Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędzanie – Strona 63 – Oszczędny Milioner

Czy opłaca się ocieplać dom – rozważania przy -17

Duże mrozy i ostatni rachunek za ogrzewanie skłoniły mnie do zastanowienia się, czy ocieplenie domu na prawdę się opłaca. Nie mówię tutaj o wyliczeniach na potrzeby kredytów termomodernizacyjnych, ale o twarde dane z praktyki. Oto one.

Kilka lat temu kupiłem nieocieplony dom, budowany w okresie PRL-u – klasyczną kostkę. Rachunki za gaz (ogrzewanie gazowe), które płaciłem, przy jednoczesnym stałym niedogrzaniu niektórych pomieszczeń i nieciekawej  elewacji skłoniły mnie do decyzji – ocieplamy.

Żeby jednak pozostawić koszty na rozsądnym poziomie ograniczyłem się do działań zewnętrznych i stropu, pomijając ocieplenie fundamentów, nieogrzewanej piwnicy i garażu.

Wynik – zużycie gazu mniejsze o 1/3 (liczone przy tych samych temperaturach zewnętrznych) oraz kieszeń lżejsza o prawie 30 tysięcy (przy okazji trzeba było wymienić rury spustowe, drzwi i obróbki blacharskie).  Dużo to czy mało?

Policzmy.

Zużycie gazu przed remontem (wyłączając ten na potrzeby inne niż ogrzewanie) – 2361m3, a po remoncie 1600 m3, zysk 761 m3 czyli około 1600 zł.

Gdyby liczyć klasycznie, inwestycja zwróci się po około 19 latach. Dodając odsetki od kapitału w wysokości 2% rocznie, będzie to 30 lat. Czyli nieopłacalne?

Nie do końca. Zyskałem nową elewację (i tak musiałem ją zrobić, co kosztowałoby mnie około 12 tys. zł) i komfort termiczny – po prostu w domu jest subiektywnie cieplej. Ale, w twardych kategoriach ekonomicznych, nie było warto.

Jak tanio kupić eleganckie ubrania?

Moja praca wymaga eleganckiego stroju. Muszę nosić garnitur, krawat, koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i półbuty (zwane czasami trumniakami, bo niektórzy zakładają je dwa razy w życiu w tym na własny pogrzeb).

Żałuję tego stroju podwójnie. Najpierw dlatego, że  wolę dżinsy i koszule w kratkę. Poza tym dress code kosztuje.

Wiesz już, że jestem milionerem, ale nie lubię przepłacać. Dzisiaj historia okazyjnych zakupów.

Jako Polak wybieram polskie marki. Moimi faworytami są:

  • Vistula i Lantier (garnitury, płaszcze),
  • Wólczanka i Lambert (koszule, krawaty),
  • Gino Rossi i Ryłko (buty).

Zapewniają dobrą jakość. A ceny? No cóż.  Regularne będą bardzo wysokie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie próbował zaoszczędzić. Podzielę się z Tobą moim pomysłem.

Firma do której należą marki Vistula, Lantier, Wólczanka i Lambert (nie, nie biorę od nich pieniędzy) wyceniają garnitury na minimum 1300 zł, koszule na nie mniej niż 150-200 zł.

Co roku zmieniam jeden garnitur i około 5-6 koszul. Gdybym kupował w cenach regularnych zostawiam około 2.300 zł w trakcie jednych zakupów.

Postanowiłem pokombinować. Nie, nie jestem  super mózg. Po prostu poczekałem. Do stycznia.

Nagle garnitur zamiast 1300 zł kosztuje 450 zł. Taki wyceniany na 2000 zł, mogę mieć za 600 zł Koszule (6 sztuk) zamiast 1000 zł  kosztowały mnie 290 zł.

Kupiłem też buty Ryłko, płacąc zamiast 429 zł tylko 199 zł.

 

To jest sposób na tanie zakupy. Dlaczego uważam, że tanie? Może po prostu ceny pierwotne były tak zaniżone?

Chyba jednak nie do końca. Za 450 zł dostanę prawie najtańszy garnitur w Tesco. Za 45 zł mam koszulę z Lidla. Jakość – nieporównywalna. Czyli wyszło i dobrze i tanio. Znowu cierpliwość górą.

A może byśmy tak, najmilsza, wpadli na dzień do … Paryża?

Jednym z moich planów jest co roku odwiedzać przynajmniej jedno państwo. 2 lata temu były Niemcy, w ubiegłym roku Chorwacja i Węgry, na ten rok planuję Czechy.  Zacząłem analizować temat tanich podróży, również tych dalekich, bo o ile do Chorwacji można pojechać samochodem, o tyle np. do Gruzji czy nawet Paryża trzeba raczej korzystać z samolotu. Wycieczka lotnicza wydawała mi się bardzo droga, dopóki nie trafiłem na pewną stronę:

http://tanie-loty.com.pl

Nie jest ona zwykłą wyszukiwarką tanich połączeń, jakich wiele w sieci, ale zawiera też forum, oraz rekomendacje korzystnych wyjazdów i co najważniejsze nie są to tylko oferty last minute.

Weźmy tytułowy Paryż 

Wylot 1 marca 2016 (o 13.00 ) z Modlina na podparyskie lotnisko Beauvais i przylot do Polski 5 marca 2016 r. (godz. 18.10) kosztują 250 zł za osobę (2 osoby zapłacą ok. 500 zł). Dojazd z lotniska do Paryża i z powrotem to kolejne 160 zł za osobę (320 zł za dwoje podróżnych). Nocleg w Paryżu. 4 noclegi to dodatkowy wydatek 545 zł (blisko bazyliki Sacre Coeur), lub 1200 zł (Dzielnica Łacińska). Razem romantyczny wyjazd pary będzie kosztował już 1365 zł.  Dla porównania najtańsza wycieczka autokarowa (2 dni jazdy w obie strony), o porównywalnej długości pobytu na miejscu, z noclegami pod Paryżem (codzienne dojazdy) kosztuje ok. 2600 zł za dwie osoby.

Teraz Gruzja

Powitanie wiosny (20-24 marca 2016 r.) w Kutaisi.  Przelot 327 zł (w obie strony w klasie ekonomicznej z wylotem w nocy), za 2 osoby 654 zł. Noclegi (3) w hostelu (pokój 2-os z wanną) blisko centrum kosztują 150 zł (2 osoby). Razem wyjazd dwóch osób na  – 804 zł za trzy dni (wylot o 23), powrót (o 7.10).  Gdybym zabrał moich nastolatków, za 4 osoby zapłacimy tylko 1500 zł.

Czyli da się wyjechać za cenę porównywalną z wakacjami w Polsce ( dojazd z Lublina do Kotliny Kłodzkiej 600 zł własnym samochodem + 450 trzy noclegi w agroturystyce).

Postanowienia i plany noworoczne – czy warto?

Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że osoby, które mają pisemne plany i postanowienia noworoczne mają wielokrotnie większą szansę ich realizacji. Podobne zdanie możesz znaleźć w większości książek o samorozwoju i motywacji. Czy jest to prawda? Jak to działa u mnie?

Portal bankier.pl powołując się na wyniki badań  Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych podał, że  w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Zrealizowało je tylko 8%.

Ze mną jest inaczej. Oto moje postanowienia na 2015 r.

  • zarobić określoną sumę pieniędzy (zrealizowane w 90%),
  • powiększyć majątek o inną sumę (zrealizowane w 60%),
  • oszczędzać minimum 20% dochodów netto (zrealizowane w 150%),
  • wyremontować łazienkę w domu na wsi (zrealizowane w 200%, bo konieczny okazał się remont także drugiej łazienki),
  • zrobić grządki, porządki w garażu, pomalować kraty (zrealizowane w 100%),
  • nauka francuskiego – 700 słów (zrealizowano w 30%),
  • przeczytać 52 książki (zrealizowano w 110%),
  • uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić bloga o oszczędnym trybie życia (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić stronę własnej firmy (zrealizowano w 100%),
  • napisać książkę (zrealizowano w 50%),
  • przeczytać 365 orzeczeń SN (zrealizowano w 70%),
  • wystartować w biegu na 10 km z czasem poniżej 50 min. (nie udało się),
  • osiągnąć zysk z firmy na określonym poziomie (zrealizowano w 70%),
  • mieć określoną ilość klientów (zrealizowano w 60%),
  • zagrać mazurka op. 68 nr 2 Chopina (zrealizowano w 100%),
  • odłożyć na emeryturę 6000 zł (zrealizowano w 100%).

Jak widzicie mój współczynnik realizacji, nawet na poziomie spełnia/nie spełnia czyli 90% celu oznacza, że go nie osiągnięto, wyniósł 53%. Kompletnym fiaskiem (poniżej 50% celu) zakończyły się tylko 2 postanowienia, czyli częściowo osiągnięto przynajmniej 88% celów. Na czym polega sekret mojej skuteczności?

Po pierwsze cele roczne planuję zgodnie z moimi  długoterminowymi pragnieniami i marzeniami np. posiadanie własnej firmy i dochody z niej wynikają z chęci samowystarczalności finansowej, bieganie i ćwiczenia fizyczne to pochodne planu na bycie zdrowym do późnej starości.

Po drugie moje cele są mierzalne. Nie piszę – więcej biegać, ale uprawiać sport (bieganie, siłownia, rower) minimum 3 razy w tygodniu. Nie piszę  – zarabiać więcej, ale zarobić tyle a tyle.

Po trzecie, stosuje metodę kaizen (drobne zmiany), więc moje cele są realne. Nie ulegam jednak presji łatwych celów (co spowodowało, że musiałem zacząć wstawać bardzo wcześnie).

Po czwarte, sporządzam plan realizacji postanowienia. Rozkładam cel na mniejsze. Przeczytanie 52 książek rocznie, to 1 książka tygodniowo i nieco ponad 4 miesięcznie. Mam co roku listę lektur do przeczytania (w 2015 r. m.in. wszyscy nobliści z lat 2011-2015, Trylogia, 2 książki o sprzedaży, 3 o moim zawodzie). Utwory rozkładam sobie na takty.

Po piąte, regularnie sprawdzam postęp w realizacji celów. W przypadku finansów, codziennie wprowadzam dane o wydatkach i dochodach do arkusza kalkulacyjnego, który liczy postępy.

Po siódme, staram się, przynajmniej raz w tygodniu, zrobić krok naprzód w osiągnięciu każdego z celów.

Po ósme, spisuje wszystkie cele i regularnie je przeglądam.

To są przyczyny, dla których osiągam wielokrotnie lepsze rezultaty niż osoby przeciętne (chociaż do najlepszych stale też mi brakuje). To jest też sekret, tego, że stałem się milionerem.

Jaki procent dochodów należy odkładać ?

Wiele osób, widząc moją zamożność, powstałą z przeciętnych przecież zarobków, pyta mnie jaki procent dochodów powinien odkładać. Odpowiedź, chociaż wydaje się prosta – nie mniej niż 10% średniomiesięcznych wpływów + przynajmniej 50% wpływów ekstra – wcale taką nie jest.

Dlaczego?

Pieniądze nigdy nie są celem samym w sobie. Kto myśli inaczej, ten często jest paskudnym skąpcem, godnym raczej współczucia niż zazdrości. Powinny być one jedynie środkiem do osiągania celów. A te jak wiemy każdy z nas ma inne. Różne cele wymagają odmiennych  środków.

Dodatkowo, istotny jest horyzont czasowy realizacji planów. Jeden chce cele osiągać szybko, inny może czekać latami.

Po trzecie wreszcie, przecież wysokość dochodów ma istotne znaczenie. Inaczej wygląda 10% z 1000 zł, a inaczej ze 100.000 zł. Dlatego staram się skupić na dwóch wersjach wydarzeń – średniej krajowej powiększonej o drobne dochody ekstra i poziomie człowieka 50% przewyższającego tę średnią. Opowiem także co nieco o mojej własnej drodze.

Dwie średnie krajowe (para osiągająca przeciętne dochody)  to 5400 zł. Jeżeli dodamy do tego 300 zł wpływów z różnych zleceń, fuch itp. uzyskamy przeciętną 5700 zł. 10% od tej sumy to 570 zł odłożonych miesięcznie, a więc 6840 zł rocznie. Taka kwota przy  8% stopie zwrotu (jeszcze realną w długim okresie, ale i możliwie bezpieczną) uczyni nas milionerami za 37 lat. Wygląda to mało ciekawie.

Ale wielu z nas otrzymuje ekstra przychody, których zazwyczaj nie traktuje jak pensji. Są nimi nagrody, premie, trzynastki, wypłaty świąteczne itp. Przyjmijmy, że dla osób ze średnią krajową wyniosą one ok. 1 pensji – 5400 zł (2700 na osobę). Starajmy się odłożyć z tego 50%. Roczne oszczędności powiększą się o 2700 zł do 9540 zł, a okres dojścia do miliona skróci do 32 lat.

Spróbujmy teraz zwiększyć  procent odkładanych regularnych dochodów do 30.  Nagle jesteśmy w stanie zaoszczędzić 23.220 zł w każdym roku (20520 z dochodów podstawowych i 2700 z ekstra) Wtedy potrzebujemy już tylko 21 lat.

Jeżeli przewyższamy średnią krajową o 50% (i o tyle też wyższe są nasze dochody ekstra) możemy w każdym roku oszczędzić 14.310 zł przy założeniu 10% z regularnych wpływów i 50% z nadzwyczajnych. Zbliżymy się do miliona w 27 lat. Jeżeli przejdziemy na poziom 30% to nagle uzyskamy 34.830 zł oszczędności i 17 lat do miliona. Mamy szansę stać się milionerami już za niespełna dwie dekady.

Teraz opowieść o mojej drodze. Jest ona nietypowa i nie każdy może mieć tyle szczęścia co ja. Do miliona doszedłem w wieku trzydziestu kilku lat, łącząc wysoką stopę zwrotu (np. z inwestycji w nieruchomość 140 tys., zrobiłem po roku 200 tys., z innej 80 tys. – 370 tys. w ciągu 5 lat) z ponadprzeciętną skłonnością do oszczędzania. Np. jeżeli średnia krajowa wynosiła 2.133 zł, moja żona i ja zarabialiśmy łącznie (w tym ja na 1,5 etatu i zlecenie) – 5240  zł (obie kwoty brutto). Było to netto:  średnia pensja (1523 zł), nasze dochody 3742 zł. Potrafiłem z tego odłożyć 1600 zł  miesięcznie, a więc 42% dochodów. Osiągając wpływy znacznie powyżej średniej (20% większe) jeździliśmy autem za 1500 zł i ogólnie nasze wydatki były skromne.  Teraz nie czuję już potrzeby tak szalonych wyrzeczeń, niemniej jednak nadal odkładamy ok. 1/4 ze znacznie już większych dochodów, żyjąc 25% poniżej poziomu osób zarabiających podobnie i wydających wszystko co do grosza.

Dlatego moim zdaniem, jeżeli chcemy cele finansowe realizować znacznie szybciej, powinniśmy odkładać nie mniej niż 25% comiesięcznego dochodu i 50% dochodów ekstra netto. Wartość odpowiednio 10% regularnych wpływów i 50% nadzwyczajnych wydaje się być niezbędnym minimum.

