W „Elegii dla bidoków” pojawia się ważna myśl klasy pracującej – ludzie na zasiłkach mają lepiej. Niby nie dostają stałej pensji, ale stać ich na telefony, gadżety, markowe ciuchy. A mówimy o państwie, w którym warunki są ciężkie. Jak to możliwe? Czy da się takie porównanie zrobić w Polsce?
Nie jestem ekspertem od USA, ale ślady widzę w kilku książkach-reportażach i artykułach w Newsweek-u. Dostarczają mi one pewnego materiału wyjściowego. Tak więc „królowie zasiłków” dostają:
- dopłatę do najmu i opłat (kiepskie dzielnice, ale dach nad głową jest),
- jedzenie w formie bonów żywnościowych,
- kasę na dzieci.
Ile dokładnie, nie powiem, ale przecież nie o to chodzi. Skoro J.D.Vance tak napisał – pozostaje nam wierzyć. Wróćmy do Polski.
Pracujący biedni – samotna kobieta. Pensja minimalna to ok. 3500 zł/m-c netto. Tak więc, przy tylko jednej osobie pracującej w rodzinie z jednym dzieckiem, przekroczony zostaje próg świadczeń rodzinnych. Zostanie 800+ i alimenty na dziecko – w sumie 4900 zł dochodu. Takie osoby potrzebują się ubrać do pracy, dojechać do niej, co jakiś czas zapłacić jakąś składkę, zrzutkę na kawę i mleko. Patrząc na własne, skromne wydatki – minimum 200 zł miesięcznie. Tę kwotę odejmuje i mamy 4700 zł netto. Samotna matka płaci jeszcze za przedszkole (300 zł) jeśli dziecko ma szansę dostać się do państwowego. Zostaje jej 4400 zł. Potrzebuje wynająć mieszkanie lub opłacić ratę. Przyjmujmy optymistyczne 2500 zł odstępnego i opłat. Na życie i wszystkie potrzeby – 1900 zł.
Pracujący biedni – małżeństwo z dwójką dzieci. Tym razem mamy dwie pensje minimalne 7000 zł, i 2 x 800+ czyli 8600 zł. Z tego trzeba opłacić wynajem mieszkania. Niech będzie to tylko stawka spoza wielkich miast 2000 zł plus 1400 zł opłat, razem 3400 zł. Do tego przedszkole x 2 tj. 600 zł, dwa koszty pracy (2 x 200 zł) i już zostaje tylko 4200 zł.
Królowie na zasiłkach. Wiadomo – szlachta nie pracuje, ona się bawi. A jak to się ma do kasy? No cóż. 800+ zostaje powiększone o zasiłki rodzinne z dodatkami, w tym w przypadku małego dziecka – wychowawczy i robi się już nie 1600 zł, a 2300 zł. Renta alkoholowa – 1600 zł. Fundusz alimentacyjny 2 x 1000 zł (konkubent nie jest ojcem dzieci) Razem mamy 5900 zł. A koszty? No cóż. Związanych z pracą, nie ma. Podobnie z przedszkolem (pokrywa MOPS). Mieszkanie socjalne także – de facto nie płacą nic, bo kto ściągnie, trzeba tylko regularnie występować o umorzenie. Na prąd – bon energetyczny. Tylko komórki, internet i pakiet TV – 300 zł. Zostaje 5300 zł.
Podsumowanie. Biedna-pracująca samotna matka – zostaje jej 1900 zł, rodzinie – 4400 zł, a królom na zasiłkach 5300 zł i jeszcze jedzenie z organizacji charytatywnych i MOPS-u. Po co zatem pracować? J.D. Vance miał rację. Rzecz jasna – królom na zasiłkach nie przysługuje emerytura. Na rentę alkoholową też trzeba solidnie zapracować wątrobą. Ale gdzie MOPS? Starego nie wyrzuci z mieszkania socjalnego, da mu zasiłek (celowy, stały) i jakoś pójdzie. Wtedy nawet emerytury nie potrzeba.
Zdecydowana większość Polaków, bodajże około 75% ma własne mieszkania/domy, nie obciążone kredytem.
Więc w przykładzie podajesz nie średnie osoby tylko mniejszość.
Oczywiście można założyć, że ci co nie mają własności bez kredytu albo najmują to właśnie bedą osoby z najniższymi wynagrodzeniami, ale myślę, że to nie odda obiektywnie sytuacji i jednak trochę fałszuje przykłady.
Znając dane statystyczne, możemy założyć, że:
1) w grupie 60+ prawie 100% ma własne mieszkania bez kredytu,
2) w grupie 30- większość wynajmuje,
3) domy rolników – posiadają praktycznie w 100% czyste hipoteki.
I jeśli wyłączymy te 3 grupy (ponad z 50% społeczeństwa), nagle wyniki wyglądają inaczej. Bo z 25/75 robi się 55/45.
Dodatkowo – właśnie tej grupie (30-60 bez rolników), wynagrodzenie w okolicach od minimalnej do średniej okaże się prawdziwe. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że spore miasta (takie 100 tys. +) oraz ich „obrzeża” grupują 1/3 ludności Polski to mamy jakiś wybór. Bo, żeby istniała alternatywa trzeba:
– dysponować zdolnością kredytową,
– nierejestrowanym dochodem,
ponieważ przy niskiej pensji nie da się poza wsiami nic kupić ani wynająć.
Pracujący biedni to raczej nie emeryci i nie rolnicy, lecz ludzie 25-45 ze wsi lub małych miast. Królowie zasiłków siedzą raczej w większych miastach, ponieważ tam istnieje więcej lokali komunalnych.
Tutaj zgoda, faktycznie w grupie docelowej, o której napisałeś- odsetek osób bez własności będzie zdecydowanie większy.
Człowiek uczciwie pracujący i płacący podatki żyje gorzej niż spryciarz na socjalu. Do tego prowadzi wypaczenie zdobyczy demokracji.
Poniżej pewnego poziomu dochodów zwyczajnie legalna praca jest nieopłacalna. Tracisz dostęp do większości świadczeń a zyskujesz w zamian … emeryturę minimalną. Taką samą jak matka 4ki dzieci lub niewiele wyższą od renty alkoholika.