Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kiepski interes – Strona 4 – Oszczędny Milioner

Kogo stać na życie w wielkim mieście?

Jeden z ostatnich wpisów, Bartek skomentował trafnymi konkluzjami. Uznałem, że pociągnę temat i dodam 3 grosze od siebie. No i z komentarza zrobił się cały post.

Najpierw cytat ze słów Bartka: „Mieszka się fajnie w dużym mieście jak się odziedziczyło mieszkanie lub dobrze zarabia ( ja uważam, że min. 2x średniej ).
Albo zarabia się jeszcze relatywnie mało ale jest ogromny potencjał na duży wzrost dochodów w najbliższych miesiącach. W innym przypadku- tak jak napisałeś- zdecydowanie lepszym wyborem jest mniejsza miejscowość z dworcem kolejowym, szkołami, szpitalem, ofertą gastronomiczną i kulturalną.”

Istotnie w dużym mieście mieszka się fajnie, zwłaszcza w pobliżu ścisłego centrum. No tak, każdy chciałby być młody i bogaty. Natomiast zwracam uwagę, na dwa istotne fakty:

  1. nie wszyscy mieszkający w dużych miastach odziedziczyli (lub mają bez kredytu) sensowne lokale.
  2. nawet posiadając „czystą hipotekę” mamy wybór, a nawet – dopiero wtedy mamy. Przy czym nie jest to dylemat „kupić czy wynająć” lecz raczej obliczenie: Skoro trzypokojowe mieszkanie w Warszawie = 1.5 mln, to mieszkanie w Płocku+1 mln zł=mieszkanie w Warszawie, lub mieszkanie w Opolu+0,8 mln zł = mieszkanie w centrum Wrocławia.

Te założenia wydają się mieć ręce i nogi. I znowu, rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

Fajnie się mieszka w dużym mieście (sensowność lokalu).

Wiemy doskonale (ja z autopsji), że mieszkanie w centrum, lub blisko centrum dużego miasta miewa też swoje wady, zwłaszcza dla 35-latków z dziećmi. Gentryfikacja, korki, najbliższe otoczenie, niefunkcjonalności potrafią uprzykrzyć życie codzienne. A filharmonię, teatry, knajpki – mamy od święta. Generalnie, nie bez przyczyny, centrum zdominowali bardzo młodzi, firmy, wynajem krótkoterminowy. Prowadzi to do zamykania szkół (czyli trzeba dowozić`), zaniku przestrzeni wspólnych (bo drogo i wszystko trzeba wykorzystać), miejsc parkingowych (coraz mniej ogólnodostępnych i płatne).

Doskonale pamiętam 14 lat w kamienicy, a teraz jest jeszcze gorzej. Kiedy synowie mieli po 10 lat, w zasadzie jedyną zaletą była bliskość pracy (do firmy schodziłem w kapciach, do biura szedłem 10 minut). Poza tym – głównie wady. Przenosząc się do domku na starym osiedlu – odetchnąłem. Bo takie rozwiązanie łączy zalety przedmieścia z centrum. Tyle, że jest drogie. Za wyremontowany dom w mojej okolicy krzyczą po 1,6 mln. Dokładnie tyle, że starczyłoby na ładny budynek w mieście powiatowym, oddalonym o 45 km (30 minut trasą szybkiego ruchu) i… zostałby 1000 tys. zł (milion). Niewątpliwie posiadanie takiego domu, daje możliwość wyboru.

Fajnie się mieszka w dużym mieście, gdy się dobrze zarabia.

Bo w ogóle lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć. Dysponując kasą mamy szanse na sporo atrakcji. Przy czym, żeby w takiej Warszawie w pełni z nich korzystać, dobre zarobki nie wystarczą. Tłukę temat na blogu od dekady. W tej grze chodzi przede wszystkim o budowanie majątku i przychodu pasywnego (bez pracy etatowej), a nie zwiększanie pensji. Tymczasem stolica, jaka jest każdy widzi. Dominują w niej grupy pracowników, może i o ponadprzeciętnych pensjach (niech będzie i te 12k/m-c netto), ale o majątku znacznie niższym niż przeciętny gospodarz w mojej wsi. Jak to możliwe? Nie tylko możliwe, ale i prawdopodobne. Mówi o tym moje równanie zamożności. A w nim liczy się także poziom wydatków, a przede wszystkim – umiejętność uzyskiwania maksymalnie wysokiej stopy zwrotu.

I popatrzcie. Korposzczur ma 12k pensji, jego żona 10k. Razem dysponują 22k. Nieźle. Niby tak. Ale ich wydatki zwiększa 7k długu hipotecznego i 4k leasingów. I mają do dyspozycji 11k. Czyli tyle, ile para z Opola, zarabiająca 6+5 (czyli połowę), ale z mieszkaniem kupionym za gotówkę. No i „gotówkowy” mają majątek w postaci 2 aut, funduszu inwestycyjnego i mieszkania za 400k. A korposzczury 1 mln kredytu, 200k wkładu własnego. Na koniec znacznie większe wydatki, bo w stolicy wszystko jest droższe.

Rzecz jasna, Bartek zna prawdopodobnie w swojej bańce ludzi, dla których pensja 12k netto wywołuje pusty śmiech. W Warszawie sporo przypadków pracowników etatowych z 60k brutto miesięcznie (co przy obecnych podatkach oznacza 35k do ręki), a nawet 120k (czyli jakieś 70k netto). I chyba o nich mówi. Tylko, że nadal stanowią oni może 10-20% wszystkich.

Ba, mój brat, mający liczne przyjaciółki w świecie „warszawki” czyli „lewicy kawiorowej”, dostrzega też inną prawidłowość. Istnienie sporej grupy żyjących z tego co „sami odziedziczyli” (klasyczny przypadek na prawicy Janusz Korwin Mikke). Taka scenografka alternatywnego teatru, z pensją 5k do ręki na śmieciówce, jeździ po świecie, realizuje swoje pasje, ponieważ dodatkowe 10k wpada jej – singielce z wynajmu 3 mieszkań po dziadkach czy ciotkach, a 5k dokładają rodzice, wzięci lekarze. I z 5k robi się 20k. Na jedną osobę i z własnym mieszkaniem. Miło jest dobrze zarabiać, niekoniecznie własną pracą. I wtedy duże miasto faktycznie pozostaje fajne. Rano spać do 10, potem śniadanko w knajpce na rogu, 2 godziny twórczej pracy, obiadek z przyjaciółkami, wyjście na miasto: spektakl, opera, koncert. A w weekend melanż. Zero trosk, mnóstwo opcji.

Duże miasto z perspektywą na wysokie zarobki.

Przypomina mi się przedwojenny szmonces. Ojciec dziewczyny pyta starającego się o jej rękę o zajęcie. Młody nie pracuje, ale odpowiada „Mam widoki”. Na co doświadczony kupiec zaorał go słowami „To panu potrzebna jest lornetka, a nie moja córka”.

Perspektywy na wysoki dochód stanowią bowiem miraż, ściągający do wielkich miast całe pokolenia żądnych zmiany swojej sytuacji finansowej. Tak powstała Łódź, tak rosła Gdynia. Setki tysięcy młodszych i starszych z biednych regionów przyjeżdżało za pracą. Dobrze płatną pracą. Nagle okazywało się, że dobra pensja nie wystarczy, bo w rodzinnej chacie (dzisiaj domku) mieszkało się za darmo, a tu trzeba płacić. Do tego za niańkę, dojazdy, adekwatny do miejsca pracy strój, auto itp. I miasto wypluwa potem rozbitków. Ponownie klasyka „Ziemia obiecana”, ale i „Pokolenie IKEA” czyli melanże, długi i życie na pokaz. A zaczęło się od pracy z dobrą pensją. Dlatego ponownie przestrzegam. Policzcie to sobie dobrze. Nowym zawsze jest trudniej. Zwłaszcza, gdy zaczynają od zera (znam bowiem „nowych krakusów”, którym rodzice spod Radzynia, czy Limanowej kupili nowe mieszkanie w Łagiewnikach. Ale takich nie bierzemy pod uwagę, albowiem rozmawiamy o „widokach na dobrą pensję w najbliższym czasie”. Czasem pomysł z lornetką nie wydaje się taki głupi.

Wnioski.

Brutalnie szczere, albo nas stać, albo do końca życia zostaniemy dłużnikami banku. Albo rodzice kupią mieszkanie, albo nawet niezła (średnia x 2) pensja nie pomoże. Żeby zachować fason, pozostanie przywozić słoiki i prosić mamę, żeby wzięła wnuki na lato, bo opiekunka droga.

10 argumentów przeciw wprowadzeniu podatku katastralnego.

Skończyła się kampania wyborcza, tym razem zdominowana przez temat gospodarki mieszkaniowej. Wśród osi sporu znalazł się i podatek katastralny. Dlatego już po wyborach postanowiłem przedstawić swój pogląd na sprawę.

Argument 1. To podatek.

Wiadomo co jest istotą podatku. Wyciągnięcie kasy z kieszeni obywateli i włożenie jej do worka z napisem „dochody budżetu”. A to oznacza, że zapłacimy (a w zasadzie podatnicy tego podatku) zapłacą za nic. Zero świadczenia wzajemnego.

Argument 2. Nie wiadomo jak ma wyglądać.

Niektórzy mówią: od trzeciego mieszkania, inni od czwartego. Trudno opowiedzieć się za rozwiązaniem, bez podania szczegółów.

Argument 3. Podatki tylko rosną.

Stopniowo oddajemy państwu coraz więcej. Pamiętacie historię z podatkiem dochodowym w USA? Tylko 3% i tylko na czas wojny. Został z nimi do dzisiaj. A VAT? Coraz mniej zwolnień, coraz wyższe stawki.

Przypominam – w USA odpowiednik naszego katastru wynosi 2% wartości corocznie i jest powszechny. We Włoszech 1% od seconda casa (drugiej nieruchomości).

U nas mówiło się o 0.5% od kolejnego mieszkania, ale dopiero na początek. Doszlibyśmy do poziomu amerykańskiego, a to już spore obciążenie.

Argument 4. Nie działa.

I tu moglibyśmy skończyć dyskusję. Lewica, główny zwolennik tego podatku mówi, że wpłynie na zmniejszenie cen mieszkań i zwiększenie dostępności. Bzdura.

Czy nieruchomości w USA staniały od czasu wprowadzenia, a we Włoszech, w Niemczech, we Francji? Nie.

