Z racji zawodu trochę jeżdżę po Polsce. Często odwiedzam Kraków, Szczecin – czyli miasta tzw. Polski A. Sam mieszkam w dużym mieście Polski B. Ostatnio prowadziłem szkolenie w Białej Podlaskiej i Chełmie, czyli Polsce C. Nie jestem Filipem Springerem, ale postaram się opisać swój własny archipelag. Tym razem wyłącznie cenowo.
Różnic w średnich dochodach pomiędzy Krakowem, Lublinem a Chełmem nie trzeba opisywać. Wystarczy raz odwiedzić każde z tych miast i porozglądać się po ulicach. Kraków, w niczym nie ustępuje miastom zachodu, a często bije je na głowę, Lublin w porównaniu z podobnym Bari, wypada na plus. A Chełm? No cóż, zatrzymał się w latach 90-tych, jeśli nie w PRL-u. Od razu widać, że ludzie żyją tam ubożej, zarabiając niewiele i ledwie potrafią dotrwać do końca miesiąca. Dzisiaj napiszę jednak nie o architekturze, ale o jedzeniu, a konkretnie – cenach obiadu.
Chcąc w Krakowie spożyć sycący obiad – zupa+drugie, bez oszczędzania na wielkości porcji, musiałbym wydać ponad 100 zł/osobę. Stąd, o ile tam jestem, wybieram raczej bar niż knajpkę, ale nigdy nie schodzę poniżej 50 zł.
W Lublinie, idąc do karczmy na zestaw: zupa+kotlet+ziemniaki+surówka, w tradycyjnym (do pełna) wydaniu, zostawiam ok. 60-70 zł.
Ile zapłaciłem w Chełmie ? 23 zł. Tak. 1/4 ceny z Polski A i 1/3 z Polski B. Za 20 zł kupiłbym kawę i hot-doga na Orlenie. A tam za + 15% dostałem miskę (a więc 2 razy więcej niż talerz) gęstej szczawiowej z pokrojonymi ziemniakami i jajkiem (nie liczyłem, ale minimum 2 jajka pływały sobie w środku), kotlet siekany z cebulką, dwie spore łyżki ziemniaków i surówkę. Właściciel tej knajpy poszedł w obrót, rezygnując ze znacznej części marży, zmniejszając granicę błędu. Bo jak inaczej patrzeć na jego sytuację, gdy ceny gazu, prądu, składki ZUS pozostają identyczne w całej Polsce. Może trochę oszczędził na pensji (pracując sam z rodziną), z pewnością mniej płaci za lokal. Prawdopodobni produkty kupuje od producenta, a więc sporo taniej. Ale nie ma siły, marża i zysk, muszą być sporo niższe. I to pokazuje różnicę między Polską A, B i C. Drobny przedsiębiorca nie planuje gigantycznych zysków, stara się przetrwać, zapewnić sobie i rodzinie utrzymanie. Bo i jaki ten zysk mógłby być? Sam wsad do kotła, po najniższych, producenckich cenach kosztował nie mniej niż 10 zł, a trzeba jeszcze doliczyć pensję kucharki (przygotowanie 10 minut = 6 zł z najniższej krajowej), ZUS właściciela, czynsz (jeden stolik z 10 zajmowany przez 20 minut) , gaz, prąd i dochodzimy do 18 zł. Marża brutto 5 zł. Jeśli odliczymy z niej podatki, zdrowotną, zostaje 4 zł. I tyle zarabiał ten właściciel, jeśli nie pomyliłem się w zgrubnych rachunkach. Sprzedając dziennie (tłoku nie było) 60 obiadów (a niektórzy brali tylko zupę za 8 zł, albo tylko drugie za 17 zł) zarabia trochę ponad 4000 zł (tu liczymy już na czysto 4 x 60 x 26 dni = 6240 zł). I musi z tego opłacić jeszcze amortyzację kotłów, stolików, kasy fiskalnej, księgową, jakieś usługi. W rzeczywistości może wychodzi na minimalną, może ma 4000 zł do ręki. Właściciel knajpy w Lublinie zyska 10-20 tys. zł (wyższa marża, większy ruch), a w Krakowie 20-30 tys. zł. To pokazuje, dlaczego kamieniczki w ostatnim z tych miast wyglądają lepiej niż zaraz po wybudowaniu, a w Chełmie trzymają się na tynku.
Czy znasz w Krakowie bary mleczne:
-ulica Starowislna rog Dietle (nazwa cyba Flisak)
lub
-ulica Limanowskiego przy Rynku Podgorskim nazwy nie pamietam
lub
-Nowa Huta osiedle Kazimierzowskie bar mleczny „Bienczyce” przy glownej ulicy blisko ronda Wandy
W N.Hucie jest wiecej barow mlecznych.
Tam z pewnoscia taniej, a jedzenie nie takie zle.Ostatnio bylem w mlecznym tym na Limanowskiego kilka lat temu.
Pamiętam bar gdzieś koło Mostu Dębnickiego. Istnieje jeszcze?
https://www.bitchute.com/video/YnZVjaxaTU0/
Polak walczy z komunizmem w kanadzie i USA:
https://www.bitchute.com/video/h3V_yTbr62M/
https://rumble.com/v47ggkf-choroba-x-tajna-bro-nowego-porzdku-wiata-napisy-pl.html
https://rumble.com/v47d1z9-oszust-klimatyczny-john-kerry-w-davos-napisy-pl.html