Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kiepski interes – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Wynajem czy zakup mieszkania? Jak spojrzenie inwestora oraz dezinformacja może wypaczyć wynik równania.

Niedawno zobaczyłem taki filmik, otagowany „Portfel Polaka”, w którym pewien inwestor omawiał odwieczny problem: Kupić czy wynająć? Wyszło mu „wynająć” i czas rozprawić się z wynikami oraz przedstawionymi danymi.

Przykład. 50m2 w apartamentowcu w Krakowie, cena zakupu 760k, cena wynajmu 3100 zł. Wkład własny 110k, rata 4000 zł i 750 zł „czynszu, funduszu remontowego i ubezpieczenia”. W efekcie: wynajem 3100 zł, zakup 4750 zł plus 110 tys. zł wkładu własnego. Wynajmujący może te 110 tys. zł plus różnice w racie zainwestować.

Ściema nr 1. Wybór Krakowa. Miasto pod Wawelem ma jedno z najniższych ROI lokali mieszkalnych na wynajem. 32.000 zł przy inwestycji 760.000 zł daje jakieś 4,2%.

We Wrocławiu za 3300 zł wynajmiesz 50m2 w starym bloku (chociaż po remoncie), które kupiłem (z remontem) za 450k. ROI prawie 2 razy większe.

Ściema nr 2. Tylko właściciel płaci ubezpieczenie, FR i czynsz. We wszystkich ogłoszeniach o wynajmie zaznaczono „plus opłaty do wspólnoty i licznikowe”. Do tego 600 zł w nowym bloku (12 zł/m2) obejmuje zwykle zaliczkę na wodę, śmieci i ścieki a nie sam czynsz i FR. Tak samo z ubezpieczeniem, najemcy też je wykupują. Co z tego wynika?

Obie strony płacą te 750 zł. 3100 zł czynszu równa się 4000 zł raty i tyle.

Ściema nr 3. Czynsz nie wzrośnie. Dokładnie tak liczą. Dzisiaj 31`00 zł i za 15 lat też 3100 zł. Nie rozśmieszajcie mnie. W ciągu 10 lat podwyżka wyniosła ok. 50% i prawie nadążyła za inflacją. Z kolei raty kredytów, o ile zaliczymy drastycznego wzrostu cen – stoją w miejscu w długim okresie.

W efekcie: dzisiaj 3100 kontra 4000 zł. Za 10-15 lat 4000 zł vs. 4000 zł. Za 30 lat (pod koniec życia kredytu: 5200 zł kontra 4000 zł, o ile utrzyma się 3-4% inflacja. W Krakowie.

Ściema nr 4. Nieuwzględnienie, że kredyt w końcu spłacimy, a wynajmować będziemy do końca życia. Po 30 latach 5200 zł czynszu kontra 0 zł raty. I to w okresie, gdy dzisiejszy 35-latek pójdzie na emeryturę, czyli zacznie dostawać 35% pensji. Szczerze, właśnie świadomość niskiej emerytury, skłania do kupna. W kredycie najgorsze są pierwsze lata, w najmie ostatnie.

Ściema nr 5. Kasa niewydana będzie zarabiać a „beton nie”. Oczywiście kolejna bajka, abstrahująca od realiów. Najemcy mają majątek rzędu 30-40 tys. zł, przy średniej na poziomie 300-400k. Właśnie dlatego, że są najemcami. Ostrożnie autor filmu nie powiedział, ile zarobi na „inwestycji”. A tutaj leży klucz. 110k zainwestowane dzisiaj na 4% nie zarabia, ono ledwie nadąża za inflacją. Z 1650 zł różnicy, szybko zrobiłem 900 zł (patrz pkt 2), a za chwilę będzie to 300 zł/m-c (punkt 3). A beton też zarabia – w długim okresie, na poziomie spadku wartości pieniądza. Co to oznacza? że 4% inflacji = 4% zysku z inwestycji.

Ściema nr 6. Zapomnienie o lewarze. Teraz pokażę Ci cuda. Dokładnie w ten sposób wielu się wzbogaciło. Wracamy do początkowych obliczeń.

3100 zł czynszu kontra 4000 zł raty. Najemca inwestuje 10.800 zł/rok i 110.000 zł na początek na 4%. Ile dostanie? W pierwszym roku – ok. 4800 zł odsetek.

W tym samym czasie ceny mieszkań idą do góry o 4% (czyli podobnie). I te 4% wzrostu dostajemy z całej wartości, nie tylko z wkładu własnego. 4% x 760k = 30k zł. Dobrze czytacie 30k zamiast niecałych 5k. Uważacie te 4% za przesadzone? Zgodnie z regułą 72, cena podwoiłaby się przez 18 lat. Kiedy zaczynałem pracę, mieszkania w Lublinie kupowano za 1/8 dzisiejszej ceny. Minęło 27 lat. W długim okresie mieszkanie załatwi nam budowę kapitału. Najemca zostanie z tyłu. To z powodu lewara, jaki daje kredyt, osoby które zaczynały od zera, dorabiają się tych 400k średnio.

Ściema nr 7. Patrzenie jak inwestor. Inwestor widzi trzy aspekty: ROI, alternatywny koszt kapitału, odsetki. Zwykły człowiek, nie dość, że ROI brzmi dla niego abstrakcyjnie, kapitału ma tyle ile wkładu własnego, to jeszcze patrzy życiowo. Gdzieś mieszkać musi teraz i za 35 lat. Chce mieć spokój i pewność, że nikt go nie wyrzuci. Pomalować ściany na dowolny kolor, wymienić płytki i nie drżeć o kaucję. Do tego decydować na zebraniu wspólnoty. I wybiera kredyt, o ile w ogóle ma taki wybór.

.

Rozmontowywania systemu emerytalnego „ile płacisz, tyle masz”. Projekt ustawy – dopłaty do emerytur artystów.

Kiedy przeczytałem zajawkę na jednym z portali nie chciałem wierzyć. Rząd przyjął założenia ustawy o dopłatach składek dla mało zarabiających artystów. Dokładnie. Oto lista profesji z oficjalnej strony gov.pl:

Z badań wynika następująca szacunkowa liczebność poszczególnych profesji artystycznych: 
– architektura 13.693 osób,
– film 6.996 osób,
– literatura 3.010 osób,
– muzyka 16.346 osób,
– taniec 3.222 osób,
– teatr 3.960 osób,
– sztuki wizualne 13.176 osób,
– twórczość ludowa 2.020 osób.
Łącznie: 62.423 osób.

Warto zapamiętać te liczby, bo niedługo znacząco wzrosną. Ten, kto pracować nie chce, zacznie uprawiać np. twórczość ludową, osiągać niskie dochody (warunek dopłaty), a żyć dalej z pracy na czarno. W nagrodę dostanie dopłatę składek, jak przy pensji minimalnej. No i oczywiście preferencje podatkowe (przy umowie o dzieło, koszty uzyskania przychodów mogą sięgnąć 50%). Przecież to jest jakieś szaleństwo (zwłaszcza architekci) i zachęcanie do zejścia do szarej strefy. Czas na wskazanie założeń (cytaty pochodzą ze strony z rozszerzeniem .gov.pl).

„W sprawie statusu artysty zawodowego orzekać ma Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, zwane dalej „CEiPA”, powstałe w wyniku przekształcenia Centrum Edukacji Artystycznej, które funkcjonuje obecnie na podstawie rozporządzenia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 27 marca 2019 r. w sprawie specjalistycznej jednostki nadzoru (Dz. U. z 2024 r. poz. 329). Decyzja wydawana będzie jednak w oparciu o opinię środowiska artystycznego, uczestniczącego w tym procesie w ramach Komisji Opiniującej.” Czyli jak śpiewał Kult „Komisja zadecyduje, kto dziś otrzyma weryfikacje”, wracamy do PRL-u.

„Artysta zawodowy będzie mógł uzyskać prawo do dopłaty, jeśli będzie posiadał ostateczną decyzję administracyjną stwierdzającą nabycie statusu artysty zawodowego, a jego dochód osiągany w 3 poprzednich latach podatkowych nie przewyższa średniorocznie 125% wynagrodzenia minimalnego w roku złożenia wniosku, oraz w każdym z poprzednich 3 lat podatkowych osiągnął dochody z związku z wykonywaniem zawodu artystycznego.” Czyli – ukrywaj dochody, pracuj na czarno, a my opłacimy ci składki. Pod warunkiem, że jesteś artystą, bo szewc musi płacić, nawet gdy w ogóle nie osiąga dochodu.

Nie wierzycie? Projekt macie tutaj: https://legislacja.gov.pl/docs//2/12397303/13124561/13124562/dokument715625.pdf

A jego skutki? Pierwszy – drastyczny wzrost liczby artystów. Drugi – spadek ich dochodów poniżej progu. Trzeci (najważniejszy) – dalsza erozja ubezpieczeń społecznych. Jeżeli nie przekonały Cię liczby, które regularnie publikuję, popatrz tylko na system. Prezes ZUS i jego płatni doradcy opowiadają, jak przedsiębiorcy zaniżają składki i dostaną niskie emerytury, a tutaj – w ogóle nie musisz nic płacić, a emerytura wpada. Lepiej niż w KRUS. Kiedy za parę lat przejdę na FIRE, kupicie moje fujarki z drzewa lipowego, albo zobaczycie na rynku w Kazimierzu Dolnym, grającego disco polo zmiksowane z muzyką Chopina, zbierającego kasę do czapki.  Praca etatowa to kiepski interes.

Na koniec parę mądrości MKDiN z wywiadów, gdy próbowała bronić swojego pomysłu:

  • do muzeów też mamy przestać dopłacać?
  • jestem Ministrem Kultury to walczę o ludzi kultury,
  • o przyznaniu dofinansowania zdecyduje 145-osobowa komisja. Nie wyznaczyliśmy żadnych kryteriów „sztuki”, bo komisja wie najlepiej.

Oceńcie, czy te argumenty Was przekonały. Mnie niekoniecznie.

 

Oko.press o emeryturze. Pięć sadzonek nieprawdy, które należy wykorzenić.

12 maja tego roku w portalu oko.press pojawił się artykuł: https://oko.press/demografia-bez-demokalipsy-nie-panikujcie-system-emerytalny-sie-nie-zawali . Zawarto w nim tezę, że z demografią wcale nie jest tak źle, a system ZUS nie zmierza do katastrofy. Nieprawdziwą tezę naukowcy (opisywana już „ekspertka od składek przedsiębiorców”, w rzeczywistości ma doktorat z dziennikarstwa, a nie ekonomii, prawa czy zarządzania, została wzmocniona prof. Szarfenbergiem… politologiem) próbują udowodnić za pomocą pięciu narracji, nazwałem je „sadzonkami nieprawdy”. Należy je szybko wykorzenić. Jeśli bowiem wydadzą nasiona, zarosną nam cały ogród. Wróćmy do zdrowych korzeni matematyki. Do dzieła, bo w długim artykule o emeryturach nie przywołano żadnych obliczeń, sama właściwa dziennikarzom i politologom „mowa-trawa”. Zresztą wystarczy się przyjrzeć cytatom.

Sadzonka nr 1.  Bo kiedy wszystko podporządkowuje się demografii, z pola widzenia znikają rzeczy najważniejsze: ubóstwo, nierówności, niepewna praca, samotność, przeciążenie opieką, kryzys zdrowia psychicznego, trudności w budowaniu trwałych relacji.

Czy ktoś o umyśle chociaż trochę ścisłym może się z tym zgodzić? 100 lat temu: ubóstwo, nierówności, bezrobocie, przeciążenie opieką były większe. I to zdecydowanie. Samotność, zdrowie psychiczne na podobnym poziomie, chociaż mniej o nich mówiono. Tylko trudności w budowaniu trwałych relacji zwiększyły się drastycznie. I to brak trwałych relacji odpowiada za niską dzietność, bardziej niż cokolwiek innego. Realnie chodzi o relacje dzieci-rodzice, mężczyzna-kobieta, dziadkowie-wnuki, ale i w dalszej rodzinie i gronie przyjaciół czy w pracy. Relacje odpowiadały za istnienie „grupy wsparcia”, która potrafiła przejść gorsze momenty. Ktoś zagłuszał lęki młodych, dawał im kasę na start, namawiał do pogodzenia się. Dzisiaj cały ten system wywrócono. Wielu dwudziestolatków musi radzić sobie samodzielnie, w coraz bardziej zmiennym świecie. Opisywałem to zjawisko wielokrotnie. Moje pokolenie dostało mieszkania lub istotne wkłady od rodziców. Teraz sami obdarowani często nie dają dzieciom prawie nic, więc te zaczynają od zera. Podobnie kształtuje się opieka nad wnukami. Wielu dzisiejszych 50-latków, w znacznym stopniu wychowywały babcie. Teraz wygląda to inaczej. Znowu – przyczyna leży w relacjach, ale i sposobie życia. Jeżeli 67-letnia kobieta nadal pracuje (przykład z mojej pracy), w jaki sposób jej 40-letnia córka może liczyć na pomoc, kiedy ma urodzić dzieci? Jeżeli korpo zwalnia młode matki, w pierwszym możliwym momencie (albo i od razu po powrocie), ile osób zdecyduje się na dziecko?

Sadzonka nr 2. A przecież dzieci nie rodzą się w statystykach. Rodzą się albo nie rodzą w konkretnych warunkach życia: w mieszkaniach, na które kogoś stać albo nie stać; w pracy, którą da się albo nie da się połączyć z opieką; w relacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa albo go nie dają.

Kolejne humanistyczne brednie, zupełnie oderwane od liczb i historii. Jeszcze raz powiem – dzieci rodziły się w II RP, PRL, w rodzinach z PGR-ów w 1995 r. Aż przestały się rodzić. Pracy, wcale nie trzeba łączyć z rodzicielstwem, przecież jeszcze 45 lat temu nie istniały roczne urlopy macierzyńskie, a pensje wystarczały na mniej. Podobnie jest z relacjami. Obserwuję wiele osób, w złych, a nawet tragicznych relacjach. Nawet w nich pojawiają się dzieci, czasem całkiem sporo. Co się stało? Pisałem o tym już kilka razy. Matematyka. Niska baza matek. Znacznie niższa niż 30 lat temu. Nic nie da się szybko zrobić. 3 mln x 2 dzieci= 6 mln dzieci, a 1.5 mln x 2 dzieci = 3 mln dzieci. Drugi temat – wspominałem w jednym z komentarzy, dzisiaj żeby doszło do zastępowalności pokoleń matka w związku musiałaby rodzić 4-5 dzieci. Ponieważ samotne kobiety wyjechały do miast i … nie mają żadnych związków, nie tylko satysfakcjonujących. Samotni mężczyźni zostali na prowincji i czeka ich to samo. Jeśli weźmiemy pod uwagę te dwie zmienne – te które mają stałe związki powinny rodzić po 8 dzieci. Nierealne.

Sadzonka nr 3. Podstawowym powodem, dla którego nasze emerytury będą niskie, jest konstrukcja systemu tzw. zdefiniowanej składki, w określonym otoczeniu społeczno-prawnym. Od 1999 r. mamy bowiem system, w ramach którego każdy z nas, który ubezpieczony jest w ZUS, ma swoje indywidualne konto. 

Powtórzę się po raz nie wiadomo który – mamy niskie emerytury, bo dopłacamy świętym krowom: rolnikom, księżom, mundurowym, sędziom i prokuratorom, a teraz padł pomysł na artystów. Emerytury mamy niskie, ponieważ ogromna liczba osób bierze je przed 50-tką, nie płacąc grosza składek. Dzisiaj widziałem artykuł (https://businessinsider.com.pl/praca/emerytury/emerytury-mundurowe-o-70-proc-wyzsza-niz-w-zus-mamy-nowe-dane/0k2jymv )- średnia emerytura mundurowa wynosi ok. 7000 zł i jest o 70% wyższa niż ZUS-owska (tam jest 4000 zł). Do tego mamy 170 tys. emerytów mundurowych, ze średnią wieku zakończenia pracy 48 lat. Na tych emerytów budżet wydał 18 mld. Dodajmy do tego 30 mld dopłacane do KRUS (składki pokrywają 10% wydatków). Gdyby system był sprawiedliwy i równy dla wszystkich problem niskich emerytur dotyczyłby marginesu.

Konstrukcja zdefiniowanej składki, stosowana konsekwentnie, wymuszałaby normalność. Jeszcze raz ujawnię dane: W ZUS mam 660 tys. zł, w OFE 220 tys. zł. Przy czym do ZUS od kilkunastu lat trafia 85% składki emerytalnej, a do OFE 15%. Wcześniej podział też był korzystniejszy dla ZUS. Ten system zwyczajnie okrada nas z odsetek pod przymusem oszczędzania w państwowym molochu.

Sadzonka nr 3. Skąd się biorą więc tak niskie stopy zastąpienia?  Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to licznik równania emerytalnego. Wiele osób gromadzi niskie kapitały, bo pracują za niskie wynagrodzenia, niektórzy mają dłuższe lub krótsze przerwy związane z opieką nad kimś, bezrobociem, nieaktywnością, a także dlatego, że system umożliwia, czasem wbrew woli samych ubezpieczonych, a czasem sami tego chcą – unikanie lub obniżenie oskładkowania, o czym pisaliśmy wyżej. Drugim powodem niskiej stopy zastąpienia jest mianownik, a więc dalsze trwanie życia wg GUS w momencie przejścia na emeryturę.

Wyrywałem ją już z 10 razy, zrobię to jeszcze jedenasty. Dla dzisiejszego młodzieńca lat 30, stopa zastąpienia (stosunek emerytury z ZUS do poborów) wyniesie 25%. Jak to możliwe matematycznie, skoro mężczyźni żyją na emeryturze średnio 12-13 lat, pracują ok. 41 lat (po studiach, bo niektórzy i 47 lat), a składka wynosi 20% ich pensji? 20% x 41 lat= 820. 820/13=63,0769. Stopa zastąpienia powinna wynosić 63% pensji, czyli całkiem przyzwoicie.

Nawet prowadzący DG posiadają swoje wyliczenia. 20% x 60% średniej = 12% średniej. 12% x 41 = 492. 492/13=37,846. Przedsiębiorca powinien dostać zatem emeryturę w wysokości 38% średniej pensji – ok. 2 emerytury minimalne. A dostanie jedną.

Bajki o opiece nad kimś (ilu znacie facetów na wychowawczym?) wyśmiewam, bezrobocie wynosi od lat sporo poniżej 10% i nic nie zapowiada drastycznych wzrostów. System wyrównuje te lata kobietom, doliczając okresy macierzyńskiego i wychowawczego, jakby były opłacane składki. To jest system składki zdefiniowanej? Do tego preferencje wieku (czyli mianownika) dla kobiet.

Co więc się dzieje? Państwo (ZUS) okrada nas w biały dzień. Wymyśla sztuczne okresy dożycia (18 lat dla 65-latka), znacznie powyżej faktycznej średniej i co roku je podnosi. Okrada nas podnosząc mianownik. Swoim szalbierstwem zachęca do ucieczki z systemu: unikania bądź obniżania składek, albo nie płacenia ich przez całe lata. Ponieważ, właśnie z powodu demografii dzisiejszej stopy zastąpienia nie da się utrzymać. Mówią o tym ekonomiści, a nie politolog z dziennikarką.

Sadzonka nr 4. Warto też pamiętać, że niskie prognozy emerytalne w Polsce nie wynikają przede wszystkim z demografii, lecz z konstrukcji systemu zdefiniowanej składki funkcjonującego w silnie segmentowanym rynku pracy. Jedni pracują stabilnie, na dobrze wynagradzanych umowach i gromadzą znaczące kapitały emerytalne. Inni, z własnego wyboru albo z powodu warunków rynku pracy, funkcjonują w świecie umów cywilnoprawnych, samozatrudnienia, okresów bezrobocia czy nieoskładkowanych dochodów.

Kolejna część anty-matematyki. Dla pani doktor i pana profesora, żeby zrozumieli, piszę po raz 12-ty. Przez 27 lat miałem stabilną i dobrą pracę. Żadne smieciówki, UOP. Nigdy nie doświadczyłem bezrobocia, samozatrudnienia (w sensie składkowym), umów cywilnoprawnych.

Nie zgromadziłem „znaczących kapitałów emerytalnych” bo ZUS wypłacił je aktualnym emerytom. Zostało, tylko w zapisach, 650k w ZUS plus 220k w OFE. Odprowadzałem górę składek (przez 11 lat od 250% średniej krajowej) czyli w roku 2024 ok. 54 tys. zł. Tylko te 11 lat dało mi prawie nominalną kwotę ZUS. Gdzie waloryzacje i obiecywane frukta?

Uśredniając, płaciłem składki od ok. 170% średniej. Gdybym ostatnie 15 lat przed emeryturą pracował na 145%, wyszłoby ok. 160% średniej. Przepracowałbym 42 lata. Policzmy. 160% x 20% składki x 42 lata= 1344. Podzielmy przez oficjalną średnią dożycia (13 lat) ok. 103% średniej pensji. Ile proponuje mi system? 65 %. Na dzisiaj. Zanim dojdę do emerytury, będzie to 50%, bo ZUS co roku majstruje przy stopie zastąpienia.

Matematyk nie widzi żadnej tajemnicy, opowieści o bezrobociu (którego od 20 lat prawie nie ma), tylko nagie liczby. Powinienem dostać 103% średniej krajowej (czyli ok. 9500 dzisiejszych złotych), dostanę 50% (czyli ok. 4800 dzisiejszych złotych). Co się stało z resztą, przy tzw. gigantycznych waloryzacjach, braku bezrobocia itd.? Ano poszła na kogoś, kto pracował 14 lat, ale skończył studia i rok był na bezpłatnym (okresy bezskładkowe) i trzeba mu dopłacić do emerytury minimalnej. Resztę zjadł ciągle podnoszony mianownik. Z tego powodu, powiedzenie „pas” i wypadnięcie z systemu, wydaje się najrozsądniejszą alternatywą. O ile odkładamy na boku.

Sadzonka nr 5. Panika demograficzna nie pomaga projektować instytucji. Przeciwnie, zastępuje analizę moralną opowieścią o kryzysie.

Zdanie takie napisała para naukowców, nie podając żadnej liczby. Zatem podam je ja. W 2005 r. mieliśmy 5 mln emerytów i 12.6 mln pracujących. Stosunek 1:2.5.

W 2050 r. będzie to 13.7 mln emerytów oraz 11.5 mln pracujących. Stosunek 1.19:1 na niekorzyść pracujących.

Powiedzcie mi szczerze, czy sieję panikę, czy da się te liczby zastąpić „analizą moralną”? Przecież dwójka pracowników szacownych uczelni, odprawia jakieś, kompletnie oderwane od rzeczywistości czary. W 2005 r. przy składce emerytalne 20%, dało się zapewnić emerytom 50% stopę zastąpienia (2.5 x 20%), bez dokładania z budżetu. W 2050 r. wyjdzie nam 17% (20%/1,19), czyli 3 razy mniej. Tak działa demografia i matematyka. W efekcie miliony emerytów, które nie zadbały same o siebie (IKZE, IKE, PPK, OKI), dostaną głodowe świadczenia, albo pracujących zarżnie się podatkami. Żadne „analizy moralne” nic nie zmienią, zwłaszcza że są niemoralne, albowiem nawołują do przyzwolenia na kradzież.

Jeszcze o podatkach. Studium neoliberalizmu i przyczyn upadku I RP.

W świecie pewnej neoliberalnej partii wszystko wydaje się proste – podatków ma nie być. Do tego płatna opieka zdrowotna i studia. Wtedy zapanuje powszechna szczęśliwość, prawda? Nieprawda.

Otóż państwa z niskimi podatkami, płatną edukacją i leczeniem już są. I wcale nie króluje w nich raj. Po co sprawdzać na własnej skórze. Zapraszam do USA, Tajlandii i innych krajów w Azji. Jakoś tak się jednak składa, że to Tajowie, Filipińczycy przyjeżdżają do nas, a nie odwrotnie. Także emigracja do krajów UE jest większa niż do USA. Dlaczego?

Otóż te „raje neoliberalizmu” są rajami tylko dla bezdzietnych, zdrowych i bogatych. Biedny dostaje w tyłek dość regularnie. Żeby to udowodnić posłużę się własnym przykładem.

Nasze podatki a koszty na wolnym rynku

W 2025 roku zapłaciliśmy z żoną 110 tys. zł podatków.

I teraz popatrzmy:

  • mamy dwójkę dzieci na utrzymaniu (jeden na studiach, jeden uczeń),
  • leczymy się czasami na NFZ (różne badania, wizyty lekarskie),
  • jeździmy drogami publicznymi (25 tys. km rocznie),
  • korzystamy z infrastruktury takiej jak kanalizacja, sieć wodociągowa subwencjonowanej i budowanej przez gminną spółkę.

Policzmy koszt tych wszystkich usług (policzyłem stawki rynkowe):

  1. Studia = 1 x 16 tys. zł = 16 tys. zł.
  2. Szkoła = 1 x 24 tys. zl = 24 tys. zł.
  3. Leczenie ca. 40 tys. zł, w tym = 5 wizyt/m-c x 300 zł x 12m = 18 tys. zł, badania „mniej poważne” – 7,5 tys. zł (5 os. x 1500 zł), badania „poważne” 5 x 800 zł = 4000 zł.
  4. Leki (choroby przwlekłe) = 850 zł x 12 m = ca. 10 k.
  5. Drogi (stawki jak za 1/2 autostrady prywatnej = 10 zł/100 kmx250) =2500 zł,
  6. Wypłata chorobowego – 30 dni (na poziomie średniej krajowej) = 15 tys. zł.
  7. Sieci infrastrukturalne = 2500 zł.

110 tys. zł bez emerytury, bo nie wiem ile jej będzie. Wpłaty zwróciły się.

Przypominam, bazując na danych amerykańskich blogerów – ich ubezpieczenie zdrowotne kosztuje w systemie „Silver” czyli nie pokrywa wielu chorób = ok. 17k USD = 63.750 zł/rok.

A gdybym był bezdzietnym singlem?

Ok. 70 tys. zł wypłat i 35 tys. zł wypłat. Nagle, pomimo choroby, więcej dokładam do systemu niż wyjmuję. Sporo więcej.

Stąd neoliberalizm się nie sprawdza, albo jak napisano jest dla bezdzietnych, bogatych i zdrowych.

Przyczyny upadku I RP czyli nierównowaga podatkowa.

Ostatnio czytałem książkę – „Przemysł polski w dawnych wiekach” Aleksandra Bocheńskiego. Udowadnia on (między innymi, bo książka dotyczy generalnie przemysłu), że przyczyną upadku I RP były podatki – nierówne i niskie dla bogatych.

Jak to? Otóż, bogata szlachta nie płaciła prawie wcale, a chłopi i mieszczanie nawet 20-krotność wysokiej stawki podstawowej. Szlachcic nie uiszczał podatków od gruntu, tylko pogłówne. No i i popatrzcie. Taki singiel – magnat Bogusław Radziwiłł odprowadzał mniej niż chłop z żoną i 5-tką dzieci. Jasne, magnat nadrabiał podatkiem od luksusu, cłami (stroje importował z Zachodniej Europy), ale nadal w stosunku do dochodu były to kwoty śmieszne.

A sąsiedzi? No cóż, król pruski zbierał 3-4 razy więcej podatków niż polski, a były lata, że i 10 razy. Stąd dysponował armią nie 10 tys. ludzi lecz 150-200 tys. Przy takich dysproporcjach wynik starcia był przesądzony.

I tutaj ktoś powie „A USA?” No cóż. Celowo porównano I RP z Prusami, ponieważ były prawie równe potencjałem ludnościowym. USA ma dzisiaj 10 razy więcej ludzi niż Polska (+nielegalni imigranci). Wydaje na obronność (2023 r.) ok. 916 mld USD czyli 3,4% PKB. Polska – 32 mld czyli 3.8% PKB. Nominalnie wydatki USA są większe od naszych 28 razy więcej, ale i PKB per capita mają większe.

I nauka na dziś.

Sprawa dzisiaj wydaje się prosta. System składkowo-podatkowy nie jest sprawiedliwy. Pisałem o tym wielokrotnie. Przeciętny ksiądz/rolnik/sędzia/itd. płaci znacznie mniej niż Ty czy ja. Co więcej korpo opodatkowano niżej niż JDG. „Podatek od pracy” wynosi 5 razy więcej niż od nieruchomości i 2 razy więcej niż od dywidend. Setki miliardów dochodu kleru, rolników czy „czynszojadów” opodatkowane są śmiesznie nisko. A człowiek na pensji minimalnej już nie. Pomijam tych z szarej strefy.

Wróciliśmy do systemu I RP. Możemy się od niej uczyć. Bo chodzi też o to, jak dystrybuowano zyski z podatków. Mniej więcej 1/3 szła na dwór i wydatki króla/rządu. 2/3 na wojsko. U nas kwitnie rozdawnictwo, dopłaty, zamiast angażowanie się w zbrojenia. Od Fryderyka Wielkiego oraz Katarzyny wiemy, że taki wysiłek musi się opłacić. Zwłaszcza w obecnej sytuacji. Koniec z przywilejami, koniec z nierównościami. System musi być sprawiedliwy i prosty.

Życie w mieście jest takie drogie. Opowieści słoika.

Mam kumpla, który pochodzi ze wsi, jest typowym słoikiem. Pomimo kawalerskiego stanu (a może właśnie z tego powodu), przeniósł się do miasta, a na wieś dojeżdża weekendowo. W tytule zacytowałem jego słowa: „Życie w mieście jest takie drogie.” Padły w kontekście kosztów utrzymania kawalerki .

Kumpel kawalerkę posiada na własność. Na jesieni 2025 r. przyszło mu powiadomienie o podwyżce opłat – obecnie będzie płacił 600 zł/m-c. Do tego: prąd, gaz, podatek, internet, telefon. Łącznie ok. 800-850 zł. I aż złapał się za głowę. Przecież to moje. Za co tyle?

Ano właśnie. Porównywał koszty z własnym drewnianym domem (większym od kawalerki). Tam sytuacja przedstawia się inaczej:

  • czynszu nie ma,
  • remont (dach, ocieplenie) robi znajomy, za sporo mniejsze pieniądze,
  • woda jest tańsza,
  • prąd zapewniają własne panele,
  • ogrzewanie + ciepła woda – drewno ze swojego lasu (+tzw. podkowa w piecu kaflowym).

Płaci się tylko podatek od budynków i gruntów (w sumie – na poziomie kawalerki), wywóz ścieków z oczyszczalni, opłatę śmieciową, abonament za prąd i butlę z gazem. Internet w telefonie musi wystarczyć (i tak słaby zasięg). W sumie koszt ok. 220 zł (z paliwem na ścięcie i dowóz drewna). Porównując z miastem – ok. 1/4.

Oczywiście komfort życia w „drewniaku” bez porównania gorszy niż miasto. Tutaj mamy do czynienia z innymi problemami. Drzewo trzeba ściąć, porąbać, wysuszyć i codziennie palić w piecu. Słaby internet wyklucza pracę zdalną. Remonty planujemy samodzielnie (nawet jeśli wykona je ktoś inny). Natomiast koszty – gigantyczna różnica. Za mniejszą powierzchnię w mieście, płacimy 4 razy tyle. W przypadku innym metraży, nożyce rozewrą się jeszcze bardziej (100m2 mieszkania da w samym czynszu i podstawowych opłatach spółdzielczych ok. 1700 zł, a nowy dom tej powierzchni utrzymamy za 450 zł). Jeśli dołożymy do tego różnice w cenie (100 m2 w tej lokalizacji: miasto – 1 mln zł, wieś – 0,3 mln), a zwłaszcza racie kredytu, widzimy różnicę wieś-miasto 5450 zł (1250 zł koszty utrzymania, 4200 zł na racie). Życie w mieście jest drogie. I nie zawsze równoważy go wzrost dochodu. Na omawianym przykładzie 100m2 mówimy o ponad 5000 zł/m-c.

Kryptowaluty i spektakularna klęska. Jak zadziałał znany mechanizm „chciwość kontra strach”?

Na początku maja zadzwonił do mnie bardzo dobry kumpel. Zadał mi jedno pytanie: Czy sądzę, iż kasę z Zondacrypto uda się odzyskać? Szczerze powiedziałem, co myślę, że to gruby, od dawna zaplanowany wałek, mówiąc wprost – oszustwo. Wtedy padły trzy słowa: „Ale na YouTube różnie mówią.” Już wiedziałem. Wszedł w to, powierzył im swoją ciężko zarobioną kasę.

Sylwetka „inwestora”. Do tej pory miał najwyżej lokatę i to w tym „najbezpieczniejszym banku”. Do tego nieruchomość na wynajem. Trzymał się z dala od gięłdy „bo ryzykowna”. Dochód czerpał z ciężkiej, obciążającej psychikę pracy po 10 godzin dziennie z niepłatnymi nadgodzinami w biurze-Januszexie. Zainwestował w krypto około 20k, efekt 4 miesięcy spędzonych nad papierami, a w zasadzie, odejmując wydatki (z czegoś przecież musiał żyć) – 8 miesięcy. Jak spotkał się z krypto?

Przyczyny inwestycji. Namówił go młodszy kolega z biura. Nie widziałem tej sceny, ale znając mechanizm jestem w stanie dość precyzyjnie ją odtworzyć. Słyszałem o nim wielokrotnie: w 1993 r., 2001 r., 2008 r., słyszę i teraz. Otóż jest sobie konserwatywny starszy pracownik, obok niego siedzi „młody”, ubrany w dobry garnitur. Z rozmowy wynika, że „młody” inwestuje w super zyskowne akcje, które idą do góry, albo, jak w tym przypadku w krypto. Pojawiają się opowieści o zyskach: 3-4 razy większych niż możliwe do osiągnięcia z lokat. I włącza się schemat chciwości. Po długich namowach „stary” całkowicie ignoruje (bo nigdy o nich nie słyszał) typowe zabezpieczenia: dywersyfikacja, wybór sensownego brokera, koszty transakcji, wreszcie coś, co powtarzam jak mantrę „kupuj, gdy jest tanio”, zakłada rachunek, którego działania nie rozumie (a w zasadzie zakłada mu go „młody”) i składa pierwsze zlecenie.

Przebieg inwestycji. Stary trochę zarobi i łapie haczyk. Już jest kupiony. Przecież od tych 20k zyskał 4-5k, a więc kwotę, na którą lokatami pracowałby przez kilka lat. Wtedy pojawiają się problemy. Spadek. Pogłoski o trudnościach z wycofaniem pieniędzy (jak w historii kumpla z Zondacrypto). „Młody” tłumaczy: Nie słuchaj panikarzy i zawistników. Ale złych informacji przybywa. „Stary” wreszcie włącza schemat „strach” i sprzedaje. Co z tego, skoro nie może wycofać pieniędzy, dodatkowo traci na spadkach.

Szukanie dowodów, że coś da się uratować. Klasyka. Ile razy słyszałem: „Nie jest tak źle”, „Jeszcze się odbije”, „Na YouTube różnie mówią” etc. Tymczasem pieniądze istnieją na papierze, bo firma/giełda jest wydmuszką. Właściciel siedzi sobie daleko z pieniędzmi klientów. Do końca zapewniał o „przejściowych trudnościach”. Teraz razem z wyznawcami pompuje teorię o spisku. Prawda brzmi brutalnie – nic nie uda się uratować, wszystko przepadło. Oczywiście, mega szkoda mi kumpla, gdyby przyszedł do mnie wcześniej (a zadziałał kolejny mechanizm „Przyznam się dopiero wtedy, gdy dużo zarobię, żeby przekonać ludzi, że ja też potrafię,”), wyjaśniłbym mu o co chodzi i może zdążyłby wyjść w odpowiednim momencie. Albowiem przez lata uniknąłem wtopy z takimi „złotymi interesami” dzięki stosowaniu kilku zasad.

Zasada 1. Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Nie kupuje kontraktów na zboże, akcji kopalni złota w Australii, spółek biotechnologicznych, ponieważ tych rynków nie rozumiem. Mój kumpel kryptowalut nie rozumiał, nie wiedział jak działa jakakolwiek giełda, nigdy nie inwestował.

Zasada 2. Omijaj podejrzane inwestycje. Inwestycje ulokowane w obcych krajach, tworzących sprawozdania w nieznanych językach. Estoński, dość podobny do węgierskiego, zna niewielka liczba osób, do tego raczej nie łączą oni tej umiejętności z czytaniem sprawozdań finansowych. Dlatego tak długo opinia publiczna nie wiedziała, że giełda Zondacrypto łamie podstawową zasadę bezpiecznej inwestycji – wykorzystuje rachunki swoich klientów (a w zasadzie ich aktywa) do spekulacji, nie oddziela środków spółki od powierzonych. W razie odwrócenia trendu, traci wszystko. Mój kumpel w teorii nie był mocno „do tyłu”, ale w praktyce pieniądze były tylko zapisami na wydruku. Jego kryptowaluty najprawdopodobniej pożyczono niewypłacalnym inwestorom z całego świata. Zniknęły. Podejrzane były też powiązania: właściciel nr 1 zginął bez wieści z kluczami do portfela, właściciel nr 2 siedział sobie w raju podatkowym, sponsoring polityków itp. I na koniec – zero nadzoru finansowego, pełna wolna amerykanka. Brzmi jak przepis na katastrofę. Tak upadał Enron, wywracał się Janusz Palikot, no i Zondacrypto.

Zasada nr 3. Nie kupuj na górce. Oczywista oczywistość. Krypto miało sens, gdy BTC kosztował 0,2 zł, no dobrze do 10k. Potem pojawiła się czysta spekulacja. Za tymi wirtualnymi walutami nie stoi żadna ekonomia, stąd trudności w wycenie i silne wahania kursu. Kupowanie jakiś ułamków jednostki, przy cenie po 300k zł/BTC zakrawa na szaleństwo. Wybieranie jakiś innych …coinów przypomina mi zabawę zapalniczką na stacji benzynowej. Albo zdobędziemy sławę nieustraszonego wśród kolegów, albo wylecimy w powietrze.

Zignorowanie tych trzech, dość prostych zasad, kosztowało mojego kumpla 20k. Kiedy usłyszał ode mnie „dobrze, że tylko 20k” prawie się obraził. Wtedy wytłumaczyłem mu te mechanizmy i opowiedziałem historię, o adwokacie, który w 1992 r., żeby inwestować na GPW stracił dom (sprzedał i stracił 2/3 kapitału), o nauczycielce, pragnącej udowodnić wszystkim swój inwestycyjny geniusz, gdy w 2007 r. kupiła fundusze inwestycyjne za pożyczone na hipotekę mieszkania 70k „bo młodemu, tak dobrze żarło”, o pewnym zamożnym, uczciwym biznesmenie, który próbował mnie przekonać „Palikot jeszcze się odbije, tam nie ma żadnego wałka”. Ponieważ szczegóły bywają różne, ale schemat podobny – złamanie powyższych trzech zasad, które kończy się finansową katastrofą.

Nie warto dłużej pracować na emeryturę. Informacje dla 40-latka z paszczy ZUS plus analiza danych.

W oficjalnych wystąpieniach przedstawiciele ZUS (i ich opłaceni agenci lub „pożyteczni idioci” rozsiewają propagandę o opłacalności dłuższej pracy. Czasem jednak, tak się zdarzy, że na oficjalnej stronie molocha pojawią się prawdziwe dane. Pomimo opowieści o uproszczeniu bloga, nie mogłem nie skorzystać. Bierzcie i Wy.

Skrót całego wpisu „bo ma być prosto”. ZUS twierdzi, że dodatkowe 5 lat pracy (i opóźnienie przejścia na emeryturę) zwiększy nasze świadczenie o 20%. W rzeczywistości jest to 3.5%. Przyczyny? Stałe wydłużanie teoretycznej długości życia (1,5 roku w ciągu 5 lat), inflacja kasująca wyniki waloryzacji, oraz niewielki wpływ dodatkowych składek.

Kto lubi dawnego Oszczędnego Milionera – niech czyta dalej.

Jak zwykle tytuł odbiega od treści: https://www.zus.pl/-/późniejsze-przejście-na-emeryturę-się-opłaca#:~:text=Opóźnienie%20przejścia%20na%20emeryturę%20przekłada,latach%20–%20ponad%201/5, ale nie o to tym razem chodzi. Skoncentrujemy się na danych. Pochodzą z 2025 r., więc możemy uznać je za aktualne.

Informacja nr 1. Dla osoby w wieku 60 lat każde 100 tys. zł zapisane na koncie w ZUS to 375,38 zł miesięcznej emerytury. W wieku 65 lat to już 452,90 zł.

Niby prosta sprawa. Krótko mówiąc, mając 1 mln na koncie emerytalnym (dla uproszczenia główne konto ZUS+subkonto), dostaniesz 4529 zł brutto emerytury, jeżeli przejdziesz w wieku tzw. ustawowym. Ponieważ to więcej niż 3773,80 zł podobno warto pracować 5 lat dłużej, bo to dokładnie 20%. Tak twierdzi ZUS. Ja mówię sprawdzam.

Zgodnie z tabelami dalszego trwania życia, 60-latek (statystycznie, kobiety i mężczyźni razem) miał przed przed sobą w 2025 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,13.html) jeszcze 266 miesięcy życia, 65-latek 220 miesięcy. Oznaczałoby to, że pierwszy dożyje 82 lat, a drugi 83 lat. Pomijam fikcyjność takich prognoz (w rzeczywistości mężczyźni nie żyją tak długo, lecz raczej 75 lat, a kobiety 83 lata), ale skoncentrujmy się na danych.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,996 mln zł (4529 zł x 220 miesięcy).

Nie jest to żadna fizyka czarnej dziury, ani czary, tylko wynik zwykłego mnożenia (działanie na poziomie bodajże 5 klasy szkoły podstawowej), danych które podał nam ZUS. Pracując dłużej, odbierasz mniej.

To działanie da się sprawdzić. Nasza emerytura wzrośnie o 20%, a pobierać ją będziemy o 21% krócej. Niby niewiele, ale trudno nazwać wynik „opłacalnym przedłużeniem pracy”.

Idźmy dalej. Gdybyśmy przyjęli, że pracując dłużej wcale nie zwiększymy średniej długości własnego życia (a jedynie tabele statystyczne ulegną cudownej korekcie), mamy jeszcze jeden ciekawy efekt. 60-tkę i 65-lat dzieli 60 miesięcy (5 lat), a nie 46 miesięcy. Skąd bierze się 14-miesięczna (30%) różnica. Z GUS-owsko, ZUS-owskiej szacherki liczbami, ale z czegoś jeszcze, o czym warto pamiętać. Część ludzi dożyje 60-tki, ale emerytury w wieku 65 lat już nie. Gdybyśmy jednak założyli, że mamy szczęście kwota, którą faktycznie odbierzemy z systemu, idąc na emeryturę wcześniej nie zmienia się, a opóźniając spada.

60-latek odbierze z systemu – 1, 003 mln zł (3.773,80 zł x 266 miesięcy).

65-latek już tylko 0,933 mln zł (4529 zł x (266-60) miesięcy).

Kwotę ZUS-owskiej emerytury pięć lat później powinniśmy bowiem dzielić przez 60 miesięcy mniej (czyli 206 miesięcy). I tak zamiast 20% więcej robi się 7% mniej.

Informacja 2. Średnia długość życia 60-latka zwiększyła się wg GUS i ZUS o 2,4 miesiąca w ciągu 1 roku. 65-latek „wydłużył” życie o 1,9 miesięcy.

Dane biorę stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html i stąd: https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,14.html.

2026 – 268,9 oraz 222,7

2025 – 266,4 oraz 220,8

Jeszcze ciekawszy wynik uzyskamy, patrząc na dane z 2021 r. (https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-tablicy-sredniego-dalszego-trwania-zycia-kobiet-i-mezczyzn,285,9.html)

60-latek – 247,7

65-latek – 204,3.

Tylko na przestrzeni 5 lat (2021 kontra 2026) ZUS i GUS cudownie przedłużyły nam życie o 21,2 miesięca (60-latkowie) i 18,4 miesiąca (65-latkowie).

Jak to przekłada się na wysokość emerytur? Dość prosto. Skoro znamy wzór:

Emerytura=kapitał/średnia długość życia,

to podstawienie danych da nam następujący rezultat:

60-latek w 2021 roku – 1.000.000 zł/247,7 = 4037 zł

jako 65 latek w 2026 roku – 1.000.000 zł/222,7 = 4490 zł

Jak widzicie gołym okiem, różnica nie wynosi wcale 20%, jak nam obiecywał ZUS, ale 11.2%. Połowę mniej. Każąc nam pracować 5 lat dłużej ZUS, zmieniając tabele długości życia, państwo okradło nas z prawie połowy zysku.

Informacja nr 3. Dodatkowe składki z pracy powiększają sumę zgromadzonych środków.

Licząc od minimalnego wynagrodzenia, dodatkowe miesięczne składki wyniosą 281,44 zł (https://www.zus.pl/-/nowe-wysokości-składek-na-ubezpieczenia-społeczne-w-2026-r.). Rocznie to już 3.377,28 zł. Mnożąc przez 5 lat – 16.886, 40 zł.

Wygląda poważnie, ale de facto kapitał 1 mln zwiększył się o ca. 1,69%. W tym czasie ZUS oszukał nas na średniej długości życia o 9% (o tyle statystycznie zwiększyła się średnia długość życia w latach 2021-2026). Przy znanym wzorze emerytalnym (emerytura = kapitał/średnia długość życia) da to następujący efekt:

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.016.886,40/220,8 = 4605 zł

Dokładanie składek wcale się nie opłacało.

Informacja nr 3. Kolejne waloryzacje składek pomnażają kapitał emerytalny (działa też siła procenta składanego).

W tym miejscu ZUS podaje kwotę waloryzacji z 2025 r. – 9,49%. I zaczyna mnie rozśmieszać. Takie dane mogę sobie włożyć między bajki. Ponieważ wiem (w przeciwieństwie do ekonomicznych analfabetów), iż wysoka waloryzacja=wysoka inflacja, a wskaźniki waloryzacji wcale nie wyglądają tak fajnie, na tle wzrostu cen i płac (zwłaszcza minimalnej). Albowiem im więcej dostanę, tym więcej muszę wydać. Zastosuję tutaj trzy mierniki, o których ZUS nic nie mówi i jeden powszechnie podawany (waloryzację).

Teoria. Od 2022 r. przez 5 lat waloryzacja ZUS wyniosła (skumulowane dane w nawiasach):

2022 – 107%,

2023- 14,8% (22,84%),

2024 – 12,2% (37,82%),

2025- 5,5% (45,4%),

2026 – 5,3% (53,1%).

Krótko mówiąc – w teorii nasz kapitał obliczeniowy zyskał 53%. No i teraz odpowiedzmy sobie uczciwie, ile od 2021 r. wzrosły ceny?

Podpowiem na szybko:

  • prąd – (z 0,6 zł/KWh do 1.25 zł/KWh) ponad 100%,
  • chleb (z 2.8 zł do 5 zł za 0,5 kg) -78%,
  • kawa (z 13 zł do 28 zł za 0,25kg w mojej palarni) ponad 100%,
  • najtańszy nowy samochód (Dacia Sandero z 37k obecnie 66k) – 78%,
  • drewno opałowe, gaz – ok. 100%,
  • złoto – (z 225 zł/g do 530 zł/g) – 135%.

Drugi miernik wartości poza cenami (pensja minimalna) rósł też ciekawie +71%.

A trzeci? Inflacja. W tym samym okresie 43%. Kiedy to już wiemy, najbardziej konserwatywnie, realna waloryzacja to 10% (53% waloryzacji nominalnej i 43% inflacji). Gdyby liczyć do pensji, waloryzacja byłaby ujemna nawet – 18%, a do nośników energii -47%.

Ale trzymajmy się danych oficjalnych +10% i policzmy realne emerytury, nakładając na siebie trzy dane: średnią długość życia, realną waloryzację i dodatkowe środki z pracy (które dodatkowo nieco zawyżyłem, bo nie chciało mi się liczyć składek od pensji minimalnej w każdym z 5 lat).

2021 – 1.000.000/204,3 = 4894 zł

2026 – 1.118.575,04/220,8 = 5066 zł

Podsumowanie. Biorąc pod uwagę wszystkie dane ZUS i GUS, 5 lat dłuższej pracy, przekłada się na o 3,5% wyższą emeryturę. Dane te podaję w latach wysokiej inflacji, bardzo korzystnej dla współczynników waloryzacji.

Wynik przekonuje nas, że dłuższa praca, w oczekiwaniu na wyższą emeryturę, kompletnie nie ma sensu. Te 5.1% waloryzacji w 2026 r., gdy dostaję 8.5% na obligacjach (korporacyjnych) mocno mnie śmieszyłoby, gdyby nie było smutne. Państwo więcej płaci bankom (oprocentowanie obligacji inflacyjnych 5.6%) niż emerytom. Do tego bankierów nie kantuje na średniej długości życia.

Nie muszę nikogo przekonywać, że w naszym zmiennym świecie, liczenie, że przeżyję dodatkowe 5 lat, dla 3,5% zakrawa na kpinę z matematyki.

PPK + IKZE na przykładzie osoby poniżej przeciętnego dochodu.

Obiecałem i realizuję. Dzisiaj podam wyniki inwestycyjne mojej żony. Zarabia ona poniżej 70%przeciętnej pensji. Niemniej jednak pozwoliła jej coś odłożyć.

PPK

Dokładnie to samo, prowadzone przez PKO BP. Ze swoich odłożyła 5.6 k. Pracodawca dołożył ok. 4.2k. Suma wpłat (z dopłatami państwowymi) – 10,8k . Wynik finansowy+20% i mamy ok. 13k . Powiedzmy sobie szczerze, przy własnej wpłacie 5.6k w czasie 3.5 roku (przeciętne potrącenie to ok. 133 zł). Tu spory wpływ miały dopłaty państwowe (240 zł/rok = praktycznie 2 miesięczne wpłaty własne co roku).

Wielkiej emerytury z tego nie będzie, ale mówimy o osobie, która zaczyna oszczędzać 13 lat przed uzyskaniem praw do świadczenia. Zakładając utrzymanie trendu (dopłaty bez zmian, utrzymanie wyników inwestycyjnych na poziomie inflacji) wyjdziemy po 35 latach (kobieta od 25 do 60 r. ż) na realne 110k (nominalnie sporo więcej, ale o tym zapomnijmy).

Czy to coś zmieni w życiu młodszego odpowiednika mojej żony? Pewnie niewiele, ale każda dzisiejsza emerytka wolałaby mieć 110k niż ich nie mieć. Emeryturka z tego skromna (400-500 zł/m-c = 1/4 państwowego minimum), ale da się żyć, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpłaty 133 zł kontra 1400 zł na ZUS (znowu realnie).

IKZE

W tym punkcie dwa zastrzeżenia. Moja żona korzystała z przywileju (i problemu) męża zarabiającego sporo więcej. Dokonywała maksymalnych wpłat na IKZE, czego pewnie nie zrobiłaby większość osób zarabiających w okolicach 5 k netto. Jak to się stało?

Po pierwsze – korzystała z ulgi podatkowej (pomimo rozliczeń ze mną). Z wpłaconych 10.407 zł w 2025 r. od razu odzyskiwaliśmy 32% (3330 zł), więc realna wpłata wyniosła niecałe 600 zł/m-c.

Po drugie – w rzeczywistości, płaciłem ja (ona nie robiła żadnego przelewu).

Wynik? Zebrane 54k z wpłat za 2022-2025 czyli 4 lat (ok. 35k) i zysków za 3,5 roku. Świetnie, a żonie wybrałem tylko zwykły fundusz inwestycyjny. Co to oznacza w praktyce? Zysk sporo powyżej inflacji (zysk skumulowany 50%, inflacja skumulowana ok. 20%), ale i inne skutki.

W ciągu 35 lat odłożyłaby (realnie w dzisiejszych cenach) na IKZE ok. 350k. Do tego wynik inwestycyjny, bijący w długim terminie inflację, da jej ekstra ok. 100 tys. zł realnego zysku. Razem 450k/35 lat. Tu już możemy myśleć o emeryturze na poziomie ok. minimalnego świadczenia 1800 zł/m-c. Przypominam – odkładając realnie (po zyskach podatkowych) ok. 600 zł/m-c.

ZUS kontra IKZE +PPK.

Odkładanie już 1/2 sumy składek ZUS (te wynosiły przy jej dochodzie ca. 1400 zł/m-c) w PPK +IKZE, dałaby mojej żonie (dzięki tarczy podatkowej, dopłatom i zyskom prywatną emeryturę o 25% wyższą niż państwowa. Ponownie kamień do ogródka ZUS.

Przypomnę, stosując powszechnie dostępne narzędzia inwestycyjne, bez „szaleństwa” na poziomie wybierania własnych akcji.

Jeszcze raz o bezsensie ZUS-u. Ile emerytury dostanie mały przedsiębiorca z ZUS i IKZE?

Moje zdanie na temat ZUS-u znacie – jedna z najmniej efektywnych metod gromadzenia oszczędności na starość. Reklamuję (chociaż nikt mi za to nie płaci) IKZE i PPK. Dlaczego? Ponieważ dają szansę na znacznie lepsze wyniki.

Oto rozliczenie IKZE w funduszu inwestycyjnym. Właśnie minęła pierwsza „pięciolatka”. Wyniki – od pandemii, przez wojnę i wzrosty. Robię przy tym porównanie z ZUS.

Wpłaty. ZUS – 20% emerytalnej czyli ok. 13.500 zł/rok. IKZE obecnie ok. 15 tys. zł/rok – 32% zwrotu podatku = 10.000 zł/rok. Połowa składek ZUS-owskich małego przedsiębiorcy. I nadal mniej niż sama emerytalna.

Okres oszczędzania. Powinien ważyć najwięcej. Weźmy statystyczne 36 lat (do osiągnięcia dla mężczyzny).

Wpłaty. Tu robi się wesoło. Suma wpłat w ZUS – 13.500 zł x 36 lat = ca. 500.000 zł. IKZE – 10.000 zł x 36 lat =360.000 zł. O 28% mniej wpłaty.

Dziedziczenie. W ZUS-ie nie istnieje. Jeśli nie dożyjemy, składki przepadają. Jeśli umrzemy po 3 latach także. Zupełnie inaczej wygląda IKZE, zgromadzone środki dostaną nasi spadkobiercy.

Świadczenie. Bywają waloryzacje, które służą urealnieniu świadczenia. Stąd przyjmuję (wcale nie będąc pewien), bo wiem, że mały przedsiębiorca dostanie okolicę dzisiejszej emerytury minimalnej – ok. 1700 zł (realnie). Już ten punkt pokazuje absurd systemu państwowego. Większość dostanie najniższe świadczenie.

A co obiecuje ZUS? No cóż, popatrzmy. Patrząc na wartości realne 500.000 zł /260 miesięcy = 1923 zł. Jak widzicie oficjalne sposoby ZUS-u (podział zgromadzonej kwoty przez dalsze trwanie życia) nie ma żadnej wartości. Dają przedsiębiorcy minimalną. O przyczynach napiszę innym razem. A i od tych 1923 zł musimy odliczyć zdrowotną 9% i robi się 1750 zł.

Teraz świadczenie z IKZE. Tutaj zakładam optymistycznie – średnia inflacja 3%, średni zysk 5%, realnie zyskujemy 2%. Co to oznacza? Do podziału mamy 441.000 zł, bo wprawdzie zyskujemy dzięki wzrostowi wartości, ale tracimy na podatku (10% przy wypłacie). 441.000/260 miesięcy = 1696 zł. W teorii mniej niż ZUS. Ale gdy popatrzymy na szczegóły widzimy różnicę:

  1. W ZUS dostaniemy 54 zł więcej emerytury (+3,2%), ale składka miesięczna była wyższa o 300 zł (+30%).
  2. Do tego podniesienie wpłat do IKZE (kwota maksymalna wzrosła w ciągu kilku lat o 50%) podniesie nam emeryturę. W ZUS – wzrost składki emerytury nie podnosi (są niepowiązane, bo składkę liczymy od przeciętnego wynagrodzenia, a emeryturę minimalną ustala się arbitralnie).
  3. Mówimy o dzisiejszej wartości pieniądza. Wpłacaliśmy realnie 830 zł/m-c na IKZE a 1130 zł na ZUS (emerytalna). Licząc IKZE doliczamy spore szanse na zyski (w latach 2023-2026 – fundusz dłużny wzrósł o 30%, przy skumulowanej inflacji 22%, a akcyjny tej samej firmy zarządzającej 100%). W ZUS-ie mamy ich śmieszną waloryzację (ograniczaną do poziomu inflacji przez manipulacje długością życia. Ale waloryzujemy też składki i to sporo powyżej poziomu inflacji.
  4. W ZUSie mnie możemy płacić samej składki emerytalnej, a w IKZE – tak. W rzeczywistości nie uiszczamy 1130 zł, tylko 1930 zł, na rentę nie pójdziemy, chorobowego nie wyrwiemy. W sumie 10.000 zł kontra 23.160 zł/rok.
  5. Porównanie z ZUS-em wypada teraz druzgocąco (uwzględniam wszystkie składki w wartości nominalnej). Tam w wpłaconych 834 tys. zł (1930 zł x 12 miesięcy x 36 lat) odzyskamy (o ile dożyjemy średniej długości życia mężczyzn) – 455 tys. zł czyli 54%. Możemy też stracić 90%, gdy umrzemy wcześniej. W IKZE odzyskamy 118%. Dokładnie 2 razy tyle, co mały przedsiębiorca w ZUS. Wyliczenie dotyczyło przywileju kobiet.
  6. Teraz drugie obliczenie – dla mężczyzn. Z 260 miesięcy dożycia wg ZUS robi się realne 144 miesiące. ZUS nadal wypłaca 1750 zł czyli 252 tys. zł. Współczynnik wypłat wyniósł (uwzględniając wszystkie składki): 30% (przedsiębiorca). A IKZE? Nadal niezmienne 118%. IKZE bije ZUS o prawie 4 długości.

W zasadzie w tym miejscu moglibyśmy skończyć. Ale wyobraźmy sobie, że IKZE prowadzi ktoś, kto potrafi osiągać wyniki inwestycyjne na poziomie 10% rocznie. 7% ponad inflację. Wtedy ze 360.000 zł wpłat robi się (realne) 1.470.000 zł. Mężczyzna dostaje 400% wkładów, 43% przedsiębiorcy. Do tego żyjąc 73 lata (średnia moich kolegów z pracy, którzy jej dożyli) przez 5 lat wypłaci sobie (zakładam przeniesienie się „na obligacje” i wypłacanie roczne 2,5% nawisu nad inflację) 2756 zł/m-c (czyli 1000 zł więcej niż w ZUS) zostawi dzieciom realne prawie 1.5 mln spadku. Z ZUS-u – kompletnie nic.

Nowe pomysły na opodatkowanie nieruchomości. Nad czym pracuje Instytut Miast i Regionów.

W tym wywiadzie https://wyborcza.biz/biznes/7,147758,32394999,przestanmy-budowac-jakiekolwiek-kawalerki-miedzy-mikrokawalerka.html?_gl=1*zugidk*_gcl_au*MTc3ODQxMTYxNC4xNzYzOTg1Nzgx*_ga*Njg3NjM3NzM5LjE3NjM5ODU3ODI.*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NjM5ODU3ODEkbzEkZzAkdDE3NjM5ODU3ODEkajYwJGwwJGgw#s=S.editors_pick_hp-K.P-B.1-L.1.zw pracująca w Instytucie Miast i Regionów Hanna Milewska-Wilk, opowiada o pomysłach na zapobieganie kryzysowi mieszkaniowemu. Głównie przez nowe podatki. A oto szczegóły.

Podatek od wzrostu wartości mieszkania. Bardzo niebezpieczny, słabo uzasadniony i głupi pomysł, likwidacja ulgi podatkowej. Generalnie dzisiaj jest tak, gdy sprzedajesz po upływie 5 lat (od końca roku podatkowego) – nie płacisz podatku od dochodu ze zbycia nieruchomości. Doskonale. Co się stanie, gdy tę ulgę zlikwidujemy?

Otóż każdy, ale to każdy nabywca nieruchomości (czy to kupionej, czy darowanej), ma prawo dokonać sprzedaży. Obecnie wystarczy trzymać nieruchomość przez niecałe 6 lat. W wyniku propozycji, nabywca zapłaci podatek od zysku. Ile? 19%.

Popatrzmy na przykład: W 2017 r. dostałeś (darowizna) mieszkanie w Warszawie. Koszt nabycia to notariusz i podatek – w sumie 15k. Zysk: 900k – 15k=885k. 885k x 0,19= 168.150 zł.

W przypadku wzrostu wartości o 500k – 92.150 zł. (bo koszty nabycia).

Przecież to jakieś szaleństwo. Dodatkowo obniża mobilność. Skoro sprzedając spadek po babci np. mieszkanie w Koszalinie masz zapłacić 80k podatku, mniej zostanie Ci na zakup większego w Szczecinie. Nie kupisz go zatem. Państwo nie zarobi na podatku od transakcji, od Twojej większej pensji w dużym mieście. Ktoś o tym myślał?

Podatek od pustostanów. Podatek od nieruchomości w których nikt nie jest zameldowany. Pomijając łatwość ominięcia (zameldowanie dorosłego dziecka), niejasne kryteria (czy dom wakacyjny jest pustostanem?), ponownie ogranicza korzystanie z własności. Mój dom letni oficjalnie jest pustostanem.

Zakaz budowy kawalerek. Serio. Argumenty zespołu? Bo senior nie zmieści się w niej z opiekunką. A kawalerowie lat 30? Panny? Bezdzietne pary? Mają iść pod most, żeby nie zniszczyć marzenia urzędnika o mieszkaniu dwupokojowym.

Kto jest dobrym duchem rynku mieszkaniowego? Deweloperzy i fliperzy. Nie żartuję. Deweloperzy „zarabiają tylko 30%”, a mieszkania po fliperach „są w lepszym stanie technicznym”. W przeciwieństwie do kogoś, kto kupił, mieszkał i sprzedał po 10 latach z zyskiem. Przecież to jakieś kryptoreklamowe brednie.

Najlepsze zostawiłem sobie na koniec – „Powinno być tak, że gmina mogłaby zyskać prawo do przejęcia nieruchomości, jeśli po 10 latach nikt nie złoży sprawy spadkowej”. Przecież to czysty Dekret Bieruta, chociaż nawet on nie szedł tak daleko! Gdzie jest nakaz załatwiania spraw spadkowych przez 10 lat? Przecież wiadomo, część ludzi nawet nie wie, że ich daleka ciotka zmarła w USA, albo co wchodzi w skład spadku. Inni nie chcą tego załatwić, czekając na przedawnienie długów spadkowych. Zresztą niezałatwienie spadku wcale nie znaczy, że nikt z nieruchomości nie korzysta. Może ktoś ją wynajmuje (umowa najmu nadal trwa), może korzysta bezumownie (i zasiedzi).

Cały wywiad (poza propozycją zachęcania do oszczędności) to jest jakiś bolszewicki kosmos plus liberalna pieśń o wspaniałych deweloperach i fliperach, a nie państwo prawa. Całość propozycji referuje pracownik państwowego instytutu. Przerażające.