kosztów finansowych, podatków, amortyzacji. Pokazuje rentowność. I jeżeli te wskaźniki przeczytamy, widzimy, które gałęzie firmy dają zysk. W naszym przypadku – gaz, dawny PGNiG. Marża zysku jest ogromna. Co czwarta złotówka stanowi zarobek (brutto, bo przed opodatkowaniem, ale zawsze). Dla porównaniu na sklepikach i jedzeniu – co trzydziesta. Już dostrzegacie dlaczego rosną Wasze rachunki?