Czy benzyna jest droga? Porównanie.

Kiedy piszę te słowa 1 litr benzyny kosztuje 8 zł, a oleju napędowego 9 zł (do czasu publikacji, spadły o prawie 2 zł). Gazety, a zwłaszcza prawicowe portale oszalały. Czy faktycznie warto rwać włosy z głowy? Robię porównanie z rokiem 2022 i 1985.

Dzisiaj średnia krajowa wynosi 6642 zł netto. Za 1 pensję kupimy więc:

  • 830 litrów benzyny 95,
  • 738 litrów oleju napędowego.

W marcu 2022 r. zarabialiśmy 4788 zł netto. Litr benzyny kosztował ok. 7,50 zł (celowo nie biorę ceny ze szczytu), a diesel było o 50 groszy droższy. Oznacza to możliwość zakupu:

  • 638 litrów benzyny 95,
  • 598 litrów oleju napędowego.

Jak widać, pomimo potencjalnie niższych cen, paliwo okazywało się o ok. 20% droższe, jeśli weźmiemy pod uwagę siłę nabywczą zarobków.

A w 1985 r.? Pobory 20 tys. zł/m-c. Benzyna 17 zł/litr, olej napędowy 10 zł/litr. Można więc było kupić:

  • 1176 litrów benzyny 95,
  • 2000 litrów oleju napędowego.

Raj? Niekoniecznie. Jeżeli brać ceny oficjalne, tak. Ale już nieoficjalne były 15-razy wyższe. I nagle, przy systemie kartkowym, posiadacz Malucha (Fiat 126p) miał paliwa na 400 km miesięcznie (30 l / 7,5 litra na 100 km) w cenie oficjalnej. Resztę kupował po 250 zł (80 litrów za pensję). Na raz mógł zatankować 10l. Stąd słowa słynnej piosenki „Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc” i popularność diesli (Daihatsu Charade, Mercedes 123, Isuzu Gemini, Toyota Corolla czy Nissan Sunny, a potem Citroen AX). Paliły mało (nawet 4.5 l/100 km), a z dieslem problem był mniejszy. 400 km oznacza roczny przebieg 4800 km. Połowę mniejszy od obecnego.

Wyjaśnijmy zatem skąd bierze się taka nagonka na ceny benzyny dziś?

Powód 1 – dezinformacja. Politycy i posłuszni im „pożyteczni idioci” notorycznie kłamią. Np. podając, że paliwa są droższe niż w 2022 r., przy niższej cenie baryłki. Zapominając, że w PRL-u były kartki, a cena „kupuj, ile chcesz” przekraczała oficjalną kilkanaście razy. W tej dezinformacji znajdują się też argumenty „ceny rosną przez Ukraińców” oraz zapominanie o wpływie pensji kasjera na stacji na ceny benzyny.

Powód 2 – zapominanie, że auta palą coraz mniej. Pomijając słynnego AX-a, czy Charade, auta w latach 80-tych paliły więcej. Ba, widzę różnicę na przestrzeni 4,5 roku. Fiat 126p (najpopularniejsze auto PRL-u) spalał w mieście i przy prędkości 100 km/h około 7,5 l/100 km. Mój Hyundai i30 z 2014 r. (auto sporo większe) – ok. 6 l/100 km w takiej trasie i 8l/100 km w mieście. Skoda Kamiq (1.0 TSI rocznik 2019) – odpowiednio 4.5 l/100 km i 7 l/100 km. Dzisiaj w modzie są hybrydy, ze spalaniem na poziomie 4 l/100 km zarówno w mieście jak i przy 100 km/h. Nawet nieosiągalne 1176 litrów Maluchem na kartki, zrówna się kilometrażem dzisiejszej Fabii.

Powód 3 – więcej ludzi ma samochody. Niezmiernie ważny powód, dla którego ceny benzyny elektryzują masy. W 1985 r. było ok. 100 samochodów na 1000 mieszkańców. Teraz 600-700 sztuk. Spora różnica. Na „mojej” wsi różnicę widać jeszcze wyraźniej, bo kiedyś na 100 domów jeździło może 5 aut, dzisiaj ze 200 sztuk. Na naszej małej kolonii, zamieszkanej (choćby czasowo) przez 11 osób (w tym 8 dorosłych) mamy 8 samochodów. Dlatego temat kiedyś marginalny, robi się problemem masowym.

Powód 4 – jeździmy sporo więcej. W 1985 r. mój Tato pokonujący rocznie ok. 12.000 km prywatnym autem uchodził za podróżnika. W sąsiednim garażu stał Fiat Uno – po 10 latach został sprzedany z przebiegiem 70 tys. km (co daje średnią 7 tys. km/rok). Dwa garaże dalej – Łada 1500, od 1978 r. do 1998 r. kolega Taty przejechał nią …. 20 tys. km (1 tys. km/rok). Po prostu jeździł tylko na miejską działkę. Średni przebieg wzrósł z 5 tys. km do 15 tys. km (szacunek portali zbierających dane z przeglądów rejestracyjnych), a jeżeli uwzględnimy, że rodzina ma często dwa samochody – o 500%. Każdy 1 zł/ litrze robi niebagatelną różnicę.

Moje osobiste doświadczenia. Daruję Wam żarty w stylu „Nie czuję różnicy, tankuję zawsze za 100 zł”, ale powiem jak u mnie jest. Od wielu lat tankuję wyłącznie „do pełna”. Nieważne, czy zbiornik ma 35 litrów (Fiat 500) czy 50 l (Skoda Kamiq) i czy zapaliła się już rezerwa, czy jeszcze nie. W zależności od auta i zapełnienia zbiornika płacę od 50 zł (dotankowanie przed dłuższą trasą) do 300 zł. Żadna z tych sum nie powala mnie na kolana. Nie chodzi o nieoszczędność, zwykle staram się tankować na stacji „najtańszej możliwej”, bo nie lubię głupio wydawać pieniędzy. Znam niedrogie sensowne adresy w mieście i będąc w pobliżu uzupełniam zbiornik. Podobnie na stałych trasach np. w góry, do Wrocławia, do Poznania mam swoje miejsca. Przy średnim uzupełnieniu ok. 30 litrów, różnica pomiędzy sensowną ceną z 2025 r. (ok. 5,30), a obecną (ok. 8 zł) przekracza 80 zł i zamiast płacić 160 zł potrzebuje wydać 240 zł. Ale nie tu tkwi pewien sekret mojego spokoju. Otóż, przez trzy kwartały 2026 r. (od I do IX) pokonałem w sumie 12 tys. km z czego 50% elektrykiem, a tylko 98% samochodami oszczędnymi. Przy średnim spalaniu moich aut (500c – 6l/100 km, Ioniq 5 l/100 km, Giulietta QV 8.5 l/100 km), nie ma dramatu. 6000 km x 5,5 l/100 km x 2.5 zł/litr daje niecałe 70 zł/m-c. Prawie niezauważalne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *