Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Minął drugi tydzień.

W pierwszym tygodniu wydałem 164 zł. Dokonałem wszelkich opłat. Czy drugi tydzień będzie tańszy?

Transport. Musiałem przez 2 dni pojawić się w pracy. Ponieważ jednak auta potrzebowałem prywatnie ponownie doliczam 30 zł (szacunkowe koszty eksploatacji).

Jedzenie. Zakupów nie robiłem, poza mąką na chleb i jajkami na kluski (15zł) Na śniadanie zjadałem własny chleb (bochenek na 3 dni z pół kg mąki) z pomidorem, ogórkami. Na drugie śniadanie i podwieczorek – owoce. Na obiad – smażoną cukinię. Na kolację – pieczone ziemniaki. Owoce i warzywa miałem własne. Wydatki na jedzenie – 15 zł.

Ubranie, chemia, leki, kosmetyki, opłaty – nic.

Wydatki własne– – 0 zł.

Łączne wydatki tego tygodnia – 45 zł. Łączne wydatki z dwóch tygodni – 209 zł.

W poszukiwaniu auta idealnego.

Jestem w wieku, w którym samochody nadal budzą we mnie emocje, ale doświadczyłem wielu marek i modeli, więc aby się zachwycić, potrzebuję całkiem sporo. Nie przestałem też poszukiwać ideału. Najpierw zdefiniujmy czym on jest.

Auto idealne i pierwsze pytanie „do czego?”. Czy szukamy ideału dla: młodego ojca rodziny, pracownika, narciarza czy innego sportowca, biznesmena, kogoś, kto kręci się po mieście, czy jeździ w trasy czy po prostu samochodu maksymalnie uniwersalnego. Moim zdaniem – raczej to drugie. Wybieramy mistrza złotego środka.

Zacznijmy od cech. Powinien być: oszczędny, tani w eksploatacji, nieawaryjny, pojemny, zwrotny, zrywny, zbywalny, a więc…. godzić sprzeczności, zaspokajając różne potrzeby. Czy taki wybór w ogóle jest możliwy? Przynajmniej spróbujmy.

Segmenty. Zacznijmy od decyzji niepopularnych – z miejsca odrzucamy SUV-y. Ani to oszczędne, ani pojemne, ani tanie w eksploatacji. Odpadają też (co bardziej zrozumiałe) – klasyczne terenówki, auta sportowe, vany. Żaden z nch, nawet przy daleko idących kompromisach nie nadaje się do miasta.Na rynku zostają minivany, kompakty, klasa D (odpowiedniki Passata).

Silnik. Elektryk, hybryda, diesel czy benzyna? Mały czy duży? Tu wybór faktycznie trudny. Elektryk moim zdaniem odpada.Hybryda plug in – też. Zwykła hybryda, diesel, benzyna? Moim zdaniem – wybierzmy klasykę. Diesel lub benzyna, hybryda. Optymalnie: diesel, hybryda/benzyna+LPG.

I teraz pożeńmy te dwie kategorie, próbując znaleźć nazwę modelu. Najbardziej uniwersalne – kompaktowe pojemne kombi lub minivan. Coś jak Focus, Golf, Octavia, Megane, Astra, Corolla, 308, Scenic, Lodgy, Zafira … Multipla. Sensownego kombi w klasie średniej – nie odrzucamy, niech będzie to Passat, Talismann, 508, Superb.

Bezawaryjność. Z mety eliminujemy wszystkie silniki problematyczne i wątpliwe. I nagle lista staje się krótka. Odpadają te wszystkie 1.4 TSI, 1.2 TSI, 2.0 TSI, benzynowe Focusy (nie da się ich zagazować, a w wersji EcoBoost, sprawiały problemy), Megane/Scenic benzyna (poza 1.6), 1.6 Dci, 1.5 Dci, 1,2 TCe. Na placu boju zostaje volkswagenowskie: 1.6 i 2.0 TDI, oraz paradoskalnie 1.0 TSI, Renault 2.0 Dci, Opel 1.6 i 2.0 CDTI, oraz 1.4 T, W Peugocie 2.0 HDi. W Lodgy stary. 1.6 benzyna. Na koniec hybrydy Toyoty.

Zrywność. W Polsce, z uwagi na sporą liczbę kiepskich dróg, bardzo ważna cecha. Widziałem, jak zbiera się do wyprzedzania 1.4 w Hyundaiu i30 (100 KM) albo Alfa Romeo Giulietta QV (240 KM) z pasażerami ważącymi w sumie 320 kg. Różnica kolosalna. Nie musimy być mistrzem prostej, ale pewien standard bezpieczeństwa zachowajmy. Czyli minimum 115 KM w turbo, albo 150 KM przy silniku wolnossącym. Da radę też 122 KM w hybrydzie, ponieważ tam dołącza się silnik elektryczny z jego dostępnym od zaraz momentem obrotowym. Odpada Lodgy (muł), 1.0 TSI, 1.6 TDI i 1.6 DCI w wersjach poniżej tych wartości mocy.

Oszczędność. Rozumiem ją jako zdolność do przejechania jak najtaniej 100 km w każdych warunkach. Podam prosty przykład. Duży diesel (2.0 DCI) w mieście, na krótkich odcinkach zacznie palić sporo, a nie zagazujemy go. Dlatego ideał – diesel z oszczędnym, niewielkim motorem, albo mała benzyna, albo benzyna/hybryda z gazem. Większość opisywanych silników (poza oplowskim) przerobiłem. Wnioski? Wybrałbym jednak 1.6 TDI 120 KM (6 l przy prędkościach autostradowych) w Golfie, Passacie lub Octavii, 1.0 TSI 115 KM, którego nie uświadczymy w Passacie ( i dobrze), Opel 1.4T z gazem i najlepsza Toyota Corolla Hybrid + gaz.

Ile kosztuje nas przejechanie 100 km? 1.6 TDI pali w mieście 7 l/100 km, w luźnej trasie 4,5 l/100 km, a na autostradzie wspomniane 6 l/100 km. Koszt? Przy obecnej cenie paliwa od ok. 30 do 40 zł/100 km.

1.0 TSI spala o litr więcej. Zatem 37-47 zł/100 km.

Hybryda 1.8 Toyoty bije rekordy. 3,5 l/100 km (miasto+benzyna) do 9 l (autostrada +gaz). W sumie od 15 zł/100km (gaz w mieście) do 53 zł/100 km (benzyna na autostradzie). Gaz załatwia sprawę i robi z wozu superoszczędzacza bez ryzyka.

Oplowski 1.4 T ma sens wyłącznie z gazem. Pali bowiem od ok. 7 do 10 litrów benzyny na 100 km (8-12 l gazu). Najwięcej w mieście. Ale dzięki niskim cenom „błękitnego paliwa”, dochodzimy do 24-36 zł/100 km. Taniej niż diesel.

Podsumowanie. Gdybym miał postawić na jedno auto – wybrałbym 1.8 hybrid+LPG w Toyocie Corolli lub Aurisie II. Gdybyście pozwalali rozkładać akcenty, to:

  • głównie do miasta i podmiejsko – Toyota Auris/Corolla hybrid + LPG (oczywiście kombi),
  • na autostradowe trasy (Passat TDI kombi),
  • mały transporter (większa rodzina, dużo bagażu) – Opel Zafira 1.4 T+LPG,
  • jak najtaniej w kupnie – Opel Zafira 1.4 T+LPG.

Niektórzy mogą być zaskoczeni. A gdzie Passat B5 1.9 TDI, gdzie Golf III i IV 1.6 MPI+LPG? Już odpowiadam. Auta te wybierają głównie jeżdżący po mieście i wokół komina. Natomiast w trasy (zwłaszcza po autostradach) – kiepski wybór. Zbyt słabe (podstawowe wersje 90-105 KM) lub z dużym ryzykiem awarii (1.9 TDI 130 KM). Wtedy lepiej wybrać Opla Zafirę II lub III. Warto skorzystać z nagonki na silniki elektryczne, która skróciła listę chętnych i na hybrydy (takie auta sprzedają się dłużej niż benzyna i diesel, a do rekordzisty LPG, nawet nie podejdą), ponieważ jako się rzekło 1.8 Hybrid plus gaz zapewnia uniwersalność (chociaż bagażnik, ani wygoda nie doskakuje do Passata). Ma najmniejszą awaryjność (brak turbiny, prosty silnik).

OFE. Podsumowanie po ćwierćwieczu.

Właśnie przyszło do mnie kolejne zestawienie z OFE. Zapisałem się do niego w 1999 r., mamy 2024, więc pewne podsumowania można robić. Co z tego wychodzi?

Przez 24 lata uzbierałem 135.000 zł, a wartość jednostki uczestnictwa wzrosła z 10 zł do 70 zł. Gdybym został na pierwotnym stanowisku, zarabiałbym dzisiaj ok. 6000 zł brutto, a nie 685 zł (moje pierwsze pobory). Pensja rosła zatem szybciej niż oszczędności. Oczywiście, z uwagi na nowe kwalifikacje, dwa etaty itp. zarabiam dzisiaj jeszcze lepiej. Niemniej jednak, w stosunku do cen akcji np. KGHM to skoczyła ona z 25 zł do 144 zł. Jeśli uwzględnimy jeszcze dywidendy, no cóż kupując akcje tego Blue Chipa samodzielnie, zarobiłbym więcej.

Teraz porównajmy z ZUS. Na koncie ubezpieczenia emerytalnego mam 540.042 zł i zwaloryzowane na subkoncie 154.711 zł. I teraz popatrzmy. Na OFE przekazano przez lata 80 tys. zł, które zmieniły się w 135 tys. zł. Na subkonto wpłynęło 70 tys. zł, które zmieniły się w 154 tys. zł. Prowadzi to do wniosku (biorąc pod uwagę, że wpłaty na subkoncie należne były w ostatnim okresie), że ZUS „obracał” tymi pieniędzmi lepiej.

Istnieje jednak kilka „ale”.

  1. ZUS niczym nie obracał – dawno te pieniądze wydał na bieżące emerytury, a mówimy o zapisach księgowych,
  2. Waloryzacja na subkoncie została podwyższona ostatnio bardzo wysoką inflacją. Nie wiadomo, co będzie później.

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment. Pierwszy tydzień za mną.

Planować można, a wychodzi jak zwykle. 2 lipca mój starszy syn wylądował w szpitalu (na szczęście nic strasznego) i cały misterny plan diabli wzięli. Musiałem zostać w mieście zamiast dojeżdżać ze wsi. Postanowiłem jednak kontynuować eksperyment, wpisując faktyczne wydatki.

Media. Zacząłem jak prawdziwy boomer – od zapłacenia rachunków. Z mojego konta ubyły:

  • abonament na komórkę -30 zł,
  • rachunek za wodę -10 zł (przedpłata),
  • rachunek za prąd – 36 zł (przedpłata – to jest sam abonament – mam przecież instalację FV),
  • opłata śmieciowa 28 zł.

Z internetu nie korzystałem, więc go nie liczę dopóki nie włączę wifi. Przyjąłem wartości wiejskie, bo miasto wyszłoby niewiele drożej przy 3 osobach.

Transport. W tym punkcie – miał być rower+pociąg, zostało auto. Koszt za pierwszy tydzień – 30 zł. Tylko koszty stałe (100 przegląd państwowy, 550 ubezpieczenie, przegląd w ASO 650 zł)/52 tygodnie – elektryk tankowany jest z instalacji FV.

Zakupy. Chemii, kosmetyków ani leków nie kupowałem, lecz notuję, ile tego zużywam, żeby na koniec miesiąca zdać raport. Ubrania – na razie wszystko mam. Z jedzeniem, poszedłem trochę inaczej – bo byłem na wikcie żony. Zapisywałem, po prostu co jem.

A zatem jak to wyszło przez tydzień: 3 chleby (1,5 kg mąki – 4 zł, oliwa – 2 zł = 6 zł), smalczyk – 2 zł, cukier na dżem i sok ( 2 zł), mięso na obiad – 12 zł, warzywa własne, mleko 8 zł, kawa (darowana) . Razem = 30 zł.

Drobne wydatki własne. Także nic.

Niespodziewany wyjazd. Poza chorobą syna, zaliczyłem jeszcze wyjazd z działalności gospodarczej. Paliwo nie mieściło się w budżecie prywatnym, ale coś jeść musiałem, bo wyjechałem rano, a wracałem wieczorem. Podszedłem do tego, jak zwykle kombinując. Na drogę wziąłem kanapki i herbatę, a w drodze powrotnej kawę i hot-doga kupiłem za 0 zł, wykorzystując punkty zgromadzona na karcie lojalnościowej.

Suma wydatków w tym tygodniu – 164 zł.

Co zamiast kredytu 0%? Polityka mieszkaniowa.

Wygląda na to, że obecne władze na dobre zrezygnowały z kredytu 0%. I… dobrze, ponieważ mówimy o projekcie, który będzie kosztował miliardy złotych. Ile konkretnie? I co w zamian?

Jeżeli przyjmiemy wiedzę, że na program PiS „Bezpieczny kredyt 2%” wydajemy w 2024 r. ok. 941 mln, możemy założyć, że koszty te urosną lawinowo (w tym roku tylko dopłaty z poprzedniego roku i początku obecnego, a za 10 lat – 10 razy tyle). Dodając, że 0% to nie 2 %. Powinniśmy liczyć się z docelowymi kosztami na poziomie 10-15 mld zł/rok, o ile stopy procentowe nie zaczną spadać. Ogromne pieniądze. Co można za nie zrobić?

Koszt budowy domu w systemie wielorodzinnym wyniósł na początku 2024 r. nieco poniżej 7000 zł/m2 (z kosztem działki). To pewna średnia. Warszawa ma drożej, taki Białystok taniej. Przy domu jednorodzinnym – 5500 zł/m2 + działka. Przyjmijmy zatem średnią z działką te 7000 zł. Co można zrobić?

Po pierwsze – wprowadzić ulgi podatkowe na budowę i zakup do zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych. Żeby takie rozwiązanie miało sens dla ludzi mniej zarabiających, odliczenie musiałoby odjąć także składkę zdrowotną i społeczne (które refundowałoby państwo). Zysk – w pierwszym progu, powyżej kwoty wolnej ok. 30% (13+9+12) czyli 27 tys. zł/rok. Czas 5 lat. Potem stop. Jasne, rozwiązanie typowo dla klasy średniej. Zysk wymierny, nawet przy limicie np. 0,5 mln zł. Dlaczego? Ponieważ na początku roczny koszt rynkowego kredytu od takiej kwoty to…..40 tys. zł (przy oprocentowaniu 8% tyle dopłacałoby państwo do kredytu 0%). Ludzie normalnie spłacaliby ratę, a dostawali zwrot, który można by przeznaczyć na nadpłatę (i skrócenie okresu kredytowania o 5 lat za pierwszym razem). Dałoby się w ten sposób dofinansować o połowę większą grupę, nie pasąc przy okazji banków (kto wybudowałby za gotówkę – ten miałby taką samą ulgę). Jaki jeszcze sens ma ulga? Motywuje do legalnego zarabiania, bo tylko wtedy odliczymy maksimum. Praca na czarno = zero. Praca za minimalną +20% – ulga śmiesznie niska (30% z 62 tys. zł to ok. 10 tys. zł).

Po drugie – kredyt udzielony przez państwo wspólnotom mieszkaniowym na budowę tzw. współdomów na potrzeby własne (dom wielorodzinny, finansowany przez przyszłych właścicieli z pominięciem dewelopera). W moim mieście budowano tak w latach 30-tych i 50-tych XX w., więc pomysł nie jest nowy. Zbiera się grupa znajomych, kolegów z pracy, kupują działkę, dostają kredyt państwowy (niechby na 2% przez 10 lat), budują, powstają wyodrębnione lokale i kredyt dzieli się proporcjonalnie między nie i wpisuje na hipotekę. Firmy budowlane zarabiają. Producenci materiałów – też. Koszt? Przy koszcie budowy 5500 zł/m2 i średnim mieszkaniu 65 m2 – ok. 360 tys. zł kredytu i 16 tys. zł kosztów w pierwszym roku (oprocentowanie kredytu 2%, obligacji państwowych 6,4%, jeśli stopy spadną – mniej). Da się sfinansować ponad 2 razy więcej niż dziś, bez negatywnych skutków (zwinięcie budowlanki).

Po trzecie – państwowy kredyt na budowę domu systemem gospodarczym. Wracamy do podstaw. Działkę trzeba mieć. Na niej zbudujemy do 70 m2. Koszt budowy – 5500 zł/m2. Razem ok. 385 tys. zł. Na taką kwotę państwo udziela nam kredytu na 2%. Samo pożycza na 6,4%. W pierwszym roku ponosi wydatek 17 tys. zł, ale to i tak ponad 2 razy mniej niż przy dzisiejszym rozwiązaniu. Gdyby dom miał 35 m2 plus poddasze (da się, przy takich założeniach zbudować za 250 tys. zł, a przy własnej pracy, może nawet mniej), nakład państwa wynosiłby ok. 11 tys. zł/szt. Efektywność działań państwa rośnie 3,5-krotnie.

Po czwarte – tani kredyt 0% dla budownictwa społecznego (towarzystwa, spółdzielnie) z regulowanym czynszem. Taki TBS lub spółdzielnia buduje blok z 20 mieszkaniami po 50 m2 średnio czyli 1000 m2. Przy koszcie budowy 7000 zł/m2 potrzebuje 7 mln zł kredytu. Zapłaci niecałe 20.000 zł raty wyłącznie kapitałowej. Żeby ją uregulować potrzebuje zebrać 20 zł/m2 czynszu. A to oznacza 1000 zł/50 m2 dla mieszkańca (plus koszty eksploatacji). Koszt dla państwa 22 tys. zł/rok/mieszkanie, równy odsetkom od obligacji. I dopłata byłaby zarówno do majątku spółdzielni/towarzystwa jak i najemcy. Ten musiałby zostać starannie wyselekcjonowany (źródło dochodów). Państwo może wybudować 2 razy tyle mieszkań, co dotychczas przy kredycie 2%.

Po piąte – ulgi podatkowe w podatku od najmu z możliwością zwrotu VAT od budowy, przy przeznaczeniu na wynajem instytucjonalny. Pomysł przedwojenny, który zbudował mnóstwo kamienic po Wielkim Kryzysie w II RP (bez VAT-u, którego nie było). Wracamy do wyliczeń. Wybudowanie mieszkania – 350 tys. zł. W tym VAT 8% = 26 tys. zł – to się odlicza na początku (dla firmy bez rewelacji, dla osoby prywatnej – już zysk). Do tego podatek od najmu – mamy ryczałt 8,5% do 100 tys. zł i 12,5% powyżej tej kwoty. Firma na CIT płaci 9% od dochodu. I taki prywatny inwestor (a w zasadzie grupa) buduje taką kamienicę 20. mieszkaniową. Czynsz rynkowy wynosi dajmy na to 40 zł/m2, czyli przychód (ryczałt liczy się od przychodu) czyli mamy przychód na mieszkaniu średnio 2000 zł/m-c i 24.000 zł/rok. Podatek (nieuiszczony) to 2000 zł/rok. Jeśli odejmiemy jeszcze te 26 tys. z VATł, podzielone na 20 lat, dostajemy z podatkiem 3300 zł/rok. Pamiętając, że do kredytu 0% państwo dopłacało na początku 40.000 zł, damy radę zbudować ponad 10 razy tyle domów na wynajem.

Każda z przedstawionych propozycji ma swoje wady, ale wszystkie pozostają efektywniejsze niż kredyt 0%.

Granica pomiędzy racjonalnym zyskiem a chciwością. Obligacje.

Kilka miesięcy temu opublikowałem post zachęcający do zainteresowania się obligacjami korporacyjnymi. Pokazałem w nim szansę na całkiem niezły zarobek. Ale nie zawsze tak jest. Oto przykład.

Obligacje Skarbowe (czyli państwowe) oprocentowane na kilka lat po 6.4% (po podatku Belki 5,18%). Ryzyko? Niewielkie. Musiałaby pojawić się wojna, żeby państwo wstrzymało wypłatę odsetek i nie zwróciło kapitału. Ewentualnie kryzys na miarę greckiego. Na razie chyba jednak nam nie grozi.

Obligacje korporacyjne kupione przeze mnie. Duża firma deweloperska, z majątkiem, wieloletnią historią, operująca na rynku warszawskim. Spore marże, długa historia emisji, relatywnie niewielkie zadłużenie, zyski. Ryzyko oczywiście większe, niż w przypadku państwa, ale nadal wojna i wielki kryzys (tym razem w sektorze budownictwa) spowodować może problemy. Natomiast proponowane oprocentowanie 10,36% (8,39% po podatku Belki). Ponad 50% więcej. Na każdych 100 tys. zł zarabiamy rocznie ponad 3000 zł więcej. Te 3,21% netto w okresie kilku lat zrobi sporą różnicę. Oczywiście, o ile nie spadnie WIBOR, na co na razie nie zanosi się.

Obligacje korporacyjne nowej emisji. I nagle wchodzi firma leasingowa z drugiej ligi i proponuje 12,87%. (10,42% po opodatkowaniu). Niby znowu mam szansę zyskać jeszcze 2%/rok. Ale za cenę jakiego ryzyk?. Firma nie jest wiodącym graczem. Występuje na silnie konkurencyjnym rynku. Jakiekolwiek zachwianie, już i tak rozhuśtanego branży moto, może zmieść ją z planszy. Znacznie mniejsze problemy, spowodują, że nie wypłaci odsetek. Pójście na taki układ oznacza…. no właśnie co? Chciwość. Inwestowanie to umiejętność znalezienia różnicy pomiędzy wartością dodaną, zwiększającą nieznacznie ryzyko, a niewielką poprawą parametrów za ogromną cenę. Dlatego z nowej oferty nie skorzystałem.

Indukcja, płyta gazowa czy może Lidlomix? Koszty gotowania.

W domowym zużyciu mediów ważną pozycję zajmuje gotowanie oraz pieczenie. Aby je zrealizować potrzebujemy: płyty grzewczej oraz piekarnika. Piekarnik to oddzielny temat, bo żadne z opisanych urządzeń (ani płyta, ani Lidlomix) nie realizuje tej funkcji, lecz popatrzmy na samo gotowanie.

Indukcja. Zużywa ok. 500-700 KWh prądu rocznie. Wg dzisiejszych cen 50-70 zł miesięcznie. Jeśli, co prawdopodobne, ceny pójdą dwukrotnie w górę – 100-140 zł miesięcznie.

Płyta gazowa. Ta z kolei pochłania 10 m3 gazu miesięcznie (130 KWh). Przy cenie obecnej (0,4 zł/KWh) oznacza to 50 zł miesięcznie. Jeśli gaz podrożej dwukrotnie 100 zł miesięcznie.

Lidlomix. Jedna z blogerek przetestowała go. Wyszło zużycie (przeliczone) ok. 500 KWh na rok. To 50 zł miesięcznie, jeżeli liczymy ceny teraźniejsze i 100 zł, gdy weźmiemy pod uwagę przyszłe i prawdopodobne.

Wnioski. Jak widać użytkowanie każdego z tych urządzeń kosztuje podobnie. Trochę droższa okazać się może indukcja, ale wtedy wybierzemy starszy model.

BONUS. Pieczenie. Tutaj nie mamy wielkiego wyboru. Żadna płyta ani Lidlomix nie pieką. Mamy zatem następujące opcje: zrezygnować z ciasta i pieczonego mięsa, kupić sobie piekarnik elektryczny, używać klasycznego prodiża lub kombiwara. Wygoda przemawia za piekarnikiem elektrycznym, którym znacznie lepiej sterować i nie nagrzewa tak całego pokoju. Najmniej miejsca zajmuje kombiwar, ale ograniczy nam rozmiar ciasta. Zużywa też najmniej prądu i jest najtańszy. Ja zamiast nich na wsi korzystam z multicookera. Daje radę (głównie potrawy jednogarnkowe i gotowanie na parze czy smażenie), ale ma też wady – ograniczoną wielkość misy (codzienne gotowanie, niewielkie ciasta – średnica 20 cm). Dla dwójki się sprawdzi, dla czteroosobowej rodziny, raczej nie. Podobnie maszyna do chleba – upiecze ciasto (ale już nie pizzę), ale pozostanie problem dziur w spodzie i nietypowego kształtu). Piekarnik elektryczny przekonuje uniwersalnością. Jest jednak najdroższy (1500 zł+) oraz ciągnie sporo prądu – 4,5-6 KWh na godzinny cykl (na razie 5-7 zł, a za chwilę może i 2 razy więcej). Kombiwar, multicooker, prodiż, maszyna do chleba – tylko 1,5 KWh.

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment – plan.

Kilka lat temu, przed sporymi podwyżkami cen wszystkiego, zrealizowałem na blogu takie doświadczenie. Starałem się przeżyć, za jak najmniejszą stawkę. Projekt zakładał – mniej niż 300 zł. Wtedy udało się. Teraz plan wygląda inaczej.

Założenia. Miesiąc na wsi. 1 -2 dojazdy w tygodniu do pracy (urlop, zdalna). Nie liczę tu nagłych potrzeb firmowych, związanych z wyjazdami – na te mam osobny budżet (firmowy). Sporo własnego jedzenia. Wszystkie media opłacone. Reszta zakupów – sporadyczna. Wydatki jak zwykle dzielę na kategorie.

Dom czyli media. Ten punkt zmusza mnie do opłacenia – wody (10 zł, stawka symboliczna), komórki (30 zł), abonamentu prądowego (36 zł, )opłata śmieciowa (28 zł) Razem 104 zł. Gdybym mieszkał na stałe, musiałbym jeszcze dołożyć: wywóz szamba (25 zł), drewno (22 zł), ) podatek od nieruchomości (100 zł), internet (90 zł – spróbuję bez). Razem 341 zł. W ten sposób zniknęłoby albo 2/3 budżetu. Dlatego przyjmuję wersję za 104 zł.

Chemia, leki, kosmetyki. Ten punkt wydaje się prosty, zwłaszcza w przypadku faceta. Dezodorant, mydło, pasta i szczotka do zębów, proszek do prania, płyn do naczyń, jakieś środki czyszczące, papier toaletowy (nawet niekonieczny, gdyby mieć bidet) plus stałe leki. Pewnie w okolicach 60 zł dam radę się zmieścić.

Transport. Zero auta. Raz – dwa razy w tygodniu dojadę pociągiem, płacąc miesięcznie 45 zł. Może wybiorę rower.

Ubranie. Symboliczne 50 zł. Zakładam średnią. Nie planuję nic kupować.

Drobne wydatki własne. Kolejne 50 zł na gazetę, może książkę.

Jedzenie. Tu już co zostanie. Letnio – 191 zł. Całorocznie? Brakuje, bo już poświęciłem 546 zł. Co robić? Musiałbym jeszcze przyciąć powyższe. Jak? Rezygnując z internetu kablowego (-90 zł), zadowalając się komórkowym, obniżając podatek od nieruchomości np. przerabiając garaż na lokal mieszkalny -70 zł. Wtedy i w zimie zostałby mi 114 zł (wydatki pozajedzeniowe 376 zł).

Czy potrafię zmieścić się w takich kwotach? Zobaczymy. Z drugiej strony, jeśli dam radę, pokażę Wam coś ważnego – ile faktycznie trzeba, by biologicznie przeżyć. O jakimkolwiek komforcie za 500 zł/os. przecież nie mówię.

Przedsiębiorca, pracownik, rolnik, alkoholik. Kto ma gorzej? Licytacja trwa.

Całkiem niedawno trafiłem na ten artykuł: https://wir.org.pl/asp/renta-alkoholowa-a-rolnicza-emerytura,1,artykul,1,4645 . Sygnowany: „Biuro WIR” zawiera m.in. takie zdania „W kontekście tego niebywałym jest fakt, że najniższa emerytura rolnicza po co najmniej 25-letnim okresie ciężkiej pracy na roli i opłacaniu w tym czasie składek na rolnicze ubezpieczenie emerytalno-rentowe od 1 marca 2024 r. wynosi tyle samo, czyli 1 780,96 zł! Środowisko rolnicze tym faktem mocno zbulwersowane. Przekazujemy to pod rozwagę decydentom. Jeśli nie docenia się w Polsce ciężkiej pracy, to wkrótce nie będzie komu pracować. To wysoce demoralizujące dla społeczeństwa.”

Wielokrotnie na blogu pisałem o „drodze KRUS”, tak więc czas odpowiedzieć na stanowisko WIR.

Po pierwsze – emerytura rolnicza należy się nie za 25 lat ciężkiej pracy, lecz stażu ubezpieczeniowego (płacenia składek). Uświadamiam panów z biura WIR – żeby ubezpieczyć się w KRUS wcale nie trzeba ciężko pracować. Można kupić hektar przeliczeniowy, zarejestrować gospodarstwo w gminie, zgłosić się do KRUS, płacić te 160 zł miesięcznie (jeszcze 10 lat temu było to 84 zł/m-c) i po 25 latach dostać emeryturę. Żadnego obowiązku prowadzenia jakiejkolwiek działalności rolniczej, nikt tego nie sprawdza.

Po drugie – jak widać z powyższego, taki rolnik przez 25 lat wpłacił tyle, ile wybierze w jednym roku. Obliczenia są proste, chociaż nie udało mi się dotrzeć do składek za całe 25 lat. Skoro 10 lat temu rocznie wpłacono ok. 1000 zł, a teraz 1960 zł, wpłacone przez 25 lat składki (nominalnie) równają się (lub nawet są mniejsze) niż roczne świadczenie. Dalej uważacie to za zły interes? I mówimy o człowieku, który może mieć 49 ha sadu i zarabiać de facto miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Po trzecie – rolnik też może dostać tzw. rentę alkoholową. Dlaczego nie? Przypuszczam, znając realia, że całkiem spora beneficjentów świadczenia ubezpieczyła się w KRUS, a nawet była rolnikiem.

Po czwarte – rolnicy nie płacą podatku dochodowego a składki KRUS wystarczają na ułamek świadczeń, co oznacza, że na tzw. renty alkoholowe składają się pracujący, zleceniobiorcy i przedsiębiorcy, a nie rolnicy. Głównymi dawcami kasy na system emerytalno-rentowy są pracujący, przedsiębiorcy i zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych. Dokładnie w takiej kolejności. Zatem, kto nie płaci, niech zamilknie.

Po piąte – alkoholicy akcyzą i VAT-em pracują na swoje renty. Wiecie ile jest podatków w butelce wódki? 80%. Jeśli pijak wypija flaszkę dziennie – odprowadza tym samym 600 zł podatków miesięcznie. 4 razy tyle co rolnik składki emerytalno-rentowej. Jeszcze jakieś pytania, działacze Wielkopolskiej Izby Gospodarczej?

Po szóste – renty nie dostaje się za pijaństwo, lecz trzeba wykazać ciężką chorobę. Idźmy do źródeł. Chorobami poalkoholowymi są schorzenia psychiczne, marskość wątroby, zapalenie trzustki, nowotwory i problemy z sercem. Nie zazdroszczę i wiem jak wygląda walka z ZUS-em – droga przez mękę.

Po siódme – żeby dostać rentę należy wykazać się stażem pracowniczym, a to kosztuje składki. Podstawowym warunkiem renty jest staż pracy (różny w zależności od wieku) i powstanie niezdolności w czasie ubezpieczenia. Tłumacząc na polskie – jeśli zostałeś schorowanym alkoholikiem w wieku 35 lat musiałem przepracować (lub mieć inny okres składkowy) minimum 5 lat, a tak naprawdę pewnie z 10. A jeszcze alkoholik z marskością wątroby żyje krócej niż rolnik.

Po siódme – porównajmy rolnika z przedsiębiorcą. Dla przedsiębiorcy te 10 lat oznacza jedno – ok. 130 tys. zł odprowadzonych składek na dg plus pewnie drugie tyle podatków dochodowych. Policzcie – 26 tys. zł/rok plus te 7200 zł od wódki czyli 32 tys. zł. Może nie był Vatowcem. Ile odprowadza rolnik ? Średnio ok. 25 razy mniej. Czyli przedsiębiorca-pijak przez rok włożył do budżetu niż ten rolnik przez 25 lat. I rolnik nadal płacze. A porównuję go z pijakiem na minimalnym ZUS-ie.

Po ósme – porównajmy rolnika ze mną. Zarabiam dobrze, pije umiarkowanie, ale gdybym pił na ostro? Jak wyglądałbym?Tylko w 2023 r. odprowadziłem ok. 80 tys. zł składek plus 25 tys. zł podatku dochodowego (VATu nie liczę, mimo, że jestem VATOWCEM). 105 tys. zł w ostatnim roku. Jak to się ma do rolnika? W tym samym roku (2023) zapłacił ok. 1800 zł czyli 1/58 moich składek i podatku dochodowego. Już przepracowałem 25 lat, czyli tyle ile ten rolnik. Gdybym teraz szedł na rentę dostanę świadczenie rentowe w wysokości 6500 zł czyli 78 tys. zł/rok. Czyli rolnik przepracował 25 lat i dostanie emeryturę w wysokości 27% mojej renty, ale ja tylko przez rok odprowadziłem 4 razy więcej podatków dochodowych i składek niż on przez całe ćwierćwiecze. Wygląda sprawiedliwie?

CBDU. Przedsiębiorca i pracownik to w Polsce dojna krowa. Ten ostatni ma chociaż szansę na L4, a właściciel jednoosobowej firmy, nawet tego nie dostanie, bo wtedy nie zarabia. Poza okresem pandemii, przedsiębiorca nie dostaje żadnych dopłat, żadnego klęskowego. A zatrudniony – zawsze figę. Pracownik-pijak i przedsiębiorca-pijak na minimalnym ZUS-ie przez ostatni rok odprowadzili więcej składek i podatków dochodowych niż rolnik przez cały okres niezbędny do emerytury minimalnej. Ba, ich akcyza i VAT od wypitej wódki były 4 razy większe niż składki rolnicze. Natomiast rolnicy najwięcej płaczą. Zapraszam na bloga krzykliwi panowie z WIR-u. Czas zobaczyć twarde liczby.

Dlaczego warto mieć własne warzywa i owoce? Argumenty zdrowotne.

O finansowych korzyściach posiadania swojej grządki czy sadu pisałem wiele razy. Teraz czas na opowieść o tym, że żywiąc się jedzeniem masowym, ryzykujemy zdrowiem, a nawet życiem.

Informacja pierwsza z brzegu – w truskawkach znaleziono pestycydy – https://www.onet.pl/informacje/smoglabpl/co-zjadamy-w-polskich-truskawkach-lista-jest-dluga/d6crm69,30bc1058 . Co gorsza nie tylko w marketowych, lecz także tych z tzw. bazarku czyli targu. Czasem tylko kilka substancji, czasem całkiem sporo. Cena czyni cuda, ale natury nie oszukasz.

Teraz źródło mniej sensacyjne niż codzienny portal internetowy https://cowzdrowiu.pl/aktualnosci/post/pestycydy-w-produktach-spozywczych-na-polskim-rynku-raport. Czego się dowiadujemy? Ponad 51% próbek żywności zawierało pestycydy „w normie”, 6% ponad normę, a tylko 43% nie było skażonych. I jeszcze Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego mówi nam – „wszystko w porządku”. Organizacje konsumenckie zaś biją na alarm. Z jakiego powodu? Pestycydy wchodzą w interakcję- czyli trochę tego w truskawce, innego w ogórku, pojedynczo ok, ale razem już nie. Poza tym – dawki się kumulują, a większość pestycydów działa kancerogennie. Wreszcie na koniec – znam całe mnóstwo substancji (w tym słynny glifosat, leki), które okazywały się szkodliwe po latach. Dlatego podziękuję.

Jedynym sposobem, żeby uzyskać pewność zdrowego jedzenia jest…. wytworzyć go samodzielnie tak dużo, jak się da. Bez stosowania oprysków i nawozów sztucznych. Na dobrą sprawę powinniśmy jeszcze mieć trochę zwierząt (o czym w następnym wpisie), żeby kupiony np. ze stadniny obornik, nie został skażony antybiotykami i innym świństwem. I do tego zmierzam. Ostatnio, w moim otoczeniu, nastąpiła plaga nowotworów, dotknęła kilka kobiet, z których jedna już nie żyje. W zasadzie, gdzie się nie obrócę, słyszę o tym świństwie. Zła jakość jedzenia – to jedno ze źródeł choroby.