Śmierć z zerem na koncie. Książka i sama idea.

Pewien czas temu przeczytałem książkę Billa Perkinsa „Die with Zero” propagującą ideę takiego zaplanowania swojego życia, aby w chwili śmierci dysponować zerowym rachunkiem. Moje opinie na jej temat przedstawiam poniżej. Zwykle nie recenzuję książek, z którymi się nie zgadzam, ale w tym przypadku robię wyjątek. Pomysł zaczął bowiem zataczać spore kręgi i mam wrażenie, że jego admiratorom sporo umknęło.

Sama książka generalnie zawiodła mnie. Znając historię autora (finansista, trader) spodziewałem się wyliczeń, a nie luźno rzuconych haseł. Nie ukrywam, dla mnie spora słabość. Ponieważ brakuje liczb, trudno traktować pomysł poważnie, albowiem brakuje konkretnej odpowiedzi „ile będziemy żyli”, oraz „ile pieniędzy należy sobie zostawić w wieku 40, 50, 60, 70 itd. lat. Drugi problem, który mam z tą pozycją nazwałbym „ignorowaniem natury ludzkiej” oraz „bazowaniem na własnych poglądach, zamiast na badaniach”. Zarzut jest poważny, ale za chwilę go rozwinę. Trzecia uwaga dotyczy wprost przyjęcia nierealnych dla średniego czytelnika w USA (a co dopiero w Polsce) własnych założeń, jako pewnego standardu. I od tego zaczniemy.

Bill Perkins podaje konkretne liczby zarobków i pierwszą pracę, oraz kolejne. Zapewniam Was, że posiadanie ojca adwokata, posła w stanowej legislaturze, pensja 18k USD rocznie „na początek” oraz gigantyczne zarobki w wieku trzydziestu paru lat, milionowe wygrane, a potem przegrane w pokera, nie stanowi typowej ścieżki Amerykanina. Nie owijając w bawełnę, po raz kolejny mamy do czynienia z przedstawicielem klasy wyższej, który mówi „średniakom” jak powinni żyć. Nie byłoby może w tym i nic złego (poza nierealnością porad), ale Bill Perkins i to już mnie mocno razi, oceniając przedstawicieli klasy średniej, którzy postąpili inaczej (czytaj: zostawili wysoki spadek) nazywa wprost hipokrytami. Czytałem książkę w oryginale, więc nie ma mowy o pomyłce w tłumaczeniu. Słabe to. Besztanie sekretarki prawnej, która przekazała uczelni 8 mln dolarów (dla Perkinsa suma z pewnością drobna) za to, że „zrobiła to za późno” osobiście robi na mnie bardzo kiepskie wrażenie. Zwłaszcza, w sytuacji, gdy przeanalizujemy kompletny brak rozsądnych argumentów i sprzeczność z liczbami, co szczegółowo przedstawię. Czas na nie.

Menedżer w funduszu hedgingowym z pewnością te liczby zna. Sylwia Bloom zmarła w wieku 96 lat zostawiła spadek prawie 9 mln dolarów. Cała kwota została przekazana jej macierzystej uczelni i jeszcze dwóm organizacjom na fundusze stypendialne. Zarzut „zbyt późnego przekazania środków” jest nie tylko cyniczny (zwłaszcza wobec spekulanta cenami energii), ale i zwyczajnie głupi. Otóż znając krzywą bogacenia się i procent składany wiemy, że Sylwia Bloom w wieku 50 lat nie była bogata, podobnie nawet około sześćdziesiątki jej majątek nie zrobiłby na nikim wrażenia. Zakładając, że zarabiała te 8% rocznie, co miesiąc odkładała skromne sumy, na jakie pozwalała jej pensja sekretarki, więc wszystko się spina. Jej roczne wpłaty wynosiły prawdopodobnie ok. 7k USD rocznie, a być może, na początku znacznie mniej (inflacja). Znając te dane – 10 lat wcześniej (a więc jako 86 latka) miała połowę tej sumy, 20 lat (76 lat) – 2 mln, a w ustawowym wieku emerytalnym – ledwie 1 mln. Jako 55 latka (freedom55) zebrała 0,5 mln, a jako 45-latka – 200k. Do tego żyła naprawdę długo (96 lat), co pozwoliło jej zgromadzić mocno nadprzeciętny (dla sekretarki, bo Bill Perkins podobne sumy przegrał pewnie w trakcie życia w pokera) majątek. Nie miała, jak wielokrotni milionerzy, 50 baniek na leczenie, 50 baniek na emeryturę itd. Oddając „marne 1 mln” w wieku 65 lat pozbawiała się jakiegokolwiek zabezpieczenia. W przeciwieństwie do „wilków z Wall Street” nie mogła sobie na to pozwolić. Dokładnie ten przykład (i związane z nim liczby) pokazuje jak oderwany jest Perkins od realiów życia Amerykanina z klasy średniej i że bazuje głównie na swojej intuicji, a nie badaniach (które zresztą częściowo cytuje, jednak bez zrozumienia). Otóż, majątek rośnie wraz z wiekiem. Proces ten jest naturalny i wynika z procentu składanego. Dlatego przeciętny milioner (majątek netto wyłączając główny dom) w USA zostaje nim około 50-tki (badania dra Stanleya na podstawie danych IRS i ankiet). Pani Sylwia Bloom znacznie później, bo jej inwestycje miesięczne nie wyglądały spektakularnie. W tej sytuacji rysowanie „krzywej posiadania majątku” z myślą sformułowaną bardziej elegancko, ale sprowadzającą się do konkluzji „niesprawiedliwe jest, że staruchy zgromadziły większość majątku Ameryki” kompletnie nie ma sensu. Dokładnie podobna krzywa (czyli wykładniczy wzrost średniego majątku w życiu), istnieje w Europie, Polsce oraz funkcjonowała 150 lat temu. Nie bez powodu wszyscy właściciele fabryk w „Ziemi Obiecanej” są starcami, podobnie znaczni rolnicy w „Chłopach” (z zastrzeżeniem, że wtedy „starzec” znaczyło sporo mniej lat niż dziś). Reymont znał życie znacznie lepiej niż Perkins.

Teraz przejdźmy do argumentacji „Die with Zero”. Opiera się na kilku filarach, które sprowadzam do haseł: „trumna nie ma kieszeni”, „lepiej dać ciepłą ręką niż zimną”, „kasy potrzebujemy w młodości”, „nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim”, „z wiekiem potrzebujemy coraz mniej” oraz „możemy przewidzieć czas naszego życia” . Wszystkie są błędne, o czym wiedział zarówno Balzak, pisząc serię „Komedia ludzka”, jak i Maciej Boryna z „Chłopów”. Obalę te „mądrości” po kolei.

Trumna nie ma kieszeni. Długo rozwijana i wielokrotnie powtarzana myśl, zgodnie z którą po śmierci nie możemy korzystać z pieniędzy, ani ich rozdać. Niby prawda, ale przedstawiona bałamutnie. My wprawdzie nie możemy odnieść żadnej korzyści, ale jak widać (m.in. podany przykład sekretarki), nasi spadkobiercy – zdecydowanie tak. I właśnie na tym polega natura ludzka. Gromadzimy dla swoich najbliższych, chyba że ich nie mamy (o czym rozmawialiśmy już na blogu). Wtedy i tylko wtedy, ta idea ma sens. Co więcej, biorąc pod uwagę historię Perkinsa, można mówić o „spisku bogatych”, którzy chcą, aby klasa średnia nie dokonywała „międzypokoleniowego transferu majątku”, tylko wydawała na bieżąco. To znamienne, ale jakoś mało bogaczy, stosuje się do tych rad. Dlaczego? Ponieważ są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem (jeszcze raz – dla człowieka posiadającego dzieci, wnuki, dobrego współmałżonka) i doświadczeniem życiowym.

Lepiej dać ciepłą ręką niż zimną. Czyli za życia, zamiast po śmierci. Niby prawda, ale znowu ignorująca podstawowe prawa życia. Jeżeli rozdam cały (niewielki w wieku 50 lat) majątek, cóż mi zostanie na stare lata? Jak zabezpieczę się przed trudnościami i zmiennymi falami losu? Dokładnie to miał na myśli Maciej Boryna mówiąc do syna i synowej „do waju na wycug nie pójdę”, uwspółcześniając „nie będę na waszej łasce i niełasce”. Widziałem to wielokrotnie. Stąd pomysł zupełnie inny, który wprowadzam w życie: część daję za życia, a resztę oddam po śmierci. Do tego warunki multimilionera są zupełnie inne niż przeciętnego średniaka, nie mówimy o 100 mln dolarów, ale raczej o „kawalerce w Zduńskiej Woli”, jak opisuje w Newsweeku mjr Michał Fiszer (o którym pojawi się jeszcze wpis, bo udzielił arcyciekawego wywiadu). I tę kawalerkę oraz trochę oszczędności zostawia w spadku przeciętny „średniak”. Do tego dochodzi właśnie krzywa majątku. Rozdając jako 65 -latek mam np. 1 mln, a jako 85-latek, już 4. Tak działa realna ekonomia.

Kasy potrzebujemy w młodości. Stąd więcej sensu ma zdaniem Perkinsa rozdanie jej 40-latkom, a nie po śmierci 60-latkom. I tutaj wpada w pewien matematyczny korkociąg. Skoro 40-latkom, czemu nie 20-latkom. Powód jest prosty – ponownie krzywa majątku. Jako 65-letni rodzice 40-latka „średniacy” mają tej kasy 4-krotnie mniej niż 85-latkowie.

Drugi problem – pewien klasizm (czyli opisywanie klas wyższych, jako pewnego przykładu). Otóż, w USA, podobnie jak w Polsce średnia długość życia, powiązana jest z wykształceniem i pozycją społeczną. Krótko mówiąc, niewykształceni żyją kilkadziesiąt lat krócej. Dla nich te rady nie mają sensu, bo ledwo dożywają (mężczyźni) wieku emerytalnego (przeciętna długość życia w PL mężczyzny z wykształceniem podstawowym wynosi 68 lat, a w USA mniej niż 60).

Do tego dochodzi jeszcze wynik badań dra Stanleya i dra Danko. Otóż ustalili oni, że ludzie subsydiowani przez rodziców w młodości, zarabiają mniej niż ci, którzy kroplówki nie otrzymali. Zgadzam się w 100%. „Die with Zero” ignoruje te badania i zmniejsza szanse naszych dzieci.

Nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed wszystkim. Pada tutaj bardzo amerykański przykład – rachunki za leczenie. Skoro roczne leczenie raka kosztuje bardzo wiele, odkładając milion, nic nam to nie da. Kupimy sobie parę miesięcy życia. Ten przykład kompletnie nie przystaje do krajów Europy, gdzie szpitalna opieka zdrowotna jest darmowa. Średnio sprawdza się i w USA. Otóż można zgromadzoną kasę wydawać na dobre, średnioklasowe ubezpieczenie zdrowotne, a nie na rachunki za leczenie. Tak jest przezorniej i tak robią nauczyciele oraz sekretarki w kancelariach prawnych. Poza tym, nie każdy zapadnie na raka, czasem zwyczajnie złamie rękę i zakładając „typowe wydatki” zabraknie mu i na to (150k a nie miliony). Majątek zabezpieczy nas zatem nie tylko przed szeregiem drobnych wydatków i trudności, ale za to prawie pewnych (niedołężna starość), a nie przed mało prawdopodobnymi katastrofami. I tak trzeba patrzeć na ryzyko. Facet, który działał w hedgingu doskonale to wie.

Z wiekiem potrzebujemy coraz mniej. Niby, patrząc na naszych rodziców i dziadków – nie sposób się nie zgodzić. Jednak wszystko do czasu i w określonych warunkach. Z pewnością nie w USA i nie obecnej Polsce wielkomiejskiej. Przede wszystkim tam ludzie rozjechali się po wielkim kraju (u nas po Europie). Jeśli jeden mój syn będzie we Wrocławiu, drugi w Portugalii, a trzeci w Kielcach, nie będą mieli szansy zajmować się mną w skali, której doświadczały osiadłe pokolenia przed nami. Wszystkie książki o amerykańskim FIRE potwierdzają ten trend. A koszty opieki wynoszą niemało – dzisiaj ok. 8 tys. zł/m-c, jeżeli nie potrzeba prywatnego leczenia. Dlatego nawet Marszałek Sejmu trzymała męża w publicznym szpitalu. Widziałem koszty rehabilitacji, turnus prywatny w sanatorium – proszę bardzo, z zabiegami 500 zł/os./noc. 3 tygodnie – 12k. Koszmar. Stąd fakt, że mniej jemy, nie kupujemy ubrań, nie kształcimy już dzieci, wcale nie oznacza niższych wydatków, a w każdym razie – do czasu. Takie bajki może opowiadać bogacz, w wieku jeszcze sprawnym, a widzący koniec własnego nosa.

Możemy przewidzieć czas naszego życia. Przy tej myśli, Bill Perkins trochę się kryguje. Bo niby możemy („średnia długość dożycia”) a nie możemy. Oczywiście, że nie możemy. Moja ciotka, jak wskazywały wszystkie znaki na niebie i ziemi miała przeżyć swojego brata (zawód, płeć), a żyła 2 lata krócej. Ich matka (ponownie zmienna wykształcenia) przeżyła ich oboje o kilka lat, a całe swoje rodzeństwo o kilkadziesiąt (miała i siostry). Moja mama żyła 80 lat, a jej starsza siostra 55. Ogólna statystyka (liczony czas dożycia dla całej populacji) a indywidualny wynik, to dwie różne rzeczy. Jeżeli nie doszacujemy (czyli pożyjemy dłużej niż średnia), zabraknie nam kasy (osiągniemy „zero” przed śmiercią i skazujemy się na biedowanie). Jeżeli przeszacujemy – złamiemy tytułową zasadę „Die with Zero”. Stąd, cały pomysł staje się utopią. W mojej ocenie, kolejnym szkodliwym scamem, wymyślonym przez bogatych, aby klasa średnia pozbywała się majątku „na przeżycia”. Dokładnie pachnie mi to „kulturą współdzielenia” albo „nic nie będziesz miał i będziesz szczęśliwy”.

Jak wiecie żyję zupełnie inaczej. Rozdaję część za życia (dwóch synów już dostało mieszkania w dużym mieście oraz po tanim aucie, czyli pozbyłem się, lekko licząc 800k, a na trzeciego mieszkanie czeka), ale znaczną, lwią część oddam im dopiero po śmierci. Muszę jeszcze zabezpieczyć żonę (o czym „Die with Zero” nie wspomina, a kobiety żyją dłużej), zakładam pół-emeryturę już dziś, a potem Freedom55. Do tego jestem człowiekiem oszczędnym i pomysł wydania 200k na dwuosobowy rejs dookoła świata kompletnie mnie nie kręci. Poza dziećmi będę miał i wnuki, a więc część zostawię im. Mogę żyć doskonale bez skakania na linie z mostu, bez zajrzenia w każdy zakątek Afryki i picia każdego możliwego alkoholu. Dam sobie radę bez Maserati. Wybieram bezpieczeństwo i stabilność, a nie ryzyko, że nie doszacuję własnej długowieczności. Jak już napisałem, w wymiarze społecznym, pomysł „przehulania”, istotnie godny jest pokerzysty, a nie rozsądnego ojca rodziny w klasie średniej.

Myśląc, komu mógłby być przydatny, widzę w zasadzie jedną, aczkolwiek rosnącą grupę – DINKS czyli bezdzietne pary. Brak dzieci, połączony ze średnimi relacjami rodzinnymi, skłania faktycznie do zostawienia grupie bratanków dokładnie zera. Jeśli ktoś jednocześnie nie boi się biednej starości nieznaczącej czasem „najwyżej umrę na tego raka, jeśli nie mogę zapłacić za jego leczenie”, ale „zamiast się rehabilitować, będę jeszcze 2 lata patrzył w sufit, przykuty do łóżka”, rozumiem i szanuję. Natomiast w moim (i wielu innych) położeniu, takie myślenie (podobnie jak druga skrajność „nic młodym za życia, bo wszystko moje”) raczej zaszkodzi, niż pomoże.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *