Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 48 – Oszczędny Milioner

Rozliczenie mieszkania w górach, po 6 latach użytkowania.

Grudzień stanowi dla wielu czas podsumowań. Dla mnie też. Dzisiaj skupię się na zakończonej inwestycji-przyjemności – mieszkaniu w górach. Miałem je równo 6 lat, ot tyle by przy sprzedaży nie płacić podatku od zysku. Jak wyszło?

Prowadzę w tym punkcie rzetelne rachunki.

Początkowa cena nabycia wyniosła 200.000 zł. Do tego musiałem dodać jeszcze koszty notarialne, jakieś zakupy i zrobiło się 220.000 zł. Jeśli policzę koszty kredytu bankowego, regularnie nadpłacanego, dodaję jeszcze kolejne 20.000 zł, otrzymując wynik 240.000 zł. Cena sprzedaży wyniosła 450.000 zł. Na samym wzroście wartości zysk wyniósł 210.000 zł, czyli 35 tys. zł/rocznie.

Koszty eksploatacji równoważyłem drobnymi wpływami z najmu – „na koszty” branymi od obcych. Swoim bliższym i dalszym znajomym dawałem klucze za przysłowiowy uścisk dłoni.

Na miejscu spędzałem z najbliższą rodziną ok. 50 dni rocznie – od 25 do 90 dni. Do ogólnego rachunku doliczam jeszcze zatem odpowiednik opłat za analogiczny apartament wynajmowany na warunkach komercyjnych. Zaoszczędziłem ok. 15.000 zł/rok.

Łącznie mieszkanie przyniosło mi więc 50 tys. zł/rok, co daje stopę zwrotu na poziomie 25% początkowej wartości. Uważam, że nieźle.

Z „mojego miejsca w górach” nie wyprowadzam się całkiem. Zostaje mi jeszcze działka, której wzrost wartości (podobnie ok. 6 lat) był jeszcze bardziej imponujący ze 160 tys. zł (z kosztami notarialnymi, montażem wody, bramy itp.) mógłbym dzisiaj uzyskać ok. 400 tys. zł, jeśli nie lepiej. Planuję wybudowanie małego domku, który ma mi zastąpić mieszkanie. Szacowany przez znajomych górali koszt – 100-120 tys. zł (zgłoszenie do 35 m2 plus antresola). Zobaczymy, co da się zrobić w praktyce. Kolejną opcją pozostaje domek holenderski, własnoręcznie sklecona „górska chatka”, mały kamper. Zobaczymy.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część III -W jakim kierunku skierować karierę zawodową, żeby przyzwoicie zarabiać za 10-15 lat.

Kiedy zacząłem myśleć o tym wpisie, przez głowę przeszły mi rady pokolenia moich rodziców i teściów. Brzmiały one: Kończ studia i dostaniesz dobrą pracę. Trzymaj się jej, a będziesz miał dostatnią emeryturę. Jako przyszłościowe kierunki wskazywano: medycynę, prawo, zarządzanie, ale każdy dyplom magistra gwarantował, według tej filozofii, powodzenie. W efekcie młodzi szli na prywatne uczelnie, kształcące humanistów (najtaniej), socjologów, psychologów, z których większość nie miała pracy. Stąd stereotyp absolwenta socjologii na zmywaku w knajpie lub na kasie w markecie. Dlaczego?

Ponieważ ta rada bazowała na czasie przeszłym. Ludzie wchodzący na rynek pracy w latach 90-tych, jeśli zdobyli magistra i umieli angielski robili bajeczne kariery w korporacjach. Szybko, przed 30-tką zarabiali lepiej od rodziców. Sam miałem kolegę, który rzucił studia na SGH, bo jako student dostał pracę w funduszu inwestycyjnym jako zarządzający. Tak to działało. Ale już nie działa. Od 20 lat nie działa.

Dlatego, trzeba wymyślać własną drogę na nowo. A zatem moje rady.

Raczej zapomnij o medycynie i prawie.

Oba te kierunki wymagają poziomu wiedzy i dyscypliny niespotykanego gdzie indziej. Żeby dostać się na medycynę musisz mieć dwa-trzy rozszerzenia na poziomie 80%. Ile znasz takich osób? Oczywiście możesz zawsze pójść do Rydzyka lub na inną „słynną” uczelnię. Tam przyjmują wszystkich. Tylko albo poziom dramatyczny (nie zdasz na specjalizację, a bez niej jesteś nikim), albo wywalą połowę po 1 roku.

Kierunki medyczne nielekarskie mają się nieco lepiej. Poziom odrobinę niższy (choć dalej wysoki) na takiej fizjoterapii, pielęgniarstwie itp. Pensje niezłe, ale roboty multum. Większość pracuje po 250-300 godzin w miesiącu (standardowy miesiąc to 170 godzin). Takie są standardy – także wśród lekarzy. Albo pracujesz jak robot i zarabiasz kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, albo dostajesz trochę powyżej średniej.

Prawo – tragedia. Dostać się łatwiej, ale… bez aplikacji na rynku zarabiasz niewiele (jak lekarz bez specjalizacji), chyba że pracujesz na uczelni (ułamek absolwentów – 3-4 osoby z 300-osobowego roku).Z aplikacją radcowską/adwokacką na początku klepiesz biedę. Przyzwoicie zaczynasz zarabiać po 35 r.ż i tylko wtedy, gdy jesteś dobry (oraz masz szczęście). Rynek został zabetonowany. Podobnie w sądach, prokuraturach, notariacie. Albo masz rodzinę, wielki łeb (jak prof. Matczak), albo nie próbuj.

Kierunki matematyczne.

Jeśli masz zdolności – rozważ. Coraz mniej osób uczy się matmy, a w niej jest przyszłość. Można pracować jako w IT, w sektorze finansowym, ubezpieczeniach. W każdej z tych branż pensje są ponadprzeciętne. Zresztą nawet dobry nauczyciel matematyki spokojnie żyje z korków, a bez większego stresu. Każde korpo przyjmie matematyka z otwartymi rękami i… nieźle mu zapłaci.

Orientując się w liczbach łatwiej odnajdziesz się we własnych inwestycjach. Klucz do oceny ryzyka – rachunek prawdopodobieństwa – przecież czysta matematyka.

IT

Branża IT, zwłaszcza programowanie stale się rozwija. Oferuje, w największym chyba procencie, pracę zdalną. Czyli dasz radę dokonać optymalizacji geolokalizacyjnej – zarabiać w dolarach, funtach, euro, a wydawać w złotówkach, a nawet bahtach. I ta pensja. Nie jest niczym nadzwyczajnym trzydziestolatek z dochodami 10-20 tys., ale Euro.

Nie każdy jednak ma zdolności do skończenia powyższych kierunków. Co wtedy robić?

Skup się na byciu doskonałym rzemieślnikiem

Gdybym nie miał szkoły lub zaczynał teraz – poszedłbym właśnie w tym kierunku. Rzemieślników brakuje, nie ma komu robić. Tak zapomniane zawody jak kowal czy stolarz, świetnie sobie radzą.

Podobnie warto starać się zostać dobrym mechanikiem samochodowym, blacharzem itp. Wszelkie zawody budowlane także nie umrą z głodu.

Pamiętaj o złotej zasadzie inwestycji

Wszyscy wielcy rozwoju osobistego podkreślają – najlepszą inwestycją z najwyższą stopą zwrotu i najmniejszym ryzykiem jest inwestycja w siebie. W sensowne kwalifikacje, rozwój intelektualny, zdobywanie nowego, dobrego i interesującego zawodu. Ona będzie procentować przez dziesięciolecia (czasami 30-40 lat). Mój kumpel ma ojca lekarza, który przestał pracować w wieku 85 lat i tylko dlatego, że zaczął mieć problemy z chodzeniem. Dalej miał propozycje zawodowe, dalej działa mu głowa. Ja, zdobywając kwalifikacje w wieku 37 lat (czyli minęło już 10 lat), zarobiłem dodatkowo +100% rocznie, w tym samym czasie, oraz znacznie ułatwiłem sobie prowadzenie działalności gospodarczej.

Życie samowystarczalne sprzed stu lat. Co kupowała chłopska rodzina?

Lektura „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak pokazuje nam dobitnie, może nawet zbyt mocno, jak samowystarczalne były w praktyce chłopskie gospodarstwa z Dwudziestolecia. Przyczyny tkwiły zarówno w ubóstwie (Wielki Kryzys, mało ziemi) jak i odwiecznych przyzwyczajeniach. Lista rocznych (sic!) zakupów przedstawiała się następująco:

  • 18 kg cukru,
  • 78 kg soli,
  • 10 sztuk cukierków,
  • herbata 200g (podano tylko wydatek, mnie udało się dotrzeć do cenników i przeliczyć),
  • przyprawy kuchenne za 4,5 zł (nie wiem jakie, ale orientacyjnie pewnie podobna ilość jak herbaty),
  • 15 sztuk śledzi,
  • pieczywo za 2,8 zł (ok. 8 bochenków po 1 kg chleba lub kilkanaście bułek, ponownie przeliczałem),
  • 300 g kawy (moje własne wyliczenia).

Za to wszystko zapłacono ok. 60 zł. Rodziny z dziećmi kupowały jeszcze przybory szkolne, a mężczyźni – tytoń i wódkę. Co jasne, przedstawiona lista wydatków, dotyczy rodziny ubogiej. Jak widać na tej liście nie ma ani tłuszczów ani mięsa, ani środków czystości. Najprawdopodobniej w ogóle ich nie używano lub dokonywano wymiany barterowej (np. jajka za mydło). Z kolei mydło, mąkę, masło, mleko albo produkowano albo unikano ich spożywania, przeznaczając na sprzedaż.

Spróbujmy przeliczyć te dane na dzisiejsze warunki:

  • cukier 120 zł,
  • sól 160 zł,
  • cukierki 8 zł,
  • herbata – 20 zł,
  • kawa – 30 zł,
  • śledzie 50 zł,
  • pieczywo 100 zł,
  • przyprawy 50 zł.

W sumie 538 zł, a więc ok. 45 zł/miesięcznie. Jasne, dzisiaj takie życie okazałoby się kompletnie niemożliwe. Sam, mając do dyspozycji taką sumę pieniędzy zupełnie inaczej rozłożyłbym wydatki. Uderza mnie spora ilość soli, ale z pewnością użyto jej do konserwacji mięsa, nie tylko do poprawy smaku. W tym celu moja rodzina potrzebuje może 8 kg/rok, a nie 10 razy więcej.

Warto jednak spojrzeć na te dane, aby zobaczyć, jak zmieniło się nasze życie. Nawet w wersji „wiejskiej”okazuje się znacznie bogatsze.

Opłacalność produkcji prądu z… drewna.

Cały czas myślę, o ograniczeniu kosztów funkcjonowania mojej rodziny, w zmienionych warunkach ekonomicznych. Jednym z ciężko znoszonych i nieprzewidywalnych czynników pozostają ceny prądu. Wprawdzie obecnie zarówno zużycie miejskie, jak i możliwość korzystania kilku limitów tzw. tarczy ochronnej nie pozbawiają mnie jeszcze środków na życie, ale ceny po 1.5 zł/KWh powoli stoją za progiem. Czy alternatywą dla nich, zwłaszcza w mieście, gdzie opłacalność montażu instalacji FV bez dużej autokonsumpcji ew. magazynowania, przy obecnych zasadach rozliczenia, wydaje się niemożliwa, może stać się gaz drzewny? Widziałem agregaty na takie paliwo, widziałem tez generatory ze zrębków drewna.

Jak to wygląda w liczbach. Różne źródła podają odmienne dane. Sprzedawcy twierdzą, że należy zastosować przelicznik 1 kg drewna – 1 KWh prądu, ale ja ufam raczej tym, którzy piszą o 1.5 kg na 1 KWh. Nie powtarzając obliczeń zwracam uwagę na: wilgotność drewna (nie 0 a 15%), straty na korę, straty masy przy suszeniu (w nadleśnictwie kupujemy świeżo ścięte z wilgotnością nawet pow. 50%, podobnie pozyskujemy we własnym ogrodzie), instalacja ma straty itp. Trzymajmy się więc 1.5 kg/ KWh.

Jaki będzie koszt paliwa? No cóż. Tutaj znowu nie ma tajemnic. Jeśli dokonujemy wycinki na własnej działce (a ja mam taką możliwość) – koszt paliwa do piły, oleju, łańcucha, amortyzacji, rozdrobnienia – coś ok. 50 zł/m3 czyli 750 kg drewna świeżego (650 kg wysuszonego). W takim stanie rzeczy to 7gr za kg i 11 gr/KWh . Znacznie taniej niż w elektrowni.

Gdybyśmy jednak musieli dokonywać zakupu. Licząc nawet po 100 zł (ze zwiezieniem i przygotowaniem, tzw. gałęziówki (lepszej nie trzeba – i tak robimy zrębki), suma podnosi się dwukrotnie – do 14 i 22 gr/KWh.

Do tego musimy dodać koszt instalacji i tu robi się problem. Sam gazyfikator kosztuje 60 tys. zł. Do tego jeszcze agregat prądotwórczy większej mocy i stabilny – 10.000 zł. Razem 70.000 zł. Rozkładając użyteczność na 20 lat (optymistyczne), uzyskujemy przy 5% wartości odsetek ok. 7000 zł rocznie (3500 zł amortyzacja, 3500 zł/odsetki). Nawet zakładając wytwarzanie ok. 12.000 KWh rocznie (dużo za dużo na domowe potrzeby, chyba że mamy pompę ciepła). dochodzimy do 0,8 zł/ KWh energii elektrycznej. Jak na razie mało opłacalne. A w warunkach domowych – nieopłacalne.

Pomysły niemieckiej lewicy na porządek we własnym kraju.

Ostatnio przeczytałem dwie książki „Buddenbrooków” Tomasza Manna i „Wir Erben” Julii Friedrichs. Zbiegiem okoliczności obie traktują o tym samym – niemieckiej rodzinie i porządku dziedziczenia.

O ile przyszły noblista, dwudziestopięcioletni Mann pisze z ogromną wrażliwością, bazując na doświadczeniach własnej rodziny, o tyle Friedrichs, mimo że sporo starsza (o dekadę w dacie wydania książki) omawia rzeczywistość z pozycji niemieckiej lewicy. Pomijając różnicę gatunków, „Buddenbrooków” czyta się po prostu lepiej, ponieważ bohaterowie nie zostali narysowani w tak strasznej czarno-białej konwencji. Mann skłania nas do refleksji nad nieszczęśliwym życiem Tony i Hanno, oraz powodzeniem Jana i Jeana. Bracia Christian i Tom, mimo iż wybierają zupełnie inną drogę, kończą równie tragicznie. Czyli mamy piękny język, trudne dylematy i tytułowy upadek rodziny.

Wracam jednak do „Wir Erben”. Już sam tytuł „My, spadkobiercy” (książka nie doczekała się polskiego tłumaczenia) brzmi pretensjonalnie i każda opowieść taka jest – ma udowodnić tezę – spadki są niesprawiedliwe społecznie, a dodatkowo przynoszą nieszczęście samym spadkobiercom więc należy je opodatkować. Argumenty na tę tezę – no cóż logicznie słabe. Nie pomaga podparcie się Mannem czy Piketty’m, ponieważ autorce zwyczajnie brakuje zdolności myślenia przyczynowo-skutkowego. Brnie więc ślepą uliczkę schematu rodem z „Faktu” a w zasadzie „Bilda”.

Opowieść pierwsza.

Tylko dziedziczące i obdarowywane dzieci klasy zamożnej mogą sobie pozwolić na własne mieszkanie. Reszta będzie wynajmować. W tym miejscu człowiek myślący wieloaspektowo zapyta : Jaki jest związek pomiędzy cenami mieszkań w modnych dzielnicach Berlina (pada nazwa Kreuzbergu – odpowiednik warszawskiego „Zbawixa”), a darowizną od tatusia? Czy w ogóle da się wskazać powiązanie tych dwóch zjawisk – wzrostu cen nieruchomości i opodatkowaniem spadków? Przecież nie, one dzieją się niezależnie. Autorka w ogóle tego nie dostrzega.

Opowieść druga.

Alternatywka dostała od dziadka na 18-tkę, pół miliona Euro, ale żeby nie wyróżniać się wśród znajomych, nadal wynajmuję. I znowu, jaki z tego wniosek? No żaden. Pół miliona leży sobie w banku i od dwudziestu lat prawie nie pracuje. Czy właścicielka ma z tego jakiś zysk? Niewielki (nawet w sensie przenośni). Czy społeczeństwo korzysta? Też nie. Więc kto? Przecież banki. Friedrichs rozpływa się jednak nad szlachetnością gestu.

Obie historie łączy jedno – darczyńcy są typowymi przedstawicielami klasy średniej. Dobrze zarabiali, żyli oszczędni i teraz mogą wspomóc swoje dzieci/wnuki. Nie ma mowy o żadnych krezusach. Czy to ich wina, że Niemcy w 70% mieszkają „na wynajmie”? Oni tylko wykonywali swoje obowiązki, leczyli ludzi, byli inżynierami, bankierami, prawnikami, nauczycielami.

Opowieść trzecia.

Zapnijcie pasy, bo teraz zaczyna się ciekawie. Dochodzimy do grubych ryb. Dziedziców fortun. Pokazane jest krzywe zwierciadło procesów o majątek, gorszących wybryków, czarnych owiec itp. Wszyscy skłóceni, nieszczęśliwi i do tego irytująco (lewicę) bogaci. Czy ich spadkodawcy kasę ukradli albo robili interesy po znajomości i pod osłoną służb (jak nasz dr JK, tym razem nie mam na myśli „tego Prezesa”), wzbogacili się przez konszachty z NSDAP? Nie, podobnie jak Jean Buddenbrook ciężko pracowali, startując z poziomu klasy średniej czy drobnomieszczaństwa.

Teza – wszyscy bogacze to dranie (trzy żony, siedmioro dzieci, skaczących sobie z wnukami do oczu), a spadkobiercy albo lenie albo melepety bez jaj, albo ofiary albo przestępcy. Zarobią prawnicy, opiekunki (które przez łóżko awansują na pozycje ostatnich żon starca).

Opowieść czwarta.

Zawiera historię rodem z brukowca. Tu siostrzeniec zabija bogatą ciotkę, tam pasierb ojczyma i przyrodnią siostrę. Wszystko podlane analogią do Kaina i Abla. W domyśle, jeśli rodzice dranie, to dzieci nie lepsze. Naprawdę. Tej jednostronnej narracji nie da się czytać. Tu zero statystyk. Ilu spadkobierców popełnia taką zbrodnię? Czy klasa niższa nie morduje się dla spadku? Czy istnieje jakikolwiek (i jaki) związek pomiędzy przestępczością a poziomem dziedziczonego majątku?

Wniosek

Dochodzimy do finału. Pojawiają się Rockefellerowi i teza – spadki są złe. Trzeba je wysoko opodatkować (czy wtedy staną się lepsze?) podobnie jak darowizny. Niech rządzi merytokracja, każdy musi sam na siebie zarobić. Zero logiki. Skoro bohater pierwszej opowieści opowiada wyraźnie – wybrałem zawód muzyka, bo rodzice sypnęli kasą i nie musiałem się sprzedać i miałem „złotą siatkę ochronną”, to czy lepiej żeby zdolny muzyk komponował, czy ma siedzieć w banku, bo lepiej płacą?

Co społeczeństwo zyska, jeśli opodatkuje spadki? Tu nie ma odpowiedzi poza „będzie sprawiedliwiej”. My wiemy. Bo żyliśmy w komunie. Ludziom stopniowo przestanie się chcieć. A czy spadki są źródłem nierówności? Nie są. Nie trzeba być wyjątkowo przenikliwym – wystarczy przeczytać wspomnianych na początku „Buddenbrooków”. Dwa pokolenia pięły się w górę i korzystały z firmy. Jedno schodziło w dół. Ostatnie skończyło w biedzie.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.

Pierwsza część poświęcona inflacji miała charakter rad. Dzisiaj pokażę twarde wyliczenia – w czterech opcjach. Catering dietetyczny, kupowane jedzenie na dwa obiad, wszystkie „domowe”, oraz ostatni z własną produkcją. Ciekawi różnic?

Catering dietetyczny.

Przyjmuję cenniki z tej firmy – https://www.zdrowycatering.pl/tani-catering-dietetyczny/lublin/ jako pewne minimum. Dla wegan 41 zł dziennie (czyli ok. 1200 zł miesięcznie) z 3 posiłkami, np. takimi jak

Śniadanie

Śniadaniowa zapiekanka na słodko z twarogiem i owocami

Obiad

Tofu w sosie BBQ z ryżem brązowym i pieczonymi warzywami z sezamem

Kolacja

Zapiekanka makaronowa z warzywami

Generalnie nic wielkiego.

Kiedy przejdziemy do popularnej diety KETO ekonomicznej (za 49 zł dziennie czyli 1500 zł/miesięcznie) za 3 posiłki mamy:

KETO ŚNIADANIE

Sałatka jarzynowa z bułeczką migdałową

KETO OBIAD

Golonko z kapusta zasmażaną

KETO KOLACJA

Keto pizza góralska z serkiem górskim i boczkiem

Nie muszę Wam chyba tłumaczyć, że po takim jedzeniu, ja chodziłbym głodny, zwłaszcza pomiędzy śniadaniem a obiadem.

Ale nie marudźmy skupmy się na liczbach: VEGE 1200 zł, KETO 1500 zł. Za parę już, odpowiednio 2400 i 3000 zł.

Kupowanie posiłków na obiad

Teraz postaramy się te dania przeliczyć na kasę z założeniem, że obiad kupujemy.

Paradoksalnie wyjdzie jeszcze drożej, chyba że porcje są mikroskopijne. W ulubionej mojej golonkarni „Taurusie” lub „Gospodzie Nisko” zjadam porcję golonki za 40 zł. 9 zł z pewnością nie wystarczą na pizzę z boczkiem i oscypkiem oraz sałatkę jarzynową, ale policzmy. Oscypek 3 zł, boczek (10 dkg) 3 zł, reszta pizzy 3 zł, bułka migdałowa 2 zł, sałatka jarzynowa (0,3 kg jarzyn + majonez) – 2 zł. Razem 53 zł dziennie, czyli 1590 zł miesięcznie na osobę. Może wegetarianie mają lepiej?

Obiad niech kosztuje 20 zł (to chyba takie minimum). Do tego dwie zapiekanki – makaronowa i ryżowa. Niech będzie po 100 g ryżu i makaronu (2 zł), 0,2 kg warzyw (1 zł) , 0,2 kg owoców (1 zł) , twaróg (1,5 zł). Wyjadą nam solidne porcje za 5,5 zł. Razem mamy 25,5 zł. I tu okaże się taniej niż catering (765 zł/miesiąc/osoba).Przy dwóch 1330 zł.

Gotowanie w domu.

Już mamy pewne dane. Musimy tylko skalkulować obiady.

Keto-fan zje śniadanie i kolację za 13 zł. A golonkę z kapustą? Niech będzie 10 zł ( 400g golonki 8zł, kapusta 1 zł, jakieś przyprawy, 2 kromki chleba). Dzienny wydatek? 23 zł. Miesięcznie 690 zł. Na dwie osoby 1380 zł. Znacznie taniej niż kupując obiad czy korzystając z cateringu.

Wege potrzebuje na śniadanie i kolacje 5,5 zł. A obiad? Tofu w sosie BBQ z ryżem brązowym i pieczonymi warzywami z sezamem? Tu skorzystałem z wyszukiwarki i wyszło mi 10 zł (gotowca można kupić za 16 zł z serii „Kuchnie Świata”. Mamy więc 15,5 zł/dzień. Ok. 465 zł na osobę i 930 zł na dwie.

Gotowanie w domu z własnych produktów.

Tu mamy pewną zagwozdkę. Nie jestem ekspertem kulinarnym, a raczej analfabetą, ale soi, brązowego ryżu czy golonki w bloku nie wyhodujemy. W ogrodzie zresztą też nie. Stąd część produktów trzeba jednak kupić. Popatrzmy jak dużo.

Wegetarianin ma łatwiej. Na śniadanie i kolację dokupi tylko materiały na twaróg i ryż (1,5 zł), a na obiad: sezam, soję na tofu, brązowy ryż, jakieś składniki na bbq – mnie wyszło 6 zł. Czyli damy radę przeżyć za 7,5 zł dziennie. To 225 zł/miesiąc. Przypominam catering kosztował 1200 zł.

Dieta Keto oparta jest na mięsie i warzywach. Bułeczka migdałowa i sałatka jarzynowa mogą zostać zrobione w całości w domu. Wystarczy kupić migdały (30 g na dwie porcje) i jajka (3 szt), jakiś proszek do pieczenia itp. W sumie ok. 2 zł za osobę i mamy śniadanie. Warzywa, olej, orzechy zioła – swoje. Z obiadem i kolacją już nie pójdzie nam tak łatwo. Do tego pierwszego – możemy mieć własną kapustę, ale golonkę (8 zł) musimy kupić. Z pizzą góralską pójdzie nam łatwiej – własna mąka, olej, warzywa, zrobiony z mleka oscypek (niech będzie mleko krowie – 1,5 zł), ale boczek (3 zł) już trzeba kupić. Razem koszt diety – 14,5 zł dziennie czyli 435 zł/miesięcznie na osobę (870 zł (na dwie).

Napoje.

Ani catering, ani restauracja, ani nasza dieta nie zawiera napoi. Ja wybieram herbatę, kawę i mleko i staram się (ze 100% skutecznością) zmieścić w 2 litrach płynów dziennie (około 3 kawy z mlekiem i 4-5 herbat). Jeśli płacimy tylko za ziarna kawy (50 zl/kg – tj. 0,5 zł za kubek) i mleko (0,3 l dziennie 1 zł). Dodajemy do wyceny 1,5 zł/dzień/osobę tj. 45 zł/miesiąc. Jeśli dokupujemy herbatę musimy jeszcze doliczyć 0,75 zł/dziennie czyli 23 zł/miesięcznie. Razem 68 zł/osoba.

W knajpie będzie drożej (nawet jeden sok/kawa bezmleczna/herbata/piwo do obiadu kosztuje 8-10 zł). A resztę w domu i tak trzeba zrobić. Razem 78 zł/osoba.

Podsumowanie.

Poniżej w tabeli zestawiam wszystkie dane. Porównałem dane już z napojami (zakładając, że przy cateringu robimy je w domu).

Catering dietetycznyObiad kupowany w barzeWszystko robione w domuMaksymalnie dużo własnych produktówRóżnica (najdroższe - najtańsze)
Jedzenie 1 osoba (wege)126816985332931405
Jedzenie 1 osoba (keto)156819587585031455
Jedzenie 2 osoby (wege)2536339610665862810
Jedzenie 2 osoby (keto)31363916151610062910

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.

Dzisiaj kolejny z wpisów 25+. Generalnie skierowany do pokolenia 25-35 lat, ale może też okazać się przydatny dla starszych, ponieważ zawiera uniwersalne rady dotyczące radzenia sobie w dobie inflacji.

Najpierw – co rozumiem pod pojęciem „życia”. Generalnie wydatki na potrzeby takie jak: jedzenie, chemia, kosmetyki. Na każdym z nich (poza kosmetykami) nieźle się znam. Zaczynamy.

Pomysł 1 – Produkuj. Zasada wydaje się prosta i zrozumiała dla każdego – produkujesz, nie musisz kupować. Koszt produkcji pozostaje niewielki (poza ceną własnej pracy), a satysfakcja ogromna (wiem z własnego doświadczenia). Na blogu opisywałem wiele razy mój ogród warzywno-sadowniczy na wsi. Warto zaznaczyć, że stosuję w nim zasadę 100% bio (zero nawozów sztucznych, zero oprysków). Czyli jest nie tylko tanio, ale i zdrowo. Coś, co zetki lubią najbardziej.

No dobrze, ale ja mam 3000 m2 działki ogrodniczej, a Ty nie masz nic. Gdzie więc ta produkcja? Cofnijmy się do wpisu o mieszkaniu na wsi i w mieście. Na wsi, to chyba oczywiste, nawet działka 1200 m2, uprawiana intensywnie, da spore plony. Jeśli zaczniesz nawozić sztucznie – jeszcze większe. Jeszcze raz powtarzam – przeczytajcie sobie o eksperymencie Darvaesów – niecałe 400 m2 i prawie 3 tony żywności. W Kalifornii, ale nawet jeśli będziesz miał o 2/3 mniejsze zbiory…. Tona ma 1000 kg, a da się ją uzyskać z 400 m2.

Jeśli wybrałeś mieszkanie, do produkcji przeznacz balkon i parapety. Dobre i 10 m2 (30 kg).

Może masz babcię na wsi, pewnie chętnie wydzieli Wam ogródek. Moi rodzice byliby zachwyceni, gdybym ja w wieku 20 lat interesował się robotą w sadzie. Wtedy wcale o tym nie myślałem. Teraz powtarzam sobie zdanie znajomego ogrodnika – z wiekiem człowieka ciągnie do ziemi.

Ci, którzy zdecydują się na wieś, znajdą się w uprzywilejowanej sytuacji. Mogą poszaleć. Nie muszą wcale skupiać się na intensywności. Mają przestrzeń.

Produkuj znaczy też – zrób sto sam. Piecz chleb (zdrowszy i tańszy niż kupiony). Przygotowuj przetwory na zimę, nawet z kupionych owoców i warzyw. Zrób swoje wędliny a nawet … alkohol.

Pomysł 2 – kupuj na giełdzie ogrodniczej i od producenta. Miasto ma jedną paskudną cechę, dlatego żywność stała się w nim tak droga – nitkę pasożytów. Nic nie tworzą, a zabierają swoją cząstkę. Ci „jeźdźcy inflacyjnej Apokalipsy” to:

  • pośrednicy,
  • sieci sklepów,
  • państwo,
  • spółki energetyczne i paliwowe,
  • banki.

Każdy z nich urwie swój kawałek i z 1 zł u producenta, robi się 5 zł w sklepie. Pewnych elementów składowych ceny końcowej nie wyeliminujesz, chyba że podejdziesz poważnie do produkcji. Nawet rolnik płaci za prąd, podatki, KRUS, odsetki bankowe. Gros jednak zabierają pośrednicy i sieci sklepów.

Stąd moja propozycja jest prosta: zaprzyjaźnij się z rolnikami, wybierz na giełdę ogrodniczą (nie miejski ryneczek – takie giełdy są w większych miastach, a w mniejszych targi), do sklepu firmowego producenta. Tam żywność kupisz za znacznie niższe kwoty i lepszej jakości. Ja tak robię i potrafię oszczędzić połowę albo nawet 2/3 ceny sklepowej.

Teraz sklepy firmowe. W pewnym mieście istnieje mleczarnia. Robi dobry ser, który kupisz w sieciach handlowych za 36 zł/kg. Moja koleżanka mieszka w tym mieście i przywozi nam ser od producenta (wstępuje przed pracą i ładuje torbę). Wiesz za ile można kupić 800g tego samego sera co w sklepie? Za 12 zł czyli 15 zł/jkg. Dobrze czytasz – 15 zł zamiast 36, ten sam ser. Nie zawsze będzie tak różowo (sklep firmowy innej mleczarni, ulokowany w mieście musi: płacić wyższe pensje pracownikom, czynsze rentierom, nabijać kabzę Orlenu (transport) itp.itd. W efekcie ma ceny niższe o 20% niż w Biedronce. Dobre i 20%. Ale popatrz dalej.

Pomysł 3 – porównuj ceny. Kupujemy w marketach, bo wygodnie i tanio. G…. prawda. Owszem tanio, ale tylko w promocji. Nawet sieci sklepów drastycznie różnią się cenami (popatrz koszyk portalu dlahandlu.pl) pomiędzy sobą. No więc zostaje wygodnie. A nasze babcie, a Wasze prababcie? Po mięso szły „do rzeźnika”, po chleb „do piekarni”, po warzywa i owoce – na targ. Wielki handel i jego sprzymierzeniec Matrix powoli niszczą niewielkie biznesy. Bierzmy w tym jak najmniejszy udział. Porównujmy ceny. Jeśli na targu, giełdzie jest taniej – idźmy tam. Jeśli mięso damy radę kupić w ubojni czy jej sklepie firmowym, nie kupujmy go na tacce w markecie. Owoce -pojedźmy do sadu. Warzywa – na pole (co w Małopolsce ma zupełnie inne znaczenie).

Wykorzystujmy Matrixa. Jeśli będzie sprzedawał na poziomie kosztów – straci po kolei wszystkie macki (jak bankrut Tesco).

Nie stawiajmy na wygodę, kupujmy tam gdzie taniej.

Pomysł 4 – korzystajmy z kuponów. Duże sieci handlowe wiedzą jak przyciągnąć klientów. Oferują kupony. Kiedyś fizyczne (oddzierane z kartki) – dzisiaj w aplikacji. W Lidlu/Biedronce możesz upolować banany za 2/3 zł kilogram, zamiast normalnych 7 zł. W ten sposób sporo oszczędzisz, a i polskiego rolnika nie zubożysz.

Klasyką literatury oszczędzania była wydana w USA przez naszą rodaczkę Amy Dacyczyn (wyobrażasz sobie Amerykanina, który próbuje wymówić to nazwisko?) „The Complete Tightwad Gazette” czyli newsletter porad z zakresu oszczędzania nawołujący m.in. do korzystania z kuponów, bardzo w tym kraju popularnych.

Pomysł 5 – nie kupuj 2-gich śniadań od „Pana Kanapki”, w „Green Cafe Nero” (zobacz sobie, kto jest właścicielem), wstąp do piekarni a najlepiej zrób w domu. Ja, jako dinozaur i kucharska ciemna masa, wybieram kanapki. Chleb – własny lub z taniej piekarni (kromka – 15 groszy, co daje 30 gr na kanapkę), plaster sera, własne warzywo, smalec lub masło i masz II-gie śniadanie za 1 zł. Kanapka z gorszymi jakościowo składnikami w sklepie – minimum 5 zł.

Hotdog z Orlenu kosztuje 10 zł, w Żabce nieco taniej. A to bułka (2 zł) i jedna parówka (1 zł). W sumie 3 zł i trochę sosu. Podgrzejesz sobie sam.

Pan Kanapka też się ceni. Jedno danie (sałatka, kanapka itp.) 10-20 zł. Moi koledzy biorą te rzeczy. Gdybym chciał pojechać David’em Ramsey’em – działa czynnik Latte. Dlatego oni mają kredyty na mieszkanie/dom i auto, a ja „nieco” więcej (mieszkań, nie kredytów).

Bananowa latte w kawiarni za rogiem kosztuje 25 zł. Ja zapłacę 30gr za mleko, 1,20 gr za banana (albo 40 gr w promocji – w kawiarni jest syrop o smaku bananowym, a nie banan), do tego 1 zł za kawę i mam za 2,5 zł nawet lepszy napój. Pożywny, a bez cukru. No dobra, za 34 zł kupiłem blender w Lidlu, tyle mnie to kosztowało ekstra.

Moja żona z koleżankami (jedna pokolenie 25+) nie ograniczają się do kanapek. Robią owsianki, sałatki itp. Inni przynoszą smoothie.

Pomysł 6 – wybij sobie z głowy „catering dietetyczny”. Och ci miłośnicy gotowców. Podam przykład syna. Potrzebuje 5000 Kcal dziennie. Nagabywał mnie o dietę pudełkową. Wszystko na czas. Zbilansowane. A koszty – 1200 zł w 2020 r., czyli przed pandemią (3000 Kcal, dochodziło jeszcze jedzenie z internatu). Nieźle. Teraz to raczej 1800 zł, nie kalorii. Czy wiesz, ile wydaje obecnie na jedzenie (przykład – obiadokolacja dla dwóch osób – 1kg mięsa i 500g makaronu + sos) obecnie? 900 zł plus sporadycznie torba od mamy. Pudełka są diablo drogie. Modne, ale kosztowne. Nie mają sensu, chyba że pracujesz od 5 do 22. Znacznie lepiej przygotować coś własnego.

Pomysł 7. Korzystaj z aplikacji w stylu „uratuj jedzenie. Ja sam mam zainstalowane dwie. Obok mojej pracy znajduje się miejsce – tani hotel, który między 11 a 17 oddaje resztki ze śniadania. Bez obawy, nie zbierają ich z talerzy lecz półmisków. Klasyka posiłku kontynentalnego w wersji szwedzki stół. W paczce za 10 zł mam: 1 croissanta (cena w Lidlu 2,5 zł, w kraftowej piekarni pewnie 2 razy tyle), 2-3 kawałki ciasta (babka piaskowa, biszkopt), 2-3 kromki chleba, do tego cała styropianowa wytłoczka (pewnie 30 dkg) sera, lepszej wędliny (szynka, salami), pomidora, ogórka, całe jajko na twardo. Odbieram po pracy i mam kolację, a sporo zostaje na śniadanie i kanapkę do pracy (croissanta i ciasto zjadły dzieci). Wartość takiej paczki w cenie sklepowej – przypuszczam, że pewnie ze 20 zł (sama wędlina i ser to ok.8-9 zł). Przy okazji robimy coś dla planety, bo inaczej wszystko wylądowałoby w koszu (sieciowy hotel nie poda tego następnego dnia).

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część I – nieruchomości. Zupełnie pozasystemowe pomysły.

Było już o mieście, o wsi – czas na pomysły wyskakujące poza skalę „typowych” ludzi i często nielegalne. Ceną za skorzystanie z nich, będzie w najlepszym wypadku wzruszenie ramion, łatka freaka lub dziwaka. W najgorszym pogarda i wizyta pań z MOPS-u, jeśli mamy dzieci.

Pomysł 1. Zakup mieszkania i spłacanie kredytu w wynajmu pokoi. Wszelkie programy dopłat rządowych, co do zasady koncentrują się na „pierwszym mieszkaniu” stąd popyt na kawalerki i lokale dwupokojowe. Ceny za m2 w większych gniazdkach znacznie spadają. Stąd 450-600 tys. zł za 2 pokoje i możliwe 480 tys. zł za 3 pokoje w podobnej lokalizacji. Nawet czynsz nie musi się istotnie różnić. W takiej sytuacji można myśleć o wynajmie. Jeżeli stawka za pokój wynosi 1200 zł, czynsz 680 zł, a rata 1800 zł, zajmując jedną izbę i dzieląc kuchnię i łazienkę z dwójką studentów oraz wkładając 100 tys. zł de facto mieszkamy praktycznie za darmo.

Pomysł 2. Zamieszkanie w garażu. Skoro nie mieszkanie, to może … garaż. Słyszeliśmy takie przykłady z USA. Jeśli garaż stanowi część domu (jak u mnie) sprawa jest łatwa. Mamy do czynienia z budynkiem mieszkalnym i trzeba tylko ocieplić, zachować normy. Zakup może polegać na zbyciu udziałów lub wydzielenie drugiego lokalu. Trudniej dokonać zmian tzw. zespole garażowym lub pojedynczym budynku, zwłaszcza spółdzielczym. Da się to zrobić – nielegalnie. Zostawiamy bramę, za nią stawiamy ścianę i drzwi i mamy, po ociepleniu od wewnątrz 20 m2 – odpowiednik małej kawalerki w standardzie lat 70-tych XXw. . W środku wygospodarujemy łazienkę (nie wszystkie garaże dysponują instalacją wodną, więc być może wodę trzeba będzie zbierać z dachu i korzystać z butli kupowanych w sklepie). Prąd jest (bojler do wody), gazu brak. Popatrzmy na cenę. Na moim (drogim) osiedlu – garaże chodzą za 65 tys. zł. Dokładając remont wyrobimy się w 120 tys. zł. Jakie napotkamy problemy? Wścibskich sąsiadów, kanalizację oraz ogrzewanie. Odpada gazowe (brak gazu), wszelkie piecyki (katalityczny, koza) pozostaje elektryczne – de facto mała klimatyzacja. Kanalizacji nie możemy spuścić do burzówki – pozostaje toaleta chemiczna i recykling szarej wody w celu jej ponownego wykorzystania. Nadwyżka – do gruntu lub małe szambo wywożone od czasu do czasu (schowane w kanale). Alternatywa – korzystanie z wc na stacji benzynowej w sąsiedztwie a prysznica na siłowni. Z sąsiadami i spółdzielnią jeśli mamy odrobinę szczęścia i zostawimy starą bramę pewnie sobie poradzimy. Problemów tych unikniemy kupując garaż w domku. Tam są już sieci gazowa, elektryczna, wodna i kanalizacyjna.

Pomysł 3. Zamieszkanie w lokalu użytkowym. Dlaczego tak? Ponieważ zazwyczaj dysponuje on pełnymi mediami (w tym ogrzewaniem), choćby namiastką łazienki i jest tani, pomimo że ocieplony. Jak bardzo? W moim mieście znalazłem takie „cudo” za 99 tys. zł. Powierzchnia 16m2 (14 m2 pokoju i 2 m2 łazienki). W zasadzie zrobić mini-aneks kuchenny i się wprowadzić. Czynsz? Też śmiesznie niski (to nie reguła) – czyli 50 zł. Jedyna wada – brak ogrzewania, ale da się wstawić klimatyzator. Czyli za 100 tys. wchodzimy i mieszkamy. Nielegalnie, oczywiście. Znalazłem też powierzchni ok. 100 m2 za 210 tys. zł, jeśli ktoś potrzebuję przestrzeni. Dla porównania, najtańsza kawalerka w podobnym standardzie i lokalizacji 270 tys. zł za 18 m2 – prawie 3 razy drożej.

Pomysł 4. Dom w ogródkach działkowych. Gruba nielegalność. Tu oficjalnie mieszkać nie wolno, a zarządy wyłączają na zimę prąd i wodę. Tyle teorii. W praktyce bywa różnie. Większość sąsiadów będzie zadowolona z lokatora na działce obok, o ile pilnuje zamiast kraść, nie brudzi, nie bałagani. Po pandemii ceny drastycznie wzrosły i teraz trudno znaleźć coś sensownego za mniej niż 20-30 tys. zł. Trochę za miastem może być łatwiej i taniej. Z wodą na działce, w zasięgu autobusu miejskiego znalazłem małą drewnianą altanę za 12 tys. zł. Wielkość posesji gwarantuje luz – bo ma ona 600m2. Podobne powierzchniowo działki, ale budowlane, kosztują w tej okolicy 400 zł/m2. Nie ma już bloga Henryka, o którym wielokrotnie wspominałem, więc trzeba mieć na uwadze następujące ograniczenia. Domki zazwyczaj są małe (6-12 m2), a maksymalnie 35m2, nieocieplone i tylko parterowe. Brakuje mediów (w zimie się je wyłącza). Jedyna zaleta – własny ogród i cena.

Pomysł 5. Pustostan. Mocno nielegalne i niebezpieczne. Nie kosztuje nic, ale osobiście wybrałbym jednak garaż, lub lokal użytkowy. Dlaczego? Po pierwsze, większość pustostanów znajduje się w dzielnicach „latających noży”. Łatwo komuś podpaść i nie mieć do czego wracać (kradzieże, podpalenia). Takie lokale mają też odcięte media (może działać jedynie kanalizacja).

Pomysł 6. Biuro. Jeśli pracujemy w niewielkiej firmie, a nie korporacji – może się udać. Warto zapytać szefa. Wielu zgodzi się – zyska darmowego stróża 24 h/7 dni. Zostaną nam opłaty za media (gdzie ich nie ma), a na pewno będzie ciepło. I nic nie musimy płacić na początek.

Pomysł 7. Miejski nomada. A kto powiedział, że w ogóle musimy mieć mieszkanie/dom? Na noc znajdujemy sobie pracę (nocna zmiana w piekarni, stróżowanie, parkingowy) w dzień koczujemy – trochę na siłowni, trochę w galerii, w jakimś barze, aucie. W lecie rozbijamy namiot w miejskim lesie lub budujemy tam ziemiankę. Gdy nadchodzą chłody mamy się gdzie zatrzymać.

Pomysł 8. Kamperowiec. Nie jestem zwolennikiem takiej opcji. Dlaczego? Z kilku powodów. Kamper, a nawet przyczepa są relatywnie drogie. Wolałbym już mieszkać w ROD pod miastem, gdzie zyskałbym kawałek ziemi i możliwość uprawy. Ogrzewanie także kosztuje sporo, bo wykorzystujemy drogie media – gaz LPG z butli. Zyskujemy wprawdzie prawie (poza wielkością) normalną kuchnię, własny prysznic, ale musimy się bardzo kryć. To oznacza przemieszczanie i kolejne koszty – paliwa. Stare kampery (a na takie nas stać) palą 12-15 l/100 km w trasie i 20 l/km w mieście. Do przyczepy musimy utrzymywać auto. Lokal użytkowy za 100 tys. zł okaże się znacznie tańszy i bezproblemowy w eksploatacji, a niewiele droższy w zakupie.

Jeszcze raz o PPK. Dlaczego podtrzymuje swoje stanowisko i co mówią inni.

W zeszłym roku napisałem o korzyściach z przystąpienia do PPK. Sam przystąpiłem do programu i jestem bardzo zadowolony. Jednak ostatnio, na fali proponowanych zmian (nowa koalicja) temat wrócił. Swoimi spostrzeżeniami podzielili się i Michał Szafrański i Piotr Kuczyński. Oba teksty tutaj: https://www.money.pl/emerytury/cwany-manewr-rzadu-z-ppk-flagowy-program-do-zmiany-opinia-6963743844485824a.html i tutaj: https://jakoszczedzacpieniadze.pl/ppk-pracownicze-plany-kapitalowe-swietne-i-fatalne .

Nie byłym sobą, gdybym ze wszystkimi tezami się zgadzał.

Bliżej mi nie ukrywam do Piotra Kuczyńskiego. Kwestionuje on quasi-przymusowy charakter programu (trzeba się wypisywać), co też uważam za pomyłkę wreszcie – ocenia program pozytywnie. Z drugiej strony popiera nadreprezentację spółek z WIG20 (z uwagi na ryzyko) z czym się nie zgadzam. Za nieistotny uważam spór semantyczny czy PPK to oszczędności czy może inwestycje. Jasne, autor ma rację – inwestycje, ale praktyczne znaczenie tych słów pozostaje niewielkie. Zupełnie inaczej niż twierdzenie, że nie można mówić o programie emerytalnym przy wypłatach 10-letnich, ponieważ winny być dożywotnie Tych. niedopowiedzeń, doskonałego skądinąd ekonomisty, nie pominę. Możemy ustawić sobie wypłaty 10-letnie i dłuższe, więc założenie przeżycia 100 lat (wypłaty 10 lat), spowoduje w rzeczywistości dożywotnie wypłaty dla 99% z nas, a nie 10-letnie. Zresztą, w istocie „emerytury” nie leży wcale wypłata aż do śmierci lecz, jak podaje Wikipedia „świadczenia te przyjmują zazwyczaj formę dożywotnich wypłat”. Zazwyczaj nie oznacza zawsze.

Podobnie Michał Szafrański – widzi wady, zalety, ale nie wszystkie jego argumenty do mnie trafiają. Wadą ma być to, że rzekomo PPK to „czarna skrzynka”. W przypadku PPK doskonale znamy strategię inwestycyjną, dywersyfikację pomiędzy klasy aktywów, regularnie publikowane są aktywa (np. jakie obligacje znalazły się w portfelu). Nie, nie nazwałbym tego programu czarną skrzynką.

Drugi zarzut dotyczy konserwatyzmu (przewaga obligacji i ścieżka schodzenia z akcji). Dla przeciętnego Kowalskiego uważam to za zaletę, nie problem. Kowalski ryzyka nie lubi i boi się go, więc po co go straszyć. Czytałem NOMADLAND i wiem jak wygląda strata 70% planowanej emerytury na 5 lat przed jej rozpoczęciem. Nikomu tego nie życzę. Mogę sobie wyobrazić, że w sytuacji p. Szafrańskiego, nie ma problemu, ale dla większości, mówimy o jedynych pieniądzach, poza ZUS-em.

Szczegółowa analiza opłat, to taki znak firmowy blogera. Wygląda fenomenalnie, ale wnioski są już moim zdaniem błędne. Nie ma co straszyć nierynkowymi średniki stawkami za zarządzanie itp., skoro wysoki TER (suma opłat) mają 3-4 zupełnie niszowe fundusze i one zawyżają średnią. Rynkowi liderzy, w tym najpopularniejszy PKO – pobierają 0,5% dla mojego wieku, co uważam za akceptowalne.

Kolejny , który chciałby się cofnąć do czasów pańszcyzny. Maciej Panek, prezes firmy Panek S.A.

Co jakiś czas przecieram oczy słuchając „złotych myśli” naszych biznesmenów i polityków. Tym razem zaskoczył mnie Maciej Panek, udzielający wywiadu w podcaście Money.pl „Biznes Klasa” . Oto co powiedział na temat relacji pracownik-pracodawca:

„Przy okazji mogę powiedzieć, że jest żal do pracowników, którzy na przykład pracując szukają sobie w międzyczasie pracy. Nie pójdą i nie powiedzą, że jest im źle, że chcą, żeby to i to poprawić, że nie podoba im się to i tamto. Po prostu tego nie robią, nie wiadomo dlaczego. Boją się, czy co. Bo często tak jest, że pracownik mówi, że się teraz zwalnia. I praktycznie w większości wypadków on już ma nową pracę – mówił Maciej Panek.

Kiedy prowadzący Łukasz Kijek zwrócił uwagę, że pracownicy najczęściej nie informują, że chcą odejść, bo czas pomiędzy podjęciem decyzji o odejściu a poinformowaniem pracodawcy wykorzystują, by znaleźć nową pracę, usłyszał:

„Przez ten czas, kiedy ten pracownik szuka pracy, on nie pracuje już z taką motywacją, jak wtedy, gdy został zatrudniony. Na początku, jak ludzie przychodzą do pracy, obiecują bardzo dużo. Później, jak już ich motywacja spadnie – mówię o tych, którym spada – to o tym nie mówią. Nie mówią, bo może sami czują się z tym źle? Bo przecież jeśli nie dają tego co kiedyś, to może ich wynagrodzenie powinno ulec zmniejszeniu. A mimo wszystko pobierają to wynagrodzenie w tej samej wysokości .”

Przyznacie, że szalona koncepcja. Otóż, Mr Panek – pańszczyzna w Polsce skończyła się ponad 150 lat wstecz. Mamy Kodeks pracy i on określa obowiązki pracownika, a nie przemyślenia „Janusza biznesu”. Pracownikowi płaci się za pracę, a nie za motywację, więc nie ma powodu żeby zmniejszać wynagrodzenie po spadku tej ostatniej. Cały czas pracownika, nie należy do pracodawcy, on płaci umówione wynagrodzenie za konkretny czas – 170 godzin w miesiącu. Po godzinach, na urlopie, pracownik może sobie spać na kanapie, biegać albo szukać pracy i właścicielowi firmy nic do tego. Pracownik ma świadczyć pracę do upływu terminu wypowiedzenia. Gdyby prezes Panek S.A. przeczytał publikacje dotyczące zarządzania personelem dowiedziałby się przyczyny niskiej motywacji i „wykorzystywania czasu na szukanie pracy” leżą w kiepskich przełożonych. Gdyby chodził twardo po ziemi, a nie tkwił w bańce, miałby świadomość, że większość Polaków nie może sobie pozwolić nawet na chwilę przerwy bez dochodu, a współcześni karbowi na korporacyjnym folwarku, komuś, kto powie, że odchodzi utrudniają życie i blokują karty dostępu.

Zresztą, umowa to umowa. Czy prezes Panek wyobraża sobie, że ktoś odmawia zapłaty za wypożyczone na minuty auto, bo pracownik infolinii nie wykazał się motywacją? Albo czy sam uprzedza kontrahentów o zamiarze wypowiedzenia umowy z rocznym wyprzedzeniem i proponuje obniżkę wynagrodzenia za ten czas, ponieważ nie będzie się starał jak dotychczas? Czy płaci mniej w Biedronce, jeśli kasjerka nie uśmiechnęła się wystarczająco szeroko? Raczej nie, ponieważ sam pomysł by tak robić jest nie tylko bezprawny, ale i bezsensowny.

Teraz trochę moich doświadczeń. Mam dwóch pracodawców, z których jeden boryka się z ogromną rotacją pracowników. W roku potrafi zmienić się 10% ekipy. U drugiego z własnej woli przez 20 lat odeszło może 5 osób. Dlaczego? Różnica tkwi w szefach, ich zarządzaniu, oraz warunkach pracy i pensji. Proste. Dziwne, że Maciej Panek tego nie wie.