Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 49 – Oszczędny Milioner

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Dach nad głową – część I. Mieszkamy na wsi.

Sytuację młodych zacznę od komentarza do mema. Na pierwszym obrazku 30-latek z 1993 r. mówi do żony – zróbmy sobie drugie dziecko. Na kolejnym – jego rówieśnik z dzisiaj – pyta kolegów „Czy przetrwam finansowo, jeśli kupię teraz kebsa?” I komentarz internauty: W 1993 r. mój ojciec kupił działkę z domem w stanie surowym na wsi za 30 mln. Zarabiał 3 mln. Koniec.

Oczywiście, sytuacja się zmieniła. Jednak… na wsi dalej jest taniej. Ostatnio pisałem o alternatywie dla mieszkania deweloperskiego, w postaci różnych pomysłów na pozostanie w mieście. Dzisiaj opcje dla tych, którzy zdecydują się wyjechać na wieś.

Na wsi zasady są proste. Im dalej od miasta – tym taniej. Im większa działka – tym niższa cena za m2. Wykorzystaj tę wiedzę na swoją korzyść. Może masz dosyć korporacji. Chcesz z nią zerwać na zawsze. Przeanalizuj możliwości.

Kupno mieszkania na wsi. Ceny takich lokali okazują się znacznie niższe. W promieniu 25 km od centrum miasta (10-15 km od granic) dostaniemy 50 m2 za 260 tys. zł Rata wyjdzie na poziomie 800 zł, bez żadnych kombinacji. I da się dojeźdżać.

Kupno domu na wsi – do 20 km od miasta. Znalazłem taki – działka 40a, dom 120 m2, budynki gospodarcze i cena 350 tys. zł. W tym momencie mamy trzy wyjścia. Pierwsze – podzielić na 2-3 działki, jedną zostawić sobie, resztę sprzedać z częścią budynków, co pozbawi nas garażu (dobudujemy wiatę), ale zyskamy dom prawie za darmo (2 z budynkami sprzedamy po 150 tys. zł każdy). Pozbyć się kredytu. Druga to spłacać ten kredyt – w tym przypadku rata wyniesie 1200-1300 zł.

Kupno domu na wsi – dalej od miasta. W tej wersji nastawiamy się na brak dojazdów, większą działkę, a nawet gospodarstwo rolne. Możemy żyć z ziemi. Trzeba oczywiście przebrnąć KOWR, ale z tego co wiem, udziela raczej zgody, w takim przypadku. Za 350 tys. zł zyskujemy 2-3 hektary plus dom. Da się z tego, przy ogrodnictwie, jakoś przyzwoicie żyć, o ile mamy pracę na miejscu, zdalną lub dg dla jednej osoby. Mój kumpel z niespełna hektara malin wyciągał w zeszłym roku ca. 30.000 zł.

Spłacamy gospodarstwo dziadków. Nie każdy ma taką opcję. Czasami pozostaje kilkuhektarowe gospodarstwo po dziadkach. Można je sprzedać, lub dokonać spłat „po rodzinie”. Co zyskamy? Nasza spłata, to nigdy nie będzie 100% ceny rynkowej. Czasem 70%, może 50%, a nawet 25%. Tym samym za 100 tys. zł, nawet bez kredytu, pole manewru znacznie się zwiększa.

Budowa małego domku. Wielokrotnie polecana na blogu. Na dom 30m2 plus 2 niskie sypialnie na antresoli mam oferty za 100-150 tys. zł w zależności od materiału i standardu. Czyli, jeśli ominiemy problem działki – całkiem realna opcją. Jak zwykle przy wsi, przemyślmy kwestie pracy i dowożenia (lub nie) dzieci do szkoły i na zajęcia dodatkowe. Nie wszyscy mają takie obowiązki.

Samodzielna budowa sposobem gospodarczym. Wreszcie doszliśmy do najtańszej opcji. Wiecie, ile kosztuje szkielet małego domku – takiego o którym pisałem powyżej? 21 tys. zł. W tej cenie, przywiozą na budowę gotowe, docięte kawałki drewna, coś jak klocki i zmontują https://www.olx.pl/d/oferta/konstrukcja-domu-35-mk-CID628-IDXng1K.html. Jeżeli wiemy jak i mamy z kim, czas zaczynać robotę. Tzw. kanadyjczyk nie jest wcale skomplikowany. Jeśli nie mamy dwóch lewych rąk, kogoś do pomocy, a newralgiczne punkty (instalacje) powierzymy fachowcom – powinno być dobrze. Nie chcę tutaj dawać porad budowlanych, od tego polecam portale, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „zbuduj sam dom”. Znajdziecie i koszty budowy i technologie i projekty. Za 80 tys. zł powinniście się wyrobić, przy zachowaniu parametrów – 35 m2 podstawy + antresola.

Jak nas łupi PGNiG. Porównanie cen gazu sprzed dwóch lat, roku i obecnie.

Właśnie dostałem pierwszą, powakacyjną fakturę za gaz. Przypomnę – używam go do podgrzewania wody, gotowania i ogrzewania. Z racji montażu kozy i ciepłej jesieni zużycie drastycznie spadło. A rachunki? Te już nie. Popatrzcie. Przypominam – początek okresu przypada przed wojną.

Rok 2021.

Na październikowej fakturze 2264 KWh (przeliczone z m3 współczynnik konwersji bez zmian) za 459 zł. Cena? 0,2 zł/ KWh. Cena gazu na rynku spot w Holandii ok. 5 E/MWh. Kurs Euro 4,6 zł. Cena gazu w Holandii – 0,023 zł/KWh.

Rok 2022.

Faktura z października – 1798 KWh za 494 zł. Cena? 0,27 zł. Podwyżka 35%. Cena na giełdzie 6E/MWh. Kurs Euro 4,7 zł. Cena gazu w Holandii – 0,0282 zł/KWh. Tu jeszcze podwyżka miała uzasadnienie.

Rok 2023

Teraz zużyłem -1367 KWh za 487 zł. Cena? 0,35 zł. Podwyżka roczna 20%. Podwyżka przez 2 lata 75%.

Obecnie gaz ziemny na giełdzie w Holandii da się kupić za 3,60 E/MWh. Kurs Euro 4,45. Cena gazu w Holandii za KWh 0,01602 zł.

Wnioski

Pomimo iż cena gazu na rynku w Holandii przez spadła o 33%, po dostarczeniu do odbiorcy w Polsce cena z oferty taryfowej PGNiG wzrosła o 75%. Czyli powinniśmy płacić 0,13 zł/KWh (gdyby dostosować się do rynków) a płacimy 0,35 zł/KWh (czyli 3 razy drożej). Albo kompletni nieudacznicy albo zwyczajnie nas okradali na kampanię wyborczą, albo dostali znacznie więcej podatków do zapłaty albo … i jedno, i drugie, i trzecie. W obu przypadkach – powinni siedzieć. Opowieści o tarczach – bajki. A jedna trzecia Narodu chwaliła takiego dobrego pana. Tu cisną się słowa Zbigniewa Stonogi „Będzie was PiS…….. w….., jak Was Platforma nie ……”.

Przejrzę ich bilans po 3 kwartałach to coś Wam powiem o marży.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Dach nad głową – część I. Mieszkanie w mieście.

Matrix podpowiada nam jedno rozwiązanie – mieszkanie w mieście na trzydziestoletni kredyt ewentualnie (poplecznicy Klausa Schwabba) – wynajem do śmierci. Czy da się inaczej? Czy będzie taniej? Zaczynamy.

Najpierw wycenimy rozwiązanie „korpo friendly” czyli mieszkanie w mieście z zawaloną hipoteką. Dlaczego piszę „korpo friendly”? Prowadzono badania i pracownicy z kredytem hipotecznym na pierwszą nieruchomość są zdecydowanie bardzie ostrożni, mniej skłonni do zmiany pracy, za to łatwiej ich przycisnąć. Rzadziej skarżą się na mobbing, biorą więcej nadgodzin, siedzą cicho. Druga grupa o podobnych cechach? Główni żywiciele rodzin. Dlatego już w XIX w. zatrudniano na odpowiedzialnych stanowiskach najpierw żonatych mężczyzn. Rozpowszechnienie kredytu hipotecznego, tylko tę tendencję pogłębiło. Kredyciarz to idealny pracownik korporacji czy budżetówki. I umowę na czas nieokreślony w budżetówce i korpo, znacznie lepiej ratingują banki. Perperum mobile Matrixa. Te dwa miejsca pracy nie muszą jednak oznaczać ubóstwa. Dlaczego? W obu z nich widzę osoby postępujące niestandardowo. Czyli nie tylko budżetówka, korpo i banki wykorzystują nas, lecz jednocześnie my ich. Korzystamy ze zdolności kredytowej by kupować 2-gie i 3-cie nieruchomości, roczne nagrody i trzynastki przeznaczamy na oszczędności lub założenie firmy. A potem kopiemy w tyłek szefa i przechodzimy na wcześniejszą emeryturę. Pełno takich przykładów wśród np. amerykańskich FIRE. Dość z filozofią wracamy do konkretów.

Dwupokojowe mieszkanie kupione na kredyt, nie 10 lat temu, ale DZISIAJ, kosztuje sporo, nawet jeśli mamy opcję pożyczki na rządowe „2%” (w rzeczywistości ok. 5% i to przez 10 lat). W moim mieście 50 m2 u dewelopera kosztować będzie (z wykończeniem) pomiędzy 450 a 600 tys. zł. Kupa forsy. Rata wyniesie od 1800 zł do 2600 zł (wkład własny 20%). Sporo i gwarancję braku wzrostu cen mamy na 10 lat. Co potem? Nie wiadomo. Czy da się taniej? Spróbujemy?

Zamiast dewelopera i wykończenia, wybierz mieszkanie używane. Paradoksalnie lepiej zlokalizowany blok oznacza niższe ceny za m2. Zawsze trafimy na lokale już wykończone (czasem do natychmiastowego remontu, czasem da się zebrać siły). I tak, w moim mieście takie mieszkanie w bloku spółdzielczym kosztuje nie 12 tys. zł za m2 (z wykończeniem), ale 8 tys. zł (w podobnej lokalizacji). Dzięki temu, damy radę kupić za 400 tys. zł zamiast 600 tys. zł. Rata wyniesie (przy początkowej identycznej wpłacie 100 tys. zł), nie 2600 zł, lecz 1540 zł. Ten dodatkowy 1000 zł zrobi w budżecie wielką różnicę.

Kup kondygnację w domku lub mieszkanie w kamienicy. Szukasz jeszcze taniej? Coraz częściej różni fliperzy oferują stare kamienice, lub kondygnację w domku. Kumpel mojego brata sprzedawał wykończony na tip-top sześciopokojowy dom za 1 mln. zł. Mamy w nim 3 kondygnacje naziemne, z których każda jest oddzielnym mieszkaniem (o powierzchni 70 m2, więc większym 50 m2 w bloku), wartym nie 600 tys. zł, ale 330 tys. zł. Przy wpłacie 100 tys. zł, bierzemy tego kredytu tylko 230 tys. zł i mamy ratę 1180 zł.

Widziałem też zrobione poddasza w ścisłym centrum. za 6-7 tys. zł/m2 (czyli 2/3 ceny z parteru). Przy niepełnej wysokości m2 liczy się inaczej, czyli płacimy za 45 m2 a dostajemy 60-65 m2 podłogi. Cena 270-300 tys. zł. Rata 900 zł.

Są udziały i różne inne kombinacje w jeszcze niższych cenach, zawsze warto pomyśleć, aczkolwiek tutaj trzeba mieć gotówkę (bank tego nie skredytuje). Znalazłem kamienicę z udziałami 40% (resztą zarządza miasto), do których przypisano 3 lokale, o łącznej powierzchni 163 m2 za….. 310 tys. zł. Nie weźmiesz kredytu, ale za 310 tys. zł dostaniesz 3 mieszkania (do remontu) – 1900 zł/m2. Teraz sprzedasz dwa za 160 tys. zł każde (3000 zł/m2) i masz własny lokal za darmo lub z niewielką dopłatą. Nawet nie trzeba robić remontu (jedno w oficynie, wyremontowano już na tip-top). Problemem może być nieciekawa dzielnica.

Poszukaj mieszkania z problemami. Istnieje grupa koneserów takich nieruchomości. Trudności w podziale, spirale zadłużenia, wydają się wielu osobom górami nie do przejścia. Takie mieszkania oferowane są znacznie poniżej wartości. Możesz trafić na 30-40% opusty czyli znowu nie 12 tys. zł m2, nawet nie 8 tys. zł/m2, a 5 tys. zł/m2 (250 tys. zł za 50m2) i odrobina ryzyka. I znowu rata nie 2600 zł, lecz 771 zł. Schodzimy coraz niżej.

Kup, podziel, spłać kredyt. Opcja zdecydowanie mniej ryzykowna. W taki sposób mój pradziadek przed wojną (1937 r.) nabył mały majątek z parcelacji. Sprzedał potem 30% za wyższą cenę, a 70% zostało mu bez długu. Ty pewnie nie zrobisz tak złotego interesu, ale…. Znowu liczymy. Załóżmy, że masz zdolność na te 500 tys. zł. i możesz kupić coś za 600 tys. zł. Znalazłem dom, który składa się z 4 kondygnacji mieszkalnych (parter, piętro, II piętro, poddasze) + piwnica. Każda z nich ma ok. 60 m2. I teraz popatrz. Za 600 tys. zł dostajesz 4 mieszkania do remontu, każde po 150 tys. zł (cena za m2 ok. 2600 zł). Jeśli sprzedasz 3 mieszkania po 200 tys. zł (co dalej będzie okazją) – Twoje własne okaże się za darmo. Jeśli (co spokojnie realne) uzyskasz 250 tys. zł/mieszkanie (nadal niecałe 5000 zł/m2). Nie tylko masz swoje 57 m2, ale i zarobiłeś (no dobra, brutto), 150 tys. zł (3 x 250 – 600). Minus koszty – 30-40 tys. zł i Twój % podatku. Nieźle. Znam ludzi, którzy tak robią. Dasz radę sprzedać za 300 tys. zł – jesteś do przodu 250 tys. – podatek (realnie ok. 200 tys. zł netto). Znajdziesz 3 osoby, które wejdą w to z Tobą, robicie remont, i masz mieszkanie za 150 tys. zł.

Kup, podziel, wynajmij, spłacaj kredyt. W tej wersji nadal pozostajesz właścicielem całości. Budynek jest wart 600 tys. zł, więc spłacasz ratę 2600 zł. Teraz każde z 3 mieszkań wynajmujesz za 1200 zł netto (takie są ceny rynkowe w tej dzielnicy). Dostajesz do ręki 3600 zł. Masz 1000 zł na własne wydatki, a raczej… nadpłatę kredytu. Ryzyko? Kredyt 2% jest na nieruchomość mieszkalną. Teoretycznie rząd może zażądać spłaty „ulgi”, ale… przecież dalej tam mieszkasz, a o podnajmie nikt nie musi się dowiedzieć (dzisiaj przy ryczałcie nie przedstawiasz już umowy, po prostu płacisz zaliczki, ponadto nadal jesteś zameldowany pod adresem).

Warto myśleć niestandardowo.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Wprowadzenie.

Październik (w końcu miesiąc oszczędzania) poświęciłem na stworzenie cyklu, przeznaczonego dla obecnych dwudziesto – trzydziestolatków, czyli pokolenia skazywanego przez media na pożarcie przez kapitalizm i obecne warunki. Nazywani są często (idiotycznie) „pokoleniem płatków śniegu”, jako rzekomo chowani pod kloszem i nieodporni na przeciwności losu. O moim pokoleniu, startującym w post-studencką dorosłość, pisano i mówiono dokładnie to samo. Mieliśmy być rozpuszczonymi przez „bezstresowe wychowanie” delikatnymi przedstawicielami pokolenia „dwie lewe ręce”, ponieważ większość moich rówieśników w wieku 20 lat nie wykonywała na co dzień tzw. prac domowych czyli nie naprawiała aut, nie brała się za remonty, a uciekała jak najszybciej od pracy na wsi do zawodów biurowych. Jak wielokrotnie pisałem, historia, z identycznymi zarzutami powtarza się od początku cywilizacji.

Nie wierzę zatem (podpierając się obserwacją), że 25-35-latkowi są bardziej wrażliwi, lub mówiąc brutalniej „pizdowaci” niż my byliśmy w ich wieku. Dowody w postaci braku dzieci i podróży po świecie oraz oglądania Netflixa uważam za bezwartościowe – po prostu teraz są inne szanse i możliwość wyboru. My nie mieliśmy takiej opcji podróży (różnica poziomów zamożności), ciąża oznaczała ślub, małżeństwa zawierano wcześniej. Co więcej, w moim otoczeniu, pracuje sporo więcej 20-latków, niż gdy ja studiowałem. Nie przypominam sobie wielu studentów w taksówkach, sklepach, firmach, a teraz widzę ich na każdym kroku. 70% kolegów moich synów pracuje zawodowo, co najmniej na pół etatu, łącząc to ze studiami, córka moich „górskich” przyjaciół, gdy tylko skończyła 16 lat poszła kelnerować w lecie i w weekendy, przynosząc do domu 1600-2000 zł miesięcznie.

Tak samo nie wierzę, że młodzi są bardziej rozrzutni. Zbyt wiele dostrzegam przykładów we własnym otoczeniu. Dziewczyna mojego syna, mając na wszystko poza akademikiem 1500 zł/miesięcznie (Warszawa) potrafiła jeszcze odłożyć na zagraniczne wakacje 4500 zł. Drugi syn, mieszkając z dziewczyną i prowadząc z nią wspólne gospodarstwo, dają radę za 3000 zł, a mają jeszcze kota, odwiedzają knajpki i płacą 600 zł opłat.

Wyzwania dla pokolenia 25+ są jednak zupełnie inne. I o tych wyzwaniach chcę napisać.

Pierwsze – jak zapewnić sobie dach nad głową w dobie wysokich cen mieszkań.

Drugie – jak utrzymać się w czasach inflacji, jedząc zdrowo oraz tanio zarazem.

Trzecie – w jakim kierunku popchnąć karierę zawodową, żeby przyzwoicie zarabiać za 10-15 lat.

Czwarte – dzieci. Koszty utrzymania bąbelków wzrosły, podobnie jak presja społeczna na określony standard.

Piąte – styl życia. Jak żyć tanio, a bogato wyglądać na Instagramie.

Szóste – oszczędności emerytalne, gdy wiemy że państwowe świadczenie wyniesie max. 30% ostatniej pensji.

Ile przedsiębiorca ma z każdej faktury, a ile zabiera mu fiskus?

Dzisiejszy wpis wynika z rozmowy, którą przeprowadziłem z kolegą, całe życie pracującym na etacie. Zaczął on wyrzekać na wysokie ceny w knajpach i zdzierstwo gastronomii. Czy ma rację? Czy faktycznie gros kwoty z paragonu lub faktury trafia do kieszeni przedsiębiorcy?

Wariant I. Knajpa.

Z kilkoma właścicielami restauracji przyszło mi rozmawiać, stąd nieźle znam proporcje. Wezmę ceny wakacyjne tj. z mojego miejsca w górach. Napiszę o zestawie obiadowym i piwie.

Zestaw obiadowy obejmuje kotleta (130 g) ziemniaki (200g) oraz surówkę (150 g). Razem ok. 450g posiłku za 30 zł. Tyle ubywa nam z portfela. A jak to wygląda z drugiej strony baru?

Przygotowanie i podanie posiłku wymaga: zakupu towaru, pracy ludzkiej, mediów, czynszów, podatków i składek.

Zacznijmy od wsadu do kotła. Bierzemy 130 g mięsa (kurczy się podczas smażenia, ale dochodzi panierka) za cenę 2 zł. Do tego 200g ziemniaków za 4 zł tj. 0.8 zł, oraz jarzyny na surówkę 1 zł. W sumie produkty kosztują 3.8 zł.

Trzeba je przygotować (posiekać, obrać, usmażyć). Niech trwa to 15 minut. Przy dzisiejszej stawce minimalnej – 8 zł (bo są i koszty pracodawcy). Już straciliśmy prawie 12 zł.

Do tego kelner/ktoś kto siedzi za barem. Czasem dosłownie – siedzi, a czasem zwija się jak w ukropie. Niech będzie, że poświęci nam 2 minuty czyli kolejna złotówka. Już 13 zł.

Teraz media. Kotleta usmażymy, ziemniaki gotujemy. Niech będzie 15 minut na naszą porcję. Mięso trzeba było trzymać w lodówce – niech wyjdzie kolejna złotówka – 14 zł.

Czynsz/podatek lokalny. W tym punkcie mogą być spore różnice. Załóżmy, że zajmujemy stolik w górach, gdzie czynsz wynosi w lecie 5000 zł za 50m2 pod budę i stoliki. Podatek za taką powierzchnię to kolejne 120 zł/miesiąc. My zajmujemy (ze stolikiem) 1 m2 przez 1 godzinę. Koszt łączny 1 zł. Doszliśmy do połowy rachunku.

Teraz koszt amortyzacji. Właściciel budy kupił ją z wyposażeniem za 150 tys. zł. Posłuży mu 10 lat. Rocznie (a w zasadzie przez 3 miesiące w roku) potrzebuje kolejnych 15 tys. zł. Znowu przeliczamy na naszą przestrzeń – 1 zł. Dla właściciela knajpy zostaje 14 zł. Sporo? Jeszcze nie opłacił podatków. Dla równego rachunku zaniedbaliśmy dowóz, księgową itp.

Podatki. Liczmy tylko VAT, dochodowy, ZUS, składkę zdrowotną. VAT 8% od 20 zł (resztę odliczamy) ok. 1,5 zł, dochodowy – 1,7 zł, ZUS 0,3 zł, zdrowotna 1,4 zł. Tym sposobem doszliśmy do 4,9 zł. Dla właściciela zostanie 9,1 zł – niecała 1/3 rachunku. I to tylko wtedy, gdy płaci minimalną. Zawsze tak było, zysk to te 30%, tylko teraz wszystko droższe.

Może odbije sobie na piwie? Pół litra kosztuje 10 zł. Koszt 2 zł. Zostaje 8 zł. Wszystkie koszty pozostałe (mniej czasu, zamiast podgrzania schłodzenie, piwo zamówione do stolika) – 2 zł. Czy 6 zł idzie do kieszeni? Nie – bo zostają podatki. Kolejne 4 zł. Właściciel zarobił 2 zł.

Wariant II. Usługa.

To znam najlepiej. Niech będzie 200 zł za 1 godzinę pracy. Z tego 38 zł to VAT. Koszty? Czynsz za lokal 30m2/osobę – 1200 zł czyli 5 zł/h.Do tego wyposażenie 2 zł/h, media, samochód, program komputerowy, książki, składki – niech będzie jeszcze 10 zł/h. Zostaje 145 zł. Od tego płacę składki i podatki: zdrowotna 13 zł, ZUS 6 zł, dochodowy 17 zł. W kieszeni zostaje mi 109 zł. To trochę lepiej niż u knajpiarza (55% a nie 30%), ale daleko od kwoty z paragonu.

Pokazałem dwie drogie usługi, a co ma zrobić właściciel sklepu spożywczego?

Wynajem czy kupno nowego samochodu? Wyliczenia.

Dzisiaj temat wywołany w komentarzu. Obiecałem, że policzę. Tym razem nie wersję najtańszą, ale dostępną dla przedsiębiorcy.

Na początek zastrzeżenie. Wynajem jest alternatywą dla kogoś, kto ma pieniądze. Jeśli nie dysponuje gotówką – pozostaje mu tylko kredyt, leasing lub wynajem. W firmie, kredyt wypada beznadziejnie, więc mamy realnie dwie opcje. O popularności możemy mówić jako fakcie, m.in. dlatego, że ludziom brakuje gotówki.

LEASING – STUDIUM PRZYPADKU.

W 2019 r. mój brat wziął na firmę w leasing Skodę Karoq. Kosztowała równo 100 tys. zł, a była wersją dopasioną (automat, większy silnik, podgrzewane siedzenia, panoramiczny szyberdach). Dzisiaj, gdyby chciał, po zrobieniu 140 tys. km, sprzedałby ją za….95 tys. zł. Łączny koszt leasingu (zakładając wzrost od początku 2022 r.) wyniósł go 20 %. Zapłacił 120 tys. zł w ratach, ma auto warte 95 tys. zł. Nieźle. Nie płacił za przeglądy (były w cenie), płacił za ubezpieczenie (12 tys. zł/4 lata), oraz drobiazgi (opony 2000 zł). W sumie poniósł koszt (bez paliwa, bo ono akurat nie ma znaczenia) – 39 tys. zł. Jeśli miał gotówkę (a tak zakładamy – mówimy o alternatywie) część przeznaczył na wpłatę własną (10%), a resztę mógł włożyć na lokatę. Ta miała szansę dać (z uwagi na wysoką inflację) – 18 tys. zł. Był do tyłu 21 tys. zł (39-18). Przy uwzględnieniu zwrotu podatku wychodził na plus.

WYNAJEM DŁUGOTERMINOWY.

W tamtym czasie można było wziąć auto grupy VAG na wynajem długoterminowy 1% miesięcznie. Czyli przez 48 miesięcy płaciłeś prawie pół ceny pojazdu – 48 tys. zł. Do tego dochodziło: ubezpieczenie 12 tys. zł i mamy już 60 tys. zł. Dużo drożej. Odsetki od gotówki (20 tys. zł) niewiele zmieniły – zostało -40 tys. zł.

ZAKUP.

Tym razem nie będzie odsetek, bo gotówkę wydano na początku. Oznacza to jednak minimalną stratę wartości – 5 tys. zł (100-95). Do tego ubezpieczenie 12 tys. zł i opony 2 tys. zł. Razem – 19 tys. zł.

WYNIK.

Wynajem wypadł najgorzej. Leasing najlepiej, bo dawał też spore korzyści podatkowe. Dlaczego więc nie on? Widziałem parę umów leasingowych zamkniętych przed terminem (kradzież, szkoda całkowita) – dramat. Gigantyczna strata. Do tego przez 2 lata możesz tylko ogarnąć cesję. Nie wykupisz auta, gdy stopy wzrosną drastycznie. Wynajem – kompletnie nie ma sensu. Po czterech latach zostajesz z niczym. Nie masz ani nowego, ani używanego auta. Zaleta jest jedna (i reklamowana) – niższa rata, bo spłacasz tylko utratę wartości.

BONUS.

Jak widzicie oparłem się na danych historycznych z ostatnich lat. Były one wyjątkowo dziwne: brak utraty wartości i wysokie stopy procentowe. Do tego auta drastycznie podrożały. Taka sama Skoda, która w 2019 r. kosztowałaby 100 tys. zł teraz dostępna jest za …. 150 tys. zł. Tak, cena poszła w górę o 50%. Dlatego robię skróconą symulację aktualną, przy hipotetycznej lecz prawdopodobnej utracie wartości – 30% w 3 lata (skracam okres posiadania).

Wynajem. Rata wynajmu wzrosła – teraz to 2800 zł. Przez 36 miesięcy – 100.800 zł. 2/3 wartości auta przez 3 lata (a było 48% przez 4 lata). Przez to podrożało i ubezpieczenie – 18 tys. zł Opony kosztują 3000 zł. Razem mamy 121.800 zł. Nie pomogą nawet wyższe odsetki (20% przez 3 lata od 150 tys. zł) – strata wyniesie 91.800 zł.

Zakup. Utrata wartości – 45 tys. zł, ubezpieczenie 18 tys. zł, opony 3 tys. zł. Razem 66 tys. zł.

Leasing. Raty poszły w górę nawet o 100%, do tego liczymy je od wyższej wartości. Zapłacimy łącznie 172 tys. zł, a zostaniemy z autem wartym 105 tys. zł. Stracimy 67 tys. zł. Do tego dodajmy 21 tys. zł na opony i ubezpieczenie oraz odejmijmy odsetki (20% od 135 tys. zł tj. 27 tys. zł) i wyjdziemy na – 61 tys. zł.

Tym razem (dzisiaj) leasing wyjdzie nas taniej, ponieważ uzyskamy może jeszcze niezłe odsetki od naszej kasy. O ile nie zaliczymy całki. Czysty wynajem – ponownie wypada najgorzej. Kłamałeś Klausie Schwabie.

Wynajem samochodu zamiast zakupu. Czy to może mieć sens?

Jedna z moich ulubionych blogerek finansowych rzuciła taki tekst: czy potrzebujemy dwóch samochodów, a może nie potrzebujemy wcale, bo korzystamy z niego tylko przy dużych zakupach i na wakacje więc może lepiej opłaca się wynajem samochodu?

Temat ciekawy, warto go policzyć. Najpierw zagadnienia metodologiczne. Jakie auto? Jaki przebieg? Jakie zakupy? Wyobraźmy sobie parę z dwójką dzieci, która raz w tygodniu udaje się 3 km do marketu, mamy przebieg:

52 x 3 x 2 (bo i powrót)= 312 km

Do tego 1200 km wakacji. Łącznie 1512 km/rok. Policzmy koszty utrzymania auta na takim dystansie. Wystarczy model „klasy Golfa” z niewielkim silnikiem, może być wiekowy. Co powiecie na Opla Astrę II? Liczymy.

  • przegląd roczny – 500 zł,
  • ubezpieczenie – 400 zł,
  • naprawy – 300 zł (niewiele, bo i przebieg minimalny, ale akumulator/opony trzeba zmieniać),
  • paliwo – 790 zł.

Łącznie: 1990 zł (taki wóz już nie traci na wartości).

Teraz koszt wynajmu i paliwa. Żeby pojechać po zakupy nie będziemy wynajmować auta, bo to bez sensu. Weźmiemy taksówkę 20 zł x 2 x 52 = 2080 zł i już przekroczyliśmy koszt utrzymania auta, a zostały jeszcze wakacje. Niech trwają 7 dni, trzeba do tego doliczyć jeszcze dwa (nie oddamy auta w środku nocy, ani go nie odbierzemy), w sumie 9. Koszt w moim mieście 1431 zł. Zostało nam „tylko” paliwo na 1200 km – 500 zł. W sumie 4011 zł. Ponad dwa razy więcej niż posiadanie. Same tygodniowe wakacje zrównują się w cenie z posiadaniem auta.

Nie opłaca się nawet w takich warunkach. I wiecie co? Otóż nie znam nikogo, kto z auta korzysta tylko przy dużych zakupach i na wakacje. Nawet moi teściowie, para siedemdziesięciolatków regularnie jeździ na działkę, teść dojeżdża do dorywczej pracy.

Emerytura. Wizja i rzeczywistość.

Mbank przygotował wiosną spot, w którym weryfikowano zdanie młodych o emerytach z …prawdziwymi emerytami. Oczywiście wszystko po to, aby sprzedać produkt.

Jeśli masz 20-30 lat rozejrzyj się, pogadaj z osobami we własnej rodzinie, żeby zobaczyć jak wygląda emerytura. Nie ta z reklamy, lecz realna. Twoich dziadków, czasem rodziców. Ktoś nadal pracuje, bo chce. Inny, ponieważ musi. Co do tego doprowadziło? Jakie wybory i decyzje? Mnie jeszcze brakuje kilkunastu lat, ale widzę co się dzieje. Jak wygląda ta rzeczywistość.

Prawda nr 1. Państwowa emerytura będzie niska. Bardzo niska.

Za 20-30 lat, tzw. stopa zastąpienia (jaki procent ostatnich zarobków uzyskasz z emerytury) wyniesie ok. 20%. Ponad połowa dostanie minimalne świadczenie. Co to oznacza?

Zarabiasz do średniej krajowej (7400 zł) – dostaniesz 1500 zł.

Zarabiasz 10.000 zł. Dostaniesz 2000 zł.

Zarabiasz 20.000 zł. Dostaniesz 4000 zł.

Zarabiasz 40.000 zł. Dostaniesz 4000 zł (zadziała próg odcięcia składek). Koniec.

Potrafisz za to żyć? A może być jeszcze gorzej.

Prawda nr 2. Przedsiębiorca dostanie nawet mniej.

Przedsiębiorca płaci składki od 60% średniej krajowej. Dostanie emeryturę minimalną. Śmieszne 1500 zł (na dzisiaj).

To nic, że zarabiał 20.000 zł miesięcznie.

Prawda 3. Wielu emerytów dorabia.

Tak się dzieje. Pracują choćby na część etatu, zlecenie, na czarno. We wrześniu z pracy (częściowo, bo ma gdzieś jeszcze ułamek) odeszła moja koleżanka – wiek 68 lata, specjalista ds. bhp. Pracują lekarze, nauczyciele, budowlańcy, ekonomiści, urzędnicy, naukowcy. Mój teść nadal jest instruktorem pływania, opiekunem obozów, a ma 71 lat.

Prawda 4. Emeryt to nie zgrzybiały dziadek, życie po 70-ce też może być pełne wyzwań.

Ponownie przywołam mojego teścia. Zdrowie trochę mu dokucza, ale spokojnie jeździ na rowerze (choć raczej nie na długie dystanse i wolniej niż kiedyś), wykonuje prace fizyczne przy domku letnim, wygląda na 10 lat młodziej. Dzisiejsze sześćdziesięciolatki mają wigor dawnych pięćdziesięciolatków. Jeżdżą po świecie, uczą się nowych rzeczy, zakochują, kupują mieszkania. Zwłaszcza pierwszych 10 lat emerytury (mężczyznom pozostanie statystycznie jeszcze 4 lata życia do 79-tki) przedstawia się ciekawie.

Prawda 5. Zdrowie na emeryturze jest takie, na jakie sobie zapracowaliśmy.

Prawdziwe różnice zaczynają się już wcześniej. Jestem prawie-pięćdziesięciolatkiem i obserwuję otoczenie. Kto imprezował (nie od czasu do czasu, lecz codziennie) ma wygląd starca i dziesiątki chorób. Podobnie, moi koledzy, którzy po pracy siedzieli na fotelach, narażali się na wyjątkowy, zajadany stres – są siwi jak gołąbki z 30 kg nadwagi. Inni, uprawiający aktywnie sport – przed pięćdziesiątką biegają kilkanaście kilometrów tygodniowo w tempie 5 min/km.

U siedemdziesięciolatków różnica się pogłębia. Mój teść – pracuje, chodzi, jeździ na rowerze i generalnie ma sporo energii. Mąż koleżanki – w zasadzie nie wychodzi poza dom, tak siadło mu zdrowie. Różnice? Uprawianie sportów (lub siedzenie przed TV), dieta, nerwy.

Prawda 6. Kwestia pieniężna wygląda tak samo.

Kto przygotował się, ten zbiera owoce. Ludzie, z którymi zaczynałem pracę, biorą kredyty na wesele dziecka, nie ma mowy, żeby kupili mieszkania, zarabiają po 4 tys. zł/miesięcznie. Inni – jeżdżą po świecie, a 200 tys. zł wydają bez zastanowienia. Gdzieś w środku jestem ja – oszczędny milioner. Do emerytury nożyce rozewrą się jeszcze bardziej. Jedni zaczną bidować za 1500 zł państwowego, drudzy zobaczą cały świat.

Klimat dla biznesu, czyli dlaczego coraz więcej firm ulega zamknięciu.

Od pewnego czasu, przechadzając się ulicami mojego miasta, obserwuję pewne niepokojące zjawisko – coraz więcej pustych lokali użytkowych z napisem „na sprzedaż” lub „do wynajęcia”. Jeszcze niedawno były tam drobne zakłady usługowe, niewielkie sklepiki, teraz wystawy świecą pustkami, nie ma wcale chętnych na wynajem.

Czy to problem jednego miejsca, czy ogólnopolski? W samym tylko 2022 r. czasie zlikwidowano (wykreślono z CEIDG): 157 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych i spółek cywilnych. O 30% wzrosła liczba niewypłacalności i bankructw. Jeżeli pod uwagę weźmiemy pierwsze półroczne tego roku, to wskaźnik urósł o kolejne 48 %. To oznacza, że w ciągu pół roku 2023 r. upadło sporo więcej firm niż w całym 2021 r. (pomimo ograniczeń covidowych). W zasadzie jedna branża ma się lepiej – medyczna.

W tej sytuacji musimy zapytać o przyczynę? Widzę ich wiele.

Przedsiębiorcy narzekają, że władza traktuje ich jak „bankomaty”, mają płacić coraz większe podatki i daniny. Przykręcanie śruby widać na kilku płaszczyznach. Najpierw wprowadza się nowe podatki (cukrowy, deszczowy itp.). Potem modyfikuje istniejące, w taki sposób by oznaczały straty dla biznesu. Tu prym wiedzie sławetny „Polski Ład” i nieodliczalna składka zdrowotna. Przeciętny mały przedsiębiorca, który do tej pory, przy dochodzie 100 tys. zł rocznie, płacił jej kilkaset złotych (resztę odliczał), teraz musi odprowadzić 9.000 zł, czyli kilkanaście razy tyle. Uniemożliwia się korzystanie z ryczałtu i karty podatkowej albo wręcz przeciwnie zmusza do rozliczeń ryczałtem (najem), tam gdzie jest to niekorzystne. Dla małej firmy może to oznaczać kolejne kilka procent „w plecy”. Pompuje się składki ZUS bez istotnego powodu. Kolejna strata na przestrzeni 8 lat – ok. 10.000 zł/rocznie. Rosną wynagrodzenia minimalne, czyli koszty pracy. Nawet zatrudniając jednego pracownika, wzrost z 1800 zł do 4300 zł (przyszły rok) mamy o 45 tys. zł rocznie więcej. Przy trzech osobach (mały zakład fryzjerski) prawie 150 tys. zł. Nic dziwnego, że ceny usług rosną.

Wreszcie zwiększa się obciążenia parafiskalne. Wymusza zmiany oprogramowania, dokupowanie nowych urządzeń (e-kasy fiskalne, e-faktury), robi bzdurne kontrole (kara za paragon położony na kontuarze). To wszystko kosztuje.

Sejm próbuje dokonać rewolucji w Ordynacji Podatkowej poprzez praktyczne uniemożliwienie przedawnienia zobowiązania podatkowego (i kilkunastu innych świadczeń i kar, do których OP ma zastosowanie). Ogranicza uprawnienia w kontroli.

Na koniec, rzecz nie mniej ważna. Fala upadłości wywoływana jest zatorami płatniczymi. A te powstają, bo sądy nie działają efektywnie. Za obecnego Ministra Sprawiedliwości czas rozpoznania sprawy znacznie się wydłużył (o kilkadziesiąt procent). Miało być szybko jak w USA, a zbliżamy się do standardów wschodnich – lepiej wziąć windykatora niż iść do sądu.

Na to nakładają się efekty błędnej polityki gospodarczej: inflacja, podnoszenie cen nośników energii, ogrzewania, towarów, środków trwałych, no praktycznie wszystkiego. W efekcie, ktoś kto zarabiał rocznie 100 tys. zł w jednoosobowej firmie, dzisiaj cieszy się, jeśli zostanie mu równowartość pensji minimalnej. Zatrudniając pracownika, ponosiłby już straty. A nikt nie prowadzi biznesu, aby do niego dokładać. Stąd likwidacje, upadłości, bankructwa. Ludzie wolą iść na etat. Taki ciąg zdarzeń doprowadzi do gigantycznych problemów w przyszłości. W końcu gros PKB tworzą małe firmy, nie korporacje, nie budżetówka, nie rolnictwo. Masowe zamknięcia zatrą obracające się koła: spadną wpływy podatkowe, wzrośnie bezrobocie. Wróćmy do niewynajętego lokalu. Państwo ma 8,5% z każdej złotówki czynszu, do tego podatki (VAT, akcyzę, dochodowy od prądu, gazu, węgla – zużytych do oświetlenia i ogrzewania). Trzeba jeszcze doliczyć składki właściciela i ewentualnych pracowników. Per saldo na każdym niewynajętym lokalu (zlikwidowanej małej firmie) państwo traci kilkadziesiąt tysięcy rocznie. Tracą też zwykli ludzie. Wzrost podatków to wzrost cen. W jakiej skali? W 2017 r. przeciętna stawka naprawy samochodu w ASO wynosiła 150 zł (marki popularne). Teraz to ponad 300 zł. Nowe samochody podrożały za obecnych rządów o 100% (głównie w ostatnich 3-4 latach).

Do czego to prowadzi? Już tracą wszyscy. Konsumenci – przez wyższe ceny, przedsiębiorcy – bo muszą zamykać biznes, a właściciele lokali dokładają do nich, zamiast osiągać przychód (spada też wartość). Za 4-5 lat obudzimy się w korporzeczywistości, gdzie zostaną tylko sklepy sieciowe, duże warsztaty naprawcze, banki, firmy ubezpieczeniowe, fryzjerzy itp. Padną knajpki, a sporo podmiotów przeniesie się do szarej strefy – z czegoś w końcu musi żyć.

Czy elektryk może się opłacać? Spadek wartości.

Kona jest wdzięcznym obiektem do porównań. Występowała w wersji benzyna/diesel/hybryda/elektryk. Do tego produkowano ją dosyć długo (debiut 2017 -do dziś). Porównajmy.

W 2019 r. Kona electric podstawowa kosztowała ok. 155 tys. zł. Obecnie nieco lepiej wyposażony egzemplarz (4 lata) da się kupić za 95 tys. zł .Utrata wartości wynosi więc 60 tys. zł żywej gotówki i 38%.

Diesel był do wyrwania za 80 tys. zł . Teraz biorę go za 70 tys. zł. Czyli stracono 10 tys. zł i 12%.

Benzyna kosztowała 73 tys. zł . Teraz znalazłem za 65 tys. zł. Strata 8 tys. i 11%.

Hybryda ze 100 tys. zł …. zeszła do ok. 88 tys. zł. (najmniej używanych egzemplarzy). Deprecjacja wyniosła 12% i 12 tys. zł.

Różnice są tak znaczące, że elektryka nie uratuje nawet lepsze wyposażenie. Nawet gdyby je wyrównać, straty wyglądają druzgocąco dla elektryka:

Elektryk 60 tys. i 38%. Diesel 12 tys. i 15%. Benzyna 15 tys. i 20%. Hybryda 19 tys. i 19%. Próbujemy jeszcze ratować elektryka dopłatą „państwową” – 18/27 tys. zł (więcej firmy i duże rodziny – przyjąłem dzisiejsze zasady). Utrata wartości wyniesie wtedy 42/33 tys. zł . Nawet po dopłacie nowy elektryk nie zaczyna być konkurencyjny.

A może warto kupić egzemplarz używany? No cóż, tu na dopłaty liczyć nie możemy, niewielkie są także różnicę przy wyposażeniu. Dodatkowo elektryk i hybryda nie występowały jako wersje 4×4. Różnice w cenie nadal występują, bo 4-latek kosztuje: elektryk 95 tys. zł, hybryda 88 tys. zł, diesel 75 tys. zł, benzyna 65 tys. zł.

A co jeśli weźmiemy pod uwagę ceny paliwa na dystansie 60 tys. km (planowany przebieg przez 4 lata)? Elektryk, eksploatowany oszczędnie potrzebuje 13 KWh/100 km (mój rekord 6.8 Kwh/100 km na odcinku 40 km „z góry”), w lecie będzie to bliżej 12 KWh/100 km w zimie raczej 14-15 KWh/100 km. Hybryda spali 5.5 l/100 km. Diesel zadowoli się 6.5 l/100 km, a mała benzyna potrzebuje 7 l/100 km. 4-letnie koszty paliwa wynoszą:

  • elektryk (same ładowarki – 20 tys. zł, połowa z gniazdka domowego – ok. 13 tys. zł, 3/4 z gniazdka – 10 tys. zł, połowa z FV – 10 tys. zł, 3/4 z FV – 5 tys. zł, wszystko z gniazdka – ok. 6 tys. zł, wszystko z FV -0 zł).
  • hybryda – ok. 21.000 zł,
  • benzyna – ok. 27.000 zł,
  • diesel – ok. 24.000 zł.

Przyjmując podobne koszty pozostałych elementów (przegląd, naprawa, ubezpieczenie) ok. 10 tys.zł/4 lata nowy samochód elektryczny wypada gorzej. Przy moim sposobie eksploatacji (ok. 1/4 pochodzi z płatnych ładowarek, a 1/4 z gniazdka a połowa z FV) – ok. 7 tys. zł. Dlaczego? Ponieważ przeważa utrata wartości. Mamy bowiem:

-elektryk (7 tys. „paliwo”, 10 tys. eksploatacja, 60/42/33 utrata wartości w zależności od poziomu pomocy państwa) – 77/59/50 tys. zł,

-hybryda (21 tys. paliwo, 10 tys. eksploatacja, 12 tys. utrata wartości) – 43 tys. zł,

-benzyna (27 tys. paliwo, 10 tys. eksploatacja, 8 tys. utrata wartości)- 45 tys. zł,

-diesel (24 tys. paliwo, 10 tys. eksploatacja, 5 tys. utrata wartości)- 39 tys. zł.

W takiej sytuacji, nowy elektryk broni się wyłącznie, gdy weźmiemy pod uwagę spore dopłaty państwowe i ładowanie darmowe (koszt 43 tys. zł) ew. zakup używki. Dlaczego więc wybrałem (przynajmniej czasowo) wersję elektryczną, a nie diesla wychodzącego najtaniej? Proste – w moim przypadku utrata wartości po roku/dwóch latach będzie minimalna, ponieważ kupiłem 10 tys. zł poniżej ceny rynkowej. W tym czasie (1 rok) benzyna (na wolnym rynku) straciłaby 5 tys. zł, a pozostałe wersje proporcjonalnie). Inne były ceny paliw (benzyna i diesel droższe o ponad 1 zł/litrze, a prąd 0,6-1,7 zl/KWh – obecnie 0,8-2,9 zł/KWh). W przypadku aut używanych koszty eksploatacji przesuwają się na niekorzyść diesla i turbobenzyny (więcej skomplikowanych elementów).

Tylko w takim wariancie elektryk ma ekonomiczny sens.