Ten wpis obiecałem Tomsiemu na początku sierpnia. W tak zwanym „Złotym Wieku” wszystko było proste. Państwo dążyło do zrównoważenia budżetu, a kto miał długi, ten w końcu bankrutował (lub zabijał wierzyciela jak Filip Piękny – Templariuszy). Jeszcze w XX w. (słynna reforma Grabskiego) państwa dążyły do równoważenia budżetu tj. do niezaciągania długu. Potem wszystko się posypało, co miało określone konsekwencje.
Państwa o zrównoważonym budżecie posiadały system podatkowy nie potrzebujący, poza wyjątkowymi przypadkami (wojna, kryzys) ogromnej kasy. Stąd nie łupiono bezwzględnie obywateli, a zachęcano do oszczędzania, opodatkowując luksus i nadmierną konsumpcję. Zwykły człowiek płacił rozsądne stawki, kart kredytowych nie znano, a pożyczano w ostateczności i na inwestycje.
Następnie, kiedy wprowadzono doktrynę „nieograniczonego wzrostu”, wszystko uległo zmianie. Aby pobudzać wzrost gospodarczy, napędzano konsumpcję tzw. wewnętrzną, często na kredyt. Potem, by konsumpcję tę zaspokoić, budowano firmy, także finansując je długiem. Dwa przykłady z Polski: rząd Gierka i tzw. fundusze europejskie. Budowa w moim mieście ok. 12-15 lat temu stadionu za 190 mln dla III-ligowego klubu, oznaczała 60 mln środków unijnych i 130 mln z budżetu miasta. Państwo zaczęło konsumować, przepalać ogromne pieniądze już wprost na „igrzyska”. Inwestycje Gierka nie przynosiły dochodów, co wywołało zapaść finansową PRL-u, ale możemy nazwać je inwestycjami, bo miały się spłacić. Natomiast Arena Lublin kosztuje po odliczeniu dochodów 1.5 mln rocznie, co pokrywa miejska spółka, a koszt początkowy 130 mln, dawałby w warunkach rynkowych jeszcze 6,5 mln straty (amortyzacja 20-letnia). Do tego koszt pożyczki (5% = 6,5 mln) 14.5 mln straty trzeba czymś pokryć. Łatwo sięgnąć do kieszeni mieszkańców. Przecież da się stworzyć Strefę Płatnego Parkowania (powstała w 2011 r. w trakcie realizacji inwestycji stadionowej). Teraz, po wielokrotnym poszerzeniu, co roku 12 mln zysku.
No i państwo spłacając długi, łupiąc podatkami i opłatami (do dziś pamiętam słowa mojego wykładowcy: za podatek nie dostajesz nic, za opłatę jakąś usługę – np. możliwość parkowania w centrum, chociaż często płacisz więcej niż koszt), zachęca do luksusu, zupełnie inaczej niż kiedyś. A luksus stymulują też korporacje (da się więcej zarobić). Cały tzw. przemysł reklamy, influencerstwo – nic nie wytwarza, tylko sprzedaje produkty powyżej wartości. Ludzie zachęceni, konsumują, płacą większe podatki, muszą więcej pracować. I koło się zamyka. Rosną wydatki państwa, to musi podnosić (przynajmniej do pewnego stopnia), wpływy budżetowe, a resztę pożyczyć, co nakręca koszt długu i wzrost podatków. Już teraz Polska ma 2.5 bln długu. Licząc koszt obsługi, tylko na odsetki wydajemy 100 mld zł. A zobaczmy budżet na 2025 r.
Dochody – 595 mld,
Wydatki – 870 mld,
Deficyt – 275 mld.
Co to oznacza? Stały wzrost długu te 275 mld trzeba było pożyczyć. W kolejnym roku, dodatkowe 11 mld na odsetki. Ale to nie wszystko.
Z czego składają się dochody?
VAT – 321 mld (typowy podatek konsumpcyjny),
Akcyza – 91 mld (kolejny podatek konsumpcyjny),
CIT – 63 mld (podatek dochodowy),
PIT 29 mld (podatek dochodowy).
Realnie, 412 mld czyli prawie 70% dochodów państwa stanowią podatki konsumpcyjne. W 2025 r. wpływy z VAT były wyższe o 12% niż rok wcześniej, a z PIT – 70% niższe (i tym bardziej śladowe w skali całego budżetu). Dług państwa (2,5 bln) przekroczył już 4-letnie dochody, a na jego obsługę idzie 16% dochodu.
Dokładnie tak samo działają obywatele, chociaż nikt nie pozwoli im się zadłużać w identycznym tempie, a i odsetki płacą wyższe. Popatrzmy na typowych korpo-Kowalskich z Warszawy. Zarabiają ponadprzeciętnie dobrze – 2 x 15k =30k brutto (średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw w Warszawie wynosi 12k).
Ale tyle, to na papierze. PIT, NFZ i ZUS zabierają im 9000 zł/m-c. Zostaje 21.000 zł. Te środki możemy uznać za ich budżet.
21.000 zł budżetu miesięcznego równa się 252 tys. zł/rok. Gdyby zadłużali się jak państwo, do 4-krotności rocznego dochodu, mogą pożyczyć ponad 1 mln zł (dokładnie 1.08 mln). Czy tak zrobią? Często tak. Już popatrzmy.
Wystarczą trzy wydatki. Dom, samochód, wakacje. Na mieszkanie wydadzą w samym mieście ok. 800 tys. zł (50m2). Poza miastem, za tę samą kasę mogą kupić 100m2 segmentu. Jeżeli posiadają 20% wkładu własnego – pożyczają 640 tys. zł.
Na auto nowe – 90% średniej ceny w Polsce 150 tys. zł.
Wakacje 20k na karcie kredytowej. W sumie 810 tys. zł. Wprawdzie do 4-krotności dochodu (1,08 mln.) nie zbliżyliśmy się, ale przekroczono już 3-krotność (810 tys. zł wobec 252 tys. zł). A koszty?
- w przypadku kredytu hipotecznego ok. 45 tys. zł odsetek (rata równa pięknie je ukrywa),
- przy aucie ok. 15 tys. zł,
- wakacje 4 tys. zł.
W sumie – 64 tys. zł na same odsetki, przy dochodzie 252 tys. zł. 25% dochodu. Przypominam, państwo wydaje 16%. Jak to możliwe? Przecież to musi się zawalić.
Sekret tkwi w kredycie hipotecznym. Rata równa ukrywa rzeczywisty koszt. Otóż na początku okresu spłaty rata to praktycznie same odsetki. Kapitał (jeśli nie nadpłacamy), realnie zaczynamy zauważać jego spłatę po 10 latach (czyli w 1/3 harmonogramu), kiedy wynosi 1/4 raty. Po 20 latach, nadal połowę raty stanowią odsetki! Na początku na pomniejszenie kapitału idzie tylko 12% (1/8).
Do tego dochodzi kapitał. 6k w przypadku początku życia hipoteki, 25k w aucie i 20k w wakacjach. Kolejne 61k rocznie.
I co powiesz na życie człowieka, który 25% dochodu przeznacza na spłatę tylko odsetek, a łącznie na kredyty prawie 50%? Przecież to czysta konsumpcja. Dokładnie tak. Ojciec takiej rodziny przestaje pracować, on zaczyna za…..ać. Nie może przestać. A to tylko fragment. Często dochodzą: raty na sprzęty domowe, kredyt Allegro pay, spłata karty kredytowej itd. Szaleństwo.
Zarabiają na tym korporacje (sprzedaż i odsetki), zarabia państwo, które żeby pokryć własne potrzeby obywateli łupi swoich obywateli podatkami. W tym mieszkaniu było np. 70 tysięcy podatków (8% VAT od ceny netto, 19% PIT od zysku dewelopera) . W samochodzie również 32 tysiące (znowu: 23% VAT, 19% CIT od zysku, 3% akcyzy). Tylko te dwie pozycje to 102 tys. podatków. Łącznie ponad 10%, a tylko dlatego, że VAT od mieszkania wychodzi niski (8%). Gdyby podzielić przez okres dorosłości 40 lat (8 samochodów, 1 mieszkanie) wychodzi nam 326 tys. zł czyli 8 tys. zł/rok. Tylko od dwóch pozycji. A gdzie paliwo do tego auta, prąd w domu, ubranie, no każdy zakup? To się zbierze kolejne 8k. W efekcie: 30% zarobków idzie na podatki i składki. Zostaje 252 tys. zł budżetu. Z tego 25% idzie na odsetki, a kolejne 24% na spłatę kapitału (w tym 1/4 to podatki) i jeszcze 3% (8k) na podatki od zwykłej konsumpcji . Na „normalne życie” zostaje 119 tys. zł (252 k – 64k – 61k – 8k), przy zarobkach brutto 360 tys. zł, a netto 252 tys. zł. To odpowiednio:
- 33% dochodu brutto,
- 47% dochodu netto.
Macie mierzalne efekty konsumpcji.
A teraz „przeciętny rozsądny konsument” ze średniego miasta w Polsce. Para zarabia znacznie mniej – 15 tys. zł brutto (2 x mediana polskiej pensji). Z tego oddaje US, NFZ i ZUS tylko 4 tys. zł. Zostaje 11 tys. zł do dyspozycji. Stopa opodatkowania/oskładkowania nie wynosi 30%, ale mniej 26%. W liczbach bezwzględnych – korposzczur oddaje ponad 2 razy tyle (4.5k wobec 2k). Ale wróćmy do tych 11k, a rocznie 132k. Ja je wydadzą?
Mieszkanie kupione używane i za 50% niższą cenę 400k. Sporo dołożono z oszczędności. Wzięto tylko 200k kredytu. Roczne odsetki w pierwszym okresie 14k. Przypominam, w korporodzinie było 45k.
Kapitał na początku życia hipoteki 2k, w aucie 6k, w wakacjach 7k. W sumie 15k na kapitał, a nie 61k.
Samochód też używany, za gotówkę. Wakacje – pokryte bez odsetek. Stąd łączne odsetki 14k, a nie 64k.
Teraz podatki. Od używanego mieszkania 2% PCC, czyli 8k (nie 70k). Od samochodu 2% PCC – 0,6k, a nie 32k. Ze 102 k, zrobiło się 8.6k. W cyklu życia (1 mieszkanie 8 samochodów na 40 lat), 13k a nie 320k, a zatem 320 zł/rok, zamiast 8k rok. Pozostałe podatku także będą niższe – nie 8k/rok, a 4k. Co to oznacza?
W świecie korpoWarszawy wydawano na podatki+odsetki+kapitał 133k (8k+64k+61k). Rodzina normalsów ze średniego miasta: 33,3k (4.3k+14k+15k). Na życie zostało im nie 119k (korpo), ale 98,7k. To ok.:
- 54% dochodu brutto,
- 75% dochodu netto.
Zarabiając mniej o 50%, mają dochód rozporządzalny niższy tylko o 17%.
Na koniec rodzina „oszczędni na Freedom 55”. Dochody pochodzić będą wyłącznie z kapitału i nieruchomości. Przyjmuję 10k/m-c płynnych przychodów, opodatkowanych średnio na 19% (19% podatku Belki od zysku z obligacji i inwestycji), oraz wzrost wartości nieruchomości niemieszkalnych (jak w korpo i średnim mieście wyłączam tzw. pierwszą nieruchomość) 3k/m-c w ogóle nieopodatkowany. Razem z dochodu 13k (czyli tyle co średniomiejscy i połowę warszawskich), ok. 1,9k podatku +250 KRUS. Zostanie 10,85k netto. Rocznie 130,2 k. Porównajmy:
- korpoWarszawiacy – płacili od 30k dochodu brutto 9k podatku (rocznie z 360k zostawało im 252k),
- średnio miejscy – od 15k – 4k (ze 180k/rok zostawało im 132k/rok),
- oszczędni na wsi- od 13k – 2,15k (ze 156k/rok zostaje 130,2k/rok.
Już robi się ciekawie.
Kredyty. Prosta sprawa – nie mają ich. 0 odsetek i zero kapitału.
- korpoWarszawiacy – 125k odsetek i kapitału,
- średniomiejscy – 29k odsetek i kapitału,
- oszczędni na wsi – 0 zł odsetek i kapitału.
Teraz koszty podatków konsumpcyjnych. Auto (40k), używane kupione wcześniej na wiele lat – bez podatku (na fakturę vat-marża). Domu nie zmieniamy. Podzielone na 10 lat do emerytury- 0,0k. Do tego jeszcze podatki od konsumpcji bieżącej – 2,5k. W sumie 2.5k.
- korpoWarszawiacy – 8k (nie wliczam podatków od dóbr kupionych na kredyt),
- średnio miejscy – 4.3k,
- oszczędni na wsi – 2,5k.
W sumie (podatki bez opodatkowania pracy i oszczędności: odsetki, kapitał):
- korpoWarszawiacy – 133k,
- średniomiejscy – 33,3k
- oszczędni na wsi- 2,5k.
Teraz doliczmy podatki dochodowe i składki:
- korpoWarszawiacy – 241k (133k+108k),
- średniomiejscy – 81,3k (33,3k+48k),
- oszczędni na wsi – 28,3 k (2,5k+ 25,8k).
Oraz uwzględnijmy to co zostało:
- korpoWarszawiacy – 119k/rok z 360k,
- średniomiejscy – 98,7k/rok ze 180k,
- oszczędni na wsi – 127,7 k/rok ze 156k (z czego 36 to przyrost wartości majątku poza pierwszą nieruchomością).
Efekt moich obliczeń, życia w państwie opartym na długu, wydaje się szokujący. Osoba żyjąca skromnie, po wiejsku, ma znacznie większą szansę budowy majątku. Do tego spokojnie.
Żeby zarobić 30k brutto na rodzinę w Warszawie, trzeba przekraczać korpośrednią tego miasta o 20%. To jeszcze nic. Trzeba pracować, razem z dojazdem – jakieś 9,5-10 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu, 47 tygodni w roku (odliczam urlop). Muszą pracować 2 osoby. Jeżeli jedna, to z dobrą pensją.
Żeby zarobić 180k (medianę wynagrodzenia) średniomiejscy wychodzą z domu na 9 godzin. Ponownie 5 dni w tygodniu, 47 tygodni w roku.
Oszczędni na to samo, pracowali w przeszłości. Teraz odcinają kupony. Wydają na podatki/opłaty/składki/kredyty – ok. 20% dochodu. Nasi przyjaciele z warszawskiej korpo – 67% (skoro dysponują 119k z 360k), a znajomi, którzy zostali w średnim mieście 45%. Spora różnica.
Żeby utrzymać styl życia: nowe mieszkanie w stolicy (16k za m2 to raczej Raków czy Ursus, a nie Śródmieście) albo segment pod miastem, do tego SUV i wakacje 3 razy w roku, trzeba harować faktycznie ciężko. Żeby żyć w średnim mieście, da się funkcjonować gorzej, ale szefa też trzeba znosić no i dalej te 50m2 (lub 70m2 w segmencie na przedmieściach). Można zapomnieć o wakacjach w tropikach, auto będzie 10-letnie i raczej niezbyt drogie (budżet 30k). I czasami wypadnie pracować w sobotę lub niedzielę.
Na wsi – jest nam nie tylko spokojniej (zero pracy, zero dojazdów), ale i mamy więcej przestrzeni (m2 domu + ogrodu). Na wakacje możemy sobie pojechać w dowolnym momencie. Urlopu mamy nie 26 dni, ale 260 dni, do tego wszystkie weekendy wolne. Autko mamy 10-letnie, ale z niewielkim przebiegiem, więc jeszcze sporo posłuży.
Styl życia promowany przez państwo, w społeczeństwie konsumpcyjnym, powoduje, że korpoWarszawiacy stają się płatnikami netto dla państwa (108k od dochodu, potem jeszcze 16k od zakupów), ale także dla banków (64k na odsetki). Tacy mieszkańcy średnich miast zjadają nadal nieco mniej, niż wpłacą do budżetu (48k od dochodu plus kasa od zakupów), a i bankom coś oddadzą (14k). Ludzie oszczędni na wsi zdecydowanie więcej niż wpłacają (łącznie podatki i składki to 26k), a bankom pokazują figę (obligacje SP, korporacyjne jako lokaty, a nie kredyt). Już wiesz, dlaczego państwo uwielbia wykształconych z wielkich miast. Mleczną krowę znacznie chętniej się doi. Nie bez powodu na świeżej paszy i sianie kiedyś krowa żyła na wsi i 20 lat, a teraz te rasy holsztyńsko-fryzyjskiej 4-5 lat. Na zielonym pastwisku, czuła się lepiej niż w ciasnym boksie. Lepiej jadła, lepiej spała, nie zużywała się. Warszawskie korposzczury są takimi holsztynami w oborze budżetu i korporacji. Dają dużo mleka, trzyma się ich w zamknięciu, a jak się zmarnują, to weźmie się z rynku kolejny egzemplarz. Warto o tym pomyśleć.