Mój najdroższy samochód

Ostatnio pisałem o moich najtańszych samochodach. Teraz dla porównania o najgorszej wpadce, czyli aucie, który miał być tani . Aby zachować proporcje ponownie przyjąłem okres użytkowania 5 lat, przebieg 10 tys. km i ceny aktualne.

Najdroższym samochodem w mojej historii jest – Renault Scenic II 1.9 dci. Nie zróbcie mojego błędu i nie kupujcie go. Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze – gigantyczna utrata wartości (w ciągu 10 lat  od nowości –  90%, dla porównania Fiat Panda -60% i to od dużo mniejszej kwoty), po drugie – potworna awaryjność i zupełna nieprzewidywalność napraw. Reszta nie jest taka zła, ale te dwie pozycje wystarczą. Pora przejść do szczegółów. Przebieg początkowy to 138.000 km.

RENAULT SCENIC II 

Cena + pakiet startowy (opony, akumulator, płyny, oleje, filtry, rejestracja) –  25.000 zł.

Wartość na koniec okresu – 8.000 zł.

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym – wartość na koniec) — 17.000 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, i okresowe) – 4.500 zł.

Naprawy przez 5 lat (wymiana silnika, naprawa turbosprężarki, klocki, tarcze, zawieszenie, amortyzatory, czujniki) –  21.000 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (oczywiście tylko OC przy moich zniżkach i w mieście) – 3.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena ropy 4,3 zł/l) –  15.050 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 60.800 zł

Razem koszty rocznie – 12.160 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  1,22 zł.

Dla porównania użytkowany przeze mnie Hyundai i30 z 5 letnią gwarancją, kupiony jako nowy w salonie. Oczywiście, będę nim jeździł  znacznie dłużej niż 5 lat, bo wiem, że w tym okresie utrata wartości jest największa, a auto z przebiegiem 50 tys. km nadal nie będzie awaryjne.

HYUNDAI  i30 

Cena + pakiet startowy (rejestracja) –  50.000 zł (wyprzedaż rocznika + spora zniżka).

Wartość na koniec okresu – 22.000 zł (szacowana).

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym – wartość na koniec) — 28.000 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, i okresowe) – 4.200 zł.

Naprawy przez 5 lat (nic- 5 lat gwarancji) –  0 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (OC +AC przy moich zniżkach i w mieście) – 6.100 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena benzyny 4,3 zł/l) –  17.200 zł.

Razem koszty przez 5 lat –   55.500 zł

Razem koszty rocznie – 11.100 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  1,11 zł.

Analizując moje wyliczenia, widać wyraźnie, że auto nowe niekoniecznie musi być droższe od używanego (nawet biorąc pod uwagę utratę wartości). Jeżeli jednak cofniesz się do wpisu o samochodach najtańszych – wyraźnie widzisz, że Fiat Panda czy Uno i tak wypadają znacznie, znacznie lepiej.

Kupić diesla czy benzynę?

Jeszcze kilka lat temu każdy chciał mieć diesla. Teraz preferencje kupujących zmieniły się wyraźnie. Dlaczego?

Diesel jest droższy w zakupie

Silnik diesla jako bardziej skomplikowany i potencjalnie oszczędniejszy będzie kosztował więcej przy zakupie. Ile więcej? W przypadku nowych samochodów będzie to minimum 4-5 tysięcy. W przypadku używanych zazwyczaj około tysiąca złotych. Po co więc dokładać (zwłaszcza z kredytu) jeżeli można wybrać silnik benzynowy i od razu zapłacić mniej.

Diesle cierpią na droższe usterki

Silniki diesla muszą być bardziej skomplikowane, aby spełniać normy zawartości spalin. Trudniej im też uzyskać konie mechaniczne. Mają więcej części. To wszystko powoduje, że diesle cierpią na drogie usterki (zazwyczaj przy przebiegu 100-150 tys. km), których usunięcie kosztuje znacznie więcej. Przykłady:

  • dwumasowe koło zamachowe (często pow.  3 tys. zł),
  • wtryskiwacze (po jednym  na każdy cylinder, a więc 4 tys. za komplet),
  • turbina (minimum 1-2 tys. zł),
  • filtr cząstek stałych (od 2-3 tys.).

Wystąpienie tych usterek w aucie używanym może uszczuplić portfel kierowcy o ok. 10 tys. złotych. Często stanowi to połowę ceny zakupu auta używanego.

Diesle mają tylko niewielką przewagę, jeżeli chodzi o spalanie

Samochód z silnikiem benzynowym w klasie kompakt pali 7-9 litrów. Diesel o podobnej pojemności 5-7 litrów. Różnica będzie niewielka 8-9 zł na 100 km. Jeżeli przeciętny kierowca pokonuje 15 tys. km rocznie, zaoszczędzi max. 1500 zł. Jeżeli doliczymy wyższą cenę zakupu i koszty usunięcia awarii wynik będzie bliski zeru. Kto wybierze model z instalacją LPG (autogazem)  będzie oszczędzał od początku. Koszt 100 km na ropie to min. 21 zł, na benzynie 31 zł, na LPG – 13 zł. Instalacja gazowa zwróci się po półtora roku.

Współczesne benzyniaki są znacznie zrywniejsze

Kiedyś silnik benzynowy oznaczał dobre przyspieszenie do 100 km/h, ale diesel był lepszy w wyprzedzaniu (wyższa elastyczność). Teraz, dzięki turbinom w autach benzynowych, wyniki się wyrównują. Po co więc przepłacać.

Silnik benzynowy oznacza przewidywalność wydatków

Skoro typowa usterka może zniwelować skutki 3-letnich oszczędności na paliwie, po co ryzykować. Lepiej kupić auto, którego koszty eksploatacji da się przewidzieć. Tak też robią menadżerowie flot głosując przy kasie salonu i inni wybierający auta używane.

Gwiazdkowe przeceny. Prawda czy fałsz?

Z  wcześniejszych wpisów wiesz już, że lubię planować wydatki. Uważam to za jeden z fundamentów rozsądnego oszczędzania. Dlatego prezenty gwiazdkowe kupuję w listopadzie. Unikam w ten sposób przedświątecznego tłoku i stresu.

23 grudnia spróbowałem sprawdzić, czy nie przepłaciłem.

Pierwszy prezent. Sprzęt elektroniczny. Kupiony za 779 zł na początku poprzedniego miesiąca. Cena obecna, w najbardziej okazyjnej promocji, 799 zł.

Numer dwa. Zestaw klocków. Cena zakupu 119 zł, obecnie już 129 zł w tym samym sklepie.

Numer trzy. Torebka. Już niedostępna.

I tak dalej, i tak dalej.

Dosłownie jedną rzecz mogę teraz kupić trochę taniej  – mniej więcej o 10%.

Z wieloletnich doświadczeń wiem, że w styczniu będą ogromne przeceny na ubrania i buty zimowe. Z kolei lipiec, to sezon wyprzedaży letnich.

Elektronika najtańsza jest w lutym (chociaż tutaj znaczenie ma kurs dolara).

Sprzęt sportowy okazyjnie kupisz we wrześniu (letni) i marcu (zimowy).

Z zakupem samochodu z poprzedniego rocznika, czekaj nawet do kwietnia (zaoszczędzisz kilka, kilkanaście tysięcy).

W grudniu handlowcy mają żniwa, notują nawet kilkadziesiąt procent rocznych obrotów. Czy myślisz, że wtedy kiedy jest popyt będą obniżać ceny? Po co?

W grudniu zawsze jest drożej.

Czy da się żyć bez samochodu?

Na blogach, których autorzy określają się jako minimaliści forsuje się opcję „no car” czyli bez samochodu. Udowadnia się tam, że życie bez auta jest możliwe, podając dwa argumenty:

  • tak żyli nasi dziadowie lub w wersji religijnej „Jezus nie jeździł samochodem”,
  • istnieje komunikacja publiczna.

Czy zgadzam się z takimi twierdzeniami? W zasadzie nie. Teraz krótko, dlaczego.

Osoby głoszące poglądy o zbędności samochodu zaliczają się do grupy single ew. dinks. Zwłaszcza w dużym mieście z pewnością da się tak żyć. Istnieją autobusy, taksówki, pociągi, samoloty, którymi można dotrzeć w dowolne miejsce świata o praktycznie dowolnej porze dnia i nocy. Zakupy w małym gospodarstwie domowym da się zaplanować. No i po prostu jest taniej.

Ja należę do plemienia dzieciatych. I tu powstaje  problem. Dzieci to inny styl życia. Wymagają dowożenia na zajęcia dodatkowe, do znajomych, do szkoły. Tego nie da się zrobić poruszając się autobusem (czas). Nastolatki pojadą może rowerem, ale co wcześniej. Na wakacje jeździmy samochodem. Daje nam to możliwość wyboru i jest tańsze niż podróże samolotem. Na weekendy (mamy domek wakacyjny i działkę) też samochodem, chociaż ja czasami wybieram rower, na który nie da się jednak zabrać np. 30 kg orzechów czy jabłek.  Cotygodniowe zakupy to kilkadziesiąt kilogramów i nie wystarczy obu rąk aby przynieść je z autobusu.

Opcja „poproś znajomych” nie wchodzi w grę, bo nikt nie będzie woził kilku osób regularnie.

Na wsi komunikacji lokalnej brak, odległości są też zbyt duże.

A co do naszych dziadów? Oni nie mieli samochodu, ale wozy, bryczki, traktory, konie itp. czyli współczesne im odpowiedniki auta. Styl życia też był inny.

Prawdopodobnie dlatego nie znam żadnej rodziny z dwójką dzieci, która obywałaby się bez samochodu (pomijając skrajną biedę i wybór – paliwo albo jedzenie). Sam nie jestem minimalistą lecz zwolennikiem oszczędności racjonalnych. Wyobrażam sobie zatem alternatywę nawet małe auto miejskie typu  Seicento czy Matiz z gazem, ale życia bez auta, już nie.

 

Podwójny efekt pączka

Kiedy kupowałem dzisiaj pieczywo, w małym osiedlowym sklepiku, obserwując ludzi stojących w kolejce, zdałem sobie sprawę, że istnieje chyba coś takiego jak podwójny efekt pączka.

Może pomysł na potrzebę podzielenia się tą myślą, wynikał z rannej pory (przed 6), a może po prostu warto się nad tym zastanowić.

Kiedy kupujesz pączka, zamiast chleba, a potem go zjadasz, osiągasz od razu dwa negatywne skutki – pochłaniasz bombę kaloryczną, oraz pozbawiasz się środków na przyszłe oszczędności.

Chleb, który regularnie kupuję, kosztuje 1,85 zł za 0,5 kg bochenek. Ilość zjadana przeze mnie na drugie śniadanie to 50 g (pierwsze to owsianka), czyli 0,18 zł oraz 120 kalorii, jeśli dodam plasterek szynki (30 kalorii i 0,25 zł)  otrzymam razem 150 kalorii.

Pączek z lukrem kosztuje 1,3 zł, waży 60 g i zawiera 360 kalorii. Czyli potencjalnie zjadasz tyle samo (60g), ale liczba kalorii rośnie ponaddwukrotnie.

Zmieniając tylko ten jeden nawyk (zamiast pączka, kromka chleba z szynką) rocznie zaoszczędzisz rocznie około 320 zł (365 dni x 0,87 zł) i nie pochłoniesz 76.650 dodatkowych kalorii. To około 11 kg dodatkowej masy ciała (lub konieczności spalenia 200 kalorii – 20 minut jazdy na rowerze).

To jest właśnie ten podwójny efekt pączka.