Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Emerytura – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Poprzedni intelektualny fikoł dra Tomasza Lasockiego czyli jego komentarz do wypowiedzi min. Pełczyńskiej-Nałęcz.

Dzisiaj ciągniemy temat ZUS. W poprzednim wpisie o „tajnym raporcie ZUS” poruszyłem temat rozśmieszającego mnie artykułu, w którym „ekonomiczny geniusz w ciele prawnika” rozprawia się z niewinną panią minister.

Dlaczego niewinną? Już tłumaczę. Dr T.Lasocki, wespół w zespół z drem Pawłem Wojciechowskim (tym razem … nauk technicznych, chociaż po magisterium z ekonomii, byłym ministrem finansów, oraz głównym ekonomistą ZUS ) żeby dowód szedł im lepiej, nieco dopasowali sobie słowa nad którymi mieli się pastwić, zniekształcając je i zmieniając sens. Wg artykułu https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/9555108,minister-pelczynska-nalecz-zszokowala-stwierdzeniem-ze-zus-jest-piram.html „Tydzień temu w wywiadzie dla „Faktu” minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zszokowała stwierdzeniem, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych jest piramidą finansową.”

Tymczasem jej słowa brzmiały: „Dobrostan seniorów jest bardzo ważny, tylko nasz system zusowski jest de facto piramidą finansową. Polega ona na tym, że młode pokolenia pracują na starsze. To nie jest wina żadnej władzy III RP, to jest dziedzictwo komunizmu. Dobrobyt pokoleń starszych zależy od wielkości pokoleń młodszych. Powinniśmy dbać, żeby młodych było więcej, żeby oni dobrze i dużo efektywnie pracowali – i to jest najlepszą możliwą inwestycją w to, żeby ludzie, którzy dzisiaj dostają emerytury, dostawali je przez 10, 20, 30 kolejnych lat .”

Ponieważ dla prawnika słowa „de facto” nie znaczą tyle co „de iure”, a następnie nastąpiło obszerne wyjaśnienie, które autorzy w ferworze polemiki (i ponieważ tak im pasowało) pominęli. Dwóch doktorów kłamie po raz pierwszy.

Następnie następują żałosne żonglerki słowne, jakieś opowieści o krześle i krześle elektrycznym. Ani to śmieszne, ani konkretne. Na drugą falę idą ogólne rozważania o naturze systemu finansowego, gwarancjach państwa dla ZUS. Oczywiście chodzi o to, aby zamydlić temat, skoro obaj panowie czerpali chochlą z kasy ZUS (jeden jako ekonomista, drugi pisząc wiekopomny i tajny raport).

Dlaczego zamydlić? Ponieważ pani minister akurat powiedziała prawdę. Pokolenia młode pracują na starsze. Dobrobyt pokoleń starszych zależy od wielkości pokoleń młodszych. Gdzie tu blaga?

Potem doktorzy (dlaczego zawsze w parach, wyjaśnię bliżej końca) pędzą dalej „Natomiast ZUS realizuje konstytucyjne zadanie państwa poprzez repartycję dochodów według określonej reguły ustalonej przez to państwo.”

A gdzie min. Pełczyńska-Nałęcz powiedziała, że nie ZUS nie realizuje zadań? A już zdanie” Sam fakt, że w sensie kasowym zachodzi ruch środków gromadzonych ze składek emerytalnych na wypłaty świadczeń dla emerytów, nie oznacza żadnej automatycznej redystrybucji między młodymi a starszymi. ” uważam za majstersztyk pseudonaukowego bełkotu. I znowu nikt nie twierdził, że system działa automatycznie, więc zwalczane jest stanowisko nieistniejące. Po prostu pracownicy zakładu przyjmują wpłaty, a z wpłat (plus dopłat z budżetu) wypłacają świadczenia. Zabraknie wpłat i podatków, zabraknie świadczeń. Proste. Po co pleść androny o jakimś automatyzmie? Zwłaszcza, że w klasycznej piramidzie finansowej, także automatyzmu nie ma.

Ale wróćmy do „piramidy finansowej”. Otóż doktor nauk technicznych powinien wiedzieć jak wygląda piramida. Ma szeroką podstawę, a potem coraz węższe warstwy, oraz wąski wierzchołek. Matematycznie – ostrosłup prawidłowy. A nasze pokolenia? Dokładnie tak samo. Najwięcej było boomerów, potem ich dzieci „Ygreków i Xów” a najmniej wnuków „Zetek”. Proste. Finansowa – bo odnosi się do finansów (kasy) oraz także dlatego, że przy takiej strukturze demograficznej w pewnym momencie albo zabraknie kasy na wypłaty dla starszych (z wpłat coraz mniej licznych pokoleń), albo trzeba będzie wycisnąć więcej, z tych, którzy płacą. Mówią, że 3-4 razy więcej niż obecnie. W efekcie „Zetkom”, ostatnim w łańcuszku, nie zostanie nic, albo niewiele..

Co na to doktorzy? A mają dla Was wesołą opowieść „Ponadto ostateczną gwarancją wypłaty świadczeń jest funkcjonująca gospodarka, a żadna prywatna instytucja finansowa o takim gwarancie nie może nawet marzyć.” Panowie, jaka funkcjonująca gospodarka po katastrofie demograficznej? Potem jest jeszcze weselej „W funkcjonującym od 25 lat systemie emerytalnym zasada ekwiwalentności „ile odłożysz, taką będziesz miał emeryturę” jest jeszcze bardziej wyeksponowana. Z poziomu indywidualnego przenosi się na poziom funduszowy, co stopniowo podnosi jego wydolność. ” Bez żartów. Emeryturę będziemy mieli taką, jak postanowią rządzący i pozwoli kasa ZUS. Tyle. Pisałem o tym wielokrotnie.

Na koniec obiecana definicja z artykułu -” piramida finansowa jest pojęciem dobrze zdefiniowanym. I tak w punkcie 15 załącznika nr 1 do dyrektywy 2005/29/W stwierdzono, że są to schematy, w których wynagrodzenie konsumenta jest uzależnione przede wszystkim od wprowadzenia innych konsumentów do systemu, a nie od sprzedaży lub konsumpcji produktów. Wobec tego taka instytucja potrzebuje kolejnych uczestników, by trwać. Aż do upadłości.” Pomińmy konsumenta, zastępując go ubezpieczonym (w ramach tego „de facto” jak chciała pani minister”). Ale nasi doktorzy pokpili sprawę, ponieważ nie pkt 15 a 14, nie piramida finansowa tylko po prostu piramida. Przepis brzmi: ” zakładanie, prowadzenie lub propagowanie systemów promocyjnych typu „piramida”, w ramach których konsument wykonuje świadczenie w zamian za możliwość otrzymania wynagrodzenia, które jest uzależnione przede wszystkim od wprowadzenia innych konsumentów do systemu, a nie od sprzedaży lub konsumpcji produktów”

Czy nasza emerytura będzie uzależniona przede wszystkim (więc nie wyłącznie) od wprowadzenia do systemu naszych dzieci? Tak. Czy ZUS coś sprzedaje lub ktoś konsumuje jego produkty? Nie, tam nie ma żadnego produktu. Czy instytucja potrzebuje kolejnych pokoleń by trwać? Chyba nie macie wątpliwości, że tak. Nie będzie płacących, nie będzie emerytur.

Niby jasne, ale jak to tłumaczy doktor prawa? Piramida finansowa jest nielegalna, a ZUS legalny. Zapytam? A gdzie w definicji z dyrektywy było coś o nielegalu? Przeoczyłem, czy panowie znowu ściemniają? „Nie ma mowy o żadnej ekwiwalentności ani zależności od działalności inwestycyjnej, ponieważ działalność piramidy polega na obiecywaniu zysków uczestnikom przede wszystkim za zwerbowanie do udziału w tej strukturze nowych osób.” To ZUS prowadzi wielką działalność inwestycyjną? Czy nie obiecuje zysków? Jest ekwiwalenty? I ponownie, a gdzie w definicji z dyrektywy te wszystkie elementy? Znowu mi umknęło? Itd. itp.

Zostawiam sobie jeszcze co smaczniejsze kąski „Nie chodzi o to, że młode pokolenia pracują na starsze. Po co doszukiwać się zależności zysków jednych kosztem drugich, skoro nowy system został oparty na zasadzie indywidualnego konta?” A co zyskam z indywidualnego konta, skoro nie zawiera ono realnych środków, tylko obietnicę ich pozyskania od następnych pokoleń w przyszłości? A już wiadomo, że tych pokoleń nie będzie w wystarczającej liczbie.

I samą śmietankę „Zreformowany w 1999 r. system w części powszechnej do dziś stanowi wzór do naśladowania. Owszem, wymaga korekt, choćby w zakresie instytucji minimalnej emerytury lub tzw. emerytur groszowych. Jednak czy można cokolwiek budować, niszcząc fundamenty poprzez doszukiwanie się oszukańczego schematu piramidy finansowej tam, gdzie go nie ma?” To już faktycznie wysokie tony. Wzór do naśladowania przez kogo? Wymaga korekt, znaczy socjalizm tak, wypaczenia nie? I forte z oburęcznych akordów (niech mi wybaczą muzykolodzy) – budowanie przez niszczenie. Tu już zamiast pary doktorów (wyjaśniam, dlaczego para – Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej. Mistrz i uczeń. ) mamy tow. Wiesława, tow. Wojciecha zachęcających do ciężkiej pracy i pogonienia wichrzycieli Dlaczego? Bo, jak mówią młodzi, hajs musi się zgadzać. Obaj panowie radośnie sobie żyją, podjadając z ZUS-owskiego kotła, zatem muszą chwalić system. Nazwijmy ich więc po imieniu, starorzymskim określeniem – klientami tego systemu oraz pozdrówmy jak von Horn Bucholza, robiąc sobie grubą nieprzyzwoitość z ich tytułów, systemów itd. Umiejąc liczyć, liczmy na siebie.

.

Tajny raport ZUS o emeryturach przedsiębiorców. Kolejna nieprawdziwa narracja.

„Dobrowolne ubóstwo. O konsekwencjach dobrowolnego ZUS dla samozatrudnionych” taki tytuł nosi podobno raport wykonany na zlecenie poprzednich władz ZUS przez Polską Sieć Ekonomii. Sam raport pierwotnie utajniono, a potem jednak przedstawiono opinii publicznej – https://www.zus.pl/documents/10182/24154/Raport+-+Dobrowolne+ub%C3%B3stwo.pdf/7456a747-c715-44ef-9431-d5c082e974cd?t=1737752803323 Czy jest się czego bać?

Zupełnie nie i już wyjaśniam – dlaczego. Generalnie, główny prezentowany wniosek sprowadza się do konkluzji – emerytury przedsiębiorców będą tak niskie, że „nawet po 30 latach” prowadzenia dg państwo dopłaci do minimalnego świadczenia – tragedia, więc trzeba zwiększyć składki, zlikwidować ulgi itp. I z nim trzeba się rozprawić.

Raport firmują Janina Petelczyc i Tomasz Lasocki. Po sprawdzeniu w wyszukiwarce CEIDG z uwzględnieniem wykreślonych „niespodzianka” – żadna tych osób (pierwsza ma rzadkie nazwisko, a w drugim przypadku pojawiają się usługi samochodowe i optyczne – nieadekwatne do przedmiotu zainteresowania) działalności gospodarczej nigdy nie prowadziła. Do tego Janina Petelczyc (politolog) publikowała regularnie w „Krytyce Politycznej”, a Tomasz Lasocki (z wykształcenia prawnik) rozbawia mnie do łez analizami https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/9555108,minister-pelczynska-nalecz-zszokowala-stwierdzeniem-ze-zus-jest-piram.html – w wielkim skrócie, błędnie rozkładając na czynniki pierwsze, działalność ZUS, pod kątem definicji piramidy finansowej (będzie o tym wpis).

Teza 1. Przedsiębiorcy płacą najmniej, jak to możliwe. Otóż – badacze Polskiej Sieci Ekonomii, która składa się z nie-ekonomistów, Ameryki nie odkryli. Średnia składka przedsiębiorcy jest niższa niż od minimalnego wynagrodzenia. Nie dlatego, że przedsiębiorcy oszukują, lecz z powodu różnych ulg („małych ZUSów”). Przeważająca większość płaci „najmniej jak się da”. Dlaczego? Ponieważ to się kalkuluje. Wrzucanie kasy w czeluść ZUS kompletnie nie ma sensu. Liczyłem wielokrotnie. Znacznie lepiej wychodzi ktoś, kto inwestuje w PPK czy IKZE, a jeśli potrafi – samodzielnie. Weźmy kogoś, kto „odkłada” w ZUS te 60% prognozowanego średniego wynagrodzenia, co daje 1015 zł m-c przez 40 lat. Na koniec dostaje 1800 zł (emerytura minimalna) przez niecałe 9 lat (mężczyźni). Przecież to kompletnie nie ma sensu. Gdyby odkładał „na boku” z zyskiem 5% po 40 latach zbierze 1,5 mln zł, co daje 75 tys. zł emerytury rocznie i 7000 zł/m-c. No i pozostały kapitał dziedziczy się. W gorszej sytuacji znajdą się kobiety, ale i one wyjdą na plus (1.150 tys. zł da im 4000 zł emerytury). I takiego właśnie wyliczenia zabrakło mi w raporcie. Dlaczego go nie ma? Proste – za badanie płacił ZUS.

Teza 2. Osoby, które prowadzą działalność nie mają w wieku emerytalnym środków wystarczających do obliczenia emerytury minimalnej. Państwo będzie musiało więc dopłacić do ich emerytur minimalnych. Zaraz, zaraz . Tyle to ja wiem i bez 70-stronnicowego raportu. Ktoś, kto odprowadza małe składki, musi zebrać niewiele.

Właściciel małej firmy odprowadza składkę jak ktoś z pensją 5203,80 zł. Powiedzmy sobie szczerze – tak zarabia w Polsce całkiem sporo osób – ich ten problem także dotyczy. Nie opisujemy jakieś nadzwyczajnej sytuacji. Państwo dopłaca nie po 10% (jak w tym przypadku), ale po 90% rolnikom, księżom i zakonnikom, 100% sędziom, prokuratorom, całej mundurówce. Jan dodałby – jeszcze całej budżetówce. Stąd dlaczego państwo nie może dopłacić 150 zł przedsiębiorcy, a może nawet więcej, pracownikowi na minimalnej lub 90% rolnikowi? Co ich różni? Nic. Natomiast twórcy raportu – uważają inaczej. No cóż, droga wolna, państwo naukowcy, proponuję skorzystać z ptasiego mleka we własnej firmie. Nie chcecie? Może jednak pisanie analiz dla ZUS i granty z Krytyki Politycznej (strzelam: na zasadzie umowy o dzieło – czyli bez składek) wychodzi lepiej.

Teza 3. Ubóstwem emerytalnym są zagrożone w szczególności samozatrudnione kobiety.  Kolejny raz – a co w tym dziwnego? Ktoś pracuje krócej, mało uzbierał. Kogoś (poza krytycznie-politycznymi naukowcami) jeszcze to dziwi? . Ale tak samo zagrożone ubóstwem będą pracownice na pensji minimalnej (dzisiaj dostaje ją prawie 30% zatrudnionych). Dlaczego czepiać się przedsiębiorczyń, które dodatkowo niszczy ZUS, gdy tylko podniosą podstawę (hasło: matki przeciwko ZUS). Zresztą nawet wg danych wyjściowych raportu tzw. próba 2400, widać, że kobiety zarabiają mniej – ok. 60% dochodów mężczyzn z dg. Dodatkowo mają przerwy – zatem ubóstwem emerytalnym zagrożone są i gdyby wprowadzić inne składki. Drugi aspekt – nieefektywność „lokat ZUS” w przypadku składki od dochodu ich problemy jeszcze pogłębiłby.

Teza 4. Wprowadzenie tzw. dobrowolnego ZUS-u dla przedsiębiorców, o którym mówią niektórzy politycy, byłoby tragedią dla samozatrudnionych przechodzących na emeryturę. Halo, halo, tu ziemia. Nie byłoby tragedią z kilku powodów.

Po pierwsze – przedsiębiorcy odkładają na boku. Nie liczą wyłącznie na państwową emeryturę. M.in. dlatego, że płacą takie składki. Gdyby zrobić inaczej – znajdą się w gorszej sytuacji, bo nie będą mogli odkładać z wyższą stopą zwrotu.

Po drugie – podjęto kroki zachęcające, by oszczędzali jeszcze więcej. Limit IKZE dla przedsiębiorcy wynosi 150% limitu pracownika.

Po trzecie – wszyscy emeryci przeżyją szok. Wszyscy dzisiaj w okolicach 40-tki. Nawet w przypadku, dość dobrze zarabiającego specjalisty (od 10 lat – ok. 250% średniej), emerytura wyniesie 30% ostatniej pensji, a więc 6000 zł (wg obecnych kwot i siły nabywczej). 5000 zł netto, dla kogoś, kto zarabiał dotychczas prawie 14.000 zł netto. Nie będzie eldorado, jak dzisiejsi emeryci, dostający świadczenia 70 a nawet czasami 100% ostatniego wynagrodzenia netto. Przy spadającej dzietności nie da się tego utrzymać. Sam widziałem prognozy, w którym WSZYSTKIE kobiety urodzone po 1977 r. dostaną minimalne świadczenie, niezależnie od tego, ile składek płaciły.

Teza 5. Statystyczny samozatrudniony osiąga przeciętnie znacznie większy dochód niż wynosi zarobek pracownika, a jednocześnie samozatrudnieni płacą bardzo niskie składki na ubezpieczenia społeczne, niższe od osób pracujących na etat. Półprawda oparta o statystykę, dodatkowo kulawą. Widać to po stworzonej na potrzeby badania tzw. próbie 2400. Poza informacją o płci (1200 kobiet, 1200 mężczyzn) nic nie wiemy o jej statystycznej istotności (odzwierciedleniu populacji, branż). Po prostu naukowcy takie dane dostali i takie wzięli. Spory błąd. Chętnie zobaczyłbym tabele źródłowe . Ma ona odzwierciedlać rozkład dochodów w grupie 2400 przedsiębiorców. I mamy wykres 7 na str. 33 raportu. Co tam widzimy?Podzielono płatników na 3 grupy: dochód niski, średni, wysoki w określonych przedziałach do 2500 zł, 2501-7000 zł, 7001 zł i więcej. Dlaczego 3 grupy, dlaczego takie wielkości? Zero uzasadnienia. Ale najlepsze przed wami. Próba 2400 powinna zawierać …. 2400 osób, prawda? A tutaj mamy ok. 900 osób (suma we wszystkich grupach). Co się stało z 1500 przedsiębiorców? Wyparowali? Nie podali dochodów? Zaliczają stratę? Nie wiadomo. Jak na takiej podstawie można cokolwiek wyliczyć? Dlaczego dochód 7001 zł/m-c nazwiemy „wysokim”, skoro kształtuje się na poziomie nieco powyżej przeciętnego wynagrodzenia? Przecież to jakieś żarty, a nie poważne badanie, za które płacimy z …. naszych podatków.

I jeszcze jedne kwestia – „przeciętny przedsiębiorca”. Podobno w „próbie 2400” średni dochód wyniósł 155.309 zł (prawie 200 tys. zł mężczyźni i 110 tys. zł kobiety). I na tej podstawie prowadzone są wyliczenia o „zaniżonych składkach”. Super, tylko średnia arytmetyczna to złe narzędzie (prawnik z politologiem mogą o tym nie wiedzieć) do analiz statystycznych. Jeżeli samozatrudniony w IT płaci minimalną składkę od dochodu 300 tys. zł/rok i taką samą właścicielka kiosku z dochodem 10 tys. zł na rok, ich średnia wychodzi ….155 tys. zł/rok. Stąd takie wyniki. Worek pn. samozatrudnieni zawiera mnóstwo elementów. Niektórzy płacą składki relatywnie wysokie, inni faktycznie niskie (fikcyjne jednoosobowe firmy, pracujące dla jednego klienta np. jako zarządzający), ponieważ dg stało się sposobem optymalizacji składkowo-podatkowej dla lepiej zarabiających. I zwalczajmy patologię, a nie wszystkich przedsiębiorców. Ponieważ ten ostatni ma jeszcze jedną cechę – rzadko korzysta z państwa: leczy się prywatnie, dzieci posyła do prywatnej szkoły, nie bierze kasy z MOPS-u, zasiłku dla bezrobotnych itp.

Pracownik na emeryturę odprowadza niecałe 10% pensji. A przedsiębiorca? Nie znam danych dotyczących średniego dochodu przedsiębiorcy(w tajemniczej i prawdopodobnie błędnej próbie 2400 jest to 155 tys. zł) ani mediany w jdg (ZUS go zna), ale popatrzmy, że składka emerytalna równa się 19,76%. Gdyby przyjąć takie 13 tys. zł podstawy miesięcznie, oznaczałoby to 2,6 tys. zł. Może i taka wychodzi średnia z dziwnej próby 2400, ale ile małych firm (nie fikcyjnych samozatrudnionych) tak zarabia? I ilu pracowników, rolników, księży zarabiających faktycznie 13k miesięcznie nie płaci składek wcale lub śmiesznie małe (odwołajmy się do listy uprzywilejowanych)?

Teza 6. Przedsiębiorcy więcej zasysają z chorobowego niż wpłacają składek. Tutaj kłania się podstawowy błąd merytoryczny. Otóż wykres na stronie 39 nie uwzględnia jednego faktu – ubezpieczenie chorobowe przedsiębiorcy jest nieobowiązkowe. A to znaczy, że płacą go tylko zainteresowani – tacy, którzy wiedzą, że zaraz zaczną korzystać. Wyciąganie wniosków dotyczących całości grupy okazuje się błędem. W moim miejscu pracy średnia długość zasiłków chorobowych rocznie wynosi 25 dni (wobec średniej krajowej 33 dni – dane ZUS). Średnią w firmie znacznie zawyżają:

  • etatowi chorujący i matki małych dzieci (średnia 90 dni) – niewielka grupa beneficjentów systemu (5-10%),
  • kobiety w ciąży (średnia 180 dni).

I właśnie analogiczne grupy przedsiębiorców (dodatkowo nadreprezentowane w próbie 2400) opłacają sobie dobrowolne ubezpieczenie chorobowe jak przedsiębiorcy. W przypadku pracowników – równoważą ich osoby nie korzystające z L4.

Teza 7. Przedsiębiorca powinien płacić ZUS od dochodu – wtedy uzyska godną emeryturę. Oczywiście lek na wszystkie bolączki – podnieść składki do wysokości blisko 20% dochodu. Tylko tak przedsiębiorca dostanie wysoką emeryturę. Oczywiście, dla każdego, kto zna opisywaną przeze mnie na blogu sytuację ZUS (uznaniowość, demografia), taka obietnica wywoła pusty śmiech. Możesz płacić wysokie składki, a dostaniesz … guzik, bo nagle sejmowa większość przegłosuje „świadczenie obywatelskie”. W rzeczywistości ZUS-owi chodzi o bieżące zasypanie dziury (wysokie składki) a o reszcie dopiero pomyślą. Nie stanowią wyjątku – tak działał już Bismarck.

Nie mam wątpliwości, że przedsiębiorcy sobie z tym poradzą, nagle cudownie spadnie im dochód, ubezpieczą się chorobowo i pół roku przesiedzą na zwolnieniu itp. Tego naukowcy nie przewidzą, bo jako się rzekło, działalności gospodarczej nigdy nie prowadzili.

A biedni (z niskim dochodem)? Dla nich nie ma żadnej recepty, chodzi o to by łupić najwięcej zarabiających.

Teza 8. Wadami dobrowolnego ubezpieczenia są: zagrożenie powszechności systemu, ” dobrowolność przytłaczająco rozszerzy pole do instrumentalizacji uczestnictwa w systemie zabezpieczenia społecznego” – musiałem zacytować, zwiększą się wypłaty z innych systemów.

Każde z tych twierdzeń da się sfalsyfikować. Otóż tzw. powszechność systemu jest konstrukcją teoretyczną. Z ZUS wyłączono ogromne grupy uprzywilejowane (KRUS, mundurówka, sędziowie, prokuratorzy), a niektórym (duchowni, górnicy) dopłaca się krocie. Utrwalanie takiej praktyki nie ma żadnej wartości, a tym bardziej nie istnieje powód, dla którego mieliby go utrzymywać przedsiębiorcy.

Tzw. pole do instrumentalizacji oznacza – komu się opłaca – przystępuje, kto widzi lepsze lokaty – nie przystępuje. W praktyce – do ZUS zapisze się dobrowolnie może 10% przedsiębiorców i to tylko na 20-25 lat, aby uzyskać świadczenie minimalne (jak pracownicy). I nie widzę w tym nic złego. Dokładnie to samo robią pracownicy. Idą na renty, pracują na czarno po zaliczeniu minimalnego stażu do emerytury. A negatywne skutki? Widać po artystach. Ta grupa przez lata nie miała obowiązkowych składek. Czy gryzą piach? Nie, albo pracują do śmierci, albo odłożyli wystarczająco dużo i śmieją się z ZUS-u oraz jego „zawrotnych” świadczeń.

Zwiększenie wypłat z innych systemów wymaga większej uwagi. Czy faktycznie przedsiębiorcy rzucą się masowo do pomocy społecznej? Chyba nie. A powód jest prosty. Żeby pójść do MOPS-u nie można mieć istotnego majątku, a przedsiębiorcy zapobiegliwie go gromadzą, ponieważ na ZUS nie liczą. A jak nie ma majątku, są dzieci. Nie bójcie się MOPS dobrze sprawdza, czy ma kto płacić alimenty. Jeśli znajdzie taką osobę, odmówi zasiłku. Dlatego, problem pomocy społecznej jest pomijalny. Naukowcy rozdmuchując go, bazują na porównaniu z Niemcami. Nie znam tego systemu, ale być może rozwiązany jest inaczej (nie szukają dzieci, nie grzebią w majątku – tam zresztą większość na wynajmie). A nawet gdyby przedsiębiorcy wybrali tę drogę? No cóż, po to całe życie płacili podatki. Zabierzmy dopłaty dla nierentownych kopalń, krewnych i znajomych królika oraz kleru tzw. willa plus, a oddajmy tym, którzy całe życie wspomagali system. Takiej refleksji mi zabrakło. Przedsiębiorca jest dla autorów raportu wyłącznie dojną krową i tak zestawiają dane, by więcej mleka wyssać mu ze strzyków.

Błędy merytoryczne, które udało mi się wyłapać.

  1. Sławetna próba 2400, której reprezentatywność łatwo zakwestionować (str. 39 – „Ponadto w próbie znajdują się wyłącznie roczniki 1975-1985”), a okazała się próbą 900 (wykres na stronie 33) i która stanowi podstawę większości wniosków (w tym tezy 6).
  2. Przypis str. 33 – „Większość ubezpieczonych ustala składki od przychodu tj. pełnej otrzymanej kwoty. W przypadku samozatrudnionych powinien być to dochód, który jest różnicą między przychodem, a kosztami jego uzyskania.” Bzdura. Pracownik też odlicza koszty uzyskania przychodu, tyle że robi to ryczałtowo. Proszę spojrzeć w swój PIT-11 od pracodawcy, państwo doktorzy, chyba że optymalizujecie się podatkowo na umowie zlecenie czy o dzieło.
  3. Prowadzenie badań dotyczących ubezpieczenia chorobowego (i dochodów) wyłącznie na grupie osób z roczników 1975-1985 czyli z nadpreprezentacją kobiet w wieku rozrodczym i posiadających małe dzieci. To normalne, że zachodzą one w ciążę, biorą zwolnienia na chorego malucha itp., a ich rówieśnicy – mężczyźni znajdują się na szczycie możliwości zarobkowych. Wnioski raportu są błędne, ponieważ dane wyjściowe nie odpowiadają populacji.
  4. Wyciąganie wniosków dotyczących przedsiębiorców na podstawie grupy opłacającej ubezpieczenie chorobowe, które jest nieobowiązkowe, i spora część z niego rezygnuje (a w zasadzie płacą je zamierzający korzystać ze świadczeń).
  5. Analizowanie emerytury przedsiębiorców, wyłącznie na podstawie danych osób które pobierały w 2021 r. emeryturę jednocześnie prowadząc dg (str. 43). Takie dane w oczywisty sposób są zniekształcone – dorabiają dg głównie ci, otrzymujący niskie świadczenia.
  6. Dokonywanie obliczeń przyszłych emerytur (warianty V i kolejne) na podstawie osób pracujących mało tj. ok. 34 lata w przypadku mężczyzn i ok. 30 lat (kobiety). Przecież przeciętny pracujący, nawet po studiach, ma przed sobą 41 lat pracy (mężczyzna) i 36 lat pracy (kobieta). I o dziwo mężczyzna-przedsiębiorca z takim stażem, jeśli płaci składki dzisiejsze (ulga przez pierwsze 2 lata), nawet wg wyliczeń raportu, jednak zarobi nimi na swoją emeryturę.
  7. Przykład przedsiębiorcy z Białej Podlaskiej (str. 61) jako dowód na wady systemu dobrowolnego ubezpieczenia. Otóż drodzy naukowcy, ten człowiek popadł w długi ponieważ musiał płacić składki nieproporcjonalne do dochodu. Gdyby ich nie było, nie powstałby dług, a przedsiębiorca albo pracowałby do śmieci, albo odkładał „na boku” część składek i dostał świadczenie jak obecnie. A wy opowiadacie jakieś bajki o świetnych dochodach (tj. pow. 7000 zł brutto) w próbie 2400, składającej się z osób w wieku najwyższych możliwości zarobkowych (37-47 lat).

Na koniec – otóż składki przedsiębiorców zawsze były niskie w relacji do średniej pensji, podobnie jak emerytury (w relacji do przeciętnego świadczenia). I właściciele firm nauczyli się sobie z tym radzić. Bowiem w rzeczywistości nie chodzi o pochylenie się nad dolą samozatrudnionych, ale o uzasadnienie ich wydojenia jeszcze mocniej. Stąd pomysł pobierania składek od dochodu. Do czego doprowadzi (gdyby został wdrożony)? Do masowej likwidacji firm i rozrostu szarej strefy oraz …. katastrofy ZUS. Jak mawiają mądrzy ludzie „Lepiej jeść małą łyżeczką”. I warto by prezes Uścińska i prezes Derdziuk o tym pamiętali. Zarżniecie krowę, pojecie mięso przez miesiąc, a potem przez 20 lat zabraknie wam mleka.

Czy 10 tys. zł to mało na życie? Jak się kończy oderwanie od rzeczywistości?

`Całkiem niedawno portal interia.pl https://wydarzenia.interia.pl/warminsko-mazurskie/news-glosne-odejscie-z-policji-ojczyzna-kocha-prawo-nie-obowiazuj,nId,7890953 opisał sytuację z odejściem Komendanta Powiatowego Policji w Iławie. Ten doświadczony policjant, postanowił wyjść „z drzwiami”, mówiąc parę słów prawdy, co można podziwiać jako osobistą odwagę. Poza wątkami służbowymi , które są mi zupełnie obce, światło dzienne ujrzały następujące informacje, które przywołuję za Interią:

  • emerytura pana inspektora wynosi – w wieku 45 lat ok. 10 tys. zł,
  • wysokość emerytury sam zainteresowany skomentował „Jak ja z tego wyżyję na prowincji?”

Problem oderwanych od realiów gospodarczych emerytur policyjnych był już przedmiotem moich analiz, dzisiaj skupiam się na słowach dotyczących niemożliwości wyżycia na prowincji za 10 tys. zł. Powiem szczerze – szokujący.

Zacznijmy od informacji przekazanych przez odchodzącego komendanta – posiada żonę i 3 dzieci. Żona, jak sądzę, pracuje, więc pierwszy temat – kwota dochodów obejmie, z dużym prawdopodobieństwem, także jej pensję, nie mniejszą niż minimalna. Stąd problem zaczyna brzmieć – jak 5 osób może wyżyć na prowincji za 13.600 zł. No bez żartów.

Zacznijmy od dachu nad głową. Znalazłem na popularnym portalu mieszkanie 3-pokojowe 74m2 za 420 tys. zł. Przerobiono je z M5, więc zawsze można odtworzyć czwarty pokój. Zakładam, że policja wypłaciła odprawę, wystarczającą na pierwszą wpłatę. Rata – 2400 zł. Niewykluczone, że piszę o niej bez potrzeby, bo policjant chyba obecnie jakimś lokum dysponuje. Poza ratą czynsz i opłaty – niech będzie 1600 zł. W sumie 4000 zł.

Auto. Skoro emeryt – wystarczy jedno w rodzinie. Nawet spore, niech będzie 1000 zł/m-c.

Jedzenie. 2200 zł (najświeższe doniesienia z godnezycie.blogspot.com).

Podstawowe potrzeby – 7200 zł (bez kredytu 4800 zł).

Na resztę wydatków zostaje rodzinie od 6400 zł do 8800 zł. Czy to mało? Nie sądzę. Ostatnio na Onecie czytałem historię pary, która zarabia właśnie nieco ponad 8000 zł (obie pensje) i ma dwójkę dzieci.

Krótko mówiąc, były już komendant, wpisał się w narrację o oderwaniu od życia. W końcu podana przez GUS mediana wynagrodzeń w powiecie iławskim wynosi 5740 zł brutto (lipiec 2024 r.) czyli 2 razy mniej niż wynosi policyjna emerytura inspektora. Przypomina mi się dawna (sprzed 8 lat) wypowiedź przedstawicieli innej grupy „nadzwyczajnej kasty”, że za 10 tys. zł to można żyć chyba na prowincji. Wniosek – występując publicznie, należy chwilę pomyśleć.

Jeszcze o korzyściach z rzucenia pracy etatowej.

Mój wpis o problemach wynikających z biurowej pracy na etacie cieszył się popularnością odwiedzających. Postanowiłem rozwinąć temat, pokazując jak te 3 tygodnie wpłynęłyby na moje dochody oraz co więcej dałem radę zrobić.

Powtórzmy liczby: W ciągu 3 tygodni (15 potencjalnych dni pracy +6 dni weekendów) przebywałem w biurze 2 dni i 4 godziny. W tym czasie:

  1. byłem na L4 8 dni (nieco ponad połowę czasu), na urlopie 4 dni, oraz 3 dni w pracy.
  2. odbyłem 2 spotkania wyjazdowe, 2 zdalne (z domu) i 1 w moim mieście, które zakończyły się uzyskaniem dla moich pracodawców kwoty odpowiadającej mojemu miesięcznemu wynagrodzeniu brutto.
  3. Krótko mówiąc w 10 godzin właściwej pracy (spotkania i przygotowanie do nich) plus czas dojazdu – kolejne 6 godzin zarobiłem równowartość mojej lepszej miesięcznej pensji, na którą normalnie spędzam 12 dni w biurze.

Ponadto:

  • codziennie przesypiałem od 7 do 10 godzin,
  • napisałem łącznie 4 wpisy na bloga i 100 stron (prawie 5 dziennie) książki o finansach osobistych (poprzednie 35 strony zajęły mi 3 miesiące porannej pracy),
  • prawie wynegocjowałem synowi nowy kontrakt sportowy,
  • przeczytałem 7 książek liczących razem ponad 2,5 tys. stron,
  • spędziłem z rodziną dodatkowych kilkadziesiąt godzin, praktycznie codziennie (poza okresem intensywnych objawów choroby), zaplanowałem i kupiłem wszystkie prezenty mikołajkowe i gwiazdkowe, omówiłem z żoną przeprowadzkę na wieś,
  • ustabilizowałem ciśnienie krwi.

Nie przypominam sobie podobnych 3 tygodni.

Na tym polega paradoks produktywności – robiąc mniej osiągamy lepsze wyniki. Znam to już z przeszłości. Podczas urlopu bezpłatnego, kiedy założyłem dg,w pierwszym roku zarabiałem regularnie 3 razy więcej niż na etacie, pracując 60% czasu. Jaka nauka z tego płynie? Jeśli chcę poprawić rezultaty, muszę rzucić jeden etat. Zaplanowana na początku grudnia droga, wydaje się całkowicie właściwa. Usunięcie pobocznych, właściwych dla etatu eksperta questów (ciągle ktoś przerywa pracę pytaniami), wystrzeliło efekty w kosmos. Mechaniczne czynności: odbieranie maili, odpowiedzi na nie, rozmowy telefoniczne, proste zadania, trwające 10 minut niweczyły pracę zaplanowaną na godziny. Co więcej, zauważyłem, że siedząc w domu lub na wyjeździe mam większą łatwość zabrania się do pracy i mniejszą skłonność do odkładnia. Lenistwo jako lek na prokrastynację – brzmi ciekawie.

Stąd decyzja o dramatycznym ograniczeniu zadań.. Tak jak pisałem w odpowiedzi Piotrowi dla mnie etat stracił sens. Muszę siedzieć na tyłku 15 dni w miesiącu (i tak mało), w sytuacji, w której w 2 dni jestem w stanie zarobić równowartość 12 dniówek etatu. Logiki w tym zero. Drugi pracodawca płaci jeszcze gorzej – częściowo w efekcie polityki podatkowej państwa (składki 29% i podatek 32%) netto dostaję o połowę mniej niż brutto. Ten pójdzie na pierwszy ogień.

Natomiast wróćmy do tematu wpisu – korzyści z rzucenia większości pracy etatowej:

  • odzyskane 10 dni w miesiącu, które mogę przeznaczyć na rodzinę, wieś, bloga, firmę, naukę nowego zawodu, remonty – na co tylko zechcę,
  • zwiększona motywacja do czynności przynoszących wymierne efekty,
  • znacznie lepszy sen i ciśnienie krwi,
  • brak uczucia zagonienia, kiedy dzień rozpoczyna się o 5.30, a kończy o 21 (czasami do 12 miałem już napisane 4 strony książki), zamiast zaczynać o 17.30 po zjedzeniu obiadu i drzemce i kończyć o 21,
  • więcej odhaczonych ważnych zadań, przy lepszej jakości pracy (mniej błędów do poprawy).

Wszystko to za cenę zmniejszenia dochodów z etatu o 43% brutto i ledwie 33% netto (podatki!).

Ile dostaniesz emerytury? Spojrzenie z perspektywy starzejących się społeczeństw.

Często wracam do przeczytanych już książek. Teraz na tapecie „Nomadland” z gorzkim spojrzeniem na amerykański system emerytalny. Przeciętni ludzi, o pensjach w granicach mediany, nie żadni spece IT. Opowiadano im bajki o trzech nogach stołu, który nakarmi na starość: państwowego Social Security, 401k (czyli nasze OFE, PPK) oraz prywatnych oszczędnościach. A praktyka?

No cóż, daleko inna. Państwo wypłaca 500-800 USD miesięcznie. Taka kwota nie wystarcza na czynsz, a nawet rachunki, ubezpieczenie zdrowotne i jedzenie. Czyli nie zapewnisz sobie całkowitych sokratejskich podstaw (dach nad głową, jedzenie, ubranie). Dla niektórych, na tym się kończy. Nie ma 401k ani prywatnych oszczędności. Zmiótł je kryzys, wydatki zdrowotne, albo nigdy nie istniały. Co pozostaje? Dorabiać wg stawki minimalnej przy prostych pracach (magazyn Amazona, sezonowo w rolnictwie, w turystyce) i mieszkać nawet nie w kamperze, lecz w vanie.

Czy w Polsce będzie podobnie? Dzisiejsza minimalna emerytura netto (spośród dzisiejszych 40-latków dostanie ją 70% kończących pracę, coraz więcej będzie też singli) wynosi 1620 zł. Na ile wystarczy? Na niewiele więcej niż 800 USD za wielką wodą. Czynsz na małe mieszkanie (takie 40 m i tylko jeśli mamy własne, bez kredytu) – 600 zł, doliczmy prąd, internet, podatek, gaz i robi się minimum 800 zł. 820 zł zostanie na leki, transport, ubrania i jedzenie. Raczej niemożliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wielu 70-latków zostawia w aptece te 300-400 zł. Zatem co? Pracować do śmierci. I Amerykanie tak właśnie robią. Gros ludzi nie zazna emerytury, ponieważ dzisiaj 1620 zł, a za 20 lat może realnie 1400 zł.

Jak sobie z tym radzić? Chyba na dwa sposoby. Pierwszy, wykorzystywać tu i teraz na mikroemerytury. Nie zapracowywać się na śmierć. Smakować życie na bieżąco. Drugi, promowany od lat na tym blogu – starać się zarabiać więcej, oszczędzać i inwestować. Media obiegła w kwietniu wiadomość, że w USA, człowiek pracujący jako bibliotekarz (czyli z niską pensją), zostawił lokalnej uczelni (był samotny) spadek w wysokości 4 mln USD. Czyli da się – inwestując w fundusze, akcje, obligacje i zaczynając odpowiednio wcześnie.

I jeszcze jedno, na koniec. Niskie koszty życia. Przygotujmy się. Wybierzmy wieś, skalowalne nieruchomości (więcej miejsca w lecie, mniej w zimie), tańsze ogrzewanie (raczej drewno niż pompę ciepła). Produkujmy żywność. Jak w moim eksperymencie na lato – życie za 500 zł. Co o tym myślicie?

Pierwszy wywiad rządzącego systemem emerytalnym, z którym prawie mogę się zgodzić. Paweł Wojciechowski dla Newsweeka.

W Newsweeku z 7 października 2024 r. ukazał się wywiad Konrada Sadurskiego z Pawłem Wojciechowskim, w przeszłości przez kilka lat prezesem jednego z OFE, a potem głównym ekonomistą ZUS. Indagowany stawia szereg tez, z których większością, w przeciwieństwie do opowieści prezesa ZUS Derdziuka i prof. Góry (współtwórcy reformy OFE) mogę się zgodzić.

Teza 1. Zacznijmy od tego, że system nie jest sprawiedliwy, bo istnieje 30 grup zawodowych, objętych różnymi preferencjami a stale powstają nowe. I należy ten fakt ujawniać, mówiąc głośno, a nie zamiatać pod dywan.

Święta racja, podobnie pisałem na blogu. Żeby wymienić tylko te z największą preferencją, tj. takie, które wcale (lub prawie wcale) nie płacą składek, a dostają emerytury: matki 4+, duchowni, prokuratorzy, sędziowie, mundurówka, rolnicy. Ci ostatni wpłacają w składkach tylko 5% tego co otrzymują na emeryturze, pozostali 0%. I trzeba z tym skończyć. Składka powinna zależeć od dochodów. Opowieści, że system stać na 40-letnich prokuratorów na kilkunastotysięcznej emeryturze, i nazywanie go, dla zamydlenia oczu, „stanem spoczynku”, należy odłożyć na półkę z bajkami. Podobnie z policjantami, zwłaszcza tymi zza biurka. Narracja, że dwóch największych kościołów tj. katolickiego i prawosławnego nie stać na opłacanie składek za swoich kapłanów, pomimo, że prowadzą działalność gospodarczą a nie płacą podatków (czyli stanowią nieuczciwą konkurencję dla innych firm), łatwo obalić, pokazując brzuchy biskupów oraz szeregowych księży/popów. Pewien problem mogliby mieć wyłącznie protestanci, ale niech na pastorów składają się wierni z podatku kościelnego. Absurd rolniczy opisywałem wielokrotnie, w tym podając średnie dochody wg GUS (ok. 60 tys. zł netto z przeciętnego gospodarstwa). I tu wyjścia są dwa: podwyższyć składki albo obniżyć świadczenia.

Druga preferencja to niższy wiek emerytalny. W wielu wypadkach szkodliwy dla całości systemu. Wcześni emeryci (np. czterdziestolatkowie) i tak pracują, pobierając jednocześnie świadczenia. Jedyna grupa, której umożliwiłbym wcześniejsze zakończenie pracy z pobieraniem świadczenia to „liniowa mundurówka”, a więc ludzie, którzy faktycznie uczestniczyli przynajmniej pół roku w wojnie (misjach), przez 20 lat walczyli z pożarami, czy bandytami (więc już nie policjant drogówki, albo logistyk). No i nie świadczenie od ostatniej pensji, tylko składek (tu da się zrobić łatwo – ubruttawiając pobory, jak u wszystkich w 1999 r.).

Bez tego ujednolicenia systemu, namawianie pozostałych do dłuższej pracy, okazuje się zwykłym rabunkiem.

Teza 2. Minimalna emerytura jest niesprawiedliwa.

Pełna zgoda. Dlaczego jeden pracuje 15-20 lat (uczciwie: jedna, i wliczyłem studia), resztę sobie bimba, a drugi 45 lat (niech będzie – czasem ze studiami) i obie osoby dostaną takie samo świadczenie? Bo pierwszej grupie dopłaci państwo? Czyli my wszyscy. Koniec z minimalną, koniec ze świadczeniami specjalnymi (poza medalistami olimpijskimi). Każdy dostaje tyle, ile odłożył.

Teza 3. Wszelkie trzynastki i czternastki – do kosza.

Szczerze mówiąc dowiedziałem się z wywiadu, że dostają je też cudzoziemcy, i ludzie z emeryturą 2 grosze, o ile odprowadzili jedną składkę. Tak, a to wszystko zaburza sprawiedliwość i klarowność systemu.

Teza 4. Podniesienie wieku emerytalnego przed zlikwidowaniem „świętych krów” tylko pogłębi niesprawiedliwość.

No cóż, nic dodać nic ująć. Co tu komentować, gdy są to mądre słowa.

Teza 5. Państwowa emerytura pod palmami to ściema.

Kolejne zdanie, pod którym podpisuję się obydwoma rękami. Z dwóch powodów – niemożliwości matematycznej (no chyba, że mówimy o palmach w Etiopii, Wenezueli itp., albo najlepiej i długo zarabiających), oraz o czym w wywiadzie nie wspomniano – stanu zdrowia. Wielu emerytów ma nadciśnienie i takie egipskie upały, brutalnie mówiąc, skróciłyby im czas na emeryturze.

Teza 6. Polska emerytura nie jest zła.

Średnio to ok. 3500 zł, minimalnie coś koło 1600 zł. I jeśli popatrzymy na przeciętne wynagrodzenie – słabo. Jeśli na składki na nią – i tak ogromnie dużo. Na drugim biegunie są lepiej zarabiający. Podam swój przykład. Nie mam kapitału początkowego, a składki od 10 lat odcinają mi na 250% – 48k rocznie. No i dostanę 11 tys. zł emerytury. A kobieta po 15 latach składek (bo 5 ma studia) na pół etatu z pensji minimalnej wynoszących 5 tys. rocznie zł dostanie 1700 zł. Przez całe swoje życie (zakładam, że wynagrodzenia realnie się nie zmieniają), ja odkładam 26 razy więcej rocznie (bo miałem i gorsze lata), a moja emerytura jest wyższa tylko 7-krotnie.

Stąd średnia wypada przyzwoicie (da się za nią żyć – odpowiada minimalnemu wynagrodzeniu netto). A najniższa nie jest zła, jeśli weźmiemy pod uwagę składki.

Nieźle, 6 tez, które podzielam. Są też trzy, z którymi się nie zgadzam.

Teza 7. ZUS nie jest bankrutem i zarządza składkami lepiej niż nauczyciel przedsiębiorczości.

Teza fałszywa na dwóch poziomach. Pierwszy – czysto logiczny. ZUS niczym nie zarządza, w znaczeniu lokowania oszczędności. On tylko wypłaca z bieżących składek emerytury obecnym beneficjentom, dostając dotacje z podatków. Gdyby cofnąć dotacje, już jest bankrutem.

Drugi już matematyczny. Zakładam, mądry nauczyciel. Może nie Warren Buffet, ale niech zarabia te rozsądne 8%. rocznie (podwojenie kapitału po 12 latach). . Porównajmy z ZUS-em, zamykając oczy na fakt, że to nie on zarządza, tylko politycy dekretują waloryzację. Średnia waloryzacja 7,47%. Czyli gorzej nie tylko niż ja (szacuję 12-13%), ale i przeciętny nauczyciel przedsiębiorczości (8%). Ba, po prostu kupując nieruchomości (mieszkalne, rolne – bez znaczenia), wyszłoby się znacznie lepiej niż ZUS.

Teza 8. Przedsiębiorcy są uprzywilejowani.

Nieprawda. Teza opiera się na fałszywym założeniu, że każdy przedsiębiorca płaci mało w stosunku do dochodu (a na pewno znacznie mniej niż pracujący). A sytuacja samych przedsiębiorców jest podobna do całości społeczeństwa – są przywileje i ciężary.

Udziałowcy/akcjonariusze spółek kapitałowych mogą płacić równe zero. Przy czym ich dochód, w przeciwieństwie do etatowców nie pochodzi z pracy lecz kapitału. Dość istotne zastrzeżenie.

JDG i udziałowcy spółek osobowych – płacą ryczałtem. Raz mniej, raz więcej w stosunku do dochodu. A ten dochód statystycznie wcale nie jest rewelacyjny – wynosi sporo mniej niż średnia krajowa (dokładnie za 2021 r. ok. 80% średniej) i zawyżają go najwięksi. W tej sytuacji wielu płaci składki znacznie większe procentowo, ponieważ dochodu ma mniej niż podstawa. Po drugie – obraz zaciemniają dodatkowe działalności gospodarcze poza etatem. Tam składek społecznych nie ma wcale – ale znowu – nic nowego, gdyby dostali zlecenie, zamiast zakładać firmę – będzie podobnie. No i znowu każdy z jdg coś w firmę zainwestował, więc częściowo zysk odpowiada procentowi od kapitału, a ten nie podlega oskładkowaniu. No i na koniec – niektóre jdg płacą podatek od przychodów (ryczałt) lub z karty podatkowej. Wtedy dochodu nie da się obliczyć. A jak kończą się wskaźniki – pokazuje składka zdrowotna dla ryczałtowców.

Teza 9.Żeby więcej dostawać, trzeba dłużej pracować.

Obaliłem ją w jednym z poprzednich wpisów, ale z założeniem „oszukania systemu”. Załóżmy nawet, że zlikwidowano te „święte krowy” i już hackowanie okazało się niemożliwym. Co zrobić, żeby dostać więcej?

Po pierwsze – żyć dłużej. Pod koniec września zmarł mój sąsiad – 70 lat. Trzy dni wcześnie moja żona rozmawiała z nim na ulicy. Atak serca. I taki Andrzej znacznie więcej odebrałby, pracując do 65 r. ż niż de facto do śmierci. A jak wykazywałem na niewielkiej wprawdzie próbie mojego, dość stresującego zawodu, niektórzy koledzy nie dożyli pierwszego przelewu, a większość brała go 2-4 lata, pracując prawie do 70-tki (albo i rok dłużej). Kolejny przykład. Zmarł w moim mieście profesor. Były radny, nawet chyba wiceprezydent i rektor. Wiek – 76 lat. Pracował jak to samodzielny pracownik naukowy do śmierci. Ile wpłacił, a ile odebrał? Więc skoro intensywna praca wpływa statystycznie na długość życia (obniżając ją), trzeba korzystać, a nie pompować składki.

Po drugie – odkładać dodatkowo. Takie IKE, IKZE, PPK czyli ekstra niewielkie składki (największą płacę do IKZE – 800 zł miesięcznie czyli 1/5 tego co do ZUS), dadzą nam znacznie lepsze wskaźniki. Zwłaszcza jeśli zignorujemy „po pierwsze”. Bo ZUS nie jest dziedziczony. PPK nawet nie poczujecie (wiem, bo płacę) i nie ma tam progu odcięcia.

Po trzecie – wrócić do korzeni. Emerytura przed wojną (pomijam pewne grupy uprzywilejowane) zależała od własnych dzieci. Ich wykształcenie i wychowanie dawało gwarancję, że pomogą na stare lat, zamiast wyrzucić za próg. Teraz jest podobnie. Wielopokoleniowa rodzina będzie żyła taniej. Dla obu stron. Babcia, która ugotuje, obniży koszty jedzenia na mieście. Czynsz dziadków i rodziców/dzieci za jeden lokal o 4 pokojach ok. 80 m2 będzie niższy niż za dwa o łącznej powierzchni 105 m2. Prosta matematyka.

Po czwarte – starać się zarabiać więcej, zwłaszcza na początku (np. dorabiając). W systemie waloryzacyjnym, to się opłaci, bo większa kwota będzie podlegać oprocentowaniu wg procentu składanego.

Po piąte – rozsądnie wybierać moment przejścia na emeryturę. Tu nie ma różnicy system waloryzacyjno-składkowy czy własne inwestowanie. Ważne są wskaźniki przed samą emeryturą. Na historię nie mamy już wpływu. Wyobraźmy sobie, że teraz mam 1 mln teoretycznych składek (trochę to upraszczam, bo wzór na emeryturę jest skomplikowany) i 65 lat i stoję przed wyborem, pracować czy nie pracować. Przyszłoroczna waloryzacja to 6,52 %. Jeśli poczekam jeszcze rok to zyskam 65.200 kapitału (tenże procent x 1 mln zł) oraz 20.400 zł składek (od przeciętnego wynagrodzenia). W sumie 85.600 zł. Stracę niewypłaconą emeryturę 42.000 zł (średnio). I teraz kalkuluję. Czy ZUS podniesie okres trwania życia? Czy kolejna waloryzacja będzie lepsza? Od odpowiedzi na te pytania zależy emerytura. Jeśli nagle, ratując budżet, premier zadekretuje waloryzację 2%, i długość życia +1 rok. Lepiej idźmy teraz. Jeśli – 1 rok, a waloryzację 8% – mądrzej zrobimy czekając.

Po szóste – hackować system. Prosty przykład to moja wiedza na temat renty. Dostałbym jej dzisiaj 5800 zł, (a tak, było, bo liczy się 10 najlepszych ciągłych lat), wychodzę lepiej niż pracując do 65 r.ż. i umierając nawet statystycznie czyli w 76 r. ż. na emeryturze 11k. Wybiorę więcej (a wpłacę mniej). Renta ok. 70 tys. zł rocznie x 28 lat = 1.960.000 zł. Emerytura 131 tys. zł rocznie x 11 lat = 1.441.000 zł. A wpłaty „od dzisiaj” 0 zł i 45k x 18 lat =810 k zł. Bilans:

  • emerytura +631.000 zł,
  • renta +1.960.000 zł.

Tylko trzeba być odpowiednio chorym. Albo symulować (najłatwiej na głowę, o czym przekonali się już żołnierze z I WŚ oraz, nagminnie, policjanci). I opowieść o renciście. Panowie Gruza i Toeplitz, chylę czoła.Kto nie wie o co chodzi, proszę wpisać w wyszukiwarkę „rencista, czterdziestolatek” lub kliknąć w link „https://www.youtube.com/watch?v=_17SuwnCZog.

I tym optymistycznym akcentem – kończymy uwagi pt „dłuższa praca, wyższa emerytura czyli bajeczka dla grzecznych dzieci”.

Dlaczego nie zamierzam długo i dużo pracować?

Ten wpis jest wynikiem rozmowy, którą przeprowadziłem z kumplem. Pracujemy razem i znamy się już 25 lat. Kupa czasu. W tym czasie obaj rozwinęliśmy swoje kompetencje zawodowe, pracując sporo więcej niż minimum. Teraz zbliżam się do 50-tki, a on przeskoczył ją kilka lat temu.

Kumpel opowiadał i o swoim teściu. Ma 87 lat, świetnie radzi sobie, jeszcze obsługuje młodszą i chorą żonę, jeździ samochodem, głowa działa, ciało także. Czego chcieć więcej? Niczego. Sekret tej sytuacji. W wieku 52 lat (czyli jeszcze przed transformacją), pan T (od teść) przeszedł na rentę z powodu podobno ciężkiej choroby serca. Od tego czasu prawie jak w śląskiej piosence o starzyku: ławeczka, ogródeczek, zamiast gołąbeczka i kosa – wnuki. Tylko fajeczki przez to chore serce nie pali. Krótko mówiąc życie aktywne, ale zupełnie niezawodowo. No i tak właśnie spisany na straty przez lekarzy przeżył sobie te 35 lat. I pożyje pewnie jeszcze chwilę..

I wtedy przyszła refleksja. Mój Tato przeżył 82 lata, od 60 r.ż. na rencie. Jego siostra pracowała do 75 r. ż., a zmarła jako 81-latka, choć podobno kobiety żyją 8 lat dłużej. Ich wspólna mama, schorowana (potworne żylaki, chore płuca, serce), pracująca zawodowo może 5 lat (zajmowała się domem), dociągnęła do 87 r. ż, chociaż własną śmierć przepowiadała od 70-tki. Ojciec (a mój dziadek), czerstwy chłop, dał się pokonać dopiero trzeciemu zawałowi w wieku 80 lat. Był wtedy na emeryturze od 17. Wniosek chyba oczywisty- długa i ciężka praca skraca życie. Widać to wyraźnie porównując Tatę i ciotkę. Zresztą kobiety, nazywane dyskryminowanymi, krócej pracują, a mężczyźni, podobno silniejsza płeć, dłużej. I ta typowa praca też wygląda inaczej. Męska – budowlana (60 godzin w tygodniu, fizyczna), kobieca – nauczycielka (18 godzin przy tablicy), albo w ogóle niepełny etat. Przekłada się to wprost na szansę przeżycia kolejnych lat. Średnia z 2022 r. wynosi 73,4 i 81,1 lat odpowiednio dla tych płci. W mojej rodzinie bywało odwrotnie (ciotka żyła krócej niż jej brat), ale dlatego, że akurat dłużej pracowała.

Stąd, dlaczego nie postąpić jak statystyczne kobiety? Nie przejść na całkowitą emeryturę w wieku 55 lat? A wcześniej nie przygotowywać się na nią stopniowo zmniejszając obciążenie. Tak właśnie zrobię. Ten rok poświęciłem na „wiejski eksperyment”, w kolejnym pewnie wypowiem jeden etat. A drugi właśnie, gdy dobiję do 55-tki. Czyli wieku, w którym obecnie jest mój kumpel, od którego zacząłem opowieść.

O systemie emerytalnym raz jeszcze, czyli kto będzie pracował do śmierci.

Niedawno powierzono mi konieczność zlikwidowania interesów niewielkiej firmy, której właściciel zmarł w wieku 72 lat. Zawodowo zajmował się działką, która wymaga sporej zręczności, siły fizycznej. Kiedy rozmawiałem z jego córkami, w jaki sposób radził sobie z zadaniem, uderzyła mnie jedna rzecz – przecież to drobny przedsiębiorca, tacy mają najgorzej, muszą pracować do śmierci.

System emerytalny w Polsce został stworzony dla uprzywilejowanych. Niektórzy idą na emeryturę po 25 latach pracy, czyli przed 50-tką (jeszcze niedawno po 15 -latach i przed 40-tką). Wysokość świadczenia zależy od ostatniego stopnia służbowego, a nie od uzbieranego kapitału. Oczywiście mówię o mundurówce. Druga grupa korzysta tylko z tego ostatniego przejawu specjalnego traktowania (sędziowie, prokuratorzy). Trzeci płacą składki minimalne i niezależne od dochodu (rolnicy). Najszersza grupa (pozostali pracownicy) dostaje mniej więcej według zarobków. A kto zostaje na koniec? Przedsiębiorcy. Oni najbardziej dostają w kość. Najpierw wypłacają pensję i składki pozostałym. Potem sobie. Pracownikom większe, sobie już minimalne (60% średniej), ale tak duże, że jeśli mówimy o przeciętnym właścicielu jdg, płaci on ok. 1600 zł społecznych oraz 9% zdrowotną od faktury, czasem nawet więcej, jeśli tych ok. 5000 zł netto miesięcznie nie zarobi (okolice średniej pensji). Pomimo tego, na stare lata, emeryturę ma głodową – minimalną, nawet jeżeli pracuje do 65 r. ż . Na stare lata zostaje mu jedno wyjście – pracować do śmierci. A ta potrafi przyjść szybko. Jak w przypadku opisanym na wstępie, czy mojego sąsiada – w okolicach 70-tki.

Dobrze, powiedzieliśmy sobie, kto ma najgorzej, a może warto, pokazać jeszcze innych pokrzywdzonych. Mężczyźni, pracują dłużej, żyją krócej, a czas dożycia liczą im jak kobietom (czyli od średniej z obu płci). Pracujący na umowach śmieciowych, od których nie odprowadzano składek i nie będą mieli żadnej emerytury (lub poniżej minimalnej). Wszyscy zatrudnieni za pensję niższą niż 80% średniej. Oni także zasłużą na minimalną. Paradoksalnie, w tym systemie tracą też nieźle zarabiający. Dlaczego? Ponieważ zanim zyskają na odcięciu składki (ok. 250 tys. zł) wejdą w wyższy podatek (32% od 120 tys. zł). Co to oznacza? Składko-podatek pow. 50 % pensji. A ich emerytura? Na papierze ładna, de facto – nieproporcjonalna do odłożonych środków. Podam przykład. Własny. W zeszłym roku moi pracodawcy odprowadził ode mnie w systemie powszechnym ok. 46 tys. zł na samą emeryturę (miesięcznie prawie 4000 zł). Przez 42 lata pracy – da to ok. 3,8 mln zł, zakładając waloryzację kapitału o inflację. Biorąc pod uwagę męską długość życia 73 lata, powinienem dostawać 3,8 mln/8 lat = 475.000 zł. Szczerze, gdybym zgromadził taką kwotę (3,8 mln), z samych odsetek od obligacji skarbowych miałbym 190 tys. zł/rok netto. Ile zaplanował dla mnie ZUS? 112 tys. zł netto (nominalnie, czyli wg dzisiejszej wartości pieniądza), czyli 1/4 uzbieranego kapitału plus zero odsetek. Krótko mówią, ukradną mi w pierwszym roku 84% należnych pieniędzy, a w ostatnim łaskawie tylko 63%. Dlatego, gdybym mógł wypisałbym się z ZUS natychmiast. Jednocześnie rolnik płacąc 100 zł na emeryturę miesięcznie (czyli 1/10 składki przedsiębiorcy) dostanie 100% emerytury właściciela firmy. Tak to działa.

Jednak popatrzmy i na inny aspekt. Przymusowy charakter ZUS powoduje, że zabierając przedsiębiorcy 1600 zł miesięcznie składki emerytalno-rentowo-chorobowej, z których skorzysta może z tej pierwszej, pozbawia go możliwości zainwestowania tych blisko 20 tys. zł rocznie w inny sposób. Co to oznacza w praktyce? Gdyby założyć rynkowe warunki niewielkiego ryzyka (5% rocznie netto), przez 41 lat uzbieramy …. 2.6 mln zł. Znowu, patrząc na moje obliczenia – 320 tys. zł/rok z kapitału przez 8 lat i 130 tys. zł z odsetek w pierwszym roku. 450 tys. zł/rok czyli 37 tys. zł/m-c. A wypłacą mu „z łaską”, świadczenie minimalne, równe jego miesięcznym składkom, pomimo iż oszczędzał 5 razy dłużej niż będzie korzystał. Resztę weźmie sobie po cichu państwo. A sam przedsiębiorca z niewielkim dochodem takich kwot nie zobaczy, bo na odłożenie nie ma szans. Stąd praca do śmierci. Policjant dostanie 80% pensji – dajmy na to 5-8 tys. zł przez 25 lat, nie płacąc ani grosza. Sędzia 20 tys. zł przez 8 lat, też nie odprowadzając złotówki. Taka sprawiedliwość.

Żeby jednak nie uprawiać czarnowidztwa. Przedsiębiorca nie stoi na straconej pozycji. Jego dochód, w przeciwieństwie do policjanta, nie zależy od humoru przełożonego (ma władzę zdegradować, nie dać podwyżki), lecz od własnych inicjatyw. Warto zacisnąć zęby i odłożyć na prywatną emeryturę jeszcze te dodatkowe 1600 zł, rozkładając je pomiędzy IKE i IKZE. I robić tak konsekwentnie przez lata. Z drugiej strony, nawet przedsiębiorca-emeryt daje radę zarabiać, bo nauczyli go ciężkiej pracy, a nie bezproduktywnego siedzenia za biurkiem, lub obijania się na budowie.

Jak przygotować się do emerytury? IKZE, IKE, PPK.

Jeden z wpisów „emerytalnych” zakończyłem mało optymistyczną konkluzją. 70% dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych dostanie emeryturę netto w wysokości 1600 zł (wg dzisiejszej wartości pieniądza). Mówię przy tym o ludziach zarabiających przed odejściem z pracy ok. 6000 zł netto czyli do 120% średniej krajowej.

Dla większości, jedną opcją podniesienia sobie dochodów (już dziś robią to 60-latkowie), pozostaje dłuższa praca. Odradzam. Nikt nie jest wieczny, a zdrowie nie zawsze dopisuje. Lepiej podjąć inne kroki. Najprostszym i podstawowym pozostaje uzbieranie sobie dodatkowych, prywatnych pieniędzy. Służą temu programy emerytalne.

Pierwszy i zasadniczy – PPK. Reklamuję go na blogu, sam przystąpiłem. Dlaczego? Ponieważ nieodczuwalne potrącenie 2% miesięcznej pensji, może dać niezłe wyniki. Najpierw dlatego, że kolejne 1,5% naszych poborów dopłaca pracodawca, parę złotych dorzuca też państwo. Mamy do czynienia nie tylko z pracującymi oszczędnościami, ale i sporym bonusem. Efekt?

Dla kogoś, kto zarabia przeciętne wynagrodzenie i zbiera na PPK przez 35 lat, prognozowana wypłata wg cen obecnych wyniesie 1200 zł netto czyli 75% państwowej emerytury przez 20 lat. Pokazuję Wam w ten sposób, jak działa ZUS. Zabiera 20% wynagrodzenia przez 35-45 lat, żeby wypłacić 1600 zł dożywotnio (może rok, a może 35 lat), a na rynku (przy stopie zwrotu na poziomie 3,5% netto) dostaniemy 1200 zł za 3,5%, przez gwarantowane 20 lat. Dodając ZUS i PPK mamy już 2800 zł/osobę. Ten mechanizm działa tak korzystnie, gdy masz na oszczędzanie 45 lat. Przez 20 lat, dostaniesz wypłatę…. 500 zł netto.

Drugą możliwą opcję stanowi IKZE. Pozwala ona uzyskać ulgę podatkową od inwestowanych środków (w moim przypadku zwrot 32%), a potem płacimy podatek ryczałtowy 10%. Jak to wygląda? Załóżmy odkładanie 200 zł miesięcznie przez odpowiednio 40, 30, 20 lat, co odpowiada dzisiejszemu mężczyźnie w wieku: 25, 35, 45 lat i kobiecie o 5 lat starszej. Wypłacamy wszystko w 65. r. ż., a zysk 5,5% netto (odpowiada dzisiaj obligacjom skarbowym lub kontom oszczędnościowym).

Zbierzemy (w cenach dzisiejszych):

  • przez 40 lat – 300 tys. zł (wpłata 120 tys. zł),
  • przez 30 lat – 210 tys. zł (wpłata 90 tys. zł),
  • przez 20 lat – 100 tys. zł (wpłata 60 tys. zł).

Wypłacając sobie te oszczędności zgodnie z regułą 4% mamy miesięcznie:

  • po 40 latach – 1000 zł,
  • po 30 latach – 650 zł,
  • po 20 latach – 500 zł.

IKE. Działa trochę inaczej. Nie dostajemy ulgi podatkowej, ale za to wypłaty zwolnione są z podatku. Oznacza to, przy kolejnych 250 zł wpłaty, prywatną emeryturę (do śmierci):

  • po 40 latach oszczędzania – 1100 zł,
  • po 30 latach oszczędzania 700 zł,
  • po 20 latach oszczędzania 550 zł.

A zatem zarabiając przeciętnie (tj. 5000 zł netto miesięcznie), odkładając:

  • 150 zł na PPK,
  • 250 zł na IKZE,
  • 250 zł na IKE,

dostaniemy następującą prywatną emeryturę (PPK przez 20 lat od średniej pensji ):

  • po 40 latach oszczędzania – 3500 zł (1400+1000+1100),
  • po 30 latach oszczędzania – 2250 zł (900+700+650),
  • po 20 latach – 1650 zł (500+550+500).

Nawet w tej ostatniej wersji – kwota równa się państwowej emeryturze. Tylko składki wynoszą 650 zł/m-c, a nie (z kosztami pracodawcy) 20% wynagrodzenia brutto (czyli przy 8500 zł – 1700 zł).

Prezes ZUS o emeryturze i wieku emerytalnym. Kolejna porcja bajek.

Tematowi emerytury poświęciłem już dziesiątki wpisów. Warto, ponieważ mówimy o jednej z najważniejszych zdobyczy „państwa dobrobytu.” Staram się też prostować medialne bajki, nawet jeśli powtarza je sam Prezes ZUS w wywiadzie dla Faktu.

Ostatnio Zdzisław Derdziuk uaktywnił się, a jego mądrości powtarza cały net. Przykład macie tutaj: https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/prezes-zus-wprost-o-wieku-emerytalnym-zostal-nieslusznie-obnizony/1ng7ez2 . Bierzmy się zatem z kopyta za prostowanie tych historii.

Bajka nr 1. Obecna sytuacja wymaga edukacji społeczeństwa na temat zależności między wysokością składek a przyszłą emeryturą.

A może nie bajka? No w połowie. Tzn. prawdziwe jest wprowadzenie „Warto uświadamiać społeczeństwu” a zależność między wysokością składek a przyszłą emeryturą, przedstawia się inaczej. Służę.

Otóż, wcale nie trzeba mieć wysokich składek aby otrzymać wysoką emeryturę. Wystarczy załapać się do mundurówki, zostać sędzią, prokuratorem, górnikiem czyli wyjść z systemu powszechnego do uprzywilejowanego. Proste.

Co więcej, nie istnieje żadna zależność pomiędzy wysokością składek a emeryturą nawet w systemie składkowym. Przykład pierwszy – rolnicy. A reszta jest historią. Wysokość naszej przyszłej emerytury zależy od:

  • arbitralnych tabel dożycia ZUS w chwili przejścia,
  • podobnie kształtowanych współczynników waloryzacji,
  • miesiąca i roku rozpoczęcia pobierania świadczenia,
  • płci,
  • systemu – już dzisiaj są trzy: stary, nowy, i nowy+OFE.
  • a wreszcie – widzimisię polityków, wiecznie dłubiących w każdym aspekcie,
  • aktualnie zbieranych składek.

Na żadną z nich nie mamy wpływu.

A teraz przykłady.

Moja kuzynka ma 62 lata i dobrą od kilkunastu lat pensję (ok. 20k brutto, 14 k netto). Nie urodziła wielu dzieci, trochę chorowała, studiowała (czyli ma 38 lat składkowych i 5 bezskładkowych) itp. Wiecie ile ZUS wyliczył jej emerytury? 5100 brutto, czyli ok. 4600 zł „na rękę” – ok. 1/3 ostatniej pensji. Dlaczego? Nie wiem. Mnie po 25 latach składkowych i 5 bezskładkowych wyszłoby (wzór w ustawie) 5900 zł brutto … renty. Widzicie logikę? Ja nie. Znam osoby (kobiety) , które po 40 latach składkowych i 5 bezskładkowych mają 2100 zł emerytury netto (pensja 60-100% średniej). Inne zarabiając od 70% więcej dostają 7100 z (czyli 3,5 raza więcej)ł. Powód – 6 z 7 wymienionych wyżej (płeć ta sama). Liczenie na uczciwość państwa – wielka naiwność. Możemy popracować 2 lata dłużej, w tym czasie zmienią się zasady i dostaniemy nawet mniej albo śladowo więcej.

Bajka nr 2. Trzeba jednak uświadamiać ludziom, że powinni pracować dłużej, nawet jeśli nie ma przymusu administracyjnego.

Długa praca oznacza jedno – krótsze pobieranie emerytury, a może, w wielu zwłaszcza męskich wypadkach, śmierć przed tzw. starczą rentą (takiego pojęcia używano sto lat temu). Uciekają nam też lata największej sprawności. Zamiast zysku – strata. Kolejny przykład z mojej pracy. Koleżanka, nazywam ją A. ma obecnie 64 lata. W 2020 r. przeszła na emeryturę, ale postanowiła dalej pracować, w 2023 r. była na zwolnieniu 6m (kręgosłup), w 2024 r. 3 m (komplikacje po operacji nogi) i teraz ma wprawdzie wyższe świadczenie (chociaż za czas L4 składek nie odprowadzano), ale jest kaleką, porusza się o kulach. Warto było?

Jak widać powyżej – nieprawda, że powinno się pracować dłużej. Długa praca kalkuluje się wąskiej grupie. Już wyjaśniam. Dla ludzi względnie młodych ważniejsze jest jednak coś innego – 70% dzisiejszych 30-40 latków dostanie emeryturę minimalną. Na więcej mogą liczyć tylko ci, którzy przekraczali średnią krajową. Taki los czeka większość prowadzących JDG oraz wszystkich poniżej średniej krajowej. W tej liczbie znajduje się moja żona. Czy popracuje do 67 r.ż. czy do ustawowej sześćdziesiątki – czeka ją państwowe minimum. Trochę lepiej wygląda „męska sprawa”, ale przyczyny leżą zupełnie na innych polach (wcześniejsze rozpoczęcie pracy, brak zwolnień na dzieci, więcej pracy=wyższe pensje).

Generalnie – pracowaniu do 70-tki sprzeciwia się też doświadczenie obecnych emerytów. Dokładając kilka (4-5 lat) zyskiwali 10%. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć w bajkę 1. Państwo administracyjnie reguluje wypłaty, aby nie ponosić wysokich kosztów.

Bajka nr 3. Kobieta dzisiaj odchodzi w 60. roku życia na emeryturę, żyje na niej jeszcze średnio 22 lata. Jeśli pracowała od 23. roku życia, skończyła studia, to ma bardzo małą sumę składek zebranych na koncie.

Prezesie Derdziuk – kobieta żyje 82 lata …. statystycznie. Średnią podnoszą osoby długowieczne. Proszę pokazać medianę. To raz.

Dwa – kobieta zasadniczo przeżywa swojego męża (mężczyźni żyją kilka lat dłużej) i może przejść na jego emeryturę. Stąd bez sensowne wydaje się pompowanie własnej… skoro z niej nie skorzystają, lub zrobią to krótko. Podam własny przykład. Emerytura prognozowana mojej żony – minimalna, a moja – ok. 11.000 zł (wg dzisiejszej wartości pieniądza, bo nominalnie 17k). Jesteśmy praktycznie równolatkami. Przez pierwsze 15 lat nie musi się o nic martwić. 5 lat (do jej i swojego 65 r.ż.) powinienem jeszcze pracować (i zarabiać dobrze). Kasy wystarczy. Potem przez 10 lat (śmierć mężczyzny – statystycznie 75 lat) dalej nie zginiemy z głodu (moja emerytura 11k). Następnie, w ostatnich jej latach dostanie 80% mojej emerytury – czyli 8800 zł. A co by było, gdybym umarł w wieku 65 lat? Dostanie te 8800 już wtedy. Czyli co się nie będzie działo, jej 1780 zł (najniższa emerytura) wygląda śmiesznie. Pamiętacie moją uwagę o „niewolnictwie mężczyzn”? Facet dłużej pracuje, szybciej umiera i jeszcze kobieta (dobrze jeśli ukochana) korzysta po śmierci z jego pracy.

Trzy – skąd przeświadczenie, że kobieta „ma bardzo małą sumę składek zebranych na koncie”? Przecież, do diaska, składała 37 lat (od 23 r. ż do 60 r. ż.). Nie każda zarabia śmiesznie mało. Nie każda rodzi dzieci. Na to pytanie odpowiemy sobie za chwilę.

Najważniejsze – Państwo okrada nas, wymuszając składki.

Weźmy tę statystyczną kobietę, obecnie ma 60 lat. Najpierw okradał ją PRL, potem RP. Indywidualne składki (choć nadal tylko zapisy na koncie), zaczęto ewidencjonować w 1999 r. Dlatego za wcześniejsze okresy naliczano kapitał początkowy. Załóżmy, że przez te 25 lat kobieta zarabiała średnią krajową, a państwo kasowało od niej 20% w formie składki emerytalnej. W 1999 r. – 4 tys. zł. W 2000 r. – 4600 zł, w 2001 r. 4900 zł, w 2002 r. 5000 zł, w 2003 r. – 5200 zł, w 2004 r. 5400 zł. itd. Co działoby się, gdyby te 29.100 zł kobieta w 2005 r. zamieniła na nieruchomości? Doskonale to wiem. Kupiłem wtedy działkę za 3000 zł (z opłatami 3800 zł). Dzisiaj byłaby warta (jako już budowlana) – 100.000 zł. A teraz pomnóżmy zainwestowaną kwotę x 7,5 (jak 29.100 zł ma się do 3800 zł). Uzyskujemy dzisiejszą wartość 750 tys. zł. ZUS nam tyle nie da. A inne obliczenia? W 2003 r. moja ciotka kupiła kilka ha ziemi w cenie 8000 zł/ha. Płaciła drogo, bo chciała nie mieć sąsiada. Suma wydana 24 tys. zł. Wartość dzisiejsza – 350 tys. zł (a dochodzi jeszcze zysk z dzierżawy). Jak ten mnożnik x14 ma się do śmiesznej waloryzacji ZUS w tym okresie? Wniosek – w ZUS-ie emeryt uzyskiwał śmieszne stopy zwrotu, bo gdyby wybrał mało ryzykowną ziemię rolną dzisiaj, po 20 latach, miałby 14 razy zainwestowaną sumę (z czynszem nawet 16-17 razy), spekulując na odrolnienie – 25 razy, a dzięki waloryzacji ZUS – może 3 razy (patrząc na stosunek minimalnej emerytury z 2004 r. i 2024 r.). I na tym polega rozmiar tego wałka. Dokonując samodzielnej lokaty środków odpowiadających składce emerytalnej da się osiągnąć daleko lepsze wyniki.

Żeby zobrazować to „na przyszłość” znowu policzę na swoim przykładzie. Do emerytury mam 17 lat, na koncie ZUS, subkoncie ok. 700 tys. zł. W OFE jeszcze 135 tys. zł. Do 65 r. ż odłożę wg metodologii ZUS, po waloryzacjach, przejęciu środków z OFE ok. niecałe 4 mln zł, a co roku dopłacać będę 50% średniej krajowej (20% składek x 250% średniej jako podstawa) czyli na dzisiaj 20.000 zł. I policzmy.

Samo odkładanie na 8,5% kwoty 20.000 zł daje 868 tys. zł (bez waloryzacji inflacją – wg dzisiejszej wartości – jeśli chciałbym ją uwzględnić – 2 razy tyle czyli 1,7 mln). Do tego dochodzi procent składany od zgromadzonych już dziś 835 tys. zł (suma podwoi się po 8,5 roku, jeśli osiągnę 8,5 % rok), a mamy 18 lat składania, więc zrobi się 3,6 mln zł. W sumie zbiorę sporo więcej niż w ZUS-ie (miało być 3,9 mln) bo 5,3 mln. Nie to jest jednak najważniejsze.

ZUS wypłacić mi miał 17 tys. zł emerytury (nominalnie) czyli ca 200 tys. zł rocznie. To same, niskie odsetki od 3,9 mln zł (ca.5%). A gdzie kapitał? ZUS go ukradnie, wrzucając do wspólnego kotła. Co stałoby się z kasą, gdybym gromadził ją sam i na emeryturze osiągał realne wyniki (same odsetki)?

  1. Lokując sensownie (obligacje korporacyjne 8,5% netto) – 450 tys. zł/rok.
  2. Lokując agresywnie (akcje kupowane na dołkach, sprzedawane na spadkach – 12%) – 636 tys. zł/rok.
  3. Lokując spekulacyjnie (20%) – 1 mln 60 tys. zł/rok.

Wypłacając sobie od 37 do 78 tys. zł miesięcznie, zamiast 17 tys. zł z ZUS, zostawiłbym spadkobiercom kapitał 5,3 mln zł.

A gdybym, jak w ZUS, zjadał również kapitał?

No cóż, wtedy dokładałbym jeszcze (przez statystyczne męskie dożycie od 65 do 75 r. ż) jakieś 25 tys. zł/miesiąc.

Podsumujmy emeryturę:

  • ZUS – 17 tys. zł/miesięcznie,
  • własne lokaty sensowne i ostrożne 62 tys. zł/miesięcznie,
  • własne lokaty agresywne – 88 tys. zł/miesiąc,
  • własne lokaty spekulacyjne 103 tys. zł/miesiąc.

Widzi Pan te liczby, Panie Derdziuk? Dalej nagania Pan na zaufanie ZUSowi?