Zanim coś kupię zadaje sobie szereg pytań, o których poniżej. Stworzyłem też swoistą hierarchię działań. Wygląda to mniej więcej tak.
Kiedy nachodzi mnie chętka na zakup, czegoś co nie jest jedzeniem, staram się podjąć decyzję inaczej niż pod wpływem impulsu. W tym celu najpierw odkładam zakup, przynajmniej o 1 dzień, a najlepiej o tydzień. Jeśli nadal chcę to kupić (czyli nie mam do czynienia z kompulsywną reakcją), stawiam pierwsze i fundamentalne pytanie: Czy mnie na to stać? Jeśli tak, przechodzę dalej. A „stać mnie” ma dwa wymiary: na zakup i na utrzymanie.
Następnie zastanawiam się: Ile razy tego użyję? Czy nie da się tego wynająć za rozsądną cenę? Czy nie mogę użyć w tym celu, przedmiotu, którym już dysponuję? Po tej odpowiedzi wiele zakupów odpada. Bo weźmy słabość wielu facetów – narzędzia i gadżety. Po co mi 3-ci szpadel, 2-ga kosiarka czy wiertarka? Jak cel widzę w zakupie kolejnego kompletu wierteł? No żaden. I temat umiera. Podobnie będzie w przypadku książek (kolejna moja słabość) – część pożyczam, są biblioteki, mam zaprzysięgłych czytaczy w najbliższym otoczeniu.
Następne pomysły umierają po pytaniu: Czy będę miał gdzie to trzymać? Piwnica, garaż, dom na wsi, strych , biblioteka, nie są z gumy, a i tak walczę z plagą przydasi.
Na koniec, eliminuje kolejne potencjalne zakupy wątpliwością o ilość energii życiowej, którą muszę poświęcić na zarobienie ceny (zaczerpnięte z Your Money or Your Life, Dominguesa i Robbins)? Jeśli cały dzień „pocę się” w pracy, żeby pozwolić sobie na jakiś ciuch, zazwyczaj rezygnuję.
I na tym kończy się seria pytań. Potem następuje dalsza eliminacja, oparta na hierarchii.
Nie kupuję, jeśli mogę sam to zrobić. To credo człowieka samowystarczalnego. Po co płacić za towar (np. owoce) lub usługę (malowanie mieszkania) skoro potrafię (czyli mam możliwość) wykonać to samodzielnie. Bez sensu. To marnowanie nie tylko pieniędzy, ale i energii życiowej.
Jeśli kupuję, to rzeczy wyprodukowane przez polskie firmy. Tutaj doskonale sprawdza się reguła przedwojennych narodowców „Swój, po swoje, do swego”. Po co mam wzbogacać Niemca, Francuza czy Chińczyka (nie mówiąc już o podatnikach Putina), skoro Polacy robią to lepiej. Wiele razy spotykam się jednak z sytuacją, że nie da się kupić polskiego (np. samochód).
Jeśli polska firma tego nie robi, to może chociaż produkcja przeprowadzana jest w Polsce? To dotyczy głównie chemii, jedzenia, AGD. Wolę żeby Polacy mieli pracę, napełniali wspólną kasę niż ma zarobić Niemiec.
Jeśli robi to polski przedsiębiorca, wybieram lokalsa. Nie napędzam w ten sposób bezsensownego transportu. Ponownie – bliższa koszula ciału.
Jeśli lokalny producent, to najlepiej kupić u źródła (np. ziemniaki od rolnika), a nie korzystać z pośredników (lokalne warzywa w sklepie).
Wreszcie – czy podzielam poglądy właścicieli biznesu (jeśli je znam). Ostatnio piekarnia, w której kupowałem pieczywo przez kilka lat, wywiesiła zdjęcie właściciela z politykiem, którego ani lubię, ani szanuję. Ponieważ nie chcę jeść chleba przemysłowego (z marketu) ani z najbliższej piekarni (gorszy), pojechałem po automat do chleba i zaczynam piec sam. Nie zamierzam karmić kogoś, kto wspiera szkodnika. Tym sposobem, lewica nie pije piwa Ciechan ani Cisowianki (oraz tylko sika na Orlenie), prawica wódki od Palikota, katolik nie inwestuje w fabrykę prezerwatyw, a pacyfista w producenta broni. I świat jest prostszy – „Swój, do swego, po swoje”.
Czasami taki radykalizm może być niewygodny, bo trzeba zrezygnować z produktu faktycznie dobrego (jak w mojej rodzinie z kosmetyków od babuszki Anisji), lecz na dłuższą metę warto.