Środowiska ultraliberalne promują pogląd, że „prywatne, zawsze lepsze niż państwowe.” Bardziej umiarkowane stanowisko prezentuje tzw. środek. Nie ma sensu tworzyć państwowej kopalni, no ale pewne branże, niech zostaną pod kontrolą państwa.
W przypadku akademików widać tę mądrość, jak na dłoni. Nie da się studiować, nie mając gdzie mieszkać. Wielu zdolnych studentów pochodzi ze wsi. Z odcinka 30 km, może nawet 50 km, da się dojeżdżać, miałem takich kolegów na roku. Ale 100 km, 200 km, odległa wioska – lokum w mieście akademickim musi być. W PRL-u wybudowano licznie tzw. domy studenckie czyli akademiki, ale epoka ta się skończyła, liczba studentów wzrosła i weszło prywatne. Zacznijmy porównanie.
Bierzemy na tapet Warszawę. Miasto niezmierni drogie do wynajmu. Kawalerka ok. 3000 zł miesięcznie plus opłaty. Co robić, gdy rodziców nie stać? Państwowe akademiki kosztują od 390 zł do 1100 zł za miejsce, w zależności od uczelni i standardu. Najtańsze są pokoje trzyosobowe bez łazienek na Politechnice (390 zł), najdroższe pojedyncze z łazienkami (SGH – 1100 zł). A prywatne? Właśnie powstał taki na Powiślu. Lokalizacja doskonała. A ceny? Od 1500 zł (miejsce w dwójce ze wspólną łazienką) do 2380 zł (jedynka z własną łazienką). Pokoje od 10 m2 (jedynka) do 15-18m2 (dwójka). Czyli typowy standard późnego PRL-u. Widać wyraźnie – prywatne wcale nie jest lepsze. Państwowe wychodzi taniej? Dlaczego? Przyczyn jest kilka.
Po pierwsze – wybudowany 40-50 lat temu budynek uczelni już dawno się zamortyzował. Nikt nie płacił za niego cen rynkowych, grunt darowano.
Po drugie – do studenta się dopłaca. Na państwowym, prywatnym właścicielom mieszkań czy akademików – nie.
Po trzecie – w uniwersytecie decydują koszty, u prywatnego potencjalny zysk czyli wycisnąć, ile się da, w końcu akcjonariusze/udziałowcy chcą zarobić.
Po czwarte – akademik prywatny, jest nim tylko z nazwy. Wynajmą każdemu młodemu, nie trzeba legitymacji studenckiej – dzięki temu znacznie większy popyt.
Dlatego akademiki państwowe muszą istnieć. Regulują dostępność studiów, dla zdolnych i niezamożnych. Kryterium udostępnienia miejsca w domu studenckim stanowi dochód rodziców. I nie, nie jestem tym osobiście zainteresowany. Obydwaj moi synowie-studenci mieszkają już we własnych lokalach. W przypadku młodszego – nawet formalnie – zakup został dokonany na jego nazwisko, ponieważ pracuje. Takie szanse ma jednak znikoma część młodego pokolenia – im trzeba pomóc.
Prywatny wykorzystal luke w cenach i sie wcisnal.
Nie znam tematu akademikow, ale prawdopodobnie w prywatnym jest lepsza atmosfera do nauki, nie ma tyle imprez.Choc to moze byc juz nieaktualne 🙂
Moim zdaniem, raczej wykorzystał ssanie na mini-apartamenty i obszedł przepisy budowlane. Nazwał to akademikiem, bo lokali mieszkalnych poniżej normy (czyli 35 m2) budować nie wolno. Akademik nie musi mieć miejsc parkingowych, więc więcej można zabudować. Wielu deweloperów tak robi. Formalnie – lokale użytkowe, w praktyce mieszkania.
Tak, spotkaem sie juz,ze sprzedaja lokale na biura,ale to sa mieszkania.
Oczywiscie,ze trzeba mlodym pomagac, Twoi synowie maja szczescie,ze maja takich rodzicow.Ja tez pomagalem jednemu przybranemu dziecku az do doroslosci.Nam tez w domu sporo pomagano.
Ta historia pokazuje zalety długofalowego planowania. Większość moich współpracowników już dziś nie stać na taką pomoc, bo zmieniły się też czasy. Niewielu ludzi może odłożyć te 400-500 tys. zł na początek, zwłaszcza jeśli mają 2-3 dzieci. Synowi-sportowcowi kupowałem w w czerwcu 2022 r. (nie minęły jeszcze 2 lata), płaciłem 310 tys. zł, dzisiaj rano obaj sprawdzaliśmy ceny podobnych (osiedle, powierzchnia) 410-450 tys. zł. A mówimy o jednym z najmniejszych miast wojewódzkich. Żeby wykonać tę transakcję, sprzedałem mieszkanie w naszym mieście, które nabyłem prawie dwadzieścia lat wcześniej za … 30 tys. zł, do kapitalnego remontu, z lokatorką z kwaterunku.
Ostatnie 2 lata to skokowy wzrost cen, i chyba nie widac,ze sie zatrzyma.To chore.Takiego wzrostu nikt normalny nie wytrzyma (tzn.Kowalski, ktory kupuje na wlasne potrzeby).Wzrost czynszow tez ma swoja granice i chyba wlasnie doszedl do sciany, bo wielu po prostu nie jest w stanie wiecej zaplacic.Dzis czytalem o miasteczku namiotowym w Portugalii pod miastem, mieszkaja tam imigranci, ktorym placa 800 euro i wynajem pozera wiekszosc pensji.
Nastąpiła silna segmentyzacja rynku. Są lokalizacje, gdzie zostaną zaakceptowane ceny z pozoru absurdalne. W innych doszliśmy do ściany. W Warszawie ludzie płacą 5-6 tys. zł/m-c za 2-3 pokoje, jeśli dobrze położone, wyposażone i tzw. prestiżowe.
Kraków nawet na obrzeżach będzie tańszy niż centrum Tarnowa, bo występuje różnica w pensji. I dopóki te ostatnie rosną, jest jakiś potencjał wzrostu. Pamiętasz „Pamiętniki włościan”? Ludzie kupowali coraz droższą ziemię dopóki nie p….o.
Dzisiaj fliperzy nakręcili rynek, rzucając wyremontowane mieszkania, i ludzie przestali interesować się stanem „do remontu”, nawet jeśli miałby on oznaczać tylko cyklinowanie podłogi, położenie gładzi, zrobienie łazienki i kuchni. Wolą dopłacić 3 tys. zł/m2 i mieć gotowe. A taki „remont” własnymi rękami kosztuje pewnie 1200 zł za metr i znacznie lepszą jakość materiałów.
Tak, na pewno.
W Portugalii mieszkaja w namiotach bo wg nich nie ma w calym miescie mieszkania czy nawet pokoju, na ktory ich stac.Nie rozrozniali czy centrum czy obrzeza.Pokoj koszt 400-500 euro, lozko w pokoju kilkuosobowym 250 euro.Byc moze tez,ze szkoda im kasy i wola uzbierac na np.przyczepe campingowa (tak mowila jedna z kobiet z namiotu).Ta kobieta z zawodu byla ciesla (u nas dostalaby prace z pocalowaniem reki), a pracowala tam jako sprzataczka za 800 euro.
Jeszcze o glupocie: