25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.

Dzisiaj kolejny z wpisów 25+. Generalnie skierowany do pokolenia 25-35 lat, ale może też okazać się przydatny dla starszych, ponieważ zawiera uniwersalne rady dotyczące radzenia sobie w dobie inflacji.

Najpierw – co rozumiem pod pojęciem „życia”. Generalnie wydatki na potrzeby takie jak: jedzenie, chemia, kosmetyki. Na każdym z nich (poza kosmetykami) nieźle się znam. Zaczynamy.

Pomysł 1 – Produkuj. Zasada wydaje się prosta i zrozumiała dla każdego – produkujesz, nie musisz kupować. Koszt produkcji pozostaje niewielki (poza ceną własnej pracy), a satysfakcja ogromna (wiem z własnego doświadczenia). Na blogu opisywałem wiele razy mój ogród warzywno-sadowniczy na wsi. Warto zaznaczyć, że stosuję w nim zasadę 100% bio (zero nawozów sztucznych, zero oprysków). Czyli jest nie tylko tanio, ale i zdrowo. Coś, co zetki lubią najbardziej.

No dobrze, ale ja mam 3000 m2 działki ogrodniczej, a Ty nie masz nic. Gdzie więc ta produkcja? Cofnijmy się do wpisu o mieszkaniu na wsi i w mieście. Na wsi, to chyba oczywiste, nawet działka 1200 m2, uprawiana intensywnie, da spore plony. Jeśli zaczniesz nawozić sztucznie – jeszcze większe. Jeszcze raz powtarzam – przeczytajcie sobie o eksperymencie Darvaesów – niecałe 400 m2 i prawie 3 tony żywności. W Kalifornii, ale nawet jeśli będziesz miał o 2/3 mniejsze zbiory…. Tona ma 1000 kg, a da się ją uzyskać z 400 m2.

Jeśli wybrałeś mieszkanie, do produkcji przeznacz balkon i parapety. Dobre i 10 m2 (30 kg).

Może masz babcię na wsi, pewnie chętnie wydzieli Wam ogródek. Moi rodzice byliby zachwyceni, gdybym ja w wieku 20 lat interesował się robotą w sadzie. Wtedy wcale o tym nie myślałem. Teraz powtarzam sobie zdanie znajomego ogrodnika – z wiekiem człowieka ciągnie do ziemi.

Ci, którzy zdecydują się na wieś, znajdą się w uprzywilejowanej sytuacji. Mogą poszaleć. Nie muszą wcale skupiać się na intensywności. Mają przestrzeń.

Produkuj znaczy też – zrób sto sam. Piecz chleb (zdrowszy i tańszy niż kupiony). Przygotowuj przetwory na zimę, nawet z kupionych owoców i warzyw. Zrób swoje wędliny a nawet … alkohol.

Pomysł 2 – kupuj na giełdzie ogrodniczej i od producenta. Miasto ma jedną paskudną cechę, dlatego żywność stała się w nim tak droga – nitkę pasożytów. Nic nie tworzą, a zabierają swoją cząstkę. Ci „jeźdźcy inflacyjnej Apokalipsy” to:

  • pośrednicy,
  • sieci sklepów,
  • państwo,
  • spółki energetyczne i paliwowe,
  • banki.

Każdy z nich urwie swój kawałek i z 1 zł u producenta, robi się 5 zł w sklepie. Pewnych elementów składowych ceny końcowej nie wyeliminujesz, chyba że podejdziesz poważnie do produkcji. Nawet rolnik płaci za prąd, podatki, KRUS, odsetki bankowe. Gros jednak zabierają pośrednicy i sieci sklepów.

Stąd moja propozycja jest prosta: zaprzyjaźnij się z rolnikami, wybierz na giełdę ogrodniczą (nie miejski ryneczek – takie giełdy są w większych miastach, a w mniejszych targi), do sklepu firmowego producenta. Tam żywność kupisz za znacznie niższe kwoty i lepszej jakości. Ja tak robię i potrafię oszczędzić połowę albo nawet 2/3 ceny sklepowej.