Podatek katastralny nie wpływa na spadek cen mieszkań.

Argument 5. Problem leży gdzie indziej.

Wiele razy pisałem o tym na blogu – mieszkania są drogie w mieście, a tanie na wsi (im dalej od miasta, tym taniej). Od opodatkowania mieszkań w miastach nie przybędzie. Nie przeniosą się też cudownie ze wsi do miast. Nie ma takiej opcji. Dlatego ten system nie działa. Rozwiązanie? Tworzenie miejsc pracy na wsiach, albo skutecznych sposobów dojazdu. Ostatnio czytałem opowiadania o klasie średniej w USA sprzed 50 lat. Główni bohaterowie dojeżdżają do centrów miast pociągiem w maksymalnie 1 godzinę. W przypadku mojego Lublina, zwiększałoby to „krąg zamieszkania” do 80 km (w godzinę dojadę prawie do Pilawy), krzyżując się z „kręgiem warszawskim” lub do Stalowej Woli (nakładając się na „krąg rzeszowski”). Do tego dobra komunikacja miejska i jesteśmy w domu.

A system zachęt? Jego stworzenie (ulgi podatkowe na remont lub dojazd), rozwój mniejszych miasteczek (centra kultury i usług) zmieniłoby optykę młodych.

Argument 6. Podatek zwiększy nierówności w opodatkowaniu.

Podatek ma być od „trzeciego mieszkania”. A dlaczego nie od domu, ziemi rolnej lub budowlanej? Nie wiem.

Argument 7. Nikt tego nie tłumaczy.

Zgodę chcą uzyskać „z góry”. Przy argumentach 6 i 2, niemożliwe.

Argument 8. Kasa wpadnie do wspólnego wora.

Pieniądze nie pójdą na nowe mieszkania lecz wpadną do wspólnego worka. Jak zwykle. W rzeczywistości wzrośnie zadłużenie i tyle. Nie bez powodu „kataster” znalazł się w umowach o KPO. Jego celem jest zwiększenie dochodów budżetowych.

Argument 9. W przypadku mieszkań wynajmowanych – podatek przerzucony zostanie na najemcę.

Dość prosto. Gdy ktoś ma 4 mieszkania, wynajmuje 2 albo i 3. Proste. A koszty poniesie najemca. Tak stało się w Berlinie i na całym świecie. Podrożały czynsze.

1% (model włoski łagodzony bałaganem) od wartości sprzed 5 lat, daje przeciętnemu warszawskiemu lokalowi dwupokojowemu (45 m2) potencjał na kwotę 4500 zł/rok (1% x 450.000 zł). To prawie 400 zł/m-c. Żaden właściciel nie weźmie tego na siebie, skoro dotychczas płacił 15 zł.

Argument 10. Podatek łatwy jest do ominięcia.

Jak? Jeśli faktycznie będzie od 4-tego mieszkania – budujemy budynek jednorodzinny z 5 lokalami, a łazienki i kuchnie tworzymy „na dziko”. I już mamy 1 dom. W rzeczywistości damy radę stworzyć 15 nieopodatkowanych mieszkań.

Drugi pomysł – rozdysponować po rodzinie. Trzeci – tworzenie spółek, z których każda ma po 3 nieruchomości. Czwarty – kupowanie całego piętra od dewelopera i łączenie lokali w jednej księdze wieczystej. Pewnie dam radę wymyśleć jeszcze kilka. Im wyższe opodatkowanie i problem – tym motywacja do kombinowania większa.

Wnioski. Sprawa wydaje się prosta. Skoro podatek nie działa w sposób założony przez projektodawców, da się go ominąć, a ma stać się dokuczliwy i niesprawiedliwy (majątek posła Kropiwnickiego stanowi 13 mieszkań – w praktyce równowartość ok. 70 ha ziemi z budynkami, podobny zasób rolnika lub „rolnika” nie zostanie opodatkowany) lepiej o nim zapomnieć.

A Wy co dodalibyście do tej listy?

O wyzysku. Etat wyrobnika-specjalisty, specjalisty i własna firma.

Dzisiaj znowu dokonam pewnych porównań. Otóż opiszę moją sytuację i zarobki wyrobnika w tej samej branży.

Wyrobnik-specjalista

Pracuje 200 godzin/m-c za 4500 zł netto miesięcznie. Faktycznie 22,5 zł/netto za godzinę. Nie wierzycie? Dokładnie tyle zarabia mój kolega. Człowiek, który go zatrudnił kasuje 200 zł brutto za godzinę pracy. Wyrobnik wypracowuje 40.000 zł, do ręki bierze 4500 zł, na podatki-składki odliczam 17.000 zł, inne koszty 4000 zł a właściciel firmy dostaje netto 14.500 zł. 3 razy więcej niż wyrobnik. Na tym polega wyzysk.

Specjalista

Czyli ja. Zarabiam ok. 8200 zł netto, a 13.000 zł brutto. W pracy jestem średnio 72 godziny/m-c, a nie 200. A ile wyrabiam? Licząc po cenach rynkowych ok. 28.000 zł. Prawie 2 razy więcej niż kumpel na godzinę (on 200 zł, ja 388 zł). Tu tkwi różnica. 2 krotnie większa wydajność pozwala mi zarabiać 4 razy tyle.

Własna firma

Ponownie ja. Tutaj sprawa jest dość prosta. Cały zysk idzie do kieszeni właściciela. Plus zysk pracowników, o ile ich zatrudnia.

W tym celu przewiduję kilka wariantów.

Firma jednoosobowa ciężka praca – 170 godzin. Wydajność specjalisty i 388 zł/h z VAT. Przychód ca. 54 tys. zł netto minus 1800 składki ZUS, minus 2000 zł biuro, minus 4000 zł auto + inne drobne koszty, minus zdrowotna 4200 zł, minus dochodowy (liniowy 19%) 8700 zł. W sumie netto ok. 33.000 zł ok. 200 zł netto/h. Jak specjalista.

Teraz wariant z dwoma „wyrobnikami”. Prosto. Swoje 33.000 zł plus po 29.000 zł na dwóch wyrobnikach = 62.000 zł.

Podsumowanie

Wszystko wydaje się proste. Wyrobnik zarabia 4500 zł/m-c, pomimo że pracuje najwięcej. Specjalista 8200 zł za 72 godziny, właściciel firmy jednoosobowej 33.000 zł za 170 godzin+ryzyko, a przy trzech osobach 62.000 zł za 170 godzin+ podwójne ryzyko. Wyrobnik, jakich wiele, dostaje zdecydowanie najmniej, chociaż pracuje najwięcej. Specjalista mieści się w środku (4 razy stawka godzinowa netto dla wyrobnika), firma i ryzyko pozwala zwiększyć stawkę (8 razy wyrobnika), a zatrudnianie nawet dwóch osób pozwala jeszcze podwoić pulę (16 razy stawka wyrobnika).

Z jednej strony – uświadamiamy sobie ile warta jest wiedza oraz umiejętności sprzedaży i zarządzania, z drugiej jak wygląda wyzysk – właściciel bierze sobie 3/4 dochodu netto z pracy wyrobnika. I niech to będzie memento dla wielu ciężko pracujących wyrobników.

Co faktycznie znaczy „inwestowanie”? Polemika z prezesem XTB.

Pod tym adresem:https://next.gazeta.pl/next/7,151003,32026057,oszczedny-jak-polak-a-skad-moze-i-chcemy-moze-czasem-to.html ukazał się niedawno artykuł – wywiad z prezesem Omar Arnaout, prezes XTB.

Moim zdaniem wywiad ma charakter typowo reklamowy. Pan prezes narzeka, że Polacy nie oszczędzają, bo…. nie kupują akcji, a tylko idą do banków. Zapowiada wielką kampanię edukacyjną (czyt. promocyjną). I od razu popełnia błędy w nazewnictwie.

Oszczędzanie = Inwestowanie

Oto pierwszy cytat: „My może i chcemy inwestować, może to nawet czasem robimy, ale na pewno nie robimy tego skutecznie. Metody, które wybieramy, często nie są w stanie pokryć nawet inflacji. To nie jest tak naprawdę oszczędzanie.”

Dla prezesa XTB – oszczędzanie jest inwestowaniem i to takim, które daje rezultaty na poziomie inflacji. Całkowita bzdura. Oszczędzanie jest oszczędzaniem (niewydawaniem części dochodów i zostawienie ich „na później”), a inwestowanie ma inne znaczenie. Do tego inwestowanie dalej nim pozostaje, jeśli przynosi wyniki poniżej inflacji lub nawet straty. Pozostaje tylko zwyczajnie nieskuteczne.

Przy ETF ryzyko straty jest niższe niż przy akcjach.

Kolejny cytat „O ile akcje mogą tracić na wartości, to w przypadku obligacji czy ETFów to ryzyko jest znacząco niższe.”
 Po raz kolejny, gromkie NIE. Otóż ETF też mogą tracić na wartości, i to w tempie podobnym do akcji, a nawet większym, albowiem oparte są zazwyczaj na jakimś zbiorze odpowiadającym indeksowi (cyt.”ETF zawiera zbiór różnych aktywów, takich jak akcje, obligacje czy surowce, a ich celem jest naśladowanie wyników określonego indeksu).

A skoro w inwestowaniu ważne są: data wejścia, data wyjścia, walor (akcja, indeks, towar, obligacja) to dlaczego np. ETF na WIG20 miałby być zawsze bezpieczniejszy niż akcja z tego indeksu? Dobrze dobrana akcja, kupiona w odpowiednim momencie, może spokojnie pobić indeks. A ETF na indeks obligacji? Wyobraźmy sobie scenariusz inflacyjny. A w ETF-ie są również obligacje na stałą stopę i pogarszają wyniki.

Oczywiście, nie znaczy to, że jestem przeciwnikiem ETF. O nie, to świetne narzędzie, ale jego zaletą pozostaje nie bezpieczeństwo (niższe potencjalne straty) lecz niskie koszty. Co w praktyce potrafi przeciętnemu inwestorowi znacząco podnieść wynik. Zwłaszcza w porównaniu z tradycyjnymi funduszami: otwartymi lub zamkniętymi, które pobierają sobie ogromne wynagrodzenie. Również w okresie spadków.

Natomiast nigdy nie czerpię wiedzy z wypowiedzi prezesa firmy, która żyje z prowizji. I to samo radzę Wam.

Efekt SNUS-a.

W ostatniej kampanii wyborczej karierę zrobiło słowo SNUS – woreczek nikotynowy. Użył go podczas debaty obecny prezydent-elekt.

Teraz pokażę Wam, jak na zasadzie „efektu latte” Davida Bacha wyglądać może rzeczywistość korzystających ze SNUS-a i wolnych od tego nałogu.

Paczuszka, odpowiednia na 2 dni (przy częstotliwości raz na 1,5 godzin), kosztuje w internecie 17 zł.

W miesiąc daje to 255 zł. A rocznie 3060 zł. Gdyby zamiast kupować to świństwo, odkładać na emeryturę na koncie IKZE tę sumę, jak myślicie, ile wynosiłyby oszczędności po 40 latach?

Wpłacono 3060 zł x 40 lat =120.240 zł.

Może 3 razy więcej? Może 5 razy?

Nie. Dokładnie 1,5 mln zł (po podatku i przy stopie zwrotu 10%). To się nazywa czynnik SNUS-a. Wysokość emerytury wyniosłaby (4% rocznie) – ok. 5000 zł miesięcznie i jeszcze dzieci dostaną suty spadek. Nieźle.

Już wiecie, dlaczego prezydent-elekt, pomimo piastowania funkcji dyrektorskich w dużej instytucji państwowej, dorobił się tylko jednego mieszkania przez 10 lat (nie liczę słynnej kawalerki i spadku po ojcu).

My jednak mamy wybór.

Jeden poziom wyżej od bezdomnego – smutna refleksja o wynajmie.

Jakiś czas temu omawiałem na blogu ten „list do redakcji” https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g, skupiając się na wyliczeniach. Teraz, kiedy ponownie wyświetlił się jako „odgrzany kotlet” zwracam uwagę na coś innego.

Autorka pisze o sobie (wynajmującej) tak: „Wiele osób, kiedy mówię im, że wynajmuję mieszkanie, ma przed oczami wizję mnie jako osoby, która żyje na walizkach, biednego marginesu społecznego, który jest tylko o „jeden poziom wyżej” od bezdomnego. W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem — mam swoje meble, swoje sprzęty, swoje tekstylia, rośliny…”. Właśnie z tą myślą postanowiłem się rozprawić.

Pominę gorycz, z którą trzydziestolatka (całe życie przed nią), patrzy na świat, ale skoncentruje się na clou tzw. ekonomii nieposiadania/współdzielenia.

Otóż, porównując z Niemcami, gdzie wynajem jest dość popularny, zwłaszcza w dużym mieście (14% berlińczyków żyje we własnych mieszkaniach/domach), udział nieruchomości w majątku jest zdecydowanie większy. W Polsce – to 66%. a w Niemczech 34 %. Myśleliście, że w Polsce jest gorzej? To policzcie, że chodzi tu o wartość po odjęciu długów. Gdyby i je wziąć pod uwagę, wychodzi 72%. Źródło: https://serwisy.gazetaprawna.pl/nieruchomosci/artykuly/8245226,struktura-majatku-europejczykow-polacy-ufaja-nieruchomosciom-a-niemcy-oszczednosciom.html .

A wnioski? Otóż, skoro 72% majątku przeciętnego Polaka stanowią mieszkania, rodziny, które nie kupiły własnego M, mają faktycznie majątek znacznie mniejszy. I idąc tą drogą – Ile mogą być warte meble, tekstylia, sprzęty, rośliny, z listu do Onetu? 30 – 50 tys. zł? W praktyce równowartość 10% przeciętnego majątku Polaka. Teza „W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem” okazuje się fałszywa bo 10% nie równa się 100%. Ponownie kłania się matematyka.

 Druga część myśli – refleksja czy wynajmujący jest o jeden poziom wyżej od bezdomnego – również nie wypada wesoło. Otóż, skoro 72% majątku stanowią nieruchomości, a 10% drobne ruchomości, co dzieje się z pozostałymi 18%? Otóż są w nich: oszczędności, lokaty, samochody, fundusze inwestycyjne, akcje itp, a ich autorka też nie posiada. Właściciele mieszkań – przeciętnie – tak. Stąd różnica nie sprowadza się do posiadania mieszkania, ale do konkluzji (popartej badaniami), że właściciele mieszkań są generalnie bogatsi od najemców. I gdybyśmy stawiali piramidę majątkową (nie po to żeby kogoś dołować, tylko uświadomić trzydziestolatkom), najniżej byliby bezdomni, potem wynajmujący, następnie posiadacze jednej nieruchomości, potem wielu, a na szczycie właściciele firm zatrudniających pracowników, przy czym przedsiębiorcy raczej mieszkają na własnym. I faktycznie, obiektywnie nasza trzydziestolatka majątkowo jest o poziom wyżej od bezdomnego. Intelektualnie może przewyższać każdego z nas, ale pod względem majątku – znajduje się bliżej dna. Przy czym nikt nie mówi, że zostanie na nim do emerytury – ma szansę się odbić.

Dlaczego nie kupuję złota?

Jednym ze sposobów dywersyfikacji finansowej jest zakup złota. Ja tego nie robię i nie zamierzam. Dlaczego?

Powód 1. Podwójne ryzyko.

Złoto wyceniane jest w USD. Z tego powodu wystawia na podwójne ryzyko:

  1. kursowe (USD/PLN),
  2. towarowe (zmiana ceny złota wyrażonej w USD).

W praktyce, zgodnie z podejrzeniami dotyczącymi pomysłów Donalda Trumpa (zdewaluować dolara, aby uczynić Amerykę konkurencyjną na świecie), spadek wartości dolara może zaszkodzić wartości inwestycji.

Powód 2. Jest historycznie drogie.

Nie uważam za rozsądne kupowanie na górce. Wolę przeceny. Nic więcej nie trzeba tłumaczyć.

Powód 3. Do złota na rachunku nie mam dostępu, fizyczne łatwo ukraść, albo trzeba ponosić koszty przechowywania.

Istnieją dwa sposoby korzystania na wzroście cen złota – zakup certyfikatów lub złota fizycznego (monety, sztabki). To pierwsze nie przyda się nam w razie wojny (nie można nim np. zapłacić łapówki oficerowi wrogiej armii jak w czasie II WŚ), to drugie można stracić, także w czasie pokoju (kradzieże). Wynajmowanie skrytek bankowych z kolei kosztuje, więc inwestycja musi być poważna.

Powód 4. Istnieją lepsze lokaty na trudne czasy.

Złoto uchodzi za inwestycję na trudne czasy, ma bronić przed inflacją. A ja widzę, że zainwestowanie w spółki zbrojeniowe, informatyczne przyniesie mi większe zyski. Potrzeba tylko dywersyfikacji terytorialnej. Łatwiej mi założyć rachunek z CHF za granicą (też drożeje w czasie wojny, a wymienię na całym świecie) niż przewozić złoto zaszyte w ubraniu (na lotnisku – nie przejdzie się przez bramki).

Złoto nie płaci dywidendy, nie daje odsetek itp. Może tylko rosnąć na wartości, z naciskiem na „może”.

Powód 5. Nie potrzebuję go zbyt wiele.

W Ukrainie stawka za ludzkie życie (zwolnienie z wojska) wynosi podobno 2-5 tys. USD. Dzisiaj to równowartość 2/3 – dwóch uncji złota. Pojedyncza moneta, albo dwie. Wystarczy mieć kilka sztuk. Z większej ilości i tak mogą nas okraść.

Złoto nie jest też potrzebne do życia, doskonale sobie bez niego poradzimy (wolę mieć swoją wodę).

A wyroby? No cóż, kobiety lubią biżuterię, ale powiedzmy sobie ich zakup opłacalny nie będzie. Bransoletka o wadze 8g i próbie 585 (czyli niecałe 60% czystego złota) kosztuje 5000 zł tj. 1000 zł za 1g. „Świnka” 5 rubli ma przelicznik prawie trzy razy lepszy (1700 zł = 3,87g).

Powód 6. Historycznie złoto zachowuje sporą zmienność. I wcale nie było najlepszą inwestycją.

Pisałem o tym parę lat temu. W 2000 r. złoto kosztowało 280 dolarów za uncję, teraz nieco ponad 2900 USD. Wydaje się, że trend jest drastycznie wzrostowy. Natomiast spójrzmy w dłuższym okresie. W 1932 r. było to 31 dolarów. Co to oznacza? Że wzrost x 10 odbył się raz na dystansie 25 lat, a raz 68 lat.

A piszę o dolarach, które też traciły siłę nabywczą.

Przechodząc na powszechne dobra. Świnia za czasów carskich to 3,87 g złota, dzisiaj …. 2,5g. Jednak odnosząc do przeciętnych dochodów – gigantyczna różnica. W 2000 r. kupiłem działkę budowlaną w cenie ówczesnych 4800 USD (17 uncji złota). Dzisiaj, żeby ją odkupić 204.000 zł (równowartość 17 uncji) z pewnością nie wystarczyłaby (potrzebowałbym 3 razy więcej). W międzyczasie złoto taniało o 20%, a ziemia zawsze szła w górę. A mówimy o największych wzrostach w historii.

I niech to stanowi temat do zastanowienia.

Mentzena kolejne zderzenie ze ścianą – tym razem potknął się na Ćwiku.

Parę tygodni temu głośno było o przemowie posła Ćwika na temat spółki XDD, kandydata na prezydenta Sławomira Mentzena.

Poruszałem wcześniej ten sam temat i tłumaczyłem, dlaczego zaufanie temu panu, kompletnie mija się z celem, albowiem w najlepszym przypadku nie wie co robi. Od tego czasu spółka zaliczyła jeszcze większe wtopy i jej szef nadal mętnie się tłumaczy (brak zmian podatkowych), zamiast przyznać się do błędu (zła strategia).

Teraz rozjechał go poseł Ćwik, który jest prawnikiem. Najpierw sprowokował Mentzena do przyjęcia bitwy na kiepskim polu (tryb wyborczy), a następnie w obu instancjach dał łupnia. O czym to świadczy? Prawnicy Kancelarii Mentzen nie są wcale tacy rezolutni, albo szef ich nie słucha. I znowu jedyną strategią wizerunkową było opowiadanie bajek, o złym (głupim) sądzie, o kłamstwach Ćwika (łatwe do udowodnienia). A wystarczyło chwilę sprawdzić, zamiast gorączkować się i działać na wariata.

Przesłuchałem nagranie z wystąpieniem posła Ćwika, i faktycznie, zaprezentował się zręcznie. Fakty były prawdziwe (cena nominalna, cena sprzedaży, spadek zysków, oszczędności podatkowe). Kontrowersje budziły oceny – przedstawienie Mentzena jako oszusta podatkowego. Bo co do tego, że brak mu chłodnej głowy, a do tego pionu komunikacji (albowiem uwierzył w swoją wielkość), to już wszyscy mogli zobaczyć. W mojej ocenie Mentzen optymalizował podatkowo zakładając fundację rodzinną. Natomiast w jego biznesie – no cóż, perspektywy XDD wyglądają słabo.

Czy warto zainteresować się promocją ORLEN-u – zniżka na paliwo za posiadanie akcji?

Ładnych parę lat temu wyraziłem na tym blogu swój pogląd – nie kupuję akcji spółek Skarbu Państwa. Im dłużej obserwuję rynek, tym bardziej utwierdzam się w tej decyzji. Historie, które wychodzą na jaw, w trakcie kolejnych powyborczych audytów, w prywatnej, dobrze zarządzanej spółce nie mogą się wydarzyć.

Wróćmy jednak do tytułowej promocji. Zniżka za akcje. Pytanie o opłacalność całości przedstawił mi jeden z młodszych czytelników bloga, prosząc o policzenie. Zasady są proste. Masz 50 akcji Orlenu, przysługuje Ci zniżka 10gr na litrze (paliwoEffecta+LPG), 15 gr na litrze (paliwo Verva – premium) i 10% na zakupy w sklepie. Dostajesz kartę i korzystasz. I właśnie, czy to się opłaca?

Zaczynamy od „stopy zwrotu”. Przeciętny użytkownik, przejeżdża rocznie 10.000 km. Jeśli ma oszczędne auto – średnio spala mu ono 6 l/100 km. Oznacza to 600 litrów paliwa rocznie. A zatem zaoszczędzimy w ten sposób… zawrotne 60 zł/rok i 1,20 zł/akcję (zwrot 45 lat). Zyskamy….2,2%. Akcja ORLEN-u kosztowała bowiem 31.01.2025 r. ok. 53 zł. Ale co to 50 akcji? Obecnie ok. 2700 zł. Jeśli mamy ich 100 – zysk spada do 1,1%, 1000 już do 0,11%, ponieważ zniżka nie rośnie wraz z liczbą akcji. Jedyne wyjście – ktoś jeździ więcej. Miesięczny limit na karcie – 300 litrów, co daje 3600 litrów rocznie i 360 zł zniżki.Gra zasadniczo niewarta świeczki, jeśli uwzględnimy ryzyka.

A te są spore. ORLEN to jedna z najbardziej upolitycznionych spółek, silnie zależna od sektora paliwowego i gazowego (przejęcie PGNiG). W ostatnich 10 latach miała dość zmienną dywidendę i zyski (stopa z ostatnich 10 lat – od 2,4% do 8%) oraz kurs (np. spadek w w latach 2019- 2020 r. z ok.80 zł do 30 zł). Niby kurs generalnie rośnie – (wzrost wartości 50% w ciągu 10 lat, ), ale musimy (jak przy wszystkich spółkach surowcowych) dysponować mocnymi nerwami. Do dzisiaj cena nie wróciła do szczytu z 2017 r. (ok. 90 zł), a znajduje się nieco (25%) powyżej wartości sprzed „kryzysu subprime”. Stąd ważna uwaga dla każdego inwestora – takie spółki warto kupować tylko na dołkach.

A gdyby porównać z moją ulubioną ABS? W ciągu 10 lat wzrosła nie 50%, a 700%. Pomimo tego wypłacała dywidendę ok. 5% co roku. Już w tym momencie widać, że zarobienie dodatkowych 22% na ORLEN-ie w ciągu dekady niewiele zmienia. Dzisiaj spółka znajduje się 900% powyżej szczytu z czasów sprzed „kryzysu subprime”. Oczywiście i ją warto kupować na dołkach.

Dla kogoś, kto jeździ przeciętnie, zniżka ORLENu za posiadanie 50 akcji kompletnie nie ma sensu. 50 akcji, to tyle, co nic, a przy 200 (dalej mało dla kogoś, kto kumuluje akcje przez lata) zniżka spada do 0,55%, chyba, że przejeżdżamy 40 tys. km rocznie, albo mamy wyjątkowo paliwożerny samochód. Do tego istnieją inne zniżki na paliwo. W przypadku ORLEN-u: Duża Rodzina 8gr/l Effecta i 10gr Verva, karty flotowe, związki zawodowe itp. Stąd wróćmy do podstaw inwestowania w akcje: opłaci się tylko kupowanie w dołku cenowym i tylko akcji zdrowych, rozsądnych firm. Krótko mówiąc – inwestowanie w wartość.

Opowieść o człowieku, który bał się ryzyka.

Dzisiaj czas na smutną historię. Po prawdzie, podobnych życiorysów widziałem wiele. Opowiem Wam o człowieku, który panicznie bał się ryzyka, a jeśli w końcu je podejmował, robił to źle, ryzykując w obszarach nad którymi nie posiadał żadnej kontroli. Startujemy.

Wybór kobiety. Nasz bohater jako dwudziestolatek poznał na domówce pewną dziewczynę. Nie była specjalnie ładna (no dobrze – wręcz uderzająco brzydka), ale zainteresowała się nim. Wprawdzie już przed ślubem zdradzała objawy lekkiej paranoi, właściwe dla chorobliwie zazdrosnej kobiety, ale miała też zalety: perspektywiczny zawód. No i kochała na zabój. Nic nie ryzykując, wzięli ślub.

Koszmar zaczął się już parę lat później. Jakikolwiek kontakt zawodowy z inną kobietą, nawet nie młodą i piękną, wywoływał sceny. Wszystko w domu musiałoby być tak jak żona chciała, wybierała wszystko od koloru krawata (obrzydliwe!) do przeznaczenia pieniędzy. Zamieszkali z jej rodzicami , w starym domu na wsi, i zamiast pójść na swoje ładowali pieniądze w cudzy budynek, jedynie za obietnicę przepisania.

I teraz uwaga doświadczonego człowieka. Planując małżeństwo nie można patrzeć wyłącznie rozumem. Trzeba dobrać sobie partnerkę/partnera o co najmniej miłej powierzchowności, a przede wszystkim charakterze. Związek z sekutnicą/tyranem nie może okazać się szczęśliwy, ponieważ, gdy jedna strona traktuje drugą jak własność, budzą się demony. Dlatego akurat życie osobiste stanowi ten obszar, w którym wręcz należy podjąć ryzyko. Nie mówię o związaniu się z pustakiem, ale myślenie „ładna, to same kłopoty, wolę zostać z brzydką” prowadzi do nieszczęścia. Jak w tej historii.

Praca. Tutaj akurat podjęto niekontrolowane ryzyko. Obejmując w strukturze korpo stanowisko dość eksponowane i zależne od łaski zarządu, można, jak mawiał Pawlak „z większym hukiem zlecieć”. Co więcej, zanim ta decyzja została wdrożona w życie, padła propozycja – sfinansowanie szkolenia eksperckiego, po którym pensja wyniesie nieco tylko mniej niż dyrektorska, a będzie praktycznie pewna. Wybrano (żona z pkt 1 wybrała) prestiż i nowe drzwi do domu teściów.

Na efekty czekano 15 lat. Zmienił się główny akcjonariusz, wymieniono zarząd i naszemu nie-ryzykantowi podziękowano. Wrócił na posadę za średnią krajową, na podjęcie nauki było już za późno – 10 lat do emerytury, kursy podrożały, a i głowa nie ta. Jako ekspert zarabiałby spokojnie 250% przeciętnego wynagrodzenia.

Auto. Także w tym obszarze, nasz bohater wykazuje się daleko idącą awersją do ryzyka. Po co jakieś piękności, skoro można wybrać klasykę? Nigdy nie spróbował kabrioleta, 4×4, wozu sportowego. Ba, nawet kombi czy SUV wydawały się zbyt ekstrawaganckie. Wybierał do bólu przewidywalnie: Opel Astra, Volkswagen Golf, Toyota Corolla.

Podatki. Ważny element układanki. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Praca etatowa – najwyżej opodatkowana, wydaje się najgłupszym wyborem. Zero ulg – bo jeszcze każą zwracać. A efekt – dochód opodatkowany na poziomie 50%.

Inwestycje. Wreszcie, w końcu to blog o pieniądzach. Dylematy inwestycyjne bohater opowieści rozstrzygał podobnie jak większość. Typowo, standardowo. Nigdy nie wziął kredytu na zakup choćby mieszkania, wolał przy teściach, co spowodowało potem konieczność spłaty w rodzinie (żona nie była jedynaczką). Nie ryzykował w akcjach ani funduszach. Lokaty, obligacje, nawet gdy przynosiły ten zawrotny 1% minus podatek Belki. W ten sposób zgromadził niewiele.

Finał: Skutek? Notoryczne życie bez radości (i z wredną żoną), ze skromnymi oszczędnościami i stresie, popsuło zdrowie i wyhodowało drugiego Golluma. Podsycana przez małżonkę zawiść, dawała znać w postaci braku przyjaciół, lecz tylko kolegów z korpo. Kiedy spadł ze świecznika, na którym wielu bezinteresownie dokuczył, mało kto podawał mu rękę. Powszechnie go nienawidzono. Na emeryturę przejdzie z finansami znacznie poniżej możliwości. Stary dom po teściach, kilkuletnie auto i dzisiejsze 100 tys. zł na lokacie, ot przeciętny zjadacz chleba.

Dlaczego tak smutno? Ponieważ znałem tego faceta jako pełnego życia dwudziestolatka. Z przerażeniem patrzyłem jak się zmienia. Jak osobiste nieszczęście (małżeństwo) zmienia go, zarówno psychicznie (zgorzknienie, cynizm, zazdrość, brak marzeń) jak i fizycznie (fizjonomia urzędnika z nowelek Prusa, tanie szare garnitury). Co zawiniło? Strach przed ryzykiem, przekonanie, że lepiej niewiele zyskać niż podnieść prawdopodobieństwo istotnej straty. Czasami odwiedzam go w małym, ciemnym pokoiku, schowanym w biurowcu na 1200 osób. Pijemy kawę i wspominamy stare czasy. Wychodzę chory, bo on już nawet nie potrafi wspominać bez cienia goryczy.