Nareszcie. Spłaciłem resztki ostatniego kredytu hipotecznego.

W marcu zakończyła się moja przygoda z kredytem hipotecznym. Ostatnim kredytem jaki miałem. W ramach przygotowania do spokojnego życia, postanowiłem rozprawić się z tym balastem. I już po nim.

Kiedy pod koniec sierpnia 2006 r. podpisywałem pierwszą umowę kredytową na zakup mieszkania w górach miałem 30 lat. Moja żona płakała, wyobrażając sobie, że jako emerytka zanosi ostatnią ratę do banku. Tymczasem po pół roku mieszkanie sprzedaliśmy, kredyt spłaciliśmy (a było to znane ówcześnie 120%, czyli wypłacony kapitał mógł być wart więcej niż zabezpieczenie) i jeszcze zostało nam sporo kasy (zarobiliśmy 80 tys. w 6,5 miesiąca – pensja żony wynosiła wtedy ok. 1400 zł netto).

Potem poszło już szybko. Kredyt na dom na wsi (potrzeba nagłego wykupienia od brata). Ten był z nami ok. 5 lat.

Następnie, w 2013 r. zadłużyliśmy się na zakup domu. W tym przypadku kwota pożyczonego kapitału wynosiła całkiem sporo ok. 410 tys. zł. Z poduszki finansowej rychło nadpłaciliśmy 200 ys. zł, a potem znowu i został taki „ogonek” 65 tys. zł. W trakcie pandemii rata wzrosła z 300 zł do 600 zł, a potem spadła do 500 zł. Swoją wysokością nie motywowała do rozstania, ale trzeba było coś zrobić. I stało się – poszedłem do banku w innej sprawie i złożyłem dyspozycję nadpłaty i już po. Jestem wolny. W międzyczasie pojawił się i zniknął (żył z nami 4,5 roku) kredyt na mieszkanie w górach, co szczegółowo opisywałem na blogu.

Dlaczego dokonałem spłaty? Zdecydowały dwa czynniki. Pierwszy – chciałem to uporządkować. Po co trzymać kasę i jednocześnie kredyt. Łatwiej uciąć. Ponieważ jestem leniem z wizytą w banku trochę zwlekałem, ale skoro można załatwić go przy okazji, czemu nie. Drugi powód, bardziej racjonalny – pomysł na ograniczenie obowiązków zawodowych i więcej czasu na życie. Skoro kasy będzie nieco mniej, to i te 500 zł zacznie ważyć więcej. W takim przypadku lepiej ścinać wydatki. I tak się stało.

Na koniec pewna refleksja. Czy jestem przeciwnikiem hipoteki? Zupełnie nie. Przy dobrym timingu stanowi ona doskonałe narzędzie inwestycyjne dla przeciętnego przedstawiciela klasy średniej. Ba, często jedyną drogę do własnego mieszkania. Z czasem, o ile nie zdarzy się katastrofa, jak w 2022 r., rata przestaje tak uwierać. Bo czym byłoby obecnie te 700 zł z roku 2006? Wtedy 50% pensji żony (oczywiście ubezpieczyłem się natychmiast na wyższą kwotę). Dzisiaj – 1/6 jej poborów. Relatywna waga obciążenia spadła o 66%. A wartość tamtego pierwszego lokalu wzrosła 4-krotnie. Oczywiście wszystko jest zasługą timingu. Kupowałem wszystkie kredytowane nieruchomości przed falą silnych wzrostów, stąd takie ładne wyniki.

22 komentarze do “Nareszcie. Spłaciłem resztki ostatniego kredytu hipotecznego.”

  1. Nie mam pojęcia w jakim banku miałeś kredyt, ale nawet w PKO nadpłatę mogę zrobić internetowo, bez żadnych ceregieli. Fakt, ta opcja pojawiła się chyba dopiero w czasie pandemii. Wcześniej opór ze strony panienki z okienka skutecznie zniechęcał do nadpłat. Na pytanie o różnicę w prowizji dla nadpłaty i wcześniejszej spłaty otrzymałem odpowiedź, że to jest „tajemnica bankowa”. Poważnie. Też zostało mi niewiele, ale wydaje mi się w czasach przyspieszającej inflacji, korzystniej będzie pospiesznie kupować co się da, a kredyt spłacić później. Za te kilkanaście tysięcy kupię na przykład opał na kilka sezonów korzystając z obecnej sytuacji na rynku węgla. Gdybym wiedział co kryje się głowach eurokratów, kupiłbym znacznie więcej wyprzedzając o całe dziesięciolecia przewidywane „zyski” z pompy ciepła.