Teraz sklepy firmowe. W pewnym mieście istnieje mleczarnia. Robi dobry ser, który kupisz w sieciach handlowych za 36 zł/kg. Moja koleżanka mieszka w tym mieście i przywozi nam ser od producenta (wstępuje przed pracą i ładuje torbę). Wiesz za ile można kupić 800g tego samego sera co w sklepie? Za 12 zł czyli 15 zł/jkg. Dobrze czytasz – 15 zł zamiast 36, ten sam ser. Nie zawsze będzie tak różowo (sklep firmowy innej mleczarni, ulokowany w mieście musi: płacić wyższe pensje pracownikom, czynsze rentierom, nabijać kabzę Orlenu (transport) itp.itd. W efekcie ma ceny niższe o 20% niż w Biedronce. Dobre i 20%. Ale popatrz dalej.

Pomysł 3 – porównuj ceny. Kupujemy w marketach, bo wygodnie i tanio. G…. prawda. Owszem tanio, ale tylko w promocji. Nawet sieci sklepów drastycznie różnią się cenami (popatrz koszyk portalu dlahandlu.pl) pomiędzy sobą. No więc zostaje wygodnie. A nasze babcie, a Wasze prababcie? Po mięso szły „do rzeźnika”, po chleb „do piekarni”, po warzywa i owoce – na targ. Wielki handel i jego sprzymierzeniec Matrix powoli niszczą niewielkie biznesy. Bierzmy w tym jak najmniejszy udział. Porównujmy ceny. Jeśli na targu, giełdzie jest taniej – idźmy tam. Jeśli mięso damy radę kupić w ubojni czy jej sklepie firmowym, nie kupujmy go na tacce w markecie. Owoce -pojedźmy do sadu. Warzywa – na pole (co w Małopolsce ma zupełnie inne znaczenie).

Wykorzystujmy Matrixa. Jeśli będzie sprzedawał na poziomie kosztów – straci po kolei wszystkie macki (jak bankrut Tesco).

Nie stawiajmy na wygodę, kupujmy tam gdzie taniej.

Pomysł 4 – korzystajmy z kuponów. Duże sieci handlowe wiedzą jak przyciągnąć klientów. Oferują kupony. Kiedyś fizyczne (oddzierane z kartki) – dzisiaj w aplikacji. W Lidlu/Biedronce możesz upolować banany za 2/3 zł kilogram, zamiast normalnych 7 zł. W ten sposób sporo oszczędzisz, a i polskiego rolnika nie zubożysz.

Klasyką literatury oszczędzania była wydana w USA przez naszą rodaczkę Amy Dacyczyn (wyobrażasz sobie Amerykanina, który próbuje wymówić to nazwisko?) „The Complete Tightwad Gazette” czyli newsletter porad z zakresu oszczędzania nawołujący m.in. do korzystania z kuponów, bardzo w tym kraju popularnych.

Pomysł 5 – nie kupuj 2-gich śniadań od „Pana Kanapki”, w „Green Cafe Nero” (zobacz sobie, kto jest właścicielem), wstąp do piekarni a najlepiej zrób w domu. Ja, jako dinozaur i kucharska ciemna masa, wybieram kanapki. Chleb – własny lub z taniej piekarni (kromka – 15 groszy, co daje 30 gr na kanapkę), plaster sera, własne warzywo, smalec lub masło i masz II-gie śniadanie za 1 zł. Kanapka z gorszymi jakościowo składnikami w sklepie – minimum 5 zł.

Hotdog z Orlenu kosztuje 10 zł, w Żabce nieco taniej. A to bułka (2 zł) i jedna parówka (1 zł). W sumie 3 zł i trochę sosu. Podgrzejesz sobie sam.

Pan Kanapka też się ceni. Jedno danie (sałatka, kanapka itp.) 10-20 zł. Moi koledzy biorą te rzeczy. Gdybym chciał pojechać David’em Ramsey’em – działa czynnik Latte. Dlatego oni mają kredyty na mieszkanie/dom i auto, a ja „nieco” więcej (mieszkań, nie kredytów).

Bananowa latte w kawiarni za rogiem kosztuje 25 zł. Ja zapłacę 30gr za mleko, 1,20 gr za banana (albo 40 gr w promocji – w kawiarni jest syrop o smaku bananowym, a nie banan), do tego 1 zł za kawę i mam za 2,5 zł nawet lepszy napój. Pożywny, a bez cukru. No dobra, za 34 zł kupiłem blender w Lidlu, tyle mnie to kosztowało ekstra.

Moja żona z koleżankami (jedna pokolenie 25+) nie ograniczają się do kanapek. Robią owsianki, sałatki itp. Inni przynoszą smoothie.

Pomysł 6 – wybij sobie z głowy „catering dietetyczny”. Och ci miłośnicy gotowców. Podam przykład syna. Potrzebuje 5000 Kcal dziennie. Nagabywał mnie o dietę pudełkową. Wszystko na czas. Zbilansowane. A koszty – 1200 zł w 2020 r., czyli przed pandemią (3000 Kcal, dochodziło jeszcze jedzenie z internatu). Nieźle. Teraz to raczej 1800 zł, nie kalorii. Czy wiesz, ile wydaje obecnie na jedzenie (przykład – obiadokolacja dla dwóch osób – 1kg mięsa i 500g makaronu + sos) obecnie? 900 zł plus sporadycznie torba od mamy. Pudełka są diablo drogie. Modne, ale kosztowne. Nie mają sensu, chyba że pracujesz od 5 do 22. Znacznie lepiej przygotować coś własnego.

Pomysł 7. Korzystaj z aplikacji w stylu „uratuj jedzenie. Ja sam mam zainstalowane dwie. Obok mojej pracy znajduje się miejsce – tani hotel, który między 11 a 17 oddaje resztki ze śniadania. Bez obawy, nie zbierają ich z talerzy lecz półmisków. Klasyka posiłku kontynentalnego w wersji szwedzki stół. W paczce za 10 zł mam: 1 croissanta (cena w Lidlu 2,5 zł, w kraftowej piekarni pewnie 2 razy tyle), 2-3 kawałki ciasta (babka piaskowa, biszkopt), 2-3 kromki chleba, do tego cała styropianowa wytłoczka (pewnie 30 dkg) sera, lepszej wędliny (szynka, salami), pomidora, ogórka, całe jajko na twardo. Odbieram po pracy i mam kolację, a sporo zostaje na śniadanie i kanapkę do pracy (croissanta i ciasto zjadły dzieci). Wartość takiej paczki w cenie sklepowej – przypuszczam, że pewnie ze 20 zł (sama wędlina i ser to ok.8-9 zł). Przy okazji robimy coś dla planety, bo inaczej wszystko wylądowałoby w koszu (sieciowy hotel nie poda tego następnego dnia).

57 komentarzy do “25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.”

  1. Swietne.
    Mozna dodac dla lubiacych grzebanie w koszach za sklepami-freeganizm.Czyli wyciaganie dobrego jedzenia, ktorego sklep sie pozbyl bo np.brzydko wyglada i sie nie sprzeda, ale da sie zjesc.
    Hardcor? Nie, choc zalezy od punktu widzenia.

    1. Freeganizm udaje się w dużych miastach. Szczerze – nie próbowałem. Sklepy zakładały aktywistom sprawy za …kradzież z włamaniem do śmietnika.

      1. Troche probowalem,ale nieawno biedry (w lipcu) pozamykaly dostep.
        Kradziez jest jak sie wlamiesz do zamknietej wiaty gdzie sa kosze.Jak kosze stoja na zewnatrz bez zadnego zamkniecia i wiaty nie ma wlamania.”Klienci” 🙂 dzialaja glownie noca albo wczesnym rankiem przed/po zamknieciu sklepu bo obsluga sklepu nie przeszkadza.
        Te sprawy byly umarzane o ile wiem-niska szkodliwosc.

        1. Istotnie, tam otworzyli kłódkę drutem. Nawet jednak w przypadku zwykłego śmietnika, zamykanego klapą, policjanci twierdzili, że to kradzież, bo spółka wykazała istnienie umowy na przejmowanie tych resztek. I już przestały to być śmieci. Oczywiście geniuszom umknęła istota przestępstwa – zamiar. Żeby ukraść musiałby wiedzieć o umowie, a nie działać w błędzie co do faktów.
          Niemniej jednak, dalej ludzie zabierają resztki. Część kierowników sklepów przymyka oko. Inni zamykają śmietniki i piszą kartki o zakazach.

  2. W/s diety: moja zona zastosowala mi diete ziemniaczana.Daje duzo ziemniakow , troche warzyw.Efekt-w pol roku 8 kg w dół.Kalorii malo, czujesz sytosc.Ze o kosztach nie wspomne.

    1. Co do diety. Wolę spisywać kalorie, ale jeść wszystko. W 2 miesiące schudłem 3 kg, nie przekraczając 2500 Kcal i chodząc 10 tys. kroków. Ziemniaki lubię – zwłaszcza z ogniska/kominka, warzywa też. Nie potrafiłbym jednak zrezygnować z mięsa na pół roku. Zwłaszcza w zimie.

        1. Do 20:04. Dieta wymaga poświęceń. Wiem o walorach zdrowotnych gotowanego mięsa, ale zwyczajnie za nim nie przepadam. Jeszcze wołowina – ujdzie, ale kurczak czy indyk – nie potrafię się przełamać.

          1. Staram się nie katować, po prostu jeść z rozsądkiem do 2500 Kcal dziennie.

  3. @Jan, skutki hiperinflacji spowodują, że ciężko będzie coś dobrego znaleźć w śmietniku 🙂 Podobnie z tymi wszystkimi kuponami i akcjami w rodzaju: too good to go. Temat hotelowy przywołuje mi skojarzenie (spokojnie Panie Autorze, tym razem w skojarzeniu nie ma wątków religijnych) powieść Orwella: „Na dnie w Paryżu i Londynie”. Tym którzy nie czytali, wyjaśniam, że do śniadań hotelowych trafia wszystko, a tanie paczuszki z apetycznymi resztkami to jedynie chwyt marketingowy. Nie ma się co łudzić, takie akcje skończą się wraz ze znaczącymi podwyżkami cen żywności (znów polecam blog o życiu w Wenezueli z odcinkami o kosztach życia).

    1. Hiperinflacja faktycznie zmiecie z planszy wszystkich, którzy liczą na darmowe żarcie. Dlatego uważam, że najtaniej samemu/rodzinnie/w kręgu znajomych wyprodukować lub kupić bezpośrednio od producenta.
      Co do śniadań hotelowych. Widzę co tam zostaje. Takie typowe resztki – pieczywo, jajka na twardo, wędlina, trochę ciasta. Jajecznicy i parówek nie pakują. Nie są to frykasy, nic zdrowego, ale taniej niż w sklepie. Jak robią szynkę i większość wędlin – pewnie wiecie. Dlatego dzisiaj na kolację zjadłem chleb tradycyjnej piekarni z pastą jajeczną mojej żony. Dopchnąłem babką drożdżowa od teściowej.
      Czytaliście min. Cieszyńskiego (tego od respiratorów), który próbował tłumaczyć, że student w 2015 r. pił piwo 2 razy w tygodniu, teraz wychodzi na miasto regularnie, a generalnie inflacji nie ma się co bać, bo… zarabiamy więcej? I jeszcze reklamował się jako absolwent SGH.

    2. Slawek-zdziwilbys sie co mozna znalezc na tylach Biedry 🙂 Raz byly wystawione jakies 100kg bananow w wiekszosci dobrych, tylko kropki ciemne na skorkach.
      Z jednego wyjazdu przywozilem jakies 50kg roznych warzyw i owocow, wartosc 100-300.Niestety juz pozamykane.Moze w innych miastach nie zamkniete?Nie wiem, mozecie sprawdzic z OM jak Wam sie chce.

          1. Lidl koło ładowarki – zamknięte. Biedronka blisko pracy – też.

        1. Do 8.34: jesli Slawek zobaczy to samo, to pewnie jest to akcja krajowa, tzn. zarzady wydaly polecenie „zamykac”.
          A np.w UK nadal czy nawet w naszym Poznaniu do niedawna byly przy wejsciu do sklepow wystawione skrzynki z jeszcze dobrym towarem, ktorego skle juz nie mogl sprzedac.
          Powod zamykania? Przypuszczam,ze im sprzedaz spadla, ale przeciez czlowiek, ktory zbiera w koszu,nie kupi tego samego w sklepie.A jesli nawet to mniej.

          1. Z pewnością mamy do czynienia z polityką firmy, od której odstępstwa robią jedynie pojedynczy kierownicy. Ja patrzę na to inaczej – otwarty śmietnik, do którego każdy może zajrzeć, pokazuje jednoznacznie – tyle marnujemy.
            A przecież mamy przepisy – przeciwko marnowaniu żywności. Sklepy muszą mieć podpisane umowy z organizacjami charytatywnymi, żeby te odbierały przed datą ważności.
            Oficjalnie kierownicy Biedronek mówili dziennikarzom o bałaganie robionym przez freegan, ale to raczej pretekst.

        2. Do 5.56: na pewno tak.
          Plus jeszcze, ze sieci placa za utylizacje starej zywnosci (niekoniecznie zepsutek, ale i tak wszystko sie miesza ze zgnilizna-dobre i zepsute).A przeciez jesli ludzie abieraja tomniej tego maja do utylizacji.Trudno sie w tym polapac, pewnie diabel tkwi w szczegolach jak zwykle.
          Mowila mi raz kasjerka z Biedry,ze oni i nawet kierownicy maja tyle do gadania co z przeproszeniem Zyd w Oswiecimiu, a polecenia przycodza z gory, nawet tak drobne jak np. „obnizamy cene ogorkow na weekend o polowe”. Do tej pory muslalem, ze kierwnicy sklepow jako znajacy ceny i sytuacje na miejscu maja wieksza swobode, ale chyba jednak nie.

          1. Swobody w ustaleniu cen nie mają na pewno. Na niedomknięty śmietnik pewnie niektórzy przymykają oko. Teraz każda firma musi zrobić sprawozdanie, ile żywności wyrzuca, a ile oddaje organizacjom charytatywnym. Stąd góra da radę zrobić dokładny remanent. I tak oto ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności premiuje marnowanie żywności, bo blokuje freegan.

        3. Do 14.10: i to mi sie kupy nie trzyma, ale pewnie o czyms nie wiem.Bo jesli sklep placi za utylizacje, to lepiej dac za friko niz za to placic.To na chlopski rozum,ale na pewno sa inne czynniki, ktore powoduja taki efekt jak teraz.

          1. System (istotnie chory) jest skonstruowany tak. Sklep przed datą ważności może oddać towar organizacji charytatywnej jeśli czuje, że nie sprzeda. Jeśli się pomyli i zmarnuje (przeterminuje) płaci karę, jeśli wyrzuci dzień przed datą przeterminowania – to nic się nie dzieje (wg ustawy nie zmarnował, bo zmarnować można tylko doprowadzając do przeterminowania). Tym sposobem sklep ma interes w tym, żeby nikt się nie dowiedział, co dzieje się na jego śmietniku. Znajduje się tam zmarnowana (trzeba płacić karę), znajduje się tam ważna (został dzień) – niemoralne. Oczywiście poza śmietnikiem funkcjonuje jeszcze ewidencja, ale papier (i komputer), jak wiadomo, wszystko przyjmie.

        4. Do 6.53: troche mi rozjasniles.
          Zalozmy,ze sklep odda zywnosc dzien przed data waznosci.Nie placi, kary, ALE )w ocenie zarzadu) ma strate bo nie sprzedal.Byc moze wtedy jest kara wewnetrzna dla zalogi, np.obciecie premii.
          Teraz zalozmy, ze towar przeterminowal sie, zaloga starala sie sprzedac ale nie sprzedala, normalne, nigdy wszystko nie zejdzie.Pytanie czy w takiej sytuacji zarzad obcina premie? Mysle, ze jesli ilosc przeterminowanej zywnosci miesci sie w praktykowanych ramach, to nie.
          I ta zywnosc powinna isc do utylizacji.Na pewno zaloga sobie troche bierze co ladniejszej, reszta do kosza.

          I dalej mi sie kupy nie trzyma 😀

          Nic to jak powiedzial Wolodyjowski schodzac do lochu z beczkami z prochem.

          1. Nie znam systemu premiowego w dużych sklepach. Natomiast sądzę, że nikt nie jest karany jeśli straty mieszczą się w jakiejś normie. Nikt tez nie jest karany, gdy oddadzą organizacji, ale jak napisałem – zły PR, jeśli tego towaru będzie dużo.
            Może wszystko wygląda mniej skomplikowanie – nie chcą, żeby im się ktoś koło sklepu kręcił.

  4. Moja rada dla rozpoczynających dorosłe życie to upraszczanie codzienności i zrozumienie podstaw marketingu. Zanim się coś zje/kupi/zrobi zastanowienie się czy wynika to z własnych, wewnętrznych potrzeb czy też chęć na to została wykreowana przez otoczenie ( reklamę,media, sposób wychowania, ludzi w tym rodzinę itp) A potem rezygnacja z tego co tak naprawdę nie jest NASZĄ potrzebą lub zastanowienie się jak można to mieć taniej lub mniejszym wysiłkiem jeśli to nasza potrzeba. Proste to i sprawdza się przez całe życie ale trudne do stosowania dla młodych, którzy chcą ciągle coś udowadniać, osiągać i są łasi na pochlebstwa. I może jeszcze nie są świadomi tego czego chcą. Pewne rzeczy przychodzą jednak dopiero z doświadczeniem życiowym.

    1. Masz rację – odróżnianie potrzeb od zachcianek ma fundamentalne znaczenie. Niestety marketing ryje banię potężnie. Szykuję właśnie wpis – wrażenia ze spotkania z moją klasą ze szkoły podstawowej. Przesłanki oceny rzeczywistości, oczekiwania, pragnienia – zupełnie inne niż my tutaj wymieniamy.
      Dochodzi jeszcze ta presja rówieśnicza – ważna przy decyzjach nastolatka, studenta, a w pewnym wieku – zupełnie bez znaczenia.

  5. Jeśli chodzi o jedzenie dodała bym jeszcze pomysł 8. Zostań zbieraczem i korzystaj z dziko rosnącego jedzenia. Jest nawet w mieście. Sama przedwczoraj przytargałam z miejskiego parku jakieś 6 kg boczniaka. Grzyby , owoce ,zioła rosną wokół nas i są za darmo. Nie rozpoznajesz, nie znasz się? W dzisiejszych czasach to żadna wymówka. Polecam filmy z profilu Paweł i grzyby i książki Małgorzaty Kalemby-Drożdż i Łukasza Łuczaja. No bo jaki sens kupować herbatkę z mięty w saszetkach skoro mięta rośnie u sąsiada pod płotem?

    1. Ja akurat miętę mam przed płotem 😉 pleni się jak chwast.Co do ziół, mają jedną wadę, podkreśloną przez Igora z „Przez rok nie kupię jedzenia” – trudno się nimi nasycić. Ale już boczniak, kania, pieczarki – pycha.

      1. Pewnie że samym zielskiem się nie nasycisz :). Chyba że mieszkasz blisko jeziora i mokradeł. Pieczone kłącza pałki wodnej to prawie sama skrobia jak ziemniaki. No ale mówimy o ograniczeniu kosztów życia a nie odcięciu od systemu i życiu bez pieniędzy. Mieszanka sałat trochę kosztuje a zielsko można mieć przez kilka miesięcy za free jak lubisz spacery po łąkach. Ja jeszcze dorzucam do tego wartość dodatkową- zdrowie. Dziko rosnące rośliny zawierają o wiele więcej witamin i minerałów niż sklepowe. Oczywiście jak nie zbierasz ich z byłych wysypisk śmieci czy hałd przemysłowych

        1. Oczywiście. Najprostsza mieszanka w sklepie (takie pudełko 20x10x5 cm) kosztuje 6-8 zł, a zbierzesz je w trakcie jednego spaceru. No i w przeciwieństwie do własnego ogrodu – zero pracy (poza zbiorem). Widziałem takie przepisy – nazywało się „sałatka pasterska”, mnóstwo witamin na wiosnę, kiedy sklepowe = chemia.
          Co do kaloryczności pałki wodnej. Zgoda – tylko ile tego trzeba nazbierać i zjeść? Jeden ziemniak waży 100-200 g, sporo kłączy trzeba wykopać, żeby mu dorównać. Przed erą ziemniaka popularne wśród Słowian były zboża, jako źródło energii. Z tego też powodu (plus łatwość obróbki cieplnej) zostały przez niego wyparte. 1 kg mąki ma 3600 Kcal, 1 kg ziemniaków – 850 Kcal, 1 litr piwa – 500 KCal. Jednak na 1 kg ziemniaków trzeba ich 5-10, a na kg mąki sporo ziaren, które trzeba było jeszcze obrobić.A piwo? No cóż, litr bardzo słabego (takie spożywano w Średniowieczu) pozwalał uzupełnić całe mnóstwo mikroelementów.

        2. Podobno kłącza trzciny zawierają nie tylko białko i skrobię, ale i cukier, co powoduje, że są słodkie. Przeczytałem to w jakieś survivalowej książce, autorka żuła je jak cukierki. W trakcie jednego ze spacerów z psem, siedząc na przepuście, zastanawiałem się, czy nie spróbować, lecz nie mogłem powstrzymać obrzydzenia. Jak się okazało, mądrze zrobiłem, gdyż wodne rośliny mogą być siedliskiem groźnych pasożytów, np. motylicy wątrobowej.

          1. Ano – survival czy codzienne życie. W chwili głodu mielibyśmy w nosie obrzydzenie, każda rzecz dobra. A tak, możemy sobie pozwolić na selekcję – to niesmaczne, tego dużo trzeba. Jednak w oblężonym Leningradzie hitem były ziemniaki i cebula.

  6. Też przyszły mi na myśl boczniaki i zastanawiałem się, czy o tym nie wspomnieć. Na wiosnę w końcu wykopię dołki i spróbuję uprawy. Niekiedy tu jest rzewnie wspominany blog Działkowego Outsidera i mam też w pamięci jego autorski pomysł, który może umożliwić uprawę nawet mieszczuchom bez kawałka ziemi. Biorąc pod uwagę fakt, że mało kto zbiera grzyby w grudniu, może to być łatwiejsze i zdrowsze niż polowanie na tyłach Biedronek. Pomysł polegał na wierceniu małych otworków w zeschniętych drzewach w lesie i wpychaniu strzępek grzybni do środka. Na koniec zostaje zbieranie wyhodowanych grzybków.

    1. Na Fejsie wyświetlały mi się reklamy grzybni boczniaka z podkładem w postaci słomy i drewna. Ale już w tym miejscu – link zupełnie rozsądna cena 33 zł za 13-15 kg grzybów.
      A tu w kołkach

  7. A propos produkcji żywności, polecam małą szklarnię nawet 3 na 4 metry. Pracy niewiele a efekt wspaniały. Można mieć z niej np. pomidorów na pół roku dla 4 osobowej rodziny, część jako przetwory a część na surowo. Koszt szklarni duży 3 tyś za nową ale można zawsze zrobić samemu z płyt z poliwęglanu. Po sezonie w szklarni można trzymać sałatę, jarmuż, lubczyk lub inne, świeże i za darmo.

    1. Dobry pomysl, ale zamiast drogiego poliweglanu proponuje stare okna po wymianie z szybami.Firma okienna z wdziecznoscia dostarczy Ci na miejsce.

      1. …jesli chodzi o tzw.kod odpadu. mozna niewielka ilosc oddac na umowe cywilna i wlasnie tak mozna to zalatwic, ale oddajacy najlepjej wie jaki papoer mu potrzebny lub nie.

      2. Poliwęglan ma zasadniczą zaletę – odporność na grad (jeśli porównujemy ze starą szybą, a nie zespoloną z wzmocnionego szkła). No i łatwiej go ciąć.

          1. Ja bez narzędzi nie potrafię, za wielkim leniem jestem. Każdy sposób, aby uprościć sobie pracę wygrywa z tym ręcznym.

          1. Ja już taki leniwy, że wolę elektryczne, spalinowe. Od kiedy kupiłem glebogryzarkę, szpadle i widły poszły w kąt. Jeszcze tylko grabi używam.

        1. Do 14.12: jak masz skopac 2 ha gruntu to rozsadek a nie lenistwo 🙂 Nikt tego nie bedzie orał motyką czy koniem z pługiem.No, w tej chwili nie, bo jesli SHTF, to zostanie pewnie tylko kon i pług. albo Tomek Czereśniak i pług 😉

          1. Akurat ja mam kilkaset metrów, a w razie SHTF, kilka tysięcy. Nawet wtedy będę wolał zaoszczędzić 2 litry paliwa i przejść 30 km pieszo niż szarpać się widłami lub łopatą. Chyba, że przeszedłbym na modny system bezorkowy, aczkolwiek na mojej ciężkiej ziemi mogłoby być ciężko.

          1. Istnieje taka koncepcja rolnictwa. Tu masz podstawy .
            W ogrodnictwie bronę możesz zastąpić grabiami o długich zębach, przykrywaniem ziemi np. matami, słomą, tekturą.
            Są też grządki podwyższone, jakieś systemy szklarniowe, donice itp.

    2. Szklarnia istotnie jest super, bo wydłuża sezon wegetacyjny. Planuję od kilku lat zrobić ją na wsi, ale jakoś się nie składało. Ostatnio oglądałem film z Igorem Bokunem i miał szkielet w ogrodzie pod poliwęglan, więc może na wiosnę zmobilizuje się wreszcie. Teraz używam szklarenki z Lidla (gruba folia), ale to za mało.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *