Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Emerytura – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Jak działa socjalizm – ćwiczenia praktyczne. Dlaczego nie skorzystałem z państwowej oferty.

Na początku listopada onet.pl na swoim portalu medycznym opublikował żale pewnego 77-emeryta na warunki w sanatorium w Nałęczowie. Czysty socjalizm, praktycznie wszystko za darmo, a i tak źle.

Otóż, pewien pan dostał kolejne skierowanie (za darmo, raz na 2 lata z NFZ) do sanatorium w Nałęczowie. Oto lista jego uwag:

  • pokój trzyosobowy – współlokatorzy będą chrapać,
  • po zamianie na jedynkę – źle bo w innym obiekcie (daleko od parku),
  • kiepskie nieurozmaicone jedzenie, małe porcje, niepasujące pory posiłków (obiad o 12.30, kolacja o 17.00),
  • mały pokój (12 m2, stare wyposażenie),
  • drogi parking – 270 zł za 3 tygodnie (na ulicy za free, ale ukradną kołpaki),
  • trzeba zapłacić za wypożyczenie czajnika – 0,7 zł/dzień,
  • telewizja płatna – 80 zł,
  • daleko do Biedronki,
  • dopłata „za standard” – 684 zł i 130 zł klimatycznego, ponieważ NFZ płaci tylko za leczenie.
  • zły miesiąc (październik, gdy wcześnie robi się ciemno i zamknięto większość kawiarni).

No cóż, socjalizm ten PRL-owski i PiS-owski wytworzył grupę ludzi o specyficznych poglądach. Chcieliby za darmo, i jeszcze narzekają. Ja płacę, jadę kiedy chcę i sam wybieram warunki. Akurat Nałęczów świetnie znam, więc mogę powiedzieć dwa słowa.

Otóż, cena 34 zł za jedynkę z wyżywieniem (a 17 zł za trójkę), to grosze. Niezależnie od warunków. Są tam i piękne miejsca (np. Atrium Spa, Feniks, nowe mieszkania) tylko za inne pieniądze od 400 zł/dzień za dwupokojowy apartament. Z jedzeniem też da się przebierać, ale liczmy 50-70 zł za sam obiad. Utyskiwania na płatny parking (14 zł na dobę) litościwie pominę, bo nigdzie nie znajdziemy takich cen. Dowolny zamknięty parking (płatny, niestrzeżony) kosztuje minimum 30 zł/dobę. Zabiegi też nie za free. Jak się chce grymasić, te 684 zł wydamy w jeden dzień, a nie przez 3 tygodnie.

W ogóle, Nałęczów jest piękny, a już wczesną jesienią – zachwycający. W listopadzie spędziłem tam kilka dni, korzystając z tężni solankowej, leżaków w parku (darmowe!) i ćwicząc płuca spacerami. Okazało się, że nie muszę jechać w góry, bo astmę zdusiła sól. Faktycznie, ludzi niewiele. No i wydałem tylko 21 zł plus prąd na dojazd z Lublina. Gdybym kupował zabiegi w Sanatorium ZNP, to np. za kąpiel jodobromową zapłaciłbym 45 zł (15 minut), a za tlenoterapię (15 minut) – 20 zł. W sąsiednich Cichych Wąwozach ta ostatnia wyjdzie taniej – 12 zł (czas ten sam). Jak widzicie, tanio, chociaż nie za darmo. Ale wychowanemu na PRL-u, trzynastkach, czternastkach i tak mało. Bo październik, bo kołpaki, bo porcje małe, bo nie dają jeść po 17. Szkoda słów.

Pięć kroków, które musisz wykonać nim rzucisz etat.

W sierpniu na blogu ukazały się dwa wpisy dotyczące życia bez pracy i powodów pozostawania pracownikiem. Teraz czas na wskazanie, co zrobić, by przemieścić się z jednej grupy do drugiej. Rzucenie etatu może mieć różną postać – wyjazdu w Bieszczady, przejścia na freelance, utrzymywania się z rentierstwa, pomocy społecznej lub założenia własnej firmy. W każdym przypadku trzeba mieć wszystko zaplanowane, żeby nie doznać przykrej niespodzianki i nie błagać szefa o powrót. A oto zasady.

Krok. 1. Ustal, ile pieniędzy potrzebujesz w wersjach: minimum, średniej i niezłej.

Podstawą wypłynięcia na szerokie wody luzu/samozatrudnienia jest uświadomienie sobie, jakiej kasy potrzebujesz na pokrycie wydatków. Bez tego, o ile nie jesteś bogaty, zaczniesz od skoku na główkę do pustego basenu. A zatem, popatrz, ile obecnie wydajesz. Służy temu dokładne przeliczenie kasy potrzebnej miesięcznie w poszczególnych kategoriach. Są nimi:

Życie – czyli jedzenie, chemia, leki, lekarze.

Dach nad głową – koszty utrzymania domu/mieszkania.

Transport – samochód, bilety na komunikację publiczną.

Edukacja – żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe i związane z nimi obozy, kursy, szkolenia, studia Twoje, małżonka i dzieci.

Wakacje i rozrywki – wszelkie wyjazdy, wyjścia.

Kredyty i zobowiązania – spłaty długów.

Inne wydatki – w moim budżecie nazywam je UUPK od pierwszych liter słów: ubezpieczenia, ubrania, prezenty, kieszonkowe. Tak, każdy nawet dorosły powinien mieć pieniądze na swoje wydatki, z których nie musi rozliczać się przed innymi.

Te kategorie to podstawa. Wielu z nas doda jeszcze sporą liczbę np. sport, hobby, wyodrębnione z rozrywek, kosmetyki z kieszonkowego, albo specyficzne dla danej sytuacji (alimenty). W przypadku rozpoczęciem działalności w odrębnej kategorii wydzielmy wszystko, co wydamy na nią (np. składki ZUS, lokal, sprzęt – za co dotychczas płacił pracodawca).

Jeśli powyższe nazwy nic Ci nie mówią, sięgnij do wpisu o systemie kopertowym lub tworzeniu budżetu.

Teraz czas na ustalenie , jakie wydatki okazują się absolutnie konieczne (minimum). To są takie pozycje, bez których nie możesz przeżyć: proste jedzenie, podstawowa chemia, leki i lekarze, najtańsze auto lub wręcz bilety miesięczne, opłaty za szkołę/przedszkole i jedne zajęcia dodatkowe, ubrania z ciuchlandu oraz minimalne prezenty i kieszonkowe. Oczywiście pamiętamy o zobowiązaniach (alimenty lub raty). W przypadku mojej rodziny zmieściłbym się (dzięki przejściu przez następne kroki) w 4000 zł.

Wersja średnia, zakłada już pewien luz. Niewielki, ale jednak. Kupujemy lepsze jedzenie, ubrania. Jeździmy samochodem (może dwoma). Czasem wychodzimy gdzieś, opłacamy polisy, stać nas na wakacje raz w roku. W przypadku mojej rodziny 7000 zł.

Wersja niezła. Żyjemy jak dotychczas.

Popatrz, ile potrzeba w poszczególnych wariantach. Czy stać Cię, choćby na minimum? Czy chcesz tak funkcjonować, a może potrzebujesz mniejszej dyscypliny finansowej ? Ten etat nie był taki głupi, prawda?

Krok 2. Spłać wszystkie zobowiązania i zlikwiduj zbędne wydatki . Zobacz co możesz zrobić sam.

Im więcej masz stałych zobowiązań, tym gorzej. Wszelkie abonamenty, raty itp.

Na pewno znajdzie się tu życie, ale w wersji zredukowanej, więc nie 1000 zł na jedzenie/osobę, lecz np. połowę tej sumy, chemia (niekoniecznie najlepszych marek, odrzuć ulubiony pachnący papier toaletowy), przyjmowane leki. W wielu wypadkach, jeśli dotychczas nie żyłeś oszczędnie, może zejdziesz z nimi o połowę. Potem mamy dach nad głową i transport, gdzie przeprowadzamy podobny proces. Może wystarczy jedno auto?

Krok 3. Policz swoje aktywa.

Oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś i nie robisz regularnie. Bez wiedzy, co posiadasz, nie ma skutecznego planowania finansowego. Bilans aktywów czyli spisanie, nieruchomości, większych przedmiotów, oszczędności, inwestycji, stanu rachunków bankowych oraz ważne – ich wartości, pozwala na analizowanie wariantów awaryjnych i daje spokojną głowę, że sobie poradzisz. W razie przejściowych kłopotów, sięgniesz na konto, sprzedasz kilka akcji, spieniężysz obligacje czy coś wartościowego. Ewentualnie coś wynajmiesz za kasę. Unikniesz konieczności proszenia o pożyczkę czy kredyt, której w trudnym momencie możesz po prostu nie dostać. Im więcej aktywów posiadasz tym łatwiej ci się żyje i podejmuje ryzyko. A te, w życiu bez pracy, zwłaszcza na freelance lub jdg drastycznie powiększa się.

Krok 4. Znajdź sobie nowe źródło dochodów i pesymistycznie je policz .

Wiesz jaka cecha charakteryzuje ludzi bogatych? Posiadanie wielu strumieni dochodów. Kiedy jeden wysycha, zawsze zostają inne. Kiedy jednak tracisz główny przypływ gotówki (bo zakładam, że praca tak właśnie wygląda), zostają jeszcze inne, może węższe strumyczki, ale razem połączone w niezłą rzeczkę. Jeśli tak nie jest, pilnie potrzebujesz nowego źródła dochodu. Stąd wielu porzucających etat planuje już z czego się utrzyma. Znasz może najczęstsze pytanie zadawane przez nowicjuszy na wiejskich forach? Nie, to Ci powiem. Brzmi ono: „Z czego na tej wsi utrzymujecie się?” I odpowiedzi padają różne, jak różne są ludzkie życia i zawody. Część idzie w agroturystykę (przy obecnym kryzysie – odradzam), inni w rzemiosło, w rękodzieło, w warsztaty, albo nadal pracują w dawnej firmie, tylko zdalnie. Sporo osób poprzechodziło na renty, emerytury. Ktoś zredukował godziny pracy, trafiają się rentierzy, którzy w ogóle nie muszą uprawiać zawodu. A jakie będzie Twoje nowe źródło?

Teraz kwestia wyliczenia. Piszę, żeby zrobić ten krok patrząc na czarny scenariusz, pesymistycznie. Pokażę na prostym przykładzie – wykorzystania własnego majątku, wcale nie na wsi. Załóżmy, że tak jak ja, mieszkacie we własnym domu w sporym mieście i stanowi on Wasze główne aktywa. Jak z niego zrobić strumień dochodów? Możecie podzielić piętro/parter i połowę sprzedać (na moim niewielkim osiedlu, blisko uczelni, parę osób tak właśnie zrobiło). Zostaniecie wtedy z mniejszą powierzchnią, ale z gotówką. Możecie tę połowę stale wynajmować i dostawać jakąś kasę. Możecie wrzucić na booking.pl czy airbnb.pl poszczególne pokoje. Ile z tego dostaniecie? I tu właśnie wchodzi pesymizm. Przy sprzedaży, zakładajcie niską cenę (piętro w domku jest zawsze sporo tańsze od mieszkania w bloku) – w moim przypadku byłoby to 350 tys. zł (7 tys. zł/m2). Zyski z tego trochę ponad 5% netto czyli 17.500 zł/rok, a więc ok. 1500 zł/m-c. Przy wynajmie może nawet trochę mniej -1300 zł (ale zachowujecie własność). Jeśli dacie radę wykręcić z inwestycji 8% zyskacie 28 tys. zł czyli ok. 2300 zł/m-c. Wygląda lepiej, ale nie zakładajcie tego w żadnym razie jako pewnika w budżecie. Podobnie policzcie dochody z warsztatów, rolnictwa czy rękodzieła.

Teraz dodaj wszystkie obecne i planowane. Podziel je na pewne, prawdopodobne i niepewne. Pewne to takie, które na 100% dostaniesz (np. odsetki od lokaty, obligacji SP), prawdopodobne – otrzymasz je na 60-90% (odsetki od obligacji korporacyjnych, czynsz za mieszkanie, dywidendy, kasa z warsztatów). Niepewne – tutaj na dwoje babka wróżyła (zyski ze wzrostu wartości akcji). Pewnych + 50% prawdopodobnych musisz mieć tyle, by wystarczyło na życie w wersji minimum. Proste i skomplikowane zarazem.

Krok 5.Miej plan B. Stwórz fundusz awaryjny, który pokryje niedobory.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Ludzi nie zainteresują Twoje warsztaty? Państwo zacznie wypłacać niższe odsetki? Najemca mieszkania nie zapłaci czynszu? No cóż, najpierw popatrz w poprzedni krok. Wbudowany w niego jest pewien bezpiecznik. Dochody pewne + 50% prawdopodobnych muszą wystarczać na minimum wydatków. Jeśli plan A zawiedzie, zawsze masz szansę obciąć wydatki i przeżyć. To jest Twój plan B. Jasne, możesz wymyślać i inny – pójdziesz do pracy (stałej lub dorywczej), coś sprzedasz (jeśli masz aktywa).

Czemu służy zatem fundusz awaryjny? Utrzymaniu płynności. Zanim pozbędziesz się drugiego auta, powinieneś zapłacić np. ubezpieczenie lub zrobić przegląd. Potrzeba na to kasy. A Ty masz dostęp do 6-miesięcznych wydatków. Kolejny spadochron, przydatny, gdy skaczesz w przepaść.

Na koniec wrócimy do przykładu „typowej” rodziny, która postanowiła uciec z korporacji i wyjechać na wieś. Mają jedno dziecko (2+1), dotychczas mieszkali we własnym mieszkaniu (50% LTV) i mają jeszcze chatę „po dziadkach” na wsi.

Krok 1. Do tej pory pory zarabiali w sumie 10 tys. zł netto i dostawali 800+, a więc razem 10.800 zł. Płacili ratę 2500 zł i inne koszty mieszkaniowe 1000 zł. Do tego utrzymywali auto (700 zł), wydawali na życie (2500 zł), UUPK – 1000 zł, na edukację (przedszkole+zajęcia dodatkowe) – 700 zł, na rozrywki (wakacje + wyjścia) – 1000 zł. Zostawało im 1400 zł przeciętnie w miesiącu.

Przenosząc się na wieś i rzucając pracę, koszty minimalne zredukują do 2400 zł , w tym:

  • dach nad głową – 600 zł,
  • auto – 200 zł,
  • życie – 1000 zł,
  • UUPK – 500 zł,
  • edukacja – 0 zł,
  • rozrywki – 100 zł.

Koszty średnie powiększą się o 200 zł na rachunki, 300 zł na paliwo, 300 zł na życie, 300 zł na UUPK oraz 300 zł na edukację oraz 400 zł na rozrywki. Z 2400 zł zrobi się 4200 zł.

Jeśli chcieliby żyć, na takim poziomie jak dotychczas, nie wydadzą tylko na ratę czyli potrzebują aż 6900 zł.

Krok 2. Jedyne zobowiązanie – kredyt hipoteczny zostanie spłacony przy sprzedaży mieszkania. W ten sposób wydatki spadną o 2500 zł. Na wsi sporo rzeczy da się zrobić samodzielnie – od opieki nad dzieckiem przez jedzenie. Mniej kasy pójdzie na auto (stoi pod domem, płacimy tylko koszty stałe, wyjeżdżamy do sklepu, do miasteczka, znacznie rzadziej). Wielu ludzi samodzielnie przygotuje opał, którym jest drewno – dziadkowie mieli pewnie kawałek lasu. Nawet jednak kupując drewno, płacąc dzisiaj po 200 zł za kubik czyli metr przestrzenny, potrzebujemy go w domku może za 2000 zł/rok (1 mp = 2000 KWh). Do tego śmieci – 90 zł, woda i ścieki (oczyszczalnia) – 100 zł , prąd – FV czyli 40 zł/m-c, internet 90 zł, komórki 60 zł i 20 zł podatku. W ten sposób dochodzimy do 600 zł. Głównie dlatego, że prąd produkujemy sami, ścieki załatwia nam oczyszczalnia, a ciepło także uzyskujemy własną pracą (porąb, ułóż, wysusz, spal). Stąd koszty minimum wychodzą nierealnie niskie -2400 zł/3os.

Krok 3. Aktywa to kwota pozostała po spłacie kredytu – 200 tys. zł z wartości mieszkania oraz 200 tys. zł w domu na wsi. Do tego auto za 30 tys. zł.

Krok 4. W tym miejscu dochodzimy do sedna. Stałe i pewne źródło dochodów stanowi 800+. Zapewnia pokrycie wydatków w 1/3. Co jeszcze można zrobić? Wykorzystać te 200 tys. zł kupując obligacje – załóżmy, że zarobimy w ten sposób kolejne 800 zł. Potrzebujemy na minimum jeszcze 800 zł, na przeciętne życie 2600 zł, a dotychczasowe – 5300 zł. Przez pewien czas dostaniemy zasiłek dla bezrobotnych – średnio 1300 zł/osobę, a więc przez rok, na przeciętne życie wystarczy. Potem możemy pójść do opieki społecznej i pewnie, z uwagi na dziecko wyrwiemy jakoś te 800 zł (zasiłek rodzinny, może wychowawczy, jeśli dziecko małe, do tego dodatek mieszkaniowy, dopłata do energii). Pomocy społecznej nam nie dadzą, z uwagi na oszczędności. Teoretycznie więc, na minimum dostaniemy od państwa+uzyskamy z odsetek. Są to dochody pewne.

Nikt rozsądny nie chce jednak tak żyć. Praca „parobka” czyli robotnika rolnego wyceniana jest na wsi na 200 zł/dniówka z ręki do ręki, bez żadnego ubezpieczenia. Stąd, skoro mamy: 800 +, 800 zł odsetek, 800 zł od państwa, brakuje nam jeszcze do średniego poziomu życia tych 1800 zł, a do dotychczasowego 4500 zł. W pierwszym wariancie ojciec idzie „na parobka” przez 8 dni, w drugim na cały miesiąc, a w zimie coś kombinuje. Opcja druga – praca sezonowa za granicą. Jak już pisałem – dziennie do zarobienia 100E czyli 430 zł. Pracując kwartał (1 osoba) – mamy 30 tys. zł. Dzieląc to przez 12 miesięcy – 2500 zł. Można zająć się freelancem w dotychczasowym zawodzie (w moim przypadku na miejscu, w gminie 2400 zł przy pracy 10h/tydz.), lub zdalnie (wtedy stawki są wyższe). A urastająca do rangi symbolu agroturystyka? No cóż, tu nic nie wygląda pięknie. Obecnie mamy spory kryzys w turystyce. Tak duży, że nawet długo działające pensjonaty w atrakcyjnych miejscach notują obłożenie 50% (w sezonie). My, licząc realistycznie, możemy się spodziewać 30% i to wyłącznie biorąc pod uwagę okres wakacji, na wiosnę i na jesieni może 15% (4 dni w miesiącu). Same przychody z pokoju dwuosobowego (założenie 60 zł/os. nocleg i 60 zł wyżywienie) to 8400 zł. Z tego 1/3 pożrą nam koszty, więc zostanie ok. 5600 zł/pokój/rok. Mając 3 (to dużo, bo albo sami musimy mieć większy dom i ściskać się na sezon), albo zaadaptować budynek gospodarczy, zostanie nam 16.800 zł, czyli ok. 1400 zł/m-c. Żyć z tego nie sposób. Zostają jeszcze zwierzęta, ale i w tym przypadku trzeba mieć rynek zbytu. Dlatego większość mieszkańców miast jednak w nich zostaje. Na wsi , mieszczuchowi da się żyć wyłącznie wtedy, gdy przynajmniej jedna osoba pracuje zdalnie, freelansuje, pracuje dorywczo za wysokie stawki lub ma zyskowną dg, albo rodzina ma oszczędności/przychody. Znacznie bowiem lepiej (30 tys. zł/rok) wyjechać na kwartał za granicę, niż przez cały sezon (od wiosny do jesieni) czekać na turystów (16,8 tys. zł/rok przy 3 pokojach). Praca na miejscu jest często w granicach pensji minimalnej, a dojazdy do miasta wymagają czasu i jawnie kłócą się z ideą slow life (chyba że 2-3 dni w tygodniu).

Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

Dwie 90-latki i giełda. Nieprawdopodobna historia.

Kiedy kumpel opowiedział mi o wizycie swojej ciotki, początkowo nie chciałem wierzyć. Blisko 90-letnia pani ze swoją jeszcze starszą koleżanką codziennie grają na giełdzie i utrzymują się z tego. Jak to możliwe?

Zasada 1. 90-latka miała czas na zbieranie kapitału. Tutaj wszystko okazywało się proste, bogaty mąż, który zazwyczaj (i tak było), żyje krócej. Spora renta rodzinna plus spadek, brak dzieci i dało się zebrać ponad 1 mln zł kapitału. Zadziałał też procent składany plus czas.

Osiągając stopę zwrotu 8% uzyskamy 1 mln zł z:

  • 20 lat – 1700 zł/m-c,
  • 30 lat – 700 zł/m-c,
  • 40 lat – 350 zł/m-c.

W roku 1995 (30 lat temu), 700 zł dawało średnią krajową.

Kto planuje żyć długo, może nawet zacząć późno.

Zasada 2. Ćwiczyć ciało i głowę. Ważna sprawa – po co nam żyć 90 lat, skoro spędzimy je w łóżku, patrząc na świat oczami dziecka? Bez sensu. I tutaj sytuacja tych pań pokazała, że dbały o siebie. Codzienne ćwiczenia, sanatoria, biblioteka, czytanie. Żeby aktywnie grac na giełdzie – trzeba mieć umysł jak brzytwa.

Zasada 3. Nie zmęczyć się pracą. O, to podstawa. Obie panie pracowały krótko. W domu, nie mając dzieci, ale kogoś do pomocy – także. O wszystko dbał mąż. Na to może liczyć wąska grupa.

Zasada 4. Inwestować. Obie panie wiele lat temu odkryły giełdę. Przekonały się, że mają do tego smykałkę, a potem zaczęły trenować. Dzisiaj dzielą czas (i pieniądze) pomiędzy inwestycje długoterminowe, w spółki płacące dywidendę oraz codzienną spekulację. Dzięki temu, poza sutymi emeryturami, zarabiają te swoje 80 tys. zł rocznie (każda dysponuje kapitałem po 1 mln zł).

Wnioski. Nigdy nie jesteś za stary, aby uczyć się inwestycji. Nie warto tego odkładać na później, bo mistrzostwo wymaga ćwiczenia. Niezależnie od tęgo, jak nieprawdopodobna wydaje się ta historia.

Barista FIRE czy plumber FIRE?

Czym jest FIRE pewnie wiecie – wczesną emeryturą, wypłacaną z oszczędności/inwestycji. W skrócie – mówimy o stylu życia, który kiedyś nazywano rentierem.

Barista FIRE, odmiana tej pierwszej, polega na podejmowaniu prostej pracy dorywczej, pozwalającej nam na kontakt z ludźmi i zarabianie pewnej kwoty pieniędzy. Wtedy wystarczą mniejsze oszczędności (kapitał). Popatrzmy jako wygląda w praktyce.

Załóżmy – potrzebujesz na życie 2-osobowej rodziny ok. 3000 zł (bez hipoteki, kawałek ogrodu). Ponieważ dysponujesz oszczędnościami/inwestycjami 400 tys. zł, miesięcznie wypłacasz 1333 zł (400 tys. zł x 4%/12 miesięcy). Brakuje Ci 1667 zł. W modelu Barista FIRE nie idziesz pracować do biura, ale podejmujesz pracę baristy, kelnera, barmana, z założenia niezbyt skomplikowaną i nieangażującą, możliwą do wykonywania na godziny. Jeśli dostaniesz minimalną stawkę godzinową (w gastronomii – standard) – zarobisz 30,50 zł/godzinę brutto, co po odjęciu ZUS, NFZ da Ci 24 zł netto (unikniesz podatku, przy tak małych zarobkach). 1667 zł/24 zł to ok. 70 godzin/m-c. Dzieląc na dwie osoby – 35 godzin/m-c i ok. 8 godzin/tydzień. Nieźle.

Ale można lepiej. I tak wymyśliłem plumber FIRE, czyli zamiast modnego, nowoczesnego zawodu – hydraulik. W moim województwie średnia cena z punkt (https://kb.pl/remont-i-wykonczenie/instalacje-hydrauliczne/cennik-uslug-hydraulicznych/) wynosi ok. 240 zł montaż i 180 zł demontaż. Średnio doświadczony hydraulik (jak ja) potrzebuje ok. godziny na pkt (na demontaż mniej). Na działalności nierejestrowanej (czyli bezskładkowo) w takiej skali (1700 zł/m-c) nie płacimy nawet podatku, a więc netto=brutto. Tym sposobem 210 zł/godzinę (średnia) daje nam 8 godzin…, ale w miesiącu. I na tym polega wyższość plumber FIRE nad barista FIRE. A problem? Łatwiej zrobić kawę, niż zamontować rurę.

Jak przygotować się do emerytury? Zwiększenie dochodów bieżących. Konkretne pomysły.

Podstawowy paradoks finansów osobistych brzmi – im mniej zarabiasz, tym więcej musisz zgromadzić oszczędności. Dlaczego? Ponieważ mniej możesz pokryć z bieżących dochodów. Także na emeryturze, która zbliży się do minimalnej. Co robić w takiej sytuacji? Zwiększać swoje możliwości zarobkowe, żeby móc więcej odkładać.

Mam świadomość, że dla kogoś kto zarabia obecnie pensję minimalną odkładanie 580 zł tylko na emeryturę (PPK, IKZE, IKE) okaże się bardzo trudne. W lepszej znajdzie się ktoś ze średnią krajową (6500 zł netto/osobę). Dysponujemy jednak pewnym narzędziem, które pozwala nam podbić wyniki. Zwiększenie dochodu.

Pomysł 1. Podniesienie kwalifikacji. Przez „podniesienie” rozumiem zwiększenie możliwości zarobkowych. Niekoniecznie chodzi tu o studia, czasami wręcz praktyczny kurs da lepsze efekty. Operator koparki czy stolarz zarobi więcej niż bibliotekarz.

Pomysł 2. Dodatkowe zlecenie lub zatrudnienie. Pamiętacie tekst o boomerze? Pracował 18 godzin na dobę. Nie polecam. Niemniej jednak dodatkowe 10 godzin w tygodniu wg stawki 30 zł/h daje nawet dodatkowo 1200 zł/miesiąc.

Pomysł 3. Działalność gospodarcza „na boku”. Patric McGinnis w „10-procentowym przedsiębiorcy” wyjaśnia nam tę ideę. Podobnie czyni Tim Ferriss w „Narzędziach tytanów”. Własna firma może być efektywnym wehikułem do dodatkowych kilku tysięcy złotych. Może więcej. Do pewnej kwoty nie musisz nawet zakładać dg.

Pomysł 4. Dołóż z wynajmu. Poprzez wynajem rozumiem zarówno wynajęcie mieszkania, domku na wsi, jak i pokoi na Airbnb czy nieużywane auta. Kombinuj co możesz zrobić.

Pomysł 5. Czerp zyski z inwestycji kapitałowych. Akcje, obligacje, lokaty, co sobie wybierzesz. Oczywiście, do tego akurat punktu trzeba mieć kapitał i tu pojawia się problem. Trzeba najpierw go oszczędzić.

Pomysł 6. Spłać przed terminem kredyty i pożyczki. Nadpłata pozwoli zaoszczędzić kupę kasy. Warto o tym pomyśleć. już teraz. Wiadomo, taki sposób nie okaże się łatwy, ale zysk spory (hipoteki są teraz oprocentowane na 8-9%, a co dopiero pożyczki konsumpcyjne).

Pomysł 7. Poproś o podwyżkę. Najprostszy sposób zarabiania prawie bez wysiłku, to poproszenie o podwyżkę i… dostanie jej. Dobrze przygotuj się do tej rozmowy. A podwyżkę, przeznacz na oszczędności.

Pomysł 8. Zmień pracę. Kiedy szef nie chce dołożyć paru groszy, szukaj szczęścia gdzie indziej. Często na podobnych stanowiskach, w tym samym mieście zarobki sporo się różnią (np. w moim zawodzie w jednym miejscu zarabiam o 7% więcej podstawy niż w drugim).

Generalnie, zwiększenie dochodów dzisiaj, oznacza wyższą emeryturę w przyszłości, pamiętaj o tym.

Sprawdź czy w ogóle jest nadzieja na emeryturę z ZUS. Wpis po komentarzu Marka. Jak się bronić?

Pomysł emerytury z ZUS jako pewnego źródła wystarczających dochodów na starość, staram się wybijać z głowy dzisiejszych czytelników poniżej czterdziestki. Ponieważ niedawno Marek napisał w komentarzu o „nadziei” na takie „gwarantowane” świadczenie, warto spojrzeć na praktykę i przepisy prawa, czyli zafundować sobie zimny prysznic.

Pewna pani, żeby było ciekawiej – księgowa i właścicielka biura rachunkowego, aby uniknąć problemów, założyła spółkę z o.o. Była większościowym wspólnikiem i prezesem zarządu na etacie. Wszystko trwało 30 lat, ZUS brał składki, wypłacał świadczenia itp. I nagle, po takim okresie, wydał decyzję – pani nie jest ubezpieczona i nigdy nie była, bo umowa o pracę z własną spółką, jest pozorna. Do tego zwróci już-nie-ubezpieczonej składki za ostatnie 5 lat. A co z resztą? Otóż w czasie pandemii rząd Morawieckiego (PiS) zafundował taki przepis: zwracamy składki tylko za 5 lat, a resztę zabieramy do FUS (czyli wspólnego worka). Wbrew pozorom, problem nie dotyczy wyłącznie prezesów spółek, ale może dotknąć każdego z nas. Nie ma składek, nie ma emerytury ani stażu ubezpieczeniowego (czyli nie należy nam się nawet minimalna). I teraz, Marku, chyba widzisz, dlaczego nie liczę na państwową emeryturę?

Ktoś w ZUS albo w rządzie może przez lata przyjmować składki, a potem nic nie wypłacić? Otóż, to nie pierwsza taka sprawa. Wcześniej ZUS masowo wyrejestrowywał kobiety w ciąży („matki przeciwko ZUS”), żeby nie płacić za zwolnienia i macierzyński. Notorycznie pozbawia się świadczeń KRUS rolników (na tej samej zasadzie – bo kiedyś przez trzy miesiące pracowałeś za granicą, więc wyrejestrujemy `20 lat wstecz). Problemy mieli zatrudnieni w firmie własnych rodziców. Pozbawiano ludzi prawa do tarcz COVID. Wcześniej plagą stał się brak dokumentów po likwidowanych przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych (jak robotnik nie dopilnował wpisu w książeczkę ubezpieczeniową – dostawał emeryturę minimalną).

Czy można się bronić i jak? Otóż, natychmiast odwoływać się do sądu. Jeśli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji, zapraszam do kontaktu w komentarzach. Paru osobom już pomogłem w walce z tym nienażartym potworem. Walka jednak to droga przez mękę (trwa kilka lat). Poniżej krótka instrukcja.

Linia obrony musi bazować na dwóch argumentach:

  1. Umowa o pracę/tytuł świadczenia wcale nie był pozorny. Ponieważ np. jest drugi wspólnik, ktoś był prezesem ale faktyczne rządy sprawowała inna osoba, umowa była wykonywana itp. Warto sobie poczytać wyroki Sądu Najwyższego, bo co osoba, to przypadek. Mojego brata też próbowano wyrejestrować, ale po dobrym piśmie, odpuścili.
  2. Takie postępowanie ZUS chociaż teoretycznie zgodne z prawem, narusza konstytucyjne uprawnienia obywatela i jego zaufanie do państwa. Paru udało się na tym wygrać, ponieważ niektóre (słowo-klucz) sądy rozumieją grozę sytuacji.

W żadnym wypadku nie udzielać wyjaśnień bez konsultacji, ZUS tylko na to czeka. W rzeczywistości ma tyle informacji, ile mu damy i co znajdzie w oficjalnych rejestrach. Urzędnik nie dysponuje ani umową spółki, ani podziałem obowiązku między członków zarządu, ani wiedzą, kto faktycznie prowadzi sprawy spółki. Prawo handlowe zna słabo. W gruncie rzeczy powtarza slogany. I tu jest szansa – ponieważ nie każda umowa o pracę prezesa zarządu ze spółką w której ma większościowe udziały da się podważyć. W efekcie, nerwów nam napsują, czasu nakradną, kosztów narobią, ale często przegrywają, bo są zwyczajnie słabi.

Wracając jednak do „nadziei na emeryturę”. Jak widać nikt nie jest bezpieczny. Dzisiaj uderzyli w prezesa zarządu, jutro stwierdzą, że Twoje i moje zgłoszenie sprzed 26 lat jest nieważne, bo podpisała go osoba nieuprawniona do reprezentacji firmy (np. księgowa bez pełnomocnictwa), więc sorry, składki weźmiemy, a emerytury nie dostaniesz. Stąd liczę na siebie. Może PPK, nieruchomości, akcji ani IKZE mi nie zrabują. A jeśli nawet, zabezpieczą nas niskie koszty życia.

Czy klasyczne FIRE jest realne dla przeciętnego zjadacza chleba?

Jestem właśnie po lekturze kilku książek amerykańskiego ruchu wczesnych emerytów (FIRE). Niektórzy, jak Joe Dominguez, rzucili pracę zaraz po 30-tce, utrzymując się z inwestycji kapitałowych. W USA, wiadomo, ale w Polsce?

No cóż zauważam kilka prawidłowości.

Większość FIRE to single lub DINKS (czyli para bez dzieci). Taka sytuacja sporo zmienia. Wyobrażam sobie życie za 1500 zł, w domu na wsi, z własnym ogrodem, bez auta. We dwoje – potrzebuję 2500 zł. We trójkę (1 dziecko) – już 5000 zł i auta.

Różnica pomiędzy 1500 zł, a 5000 zł, przy założeniu 4% wypłat (fundament FIRE) wynosi: 450.000 zł oszczędności lub 1.500.000 zł (słownie: półtora miliona). Potrzebujemy 3 razy więcej pieniędzy.

Młodzi FIRE zarabiają znacznie powyżej przeciętnej. W warunkach USA powyżej 200 tys. USD jako 30-latkowie. Przypomnę, w kraju, w którym pensja minimalna to niecałe 8 USD/h (przeliczając na nasz czas pracy – niespełna 15 tys. USD). Zazwyczaj takie możliwości mają: przedstawiciele sektora IT, bankowości (głównie inwestycyjnej) itp. Garstka.

A teraz przenieśmy to do Polski. Załóżmy młodą rodzinę, która właśnie skończyła studia (24 lata). Oboje pracują i żyją za 3000 zł, mieszkając z rodzicami, lub w darowanej nieruchomości. Żeby zostać emerytami w ciągu 6 lat (i żyć we trójkę za 5000 zł), musieliby odkładać 240.000 zł/rok. Wybaczcie, ale mało realne. Wymagałoby to zarobków na poziomie 23.000 zł netto za dwójkę. Ilu absolwentów potrafi zarobić taką kwotę? Niewielu.

Nawet, gdyby planowali „emeryturę po 40-tce” (czyli oszczędzali 16 lat), potrzebowaliby oszczędzić ok. 7000 zł/m-c, czyli żyć za 30% dochodu.

Ale wróćmy do przeciętnego zjadacza chleba. Zarabia 5k netto, druga osoba – podobnie (razem 10k), bo są jeszcze młodzi. Rezygnując z dzieci, starcza im 750.000 zł oszczędności. Żyjąc 50/50 (za połowę, połowę oszczędzając) składają 60k/rok, powinni czekać prawie 9 lat, aż zbiorą taką sumę. No i potrzebowaliby stopy zwrotu netto 8%/rok. Przy 5% rok – 10 lat. I ten plan okazuje się realny. Wymaga jednak sporych wyrzeczeń. I życia za 2,5k/m-c czyli co najmniej domu po dziadkach na wsi (kupując siedlisko i remontując go, musieliby dołożyć kilka lat, albo zwiększyć stopę oszczędności).

Odpowiedź na tytułowe pytanie – realne, chociaż bardzo trudne.

Czy tzw. przeciętny inwestor jest w stanie osiągać stopę zwrotu 10% w okresie 40 lat?

Ten wpis stanowi obiecaną reakcję na komentarz Bartka do wpisu o koncie spełnionych marzeń.

Problem 1. Kim jest przeciętny inwestor?

Pojęcie „przeciętny inwestor” definiuję tak: przedstawiciel klasy średniej, prowadzący działalność gospodarczą lub pracujący, z wykształceniem średnim lub wyższym, oraz dochodami w rodzinie na poziomie 15-50 tys. zł.

Co to oznacza? Eliminujemy z rozważań absolwentów szkół branżowych (dawne zawodówki), jak i doktorów/profesorów. Nie wymagamy wiedzy ekonomicznej na poziomie akademickim. Odpadają także single (z przyczyn praktycznych – im łatwiej oszczędzać, jak i podejmować ryzykowne decyzje, bo nie muszą ich konsultować z małżonkiem/partnerem).

Zakładamy pewien poziom dochodów zarówno z dolną, jak i górną granicą (średnia krajowa +20% na członka rodziny do 3,5 krotności tej kwoty). Przeciętny inwestor odpowiada zatem lansowanemu przeze mnie na blogu „milionerowi za średnią krajową+20%”. Nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt głupi, no właśnie … przeciętny.

Problem 2. W co inwestuje przeciętny inwestor?

Tutaj mamy już dość szerokie spektrum, obejmujące:

  1. Własną firmę,
  2. Akcje,
  3. Fundusze inwestycyjne,
  4. Obligacje,
  5. Nieruchomości,
  6. Złoto, srebro,
  7. Obowiązkowe i dobrowolne plany emerytalne.
  8. Ubezpieczenia.
  9. Waluty.
  10. Opcje i kontrakty terminowe.

Część pieniędzy idzie na rynki zagraniczne. I tutaj pierwsza niezgodność z wizją Bartka. Nie miałem powodu, aby uznać za właściwą myśl o braku dywersyfikacji zagranicznej. Dzisiaj to znacznie łatwiejsze niż 20 lat temu.

Dopuszczam też „krótką sprzedaż”.

Problem 3. Czy mamy szansę na 40 lat „stabilnego inwestowania” i co z tego wynika?

Kolejne zastrzeżenie postawione przez Bartka. Udziela odpowiedzi negatywnej, zauważając (i słusznie), że w historii Polski nie było okresu 40 lat prosperity.

Zgadzam się, lecz nie falsyfikuję tym tezy o możliwości zarobienia 10% rocznie.

Otóż we francuskiej literaturze ekonomicznej pojawia się pojęcie „wspaniałej 30-tki” czyli nadzwyczajnego okresu prosperity ekonomicznej trwającej … 30 lat. Śledząc historię nie tylko Polski, ale i Francji, a nawet USA widać, że 40 lat bez kryzysu i wojny nie istniało, a pomimo tego ludzie zwiększali swój majątek. Jak to możliwe?

Otóż nawet „przeciętny inwestor” musi nauczyć się korzystać z narzędzi takich jak: krótka sprzedaż, równoważenie portfela i inne środki zarządzania ryzykiem. Wtedy wojna stanie się … źródłem dodatkowego zarobku. Podobnie jak kryzys.

Problem 4. Jak osiągnąć stopę zwrotu 10% w długim okresie?

Stopa zwrotu 10% oznacza, że inwestycja podwaja swoją wartość co 7,2 roku. Szybko.

Pełną odpowiedź na pytanie dam w przygotowywanej książce. Teraz skoncentruję się na bardzo ogólnych założeniach.

Stosować zlecenia „stop straty” – nie dopuszczać do gigantycznych obsunięć kapitału. Ogólnie – możemy sobie pozwolić na -20% w najgorszych latach, o ile w najlepszych zyskamy +30% i więcej.

Dywersyfikować. Tu zgadzam się w 100% z Bartkiem. Potrzebna jest dywersyfikacja klas aktywów, branżowa i geograficzna.

Maksymalizować zyski i minimalizować straty.

Zaprzęgać do pracy cały kapitał.

Unikać opłat i podatków.

Proste zasady, a umożliwiają poprawę wyników inwestycyjnych.

Minimalizować obciążenia podatkowe (poza dywersyfikacją – klucz do sukcesu).

Stworzyć system pozwalający rozpoznać trudne czasy lecz nie reagujący nadmiarowo. Uważać na „czarne łabędzie”.

Reinwestować zyski.

Nie bać się grania na zniżkę, ale wtedy, gdy tę zniżkę już mamy.

Problem 5. Testowanie na modelach historycznych.

Większość popularnych strategii da się testować na warunkach z przeszłości. Zawsze coś. Natomiast przyszłość może wyglądać inaczej. Dlatego trzeba dobierać różne okresy.

I tak, weźmy na tapet nieruchomości. Kto kupił w 2005 r., a sprzedał w 2025 r. osiągnął nie tylko zysk w czasie 20 lat, wystarczający, aby kolejne 20 lat trzymać się strategii bezpiecznych i wyjść na te 10%, ale i ma stały przychód pasywny.

Przykład 1. W 2005 r. dwupokojowe mieszkanie w moim mieście kosztowało 2000 zł/m2, obecnie 10.000 zł. Tu już mamy 400% zysku. A doliczmy jeszcze czynsze i ich reinwestowanie (dajmy na to w akcje dywidendowe).

A jeszcze agresywniejsza polityka. Zakup nieruchomości na kredyt. Wystarczyło mieć 10% wartości.

Mini-emerytura czy mikro-emerytura? Co razi Tim Ferriss, a co oszczednymilioner.

Tim Ferriss w swoim „4-godzinnym tygodniu pracy” wprowadza pojęcie mini-emerytury. Zakłada, że nawet jeśli dożyjemy prawdziwego odpoczynku (obecnie 65 lat dla facetów), będziemy zmęczeni, chorzy, zbyt biedni, by naprawdę cieszyć się czasem. Dlatego trzeba wybrać coś innego – mini-emerytury. Co to oznacza?

Mini-emerytura to dłuższa niż standardowy urlop przerwa w pracy. Pamiętajmy – Tim żyje w USA, gdzie typowy pracownik ma 10 dni urlopu rocznie. Dlatego tak zachęca do „zniknięcia”, które dzisiaj nazwałbym pracą zdalną. W Polsce, na szczęście, możemy sobie pozwolić na więcej. Standardowo 26 dni, a w niektórych zawodach (nauczyciele, nauczyciele akademiccy, niektórzy urzędnicy, sędziowie itp.) oraz sytuacjach (stopień niepełnosprawności) dostaniemy jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt dni ekstra. Bywają też „urlopy dla poratowania zdrowia” i tym podobne „wynalazki”. Dla wielu jednak ideał Ferrissa – jeden miesiąc wolnego na kwartał, 3 miesiące na rok nawet roczne wyjazdy, pozostają w sferze marzeń. Nikt nie da im ani prawie 90 dni urlopu w roku, a rzucenie etatu, żeby sobie pojeździć, raczej nie wchodzi w grę (rodzina). Czyli mini-emerytury realne pozostają dla wąskiej grupy przedsiębiorców internetowych, freelancerów, naukowców, pisarzy itp. Reszta musi obejść się smakiem.

Długo myślałem co z tym zrobić. Przecież z pewnością jest jakieś wyjście z labiryntu. I znalazłem. W moim przypadku (2-3 dni pracy w biurze na etat, plus urlop, plus zdalna) dysponuję (bez zwolnień) w sumie dwutygodniowym urlopem plus 75 dniami niebiurowymi plus weekendy. Jednocześnie specyfika mojej pracy i firmy (umawiane spotkania minimum raz w tygodniu, konieczność fizycznego odbioru listów) wyklucza wyjazd np. na rok, kwartał, a nawet miesiąc. No, ale na krótsze wyjazdy mam czas. I w ten sposób dochodzimy do sedna. Mini-emerytura ma pewien cel – dać wypocząć (do czego podobno potrzeba 3 tygodni wolnego). A gdyby postawić sprawę inaczej. W ogóle się nie męczyć? Da się? Pewnie. Gdy pracuję systemem 3/4 (trzy dni w pracy, cztery dni w domu), zupełnie inaczej funkcjonuję. Poziom mojego stresu rzadko wystrzeliwuje poza dopuszczalną skalę. W zasadzie nie potrzebuję długiego urlopu, ponieważ jestem stale odpowiednio zrelaksowany. Jak lew, który przez większość czasu leży na trawie, zrywając się niekiedy na polowanie. Pracuję i karmię lenia we mnie. Ważne, by okresy pracy i wypoczynku przeplatały się. Czyli np. pracuję wtorek-czwartek a od piątku do poniedziałku mam wolne, albo pracuję poniedziałek, wtorek, czwartek, a byczę się w środy i od piątku do niedzieli. I ten system pracy nazwałem mikro-emeryturą. Czy potrafisz go powtórzyć? Jak to zrobić?

Sposób 1. Praca na część etatu lub na godziny. 1/2 etatu to 20 godzin tygodniowo. Da się je ogarnąć w 2-3 dni. Potem mamy 4 dni wolnego. Podobnie na zleceniu. Możemy intensywnie działać całą dobę (24 godzinny dyżur), a w pozostałym czasie – odpoczywać.

Sposób 2. Praca w nietypowych godzinach. Znam miejsca, gdzie pracuje się „na nocki”, w systemie 24/48 (24 godziny ciągłej pracy, potem 48 godzin wolnego) lub 12/24 (dwanaście godzin w pracy, żeby zasłużyć na 24 godziny luzu). Tam da się wyrobić pełny etat w dwa dni ciągłej pracy (24+24=48), albo trzy dni (24 + dwie „dwunastki”). Rozmawiałem z gościem, który pracuje w Norwegii 2 tygodnie, a 2 siedzi w domu.

Sposób 3. Własna firma lub freelance. W takich warunkach nikt nie stoi nad nami z batem. Sami jesteśmy pracownikiem, kierownikiem a często i księgową, kadrowcem, zaopatrzeniowcem, kierowcą i panią od BHP. Ale są też plusy. Nikt nie może zmusić nas do pracy. Robi to wizja głodu i niezapłaconych rachunków (częściej) lub wyjątkowy napęd wewnętrzny (rzadziej). Umiejmy docenić zalety. Damy radę wziąć większe zlecenie na kwartał zapierdolu i bimbać sobie przez następny. Obijać się dwa tygodnie, a potem kolejne dwa pracować jak szaleni po 16 godzin na dobę. Nadrabiać zaległości całego miesiąca luzu, przez kolejne 2. Tak właśnie działa mój brat, któremu zazdrości większość znanych mi korposzczurów, ponieważ albo zapieprza jak głupi albo odpoczywa w miłym miejscu. Tylko w pierwszym półroczu tego roku był na Malcie, w Grecji, w Belgii, w Maroku (po tygodniu) oraz 3 tygodnie we Włoszech. Nieźle – 50 dni wolnego na półrocze. Druga strona – działalność wysokomarżowa i wykonywana osobiście, oraz często-gęsto 16-20 godzinne sesje pracy pod presja lub krótkie kilkugodzinne okno na poprawne wprowadzenie 20 obszernych dokumentów do systemu. Na pewno – nie dla wszystkich. Nie trzeba koniecznie działać głową – można rękami (rzemieślnik).

Sposób 4. Odpowiedni zawód. Odpowiedni, czyli taki, w którym da się brać 2-3 dni wolnego w tygodniu, albo na zdalnej nikt nas szczegółowo nie kontroluje. Ja taki mam. Podobnie nauczyciele, nauczyciele akademiccy, lekarze itp.

Generalnie chodzi o to, żeby pracować 2-3 a max. 4 dni w tygodniu.

Na koniec – co robić z wolnym czasem? Załóżmy, nie pragniemy emerytury w wersji mikro spędzonej przed telewizorem albo z konsolą do gier. Idziemy raczej w kierunku wypoczynku. A to oznacza: citybreaki (krótkie wyjazdy do interesujących miast), naturebreaki (podobnie, tylko w głuszę), długie weekendy turystyczne lub aktywności na miejscu (rower, kajaki, konie, ogród itp.). Może kupimy sobie działkę, może mieszkanie w fajnej lokalizacji. Generalnie, podobnie jak w czasie wakacji, mini-emerytur – potrzebujemy pieniędzy. Podróże kosztują, drugi dom też, stąd rozwiązanie da się dopasować do osób z nieco grubszym portfelem (nawet w wersji budżetowej: pociąg/tanie linie, namiot/hostel i lokalne żarcie).

Chcecie spróbować mikro-emerytur?