Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędzanie – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Co posadzę na podwyższonych grządkach?

Idzie wiosna. Podwyższone grządki czekają na wypełnienie materiałem (zrębki drewna, obornik i ziemia kompostowa) i obsadzenie. Co planuję?

Grządek powstało 7. Każdemu, kto liznął matmy w szkole podstawowej łatwo policzyć:

1.2 m x 0,8 m x 7szt. = 6,72 m2.

Musicie jednak wiedzieć, że w przypadku grządek podwyższanych powierzchnię liczy się zupełnie inaczej, ponieważ da się wykorzystać miejsce nawet 3-4 krotnie. Popatrzcie.

W połowie marca (czyli zaraz) siejemy nowalijki na zbiór w maju (sałata, rzodkiewka). Do skrzyni łatwo przymocować folię, a nawet przykryć starym oknem (i mamy bieda-inspekt).

W maju, wskakują warzywa ciepłolubne: ogórki, papryka, bakłażany i też idą pod folię. Siedzą tam do końca lipca/początku sierpnia.

W sierpniu zastępuje je fasolka szparagowa na wrześniowy zbiór (znowu – folia znacznie go przyspieszy).

Na koniec (wrzesień i krótki dzień) ponownie siejemy te rośliny, które go lubią.

`Do tego, żeby lepiej wykorzystać przestrzeń (i ponieważ można), rośliny sadzimy gęściej niż na zwykłej grządce. I teraz patrzcie na wyniki. Jeden z ogrodniczych polskich youtuberów podał je w filmie. 750 kg z 42m2. Tutaj mamy ok. 7 m2. Przeliczając – ponad 100 kg. Nieźle. Porównując z plonami z gruntu, musiałbym mieć ok. 60-70 m2 prawdziwej grządki.

Zrób to sam i zaoszczędź. Ile kosztowały mnie grządki podwyższane.

Nick, który sam sobie nadałem, zobowiązuje. Oszczędny milioner nie wyrzuca pieniędzy, ale stara się zaoszczędzić. No, a jeśli do tego ma usposobienie lenia, trzeba te dwie cechy jakoś wyważyć. Oto przykład – grządki podwyższane.

Myślałem o nich przez kilka lat. Skrzynie wypełnione ziemią. Mniej chwastów, łatwiejsze podlewanie, no i nie trzeba plewić na kolanach. Super pomysł. Tylko te koszty.

Skrzynia drewniana o typowym wymiarze 120 x 80 cm x 40 cm kosztuje ok. 220 zł. Potrzebowałem 5 może 10. Betonu ani blachy nie chciałem. Pierwsze jest ciężkie i niepraktyczne, drugie z kolei albo drogie albo za delikatne.

Ponieważ nie zamierzałem wydawać 1100 zł/2200 zł za parę desek, zacząłem kombinować. Ze zbiorów mojego taty znalazłem kilkanaście desek – każda w innym rozmiarze. Dużo roboty. No i mogą się jeszcze przydać – część to pomosty do rusztowań, ale mam i szalunki, blaty itp. `Szkoda zniszczyć. No i ta robota.

W internecie znalazłem nadstawki paletowe. Znowu 75 zł/szt na Allegro, albo 100 zł w markecie (skrzynka ma 2, więc 150-200 zł/szt.). Co robić? Poszukałem olx-a. Tam, w odległości 15 km znalazłem firmę, która zamiast wyrzucać, sprzedaje raz użyte nadstawki (jak nowe) w cenie 25 zł/szt. Finału możecie się domyślać.

Za 15 szt nadstawek (więcej chwilowo nie mieli) zapłaciłem 375 zł, zyskując tanim kosztem 7 skrzyń (i została mi jeszcze jedna mniejsza 20 cm). Co to oznacza? Ano, że po zaimpregnowaniu i pomalowaniu (75 zł i jeden dzień niezbyt szybkiej roboty), mam 7 skrzyń w cenie … 450 zł. Gdybym kupował gotowe: 1480 zł. Gdybym składał z marketowych zakupów: 1575 zł. Prostym sposobem zaoszczędziłem 1000 zł. Roboty ze składaniem nadstawek w skrzynię nie ma wiele, trzeba po prostu ustawić je na sobie, wpiąć zamki (po pomalowaniu). Ideał dla lenia. Najwięcej czasu zajęło malowanie, ale w markecie też sprzedają surowe drewno, do tego gorszej jakości (moja deska ma 18 mm)

Ale opowieść o skrzyniach ma jeszcze jedną pointę. Otóż tak właśnie działa połączenie DIY i recyklingu. Ktoś się pozbył, ja wykorzystałem. Obaj zyskaliśmy, bo gdyby ten interes nie doszedł do skutku, właściciel fabryki miałby problem z zapłaceniem za odpady, a ja zapłaciłabym 3-krotną stawkę. Do tego uniknęliśmy wycinania kolejnych drzew na deski. Idealnie.

Ile potrzeba, żeby spać spokojnie?

Dzisiaj trochę inne potraktowanie tematu oszczędności i inwestycji. Nie koncentrujemy się na FIRE (czyli zgromadzeniu kasy niezbędnej do porzucenia pracy), ale na posiadaniu „wystarczająco dużo”, żeby odczuwać spokojny sen. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że dzisiejsza liczba będzie znacznie większa.

Przy klasycznym FIRE stosowano zasadę 4% czyli wypłacaniu 1/25 sumy oszczędności każdego roku. Posiadając wydatki 10k/m-c potrzebowaliśmy 10k x 12 miesięcy x 25 czyli 3 mln zł. Poza miejscem zamieszkania, którego przecież nie sprzedamy.

Teraz myślimy o innych wartościach. Nie FIRE, lecz spokojny sen. Pogrupowałem je w trzyetapowy plan.

Etap 1. Fundusz awaryjny. Proponuję 6-12-krotności miesięcznych wydatków. W naszym przypadku (10k/m-c) potrzebujemy 60-120 k w funduszu awaryjnym. Przy takich środkach możemy sobie pozwolić na naprawę auta, wymianę sprzętów AGD, leczenie zęba itp. Wreszcie – na przeżycie kilku miesięcy bez pracy, co może okazać się potrzebne przy wypowiedzeniu, załamaniu psychicznym czy innej chorobie. Dostając z buta od szefa, nadal śpimy spokojnie.

I większości taka suma całkiem wystarczy. Znajdą pracę po pół roku (3m wypowiedzenia+3m życia z zasiłku+FA) i odbudują zasoby. Nawet jeśli awaria auta/pralki/lodówki i wypowiedzenie przyjdą jednocześnie, dramatu nie doświadczymy. Na tym etapie plan jest prosty – odkładać 20% dochodu, aż do zebrania całej sumy (6-12 miesięcznych wydatków). Czas 30-60 miesięcy, gdybyśmy zaczynali od 0.

Etap 2. Spłacić kredyty. Marzenie wielu współczesnych mieszczan. Sen z powiek spędza im dług. Trzeba więc pozbyć się go jak najszybciej. Spłacić. I tu pojawia się wiele zależności, dlatego uproszczę. Załóżmy, że zobowiązanie wynosi 300k, a rata (świeżo naliczona) 2100 zł. Wpłacając raz w roku, 13-tą ratę (wybierając skrócenie okresu kredytowania) posuniemy się o rok naprzód w harmonogramie (czyli zamiast 29 lat po roku będziemy mieli 28 lat). Jeśli damy radę spłacić dwie (nagroda, dodatkowa praca) na początku pójdziemy do przodu 3 razy szybciej.

Poza moimi pomysłami istnieją „metoda kuli śniegowej” i całe mnóstwo sposobów. Ja działałem tak. Nagroda roczna (dodatkowa pensja) + 500 zł/m-c szły na ratę. Przy takich warunkach (300k, 2100 raty, 30 lat spłaty, 8k dodatkowej pensji i 6k oszczędności) spłacimy kredyt w 12 lat a nie w 30. Łącznie zapłacimy 156k odsetek zamiast 450k. Ale pisze o wariancie, w którym spłacamy prawie 7 dodatkowych rat. W sumie będzie ich 84, czyli z obowiązkowymi 204. Gdybyśmy trzymali się harmonogramu 360.

Znamy liczby, mamy plan, patrzmy na niebiański spokój, gdy pozbędziemy się długu. Brzmi nieźle. Teraz przed nami tylko etap 3.

Etap 3. Zgromadzenie oszczędności (poza funduszem awaryjnym) w wysokości 200k. Skąd wziąłem tę kwotę? Otóż pozwala ona generować dodatkowo 1500 zł dochodu. Podwojenie państwowej minimalnej emerytury. W sam raz suma na starość. A młodszym wieku z 260-320k (etap 1 i 3) mamy ekstra fundusz w wysokości 26-32 miesięcznych wydatków . Możemy nie pracować przez 2-3 lata.

Z kolei dla wszelkich kombinatorów, podobnych duchem do autora tego bloga, wykonanie trzech kroków, spowoduje spory luz wywołujący chęć improwizacji i udoskonalania życia. Posiadanie kasy 260-320k prowadzi do różnych ciekawych wyboru. Stać nas na zmianę ścieżki kariery, podjęcie gorzej płatnej, ale bardziej interesującej pracy, rozkręcenie jakiegoś interesu, spełnienie marzenia, wreszcie komfort mówienia szefowi prawdy. Spora sprawa.

Dochodząc do końca, program 3 kroków wydaje się realny dla ludzi blisko średniej krajowej. Poradzą sobie z nimi w kilkanaście lat. A to oznacza, że w okolicach czterdziestki zbiorą owoce swoich starań i wyrzeczeń. Sam przez to przeszedłem i polecam.

Co ma zrobić trzydziestolatek pracujący w korpo na niższych i średnich stanowiskach?

Bartek w jednym z komentarzy do wpisu o sposobie działania korpo, postawił tezę, że tytułowy trzydziestolatek powinien mieć poduszkę finansową na 3 lata życia, ponieważ jest 85 % szans, że zostanie zwolniony, 12%, na utrzymanie pracy i 3% na awans. Jeszcze dwa lata temu, podpisałbym się pod taką tezą w 100%. Ale dzisiaj patrzę już na życie nieco inaczej. Co uległo zmianie?

W „Opowiadaniach z Doliny Muminków” możemy przeczytać rozdział „O Filifionce, która wierzyła w katastrofy”. Dzisiaj powiedzielibyśmy – zaburzenia lękowe, ale gdy jako nastolatek zapoznałem się z historią Filifionki, kompletnie nie mogłem jej zrozumieć. Dopiero dorosłość odsłoniła drugie dno opowiadania. Otóż, warto mieć plan, ale nie warto być Filifionką czyli popadać w paranoję. Bliski jest mi Szwejk, który w trudnej sytuacji mówił „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Filozoficznie – bliżej mi do Seneki czy Tima Ferrissa niż właśnie do Filifionki.

Ale wracając do naszego trzydziestolatka. Prawdopodobnie straci pracę. Może nie chodzi o 85%, ale o 50%. Mniejsza o liczby. Pewnie 90% nie awansuje, albo zrobi to zbyt późno. I co z tego? Ano nic. Miliony (żeby nie powiedzieć miliardy) ludzi przed nim traciły pracę. Większość przeżyła. Niewielu awansowało i też żyją.

Oczywiście korposzczur lat 30, ma pod pewnymi względami gorszą sytuację. 50% nie posiada „twardych”, czyli praktycznych umiejętności. Większość trwała w Matrixie parę lat i jest od niego stuprocentowo zależna. Widzę to codziennie i u pięćdziesięciolatków, którzy idą na grube kompromisy z uczciwością, żeby tylko utrzymać robotę. Dość jednak czarnowidztwa, zacznijmy wyliczenia.

Zastrzeżenie nr 1. Trzydziestolatek ma niewielką szansę na 36-miesięczną poduszkę. Tworzymy model – 34-lata, 10 lat pracy, pensja=wydatki i wynosi 8-10k netto. Ilu znamy ludzi, którzy odkładali 30% pensji? My może i sporo, ale obiektywnie – marne szanse. Ta poduszka 288-360k jest mu zresztą zbędna.

Zastrzeżenie nr 2.Korpo sporo płaci przy odprawie i mamy jeszcze osłonowe. Może nie jak kopalnie, ale uczciwe 3 miesiące wypowiedzenia, 3 miesiące ze zwolnień grupowych (w dużej firmie kończy się zwykle likwidacją działu), 6 miesięcy L4. Wychodzi prawie rok, na ćwiczenia, o których poniżej.

Zastrzeżenie nr 3. Państwo też nam coś da. Może „zasiłek” nie brzmi dumnie, ale istnieje. 1700 zł przez pół roku. No i mamy parę złotych. Kolejna pozycja żeby zmniejszyć poduszkę.

Ćwiczenie nr 1. Możesz wydać mniej a osiągnąć podobny efekt. Nauczyłem się go od wybitnego specjalisty zmiany w życiu – Tony’ego Robbinsa. Polega na tworzeniu znacznie mniej kapitałochłonnego scenariusza. Otóż, w jaki sposób można sobie zapewnić spokojny sen (dochód 8-10k, który szybko się nie kończy)? Wydając 10-20k na praktyczne umiejętności i narzędzia. W zeszłym roku kupiłem dwie maszyny: elektrożmijkę i rozdrabniacz do gałęzi. W sumie wydałem 9k. Pierwsze – pozwala mi zarabiać ekstra te 350 zł/h, drugie 400 zł dniówką. Obsługa tych sprzętów jest dziecinnie prosta, potrafi je obsługiwać ktoś na granicy inteligencji 80 pkt. A pozwalają zarobić te 10k/m-c na spokoju. Trzydziestolatkowie!!! Nie lubicie ścieków? Nie bawi Was wciąganie gałęzi? Może zostaniecie cukiernikami, zaczniecie produkować świeczki, pójdziecie na kurs mechatroniki? Albo zgłosicie się do WOT. Na każdym z tych zajęć zarobicie 5-8k, a może i sporo więcej. Odróbcie ćwiczenie.

Historia nr 1. Jak poszedłem na urlop bezpłatny, żeby zarabiać 3 razy tyle. Moja własna historia sprzed 17 lat. Pracodawca nie chciał finansować mi szkolenia. Nie dość, że musiałem zapłacić, to jeszcze potrzebowałem czasu. Co robić? Ano zakładać dg, prowadzić szkolenia, opracowywać procedury – na swoim. W efekcie po pół roku zarabiałem x3.

Historia nr 2. Jak rzuciłem stałą pracę, żeby mieć więcej czasu i nie zarabiać mniej. Znowu o mnie, tylko sprzed roku. 2 lutego 2025 r. cisnąłem na biurko Szefa natychmiastowe wypowiedzenie, bo Nowy chciał mi dołożyć 100% pracy (bez podwyżki). Od 3-go byłem wolny (tzn. miałem jeszcze jeden etat). Zamieniłem 50 godzin w miesiącu (albo 68 godzin, gdyby, się zgodził) na średnio 14 godzin miesięcznie, jednocześnie nie tracąc na dochodzie. Jak to możliwe? Zoptymalizowałem pracę i podniosłem stawki o 20%. Dzięki temu nie tylko robię więcej w podobnym czasie (o 20%), ale i na wszystkich godzinach (a nie tylko dodatkowych) uzyskuję 20% nadwyżki. Gdybym poszedł w 100% w kierunku czyszczenia kanalizacji wyglądałoby to jeszcze lepiej, chociaż mniej prestiżowo.

Ćwiczenie nr 2. Zastąpimy poduszkę obniżeniem wydatków. Tutaj nie mam co wiele pisać, bo wylałem już morze atramentu. Obniżając wydatki o 30% (dość łatwo, gdy zdejmuje się garnitur, wyrzuca z głowy kawiarnie i Pana Kanapkę itd.) zmniejszamy poduszkę do 6-12 miesięcy. Typowo. Robotę za 5-7k/m-c raczej znajdziemy. Pierwszy krok – zamknąć leasing/kredyt auta i przesiąść się do gorszego, drugi krok – poduszkę przeznaczać na raty kredytu.

Ćwiczenie nr 3. Zacząć szukać pracy już dziś. Brzmi szokująco? Niekoniecznie. Otóż siądźmy na spokojnie i zastanówmy się – skoro klepanie Excela zastąpi AI, to czego nie zastąpi? Co możemy robić? Z czego żyć? I szukać takiej pracy, może na początek na sobotę, 2 popołudnia. Zdobywać doświadczenie. Wtedy wypowiedzenie niewiele zmienia.

Ćwiczenie nr 4. A może coś sprzedać? Nie każdy jest pewnie takim zbieraczem jak ja, ale widziałem parę piwnic, garaży, ba całe hale ze szmelcem. Dzisiaj mamy dobrą cenę na złom, zwłaszcza miedziany. Mój plan na 2026 r. stworzyć „ekstra poduszkę” z porządkowania kilku garaży. Tak na szybko – 2-3 pensje pewnie uzbieram.

Jak widzicie, gdy zdejmiemy garnitur (albo jak w moich historiach nawet nie musimy go zdejmować), a przede wszystkim zmienimy paradygmat, wystarczy nam 6-miesięczna poduszka. Spokojnie, będzie dobrze.

10 trików na nowy rok, które pozwolą Ci stworzyć fundusz awaryjny.

W większości porad finansowych powtarza się jedno zdanie „Stwórz fundusz awaryjny”. I chociaż poszczególni doradcy różnią się w szczegółach (3-miesięczne wydatki czy 12-miesięczne, na rachunku oszczędnościowym, lokacie czy w gotówce), jedno pozostaje stałe – posiadanie takiej kasy znacząco zwiększy stabilność Twojego budżetu i poprawi jakość snu.

Ponieważ czasy mamy akurat mniej ciekawe (wysoki deficyt, zwolnienia grupowe, zagrożenie wojną) – polecam jednak zgromadzenie odpowiednika minimum 6 miesięcy wydatków. Jeśli miesięcznie wydajesz 5k potrzebujesz 30k, gdy budżet zamyka się kwotą 20k, odpowiednie będzie 120k. I takie założenie przyjmij, jako postanowienie noworoczne.

Zaniechanie w budowie funduszu ma poważne skutki. Wydatki raz wyniosą 7k a raz 5k, gdy np. zepsuje się pralka. No i jeśli zarabiasz 6k, nie masz skąd podebrać (i za miesiąc zwrócić), tylko idziesz po kredyt, zwiększając comiesięczne należności. Nie warto. Skoro już wiemy do czego dążymy – czas na obiecane triki – prawie bezboleśnie pozwalające zbudować taki fundusz. Uwaga – dane liczbowe dotyczą znanych mi przypadków.

Rzuć palenie. Oczywista rada. Papierosy kosztują dzisiaj ok. 20 zł za paczkę. Przy jednej dziennie (taki standard) – mamy 600 zł miesięcznie. Po roku 7200 zł. :

Ogranicz alkohol. Podobnie jasna sprawa. Mam kolegów, dla których standard wygląda tak – 2 piwa wieczorem plus butelka whisky w weekend. Policzmy – 8 zł x 30 = 240 zł plus 4×100 zł za „szkota” i dochodzimy do 640 zł/m-c. Rocznie 7680 zł.

Przestań kupować wodę butelkowaną i słodkie napoje. Plaga z którą walczę we własnym domu. Ja piję soki rozcieńczone wodą, herbatę, kawę. A moja żona z młodym kupują sobie zgrzewkami wodę butelkowaną i słodki napój na weekend. I rozmawiając ze znajomymi widzę, że woda w butelce to jakaś epidemia. Powiedzmy sobie szczerze wartość Saguaro z Lidla nie odbiega szczególnie od kranówki (pomijając CO2 czyli gaz, który działa akurat szkodliwie). Czyli mamy 3 butelki dziennie x 30 dni/m-c x 1 zł = 90 zł/m-c. Plus 8 zł x4szt za słodkie i mamy 122 zł/m-c i ca. 1500 zł/rok.

A kranówka kosztuje nie 1 zł/1,5 litra tylko 0,018 zł, ok. 1/50.

W przypadku słodkiego jest jeszcze gorzej. Mała buteleczka domowego syropu z czarnego bzu wystarcza mi na ok. 5 litrów napoju, a kosztuje ok. 0,8 zł. Porównajmy: 8 zł/1,5 litra, kontra 0,8 zł/5 litrów. Ok. 1/30. No i czarny bez wydaje się 10 razy zdrowszy niż Cola czy napój Tymbarka.

Zacznij chodzić i jeździć pociągiem. Mam prosty przykład – mój syn mieszka 530 km ode mnie. Mam dwa wyjścia 5,5 h jazdy autem lub 7 godzin pociągiem (z dojściem). Różnica w cenie gigantyczna. Jeden wyjazd autem (w obie strony): 322 zł Ionikiem Hybrid i 495 zł Alfą Giuliettą QV. Pociągiem – 100 zł. Pociąg ma same zalety, o ile jedziemy na lekko (jak ja) i jest dostępny.

A chodzenie? Do pracy mam 1.7 km. Dojazd miesięczny hybrydą 32 zł (niewiele) + 125 zł za parking. W sumie 157 zł. Ale gdybym wybrał Alfę robi się już ok. 320 zł (drożeje i paliwo i karta parkingowa). A przecież praca to nie jedyna aktywność. Wiadomo na dłuższe odcinki wybieramy rower. Dzisiaj już nie mam takiej sprawności (postępy astmy), ale kiedyś na odcinku praca-wieś, dojeżdżałem w godzinę i 5 minut. Czyli wyjazd do pracy o 6.20, żeby odbić kartę. Z powrotem byłem w podobnym czasie. Autem 25 minut krócej w każdą stronę.

Nie jestem hardcorem (np. tygodniowe zakupy z przyczepką transportową) ani przeciwnikiem samochodów, ale czasem, jeśli jeździmy sami da się zredukować koszty. Ale nawet praca – 157 zł/m-c to ca. 2100zł/rok. 320 zł/m-c już ponad 4200 zł.

Naucz się gotować. Kamień do mojego ogódka. Na szczęście jestem żonaty. Stołowanie się knajpach i różnych foodtruckach nie tylko wychodzi drożej, ale i szkodzi na żołądek. Mój kumpel „słomiany wdowiec” codziennie kupuje w pracy żarcie do podgrzania w mikrofalówce. Zapakowane w plastik i folię. Porcja 30 zł. Mnożąc przez dni pracy, oraz odejmując cenę składników, dobijamy do 450 zł/m-c i 5400 zł/rok.

Nie kupuj słodyczy. Kolejny temat-rzeka dla łasuchów (jak ja). Czekolada – 10 zł. Rafaello 25 zł. Kilogram ciasta w mojej piekarni 40 zł.

Zrobienie w domu? 1/5 i tylko czekolady raczej nie zrobimy (ale czekoladową polewę już tak). Kg ciasta to ok. 8 zł – głównie mąka (4-5 zł/kg), owoce (jabłka – podobna cena), trochę masła (to droższe ale idzie go za 2-4 zł w zależności od ceny kostki). Jeśli kupimy ciastko w kawiarni zapłacimy jeszcze drożej – np. 25 zł za 250g czyli 100 zł/kg. A zrobione w domu 2 zł (8 zł/kg). Pomyśl. Kupując w tygodniu po 3 kg ciasta dla 3 osób wydamy 120 zł. Nadwyżka nad domowym – 100 zł/m-c i 1200 zł/rok. Gdy codziennie jemy ciastko w kawiarni – 500 zł i 6000 zł.

Skasuj nieużywane subskrypcje. Popularna rada. Subskrypcje kosztują i drożeją. W pierwszym roku płaciłem za Onet/Auto Świat/Newsweek/BI/Forbes/Politico ok. 100 zł w promocji (regularnie było 150 zł). Teraz jest już 120 zł (regularnie 240 zł). Jeszcze bardziej zmienił się Netflix (z którego nie korzystam). To co stało się z Legimi (50 zł zamiast 30 zł i jeszcze wyrzucenie wielu tytułów) woła o pomstę do nieba. Przyjmuję jednak, że odrzucany 80 zł/m-c i 960 zł/rok.

Sprzedaj niepotrzebne rzeczy. Większość z nas gromadzi. Sam odchudziłem szafę z Marie Condo. Ale garaż czeka na swoją kolej. Tymczasem każda rzecz ma swoją cenę, nawet jeśli tylko złomu. Marcin z Kalpapady zbierał wyrzuconą elektronikę, naprawiał ją i sprzedawał. Ty nie musisz nic zbierać. Przetrząśnij piwnice, garaż szafy. Ile to wyjdzie? Ja nazbierałbym z garażu i piwnicy pewnie 4000-5000 zł. `A dodając złom z domu na wsi – spokojnie drugie tyle. Na start funduszu awaryjnego (który oczywiście już mam) całkiem sporo.

Przestań płacić za logo. Ile kosztuje logo? Zwykle 50-60% ceny, a czasem i 95%. Popatrzmy. Dres z Lidla 80 zł, z marki sportowej 400-500 zł, a Balmaina czy Balenciagi 10k. T-shirt dla biegacza: odpowiednio 50 zł, 200 zł i 2000 zł.

Samochód klasy B+ marki taniej 65k, popularnej 90k, a premium 120-150k. Wiadomo dostaniemy na osłodę lepsze wyposażenie (warte 1/5 nadwyżki w cenie). I tyle. W rzeczywistości za logo dopłacamy od ok. 40 do 100%.

Możemy rzecz jasna podjąć decyzję – przestaję płacić za logo. I wtedy nasze wydatki spadną o 10-20% (bo przecież nie wybieramy dostawcy energii po logo). W budżecie przeciętnej rodziny – 800 zł/m-c i 10.000 zł/rok.

Zwracaj uwagę na jakość. Najbardziej nieoczywista porada. Pozornie sprzeczna z poprzednią. Logo oznacza jakość, prawda? Nieprawda. A oto przykład.

Zwykle kupuję kawę w rodzinnej palarni. Cena za kilogram 110 zł. Ziarnista Starbucks 140 zł/kg. Tańsza dostępna na Allegro (kiedyś sekretarka kupiła taką do firmy i wszyscy mieli rozstrój żołądka) 40 zł/kg. Którą wybrać? Oferującą najwyższy stosunek cena/jakość. W tym przypadku z palarni. Dobór ziaren, świeżość (palona tydzień wcześniej), smak i wygrywa.

Podobnie robię z większością produktów od jajek do garniturów. Wolę Lantiera z wysoko skrętną wełną 130s za 900 zł (w dużej promocji) niż poliestrowy szajs z bazaru za 400 zł lub mega markę za 10k.

Tej zasady nauczyła mnie babcia, mówiąc „jesteśmy za biedni żeby oszczędzać na jakości”. Wielokrotnie przekonałem się, że to prawda. Torba z logo, skajowy plecak z Croppa to nie moja bajka. Wybiorę grubą oryginalną skórę. I zapłacę nie 5k (logo) 100 zł (Cropp) lecz 500 zł, aby korzystać przez wiele lat. Laptop Toshiby wytrzymał 2 lata i trzeba go było wyrzucić. TCO = 1000 zł/rok. MacBook Pro 5000 zł, dał radę działać przez 10 lat (dołożyłem 1000 zł na baterię i klawiaturę) co prowadzi do 600 zł/rok.

Oszczędność? Dość trudno ją określić, ale zakładam, że 10-20%. Czyli znowu przyjmujemy ok. 800 zł/m-c i 10k/rok.

Podsumowanie. Nawet jeśli nie pijesz i nie palisz, zastosowanie tych trików pozwoli Ci oszczędzić ok. 30 tys. zł/rok, przy wydatkach ok. 10k/m-c. W taki sposób zbudujesz fundusz awaryjny w 3 lata i będzie on zawierał ok. 90 kzł, równowartość 9 miesięcy przeżycia bez dochodu.

3 błędy, których usunięcie pozwoli Ci bezboleśnie oszczędzać pieniądze.

Nikt z nas nie jest idealny, wszyscy czasem popełniamy błędy. Rzecz w tym, aby unikać ich, tak często jak to możliwe. Ponieważ oszczędzanie nie może być wyjątkiem, pokażę Wam 3 błędy, które łatwo wyeliminować, aby zyskać dodatkową kasę na „czarną godzinę”.

Błąd 1. Marnowanie żywności. Kultura nadmiaru prowadzi nas do marnowania żywności. Kupujemy więcej, niż potrzeba, nie wykorzystujemy resztek, wyrzucamy. Pomimo iż, ceny żywności są obecnie niewysokie (na 1 kg mięsa nawet zatrudniony za minimalną pracuje poniżej godziny), pękające w szwach wielkie lodówki, wypełniają produkty, które zamiast trafić do żołądka, wylądują w śmietniku. Jedni marnują więcej, inni mniej. Natomiast w Polsce gospodarstwa domowe marnują rocznie 3 mln ton jedzenia (kolejne 2 mln przepadają na innych etapach łańcucha dostaw). 3 mln ton/36 mln ludzi to ok. 83 kg na osobę rocznie, 7 kg miesięcznie, aż niewiarygodne. Na pierwszych miejscach znajdują się:pieczywo, owoce i warzywa, wędliny i mięso. Jeżeli kg produkty kosztuje (optymistycznie) przeciętnie 10 zł, obliczenia będą proste: 83 kg x 10 =830 zł. Tyle możemy zaoszczędzić jeśli łapiemy się w średniej.

Błąd 2. Jeżdżenie wszędzie samochodem. Jak wiecie, lubię auta, ale obserwując świat dostrzegam nadużywanie korzystania z samochodu. Przy ładnej pogodzie (czyli co najmniej 180 dni w roku) można poruszać się piechotą, rowerem, hulajnogą elektryczną. Tymczasem mnóstwo ludzi w moim otoczeniu wybiera samochód. Koszt to nie tylko paliwo (o czym wielu zapomina), a le także: bilety parkingowe, dodatkowe przeglądy naprawy. Znowu posłużę się pewną anegdotą. Pracowałem kiedyś z koleżanką, wychowaną w duchu „moje auto świadczy o mnie”. Dostawała niską pensję (odpowiednik dzisiejszego 4k/rękę w sporym mieście), spłacała kredyt hipoteczny i utrzymywała 3-4 letni samochód, codziennie dojeżdżając nim do pracy. Oczywiście, wóz był oszczędny, ale nawet mały diesel pali „na zimnym” na pierwszych 3 km 6-7 l/100 km. Trasa liczyła 4.5 km. Sprawny piechur przejdzie ją w 50 minut, dla rowerzysty (hulajnogisty) wystarczy 15 minut. I kiedy już wiemy, mamy prosty rachunek:

  • koszt dojazdu (wg dzisiejszej wartości) – 22 dni w miesiącu x 9 km (bo trzeba wrócić) = 198 km. Przy zużyciu paliwa 6 l/100 km =ca. 72 zł/m-c. Ale to nie wszystko. Trzeba było kupić abonament parkingowy: 300 zł. Razem mamy 372 zł. Do tego rata kredytu na auto (znowu dzisiejsze ceny – na dojazd do sklepu wystarczyłoby małe 10-letnie toczydełko, więc liczę od 30k), brała na 5 lat (odsetki 10% rocznie) – ok. 200 zł/m-c (na początku więcej, potem mniej, ale uśredniam. I już mamy 572 zł/m-c – ok. 15% pensji. W tamtym czasie wyglądało to jeszcze gorzej. Paliwo było niewiele tańsze, odsetki podobne (tylko od mniejszej kwoty) w sumie dojazdy kosztowały ok. 400 zł przy pensji ca. 2200 zł. Mówimy o blisko 20% pensji.

A praca to tylko wierzchołek góry lodowej. Znam ludzi, którzy jeżdżą wielkim vanem do piekarni po bułki na dystansie 500m. Mieszkańców wielkich miast, płacących 500 zł za garaż, żeby mieć gdzie zaparkować (albo wykupujący po 2-3 miejsca parkingowe na rodzinę, w cenie 50k każde). Biorących SUV-a w leasing i płacących 2000 zł/m-c, a potem nie wykupujących auta (bo w „leasingu małych rat” takie działanie się nie opłaci). Każda z takich decyzji kosztuje. I to sporo.

Błąd 3. Wydawanie na przedmioty zbytku. Jak napisał kiedyś Thomas Stanley w książce „Nie zgrywaj milionera….” zegarek Casio za 20 dolarów, pokazuje czas tak samo dobrze jak Rolex” (za 10.000 dolarów) . Wiadomo, w pewnych kręgach zwyczajnie nie wypada przyjść w Casio. Ale nie oszukujmy się, istnieje jeszcze wiele modeli pośrednich, a zegarek to tylko przykład. Mamy jeszcze smartfony (po co komu składany model Samsunga?) za 10k, 70 calowe telewizory, komputery biurowe za 15k? Osobiście większość pracy (i ten wpis) wykonuję za pomocą zestawu: Mac mini m4 (cena 2600 zł +600 zł za akcesoria) + 8 letni telewizor LG 32 cale + 5-letni GalaxyNote20. Tylko Mac jest nowy, bo padła bateria w 10-letnim Macbook-u Pro. Do moich zastosowań spokojnie starczy podstawowa M4, nie potrzebuję 64GB pamięci, M4 pro i 1TB dysku. Dlatego zostawiłem w kieszeni 7500 zł, plus 6k za monitor i 8k za najnowszego Iphone-a.

O jakich jeszcze przedmiotach piszę? Dresach za 20k (serio, mam przyjaciółkę, kupującej takie cuda ze znaczkiem), garniturach za podobną sumę, wyposażeniu auta (ciekawy kolor z dopłatą 6k). O tych wszystkich elektronicznych, przepłaconych za logo gadżetach. Oceniam, że nawet w przypadku ubogich (chłopak podejmujący pierwszą pracę i biorący kredyt na telefon za 8k) takie zjawisko występuje. A z pewnością u średniaków. Koszt? Z pewnością nie mniejszy niż 10-15% dochodu.

Patrząc na te 3 pozycję jestem w stanie ocenić, że łącznie potrafią pochłonąć 30% dochodu ludzi nawet całkiem przeciętnych, a 10% to minimum. Tak się składa, że odkładając 10% możesz sporo zmienić (np. 2% pensji netto by dostać dodatkową emeryturę z PPK). Do przemyślenia.

Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?

Jak przygotować się do emerytury? Zwiększenie dochodów bieżących. Konkretne pomysły.

Podstawowy paradoks finansów osobistych brzmi – im mniej zarabiasz, tym więcej musisz zgromadzić oszczędności. Dlaczego? Ponieważ mniej możesz pokryć z bieżących dochodów. Także na emeryturze, która zbliży się do minimalnej. Co robić w takiej sytuacji? Zwiększać swoje możliwości zarobkowe, żeby móc więcej odkładać.

Mam świadomość, że dla kogoś kto zarabia obecnie pensję minimalną odkładanie 580 zł tylko na emeryturę (PPK, IKZE, IKE) okaże się bardzo trudne. W lepszej znajdzie się ktoś ze średnią krajową (6500 zł netto/osobę). Dysponujemy jednak pewnym narzędziem, które pozwala nam podbić wyniki. Zwiększenie dochodu.

Pomysł 1. Podniesienie kwalifikacji. Przez „podniesienie” rozumiem zwiększenie możliwości zarobkowych. Niekoniecznie chodzi tu o studia, czasami wręcz praktyczny kurs da lepsze efekty. Operator koparki czy stolarz zarobi więcej niż bibliotekarz.

Pomysł 2. Dodatkowe zlecenie lub zatrudnienie. Pamiętacie tekst o boomerze? Pracował 18 godzin na dobę. Nie polecam. Niemniej jednak dodatkowe 10 godzin w tygodniu wg stawki 30 zł/h daje nawet dodatkowo 1200 zł/miesiąc.

Pomysł 3. Działalność gospodarcza „na boku”. Patric McGinnis w „10-procentowym przedsiębiorcy” wyjaśnia nam tę ideę. Podobnie czyni Tim Ferriss w „Narzędziach tytanów”. Własna firma może być efektywnym wehikułem do dodatkowych kilku tysięcy złotych. Może więcej. Do pewnej kwoty nie musisz nawet zakładać dg.

Pomysł 4. Dołóż z wynajmu. Poprzez wynajem rozumiem zarówno wynajęcie mieszkania, domku na wsi, jak i pokoi na Airbnb czy nieużywane auta. Kombinuj co możesz zrobić.

Pomysł 5. Czerp zyski z inwestycji kapitałowych. Akcje, obligacje, lokaty, co sobie wybierzesz. Oczywiście, do tego akurat punktu trzeba mieć kapitał i tu pojawia się problem. Trzeba najpierw go oszczędzić.

Pomysł 6. Spłać przed terminem kredyty i pożyczki. Nadpłata pozwoli zaoszczędzić kupę kasy. Warto o tym pomyśleć. już teraz. Wiadomo, taki sposób nie okaże się łatwy, ale zysk spory (hipoteki są teraz oprocentowane na 8-9%, a co dopiero pożyczki konsumpcyjne).

Pomysł 7. Poproś o podwyżkę. Najprostszy sposób zarabiania prawie bez wysiłku, to poproszenie o podwyżkę i… dostanie jej. Dobrze przygotuj się do tej rozmowy. A podwyżkę, przeznacz na oszczędności.

Pomysł 8. Zmień pracę. Kiedy szef nie chce dołożyć paru groszy, szukaj szczęścia gdzie indziej. Często na podobnych stanowiskach, w tym samym mieście zarobki sporo się różnią (np. w moim zawodzie w jednym miejscu zarabiam o 7% więcej podstawy niż w drugim).

Generalnie, zwiększenie dochodów dzisiaj, oznacza wyższą emeryturę w przyszłości, pamiętaj o tym.

Jeszcze dwa słowa o oszczędzaniu 70% dochodów i realiach życia blogerów finansowych.

Z Bartkiem wymieniliśmy uwagi na temat ruchu FIRE i realiów życia przeciętnego człowieka. Tak się stało, że p. Samołyk, prowadzący bloga inwestomat.eu udzielił parę dni później obszernego wywiadu wyborcza.biz, pod tytułem „Trzeba zarabiać 15-20 tys. brutto, by móc zaoszczędzić nawet 70% wypłaty. Ma plan jak przejść na emeryturę po 40-tce.”.

Rozmowa blogera z portalem finansowym potwierdziła większość moich podejrzeń i zbieranych ze strzępków internetu informacji. Tu dochodzimy do clou, czyli osobistej sytuacji p. Samołyka, na którą zwróciłem uwagę Bartka. Otóż dowiadujemy się z wywiadu, że pracował wiele lat za granicą, zaczął start projektu „wczesna emerytura” w wieku 24 lat, a obecnie ma 36 lat i roczne dziecko. Czyli dokładnie, tak jak napisałem. Późny ślub, późne ojcostwo, ogromne zarobki roczne roczne i stopy zwrotu. Bańka.

Grupa docelowa, do której zwraca się p. Samołyk to podobni jemu: „specjaliści IT, prawnicy, lekarze, menedżerowie” albowiem „wystarczy zarabiać 15-20 tys. zł brutto”. Potem dodaje, że obliczenia zakładają istnienie obok drugiej osoby, która „zarabia połowę tego co my”. Dochód 22-30 tys. zł/brutto na rodzinę. I teraz popatrzmy – ile znamy par dwudziestokilkulatków z takimi dochodami? Np. menedżera lat 24? Szczerze, ja kilku. Wąska bańka.

Potem padają kwoty, które nijak nie układają się w całość, ale może wywiad nie był autoryzowany i dziennikarz coś pokręcił. Bo padają słowa „jeżeli jest 20 tys. zł na gospodarstwo domowe, to już 70% jest wykonalne”. Czyli żyjemy za 6 tys. zł, a oszczędzamy 14k. Bartku, znasz kogoś z dziećmi, w swoim mieście, kto oszczędza w 14, przy dochodzie 20k? Ja, nie.

A już całkowity odjazd o rodzinie z dochodami 10k, mieszkającej w centrum dużego miasta z dziećmi na utrzymaniu, która może oszczędzać 50-55% pensji. Tak, za 4.5k w centrum dużego miasta z dziećmi (liczba mnoga zakłada co najmniej dwójkę).

Generalnie, matematycznie to się nie spina, bo potem kolejna rada „na przykład kredyt na pół miliona złotych jest już rozsądnym wyborem….. rata byłaby na ok. 4 tys. zł”. No i dochodzimy do sedna – życie za 4.5k w centrum miasta z dwójką dzieci i 4k raty. Nadążacie? Nawet zmniejszając realnie ratę do 3 tys. zł, doliczając koszty mediów, może starczy na samo utrzymanie mieszkania.

Dlaczego tak piszę? Wystarczy cofnąć się do dochodów. 15-20k przy średniej krajowej 9k + druga pensja 50%. Ile osób tak zarabia? Tu pojawiają się wskazówki zawodowe: IT, lekarze, prawnicy, menedżerowie. Jak duża jest łącznie ta grupa? 5-10% społeczeństwa. Do tego większość z nich nie żyje za 30% takich dochodów. Dlaczego? Bo mieszkają w wielkich miastach. A tam pomysł na wegetację z rodziną, za 5k (przy racie kredytu od 0,5 mln) wydaje się z gruntu absurdalny. I tak mógł napisać tylko przedstawiciel bańki (albo pokręcić dziennikarz). I to bańki specyficznej – zarabiającej bardzo dużo, późno wchodzących w małżeństwo i ojciec niemowlaka. Otóż, podam Wam realne koszty posiadania dziecka. Mój najmłodszy na same zajęcia dodatkowe (jedna dyscyplina sportu, jeden język obcy i matematyka) potrzebuje ok. 700 zł miesięcznie. Student w dużym mieście kosztuje ok. 3 tys. zł. Same opłaty 3-osobowego spółdzielczego mieszkania trzypokojowego – 1.5-1.6k (bez kredytu). A p. Samołyk opowiada bajki o życiu za 4.5k w 4 osoby i racie 2-4k i dziennikarz to łyka (albo on coś pomieszał)? Kalkulacje dotyczące oszczędności, są z sufitu. Widać to w komentarzach. Zwrócono uwagę na:

  • planowanie kosztów dziecka w oparciu o noworodka, żywiącego się mlekiem matki,
  • brak wliczenia kosztów opieki (niania, żłobek), a potem studiów,
  • nierealność przykładu: 10k dochodu, 55% oszczędności,
  • oparcie się na zasadzie „kluczem są wysokie zarobki oraz wysoka stopa oszczędności” a potem przytoczenia zarobków przeciętnych (10k netto/2osoby),
  • podawanie wydatków na jedzenie 4k (4os.) jako nierealnie wysokich w dużym mieście.

Żeby nie było, porady dotyczące inwestycji na inwestomat.eu brzmią mega rozsądnie i sam je polecam. Ale z oszczędzaniem, wyszło średnio. Być może, przez brak autoryzacji tekstu.

Wracając do ruchu FIRE. W jego założeniach znajdują się podstawowe reguły:

  • żyj w tanim otoczeniu i skromnie (stąd mieszanie tu wielkiego miasta na kredyt i oszczędnego stylu życia to pomyłka),
  • produkuj, wytwarzaj, przetwarzaj, wymieniaj, żeby nie wydawać pieniędzy,
  • nie bierz kredytów poza hipoteką, a i ten spłać jak najwcześniej,
  • załóż stopę wypłat 4%.

EDIT: Po serii komentarzy dotyczących, dokonałem sprawdzenia okoliczności. P. Samołyk wezwał do zmiany tytułu (lead pochodzi zawsze od wydawcy i nie podlega formalnym sprostowaniom), co też się stało. Niemniej jednak, niezmienna, a nawet potwierdzone (nowym brzmieniem), pozostała krytykowana przeze mnie (jako oderwana od rzeczywistości) teza, że przeciętna rodzina może zaoszczędzić 70% z 15-20k dochodów, albo 50% z 10k – czyli przeżyć za 4.5-5k w dużym mieście (przy kredycie? na wynajmie?) oraz przywołane w jednym z komentarzy przemyślenia dotyczącego oszczędnego życia czyli niewymieniania elektroniki co roku,

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.