Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kiepski interes – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Dwie opowieści o przedstawicielach wolnych zawodów, które wywrócą niektórym obraz świata.

Miałem ostatnio dwie pogawędki z dwoma kumplami. Obaj wykonują zawód, „długoletniej tradycji, zwłaszcza zaś doświadczeń w wykonywaniu wolnego, niezależnego i samorządnego zawodu” posiadając własne firmy. Obie pogawędki przybrały kierunek, którego się nie spodziewałem. Dlaczego?

Ponieważ dotyczył pieniędzy, a w zasadzie ich braku. Przypomnę – mówimy o 40-50 latkach, funkcjonujących na rynku kilkanaście lat.

Przypadek 1. Własna firma czy etat? Autor tej rozkminy w okresie studenckim był zdolnym informatykiem. Wybrał jednak wolny prestiżowy zawód. Teraz, w okolicach 50-tki mówi „Zrobię jeden certyfikat, pójdę na etat za 12k”. I moja refleksja, bo znam realia dg i pracownika. Chłopie, 12k brutto = 8.5k netto, a w grudniu nawet parę stówek mniej. Faktycznie taki raj, dla kogoś, kto do tej pory siedział we własnej kancelarii? No cóż, faktycznie, prawdopodobnie głównie siedział, jeśli stawka dniówki 400 zł wydaje się atrakcyjna.

Przypadek 2. Skromne realia niezależności. Drugi przypadek – zwierzenie dotyczące liczby spraw – 30 nowych rocznie (i 30 się kończy). 2.5 nowej sprawy w kancelarii oznacza dla niezbyt wziętego „niezależnego”, który ze stawkami nie poszaleje – może 12k +VAT (na fakturze brutto prawie 15k). Od tego odejmijmy lokal (1000 zł), składki ubezpieczeniowe i zawodowe (2200 zł), abonament za program (400 zł), paliwo (200 zł), księgową (250 zł), telefon (50 zł). Zostanie 7900 zł. Od tego już „tylko” zdrowotna (711 zł) i podatek (648 zł) i dochodzimy do 6541 zł. Nic dziwnego, że 8500 zł/m-c wydało się kumplowi szczególnie atrakcyjną stawką. W końcu +2000 zł na ulicy nie leży.

Wróćmy jeszcze do tych 6541 zł – to podobnie jak średnia krajowa. I teraz pytanie, czy warto wykonywać  wolny zawód z dochodem 6541 zł? Jeżeli nie zależy nam na prestiżu, absolutnie nie. Istnieje wiele miejsc (np. IT na państwowym, jak w pierwszym przypadku), gdzie zarobimy sporo więcej. Korpo w nieco większym mieście oferuje takie stawki człowiekowi z pewnym doświadczeniem. Ba, da się je zarobić w szkole. Czy mając 6541 zł/m-c da się mówić o prestiżu? Chyba nie bardzo. Jak mówią młodzi adwokaci – „starzy” zamiast lobbować jak związek zawodowy (podnoszenie stawek, przywileje podatkowe) skupili się na tradycji, która dzieci nie nakarmi. W efekcie prokurator, sędzia nie płaci składek ZUS, a tylko składkę zdrowotną i podatek (średnio nieco ponad 30%), a stojący po drugiej stronie opisany wyżej adwokat ma efektywne opodatkowanie i oskładkowanie dochodu na poziomie 52%.

Oczywiście, ci którym poszło lepiej, zarabiają sporo więcej (zwłaszcza w dużych miastach), ale znałem „młodego” z miasta powiatowego, któremu matka płaciła za lokal i składki ZUS, bo miał miesięcznie jednego klienta za niewielkie pieniądze. Dla niego 2,5 nowej sprawy/m-c każda za ok. 6k brutto, wydawały się marzeniem.

Co więcej, wbrew starej regule, nikt świadomy faktu rzeczywistych zarobków, nie pchał dziecka na prawo, lecz głównie na medycynę. Tam i stawki lepsze i podatki niższe (brak VAT-u, korzystniejszy ryczałt). Jaki bowiem jest sens walki o „prestiż” za 6541 zł, skoro 80% czasu zajmuje czekanie na klienta? Żaden. Niektórym faktycznie wywrócił się obraz świata.

Czy warto angażować się w etat?

Odpowiedź na tytułowe pytanie wcale nie jest prosta. Zwolennicy „kultury zapierdolu” powiedzą – oczywiście, lewica – absolutnie nie, natomiast prawda leży po środku. Stąd cały wpis.

Zostawmy na boku ideologię skupmy się na prostym rachunku matematycznym. Załóżmy, że pytanie zadaje 24-latek. Idzie do pierwszej pracy, w której zarobi 4500 zł netto czyli ok. 26 zł/h , a nadgodziny płatne są w stawce 40 zł/h. Ma szanse dorobić, nigdzie indziej tyle nie dostanie, a dodatkowo buduje swoją pozycję w firmie. Wtedy warto.

Inaczej wygląda sytuacja, jeśli pracodawca wymaga od Ciebie (jak prezes Brzóska od kurierów) 100% dyspozycyjności, ale za nią rewelacyjnie nie płaci. Wtedy angażować czasu nie warto.

Ale istnieje jeszcze kilka uwarunkowań:

  • czy lepiej dzisiaj zarobić więcej (biorąc płatne nadgodziny), czy zdobywać umiejętności, które pozwolą zarabiać 2 x tyle jutro?
  • czy stawka nadgodzin jest lepsza niż obrywów na boku?
  • czy mam (i jak duże) szansę awansować?

Każdy z tych problemów musi zostać przeanalizowany. Ja zwykle angażowałem się w pracę, ponieważ widziałem sens, co nie powstrzymało mnie od wzięcia czterech lat urlopu bezpłatnego na rozkręcenie firmy i zdobycie uprawnień. Teraz, gdy sytuacja zmieniła się o 180 stopni, na etacie świadomie robię tylko tyle, ile muszę, a działam na 150% tylko wtedy, gdy wyłączę świadomość. Dlaczego? Ponieważ poziom zaangażowania pompuje ilość pracy do wykonania, a nie daje efektu w w postaci wzrostu pensji. Dodatkowo, moja firmowa stawka godzinowa pozostaje niezmiennie sporo wyższa. Natomiast nie zawsze tak jest i wcale nie musi.

Popatrzmy na zdobywanie kwalifikacji. Jaki sens ma zarabianie 40 zł za nadgodzinę, jeżeli za dwa lata nauki możemy otrzymać te 40 zł w stawce godzinowej każdej ze 170h/m-c? Wynik wydaje się prosty. 20x 40+4500=5300 zł, a 40*170 =6800 zł. Lepiej zacisnąć zęby i pouczyć się trochę.

Podobnie liczmy dorabiając. Gdy pracujesz za 4500 zł/170h a możesz dostać za dwudziestogodzinową fuszkę 2500 zł, jaki sens ma branie nadgodzin z pensją 800 zł? Żaden.

Wreszcie rzecz niepoliczalna – awanse. W mojej branży przypada 10 pracowników na kierownika. Stąd szansa na awans 10% i to tylko o tyle, o ile nasz szef jest sporo starszy. Pozostaje jeszcze „kasyno” czyli układy, więc powiedzmy – realne 5%. Poświęcanie się w 200% dla 10% szansy podwyżki 1000 zł/m-c w moim przypadku pozbawione jest sensu. Wolę tę energię zaangażować w firmę, lub o czym pisałem, w doktorat.

Patrząc na te wszystkie uwarunkowania (a dochodzi jeszcze perspektywa zmiany zawodu, branży, sytuacja rodzinna itp.) dopiero możemy udzielić zindywidualizowanej odpowiedzi. Wszelkie generalizacje będą szkodliwe.

Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

Mercedes czy wolność? Wybór należy do Ciebie.

Jeden z moich kumpli wydał wszystkie swoje oszczędności na kilkuletniego Mercedesa CLS. Mówimy o człowieku, któremu zostało 10 lat do emerytury i pracuje stale na 2 etatach. Jaki będzie realny koszt tej decyzji? Policzmy.

  1. Utrzymanie: CLS AMG kontra Skoda Octavia. Przy przebiegu 10.000 km/rok różnica wyniesie:
  • 3000 zł/rok na paliwie,
  • 5000 zł/rok – ubezpieczenie,
  • 5000 zł/rok – naprawy i przeglądy,
  • 10.000 zł/rok – utrata wartości.
  • Razem: 23.000 zł/rok.

2. Teraz nieuzyskane odsetki. Załóżmy, że będąca w podobnym wieku Skoda Octavia kosztuje 1/3 ceny Mercedesa CLS-a. Różnica 135.000 zł. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że część kasy znajdowała się na rachunku IKZE, możemy założyć 7%/rok. Dodatkowe 10.000 zł.

3. Łączne koszty posiadania drogiego auta – w porównaniu z całkiem sensownym wyborem wozu w podobnym wieku. 1+2 czyli 23k+10k = 33k/rok, 2750 zł/m-c.

2750 zł na rok, oznacza możliwość odłożenia 33k/rok. Po 10 latach mówimy o 330k. Całkiem przyzwoita baza do prywatnej emerytury, w wysokości 1000 zł/m-c (i nadal 300 k zostawimy dzieciom). Zanim zaczniemy emeryturę, da nam wolność wyboru. Czy Mercedes CLS jest tyle warty? Moim zdaniem – nie. Ale Ty możesz mieć inne zdanie (albo zarabiasz tyle, że 2750 zł/m-c nie stanowi dla Ciebie żadnego problemu). Stąd tytuł wpisu.

Czy kredyt hipoteczny na 0,5 mln zł uważam za rozsądny?

Jeśli czytaliście wpis o wywiadzie z wyborcza.biz, pewnie wiecie, do czego nawiązuję. Tak – jeden z blogerów finansowych, zgrabnie połączył „oszczędzanie 70% dochodów” z kredytem na 0,5 mln zł.

W „zwykłym świecie”, poza bańką IT, menedżerów itp. oba te założenia kompletnie się nie spotkają. 0,5 mln kredytu hipotecznego daje nam ratę w okolicach 3.5 tys. zł/m-c. Z czego 90% początkowo stanowić będą odsetki. Gdzie tu oszczędność?

Natomiast da się taki projekt spiąć pod pewnymi warunkami.

Warunek 1. Odpowiednie, czyli b.wysokie dochody. Jeżeli przyjmiemy amerykańskie założenie – rata nie więcej niż 20 % dochodów, mówimy o ludziach zarabiających 17.5 tys. zł netto. Bez znaczenia singiel czy rodzina. Ale mamy jeszcze jeden punkt – oszczędzanie 70% dochodów. I tu nie da się żyć za 10% dochodów (100% – 70% oszczędności – 20% raty = 10%), chyba że zarabiamy (rodzina 2+2 podana przez blogera inwestycyjnego), już nie 17.5k netto , ale 70k netto/m-c (zwłaszcza w dużym mieście). Ile znacie par z dochodem 70k/m-c? Ja, dwie. Żadna z nich nie bierze kredytu na mieszkanie.

Warunek 2. Żadnych innych kredytów/leasingów. Tutaj idziemy prosto, skoro raty nie mogą przekroczyć 20% dochodu, hipotekę musimy połączyć z brakiem innych zobowiązań kredytowo-leasingowych.

Patrząc na liczby (zwłaszcza ten dochód 70k/m-c), osiągamy prostą konkluzję – obu warunków, kredytu 0,5 mln i oszczędności 70% dochodu, przeważająca większość z nas nie osiągnie, albowiem mówimy o 840 tys. zł netto/rok, czyli ponad 1 mln zł brutto. Daninę solidarnościową, liczoną od dochodu 1 mln zł/rok, płaci w Polsce 40.000 osób (dane z 2024 r.). Jak pisałem, wąska bańka.

A gdyby zostać przy samym kredycie 0,5 mln, braku innych zobowiązań i warunku dochodów 17.5k netto? No cóż, wtedy ma to sens, ale znowu, liczba osób/rodzin zarabiających tę sumę (na umowie o pracę ok. 25k brutto). I nadal, pragnąc oszczędzać, muszą pozostać w kręgu ludzi oszczędnych.

Jest jeszcze jedna możliwość. Kredyt będzie brany na nieruchomość inwestycyjną (nie tę w której mieszkamy). Wtedy, przy dochodzie z niej, pokrywającym 80-90% raty, obliczenia wyglądają inaczej. Dokładamy ok. 20%. I mamy spory luz. Ponieważ da się wykonać taki ruch, zarabiając sporo mniej, a nawet całkiem przeciętnie. Tylko trzeba mieć pierwszą nieruchomość. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

W przypadku „przeciętnych” znacznie lepiej sprawdzi się kredyt na kwotę maksymalną ok. 300 tys. zł. Wtedy rata wyniesie 2.100 zł i będzie mogła być pokryta przez dwie osoby o średnich dochodach (ok. 10.500 zł przy zachowaniu proporcji – rata=max.20% dochodu). Singiel, z zarobkami na poziomie 120% średniej krajowej (8000 zł netto) pożyczyć może tylko 200 tys. zł. Wystarczy na mieszkanie/dom w miasteczku powiatowym. Na Warszawę to za mało. Stąd, dla większości ludzi kredyt na 0,5 mln nie stanowi rozsądnej opcji.

Wyłączenie grzejników – głupia oszczędność. Czego nie robić w starym domu?

Dzisiaj powrót do tematu ogrzewania. Otóż, w dobie drogich nośników energii, część osób ma pomysł na drastyczne ruchy np. obniżenie temperatury w domu do poziomu 16-17 st. C. To właśnie głupia oszczędność. Jak mówią, skórka za wyprawkę, albo chcąc oszczędzić na zatyczce, zmarnowałeś beczkę (wina). Dlaczego?

Otóż wyobraźmy sobie przeciętny dom. Taki jak mój. Zapotrzebowanie na ogrzewanie ok. 20.000 KWh przy niezbyt ostrej zimie i tzw. temperaturze obliczeniowej (+20 st. C). Grzejemy gazem, a to oznacza rachunki w granicach 8000-9000 zł/sezon. W praktyce – w styczniu i lutym po 2000-3000 zł. Ponieważ nie zarabiamy wiele staramy się termostat ustawić na 16-17 st. C. Wiemy bowiem, że obniżenie temperatury o 1 st. C daje oszczędność nawet 8%. No i 4 st. C to już 32%. Prawie 1/3. Z 2000 zł zrobi się 1400 zł, z 3000 zł nieco ponad 2k, a rocznie z 8k nieco ponad 5k, z 9k ok. 6k. Warto?

Nie. W takiej temperaturze trudno funkcjonować, jeśli tylko na dłużej usiądziemy, żeby np. popracować na komputerze, obejrzeć film. Istnieją doradcy, którzy powiedzą – załóż drugie skarpety, bluzę, grube spodnie. A dłonie? W rękawiczkach chyba nie usiądziemy. I tu pojawia się pierwszy problem. Niski komfort cieplny. Oznacza on częste przeziębienia, osłabienie. Dochodzi jeszcze jeden kłopot. 16 st. C w kuchni da się wytrzymać (przy gotowaniu będzie 2-3 stopnie cieplej), w sypialni nawet też. Natomiast w łazience – klęska. I wszystko, co zaoszczędzimy na gazie, wydamy na lekarzy.

Problem nr 2 nazywa się wilgoć. Mega szkodliwa dla zdrowia i budynku (powoduje powstanie tzw. syndromu chorego domu). Zrobiłem taki eksperyment. Na wsi nie grzałem przez 2 dni w deszczowy, jesienny dzień. Temperatura spadła o 4 st. C. W tym samym czasie wilgotność wzrosła o 12% (z 58% do 70%). Jeden dzień grzania i powrót do starego poziomu. A w moim „zimowym”, czy „miejskim” domu. W salonie 20 st. C i 58% wilgotności powietrza. „Pokój na uboczu” gdzie istnieją 3 ściany zewnętrzne, czwarta od nieogrzewanej piwnicy, nieizolowana podłoga nad garażem oraz słabo ocieplony dach” – temperatura 17 st. C (czyli tylko 3 st. C różnicy) i wilgotność 65%. W żadnym z tych pomieszczeń nie suszy się pranie (mamy suszarkę kondensacyjną), a salon leży blisko kuchni (wilgoć z gotowania potraw) i łazienki. Te 7-12 % wilgotności robi wielką różnicę. Zwłaszcza dla murów obłożonych styropianem, astmatyków, alergików itp.

Problem nr 3. Nagrzanie wychłodzonego muru. Wiem coś o tym. W pierwszym roku, kupiony na jesieni i słabo grzany na czas remontu dom, przez 3 tygodnie intensywnie doprowadzaliśmy do 20 st. C. Ogromnym kosztem zużycia gazu (+50%), zanim mury przestały mrozić przy dotyku. Czyli, jeśli przekonamy się, że 16 st. C nie dla nas, zapłacimy podwójnie (oszczędność 32%, dołożymy tyle samo, ale wydamy na leki, oraz pochłaniacz wilgoci).

Z tych trzech problemów (sprawdzonych empirycznie), pojawił się wniosek – zostajemy przy 19-20 st. C.

Klasa średnia pracuje do emerytury po kilkanaście godzin dziennie. Jak tego uniknąć, nie żyjąc jak mnich?

W połowie listopada miałem okazję uczestniczyć w pewnej naradzie grupy specjalistów. Chodziło o opracowanie produktu, na który składały się elementy wielu branż. Ponieważ jedna ze specjalistek zrobiła swoją pracę, dając z siebie 30%, a potem tłumaczyła się trudnościami w wygospodarowaniu czasu na poprawki (próbując przesunąć je o pół roku, bo najpierw musi skończyć stare projekty, potem są Święta BN, Sylwester, ferie itp.), padły słowa podobne jak w tytule: „Proszę nam nie opowiadać  bajek, my wszyscy tutaj pracujemy po kilkanaście godzin dziennie, to są pieniądze akcjonariuszy, oni czekają na zyski”. Autorką tekstu była kobieta młodsza ode mnie o 4-5 lat. Zaraz zawtórowała jej prowadząca (po pięćdziesiątce). Nie odezwałem się, ale w głowie kiełkował mi pomysł na ten tekst.

Co stało się, że całkiem niegłupi ludzie, specjaliści, poświęcają na pracę kilkanaście godzin dziennie, przez 40 lat, od studiów do emerytury? A wcześniej jeszcze uczą się 17-20 lat w podobnym wymiarze. Składa się na to kilka kłamstw, powtarzanych przez pokolenia.

Kłamstwo 1. Sukces wymaga pracy po kilkanaście godzin dziennie. Pisałem o tym wiele razy – zupełnie tak nie jest. Jeden z moich ulubionych vlogerów (profil „Na skraju gaju”) poświęcił temu dłuższe nagranie. Streszczając je do minimum: wszystko zależy od tego, jak definiujemy sukces. Jeśli jako zarobienie dużych pieniędzy – decydują predyspozycje, kontakty, kapitał, nie ciężka praca. Junior w korpo pracuje znacznie ciężej niż jednoprocentowy akcjonariusz i zarabia mniej. A może – jako pozycję zawodową? W tym punkcie też wyprzedzą nas zdolniejsi, lepiej ustawieni (wystarczy przejść się po dowolnym uniwersytecie, klinice itp.). Mój kumpel, rąbiąc po 10 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, nawet nie zbliżył się do pozycji zarządzającego. W rzeczywistości, pomijając kasę, znajomości, układy, często znacznie ważniejsza niż ciężka praca, okazuje się zdolność do kombinowania. Wie o tym każdy doświadczony korposzczur. A w wielu definicjach sukcesu (udana rodzina, równowaga) taki tryb życia po prostu się nie mieści. Na koniec, po pewnym czasie efektywność spada i zaczynają się kłopoty ze zdrowiem.

Kłamstwo 2. Wszyscy tak robią. Doprawdy? Wystarczy wyskoczyć z bańki na kilka dni, biorąc urlop i przejść się po galerii między 9 a 17. Tłum ludzi. W markecie budowlanym – podobnie, i wcale nie noszą strojów roboczych (czytaj: nie są tu służbowo). Jak to możliwe? Istnieje wiele systemów pracy, nie tylko „9 to 5”. Są samozatrudnieni, freelancerzy, lenie, obiboki na L4, wybierający 3m pracy, 9m wolnego, pracujący 2 tygodnie w Norwegii i wracający na 2 tygodnie do Polski, drugozmianowcy, długo mógłbym wymieniać. Na koniec – zwykli lenie, królowe na zasiłkach, alkoholowi renciści, rentierzy-próżniacy, dziedzice, landlordowie itp. Na nich wszystkich pracuje (a nawet zapieprza) cała (albo prawie cała) klasa średnia. Ktoś musi płacić podatki. Tak się składa, że pani specjalistka besztająca drugą panią specjalistkę, ponosi koszt tego wszystkiego. Co więcej, im ciężej pracuje, tym obciążenie rośnie (kwotowo, a często i procentowo). Proponuję wyjść z kokonu klasy średniej.

Kłamstwo 3. Pracując mniej, grozi nam deklasacją. Badano metodami naukowymi lęki klasy średniej. Najpoważniejszy dotyczył spadku do klasy niższej. Wtedy ten czy ów musiałby wykonywać zajęcia mniej wyszukane, skomplikowane, albo zwyczajnie pracować fizycznie. Dzieci stracą pozycję socjoekonomiczną, garnitur zawiśnie w szafie, odpadną prywatne szkoły i pakiety medyczne (nikt nie oferuje ich np. glazurnikowi). Przerażające. Tyle, że nieprawdziwe. Klasa wyższa nie pracuje aż tyle (albo i wcale) i nikt jej nie zrzuca z piedestału. W rzeczywistości nie chodzi bowiem o ilość pracy, lecz o zarobki. I tak, po przeanalizowaniu kłamstw, dochodzimy do sedna – jak uniknąć takiego zapierdolu.

Trzeba mieć pieniądze bez pracy, albo z mniej intensywnej pracy. Można to zrobić na kilka sposobów.

Sposób 1. Oszczędny milioner. Tak, to o mnie. Ciężko pracować do pewnego momentu, aż zarobki z kapitału (stworzonego z zaoszczędzonej i zainwestowanej drugiej pensji) wyrównają przyszłe ubytki. Dlatego, że posiadam inwestycje, mogłem uśmiechać się w duchu na naradzie. Pozostali nadal udowadniali swoją przydatność, biorąc pracę na weekend (o czym wprost mówili), siedząc po godzinach. Wszystko, żeby przynieść do domu te 15-20k na wysokie koszty statusowego życia. Ponieważ, przed czym ostrzegał Robert Kiyosaki, pensja specjalisty zależy do liczby przepracowanych godzin, ta pani musi zwiększać ilość pracy, zamiast korzystać ze skalowania lub kapitału. Dlatego ona w ten piątek (bo był to weekendu początek) dziobała do 18 a ja, skończyłem pracę o 14.30, wsiadłem w auto i pojechałem do Nałęczowa na odczyt, picie leczniczej wody i spacer po miasteczku. Pomimo tego, zarobiliśmy tyle samo. Ona ciężką pracą, a ja pracą i kapitałem.

Sposób 2. Wysoki procent oszczędności za młodu. Podstawa ruchu FIRE – odkładać 70% pensji. Jak zauważyłem w polemikach z Wami, wymaga to albo wysokich poborów przed 30-tką (IT, banki itd.) albo drastycznych oszczędności (życie za grosze). W praktyce dla 1-10%.

Sposób 3. Zwiększenie zwrotu z inwestycji. Krótko mówiąc – gramy wysoko, jedziemy po bandzie, tolerujemy spore ryzyko. W okresie 20 lat wygląda to następująco. Przeciętny przedstawiciel klasy średniej odkłada 1500 zł/m-c (10% zarobków rodziny) i lokuje je na 5%. Po 20 latach ma 620 tys. zł. Co robi agresywny ryzykant? Zwiększa tolerancję na straty, ale zarabia 10%. Nagle, odkładając tyle samo, dochodzi po 20 latach do 1,15 mln zł. Gdyby dociągnął do 18% (podwojenie kapitału co 4 lata, poziom Warrena Buffeta) przy identycznym zaangażowaniu (1500 zł/m-c) i czasie (dwie dekady), uzbiera aż 3,5 mln zł. A każdy z tej trójki (pięcioprocentowiec, dziesięcioprocentowiec, osiemnastoprocentowiec) zainwestował tyle samo – wpłacił 360 tys. zł.

Niezależnie od tego, co się wydarzy, możemy mieć ponad milion oszczędności (kapitału) w ciągu 20 lat. W praktyce – w okolicach 40-tki. A taka kwota, da nam 6-8 tys. zł/m-c dodatkowego przychodu. Przeliczając na zarobki klasy średniej (w zależności od miejsca zamieszkania, liczby pracujących rodzin oraz dolnej lub górnej granicy naszej grupy wynoszą one 40-150 zł/godzinę netto), pozwoli uniknąć od 10 do 40 godzin pracy tygodniowo i zachować ten sam poziom zarobków. Sporo.

Jak do tego doszedłem? Skoro przeciętne gospodarstwo trzyosobowe klasy średniej ma dochód od ok. 6 do ok. 20k netto, a żyje za 4.5-18 tys. zł, uzyskanie 6-8k z kapitału nie pozwala porzucić pracy (albowiem wtedy większości zabraknie kasy), ale nie ma potrzeby zarzynania się nią. Wystarczą dwa spokojne etaty (np. 7+5k lub nawet 5+5k) oraz te zyski kapitałowe. Panie opisujące pracę po kilkanaście godzin (czyli właśnie dodatkowe 10-40 godzin w tygodniu), musiały nie być świadome możliwości. Wy już wiecie. I wcale nie trzeba w tym celu żyć jak mnich.

Smutna rzeczywistość etatu w mieście. Refleksja po pewnym spotkaniu biznesowym.

Całkiem niedawno miałem okazję uczestniczyć w negocjacjach biznesowych.` W tym celu pojechałem do jednej z większych kancelarii prawnych w mieście. To, co tam zobaczyłem, daje do myślenia. I stanowi odpowiedź na pytanie – co daje nam etat w prestiżowym zawodzie. A także rzuca pewne światło na wyniki Kancelarii Mentzen.

Miejsce – duża kancelaria prawno-podatkowa, w dużym mieście, gdzieś na wschodzie Polski.

Siedziba – (400-500 m2) willa w tzw. dobrej dzielnicy. Spory parking, styl „rokokoko na bogato” czyli złoto, drewno, marmur. W budynku, dwa podmioty (nie wiem jak fizycznie i prawnie podzielone) „legal” czyli kancelaria i „tax” czyli doradztwo podatkowe plus księgowość.

W takim miejscu pracuje kilkanaście osób, z wyższym wykształceniem, aplikacją lub szczególnymi uprawnieniami (doradca podatkowy, radca prawny, adwokat). Według powszechnego przekonania należących do „uprzywilejowanej kasty” czyli zarabiających sporo powyżej średniej. Ja miałem odbyć spotkanie z jednym ze wspólników, legitymującym się poza edukacją prawniczą, także dyplomem MBA.

Parking

Jakimi samochodami według Was jeżdżą prawnicy i doradcy podatkowi? Spodziewacie się Mercedesów, Volvo, Jaguarów? Otóż nie. Rano na placu stało ok. 10 samochodów, z których najdroższy – 10-15 letni amerykański van, mógł być wart ok. 50-60 tys. zł. Większość stanowiły małe auta popularnych marek, na numerach z okolicznych powiatów.

I czas na wnioski. Być może trafiłem na enklawę „milionerów z sąsiedztwa”, a więc wyjątkowo oszczędnych ludzi, którzy pomimo sporych zarobków, poruszają się tanimi autami. Albo, co bardziej prawdopodobne, miejsce gdzie płaci się na tyle marnie, że przy miejskich kosztach życia, wystarcza tylko na skromny pojazd.

A wspólnicy? Na posesji znajdowało się kilka garaży, prawdopodobnie właśnie dla nich. Mnie jednak bardziej interesowali typowi pracownicy. I tu – poziom Kancelarii Mentzen, którą opisywałem i małych biur prawno-księgowych z mojego miasta (4,5-7k netto za realne 50-60 godzin/tydzień), nie pozwala na samochodowe (i jakiekolwiek inne) szaleństwo.

Biuro.

Poza samym budynkiem i klatką schodową (wyglądającą jak żywcem wyjęta z gangsterki z lat 90-tych) daleko bez szału. Przeciętna korpo (nie mówiąc już o moim kliencie, firmie informatycznej) bije ich na głowę. 30-letnie meble z reklam banków w ok. 2000 r., pokój wielkości podobnej do gabinetu urzędnika średniego szczebla w moim mieście – tak wyglądało biuro wspólnika kancelarii.

Ceny.

Widziałem kiedyś ich umowę z dużym podmiotem państwowym – za ok. 100 zł/godzinę + VAT. Ten sam podmiot płacił niewielkiej, rodzinnej firmie IT za serwis oprogramowania 500 zł+VAT za godzinę.

W tych 100 zł mieścił się zysk kancelarii, podatki i praca prawnika. Jestem w stanie policzyć precyzyjnie. Ten ostatni, nawet b2b zarabiał nie więcej niż 30-40 zł netto/godzinę (bo 12% podatku dochodowego, 9% składki zdrowotnej, jakieś koszty dojazdu, księgowości, komputera, telefonu, 4 zł/godzinę – ZUS). Gdyby zatrudniał się na umowę o pracę, nawet mniej. Młody stolarz bierze więcej. Nie mówiąc o programiście.

Klienci.

Siedziałem chwilę w poczekalni. Innych klientów nie było. Czyli bez szaleństwa.

Wnioski.

Obserwacja tej działalności skłoniła mnie do oczywistych wniosków. Jeśli mówimy o jednej z większych kancelarii prawnych i biur doradztwa podatkowego w mieście, rynek musi wyglądać bardzo słabo. Pracownicy dostają pensje na poziomie zwykłego urzędnika (nie-kierownika). Nie warto dzieci pchać na etat w takim miejscu.

Sprawdź czy w ogóle jest nadzieja na emeryturę z ZUS. Wpis po komentarzu Marka. Jak się bronić?

Pomysł emerytury z ZUS jako pewnego źródła wystarczających dochodów na starość, staram się wybijać z głowy dzisiejszych czytelników poniżej czterdziestki. Ponieważ niedawno Marek napisał w komentarzu o „nadziei” na takie „gwarantowane” świadczenie, warto spojrzeć na praktykę i przepisy prawa, czyli zafundować sobie zimny prysznic.

Pewna pani, żeby było ciekawiej – księgowa i właścicielka biura rachunkowego, aby uniknąć problemów, założyła spółkę z o.o. Była większościowym wspólnikiem i prezesem zarządu na etacie. Wszystko trwało 30 lat, ZUS brał składki, wypłacał świadczenia itp. I nagle, po takim okresie, wydał decyzję – pani nie jest ubezpieczona i nigdy nie była, bo umowa o pracę z własną spółką, jest pozorna. Do tego zwróci już-nie-ubezpieczonej składki za ostatnie 5 lat. A co z resztą? Otóż w czasie pandemii rząd Morawieckiego (PiS) zafundował taki przepis: zwracamy składki tylko za 5 lat, a resztę zabieramy do FUS (czyli wspólnego worka). Wbrew pozorom, problem nie dotyczy wyłącznie prezesów spółek, ale może dotknąć każdego z nas. Nie ma składek, nie ma emerytury ani stażu ubezpieczeniowego (czyli nie należy nam się nawet minimalna). I teraz, Marku, chyba widzisz, dlaczego nie liczę na państwową emeryturę?

Ktoś w ZUS albo w rządzie może przez lata przyjmować składki, a potem nic nie wypłacić? Otóż, to nie pierwsza taka sprawa. Wcześniej ZUS masowo wyrejestrowywał kobiety w ciąży („matki przeciwko ZUS”), żeby nie płacić za zwolnienia i macierzyński. Notorycznie pozbawia się świadczeń KRUS rolników (na tej samej zasadzie – bo kiedyś przez trzy miesiące pracowałeś za granicą, więc wyrejestrujemy `20 lat wstecz). Problemy mieli zatrudnieni w firmie własnych rodziców. Pozbawiano ludzi prawa do tarcz COVID. Wcześniej plagą stał się brak dokumentów po likwidowanych przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych (jak robotnik nie dopilnował wpisu w książeczkę ubezpieczeniową – dostawał emeryturę minimalną).

Czy można się bronić i jak? Otóż, natychmiast odwoływać się do sądu. Jeśli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji, zapraszam do kontaktu w komentarzach. Paru osobom już pomogłem w walce z tym nienażartym potworem. Walka jednak to droga przez mękę (trwa kilka lat). Poniżej krótka instrukcja.

Linia obrony musi bazować na dwóch argumentach:

  1. Umowa o pracę/tytuł świadczenia wcale nie był pozorny. Ponieważ np. jest drugi wspólnik, ktoś był prezesem ale faktyczne rządy sprawowała inna osoba, umowa była wykonywana itp. Warto sobie poczytać wyroki Sądu Najwyższego, bo co osoba, to przypadek. Mojego brata też próbowano wyrejestrować, ale po dobrym piśmie, odpuścili.
  2. Takie postępowanie ZUS chociaż teoretycznie zgodne z prawem, narusza konstytucyjne uprawnienia obywatela i jego zaufanie do państwa. Paru udało się na tym wygrać, ponieważ niektóre (słowo-klucz) sądy rozumieją grozę sytuacji.

W żadnym wypadku nie udzielać wyjaśnień bez konsultacji, ZUS tylko na to czeka. W rzeczywistości ma tyle informacji, ile mu damy i co znajdzie w oficjalnych rejestrach. Urzędnik nie dysponuje ani umową spółki, ani podziałem obowiązku między członków zarządu, ani wiedzą, kto faktycznie prowadzi sprawy spółki. Prawo handlowe zna słabo. W gruncie rzeczy powtarza slogany. I tu jest szansa – ponieważ nie każda umowa o pracę prezesa zarządu ze spółką w której ma większościowe udziały da się podważyć. W efekcie, nerwów nam napsują, czasu nakradną, kosztów narobią, ale często przegrywają, bo są zwyczajnie słabi.

Wracając jednak do „nadziei na emeryturę”. Jak widać nikt nie jest bezpieczny. Dzisiaj uderzyli w prezesa zarządu, jutro stwierdzą, że Twoje i moje zgłoszenie sprzed 26 lat jest nieważne, bo podpisała go osoba nieuprawniona do reprezentacji firmy (np. księgowa bez pełnomocnictwa), więc sorry, składki weźmiemy, a emerytury nie dostaniesz. Stąd liczę na siebie. Może PPK, nieruchomości, akcji ani IKZE mi nie zrabują. A jeśli nawet, zabezpieczą nas niskie koszty życia.

Wystarczająco dobrze. Opowieść o sztuce podejmowania decyzji i wyjaśnienie dlaczego niektórzy nigdy nie będą bogaci.

W jednej ze swoich doskonałych książek (polski tytuł „Bogaty albo biedny. Po prostu różni mentalnie”) T.Harv Eker napisał kilka zdań, które chciałbym zacytować, ponieważ mają kapitalne znaczenie w budowaniu zamożności: „Gotów, pal, cel! Co chcemy przez to powiedzieć? Przygotuj się najlepiej, jak umiesz, w tak krótkim czasie, jak to tylko możliwe; zacznij działać; koryguj działanie w jego trakcie.” Niedawno miałem okazję być uczestnikiem pewnego projektu, który skutki tego pokazuje dokładnie, a także wyjaśnia, dlaczego tak niewielu specjalistów na etacie , kiedykolwiek osiąga znaczny majątek. Mój pracodawca po zmianach przepisów (zawsze w ostatniej chwili, zawsze spóźnieni) miał 3 tygodnie na odpalenie poważnego projektu. Pokazując skalę, grupa 5 osób przygotowujących i 15 wykonawców, miała w 21 dni opracować, zatwierdzić, i wykonać zadania, które w normalnych warunkach zajmują rok, jeśli pracuje nad nimi 30 osób. Zgodnie ze wszystkimi założeniami teorii absurdów białych kołnierzyków, codzienności np. w korporacji grupę stworzono według reguł „znajomi znajomych”, a więc tylko 10 osób spośród 20 posiadało jakiekolwiek doświadczenie w projektach o takie skali. Przepis na katastrofę, aczkolwiek wycofanie się nie było opcją. Na przygotowanie założeń dano … 3 dni. Z akceptacją przez wszystkie szczeble. I miałem niezmiernego pecha być w tej 5-tce przygotowujących. Po czym poszedłem na urlop. Ponieważ szefostwo wreszcie zorientowało się w skali projektu i że niebacznie udzielono mi urlopu, nagle zwiększono zespół i to co ja miałem zrobić w 21 tygodnie (czyli jako jeden z współautorów planu, nadzorować wykonanie niemożliwego przez niedoświadczonych) powierzono całemu działowi – kilkunastu osobom i wydłużono deadline do 35 dni. I teraz nastąpiło najlepsze, nie wywołujące nawet odrobiny zdziwienia u kogoś, kto kiedykolwiek pracował w korporacji albo na budowie. Od czego zaczyna 2/3 z tego działu? Od kwestionowania efektów trzydniowej pracy. Krótko mówiąc zaczyna się festiwal twierdzeń takich jak „O… kto to tak wam sp…ł”, „X (czyli ja) to debil i pozostali przygotowujący też debile.” „Ja się pod tym nigdy nie podpiszę”. I wiecie, co się stało? Ci, którzy pracowali w korpo, już tak. Otóż, stawiający się w roli recenzentów cudzej pracy, nie przewidzieli jednego. W grupie pięciu osób, które poza mną złożyły podpisy pod planem, znalazło się dwóch wysoko postawionych menedżerów o silnej pozycji i dostępie do ucha samego „szefa wszystkich szefów”. Jeden z nich wkurzył się niepomiernie i poleciał na samą górę ze słowami, które z pominięciem „polskich przecinków” zacytuję: „X to zatwierdził, a teraz nastu „mądrych” sypie piasek w tryby.” No i zaczęła się wojna. Szef wszystkich szefów wezwał mojego (i dziesięciu gniewnych ludzi) szefa i opieprzył. „Miało być gotowe za 3 tygodnie, a nie wyjdzie w 35. Dzwonią do mnie z centrali. Zrób z tym coś.” (przecinki ponownie pominąłem). No i moi „koledzy” zebrali swoje i musieli odpuścić. Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Kiedy powróciłem z urlopu po 6 tygodniach, projekt nadal był praktycznie wykonany tylko w 60% (czyli 28 osób w 42 dni zrealizowało zadanie przewidzianego dla 17 na trzy tygodnie), a autor skargi do „góry” w rozmowie ze mną (jesteśmy na stopie oficjalnej, parę razy nawet spięliśmy się) powiedział „Jak dobrze, że pan wrócił, z nimi nie dało się pracować, wiecznie szukali problemów. Gdyby był Pan na miejscu, w 3 tygodnie byłoby po wszystkim”. I teraz clou. Z grupy nastu specjalistów, którzy mnie zastąpili, najgłośniej krzyczały trzy osoby: koordynator, do którego pracy są wieczne zastrzeżenia (więc miał okazję się wykazać), jedna niedoświadczona pracownica, oraz starsza koleżanka, bardzo mądra, ale z doświadczeniem, że o połowę mniejszy projekt cyzeluje sobie spokojnie przez 3 miesiące. Żadna z nich nie jest zamożna, żadna nie prowadzi własnej działalności, tylko od lat pracuje na etacie, żadna nie czytała T.Harva Ekera. Żadna nie jest wybitna, chociaż przynajmniej jedną oceniłbym jako doskonałego specjalistę w swojej wąskiej działce. Dwójka dwukrotnie oblała zawodowy egzamin (który zdałem za pierwszym razem w górnych 5%) z powodu niezaliczenia statystyki, trzecia ze strachu przed porażką w ogóle do niego nie przystąpiła do niego (zdawalność ogólnopolska wynosiła 33-50%). Dlaczego więc mnie się udawało? Gotów, pal, cel.

I teraz czas, na tym prostym przykładzie odpowiedzieć sobie na trzy pytania:

Czy plan, którego byłem współautorem, był idealny? Oczywiście, nie. Zawierał szereg niedoskonałości (chociaż nie krytycznych błędów).

Czy, gdyby od początku przeznaczono 3 razy więcej czasu na przygotowanie, stałby się lepszy? Niewątpliwie.

Czy, gdyby pracodawca odmówił mi urlopu, wykonano by zadanie w 21 dni. Z dużym prawdopodobieństwem – tak, a chociaż zaszlibyśmy dalej w 30 dni.

Jeszcze raz wróćmy do T.Harva Ekera. Gotów, pal, cel. Zajmij stanowisko, strzelaj, celuj. „Przygotuj się najlepiej, jak umiesz, w tak krótkim czasie, jak to tylko możliwe; zacznij działać; koryguj działanie w jego trakcie.” Kwintesencja szybkiego podejmowania decyzji.

Gdybym miał wskazać, jaka cecha miała decydujące znaczenie w moich ponadprzeciętnych rezultatach finansowych powiedziałbym, właśnie umiejętność lekkiego decydowania o setkach własnych tysięcy (w przypadku tego projektu dziesiątkach milionów pracodawcy), w mega krótkim czasie. Mówiąc żargonem korporacji „urodzenia przez 9 kobiet dziecka w miesiąc” czyli zaplanowania i dokonania niemożliwego. I dobry żołnierz tak właśnie działa. Na polu bitwy i w organizacji. Nie dyskutuje z rozkazami (deadline’ami), tylko stara się je wykonać w założonych warunkach dostępnymi środkami. Czy zawsze wygrywa? Nie. Ponieważ najpierw strzelając, dopuszczamy porażkę, starając się zminimalizować jej skutki.

Ktoś, kto każdą decyzję rodzi w bólach przez miesiące, zostanie na swoim poziomie finansowym pracownika, pracującego do śmierci (nawet nie emerytury – bo na nią nie jest gotowy, przeciągając moment odejścia), wiecznie zależnego od innych (nie bez przyczyny każda z najgłośniej krzyczących „Nie podpiszę się” tę drobną stabilizację, którą posiada, zawdzięcza małżonkowi lub partnerowi). Z drugiej strony, większość moich klientów ceni sobie (i sami posiadają tę cechę) – reaktywność, a więc zdolność do korygowania planów (i sposobu myślenia) w działaniu.

Ile trwało podjęcie decyzji (przez dwójkę moich przyjaciół i mnie) na temat: „Czy i za ile kupujemy działający pensjonat w górach, którego wartość ofertowa wynosi 3 mln zł? Trzy rozmowy telefoniczne i godzinę liczenia rozciągnięte na 2 dni (ostatecznie nie kupiliśmy, bo sprzedający nie chciał zejść z ceny i nadal jest sprzedającym). Każda z tych osób kwestionująca pracę innych, potrzebowałaby miesięcy. Ile czasu zajmuje mi odpowiedź na pytanie: Czy kupię ten samochód? 3 minuty. Dlaczego? Ponieważ sprzedający okazyjnie daje mi właśnie tyle czasu. 3 minuty decyzji o wartości 50-100 tys. zł. 2 dni na 3 mln. Gotowy, pal, cel.

I teraz czas oddać sprawiedliwość malkontentom. Rzecz jasna, nie zawsze odnoszę sukces. Czasem przegrywam. Natomiast nie przystępując do walki, nie wygrałbym nigdy. Reszta jest matematyką. `Jeden z pierwszych moich książkowych mentorów – Brian Tracy, napisał kiedyś coś w tym stylu (wolę oddać sens i skończyć tekst, niż trzy godziny szukać cytatu) – sprzedawca nieruchomości podpisuje jedną umowę na 145 rozmów. Dostaje 144 odmowy i 1 akceptację. W jaki sposób radzi sobie z porażkami? Zna statystyki. Wie, że każda z odmów przybliża go do ostatecznego sukcesu. I prowizji 20 tys. zł. Jeżeli poświęci średnio 10 minut na każdą rozmowę daje to ok. 24 godziny na umowę (znowu: policzyłem to w pamięci w 2 sekundy, zamiast obliczać na kalkulatorze, niedokładność wyniosła mniej niż 1%, bo 24 x 6 =144). A stawka ponad 833,33 zł/h (tu już sprawdziłem). I tak trzeba żyć. Życie daje nam wiele szans, czy je wykorzystamy, zależy od zdolności do szybkiego podejmowania decyzji. Agent nieruchomości, który boi się 144 odmów, nie jest w stanie wykonywać pracy. Ponownie, nie chodzi o pędzenie naprzód, jak jeździec bez głowy, ale o realną (dopuszczającą margines błędu) natychmiastową ocenę.

I jeszcze anegdota z jednej z książek finansowych. W czasie gorącego 2007 roku (kryzys subprime) szef FED zebrał dyrektorów amerykańskich banków na naradzie. Zadał im krótkie pytanie: Co robić? Spośród kilkunastu osób, wybitnych specjalistów ekonomii i zarządzania, prawie wszyscy milczeli, przytłoczeni odpowiedzialnością. Tylko jeden powiedział: wpompujmy ile się da pieniędzy w system, żeby zachować płynność. Tak właśnie zrobiono. Wynik znamy. System bankowy nie zawalił się, lekarstwo zadziałało. Gdyby debatowano 2 tygodnie, i nic nie zrobiono, z pewnością nastąpiłaby lawina bankructw. Szybko podejmując decyzję dawano sobie szansę na zwycięstwo.

Stąd w tym projekcie przyjąłem zasadę: lepiej samodzielnie podjąć 1500 decyzji (w tym większość w 1-szym tygodniu) na 80% w trzy tygodnie, niż w 12 osób na 110% w 6 tygodni (a w tydzień nawet nie wystartować, oraz wielokrotnie przesunąć termin). Ponieważ po 6 tygodniach może się okazać, że znajdujemy się w sytuacji, że nie mamy już o czym decydować, okno czasowe zamknęło się. Ubocznie – po urlopie sprawdziłem w systemach, jakie moje decyzje kwestionowali „koledzy” – wyłącznie te o niekrytycznym znaczeniu, które dało się skorygować w trakcie realizacji. Dlaczego? Ponieważ plan przygotowało 5 osób, w tym doświadczona menedżerka finansowa. I jak powiedziałem osobie najgłośniej krzyczącej „Zgłaszając veto i robiąc dym, mogliście założyć, że cała piątka, w tym dwójka menedżerów i trzech specjalistów (w tym ja), którzy klepnęli projekt w 3 dni, to debile, ale prawdopodobieństwo prawdziwości takiej oceny, jest niewielkie”.

I na koniec wrócę do historii (nie mojej, lecz wielkiej). Wiecie jakie były najpoważniejsze zarzuty teoretyków wojskowości odnośnie porażki Polski we wrześniu 1939 r.? Większość generałów dowodzących armiami podejmowała decyzje zbyt późno, czekając na więcej informacji, które nigdy nie nadeszły.