Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 55 – Oszczędny Milioner

Robert Kiyosaki mówi: inwestuj w złoto, srebro, bitcoiny, redukuj akcje.

Przeczytałem kilka książek Roberta Kiyosakiego i nie zachwyciły mnie. W przeciwieństwie do Allena, Hansena, Buffeta, a nawet Ekera czy Shemina, uznaję go bardziej za filozofa niż praktyka. Nigdy nie słyszałem (a może to moja niewiedza?) o jego jakichkolwiek spektakularnych sukcesach inwestycyjnych lub innowacyjnych na miarę Muska albo Jobsa. Teraz ten pan proponuje – sprzedaj akcje, kup złoto, srebro i bitcoiny.

Podaje też przyczynę – idzie czas luzowania, dużych wydatków i inflacji. Dolar nie chroni nas przed niczym, potrzebny kruszec. No i stoję na rozdrożu. Z kilku powodów. Najpierw, tezę o spodziewanej inflacji, uważam za słuszną. Wiele razy o tym pisałem. Z drugiej jednak strony, dzisiaj złoto jest po prostu drogie. I to nie tylko nominalnie, ale i relatywnie. W szczycie kryzysu dotcomów kosztowało niecałe 300 USD, teraz 6 razy tyle. I powiedzmy sobie, dolar nie osłabił się tak bardzo. Jeśli przeliczymy na złotówki, mamy jeszcze większą dysproporcję. W 1999 r., gdy zaczynałem pracę dolar kosztował 4 zł, a uncja złota niespełna 1200 zł. Ja zarabiałem 985 zł brutto, czyli ok. 80% uncji złota w dolarze. Można taką ilość złota można było kupić 1000 l mleka w sklepie. Tanie auto (Fiat Uno) kosztowało 25 tys. zł czyli 20 uncji. Dzisiaj mamy zupełnie inną sytuację. Dolar jest po 4,42 zł (niewiele drożej), ale złoto po 8500 zł/uncję. Dzisiaj pensja minimalna wynosi 3490 zł. Czyli kupimy za nią tylko 41% uncji złota (połowę tego co przed ćwierćwieczem). Mleka za złoto kupimy już 2000 l. Nowe, tanie auto (Dacia Sandero) kosztuje 62 tys. zł. Trzeba mieć ok. 7 uncji na taki pojazd. Pod każdym względem złoto jest drogie. Jakie sens ma zatem kupowanie „na górce” nawet jeśli oznacza to „przed szczytem”? Moim zdaniem niewielki. Być może jestem niedouczony, być może zbyt konserwatywny (lubię nabyć z dyskontem). I o ile rozumiem używanie złota jako zabezpieczenia (10-20% portfela), ale jako główna lokata? Podziękuję.

Podobne uwagi mogę snuć o srebrze, z zaznaczeniem, że jest obecnie w średnioterminowym trendzie spadkowym, co jeszcze bardziej zniechęca.

A bitcoin? Krypto uważam za wielki przekręt. Jeśli zarzucamy USD, że ma coraz mniejsze pokrycie w towarze i dobrach zgromadzonych w USA, to cóż powiemy o bitcoinie? Bądźmy dorośli i konsekwentni.

Co więc sądzę o opinii Kiyosakiego? Że o ile właściwie stawia diagnozę (idzie inflacja), o tyle receptę wypisuje kiepską. Może dlatego, że chce się „skeszować” ze złota i krypto, a tanio kupić akcje? Nie wiem. Mnie to wygląda na strzyżenie baranów. Ja skłaniam się ku czekaniu (w obligacjach?) na okazje inwestycyjne. Przyjdą. W złoto, i tylko w nie, mogę zaangażować 10-20%, nie więcej.

O inwestowaniu. Obligacje korporacyjne. Pomiędzy pewnością a ryzykiem.

Podobno lokaty i obligacje są pewne, a akcje ryzykowne. Wszyscy tak mówią, więc to musi być prawda. A może, odwołując się do klasyka filozofii współczesnej g…o prawda?

Większość z Was słyszała pewnie o takim produkcie jak „obligacje korporacyjne”. Jest to odmiana obligacji (papierów wartościowych, których wystawca zobowiązuje się po umówionym okresie zwrócić kapitał i jeszcze co roku wypłacać odsetki), w których wystawcą jest firma. Zazwyczaj duża spółka – korporacja. Zamiast iść po kredyt/pożyczkę do banku, emituje właśnie obligacje. O ile w przypadku obligacji skarbowych ich emitentem jest państwo (raczej nie zbankrutuje), o tyle w przypadku korporacyjnych, ryzyko jest znacznie większe. Biznes może pójść źle, szefowie spółki pomylą się, rząd zmieni regulacje itp. Słyszeliśmy o spektakularnych plajtach (oberwał w ten sposób niejeden fundusz), istnieje nawet pojęcie „obligacje śmieciowe” (tzn. wystawione przez podmiot o niskiej wiarygodności). Tyle złych informacji. Czas na dobre.

Obligacje korporacyjne oprocentowane są znacznie lepiej niż skarbowe. Jeśli rząd płaci 7%, to firma nawet 12% (WIBOR + 5,5% – dzisiejsze warunki emisji Kredyt Inkaso S.A). Czasami istnieje jakieś zabezpieczenie (gwarancja państwa, większej firmy, hipoteka, zastaw itp.), a czasem nie. Jeśli spółka zbankrutuje, tracimy przeważnie całe zainwestowane pieniądze (jak na giełdzie). Z drugiej strony nie jesteśmy zależni od wyceny przez rynek. Mamy szansę na sprzedaż i wyjście wcześniej. No właśnie, coś pośredniego między giełdą a lokatą (nie zyskujemy na wzroście wartości spółki, lecz umówioną kwotę, i tylko wtedy gdy spółka ją wypłaci).

Jak dla mnie – całkiem niezły pomysł na dywersyfikację.

Czy obecnie przeróbka auta na gaz LPG ma sens?

Siadając do rozwiązania tego problemu wcale nie traktuję go jako żart, ale raczej chwilę poważnego namysłu przed decyzją, którą podejmie wiele osób. Benzyna? A może gaz? Diesla, elektryka na razie odkładamy na bok.

Problem, z perspektywy obecnego czterdziestolatka, wydaje się odwiecznym, upowszechnienie gazu LPG to koniec lat 90-tych. Właśnie wtedy całe pokolenia przekonały się, że jeśli chodzi o oszczędności, diesel nie jest jedyną opcją – jest jeszcze paliwo o połowę tańsze na każdym litrze.

Teraz, gdy proporcje zostają podobne (benzyna 6,7 zł, LPG 3,2 zł), paradoksalnie wybór stał się trudniejszy. Przesądzają o tym trzy okoliczności:

  1. auta benzynowe obecnie znacznie mniej palą, czasami zbliżając się do diesli,
  2. lista silników benzynowych zdatnych do przeróbki, stale się skraca,
  3. ceny instalacji poszły ostro w górę.

Stąd, gdy w roku 2002 kupowałem Daewoo Lanosa 1.5, płacąc za instalację 1200 zł, świat był inny. Ale dosyć wspomnień, wracajmy do wiosny 2023 r.

Zawsze główny argument za montażem gazu stanowiła ekonomia. Cena czyni cuda. Zakup miał się zwrócić, najlepiej jak najszybciej. Oczywiście, producenci instalek mówi coś o ekologii, ale tak bardziej pudrując wizerunek wąsatego Janusza w Lanosie LPG. I nadal chodzi o kasę.

Instalacje dzielą się na proste (wtrysk pośredni) – teraz w moim mieście wołają za nie 3400 zł lub nieco więcej (mocniejsze silniki). Bardziej skomplikowane (wtrysk bezpośredni) 5400 zł. I mega skomplikowane – (faza ciekła LPG) – 10.000 zł. Stawki za litr paliwa już podałem – czas zacząć liczyć.

Najprostsza decyzja. Paliwożerny silnik z wtryskiem pośrednim. Od zawsze – montować. Jeśli samochód pali 10 l benzyny to będzie 12 l gazu i śladowe ilości PB95. Zamiast 67 zł/100 km zaczniemy płacić 39 zł. Przy statystycznym przebiegu 1000 km/miesiąc oszczędzamy 380 zł. Instalacja (nawet uwzględniając dodatkowy przegląd, zwróci się w ciągu roku. A znamy przecież auta, w których 10 l/100 km to marzenie ściętej głowy, bo palą 16-20 l/100 km w mieście.

Warto przemyśleć. Oszczędny silnik z wtryskiem pośrednim. Ot, taki Fiat 500c mojej żony. Spala toto 5-7 l/100 km – średnia 6 l/100 km. Instalacja kosztuje podobnie, więc decyduje przebieg. Kto jeździ 5000 km/rok niech nie zawraca sobie głowy. Gdzie leży próg opłacalności? 40 zł/100 km na benzynie 23 zł na LPG. Różnica 17 zł/100 km. Biorąc pod uwagę koszty eksploatacji (przegląd LPG, droższy przegląd „państwowy) – zwrot nastąpi po 23.000 km. Czy warto? Dla kogoś, kto jeździ 10-15 tys. km/rok – tak. Właściciel floty nakręcającej 40 tys. km/rok nawet się nie zastanawia. Ale już starszy pan jeżdżący do kościoła – zrezygnuje. Uwaga! W tej grupie mieszczą się niektóre hybrydy, przerabiane przez taksówkarzy (spore przebiegi) na LPG (spalanie ok. 6 l/100 km).

Trudna rada. Wtrysk bezpośredni.Auta z wtryskiem bezpośrednim generalnie palą mniej. Oczywiście w granicach rozsądku. Nie porównujmy Fabii 1.0 TSI z Audi 3.0. Pierwsza spokojnie spali 4 litry benzyny w trasie (połowę wyniku Audi). I właśnie wchodzimy na schody. Mamy wybór – instalacja za 5400 zł z dotryskiem benzyny (mniejsze oszczędności 1-1,5 l PB/100 km) albo wtrysk gazu w fazie ciekłej (dwa razy drożej na początku, ale spala samo LPG). Większość wybiera tę pierwszą opcję. Oszczędne auto (6 l benzyny na 100 km) kosztuje nas 40 zł/100 km (tyle samo co znacznie słabszy wtrysk pośredni, a koni będzie prawie 2 razy więcej). 100 km z dotryskiem benzyny to 20 zł za LPG i 10 zł za PB czyli 30 zł. Z wtryskiem pośrednim mieliśmy 23 zł/100 km. Różnica na 100 km zmniejszyła się do 10 zł, z których pokrywamy jeszcze serwis. W takiej sytuacji, nie ma sensu montaż LPG, jeśli przejedziemy rocznie 10 tys. km, bo czas zwrotu wyniesie 5 lat (a dojdzie jeszcze inflacja). I znowu, są ludzie którzy podejmą taką decyzję, ponieważ przejeżdżają 40 tys. km/rok. Wtedy potrzebują 1,5 roku, żeby nastąpił zwrot. Podobnie, gdy mamy wtrysk bezpośredni + duże spalanie. Są takie auta 9 l benzyny w trasie i 15 l w mieście na każde 100 km (średnia 12). I już czas zwrotu spada z 5 lat do 2,5 czyli właśnie granicy rozsądku.

Wnioski są proste. Sporo poniżej 10 tys. km rocznego przebiegu dokładanie LPG nie ma sensu, chyba, że planujemy eksploatować auto przez wiele lat, albo mówimy o smoku pożerającym benzynę. Przekroczenie tej granicy czyni opłacalnym montaż prostej instalacji gazowej. Jeśli robimy 30-40 tys. km/rok każda instalacja to niegłupi (ekonomicznie) wybór.

Na koniec jedno zastrzeżenie. Dzisiaj nowych silników do gazu potykamy zdecydowanie mniej. Wielu nawet nie warto ruszać (nieautomatyczna regulacja luzu zaworowego, awaryjne rozwiązania, nieodporne na temperaturę głowice, plastikowe kolektory). Idealnie nadające się (jak kiedyś w Lanosie, 1.6 MPI grupy Volskwagena, seria FIRE Fiata) praktycznie już się nie produkuje. Są lepsze (1.0 T Dacii, 1.0 TSI WAG) i gorsze (Toyota Yaris Hybrid). Alternatywą oszczędnościową nadal pozostają hybrydy bez LPG (zwłaszcza w mieście – 4 l benzyny/100 km w Yarisie to 26 zł zamiast 47 zł w Fabii 1.0 TSI), czy elektryki (ładowana z gniazdka Kona spalała mi 12 KWh – obecnie 10 zł/100 km, a z fotowoltaiki nawet mniej). A diesel? Zabija go drastyczna różnica pomiędzy ceną obu paliw (15%). Nawet jeśli pali mniej (zauważalnie, bo 20%), wszystko rozbija się właśnie o stawkę na dystrybutorze – różnica znika. Stąd prosty silnik + gaz nadal stanowi alternatywę ekonomiczną (elektryki są zwyczajnie droższe).

Inflacja u fryzjera. Co się dzieje i dlaczego?

W 2019 r. popełniłem wpis o inflacji, skarżąc się, że cena męskiego strzyżenia podskoczyła z 15 do 20 zł. Dzisiaj, po 3,5 roku, pandemii, wojnie, polityce rozdawnictwa, pompowania płacy minimalnej i wszystkiego dookoła, tamte kwoty wydają się śmiesznie małe. Obecnie cennik pokazuje 35 zł.

Jeśli przełożymy liczby (z 15 na 35 zł) na procenty mamy wzrost o 133 % w ciągu niespełna 4 lat. Jak to się mogło stać? Ano mogło, a nawet było do przewidzenia.

Najpierw pensja minimalna. Wynosiła 2250 zł, teraz – 3490 zł.

Potem czynsz i media. Ten pierwszy podskoczył o 50% (wiem to od właścicielki), prąd o 300%, ogrzewanie o 150%.

Musimy jeszcze doliczyć koszty lockdownu (pracownikom trzeba płacić, pomimo postoju), których nie potrafię wyrazić liczbami.

Wreszcie, wszystkie materiały fryzjerskie, koszty szkoleń też poszły w górę.

Czy właścicielka zarabia więcej? Wcale nie. Nawet mniej. Zwolniły się 2 pracownice (została jedna) po to, żeby zmienić branżę. I tak właśnie działa inflacja połączona ze scenariuszem recesyjnym – stagflacja. Opiszę ją jeszcze na kilku przykładach.

Rozporządzenie wykonawcze 6102. Prezydent USA jak Bierut. Oddaj nam swoje złoto.

Dzisiaj po raz kolejny przyznam się do niewiedzy. Szukając informacji o złocie, trafiłem na stronę jednej z firm handlujących tym kruszcem w postaci fizycznej i przyznam, że doznałem szoku. W 1933 r., pod koniec Wielkiego Kryzysu, w majestacie prawa, rząd USA wywłaszczył własnych obywateli z posiadanego złota.Kto nie sprzedał po zniżonej cenie, ten narażał się na konfiskatę.

Nie zrobił tego afrykański kacyk, ani żaden nasz umiłowany przywódca, lecz Wuj Sam. Szczegóły, jak zwykle, pod linkiem. https://goldenmark.com/pl/mysaver/0290-rabunek-w-majestacie-prawa-2/ . Wcześniej o tym nie słyszałem. I teraz, jakie to ma konsekwencje dla inwestujących w złoto, i oszczędzających w ogóle?

Skoro taki kraj jak USA, gdzie nawet żeby wprowadzić podatek, zmieniano Konstytucję, w czasie niewojennym, bez zagrożenia bezpieczeństwa państwa, de facto wywłaszcza za pół ceny (20 USD za uncję, za chwilę było 35 USD za uncję,) swoich obywateli, jakie prawa mamy my obywatele skromnego kraiku wschodniej Europy? Ano, żadne. Jeśli miłościwie panujący prezes zarządzi, sejm wykona, TK klepnie i będziemy chować cenny kruszec, jak w czasie II WŚ. A nawet nie kruszec, ale jakiekolwiek aktywa. Bo skoro można odkupić tanio, żeby sprzedać drogo, złoto, to tym bardziej obligacje, akcje, PPK, PPE, OFE, TFI , Finaxy, nieruchomości itp. Jak ktoś ma pieniądze, to skądś je ma, pamiętacie? W efekcie, Sławku, moje kilkanaście tysięcy w PPK nie są mniej bezpieczne niż Twoje lokaty. I, żeby nie było, to wcale nie jest miła konkluzja. Wręcz przerażająca. Tu już nie chodzi o podatki od dobrze zarabiających (zwane dla niepoznaki Daninami Solidarnościowymi), podatki od głupoty (aktywów dobrze zarabiających, głosujących na socjalistów), ale wprost wywłaszczenie, prokuratorskie najazdy itp. A pamiętajmy, dzisiaj wiedzą o nas znacznie więcej niż Wuj Sam w 1933 r. Wtedy jeszcze dało się niepostrzeżenie kupić. Dzisiaj wszystkie transakcje (poza tymi na czarnym rynku, ale ryzyko spore) podlegają rejestracji. Stąd faktycznie, może warto chować się w mysią dziurę i robić swoje?

W jakim stopniu można być samowystarczalnym w mieście?

Odejściu z Matrixa na wsi poświęciłem już sporo wpisów, teraz czas na miasto. Czy i w nim można pozostać, i w jakiej  mierze, samowystarczalnym? Jak poczynić kroki w tym kierunku? Wpis powstał z ulubionej przeze mnie kombinacji pt. Mieć ciasto i zjeść ciastko.  Czytaj dalej W jakim stopniu można być samowystarczalnym w mieście?

O micie wody mineralnej czyli jak działa przemysł reklamowy.

W pokoleniu moich dziadków, chorzy jeździli „do wód” czyli uzdrowisk. Cel, poza towarzyskim, wydawał się jasny – poprawa stanu zdrowia. Jednocześnie, sprytni aptekarze, sprowadzali tę wodę w zalakowanych butelkach i sprzedawali. Skala produkcji i zbytu nie mogła być wielka, z racji sieci dróg, kruchych opakowań (szkło), siły nabywczej. Sprzedaż szła w zasadzie jedynie w większych miastach. Ale skoro z „mojego miejsca w górach” do najbliższego miasta dorożka jechała 4 godziny (10 km/h), a potem jeszcze dwie przesiadki, więc sami rozumiecie. Tak jak nie sprowadzano oscypka, tak i wody.

Nawet po wojnie, upowszechnienie transportu ciężarowego niewiele zmieniło. Ludzie tego nie kupowali. Dopiero po 1989 r. zaczęła się masowa reklama i sprzedaż. Wprowadzono modę na zdrowy styl życia. Widać to doskonale w formacie filmów reklamowych. Anna Lewandowska (żona sportowca i sama sportowiec) zachwyca się Kingą Pienińską. Ktoś inny reklamuje „elitarną” Cisowiankę Perlage – „polską Evian”. I ludziska to kupują. Widzimy obraz cudownie czystej wody, przesączającej się setkami lat przez skały, krystalicznej, zimnej i … smacznej. No właśnie, jaki smak ma woda? Żaden (chyba, że faktycznie mocno zmineralizowana, a wtedy – cóż, nieszczególny). Żeby ten smak uzyskać producenci dodają sztucznych „smaczków”, stąd mamy np. Żywca cytrynowego, Nałęczowiankę pomarańczową albo jabłkową. Dalej myślicie, że to naturalne i zdrowe?

Ale najlepsze zostawiłem sobie na koniec. Są wody stołowe, które …. mineralizuje się sztucznie. Czyli żadne tam gadanie o 400 latach przesączania wody przez skały (tak twierdzi Cisowianka), tylko dorzućmy minerałów do odpowiednika naszej kranówki. Kto chce poczytać …. proszę bardzo http://www.konsumentalista.pl/woda-ktora-wybrac/.

Podam przykład reklamowanej Cisowianki. Oto fragment opracowania dostępnego w internecie http://bazadata.pgi.gov.pl/data/hydro/mhp/gupw/txt/mhpgupw0747objasnienia.pdf następującej treści „W Drzewcach na terenie RSP i rozlewni wód “Cisowianka” stwierdzono wysokie stężenia azotu amonowego: 0,5 – 0,6 N-NH4. Wartości te są na granicy lub przekraczają granice dopuszczalne dla wód pitnych. Podwyższone stężenia są trwałe, gdyż wykazane zostały zarówno w latach 1977 i 1980 jak i w 1999 w analizie wykonanej dla mapy. Ponieważ warstwa wodonośna jest tu przykryta miąższym płaszczem słabo przepuszczalnego
czwartorzędu a podwyższone stężenia dotyczą dwu sąsiednich ujęć, należy uznać, że w tym rejonie amoniak stanowi lokalne zanieczyszczenie wód podziemnych pochodzenia geogenicznego. We wszystkich studniach w rejonie Łopatki-Drzewce-Piotrowice azot amonowy występuje w ilości przekraczającej 0,1 mg/dm3 , podczas gdy w skali całego arkusza 76,4% wód podziemnych zawiera stężenia niższe od tej wartości. To potwierdza podane wyżej stwierdzenie.”(dr Franciszek Knyszyński „Mapa hydrogeologiczna Polski Arkusz Nałęczów”). Dalej autor pisze o „Na pozostałej, przeważającej części obszaru występują wody klasy II. Tylko w rejonie Łopatki-Drzewce-Piotrowice, w północnej części arkusza, ze względu na znaczne stężenia żelaza, mangan oraz azotu amonowego i rzadziej innych składników, wody podziemne zakwalifikowano do klasy III”. To by było na tyle jeśli chodzi o „krystalicznie czyste wody”. Nie wykluczam, że producent Cisowianki je uzdatnia (na co wskazuje różny stopień mineralizacji poszczególnych asortymentów), ale wtedy znowu pryska mit reklamowy dziewiczości. I niewiele mnie pociesza konstatacja dra Knyszyńskiego, że azot amonowy ma pochodzenie naturalne, a nie jest zanieczyszczeniem z pól.

I tu pojawia się kolejna myśl – czy wody mineralne to interes i… dla kogo? Dla producentów – na pewno. Woda wodociągowa w gminie Nałęczów kosztuje 3,39 zł/m3. To są mniej-więcej koszty produkcji. Przekładając to na litry mamy … 0,00339 zł/litr – dobrze czytacie 3 litry kosztują … 1 grosz. A w sklepie? 9l za 10,44 zł – ponad 1 zł/litr. Przebitka z 3 groszy do 10,44 zł, czyli x 350. A te butelki plastikowe? Zdrowe czy mają mikroplastik?

No i tym sposobem doszliśmy do mitu: woda mineralna jest zdrowa. Trzeba jej pić minimum 3 litry dziennie. Słyszeliście takie rady? Ponownie wracamy do składu takiej wody. Reklama mówi „naturalne źródło wapnia i magnezu”. Skupmy się zatem na tych dwóch pierwiastkach. Dla polecanej niskosodowej Cisowianki „średniej” to:

  • 130 mg/l wapnia,
  • 22 mg/l magnezu,
  • 11 mg/l sodu,
  • 540 mg wodorowęglanu,
  • 22 mg krzemionki.

O wapniu – zdrowy dla kości, o magnezie – reguluje pracę serca, sód – w nadmiarze szkodliwy, krzemionka – dobrze działa na skórę, włosy i paznokcie. A wodorowęglany zmieniają równowagę kwasowo-zasadową organizmu. I tu się pojawia problem. Bo z jednej strony dobrze działają przy zgadze i stresie, z drugiej – w nadmiarze powodują odkwaszenie organizmu, które w niektórych miejscach jest potrzebne (np. w kobiecych drogach rodnych), ale i w żołądku mamy przecież kwas.

I pojawia się pytanie? Czy tego magnezu, wapnia, sodu, krzemionki, wodorowęglanu to jest w wodzie dużo, czy mało? Według reklam – sporo. To patrzcie.

W zakresie wapnia norma dla panów w naszym wieku wynosi ok. 1200 mg dziennie. Musielibyśmy wypić … 9 l wody. Jak to mówiło się w moim domu – w brzuchu zalęgną się żaby, pomijam już koszt, to prawie niewykonalne. Równoważnik stanowi ok. 1 litra mleka lub 200g sera Brie.

W litrze wody jest 22 mg magnezu. Żeby osiągnąć zalecane spożycie (420 mg) musielibyśmy wypić… 19 l wody dziennie albo… 200g kaszy gryczanej lub 700g chleba razowego).

A te 19 l wody oznaczałyby torturę, ogromną ilość sodu, wodorowęglanu i… ruinę dla portfela.

Mit nadzwyczajnych właściwości wody mineralnej – obalony. Nawet jeśli dzięki zabiegom uzdatniającym nie szkodzi (czyli usunięto te wszystkie azoty amonowe, żelazo, mangan ponad normy) trudno nazwać ją naturalną, a żeby zagwarantować spożycie zalecane minerałów, musielibyśmy ją pić w ilościach, nie 1 butelka (1,5 l) dziennie, ale 1 butelka na godzinę od pobudki do pójścia spać. To wyjaśnia długowieczność pokolenia naszych pradziadków, pomimo tego, że o Nałęczowiance, Żywcu-Zdroju, a nawet `Kindze Pienińskiej nie słyszeli. Mieli szansę na 80-90 lat w zdrowiu (tzn. do końca chodzili samodzielnie), ponieważ norma żywieniowa sprzed 150 lat na wsi, opierała się na mleku (zwykłym i zsiadłym), kaszy (w tym gryczanej), ziemniakach (doskonałe źródło zdrowego dla serca potasu), a soli jedli niewiele, ponieważ… była droga.

W efekcie Matrix próbuje nam sprzedać z ogromnym zyskiem nie zdrowie, lecz mit od zdrowiu. A im więcej takiej wody kupimy, tym więcej zarobi korporacja i przeznaczy na reklamę. Koło się nakręca.

Czy PKO TFI ma „nosa”? O wyborze amerykańskiego funduszu ETF w moim programie emerytalnym.

Dzisiaj krótka lekcja inwestowania w ETF odsłona druga. Omówię wyniki inwestycyjne na przykładzie dwóch wybranych przez PKO TFI funduszy indeksowych (ETF), które wpływają na wynik mojego PPK – Emerytura 2035. Pozwólcie, że Wam przedstawię ISHARES CORE S&P 500 ETF oraz X-TRACKERS MSCI EMU UCITS ETF.

Pierwszy inwestuje w indeks S&P 500 – grupujący spółki szerokiego rynku amerykańskiego. W jego skład wchodzą i znani giganci (Apple, Microsoft, Tesla itp.) jak mniejsze podmioty Davita Inc, Organon). Jednak generalnie wyniki indeksu odzwierciedlają siłę amerykańskiej gospodarki.

  • 3 lata (+47%),
  • 2 lata (+24%),
  • 1 rok (+5,7%).

Ale pamiętajmy o jednym fakcie – są to wyceny w USD. Dochodzi jeszcze szansa na zysk z okazji wahania ceny pary USD PLN i ryzyko kursowe. Ponieważ dolar w ciągu 3 lat podrożał o 15%, w 2 lata o 18 %, a w ostatnim roku o niespełna 2%, znacznie przebijemy WIG20 i wiele polskich akcji.

A X-TRACKERS MSCI EMU UCITS ETF? Inwestuje w czołowe giełdy europejskie. W ostatnich 3 latach fundusz (w EURO) osiągnął następujące wyniki:

  • 3 lata (+21%),
  • 2 lata (+12%),
  • 1 rok (+16%).

Jeśli przeliczymy go na złotówki, daje nam to dodatkowe 5%. Jeśli porównamy rezultaty z wynikami WIG 20 (podanymi w poprzednim wpisie) niewątpliwie dywersyfikacja dała nam szanse na wyższe zarobki.

A teraz weźmy wyniki przykładowych akcji amerykańskich. Apple zyskało przez 3 lata 112%, ale w ostatnim roku straciło blisko 9%. Baby Berkshire (fundusz Warrena Buffera) osiągnął wyniki (w USD):

  • 3 lata (+50%)
  • 2 lata (+24%)
  • 1 rok (- 5%).

I czas na podsumowania. Skoro sam Warren Buffet osiąga podobne efekty jak fundusz amerykański (a w ostatnim roku, nawet gorsze), to PKO TFI wybrało całkiem nieźle. Dlaczego i my mielibyśmy robić inaczej?

UWAGA: Dane liczbowe pochodzą z portalu stooq.pl i zostały pobrane w dniu 4 marca 2023 r.

O wykluczeniu komunikacyjnym.

Przeczytałem ostatnio artykuł jednej z lewicujących dziennikarek o modnym pojęciu „wykluczenie komunikacyjne”. Kto nie czytał cyklu reportaży „Nie zdążę” Olgi Gitkiewicz, wyjaśniam – do wielu mniejszych miejscowości nie dojeżdża żaden środek transportu, albo jeden i o zupełnie dziwnych porach. Podobno problem dotyczy 2/3 terytorium Polski.

Klasyczna lewica podaje jako źródło tego zjawiska – neoliberalizm, dziką zabudowę (brak planów), likwidację PKS-ów w wyniku „drapieżnego kapitalizmu”, likwidację linii nieopłacalnych, bo „rynek sobie poradzi” oraz (to tzw. razemki) …zbyt wiele samochodów. W skrócie błędne koło, im mniej transportu publicznego, tym więcej samochodów, im więcej samochodów, tym mniej transportu. Podobno nawet w nieźle skomunikowanych miejscowościach 3/4 dojazdów odbywa się autem. Dla nowej lewicy, to źle.

Prawica patrzy trochę inaczej. Nie opłaca się, to widocznie niepotrzebne. Ludzie wybierają samochody, jako szybsze i wygodniejsze.

Z kolei trzecia grupa zwraca uwagę na błędy. Najpierw zamknięcie wielu linii kolejowych. Następnie zniszczenie PKS-ów. A ostatnio likwidacja gimnazjów i związanej z nimi siatki dotowanych połączeń do wsi gminnych. I nawet dopłaty zaproponowane przez rząd niewiele dały.

Czy faktycznie doktrynerskie spojrzenie ma sens? Jeszcze raz wrócę do „swojej wsi”. Mój dom stoi na skaju miejscowości, 30 km od centrum dużego miasta, kilka kilometrów od miasteczka gminnego i 23 km od siedziby powiatu. Do najbliższej Biedronki – 8 km. Do węzła drogi ekspresowej 11 km. Wydaje się, że całkiem nieźle. W odległości 600 m od domu mam przystanek autobusowy, 2,7 km – dworzec kolejowy z pociągami pospiesznymi. Tylko, że z tego przystanku dawnego PKS-u jedzie jeden autobus dziennie do miasta powiatowego, pod market i tylko dlatego, że sieć sklepowa dotuje linię (z paragonem ok. 50 zł wraca się za darmo). Powrót – też jeden po ok. 1,5 godziny. Na dworzec kolejowy – brak połączeń, podobnie jak do miasta gminnego. Dla człowieka młodego i bez obciążenia, podróż 2,7 km na dworzec PKP nie wydaje się problemem, a zajmuje:

  • 35 minut piechotą,
  • 10 minut rowerem,
  • 5 minut samochodem.

Pociągiem dojedziemy do powiatu (wiele połączeń w trakcie doby), dużego miasta, Warszawy, nad morze, w góry itp. Dobrze. Natomiast do gminnego miasteczka – już nie. Tam trzeba albo na piechotę (1h 22 min. spaceru), albo rowerem, albo autem. Ew. piechotą na dworzec PKP i stamtąd 4 busy dziennie do siedziby gminy.

Wracamy zatem do punktu wyjścia – dojazd do miasta gminnego jest możliwy, ale wymaga kombinacji. Większość ludzi pracuje więc za grosze na miejscu (dwa zakłady – płacą minimalną, praca zmianowa), w wielkiej firmie w miasteczku powiatowym (znacznie lepsze pensje), albo w siedzibie województwa (ja tam mieszkam). Jak więc będzie z dojazdem?

Do siedziby powiatu. Połączenie marketowe nie ma nic wspólnego z godzinami pracy (ok. 10), więc odpada. Trzeba więc na dworzec PKP (2,7 km, z centrum wsi 2 km). Stamtąd pociągiem do miasteczka powiatowego. Wyjście z domu o 5.00 – dojazd do pracy przed 5.50 (tak się trzeba zameldować). Powrót od 14.00 (koniec pracy) do 15.15, jeśli z dworca idziemy piechotą. Koszt (bez biletów miesięcznych i zniżek) – 30 zł/dziennie. Gdy ktoś ma miesięczny, albo najlepiej jak ja, jeszcze dodatkowe zniżki (np. KDR), zejdzie do 12-15 zł/dziennie, to już konkurencyjne z samodzielnym przejazdem autem.

Porównajmy to z samochodem Do siedziby firmy – niecałe 30 minut. Czyli wyjeżdżamy 5.20 , wracamy 14.50. Dziennie zyskujemy 45 minut. Dużo i niedużo. Koszt – 25 zł/dziennie autem palącym 6 litrów ON (typowy VW Passat B5 w TDi). Jeśli jadą dwie osoby (a mogą, bo pracodawca popularny), będzie jeszcze taniej – na poziomie PKP ze zniżkami.

Da się też kombinować. Autem na dworzec, potem PKP. Po pracy odwrotnie. Wtedy zrównamy się czasem z samochodem, ale zapłacimy drożej (dojdzie 5 zł na paliwo, więc 35 zł dziennie).

Biorąc pod uwagę siatkę połączeń i jej skorelowanie z godzinami zmian największego pracodawcy w powiecie, nie możemy mówić o wykluczeniu komunikacyjnym, o ile… dotrzemy na dworzec PKP. Sam dojazd autem na dworzec kosztuje niewiele bo 5 zł dziennie (3 km x 2 x 10 l/100 km x 7,8 zł/l), lecz … auto trzeba mieć. Lewica może się cieszy (zredukowano liczbę samochodokilometrów, bo jedziemy 6 km na dworzec, a nie 52 km do pracodawcy), niemniej jednak ludzie bez prawa jazdy, nie podzielają entuzjazmu. Kto ma siły, wsiada na rower i urwie prawie 40 minut z dojazdu i robi to bezkosztowo.

Do siedziby gminy. Tu pokazuje się cały absurd. Jak już napisałem – bezpośrednich połączeń nie ma. Trzeba dotrzeć na PKP, a potem busem do gminy. Czyli znowu, własne auto, rower, nogi. Bus jedzie 7 razy dziennie, ale pomiędzy 6 a 15. Dramat. Przynajmniej jest tanio. Dotarcie do pracy w miasteczku na 7 wymaga: wyjścia o 5,50 – zakupu biletu na busa (3 zł), i zdążmy z dużym zapasem (0,5 godziny). Powrót do domu na 16.30 (bus o 15.50 więc mamy 50 minut przerwy, a potem pół godziny spaceru). Razem dojazd zajmuje 2 h 40 minut. W aucie potrzebujemy 25 minut. To jeszcze nie wszystko. Busem, jeśli pracujemy na 7.30, nadal musimy wyjść o 5.50, bo mamy odjazd 6.24, a następny 8.14. Wracamy ponownie o 16.30. Autem wyjechalibyśmy o 7.15, a wrócili o 15.40. Koszt dojazdu wzrósłby z 6 zł do 10 zł dziennie, lecz komfort – znacznie wyższy.

Dlatego na takim odcinku wielu lokalsów wybiera… rower. Szybciej niż piechotą, a auta mieć nie trzeba. 7 km oznacza 21 minut jazdy (pół godziny w tempie rekreacyjnym). Bus jedzie 7-8 minut, a trzeba wcześniej dotrzeć do dworca PKP i… zostawić tam rower. Mając jakiś bagażnik i najtańsze sakwy, przewieziemy spokojnie do 15-20 kg, a więc spore zakupy. Z lodówką nie damy sobie rady. Podobnie z rodzinną wyprawą sklepową. Tu auto bije resztę na głowę. Mokry sen radykalnej lewicy o wyeliminowaniu samochodu, nawet w całkiem nieźle położonej wsi (są miejsca, z których do powiatu trzeba dojechać 50 km, a do siedziby województwa 150 km), nie ma szans wyśnić się do końca.

Do miasta wojewódzkiego. To mnie interesuje najbardziej. Żeby dojechać na 7, wyjadę autem o 6.20, a wrócę o 15.40. Nawet dodając pewien zapas (szukanie miejsca parkingowego, dojście z parkingu), założę maksymalnie (6-16). To o godzinę dłużej niż teraz w mieście (6.30-15.30). Zapłacę 32 zł dziennie.

Wybierając pociąg, sprawy komplikuję. Muszę najpierw dotrzeć na dworzec (autem 5 minut – 5 zł/dzień), piechotą (35 minut – 0 zł). Następnie jechać pociągiem (10 zł/dzień ze zniżkami – 30 zł bez zniżek), a na końcu wsiąść w autobus (6 zł/dzień). Zyskuje (mając zniżki) maksymalnie 16 zł/dziennie. A czasowo?

Żeby zdążyć na 7.00 muszę wyjść z domu o ….5.05, bo pociąg wyjeżdża o 5.40. Potem autobus i o 6.56 melduję się w pracy (czekając 20 minut na dworcu PKP w dużym mieście. ) Wychodząc z pracy o 15.00, na autobus nie czekam, o 15.35 odjeżdża pociąg, wiezie mnie do 16.06. Potem 35 minut spaceru i jestem w domu o 16.41 (przypominam autem o 16.00). Łączny czas podróży 3.36 minut, zamiast 2 godzin (maksymalnie) autem. Dojeżdżając na dworzec zyskuję 55 minut, ot tyle, żeby zaliczyć 40 minut straty w stosunku do auta.

Drugi pracodawca zaczyna o 7.30 i znajduje się w płatnej strefie parkowania (abonament miesięczny 200 zł). Autem mam dwa wyjścia – być o 7 i zaoszczędzić, albo przyjechać o 7.20 i poświęcać te 200 zł (20 zł/dziennie, bo jestem tam praktycznie 2 dni w tygodniu). Wtedy dojazd zje mi 52 zł (32 zł dziennie wydam na paliwo). Ale mam komfort. Wyjeżdżam z domu 6.40, wracam 16.10. Idąc piechotą, z bliskiej dzielnicy, jestem lepszy tylko o pół godziny dziennie (wyjście 7.00, powrót 16.00). Bez abonamentu płacę 32 zł, ale dokładam rano 20 minut (wyjazd 6.20).

Komunikacją publiczną kombinuję. Klasyka – dotarcie na dworzec, potem PKP (6.40-7.15), potem autobus. Powrót pociągiem o 16.19 (do 16.38) i 35 minut marszu. Efekt – poza domem od 6.05 do 17.13. W stosunku do auta tracę prawię półtorej godziny (25+63) jeśli kupię abonament i ponad godzinę bez niego. Opcja łączona (autem na dworzec, potem pociąg i autobus miejski) trochę zmienia. Wyjeżdżam o 6.35 (później niż bez abonamentu), a wracam o 16.43 (samym autem o 16.10). Nie jest to takie głupie (w ciągu dnia tracę 18 minut), ale… wymaga posiadania samochodu i nawet minimalna obsuwka powoduje spóźnienie do pracy. Koszt 21-42 zł: 5 zł auto, 10 zł pociąg (ze zniżkami – bez nich 32 zł, 20 zł miesięczny), 6 zł jazdy lokalne. Auto ponownie zwycięża, chyba że mam ciśnienie na oszczędności.

Wracam do tytułowego problemu. Ludziom bez auta na wsi jest źle. Nawet teoretycznie niegłupia lokalizacja (2,7 km do dworca PKP) zamyka ich w miejscu zamieszkania. Dojazd do siedziby gminy (najwięcej spraw do załatwienia) wymaga proszenia sąsiadów, albo zdrowych nóg i kombinowania. Kto pracuje zawodowo 5 dni w tygodniu – kupi auto. A wtedy? Kłania się klasyczne wyliczenie Joe Dominguez’a. Od swojego wynagrodzenia musisz odliczyć koszty utrzymania auta. Praca w siedzibie powiatu to ok. 500 zł na paliwo (25 zł dziennie x 20 dni) oraz 200 zł ogólnych kosztów utrzymania. I jesteśmy w plecy … 700 zł/miesiąc. Nawet pociągiem (bez zniżek) tracimy 640 zł, a z nimi nawet 200 zł (i mnóstwo czasu na dojście do dworca).

Wykluczenie komunikacyjne, nie oznacza zawsze braku połączeń, lecz czasami ich bezsensowność. Własne nogi, rower czy bus nie zastąpi auta. Gdy wieziemy rodzinę, przegrywa zdecydowanie. Ulgowy przejazd mojej trzyosobowej na PKP i autobusem wieś to koszt 45 zł i 2 razy więcej czasu. Auto za 32 zł i wiezie nas prosto z domu pod dom. Gdyby było małą, zagazowaną pchłą nawet za 14 zł.