Nikt mi nic dał za darmo. Wszystko musiałem sam odziedziczyć.

Oglądaliście już „1670”? Netflixowa gorzka komedia o przypadkach Jana Pawła Adamczewskiego, stanowi próbkę czarnego humoru rodem ze „Świata według Bundych”. Tu nie ma taryfy ulgowej dla szlachty, chłopów, mężczyzn, kobiet, feministek i księży, młodych i starych. Drą łacha ze wszystkich. Główny bohater, stanowiące tytuł wpisu zdanie, kieruje do swojego syna. Możemy na nie patrzeć z dwóch stron.

Lewicowej – Adamczewski jako przykład szlacheckiej fanfaronady, prekursor dzisiejszego „Janusza biznesu” wygłaszający takie teksty jak „Chłopa ze strefy komfortu można wypędzić tylko cepem”, „Człowiek dochodzi do czegoś ciężką pracą swoich chłopów, to zabrać mu! Taka mentalność” czy właśnie „Wszystko musiałem sam odziedziczyć.”

Prawicowej – legendy o odwiecznym porządku świata, w którym jeden rozkazuje, a drugi wykonuje, a władza przechodzi z ojca na syna (podobnie jak poddaństwo).

Żadna z tych tez kompletnie się nie broni, jeśli zestawimy rzetelne dane i wiedzę historyczną. Oczywiście, to komedia, nikt nie oceniał, czy „Allo, allo” oddaje prawdę o francuskim ruchu oporu w II WŚ. Ponieważ jednak niektórzy, chcieliby widzieć muzy, jako dydaktyczne odbicie rzeczywistości, dajmy im szansę.

Większość źródeł (w tym spostrzeżenia gości zagranicznych) potwierdzają – Polska była rajem dla szlachty, czyśćcem dla mieszczan, a piekłem dla chłopów. Tu lewica mówi prawdę. Tylko szlachcic miał prawa i ogromną przewagę ekonomiczną, płynącą z własności ziemi i darmowej pracy poddanych. Czy mogło być gorzej? Tak, w Rosji. Stąd, przemawiający językiem właściciela firmy, opartej o wyzysk pracownika (brak urlopów, niepłatne nadgodziny) Jan Paweł Adamczewski wydaje nam się współczesny. Wiemy też, że w roku 1670, polska demokracja szlachecka (a w zasadzie oligarchia magnacka) wszystkie dobre lata miała już za sobą. Czekała ją tylko jeszcze jedna wygrana wojna (z Turcją, zakończona Pokojem Karłowickim w 1699 r.), jeden sensowny król (Jan III Sobieski) i …zjazd po równi pochyłej. Oczywiście magnateria dalej się bogaci i bawi, powstają rezydencje takie jak Wilanów, Arkadia czy Puławy. Spadku dochodów doświadczają chłopi, mieszczanie, a wreszcie, samo państwo. Wiemy doskonale, że wzrost obciążeń (podatkowych, pańszczyźnianych) wraz z arbitralnością orzeczeń zabije w końcu chłopską przedsiębiorczość, która odrodzi się po uwłaszczeniu. Dlatego pochwały biznesmenów w stylu Sebastiana Kulczyka, czy spadkobierców Adama Stadnickiego, można włożyć między bajki. Ich bogactwo nie pochodzi z ciężkiej pracy, osobistych zdolności lecz z poprzednich pokoleń. I nie warto tworzyć tu legendy, bo po „Wir, Erben” widać jak koło się obraca.

Oczywiście, wcale nie musi tak być. W USA większość milionerów (majątek, poza głównym domem, do 5 mln USD) to nie dziedzice, ale dorobieni w pierwszym pokoleniu. Inaczej wygląda to na liście najbogatszych, na której dalej rządzą spadkobiercy, ale wciąż są szanse na awans do wyższej klasy średniej, a nawet do wyższej. Jeszcze bardziej prawdopodobny jest ruch w dół drabiny – From rags to riches to rags in three generations – sprawdza się. Na tym polega słabość lewicowej narracji. Zamożność (bogactwo) rodziców daje przewagę, ale nie absolutną. Więc, typowo prawicowe przekonanie, o podwładnym i właścicielu może szybko się obrócić i syn poddanego wykupi syna szefa. Przecież czytaliśmy i „Lamparta”, i „Noce i dnie”.

Co zatem robić? Swoje. Spokojnie oszczędzać, inwestować, reinwestować i po kolei osiągać wyznaczone cele. A kolejne pokolenia będą wykuwać swój własny los.

Radykalne ucieczki od oczywistości.

Dzisiaj zaczynamy rozważania pod takim, nieco prowokacyjnym, tytułem. Czym jest ta „oczywistość”. Wyborem drogi prostej, powszechnie uczęszczanej czyli ścieżki: skończ szkołę (studia), idź do pracy (januszex, własna firma, korpo, budżetówka – bez znaczenia), ciężko haruj od pn do pt, w weekend zaszalej, miej dzieci, wakacje raz, 2 razy w roku, dotrwaj do emerytury w wieku 60-65 lat. Czy takie życie ma sens? Dla wielu – tak. Utwierdza ich w wyborze rodzina, znajomi, kapłani, media. Całkiem spora i wpływowa grupa.

Zawsze jednak istniały jednostki odrzucające system, żyjące na jego obrzeżach. Miały inne pomysły na funkcjonowanie. I o tym właśnie dzisiaj chciałbym napisać.

Legendarny Thoreau i jego „Walden” – biblia dla współczesnych anty- spod każdego znaku. Od radykalnej lewicy do radykalnej prawicy. Pomysł – wyprowadzić się do lasu, na kawałek własnej ziemi, samodzielnie zbudować dom. Brzmi nieźle, i co tu dużo gadać, realne może być i dziś. Przynajmniej częściowo. Nie musimy odrzucać wszystkiego. Da się radę samemu i z rodziną. Najwyżej skrajny program „zero pracy” zamienimy na zajęcia dorywcze, rękodzieło itp. 10-16 godzin tygodniowo zamiast 40-50 to już istotny postęp.

Kto jeszcze? Wszelacy ideolodzy spod znaku komun (nie mylić z komunistami). Motywowani religijnie lub wręcz przeciwnie. Zbieramy grupkę ludzi podobnie myślących, kupujemy razem dom, kawał pola i staramy się coś stworzyć. Zagrożenia? No niestety ludzki charakter i upływ czasu. Jak pisał Jonasz Kofta z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurwieni. I to wkurwienie uniemożliwi im wspólne życie. Droga wielokrotnie przemierzana. Nie znam komuny 60-letnich hipisów. Dzisiejsi samotni czterdziestolatkowie mogą fantazjować o wspólnym mieszkaniu na starość, ale rzeczywistość skrzeczy. Singielkom przeszkadza „zbyt głośny stukot klawiatury” (autentyczne – jedna z dziewczyn mojego brata), zbyt głośno chrapiący facet, a co dopiero wspólna kuchnia z dziesiątką wyluzowanych bałaganiarzy. To się raczej nie uda.

Może zatem coś pośredniego? Własna ziemia, na niej dom. Nie na kompletnym odludziu, ale też i nie w mieście czy centrum dużej wsi. Ot, takie Podlasie, Bieszczady? Dzieci w edukacji domowej, albo lokalnej szkole. Co im zabieramy? Szansę na karierę naukową albo w korpo na tzw. szanowany zawód. Ale przecież żeby zostać dobrze prosperującym szambiarzem, nie potrzebuję sieci znajomości, prawda? Płytka ceramiczna, którą kładę, nie pyta mnie o wyniki matury sprzed 30 lat. Ścinane drzewo, koparka, także. Więc, czy żyjąc po swojemu, tak wiele tracimy? Coś na pewno, ale i zyski trzeba umieć ocenić należycie. Ostatnio, w mojej pracy wzmożenie. Może zlikwidują cały dział, w którym pracuje, a może jednak nie. Może pogorszą nam warunki pracy, będzie więcej dupogodzin do odsiedzenia albo… skończy się na strachu. Wprowadzili ostry dres code – „żadnych swetrów, panowie”. Prawie wszyscy przerażeni. Jak sobie poradzimy, bo jednak warunki względnie cieplarniane? A ja, z moimi zredukowanymi wydatkami (na dwa auta z ubezpieczeniem jednego, w styczniu wydałem 462 zł, w lutym – ani złotówki, a jeszcze półtora roku temu płaciłem po 2000 zł miesięcznie), śpię spokojnie. Zwolnią mnie – wypłacą ekwiwalent za urlop, odprawę 3 miesiące, okres wypowiedzenia kolejne 3, czyli razem – jakieś 8 pensji, będę miał na 2 lata życia. Nawet, gdy i druga praca wyparuje, na podobnych zasadach, przeżyję 4 lata z samych odpraw itp. Słowo-klucz? Niskie koszty. W obecnych warunkach, gdy na jesieni zamontujemy piec na drewno, w mieście przeżyjemy za 3500 zł + koszty jedzenia. Co jasne, skończą się wakacje, inne niż na własnej działce, comiesięczne wyjazdy w góry itp., ale głodu nie będzie, auto pod domem, ciepło i coś na grzbiet też się kupi. Te 4500 zł, zarobię z kapitału i ew. wykonując zlecenia klientów 3-4 godziny tygodniowo, albo i bez zleceń, o ile pomieszkując w przyczepie, wybuduję i zacznę wynajmować domek na działce w górach.

Ktoś mi powie – jesteś mądry, bo masz 50 lat, kapitał, nieruchomości. Prawda, lecz czy nie da się inaczej tzn. bez nieruchomości, oszczędności, zawodu i wieku. Jak mówi francuskie przysłowie „Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła”. Da się za niewielkie pieniądze (teraz relatywnie niewielkie, w porównaniu z cenami mieszkań) kupić kawałek ziemi z domem do remontu (widziałem oferty pomiędzy Warszawą a Lublinem za 90 tys. zł – domek na małej 600m2 działce). A jeśli nie kupić, to wynająć za grosze. A jeśli nie wynająć, to mieszkać za remont przez pewien czas. Mała firma z robotą fizyczną, gdy ktoś nie boi się brudu, smrodu, kurzu, przyniesie 10 tys. zł miesięcznie bez ogromnego wysiłku (praca fizyczna jest teraz w cenie).

Ile kosztuje utrzymanie małego auta miejskiego – Fiat 500C po roku i 6000 km.

W styczniu 2023 r. kupiłem żonie używanego Fiata 500c. Zawsze chciała mieć taki wóz – ok. Mój „prywatny importer” i kumpel dał radę ogarnąć. Wóz pochodził z 2010 r. miał na budziku 150 tys. km i uszkodzenia po gradzie. Razem z pakietem startowym, kosztował mnie 14 tys. zł.

Przez rok i 2 miesiące żona (i ja) przejechaliśmy 6 tys. km. Dlaczego tak mało? Powodów widzę kilka. Zasadniczy – zawsze w domu stały 2-3 samochody do wyboru (maksymalnie mieliśmy ich 4: elektryk, świniowóz, Porsche, 500c), więc czasami mały, miejski kabriolet przegrywał. Czym?

Na pewno osiągami. 1.2 69KM za demona prędkości robić nie może. Ot, toczy się spokojnie. Za to pali (średnia z całego dystansu) 6.1 l/100 km. Pewien procent stanowiły trasy (jedna 850 km w obie strony, 2 x po 750 km). Parę razy pojechałem na wieś. Reszta to jazda miejska. W mieście i zimie palił 8 l/100 km, w lecie już tylko 7 l/100 km. Trasa i podmiejsko – spokojnie 5 l/100km. Stąd średnia.

Wielkością wnętrza. Fiat 500c jest mały, ciasny, zwłaszcza na tylnym siedzeniu. Idealne auto dla dwojga, może z jednym dzieckiem 5-12 lat. Trójka, czwórka dorosłych – męka. Bagażnik śmieszny i z tragicznym dostępem (otwiera się tylko wąska klapa).

Dodatkowo Kona wygrywała tanią jazdą. Stąd tylko 6000 km. Przy czym 3500 km zrobiłem w dwa miesiące (kwiecień i maj 2023), kiedy wiosna zachęcała do zrzucenia dachu i wykonałem 3 długie trasy. Potem było już 50-300 km miesięcznie.

Ale przecież to auto ma zalety. Pali niewiele (ok. 40 zł/100 km przy cenie 6.5 zł/litr), dałoby się włożyć gaz (wtedy 24 zł/100km). Przeglądy OT da się je zrobić pod domem (odessanie oleju, wymiana filtrów) – 300 zł, państwowy przechodzi bez problemu, za OC płacę 330 zł, za opony 150 zł/rok. I da się zrobić (na gazie) 6000 km rocznie płacąc za wszystko 2200 zł tj. niecałe 37 zł/100 km. Nieźle. Czy znajdziecie tańsze i jezdne auto?

Nie sądzę. Bez strachu jechałem nim na drugi koniec Polski. Niestety, normy zużycia spalin zabiły ten silnik. Teraz jego rozwinięcie ma już instalację mikrohybbrydową 48V i potencjalnie drogie awarie. No i kosztuje jako nowe (wersja podstawowa) – 68 tys. zł, a nie 14k. Mój kumpel obiecał mi tanią naprawę uszkodzeń po gradzie, więc pewnie sympatyczna Włoszka zostanie z nami jakiś czas.

Czy prywatne zawsze jest lepsze? O akademikach.

Środowiska ultraliberalne promują pogląd, że „prywatne, zawsze lepsze niż państwowe.” Bardziej umiarkowane stanowisko prezentuje tzw. środek. Nie ma sensu tworzyć państwowej kopalni, no ale pewne branże, niech zostaną pod kontrolą państwa.

W przypadku akademików widać tę mądrość, jak na dłoni. Nie da się studiować, nie mając gdzie mieszkać. Wielu zdolnych studentów pochodzi ze wsi. Z odcinka 30 km, może nawet 50 km, da się dojeżdżać, miałem takich kolegów na roku. Ale 100 km, 200 km, odległa wioska – lokum w mieście akademickim musi być. W PRL-u wybudowano licznie tzw. domy studenckie czyli akademiki, ale epoka ta się skończyła, liczba studentów wzrosła i weszło prywatne. Zacznijmy porównanie.

Bierzemy na tapet Warszawę. Miasto niezmierni drogie do wynajmu. Kawalerka ok. 3000 zł miesięcznie plus opłaty. Co robić, gdy rodziców nie stać? Państwowe akademiki kosztują od 390 zł do 1100 zł za miejsce, w zależności od uczelni i standardu. Najtańsze są pokoje trzyosobowe bez łazienek na Politechnice (390 zł), najdroższe pojedyncze z łazienkami (SGH – 1100 zł). A prywatne? Właśnie powstał taki na Powiślu. Lokalizacja doskonała. A ceny? Od 1500 zł (miejsce w dwójce ze wspólną łazienką) do 2380 zł (jedynka z własną łazienką). Pokoje od 10 m2 (jedynka) do 15-18m2 (dwójka). Czyli typowy standard późnego PRL-u. Widać wyraźnie – prywatne wcale nie jest lepsze. Państwowe wychodzi taniej? Dlaczego? Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze – wybudowany 40-50 lat temu budynek uczelni już dawno się zamortyzował. Nikt nie płacił za niego cen rynkowych, grunt darowano.

Po drugie – do studenta się dopłaca. Na państwowym, prywatnym właścicielom mieszkań czy akademików – nie.

Po trzecie – w uniwersytecie decydują koszty, u prywatnego potencjalny zysk czyli wycisnąć, ile się da, w końcu akcjonariusze/udziałowcy chcą zarobić.

Po czwarte – akademik prywatny, jest nim tylko z nazwy. Wynajmą każdemu młodemu, nie trzeba legitymacji studenckiej – dzięki temu znacznie większy popyt.

Dlatego akademiki państwowe muszą istnieć. Regulują dostępność studiów, dla zdolnych i niezamożnych. Kryterium udostępnienia miejsca w domu studenckim stanowi dochód rodziców. I nie, nie jestem tym osobiście zainteresowany. Obydwaj moi synowie-studenci mieszkają już we własnych lokalach. W przypadku młodszego – nawet formalnie – zakup został dokonany na jego nazwisko, ponieważ pracuje. Takie szanse ma jednak znikoma część młodego pokolenia – im trzeba pomóc.

Dom czy mieszkanie? Stare czy nowe? Odsłona nie-wiem-już-która.

To był luty. Po skończonych interesach poszedłem z klientem na kawę. Nie, nie była to fajna laseczka, ale facet, mój rówieśnik. Jak to zwykle bywa, gdy trochę zejdzie ciśnienie, mieliśmy okazję porozmawiać prywatnie. Wtedy wrócił temat odwiecznego dylematu „dom czy mieszkanie?”.

Zaczęliśmy analizować rynek nieruchomości w naszym mieście. Żeby kupić i wykończyć nowe mieszkanie trzypokojowe, trzeba wydać jakieś 840 tys. zł (70 m2 x 10 tys./m2 zakup plus 70 m2 x 2 tys. zł wykończenie). Dopłacając za garaż robi się już 920 tys. zł. Stary lokal (podobna powierzchnia, do poważnego remontu) kosztuje na osiedlu ok. 530 tys. zł no i tu przynajmniej nie trzeba mieć garażu (chociaż czasami zaparkujemy 300 m od domu). Czy to wszystkie alternatywy? Nie. Można kupić mini-działkę za 250 tys. zł (5 km od centrum, niezbyt ciekawe otoczenie, ale w sąsiedztwie też nowe bloki), urządzić, zabudować (dom drewniany 70 m2 za 250 tys. zł) i za 500 tys. zł pójść na swoje. Co to oznacza w praktyce?

Dla posiadacza np. opisanego wyżej starego mieszkania podobną powierzchnię mieszkalną, kawałek ogrodu (raczej symboliczny), pewne miejsce parkingowe (albo i dwa) oraz… tańsze utrzymanie. Dzisiaj czynsz za 70 m2 w starym bloku wynosi (bo ciepło systemowe) przy trzech osobach ok. 1000 zł. Do tego dodajmy prąd, kablówkę, gaz do kuchenki i podgrzania wody, internet, jakiś podatek i robi się 1400-1500 zł. W domu: montujemy FV, dorzucamy solary, piec na drewno i żyjemy sobie za 600-700 zł (zależy jak dużo wody zużyjemy i od kosztów śmieci). Nieźle. Dalej taniej niż nowe mieszkanie (700 zł to sam czynsz z wodą, śmieciami, ogrzewaniem), tyle że trzeba palić w piecu i odśnieżać chodnik po sąsiedzku.

Czy ludzie wybierają racjonalnie? Nie. Podobno liczba pozwoleń na budowę domków jednorodzinnych spadła poniżej poziomu z 2004 r. Roku biedy i 20% bezrobocia. Być może za część tego upadku odpowiada nie Glapa, nie polityka radosnego rozdawnictwa i inflacji, ale liberalizacja przepisów budowlanych (wystarczy zgłoszenie). Nie wiem. Niemniej jednak w mieście na pewno mieszkań buduje się więcej. Chociaż za 0,5 mln są to raczej ” prestiżowe dwupokojowe apartamenty” z salonem połączonym z kuchnią, sypialnią 8 m2 i o łącznej powierzchni 35 m2.

Warto natomiast pamiętać – dom ma swoją, niewymierną cenę. Sam ćwiczę ten temat. Trzeba umieć wiele rzeczy wykonać samodzielnie. Zaraz pojawiają się zwierzęta i trudniej wyjechać. Na stare lata koszty utrzymania mogą nas zjeść. No i budujmy racjonalnie. Nie 200 m2, lecz raczej bliżej tych 70 m2, albo jeśli mamy dużą rodzinę (jak u mnie 2+3), niech wystarczy nam 5 pokoi na 100 m2.

Nowy sposób zarabiania. Czy bankobranie ma sens?

W ramach reklamy kontekstowej wyświetlił mi się odnośnik do strony bankobranie.pl. Reklamowano ją jako nowy sposób zarabiania na bankach praktycznie bez wysiłku.

Nie wiem czy też trafiliście na tego bloga. Generalnie chodzi o to, że nie banki wykorzystują nas, lecz my je. Korzystamy z promocji, pobieramy bonusy i znikamy. Wygląda nieźle, ale sprawdzam.

Główny autor bloga – Mr Złotówa zarobił w ciągu roku …. 8915 zł. Dla człowieka pracującego te 750 zł miesięcznie , nie majątek, dla studenta efekt równy 17 godzinom korepetycji, więc już warty uwagi. Zwłaszcza jeśli pomnożymy przez 2 (dwie dorosłe osoby w gospodarstwie domowym) – wychodzi emerytura minimalna.

A jak było w lutym? Jedna promocja dotyczyła banku Santander. Trzeba założyć konto (żaden problem), ale potem wykonywać transakcję kartą (po 5 miesięcznie), zapewnić wpływy. Od marca do lipca zarobisz… 700 zł (w tym 100 zł bonu Biedronki). Coś tam jeszcze dobijesz, jeśli polecisz konto innej osobie lub 1% zwrotu za rachunki. Generalnie, poświęcisz na to wszystko godzinę miesięcznie, a zarobisz 140 zł/miesiąc.

Nawet gorzej wyglądała sytuacja przedsiębiorcy. Ten mógł założyć konto w Aliorze. Zarabiasz 400 zł na start i po 125 zł przez 12 miesięcy. Tylko żeby dostać te 125 zł musisz spełnić warunki. A te są skomplikowane. 20 zł dostaniesz za przelew do ZUS (ok.), 10 za przelew SEPA (zagraniczny, na co najmniej 100 E), 25 zł jeśli wydasz kartą 2000 zł, 10 zł za kasy fiskalne 25 zł za zakup walut, 15 zł za przelewy zagraniczne (minimum 3 miesięcznie), 20 zł za saldo. Moja ocena: bez wysiłku dostałbym ….45 zł, a nie żadne 125 zł. Nie załapałbym się też na wielki moneyback do karty (10% z płatności kartą za paliwo, nie więcej niż po 200 zł przez 5 miesięcy), bo jeżdżę elektrykiem, a żona niewiele. W moim przypadku z 2900 zł zrobiłoby się 990 zł (400+540+50) przez 12 miesięcy. Kolejne 82,5 zł/miesięcznie. Czas poświęcony ok. godziny. Już lepszy jest rachunek firmowy w Santanderze – 500 zł w dwa miesiące (założenie konta 250 zł, kolejne 250 – po 1 transakcji kartowej, do ZUS, blik na konto lub w sklepie).

Zastanawiałem się też nad kontem w PEKAO S.A. Oni oferują 200 zł za założenie i 7% na rachunku oszczędnościowym przez 5 miesięcy do 100 tys. zł. Ponieważ inne banki proponują 5% zarobiłbym różnicę 1,6% netto czyli z bonusem startowym 870 zł przez 5 miesięcy. To 170 zł miesięcznie, a czas poświęcony 0 minut plus wypełnienie wniosku i podpisanie umowy (pewnie z godzinę). Widzę sens.

Podsumowanie. Z tych trzech banków mógłbym zarobić ok. 390 zł, poświęcając 2 godziny miesięcznie. Z dwóch najlepszych i dostępnych dla nie-przedsiębiorców – 310 zł za godzinę przez kilka miesięcy. Może być. Przedsiębiorca w Santanderze dołoży jeszcze 250 zł miesięcznie za kolejną godzinę i mamy 560 zł (rachunek firmowy, osobisty x 2, 3 karty). Będzie na ZUS i księgową.

Ta struktura pokazuje, że nie ma sensu na siłę pompować wyniku, bo zyskiwanie po 82,5 zł miesięcznie za godzinę roboty (plus założenie i zamknięcie) uważam za stratę czasu.

Jeszcze raz o wyborze drogi życiowej.

Ostatnio rozmawiałem z jednym z moich klientów. Pracuje w gminnej jednostce zarządzającej małymi obiektami sportowymi (basen, bieżnia, boisko). Niedawno szukali szefa administrującego tymi obiektami. I właśnie wynik tzw. rekrutacji daje do myślenia. Czy istnieje inna droga niż etat w korporacji lub własna firma?

Zaczynajmy opowieść. Zgłosił się pracownik korpo. Krótka rozmowa – do tej pory zajmował się szefowaniem jednej z sieciowych siłowni (plus wiadomo, jakieś sporty walki, ćwiczenia dla pań itp.). Pensja – kilkanaście tysięcy netto. Nagle taki ktoś przychodzi do państwowej jednostki za 4000 zł. Przecież to bez sensu. Wszyscy tak odbierali złożone podanie i rozmowę. Ostatecznie jednak gościa zatrudniono. Gdy pierwsze lody zostały przełamane i zaczęły się rozmowy, powody wyjaśniono jednoznacznie.

W korpo, na kierowniczym stanowisku, może i pensja dobra, może i prestiż, ale z uwagi na godziny pracy siłowni (6-24), życia prywatnego brak. Ciągłe telefony, targety, raporty. Trzeba dopilnować i już. Coś, co na budżetówkowe standardy wydawało się niedogodne (dyspozycyjność telefoniczna od 8 do 20, bo tak wynajmowane są obiekty gminne), dla kogoś okazało się zaletą i ulgą w cierpieniu rozdarcia pomiędzy domem a zawodem. Nawet -10 tys. zł na pensji nie wyglądało strasznie.Były korposzczur-sportowiec, zorganizował jakieś prywatne zajęcia po godzinach, tam stawki szły indywidualne, płacił gminie tylko za salę i drugie tyle sobie dorabiał. Rzeczywista strata wynosiła – 5 tys. zł, a czasu więcej.

I właśnie o tej drodze. Może wcale nie najlepiej podpisać cyrograf z korporacją? Może trzeba małą łyżeczką, „na śniadanie tylko trochę” jak u Anakreonta? A po godzinach dorobić sobie? Razem wyjdzie niegłupi pieniądz. Szczerze, robię tak od 20 lat i reklamuje wszem i wobec.

Pokolenie X. Jak nie podejmować decyzji finansowych w klasie średniej.

Kilkukrotnie omawiałem na blogu temat „podejmowania decyzji” oraz „klasy średniej”, pokazując co rozumiem przez te pojęcia. O podjęciu decyzji, możemy, moim zdaniem, mówić tylko wtedy, gdy mamy jakieś opcje do wyboru. Jeśli los postawi nas pod ścianą, nie wybieramy i nie decydujemy.

Z tego względu powiedzenie np. młodzi wybrali wynajem, a nie zakup, pozostaje z gruntu fałszywe, albowiem ktoś, kto zarabia 5 tys. zł brutto i nie posiada oszczędności, ani nie kupi za gotówkę, ani na kredyt. Wynajmowanie stanowi wtedy jedyne wyjście, a nie decyzję.

Niemniej jednak, nie każdy młody przedstawiciel klasy średniej stoi pod murem. Tym bardziej w grupie 45-55 liczba opcji gwałtownie zwiększa się. Możemy mówić o wyborze spośród dopuszczalnych alternatyw.

Dzisiaj opowiem historię swoich rówieśników, singli z odzysku, którzy:

Przypadek 1. Mieszka w domu, wymagającym spłaty byłemu małżonkowi i ma dorosłe dziecko, już samodzielne. Własny udział wynosi 500 tys. zł, ale zostaje do spłaty kredyt. Miesięczny dochód to ok. 30 tys. zł netto.

Przypadek 2. Posiada trzypokojowe mieszkanie, oraz oszczędności w kwocie 500 tys. zł. Jedno dziecko jeszcze wymaga pomocy. Miesięczny dochód singla wynosi 15 tys. zł. netto.

Jakie alternatywy stoją przed takimi osobami?

Przypadek 1.

  • Sprzedaż domu, spłata byłego małżonka, kredytu i pozostanie z 500 tys. gotówki na dwupokojowe eleganckie mieszkanie,
  • Jw. , ale zakup działki pod miastem i budowa małego domku,
  • Jw., ale zainwestowanie 500 tys. zł i wynajem niewielkiego mieszkania.
  • Pozostanie w obecnym domu, spłacając 3 tys. zł raty plus zasądzoną sumę dla byłego małżonka.
  • Wynajem posiadanego domu i zakup niewielkiego mieszkania.

Przypadek 2.

  • Pozostanie w dotychczasowym mieszkaniu i zainwestowanie tych 0,5 mln zł,
  • Pozostanie w dotychczasowym mieszkaniu i podarowanie dziecku 0,5 mln zł (albo części tej sumy),
  • Sprzedaż mieszkania, dorzucenie 0,5 mln i kupienie 5-pokojowego domu na obrzeżach miasta,
  • Wynajęcie mieszkania, zakup za oszczędności działki pod miastem i zabudowanie jej niewielkim domkiem,
  • Wynajęcie mieszkania, zakup za oszczędności drugiego, nowszego i lepiej zlokalizowanego.

Za każdą z decyzji przemawiają różne argumenty: racjonalne i emocjonalne. Emocjonalne odwołują się do złych lub miłych wspomnień z domu/mieszkania, do chęci posiadania „domku”, który stanowi pewien symbol statusu, dla osób wychowanych w PRL-u, wielkości zajmowanej przestrzeni, słynnej 'kawy na tarasie” lub „grilla” albo przeciwnie, negatywnych doświadczeń ciągłych napraw, odśnieżania, zajmowania się ogrodem.

Racjonalne, odpowiadają na pytania: co lepsze?, na co mnie stać?, jakie są moje potrzeby i możliwości?

Co wybiera dwójka osobiście znanych mi przedstawicieli klasy średniej?

Przypadek 1. Pozostanie solo w siedmiopokojowym domu ponieważ „muszę mieć co najmniej: salon, sypialnię, gabinet, bibliotekę i garderobę, co weekend dzieci wpadają na grilla”.

Przypadek 2. Zakup domu, z pięcioma pokojami za wszystkie oszczędności, albowiem „potrzebuję tej przestrzeni, bo dzieci wpadną do mnie na święta lub weekend i muszą mieć swoje pokoje gościnne”.

Co oznacza to w każdym z tych przypadków? Sami zainteresowani odpowiadają: będziemy musieli (i chcemy) pracować do śmierci.

Czy stać Cię na spełnienie marzeń? Koszty posiadania „małego włoskiego domku”.

Żyjemy w czasach, kiedy za mieszkanie w centrum Warszawy (niech będzie 900 tys. zł za 45 m2) można sobie zapewnić całkiem ciekawe alternatywy. Na przykład włoskie wakacje nad Adriatykiem. Ale nie wszyscy mają takie opcje. Poszukajmy tam czegoś tańszego.

Internet swego czasu rozgrzewał łącza informacja o domach za 1 Euro. Było jak w kawale o rowerach rozdawanych na Placu Czerwonym – wszystko na opak. Nie sprzedawano 1 Euro – tylko od tej kwoty zaczynała się licytacja (realne ceny 5-10 tys. Euro). Nie domy, ale rudery do kapitalnego remontu, które trzeba wyremontować, wkładając kolejne kilkadziesiąt tysięcy „papieru”. Wreszcie, nie w tętniącej życiem krainie Dolce Vita, lecz na wymierającej sycylijskiej prowincji. Zamiast młodego biznesmena Massimo, mamy co najwyżej 80-letniego Giorgio-stolarza. Fanki Blanki Lipińskiej będą zawiedzione. Czas schować marzenia do szuflady?

Nic z tych rzeczy. W odległości niespełna 1800 km od Warszawy (1500 od Krakowa), za to 110 km od Rzymu, w malowniczej Umbrii (wzgórza z położonymi na nich średniowiecznymi miasteczkami), znajdziemy okolice Orvieto. Zalety:

  • ceny domków (60-80m2, kamienne) – 40 tys. Euro (180 tys. zł),
  • blisko jezioro,
  • region słynie z dziczyzny i trufli,
  • widoki i zabytki.

Za taką cenę możesz kupić drewniany domek pod Hrubieszowem. Szczerze – bez zastanowienia wybrałbym Umbrię. Załóżmy na chwilę, że masz taką kwotę. Oczami duszy (jak ja, do czasu zobaczenia Monopoli) widzisz siebie, spędzającego kolejne wakacje wśród wzgórz, równie ładnych jak nasz Beskid Niski (i podobnie wyludnionych), a oddalonych od Warszawy o: 1,5 godzinny lot do Rzymu, potem 2 godziny jazdy pociągiem i 15 km lokalnego przejazdu (zapłacisz miejscowemu, to po Ciebie przyjedzie). Będziesz szybciej niż w Wysowej. No i Orvieto, jeśli patrzysz na zabytki, porównasz nie z Gorlicami lecz raczej Krakowem. Wybierając auto potrzebujesz dnia jazdy. Gdybyś zapragnął morza – nad Tyrreńskie masz 100 km.

Na zapłacenie ceny stać Cię, co dalej? Koszty zakupu, to nie tylko cena. Musisz doliczyć zwyczajową prowizję agenta (4%), odpowiednik naszego PCC (9% jeśli nie zamierzasz tam mieszkać, 2% jeśli przeprowadzisz się – liczymy od wartości katastralnej – niższej niż rynkowa), oraz 2% dla notariusza. Razem ok. 7,5- 12,5% ceny. Dochodzimy powoli do 200 tys. zł. Jeszcze do zniesienia, dla w miarę ogarniętego przedstawiciela klasy średniej i dzięki inflacji.

A utrzymanie? Tak jak w Polsce, sporo zależy od tego, ile spędzisz czasu.

W domu nie ma czynszu, ale za to „przeklęty” podatek katastralny. Ile? Włosi liczą go specyficznie. Ponieważ to naród kupców, nie patrzą na wartość nabycia (cenę) tylko na potencjalny zysk z wynajmu i od niego naliczają 10%. Żeby nie było krzywdy, ten zysk jest raczej zaniżony. W przypadku naszego umbryjskiego domku, czynsz wyniesie może 3000 Euro rocznie, więc mamy 300 Euro „katastru”. Po przeliczeniu 1350 zł.

Do tego powinieneś doliczyć media. Woda kosztuje 300 Euro rocznie jeśli mała rodzina mieszka na stałe. Spędzając 2 miesiące, wydasz 1/6 tej sumy czyli 50 Euro (230 zł). Ta cena zawierać też może odbiór ścieków.

Prąd jest droższy niż w Polsce – 2 zł/KWh. Zakładając, że moja rodzina zużywała w górach 10 KWh dziennie (lato, bez klimy), dochodzimy do 600 zł/miesięcznie i 1200 zł/2 miesiące. Jeśli zapragniesz się schładzać (w lecie) lub podgrzewać (w zimie) zapłacisz znacznie więcej, ponieważ włoskie domy nie mają ocieplenia (klasa energetyczna G). Te dodatkowe 20 KWh dziennie (1200 kWh łącznie za sezon letni) wydrenują portfel z 2400 zł.

Dojazd. Zakładam auto z Warszawy i jeden przyjazd rocznie (dwumiesięczne wakacje). Przy spalaniu ok. 7 l ropy, z autostradami (winiety w Austrii i Czechach, bramki we Włoszech) szykuj 2220 zł.

Bilans utrzymania i dojazdu (de facto – długiego urlopu) – 5000 zł (7400 zł z klimą), co obejmie już dojazd, podatek, wodę i prąd. To daleko mniej niż dwutygodniowy urlop trzyosobowej rodziny w domku w Polsce (350 zł/dzień x 14, plus paliwo i autostrady kilkaset złotych).

Jedzenie niewliczone.

W tym miejscu padają sakramentalne pytania? Czy chcesz spędzać przez najbliższych co najmniej 10 lat wakacje w tym samym miejscu, dojeżdżając codziennie 6 km nad jezioro pełne pstrągów i karpi, z zabytkami na wyciągnięcie ręki? Czy masz auto, które zniesie 1800 km wycieczkę? Czy dysponujesz wolnymi 200 tys. zł na początek? Jeśli tak, pakuj walizy i jedź do Umbrii, a decyduj się szybko, bo ceny zaczynają iść w górę.

Nie stać Cię na zakup? Z bólem serca (coraz drożej) – wynajmij na miesiąc. Cena 8000 zł, będzie nadal niższa niż w Polsce.

Alternatywa dla nart zjazdowych – biegówki.

Tym razem porzucamy narty zjazdowe, a przerzucamy się na biegówki. Jedziemy w okolice Nowego Targu (blisko Kluszkowców), gdzie leży miejscowość Obidowa, mekka biegaczy narciarskich z Małopolski. A oto ceny:

Dojazd. Ponownie 360 zł.

Nocleg. 1700 zł. Tę cenę za pokój trzyosobowy wziąłem z bookingu, w wysokim sezonie (połowa stycznia).

Jedzenie. Biegacze zjadają porządny obiad i nie przesiadują w karczmach. Liczę 1500 zł/tydzień.

Karnety i sprzęt. Wstęp na trasę biegową, z wypożyczeniem – 60 zł/os/dzień tj. ok. 1260 zł (tyle, co sam sprzęt zjazdowców, a gdzie do karnetu).

Atrakcje. Także w tym punkcie, biegacze nie szaleją. Aczkolwiek jedna wycieczka do bani czy term – ma sens. 600 zł.

Suma: 5420 zł. Zupełnie inny styl życia i ceny oznaczają spadek kosztów o połowę. To dobry wynik. Jeszcze lepszy, gdy wybierzemy się bliżej domu. W takim Tomaszowie Lubelskim zapłaciłbym: dojazd – 100zł, nocleg 1260 zł, jedzenie 1200 zł, karnety i sprzęt 840 zł, atrakcje 600 zł – razem: 4000 zł.