    1. W CA. Nie da się przez internet. Trzeba złożyć dyspozycję na papierze. Co do zakupu towarów. Drożeją niesymetrycznie. A oficjalna inflacja spadła do 2.8. Żywność chyba nawet tanieje. Drewno opałowe – na pewno.

    2. Slawek-poczytaj co eurokolchoz planuje w krotkim czasie z piecami na wegiel i pseudoekologicznymi modernizacjami majacymi w istocie prowadzic do wywlaszczen.W Belgii jest kara za brak remontu 200k euro.

  2. Drożyzna na rynku energii jest nieunikniona. Żywność i tak drożeje od dłuższego czasu, a dodatkowy podatek tylko przyspieszy ruch w górę. Lokomotywy na pewno stanieją.

    1. Co do energii, pełna zgoda – pójdzie w górę, dopóki nie wybudujemy atomu (najwcześniej kilkanaście lat). Żywność? Sam nie wiem. Relatywnie (pensja/cena jedzenia), od lat w dłuższym okresie stać nas na więcej. Przy czym jakość spada.

        1. …przy czym interesujace kto zaplaci kare za zerwanie umowy z ZE PAK, pewnie jak zwykle my jako podatnicy.

    1. Jak to u polityka – 90 % treści stanowi niedopowiedzenie, przemilczenie, nadinterpretacja i straszenie. Zacznijmy od faktów. Dyrektywa nie została ostatecznie przyjęta (wypowie się jeszcze Rada czyli rządy państw) i z powodów politycznych (wybory do PE) może jeszcze istotnie się zmienić. Kiedy wejdzie w życie? Któż to wie. Kiedy zostanie wprowadzona do polskiego porządku? Jeszcze odleglejsza perspektywa. Tymczasem polityk przedstawia nam to tak, jakby już wszystko obowiązywało.
      Po drugie – istnieją szczególne wyłączenia, które tępią zęby strachu. Obowiązkom termomodernizacji nie podlegać mają m.in. budynki zabytkowe, kultu religijnego i wykorzystywane jako mieszkalne przez krócej niż 4 miesiące w roku. Czyli całkiem spora furtka, którą Polak z pewnością wykorzysta.
      Wreszcie finansowanie – podobno zagrożeniem jest brak źródeł. No cóż, a po co dzisiaj źródła, skoro mówimy o perspektywie pewnie 7-10 lat?
      Nawet z niższej ceny sprzedaży zrobiono temat. A przecież już dziś, w mojej dzielnicy, mieszkanie przed remontem kosztuje 7,5 tys. zł/m2, a po remoncie co najmniej 10 tys. zł/m2. Nie trzeba żadnych dyrektyw, ludzie kupują oczami oraz potrafią liczyć. Jeżeli mój dom 100 m2 powierzchni użytkowej potrzebuje rocznie 20 tys. KWh energii cieplnej z gazu czyli liczmy optymistycznie 7000 zł, sąsiada 7000 KWh (czyli 2500 zł), a sąsiadki 30 tys. KWh (10500 zł) który będzie droższy w zakupie? Czy zapłacisz za nie podobną cenę, czy jednak wybierzesz nowszy? Przecież to logiczne. Nikt nie argumentuje, że Mercedes e-klasse z 2004 r. ma kosztować tyle samo co nowy. Tak to po prostu działa.
      Na koniec straszenie wywłaszczeniem. Dyrektywa, wg poważnych zapowiedzi, nie przewiduje takich środków (strasząca też ich nie podaje). Co najwyżej zakaz wynajmu czy sprzedaży. Po prostu.
      W tym miejscu sporo do zrobienia ma rząd. Negocjować, przygotować środki itp I jeszcze pewien paradoks. Ponieważ liczy się tzw. energia pierwotna, babcia grzejąca drewnem może uzyskać znacznie lepszy wynik (klasę energetyczną) niż korzystający z węgla (oraz innych kopalnych). Wcale nie musi znaleźć się w ostatniej klasie „g”. I właśnie „węglarze” oraz „gazowcy” znajdą się w najtrudniejszej sytuacji.

        1. Jeżeli wejdzie wraz z kasą na modernizację, nic się nie stanie. Wiadomo, wywindują w ten sposób ceny materiałów budowlanych, podrożeje wełna, styropian, okna itp.

          1. Miało być dofinansowanie krajowe. Zresztą już jest i Czyste Powietrze i ulgi podatkowe. Aczkolwiek najtaniej – drewno. Pogadam ze znajomym audytorem i napisze, jak oszukać system.

  3. Do 13.48: ciekaw jestem co Ci powie.Bo na te nowe glupoty nic nie mowiono o jakims difinansowaniu.Na stare-piece na gaz-tak.I na docieplanie.

    BTW: wczoraj czytalem, ze gminni biurokraci maja sprawdzac studnie na ROD.Pomijajac niewykonalnosc (ska wezma ludzi ,zeby obejsc np. 500 dzialej na jednym ROD, jesli sa ciecia zwolnienia) to jakis absurd.Podobno od 2017 zmieniono prawo wodne i teraz juz nie mozesz sobie wykopac studni podskornej nez zezwolenia na wlasny uzytek.Wczesniej wolno, jesli nie pbrales z niej wiecej niz 5m3/mc, a kto to sprawdzi.Maja byc mandaty do 5k zl, jesli masz taka studnie bez pozwolenia.Pytanie kto i jak sprawdzi kiedy byla wykopana, moze na wegiel C14??? 😀 haha!
    Czuje w tym kolejny cios we wlasnosc prywatna w celu jej obrzydzenia, zniechecenia i wzrostu kosztow, zgodnie z idea nie bedziesz mial nic i bedziesz szczesliwy 😀
    O domach jednorodz. nie napisali, ale moze tez beda sprawdzac, nie wiem.

    1. Nikt tego nie sprawdzi. Co do ROD. Ewidentnie chcą wykończyć działki. Najpierw były plany ogólne teraz studnie. Za dużo atrakcyjnych terenów blisko centrum, a z drugiej strony grupa staruszków i garstka młodych. Osobiście uważam takie ruchy za zbrodnie i jeśli kiedyś wyjdę na ulicę, to właśnie przeciw takim ruchom.
      Co do daty. ROD raczej przestrzegają przepisów. No i mają papiery na budowę. Ludzie coś pamiętają. Natomiast te 5 m3/m-c. Bez jaj w ROD. Niecałe 200 litrów dziennie, 15 wiaderek. Mogą kazać zamontować liczniki przepływu i sprawa się rypnie. Jednak coraz więcej ROD-osób korzysta z wodociągu.
      Natomiast argumentu, że cios we własność prywatną – nie podzielam. W ROD nie ma własności, lecz prawo użytkowania działki.

      1. Przepraszam, to mialo byc 5m3 dziennie na dzialke.Moj blad.
        W/s wyjscia na ulice-ostatnio zastanawiam sie, czy nie dolaczyc do rolnikow.Jezeli nierzad bedzie dalej ignorowal to strajk sie wzmocni.

        W ROD jest wlasnosc tego co zbudujesz na dzierzawionej dzialce.Takie pomieszanie, ale jakas forma wlasnosci to jest, przynajmniej czesciowa.Czytalem kiedys regulamin takiego ROD, jest tam odszkodowanie jesli komus wypowiedza dzierzawe, wiec to prawo wlasnosci powinno byc respektowane.Jaka jest praktyka nie wiem.

        1. 5 m3 na m-c na działkę daje całkiem sporo wody.Wystarczy, tylko jak studnia kopana miałaby mieć taką wydajność (przy 20 działkach – 3 m3/dzień)? Pamiętam starą cembrowinę dziadków, wkopaną na 16 m (stoi do dzisiaj), dawała może 10-15 m3 miesięcznie.
          Własność naniesień faktycznie jest, ale to ułamek cen ziemi. 300 m2 w dobrym punkcie Lublina kosztuje 800 tys. zł, a na takiej Saskiej Kępie w Warszawie? Co ludziom po odszkodowaniu za trochę drzewek, krzewów i starą altanę, której nie zabierzesz. Oddają faktycznie kilka max. 30-40 tys., bo jeszcze zaniżają zużyciem, a duże domki, sprzeczne z regulaminem, traktują jako samowole i wyceniają na 0. Dalej regularnie czytam Działkowca i po raz kolejny szykują protest. Przy czym te grupy starszych ludzi na razie piszą listy do posłów. Czy im się uda? Zobaczymy. Popiera jest Lewica i PSL (Trzecia Droga). Na razie za rządów PO, a zwłaszcza PiS mieli wieczny problem, majstrowanie przy ustawie, innych przepisach, żeby coś urwać. Gdy zaczną wychodzić na ulicę – jestem z nimi.
          Co do protestów rolniczych mam własną ocenę. Część z nich (jaka, nie wiem) faktycznie walczy o życie i z importem ukraińskiego zboża, . Druga grupa (obecnie nadająca ton) składa się z działaczy PiS-u różnych rolniczych zadymiarzy, celowo też wychodzi z nierealnymi postulatami typu „gwarantowana cena pszenicy 1500 zł/tonę”, żeby zaznaczyć swoją obecność i robić rozróbę. Narzucają też metody działania (wyrzucanie gnoju i kwasu masłowego na drzwi biur poselskich). Takiego protestu nie sposób popierać w mieście, bo to jest chamstwo w czystej postaci. Nie prowadzi do rozmowy, a tylko skłócenia społeczeństwa, o co najwyraźniej, szefom Solidarności RI chodzi. W sieci jest rozmowa Tuska z jednym z takich gości. Premier powiedział krótko: co zrobił, co można zrobić, a czego nie. Z kolei minister Hetman zareagował w najlepszy możliwy sposób, mówiąc – Ten gnój to dla nas symbol bałaganu, którego narobił PiS w rolnictwie i będziemy go sprzątać. No i zaorał. Z kolei młody Wałęsa wezwał policję, bo zniszczono drzwi jego biura i narobiono szkód na kilkadziesiąt tysięcy (chyba obiekt zabytkowy).
          Na koniec nieubłagana rzeczywistość. Rolników i ich rodzin na wsi jest obecnie ok. 1/3 składu i tworzą niecałe 3% PKB. Większość ma niewielkie gospodarstwa, które w wolnej konkurencji z Ukrainą (jeśli np. wejdzie do UE) i bez gigantycznych subsydiów są bez szans, chyba że pójdą w ekologię i specjalizację. Część z nich uprawia ziemię tylko na papierze (KRUS-owcy). Drugą grupę stanowią „obszarnicy” mający od 200 ha wzwyż. Większość z nich (w tym wszyscy, o których słyszałem) to byli dyrektorzy, główni księgowi PGR oraz cudzoziemcy. Krótko mówiąc – Polacy, sieroty po nieboszczce PZPR. Oni mają najwięcej do stracenia. Z jakiego powodu Solidarność RI oraz PiS ich wspiera (to oni nadają ton prostestom), mogę się tylko domyślać. Pomiędzy nimi znaleźli się średniacy, powyżej tych 8 ha do 200 ha. Im będzie najtrudniej. To chłopi z dziada-pradziada. Doszli do wszystkiego sami. Często działają od lat. Ukraina w UE ich zmiecie. Tam są inne koszty produkcji i żyzność gleb. Przy czym liczebność tej grupy można tylko szacować, ale nie jest większa niż 1-1,5 mln ludzi. Jak na ironię, głosowali głównie za PiS-em, który po raz kolejny ich podtopił.

  4. Tak, w takich protestach zawsze byli rozni ludzie, prowokatorzy, albo chcacy zalatwic cos innego niz chodzilo w strajku.

    Prawie nikt nie mowi, ze chodzi tez o samowystarczalnosc zywnosciowa.Zalozmy, ze zlikwiduje sie polskie rolnictwo i kupujemy zagranica. kto da gwarancje, ze ceny nie wzrosna? Albo, ze w celu wymuszenia czegos nie odetna nam dostaw? Dlatego wg mnie nasze rolnictwo-nasze a nie zagranicznych firm dzialajacych u nas-powinno istniec, chocby za wieksza cene.

    To to samo co polskie zaklady zbrojeniowe.Zacznie sie wojna i nie majac swoich zakladow mozemy sie stac bezbronni.

    Oczywiscie to scenariusze ekstremalne, ale nie da sie ich calkiem wykluczyc.

    1. Też jestem za własną żywnością, jednak nie za wszelką cenę. Jak już napisałem – rolnictwo daje 3 % PKB, przemysł motoryzacyjny – 8%. I tu jest odpowiedź. Na wypadek wojny, potrzebujemy zarówno własnej żywności jak i aut. No i jeszcze sektora bankowego, budownictwa itp. Do ilu z nich dopłacamy, tak jak do rolników? Do żadnego w takiej skali.
      Istnieją państwa w stanie zagrożenia, które żywność kupują masowo i funkcjonują. A rosnące ceny? Przecież produkując w Polsce też nie mamy gwarancji, że nic się nie zmieni. Ba, ostatnich kilka lat uczy, że właśnie odwrotnie. Gdy przez krótki czas brakowało zboża, nasi producenci rolni (bo kogoś, kto ma 2000 ha nie nazwę rolnikiem), chętnie podnieśli ceny i…. utrzymywali by je na poziomie 1800 zł/t pszenicy, jeśli mieliby taką możliwość. Dziś też właśnie o to walczą, żeby im państwo dopłaciło z naszych podatków do takich chorych cen. Nie czarujmy się. Teraz na świecie, dzięki zmianom technicznym panuje nadprodukcja żywności. I tak już zostanie. Same USA generują gigantyczne nadwyżki, podobnie Argentyna. Więc to nie jest dylemat „czy mieć własne” tylko „ile nas to kosztuje”. A obecnie koszty są gigantyczne.

      1. Tak, w kazdej sprawie powinna byc rownowaga.
        Powiedzmy,ze rolnictwo nie jest wolnorynkowe z powodu zbyt dlugiego okresu miedzy zasianiem a zbiorem,w miedzyczasie zmieniaja sie ceny i to co na wiosne bylo oplacalne, jesienia jest na minusie.Dlatego powinien byc skup panstwowy, co zagwarantuje stale ceny.Zasadniczo jest to wbrew moim przekonaniom,ale akurat w rolnictwie chyba nie ma innego wyjscia.Bo jesli nie ma skupu panstwowego-wtedy do gry wchodza koncerny rolne i jak napisales dyktuja ceny, co malych rolnikow wykancza.

        1. Szczerze – nie widzę żadnej różnicy pomiędzy rolnikiem a przedsiębiorcą, jeśli chodzi o istotę działalności. Czym innym będzie wsparcie w klęsce (susza, powódź) a czym innyhc przerzucanie ryzyka firmowego na podatnika. Dlaczego? Ponieważ ryzyko działa w dwie strony. Raz wygrasz (sprzedasz drożej niż w chwili zasiewu), raz przegrasz. Liczy się średnia. Nikt nikomu nie nakazuje siać pszenicy, skoro można zarobić na życie albo malinie. Nikt też nie zabrania.
          Długi czas między zasiewem a zbiorem? Też widzę to inaczej. Pszenicę jarą siejesz w marcu, zbierasz w sierpniu. 5 miesięcy. Wiesz z jakim wyprzedzeniem ustala się płatność za wesele? Cenę i warunki – rok, czasem dwa lata. Wykończeniówka – często podobnie, umowa deweloperska – nawet 2,3 lata. Zamówienia na auta zbierano z wyprzedzeniem roku, a termin półroczny nie będzie nadzwyczajnym. Inżynier, biegły sądowy dostaje opinię dzisiaj, za pół roku ją złoży, za półtora uzyska pieniądze, według stawek z …. 2013 r. Rolnictwo absolutnie nie stanowi wyjątku.
          Skup państwowy? A kto broni organizować się samodzielnie? Tylko strach przed oszustwem i tym by sąsiad miał lepiej. Dlatego są wykorzystywani. Najlepiej opisał to wspomniany na blogu wójt Słomka z Dzikowa. Dokąd Żydzi oszukiwali Polaków, skupowali najlepsze nieruchomości w Tarnobrzegu? Dopóki Polak nie otworzył sklepu i hurtowni, a Polacy u niego nie zaczęli kupować. Proste. Dziwne, że po 100 latach, dalej rolnik głupi i po szkodzie. Obserwuję to w „mojej” wsi. Płaczą, że ceny skupu niskie, a wolą zaopatrywać się w Biedronce czy Lidlu „bo tanio”. Tak samo jeżdżą niemieckimi ciągnikami i dziwią się, że pracownik bankrutującego „Ursusa” woli ukraińską pszenicę „bo tanio”. Więc wyjście jest – stanąć w kupie i konsekwentnie „Swój do swego po swoje”. Ja kupuje w polskiej piekarni, polski chleb, z polskiego zboża, ale oczekuję, wzajemności w stosunku do miast. Tej kompletnie nie widzę. Na wakacje – za granicę, auta – najlepszy „Niemiec”, sprzęt agd – japoński, koreański, włoski, opony – francuskie lub niemieckie. I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *