Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 44 – Oszczędny Milioner

A gdyby tak, spełniła się najgorsza groźba rolniczych protestów? Nocne rozważania.

Jedno z haseł rolniczych protestów, które ma w zamyśle wstrząsnąć odbiorcą brzmiało „Bez rolników, miasta umrą z głodu”. Postanowiłem sprawdzić, ile w tym prawdy. Jak zwykle, przygotujcie się zarówno na filozofię i wyliczenia.

Wyobraźmy sobie, że za tydzień ktoś zrzuca na Polskę bombę, która wywołuje jeden efekt – wszystkie osoby pracujące w rolnictwie, wymierają. Wg danych do których dotarłem 3,5 mln osób – 10% populacji. Nieważne, czy pracują w wielkich farmach-firmach, czy są ich właścicielami, czy prowadzą „produkcję” zboża na 1 ha. Co jasne, zniknięcie rolników, nie oznacza, że wyparuje ziemia rolna. Nie. Ona dalej istnieje. Tak jak maszyny, budynki, inwentarz. Co w takiej sytuacji robi rząd? A co wy zrobilibyście?

Problemy, które powstałyby w takiej sytuacji to przede wszystkim wyżywienie pozostałych 90% ludzi. Czy to niemożliwe? Przecież nie. I podam Wam kilka przykładów.

Powód 1. Istnieją państwa, które nie produkują niewiele żywności i mają się doskonale. Nawet w Europie i tzw. krajach cywilizowanych gospodarczo. Popatrzcie na taką Norwegię. Rolnictwo tam to 2,4% PKB. Śladowe ilości. Znacznie ważniejszy jest przemysł wydobywczy, rybołówstwo, przetwórstwo, a przede wszystkim usługi (55% PKB). Czy Norwegowie umierają z głodu? Oj chyba nie. Arabia Saudyjska – 0,1% PKB z rolnictwa. Ktoś powie, ok, to kiepski przykład bo żyją z surowców. To ok. Weźmy Singapur. Brak bogactw naturalnych. Rolnictwo 0,1% PKB.

Jak widzicie celowo pominąłem kraje biedne o dużym udziale PKB i zatrudnienia w niskotowarowym rolnictwie (np. Nepal – 25% PKB, zatrudnienie 69%), ale bez silnego rolnictwa da się żyć. Wystarczy żywność importować rozwijając inne gałęzie gospodarki.

Zresztą, w Polsce rolnictwo to 2,2% PKB. Czy pozostałe 97,8 % sobie nie poradzi? W końcu 2,2% to roczny wzrost PKB od wielu lat.

Powód 2. Nakłady na rolników nie równoważą zysków z rolnictwa. Przynajmniej w Polsce. 10% rolników wytwarza 2,2 % PKB – 50 mld USD. Same dopłaty do emerytur KRUS to 5 mld USD rocznie. Średnia dopłata bezpośrednia 250 E/ha, co przy powierzchni gruntów 18 mln ha, wynosi kolejne 4,5 mld USD. A przecież te 40 mld PKB to produkcja, a nie zysk. W rezultacie per saldo do rolnictwa dokładamy. Inaczej niż do przemysłu czy usług. Czyli rzeczywista strata będzie nawet większa.

Powód 3. Nawet w rozproszeniu da się wyprodukować sporo jedzenia. Wystarczy dla wszystkich. O tym trochę jest ten blog. Polskie rolnictwo produkuje rocznie produktów za 160 mld zł. Z 1,5 mln gospodarstw, ok. 400 tys. w ogóle nie produkuje na rynek. Łączna produkcja roślin w Polsce to 60 mln ton, z czego część trafia na eksport. Do tego dochodzi mięso. Patrząc jednak na liczbę hektarów pól uprawnych (10 mln) daje to ok. 6 ton z hektara. Teraz przejdźmy do potrzeb. Jeżeli przyjmiemy średnią 1000 KCal/kg (chleb ma 2500 Kcal) i potrzeby człowieka na poziomie 2500 Kcal dziennie, każdy z nas zje ok. 2,5 kg jedzenia. Czyli 800 kg/rok. Ponieważ jest nas 35 mln, oznacza to 27 mln ton. I tu dochodzimy do sedna. Mając 18 mln ha użytków rolnych musielibyśmy wyprodukować ok. 1,5 tony z ha, czyli 150 g/m2. Ile to 150g? Mały ziemniak, jabłko. W moim ogródku, na ok. 1500 m2 (realnej powierzchni upraw) spokojnie, luzacko, weekendowo i bez nawozów wytwarzam takie ilości. Darvaesowie osiągali 2,7 tony z niecałych 400 m2. Mała powierzchnia oznacza większe plony jednostkowe. Zresztą, idźcie do pierwszego, lepszego, znajomego działkowca – 45 kg z 300 m2? Spokojnie. Popatrzmy inaczej. 18 mln ha, to statystycznie 0,5 ha na osobę. Oczywiście problemem noże się stać dojazd, bo jednak większość ziemi leży z dala od miast. Ale i na wsiach mogą powstać kooperatywy nie-rolników. Zresztą, mój kumpel rolnik, uprawia weekendowo swoje gospodarstwo 8ha, 70 km od miasta i… dojeżdża busem. Mechanizacja załatwia wszystko.

Pojawi się też problem specjalizacji. Każdy musiałby produkować wszystkiego po trochu. Kiedyś tak robiono, więc się da. Aczkolwiek, nie czarujmy się, łatwo nie będzie. .

Wiadomo, najtrudniej ma Warszawa. Ponad 2 mln ludzi na relatywnie małym obszarze. Wolą spędzać wakacje w tropikach niż na polu pod Siedlcami, ale co zrobić, gdy jeść się chce. Zresztą, wszystkie te wyliczenia 0,15 kg/m2 podaję z dużym zapasem na błędy i naukę.

Powód 4. Samowystarczalność oparta na wielkich gospodarstwach, stanowi większe ryzyko niż rozproszona produkcja. Wielkie gospodarstwa potrzebują ropy do maszyn, prądu do silosów, gazu do nawozów sztucznych. Małe działki dadzą sobie radę bez tego. Nawet w czasie II WŚ, Leningrad utrzymał się własną produkcją, chociaż oczywiście nie na poziomie 2500 KCal/osobę/dzień. Raczej minimum. Wielu ludzi z miast mając kawałek ziemi, może wyjechać na wieś. Taką ideę głoszą tzw. siedliska rodowe, czy eko-wioski.

Konkluzja. Rolnicy, stanowiący znikomą część PKB. W czasie pokoju, zupełnie pomijalną. Da się żywność spokojnie kupić (patrz Singapur, czy Arabia Saudyjska). Nie demonizujmy. Albo zorganizować produkcję własną, dając każdej rodzinie 0,5 ha na osobę. Skoro ja sam, blisko pięćdziesięciolatek, weekendowo (mój pobyt na wsi to ok. 50 dni w roku, z czego część przypada poza sezonem wegetacyjnym), wyjeżdżając na wakacje i w góry, pracując zawodowo, mogę wytworzyć kilkaset kg, bez pomocy maszyn bardziej skomplikowanych niż glebogryzarka ogrodnicza, taka opcja wydaje się realna.

Strachy przedsiębiorców rolnych (bo tacy głównie protestują) wydają się mocno przesadzone, nie warto się bać, lecz brać do roboty. W polu.

Jeszcze raz o całkiem innym modelu życia.

Ostatnio trafiam na coraz więcej artykułów atakujących korpożycie, nawet w głównym nurcie. Chyba dotarło i do mainstreamu, że model – 8-10h + 2 dojazdu, rata 5k za mieszkanie, 2k samochody, nawet za pensję dwóch osób ok. 15k netto, powoli się wyczerpuje. No cóż, najpierw zaczęła rozumieć ten fakt nasza starsza młodzież.

Wielu z dwudziesto-, trzydziestolatków patrzy na starszych kolegów, własne możliwości i dostrzega rzeczywisty stan rzeczy. Korporacja wysysa siły. Zabiera czas (z dojazdem, bez nadgodzin) nawet nie 9-17, ale 8-18, przez 5 dni w tygodniu, od skończenia studiów do emerytury (lekko licząc – przeciętnie 40 lat). Dodatkowo może nas w każdej chwili zwolnić, nawet jeśli niedawno zatrudniała (przykład z Krakowa). Zostaniemy z ręką w nocniku, kompletnie nieprzygotowani z trzymiesięczną pensją albo i dwutygodniową, jeśli pracowaliśmy krócej. Trudno jest zaczynać od zera po 50-tce, a może tak się trafi. Owocowe czwartki, benefity, podróże służbowe, tęczowe piątki, a nawet elastyczny czas pracy, guzik nam dają, bo zawsze zostaje 10h poza domem plus czasami niepłatna przerwa lunchowa w środku, co oznacza już 11 h. Generalnie brak życia poza weekendem i 26. dniami urlopu, nawet jeśli nie ma nadgodzin i zawracania głowy poza czasem pracy. Do tego dochodzą kwestie finansowe. Niby fajnie, pensje dobre, dla seniora znacznie powyżej średniej krajowej, ale młody przecież zaczyna od juniora. Przyjąłem ok. 7,5k na rękę (ok. 11k brutto) na osobę czyli 15k na parę, co uważam za wizję optymistyczną. I teraz popatrzmy na wydatki:

  • kredyt hipoteczny 5k,
  • 2 auta – 2k (optymistycznie),
  • jedzenie – 2 k (z Panem kanapką),
  • opłaty domowe – 1 k,
  • styl życia (ubrania, prezenty, wakacje, konsumpcja na poprawę humoru) – 4k.

Zostaje „na luz” 1000 PLN. Da się oczywiście ściąć, zwłaszcza jedzenie, styl życia, ale jak powiedziałem – zarobki planowałem optymistycznie.

Alternatywy w postaci „Janusza” w ogóle nie rozważam, bo to w średnim mieście 4k na rękę i gigantycznych wymaganiach (brak urlopu, bezpłatne nadgodziny), co przy racie 3k prowadzi do szybkiego wypalenia w zawodach umysłowych.

Pozostaje jeszcze budżetówka, gdzie płacą „minimalna na początek”, a 4-5 k na rękę po 20 latach, ale jeśli mamy szczęście, pół dnia przesiedzimy albo będzie jak w korpo, a z mniejszą pensją. Zyskamy też prawo do L4 (średnio – 3 tygodnie w roku), może roczną nagrodę, jakąś kasę na święta. Wbrew pozorom dla kogoś, kto chce dorabiać lub ma własne mieszkanie bez kredytu (ew. akceptuję wynajem pokoju), to nie jest głupia opcja. Dodatkowy bonus średniego miasta – krótki czas dojazdu i robi się niecałe 9h zamiast 11 (z bezpłatną przerwą). Praca zaczyna się wcześniej i o 16 możemy już być w domu (korpo 18-19).

Własna firma w większym rozmiarze, dla większości oznacza podobny zapieprz jak w korpo, chyba że wyznaczamy wysokie marże lub akceptujemy 5k na rękę. Wiem, bo prowadzę dg na pół gwizdka, a i tak poświęcam sporo czasu. Obecnie, żeby włożyć do kieszeni 7,5k potrzebujemy zarobić minimum 17k. ( 1,5 k na ZUS, plus VAT, plus PIT, plus zdrowotna, jakiś lokal, inne koszty). Czyli przepracować faktycznie 170 godzin miesięcznie za 100 zł/h (równowartość etatu). Gdy dodamy czynności administracyjne (faktury, ofertowanie), dojazdy na spotkania, rozmowy z klientami, zrobi nam się 200 godzin miesięcznie minimum. Nikt nam nie da urlopu, musimy go sobie wywalczyć, pracując np. w weekend. Wiadomo, są mikrofirmy wysokomarżowe, które zapewniają właścicielowi stawkę i 500 zł/h. Można zatrudnić pracowników i na każdym zarabiać 50 zł/h, ale doświadczamy wtedy zupełnie innego ryzyka (np. ciąża, płatne urlopy, L4, czas na nadzór, błędy i nauka na nasze konto). Czy faktycznie nie da się inaczej?

Pewnie, że się da. Uświadomić trzeba jednak sobie, że oznacza to porzucenie „marzeń korposzczura” czyli wakacji w tropikach, citybreaków, apartamentów, aut za 200k. W bonusie odzyskamy czas, który trzeba umieć wykorzystać. Mrzonki? Aby jeszcze raz zobrazować różnicę, posłużę się prawdziwym przykładem. Tak prawdziwym, że aż szokującym, obalającym jednocześnie tezy lewicy i PiS „kto ma, ten dostał od rodziców/dziadków” i liberalnej prawicy „tylko wielkie miasta, tylko korpo albo własna firma”. Trójgłos zandbergowsko-kaczyńsko-mentzentowski można schować do kieszeni, i żyć całkiem inaczej.

Wyobraźcie sobie chłopaka (nie trzeba wielkiej wyobraźni – on istnieje), rodzice nic mu nie dali, zostawili rozwalający się przedwojenny dom z małą obórką, na spłachetku ziemi, która zresztą należała do nich pozornie (niezałatwiona od lat 80-tych sprawa spadkowa z rodzeństwem). Zostawili, za opiekę na starość. Wyjechał na saksy, zarobił, nauczył się roboty w budowlance, przebudował obórkę na swój dom, wziął rodziców pod własny dach, ożenił się.

I w takim momencie zadajmy sobie ważne pytanie. Czy dzisiaj taki sposób działania da się powtórzyć? Moim zdaniem – tak. Dom na wsi, ok. 50 km od dużego miasta, 10 km od powiatowego, wiadomo – do remontu, kosztuje 130 tys. zł. Trzeba zebrać 26 tys. wkładu własnego (max. pół roku roboty na saksach), resztę da się pożyczyć na ratę 800 zł. Albo posiedzieć na zachodzie 2 lata, wrócić i kupić. Inaczej, kupić na raty prywatne za dzisiejszą cenę i wyjechać zarobić. Wreszcie, kupić na kredyt, wyjechać na 1,5 roku i spłacić.

Następnym krokiem będzie remont. Potrzeba sporo pracy własnej i kasę na materiał: okna, ocieplenie, podłogi, drzwi, instalacje itp. Niech będzie 100 tys. zł. Kolejne 2 lata roboty. I w 4 lata dochodzimy do punktu, do którego korporacyjny wyrobnik dociera ok. 55 r.ż. A my mamy ich 25. Zero kredytu, własny dach nad głową. Przypominam – zaczynaliśmy od zera. Dla kogoś, czyj punkt początkowy wygląda inaczej mamy lepszą opcję – zyska czas. Sprzedaż mieszkania w mieście, kasa od rodziców na start, pieniądze z wesela, tego wszystkiego nie brałem pod uwagę.

No i w 25 r.ż zaczynamy. Skromnie da się żyć za 1200 zł//miesiąc/ na osobę, 2500 zł/miesiąc/ na parę. To 15-30 tys. rocznie.

Opcja nr 1. Praca 3m za granicą i 9m luzu.

Opcja nr 2. Jakaś niewielka własna dg, żeby tyle zarobić. Na KRUS-ie.

Opcja nr 3. Lokalne pół etatu dla 2 osób lub tylko jedna pracuje na cały.

Opcja nr 4. Praca dorywcza na miejscu (200 zł dniówką, oznacza tydzień roboty miesięcznie).

Opcja nr 5. Kombinowanie. 900 zł/os. na bankobraniu, drobny handel, naprawa.

Opcja 6. Świadczenia. Zasiłek dla bezrobotnych, zasiłki szkoleniowe, pomoc socjalna.

Para dorosłych ludzi poradzi sobie łatwiej. Jeśli pojawi się dziecko, możliwości ulegają ograniczeniu. Zasadniczo nie zostawimy go przecież na kwartał samego i odpada opcja nr 1. Wydatki idą w górę (nauka, częste zakupy ubrań).
Z drugiej strony, wzrasta strumień pomocy państwa. Nadal jednak dajemy radę, z niewielkim udziałem własnego czasu – nieproporcjonalnego do etatu w korpo. Musimy jednak żyć skromnie.

Dwie drogi. Porównanie korpokariery ze względnym slow life.

Dzisiaj dzielę się refleksją wywołaną rozmową z trenerem sportowym, który wychował syna, pracującego w moim zawodzie, ale kilka lat młodszego. Ten, nazwijmy go „chłopak” wybrał zupełnie inną drogę niż moja. Teraz będzie o skutkach.

Zarabia 2-10 razy więcej ode mnie (kwoty mogę tylko szacować), jako partner w warszawskiej spółce, zajmującej się inwestcjami nieruchomościowymi. Skończył studia w Wielkiej Brytanii i Polsce. Jest kilka lat młodszy ode mnie, ale ma świeżo urodzone dziecko i nowo wybudowanego bliźniaka na Saskiej Kępie. A praca? No cóż, po 12-16 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu.

Ja znajduje się w innej rzeczywistości. Studia na lokalnym uniwersytecie, papiery zawodowe zrobiłem późno, przed 40-tką. Dzieci mam trójkę, najmłodszy – młody nastolatek. Praca – dwa przewidywalne, stabilne etaty plus mała firma – w sumie niezły dochód, ale gdzie mi tam do warunków warszawskich. Pracuję po 40-50 godzin tygodniowo (częściowo na urlopach). W porównaniu do warszawskiego, błyskotliwego, pnącego się po szczeblach kariery gościa, słabo.

Skutki? Większość z Was pewnie oglądało film „Firma” z Tomem Cruis’em, oddający dobrze życie w zamożnej lecz wymagającej korpo. Trzeba codziennie dawać z siebie wszystko, klient nasz pan. Nie ma czasu na luz. Dobrze opisał to Tim Ferriss w „Czterogodzinnym tygodniu pracy”, powtarzając scenę w „Narzędziach tytanów”. Uzyskujemy bardzo dobry dochód, stać nas na wszystko, ale… dopóki pracujemy. Młodzi wpadają w pułapkę, sami pchają się na lep. Bo oczywiście, da się „wykorzystać korpo”, popracować 10 lat za sutą pensję, odkładać 70% dochodów, a potem „uciec w Bieszczady”. Powiedzmy sobie prawdę – ile osób tak zrobi? Garstka. Reszta zachwyci się blichtrem. Zresztą, żeby wejść na poziom partnera spółki, trzeba łączyć zdolności z ciężką pracą. Tam nie ma luzu, ani drogi na skróty. Korpo na bieżąco bada wydajność. A praca nie „nine to five” lecz „nine to nine”, sześć dni w tygodniu, z 26 dniami urlopu, wyniszcza.

Przy odrobinie szczęścia, da się inaczej. Niższa pensja, mała własna firma, bezpieczeństwo płynące z różnorodności źródeł dochodów. I znowu, większość moich kolegów z zawodu, owszem przyzwoicie zarabia (tzn. 2-3 średnie krajowe), ale majątku nie gromadzi. Ja, jakoś się wyrodziłem, ograniczając konsumpcję, a zwłaszcza idąc w nieruchomości (nieopodatkowany zysk). Kiedy rodził mi się najstarszy syn, miałem 25 lat, błyskotliwy korposzczur, robil zagraniczne studia i o potomstwie nie myślał. On, co jasne, przez te 20 lat zwiedził świat w większym stopniu i wyższym standardzie. Za 5 lat, ja może będę bawił już wnuki na prywatnej emeryturze, siedząc pod orzechem, on przemieszczał się Volvo za 0,5 mln pomiędzy klubem golfowym, a przedszkolem własnego dziecka. Tak więc dwie drogi. Którą wybierzesz?

I pamiętaj. Obu nam się udało. Przeszliśmy studia, zdaliśmy egzaminy zawodowe, mamy żony, domy itp. Ilu odpadło, próbując to osiągnąć? Z mojego roku na studiach, pewnie połowa. Utknęli ze średnią krajową w urzędzie skarbowym lub z nieco wyższymi poborami lecz 3000 zł raty hipoteki na średnim poziomie w korpo, może w głęboko nieszczęśliwym małżeństwie. A może parafrazując Szymona Hołownię i Władysława Kosiniaka-Kamysza istnieje „trzecia droga”?

Jak działa kredyt – historia dziewczyny z HR.

Obiecałem tydzień temu rozwinięcie tematu „Kredyt jako źródło szkodliwych kompromisów”, no i proszę, jest wpis. Z życia wzięty.

W moim miejscu pracy zmienił się szefujący HR. Jak to bywa miał całkiem nową koncepcję działania. Zlikwidować jeden dział. Pracowników rozparcelował pomiędzy inne komórki, a kierowniczkę (żeby nie siała fermentu) przeniósł do innego budynku. Oczywiście zmiana pozorna, nic nie wnosząca, ot pański kaprys. Rozmowa podobno nie wyglądała ciekawie, dziewczyna (piszę „dziewczyna”, a to 45-latka) usłyszała „Proszę nie przychodzić do głównej siedziby, nie rzucać się w oczy”. No ewidentna groźba, jak się pojawisz, spróbujesz walczyć, wywalimy cię całkiem.

Co robi w takiej sytuacji racjonalny człowiek? Piszę odwołanie od wypowiedzenia zmieniającego warunki pracy. Udowadnia pozorność zmiany, nierówne traktowanie (młodsze pracownice zostawili), naruszenie przepisów (pracuje w HR prawie 20 lat, a nagle przydzielają jej zupełnie inne zadania + zamaskowana groźba). W polskim sądzie pracy – spore szanse na zwycięstwo. Nie ma nic do stracenia, bo nowe obowiązki oznaczają znaczną redukcję wynagrodzenia (ok. 30% mniej), a inną robotę też przecież gdzieś znajdzie.

Co robi zakredytowana dziewczyna z HR? Płacze po kątach a na fejsie udostępnia post o pokonanym wilku-przywódcy, dla którego opuszczenie stada nie oznacza porażki, lecz zwycięstwo, nad samym sobą i instynktami. Tak działa tresura. Tak działa kredyt. Pracownik biurowy, jeszcze-wczoraj-kierowniczka, nie pójdzie przecież pracować do sklepu, sprzedawać biletów w kinie, woli przełknąć upokorzenie. Raty kredytu trzeba płacić co miesiąc ,a tu brak oszczędności i nie można mieć przerwy w dochodzie. Dlatego warto szukać alternatyw dla „pewnej pracy”, „kredytu z małą ratką” i „segmentu na przedmieściach”.

Nareszcie. Spłaciłem resztki ostatniego kredytu hipotecznego.

W marcu zakończyła się moja przygoda z kredytem hipotecznym. Ostatnim kredytem jaki miałem. W ramach przygotowania do spokojnego życia, postanowiłem rozprawić się z tym balastem. I już po nim.

Kiedy pod koniec sierpnia 2006 r. podpisywałem pierwszą umowę kredytową na zakup mieszkania w górach miałem 30 lat. Moja żona płakała, wyobrażając sobie, że jako emerytka zanosi ostatnią ratę do banku. Tymczasem po pół roku mieszkanie sprzedaliśmy, kredyt spłaciliśmy (a było to znane ówcześnie 120%, czyli wypłacony kapitał mógł być wart więcej niż zabezpieczenie) i jeszcze zostało nam sporo kasy (zarobiliśmy 80 tys. w 6,5 miesiąca – pensja żony wynosiła wtedy ok. 1400 zł netto).

Potem poszło już szybko. Kredyt na dom na wsi (potrzeba nagłego wykupienia od brata). Ten był z nami ok. 5 lat.

Następnie, w 2013 r. zadłużyliśmy się na zakup domu. W tym przypadku kwota pożyczonego kapitału wynosiła całkiem sporo ok. 410 tys. zł. Z poduszki finansowej rychło nadpłaciliśmy 200 ys. zł, a potem znowu i został taki „ogonek” 65 tys. zł. W trakcie pandemii rata wzrosła z 300 zł do 600 zł, a potem spadła do 500 zł. Swoją wysokością nie motywowała do rozstania, ale trzeba było coś zrobić. I stało się – poszedłem do banku w innej sprawie i złożyłem dyspozycję nadpłaty i już po. Jestem wolny. W międzyczasie pojawił się i zniknął (żył z nami 4,5 roku) kredyt na mieszkanie w górach, co szczegółowo opisywałem na blogu.

Dlaczego dokonałem spłaty? Zdecydowały dwa czynniki. Pierwszy – chciałem to uporządkować. Po co trzymać kasę i jednocześnie kredyt. Łatwiej uciąć. Ponieważ jestem leniem z wizytą w banku trochę zwlekałem, ale skoro można załatwić go przy okazji, czemu nie. Drugi powód, bardziej racjonalny – pomysł na ograniczenie obowiązków zawodowych i więcej czasu na życie. Skoro kasy będzie nieco mniej, to i te 500 zł zacznie ważyć więcej. W takim przypadku lepiej ścinać wydatki. I tak się stało.

Na koniec pewna refleksja. Czy jestem przeciwnikiem hipoteki? Zupełnie nie. Przy dobrym timingu stanowi ona doskonałe narzędzie inwestycyjne dla przeciętnego przedstawiciela klasy średniej. Ba, często jedyną drogę do własnego mieszkania. Z czasem, o ile nie zdarzy się katastrofa, jak w 2022 r., rata przestaje tak uwierać. Bo czym byłoby obecnie te 700 zł z roku 2006? Wtedy 50% pensji żony (oczywiście ubezpieczyłem się natychmiast na wyższą kwotę). Dzisiaj – 1/6 jej poborów. Relatywna waga obciążenia spadła o 66%. A wartość tamtego pierwszego lokalu wzrosła 4-krotnie. Oczywiście wszystko jest zasługą timingu. Kupowałem wszystkie kredytowane nieruchomości przed falą silnych wzrostów, stąd takie ładne wyniki.

Jak posiadany majątek wpływa na nasz poziom zadowolenia z życia?

Ten wpis, jak wiele innych, zainspirowany został artykułem. Postawiono w nim tezę, że zadowolenie z życia zależy od doświadczania miłości, stąd wielu bogatych ludzi staje się zrzędliwych i marudnych, a biedni potrafią odczuwać i manifestować szczęście. Osobiście, uznałem taki pogląd za błędny, pokrótce wyjaśniając, dlaczego. Teraz czas na rozłożenie problemu na czynniki pierwsze.

Pytanie: Czy głoszący tezę o miłości jako determinancie szczęścia, stosuje metody naukowe czy anegdotyczne, bądź posługuje się stereotypami?

Pierwsze zastrzeżenie „nienaukowości” dotyczy próby – „badanie” przeprowadzał ksiądz w trakcie corocznej kolędy. A zatem badanymi byli wyłącznie katolicy (jak wskazują wyniki spisu powszechnego nieco ponad 70% mieszkańców Polski), na ograniczonym terenie (jedna parafia, może diecezja) w niewielkiej grupie (kilkadziesiąt, może kilkaset osób). Badań statystycznych nie prowadzi się w ten sposób. Ani nie ogranicza się ich terytorialnie, a próba ma często pow. 1000 pytanych.

Drugie, sposobu prowadzenia „badania”. Generalnie ankiety statystyczne, aby ograniczyć wpływ emocji i zapewnić szczerość, robione są anonimowo. Tu tak nie było. Co więcej „ankieter” miał pewien wpływ na życie pytanych (normalnie, więcej się z nim nie spotykają). „Ankietowani” nie wiedzieli, że biorą udział „w badaniu”, ba sam pytający nie planował ankiety. Każdy mógł dostać inne pytania, a metodą była też „obserwacja”. Rozróżnienie na „biedny” i „bogaty” również musiało polegać na domniemaniu, przecież ksiądz po kolędzie nie pyta o dochody i majątek.

Czwarte, sama osoba badacza. Miłość małżeńską zna z opowieści. Miłości rodzicielskiej doświadczał wyłącznie biorąc ją, a nie dając. Czyli słysząc „brak miłości”, w ogóle nie wiemy o czym mówi. Czy o tym, że nie kochali się małżonkowie, partnerzy? Czy również dzieci były niekochane i same nie kochały rodziców? Jak to stwierdzić w trakcie oficjalnej 10-20 minutowej wizyty? Jak stwierdzano „miłość” w przypadku osób mieszkających samotnie?

Zresztą już sama formacja księdza skłania go do dokonywania ocen wpływu miłości na życie ludzkie. Często słyszy i wyjaśnia słowa Pieśni nad pieśniami ” Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.” Myśl radykalna, ale czy prawdziwa?

Pytanie: Czy doświadczenie miłości, przesądza o zadowoleniu z życia?

Kiedy zapytamy 16-letnią dziewczynę – odpowie nam „tak”. Gdy 60-letniego żonatego mężczyznę, odpowiedzi będą się różnić. Jeden przyzna rację, drugi powie – cieszy mnie własnoręcznie zbudowany dom, wyprawa na ryby, spokój w garażu, szczęście moich dzieci, poczucie spełnionego obowiązku.

A wyniki badań? Mam w biblioteczce taką książkę Liz Hoggard „Jak być szczęśliwym?” opowiadającą o eksperymencie w angielskim miasteczku Slough. Istotnie mówimy o badaniu naukowym wraz z podaniem źródła. I jakie wyniki? „W pierwszym roku małżeństwa poziom szczęścia małżonków gwałtownie wzrasta…. ludzie przyzwyczajają się do małżeńskiego życia i wracają do swojego wyjściowego poziomu szczęścia”. Oraz, co ważne „Osoby pozostające w niezbyt udanych związkach małżeńskich są mniej szczęśliwe niż osoby samotne lub rozwiedzione”, i wreszcie „Jak wynika z badań Mintela 56% samotnych kobiet było bardzo zadowolonych ze swojego życia…. Podobnie twierdziło 46% samotnych mężczyzn”.

Więc wyniki badań naukowych nie potwierdzają tezy o miłości jako determinancie szczęścia.

Pytanie: Czy i w jaki sposób zamożność wpływa na zadowolenie z życia?

I tu dochodzimy do problemu tytułowego. I na to pytanie odpowiedzieli badacze ze Slough. „Powyżej pewnego poziomu dochodu,…., dodatkowa ilość pieniędzy nie zwiększa poziomu zadowolenia z życia” a także „Ogólnie rzecz biorąc bogatsi są szczęśliwsi niż osoby mniej zamożne. ” Przytoczono też zdanie Roberta Franka z Cornell University „Ale szczęśliwy bogacz i tak będzie szczęśliwszy, niż gdyby był biedny” oraz badania czasopisma „Time”, którego czytelnicy (znowu pewna grupa, różna od świętokrzyskiej parafii) umieścili pieniądze dopiero na 14 miejscu w rankingu.

Pod koniec, podkreślono też, z czym całkowicie się zgadzam, że istotne pozostaje „względne poczucie bogactwa” czyli porównanie z innymi, niż ogólny poziom dochodów. A więc człowiek zarabiający 50.000 zł miesięcznie będzie mniej szczęśliwy w otoczeniu ludzi o dochodzie 100.000 zł niż 10.000 zł, pomimo iż jego zarobki się nie zmienią. Podobnie mamy ze stanem majątkowym. Posiadający 2 mln zł uzyska wyższy poziom szczęścia wśród biedaków niż multimilionerów.

Pytanie: Jeśli nie miłość i pieniądze, to co?

I na to odpowiadają naukowcy od eksperymentu „Make Slough happy” – trzeba działać: ruszać się, cieszyć się z tego co się posiada, rozmawiać, zredukować czas przed telewizorem, uśmiechać się, utrzymywać relację z ludźmi, nagradzać się, czynić dobro i posadzić jakąś roślinę lub kupić zwierzę.

Ostatnie 6 miesięcy z autem elektrycznym. Koszty eksploatacji.

W miesiącach IX 2023- II 2024 przejechałem swoim elektrykiem 5000 km, przeznaczając na niego następujące kwoty:

  • ładowanie na publicznych ładowarkach – 67 zł,
  • ładowanie w domu (z gniazdka) – 51 zł.
  • przegląd, naprawy, opony, ubezpieczenie (tu podzieliłem proporcjonalnie) – 980 zł.

Półroczne wydatki na auto zamknęły się więc 1098 zł, co daje ok. 183 zł miesięcznie. Czy podobny rezultat da się osiągnąć innym samochodem tej wielkości? Szczerze wątpię. I już wyjaśniam, dlaczego.

Samo spalanie wyniosło 118 zł, co daje 2,36 zł/100 km. Stało się tak, dlatego, iż w trasie przejechałem ok. 800 km, przy czym dwa razy wyjechałem poza granice województwa. Wyniku ok. 0,8 l LPG/100 km czy 0,4 l/ON nie pobije żadne auto spalinowe. To potwierdza znaną prawdę – taki wóz sprawdza się w mieście z darmową ładowarką, domu z własną instalacją FV i przy przejazdach miejskich. Gdybym, jak w poprzednim roku, dojeżdżał w góry, zrobiłbym nie 5000 km a 8000 km i zapłacił, po obecnych cenach 750 zł czyli 9,5 zł/100km. To nadal równoważnik 3 l LPG/100 km, albo 1,5 l ON lub PB95, ale jednak zupełnie inna kwota.

Także naprawy, przeglądy, ubezpieczenia nie są drogie – to średnio 1500 zł/rok. Do tego dochodzą opony (komplet całorocznych za 2300 zł, powinien mi starczyć na 5 lat takiej jazdy).

Decyzja. Elektryk zostaje z nami. Utrata wartości (25 tys. zł w 1,5 roku) oraz wydatki na eksploatację powodują, że szybka sprzedaż staje się nieopłacalna. Jeśli nic się nie wydarzy, planuję zostać z tym autem jeszcze 4-5 lat. O ile wytrzymam, oczywiście. Żeby czekanie sobie ułatwić, zamówiłem już (w celu późniejszej sprzedaży) Alfę Romeo Giuliettę z silnikiem 240 KM.

Kolejne spojrzenie na „koleiny systemu”.

Dosłownie tego samego poranka, bezpośrednio po odpowiedzi Janowi na komentarz o nieumiejętności wyjścia z kolein proponowanych przez system, trafiłem na taki artykuł https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/zycie-polakow-znacznie-sie-pogorszylo-ostatnie-piec-lat-zmienilo-wszystko/e7sstzh,2b83378a Niby nic wielkiego, opis post pandemicznych i inflacyjnych trudności, ale już niektóre zdania pokazują jak Matrix wdrukowuję konieczność życia zgodnie z jego zasadami. Proszę bardzo, parę kwiatków.

-„Polacy rezygnują z wyjścia do kina, jedzenia w restauracjach oraz wielu innych przyjemności, które powinny być dla nich codziennością”

-„Skończyłam 30 lat. Chciałam jakiejś zmiany. Kupno mieszkanie w kredycie wydawało się być spełnieniem moich marzeń.” 

–„Doskonale wiem, że w dzisiejszych czasach wszystko bardzo szybko pojawia się w sieci, ale chciałbym nauczyć naszą córeczkę, że z kultury należy korzystać i chłonąć ją poza domem. Po prostu, żeby się odchamić — tłumaczy mężczyzna. Niestety coroczne podwyżki cen, sprawiły, że oglądanie filmów na mieście, ograniczyli do jednego wyjścia w miesiącu. — Może się ktoś z tego śmiać, ale aktualnie jeden film kosztuje nas prawie 200 zł. Córka ma dopiero siedem lat, a musi płacić prawie tyle samo co my za kino. A ile dzisiaj kosztuje bilet? W tym momencie jest to mniej więcej 30 zł za jedną wejściówkę. Nas jest trójka. Klara zawsze chce jakiś popcorn — w zestawie to prawie wydatek 50 zł.”

-„Niebawem kupimy marchewkę za 5 zł i nikogo to nie będzie interesowało. Kupowaliście ostatnio może chipsy w sklepie? Przecież większość z nich kosztuje już ponad 10 zł.” 

-„Po roku przeprowadziłam się z koleżanką do 70-metrowego mieszkania w centrum Krakowa i płaciłyśmy 2800 zł za wszystko. Wychodziło 1400 zł za super lokalizację. Wraz z nadejściem pandemii właściciele zaczęli podnosić czynsz. W końcu w połowie 2023 r. musiałam się przeprowadzić. W tym momencie to samo mieszkanie kosztuje 4 tys. 500 zł. Nie stać mnie na takie przyjemności — wyjaśnia”

Generalnie każda z tych myśli jest przejawem trzech trendów, które na blogu staram się zwalczać:

  • pędu do wielkich miast, jako jedynych siedlisk kultury, rozumianej jako kino, popcorn, restauracje,
  • narzekania w stylu „kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów”,
  • zwalania odpowiedzialności za swoje życie na innych (głównie polityków, rodziców), wraz z myśleniem „mnie się należy”.

Rozprawmy się z nimi po kolei.

Tatuś siedmiolatki narzekający na drogie kino. Wyjście na 3 osoby ma kosztować rzekomo 200 zł. No i rozłóżmy na czynniki pierwsze. Cenę tworzą bilety (30 zł/osobę) i popcorn w zestawie (50 zł). Więc powiem panu tak – popcorn nie jest obowiązkowy, bilety da się kupić taniej, wreszcie – kino to nie żadne „odchamienie”, tylko trzeba wyściubić nos poza warszawską galerię w sobotnie przedpołudnie. Przekąski kinowe dziecku szkodzą, tym bardziej powtarzane co tydzień. Piszący te słowa chodzi do kina nawet nie raz w roku i nie uważa się za „chama” ponieważ kino w galerii to raczej przejaw kultury ludowej. Bilet na koncert finalistki ostatniego Konkursu Chopinowskiego kosztował mnie 100 zł i to tylko dlatego, że zdecydowałem się w ostatniej chwili. W filharmonii popcornu nie sprzedawali i muzyka Chopina zrobi dziecku lepiej niż Barbie (bo raczej nikt nie zabierze siedmiolatki na ambitne produkcje).

Następnie redaktor podsumowuje, jak to wyjście do kina i restauracji powinny być codziennością Polaków. Przecież to jakaś bzdura. Jestem człowiekiem zamożnym, zarabiam całkiem sporo, w restauracji pojawiam się średnio raz w miesiącu, zazwyczaj z powodu okazji (mecz syna, uroczystość, wyjście ze znajomymi) i nie czuję żebym coś tracił. Ostatnio za obiad czterech osób z napojami i napiwkiem zapłaciłem 300 zł. Gdyby miałoby to stać się codziennością potrzebowałbym 9000 zł miesięcznie na jeden tylko posiłek dnia. Nawet w weekendy (8 dni/m-c) 2400 zł. Znam lepsze zastosowanie takiej sumy – np. prywatna emerytura, czy mieszkanie dla dziecka. Nie wiem też do czego odnosi się ta „powinność”. Zarabiasz, stać cię, lubisz -no to idziesz. Nie masz miedzi, w domu siedzisz. Idea, że restauracje czy kino winny być gwarantowane? Przecież to jakiś absurd.

Marchewka po 5 zł i chipsy po 10. No cóż, to że chipsy szkodzą, wie prawie każdy. Zresztą da się je zrobić w domu, nie trzeba wydawać 10 zł na dużego, prażonego ziemniaka. A cena marchwi? W sklepie może po 5 zł, ja na giełdzie ogrodniczej kupowałem po 2 zł. Nie stać cię, sam siejesz. W czym problem.

Na koniec zostawiłem sobie lament trzydziestolatki, która nie może założyć rodziny, bo wynajem 70-metrowego mieszkania w Krakowie kosztuje 4500 zł. Na blogu pisałem to wielokrotnie – nie ma przymusu mieszkania w Krakowie, gdzie ceny mieszkań pozostają wysokie, a pompuje je wynajem krótkoterminowy. W Tarnowie będzie znacznie taniej, a dzieli go od Krakowa godzinna podróż pociągiem. Dwie singielki nie potrzebują też 70 m2. Bez żartów. W bloku, na takiej powierzchni mieszczą się 4 pokoje.

Na koniec zostawiam sobie kredyt hipoteczny jako marzenie. Co ktoś wypowiadający takie zdanie może mieć w głowie? Kredyt jest co najwyżej środkiem do spełnienia marzeń, i tylko w ostateczności. Przecież istnieje tyle dróg do własnego dachu nad głową, nie wszyscy zmieszczą się w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu i Gdańsku. A nawet gdyby się zmieścili, życie w tych miastach stanie się nieznośne, dojazdy z przedmieść potrwają godzinami. Znowu wrócę do przykładu Białołęki i Dęblina. Wybór tej pierwszej pozostaje całkowicie nieracjonalny, ponieważ w sobotnie popołudnie jechałem trasę „Śródmieście – kraniec Białołęki” dwupasmówką przez pół godziny. Wyobrażam sobie drogę odwrotną, z wyjechaniem z osiedla we wtorek rano. Ba, nie muszę uruchamiać wyobraźni, gdy mam Google Maps, które pokazuje 1 godzina 10 minut. Trasę Dęblin-Warszawa pociąg pokonuje w 1.06-1.14. Wiadomo, trzeba jeszcze dojść na miejsce, dojechać na dworzec, ale w przypadku auta trzeba wyjechać z garażu, znaleźć miejsce parkingowe. Dojazd łączony komunikacja publiczną z Białołęki do centrum (autobus+metro) – równo godzina. Czy zatem ma sens zakup 60 m2 na Białołęce, a nie domku w Dęblinie? A nawet łagodniej – Czy zakup mieszkania na Białołęce stanowi jedynie słuszny wybór? Czy trzeba kredytu na 800-900 tys. zł? Czy ma on być marzeniem? A Kraków? 10 km przejedziemy autem w 30 minut, własnym autem, komunikacją miejską 45 minut. Pociągiem z Tarnowa, najszybszym połączeniem 50 minut. Czy warto dopłacać do Krakowa, z pełną świadomością, że dalej mieszkamy na obrzeżach?

System na każde z tych pytań daje proste odpowiedzi. Podobno jedyne właściwe. Młodzi ludzie, którzy obracają się w swojej bańce, mają monotematyczne źródła informacji, idą najszerszą drogą, ciągnąc za sobą worek kamieni. Nie da się ukryć, tak działa kredyt. Uniemożliwia racjonalne decyzje, prowadzi do wielu kompromisów z rzeczywistością i samym sobą. I o tym jeszcze napiszę.

Dlaczego porzucam drugi etat?

Decyzja zapadła – 30 czerwca 2024 r. będzie moim ostatnim dniem pracy na drugim etacie. Co skłoniło mnie do takiego kroku. Powody mogę pogrupować następująco:

  1. leżące po stronie pracodawcy,
  2. wzrost obciążeń podatkowych, co czyni drugą prace nieopłacalną,
  3. własne przemyślenia, ujawnione na tym blogu.

Kwestie relacji pracownik-pracodawca pogorszyły się wraz ze zmiana zarządzających. Funkcję szefa objęła osoba bez kwalifikacji za to z mocnymi plecami, rzucająca co chwila kompletnie bezsensownymi pomysłami, dezorganizującymi pracę i negatywnie wpływającymi na wyniki. W efekcie miałem 3 razy tyle pracy, bez wzrostu pensji.

Wzrost obciążeń podatkowych. Temu powodowi poświęcę sporo więcej uwagi, ponieważ dotyczy on wszystkich. Przepisy podatkowe skonstruowane są następująco. Jako pracownik i przedsiębiorca płacę:

  • w firmie – podatek dochodowy wg skali czyli 12%, z zachowaniem 30 tys. kwoty wolnej od podatku (ma pierwszeństwo odliczenia przed etatami), i 9% składkę zdrowotną plus 19% VAT (liczony od góry, nie od dołu),
  • w pierwszym miejscu zatrudnienia. Podatek dochodowy 12% +9% składki zdrowotnej + 20% składek społecznych od stycznia do listopada. W grudniu – 32% podatku, 9% zdrowotnej + 20% składek społecznych
  • w drugim miejscu zatrudnienia – podatek dochodowy 32% od pierwszej złotówki +9% składki zdrowotnej +20% składki społecznej,
  • inwestycje kapitałowe – 19% podatku Belki,
  • inwestycje w nieruchomości – bez podatku od wzrostu wartości lub 8,5% ryczałtu od przychodów z najmu.

Łatwo policzyć, że realna stawka podatkowo-składkowa wynosi (w pewnym uproszczeniu bo bywają różne podstawy składek i podatków):

  • w firmie (gdzie mam koszty, w tym VATowskie) – ok. 20%,
  • w pierwszym miejscu zatrudnienia – 42%,
  • w drugim miejscu zatrudnienia – 61%,
  • inwestycje kapitałowe – 19%,
  • inwestycje w nieruchomości – 2% (w długim okresie wzrost wartości był znacznie wyższy niż przychody z najmu)

W tej sytuacji logiczne, że skoro do mojej kieszeni wpada, albo 81-98% przychodu (nieruchomości i inwestycje kapitałowe), albo 39% (drugie miejsce zatrudnienia), zacznę przeważać dochód optymalny podatkowo. Także w firmie mam daleko idące możliwości korekt: zmiana profilu (niektóre usługi szkoleniowe zw. z VAT), dostosowanie poziomu kosztów itp. Już teraz sporo odliczam stąd tak niska efektywna stawka podatkowa. Co więcej, łączny dochód z pierwszej pracy i firmy wraz żoną (przy pewnych wpłatach IKZE), pozwala mi zachować 12% stawki podatku dochodowego w rocznym rozliczeniu. Druga praca idzie w całości na 32% (plus 9% zdrowotnej plus 20% społecznych). Dlatego podatkowo, wszystko przestało się kalkulować. Dostawałem „na pasku” sporo kasy brutto (nieco powyżej średniej krajowej), a faktycznie netto ok. 40%.

Własne przemyślenia. Dotyczą tzw. krzywej zadowolenia, czasu wolnego, własnej śmiertelności, work-life balance i przewartościowania wielu spraw.

W pierwszej kolejności wyjaśniam o co chodzi z krzywą zadowolenia. Powstała ona na podstawie badań, niezależnie w różnych krajach. Generalnie powyżej pewnego poziomu dochodu i majątku, dodatkowa kasa niewiele podnosi poziom satysfakcji. W USA to chyba 75k USD. I tak, zarabiający tę sumę, okazuje się statystycznie podobnie zadowolony z życia jak gość z pensją 150k USD. Przekładając na warunki polskie, suma będzie inna, ale niewątpliwie punkt ten przekroczyłem. Dodatkowe 4k miesięcznie z jednej strony i podwyższenie obciążenia pracą o 40%, a stresu o 50% wydaje się bezsensowne. Nie warto.

To samo dotyczy czasu wolnego. Biorąc pod uwagę dopłacane podatki, czyli pensję netto, wspomniane 4k, miałem dwa wyjścia. Albo spędzać 1/4 roku na urlopach i zwolnieniach, markując pracę i utrudniając sobie prowadzenie firmy, albo pracować jak oczekuje nowy szef (czyli dużo więcej niż dotychczas), z efektywną stawką godzinową 40 zł/godzinę netto. Kompletnie nie miałem ochoty. Zwłaszcza, że stawką było 110 godzin luzu miesięcznie (26 godzin tygodniowo). Pomysłów na zagospodarowanie tego czasu posiadam mnóstwo, począwszy od wsparcia rodziny do odpalenia projektu samowystarczalności żywieniowej, mini-muzeum itp. 26 godzin tygodniowo oznacza możliwość napisania i wydania książki o finansach osobistych (100 stron miesięcznie), zaczęcia weekendu w czwartkowe popołudnie i zakończenia go we wtorek rano. Mogę być na praktycznie każdym meczu moich obu synów, dojechać tam taniej (pociągiem, bo się nie spieszę), czy porobić remonty. Zastosowanie znajdę.

Własna śmiertelność. Nie wiem, ile mi zostało. Ostatnio jeden z moich szefów dostał drugiego zawału, podobnie kierująca HR. Przypadków nowotworu we własnym otoczeniu nie zliczę (na szczęście większość kończy się pozytywnie). Patrząc dookoła, w wariancie optymistycznym, zostało mi 25 lat względnej sprawności, w pesymistycznym, mogę umrzeć jutro. I nie chciałbym skrócić sobie tego czasu pracując nad miarę. A jeśli pracując, to nie w biurze, lecz na wolnym wybiegu.

Work-life balance. Jestem antyprzykładem tej tezy. Od 24 r. ż. pracuję umysłowo bardzo intensywnie – dorabiając poza głównym etatem. Work już było, teraz czas na life. Przy odrobinie szczęścia, za 5 -6 lat pojawią się na świecie moje wnuki, muszę być sprawny i zdolny do pomocy przy ich wychowaniu. Za 3 (jeśli pójdzie w sport) lub 10 (jeśli postawi na naukę) mój najmłodszy syn opuści dom. Zwyczajnie nie mam już czasu na przedłużanie pracy w takim wymiarze. Rezygnacja z jednego etatu doprowadzi do przesunięcia suwaka „życie-praca” dokładnie w połowę skali. Pierwszy pracodawca pochłonie 2 dni, firma- 1,5 dnia, a resztę przeznaczę na życie.

Przewartościowanie. Rozmawiałem z wieloma osobami 75+. W ostatecznym rozrachunku, przed jakim stanęli, widzą ostro dwie prawdy. Pierwsza – nawet na życie, wybory, osiągnięcia własnych dzieci człowiek ma ograniczony wpływ. Można robić wiele rzeczy źle, a odnieść sukces wychowawczy, albo postępując według słusznych zasad, otrzymać nieszczęśliwe, niedostosowane dziecko. Nie ma sensu spalać się, lepiej cieszyć się drobiazgami. Druga – trzeba dążyć do „wystarczy”, które wprawdzie u każdego znajduje się gdzie indziej, ale przekroczenie granicy, prowadzi tylko do szybszego kręcenia się w kołowrotku. Podobnie spoglądam na pracę. Nie wierzę w żadne „Żeby zarobić, trzeba się narobić”ani „Firma jest jak rodzina”. Służą one do utrzymywania w Mariksie rzeszy zombie-niewolników, pracujących na wąską grupę z przywilejami. Skoro pierwotny człowiek mógł przeznaczać na pracę średnio 3 godziny dziennie (łącznie 21 godzin w tygodniu), to ja też potrafię. Znacznie lepiej wyjdę na zwiększaniu stopy zwrotu z posiadanego majątku niż na dodatkowym etacie.

Rolnicza narracja – „wprawdzie nie płacimy podatków, ale przedsiębiorcy też jadą bez przerwy na stracie”. Czy to prawda?

Fala rolniczych protestów, która w lutym zalała Polskę, wywołała gigantyczną dyskusję. Jedną z rozmów odbyłem na profilu mojego klienta – właściciela małej firmy, który umieścił zdjęcie traktorów blokujących miasto. Nie chodziło o samą blokadę, lecz o ceny maszyn. I od razu odezwał się jego inny znajomy, który wygłosił mądrość zacytowaną powyżej. I postanowiłem powiedzieć sprawdzam.

Czy faktycznie przedsiębiorcy ciągle mają straty? Czy nie płacą podatków? Przeprowadziłem dziesiątki rozmów, ze znajomymi, klientami, księgowymi itp. Odpowiedź była jednoznaczna. Zdarzają się lata na minusie, lecz raczej wyjątkowo (raz na 3 może 4) i to niewielkim (max. kilkanaście tysięcy). Trochę częściej u dorabiających do etatu. Dlaczego?

Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka. Zasadnicza – urząd skarbowy. Jeśli ktoś ma 2-3 lata straty a jednocześnie kupi drogą rzecz (auto, dom), prowokuje sobie kontrolę skarbową. I już wesoło nie jest. Druga ważna – z czegoś trzeba żyć. Wprawdzie należy umieć odróżnić stratę księgową od faktycznej (pojęcia „wydatek” i „koszt” nie są tożsame, podobnie „przychód” i „wpływ”), ale mimo wszystko, dochód gwarantuje środki na przeżycie. O ile da się kupić „na firmę” auto, może nawet wakacje, to mięsa, kostiumu kąpielowego żony, już nie. Dlatego twierdzenie, że „przedsiębiorcy bez przerwy jadą na stracie” to wiejska legenda.

Przykład 1. Ten sam dochód.

Wreszcie, czy i ile podatków odprowadzają nawet ci stratni? Ile dostają dopłat? I tu zaczyna się moment prawdy. Popatrzcie. Weźmy przykład przedsiębiorcy i rolnika. Obydwaj mają po 30 lat i j zarobili (nadwyżka wpływów nad wydatkami) 50.000 zł ze swojej działalności. Jeden ma 5 ha ziemi (ziemniaki i truskawki), drugi prowadzi Żabkę. Co dostaną od państwa, co muszą wpłacić?

Ubezpieczenia społeczne i zdrowotne.Przedsiębiorca 21.000 zł. Rolnik – 2300 zł.

Podatek dochodowy. Przedsiębiorca -2400 zł. Rolnik – 0 zł.

Dopłaty. Przedsiębiorca – nic. Rolnik – 5000 zł.

Dopłata do paliwa. Przedsiębiorca 0 zł, Rolnik 770 zł.

Bilans rolnika (dopłaty – koszty) +3470 zł. Bilans przedsiębiorcy – 23.400 zł. Saldo (zysk + bilans): rolnik +53.470 zł, przedsiębiorca +27.600 zł. Efekt? Przedsiębiorca ma połowę tego co rolnik.

Przykład 2. Ta sama branża – mała budowlanka.

Teraz porównamy rolnika, który prowadzi dg na tzw. podwójnym KRUS-ie i osiąga dochód 50.000 zł z analogicznym przedsiębiorcą budowlanym na ZUSie.

Ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Przedsiębiorca 21.000 zł. Rolnik 4600 zł.

Dopłaty. Przedsiębiorca – nic. Rolnik 3800 zł.

Dopłata do paliwa. Przedsiębiorca -nic. Rolnik 770 zł.

Podatek dochodowy. Przedsiębiorca 2400 zł. Rolnik 2400 zł.

Bilans rolnika (dopłaty+koszty) – 2430 zł. Przedsiębiorcy – 23.400 zł. Saldo: rolnik +47.570zł. Przedsiębiorca +27.600 zł.

Przykład 3. Ta sama branża – mały pensjonat.

W tym punkcie pokażę przewagę agroturystyki nad małym pensjonatem. Założę identyczne obłożenie, zysk itp. Nie uwzględnię nakładów przedsiębiorcy na zwiększone wymogi organizacyjne (a to także niebagatelna, choć trudno policzalna kwota). Podobnie -dochód 50.000 zł.

Ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Przedsiębiorca 21.000 zł. Rolnik 2300 zł.

Dopłaty. Przedsiębiorca – nic. Rolnik 3800 zł.

Dopłata do paliwa. Przedsiębiorca -nic. Rolnik 770 zł.

Podatek dochodowy. Przedsiębiorca 2400 zł. Rolnik 0 zł.

Bilans rolnika (dopłaty+koszty) +730 zł. Przedsiębiorcy – 23.400 zł. Saldo: rolnik +50.730 zł. Przedsiębiorca +27.600 zł.

Przykład 4. Przedsiębiorca i rolnik zaliczają stratę 5000 zł.

No dobrze, niech będzie ta strata. Niewielka, ale zawsze. Zobaczmy co się dzieje.

Ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Przedsiębiorca 21.000 zł. Rolnik 2300 zł.

Dopłaty. Przedsiębiorca – nic. Rolnik 5000 zł.

Dopłata do paliwa. Przedsiębiorca -nic. Rolnik 770 zł.

Podatek dochodowy. Przedsiębiorca 0 zł. Rolnik 0 zł.

Bilans rolnika (dopłaty+koszty) + 3470 zł. Przedsiębiorcy – 21.400 zł. Saldo: rolnik – 1530 zł. Przedsiębiorca -26.400. zł. I właśnie wtedy ujawnia się największy problem – rzeczywista strata przedsiębiorcy jest 15 razy większa niż rolnika.