Decyzja zapadła – 30 czerwca 2024 r. będzie moim ostatnim dniem pracy na drugim etacie. Co skłoniło mnie do takiego kroku. Powody mogę pogrupować następująco:
- leżące po stronie pracodawcy,
- wzrost obciążeń podatkowych, co czyni drugą prace nieopłacalną,
- własne przemyślenia, ujawnione na tym blogu.
Kwestie relacji pracownik-pracodawca pogorszyły się wraz ze zmiana zarządzających. Funkcję szefa objęła osoba bez kwalifikacji za to z mocnymi plecami, rzucająca co chwila kompletnie bezsensownymi pomysłami, dezorganizującymi pracę i negatywnie wpływającymi na wyniki. W efekcie miałem 3 razy tyle pracy, bez wzrostu pensji.
Wzrost obciążeń podatkowych. Temu powodowi poświęcę sporo więcej uwagi, ponieważ dotyczy on wszystkich. Przepisy podatkowe skonstruowane są następująco. Jako pracownik i przedsiębiorca płacę:
- w firmie – podatek dochodowy wg skali czyli 12%, z zachowaniem 30 tys. kwoty wolnej od podatku (ma pierwszeństwo odliczenia przed etatami), i 9% składkę zdrowotną plus 19% VAT (liczony od góry, nie od dołu),
- w pierwszym miejscu zatrudnienia. Podatek dochodowy 12% +9% składki zdrowotnej + 20% składek społecznych od stycznia do listopada. W grudniu – 32% podatku, 9% zdrowotnej + 20% składek społecznych
- w drugim miejscu zatrudnienia – podatek dochodowy 32% od pierwszej złotówki +9% składki zdrowotnej +20% składki społecznej,
- inwestycje kapitałowe – 19% podatku Belki,
- inwestycje w nieruchomości – bez podatku od wzrostu wartości lub 8,5% ryczałtu od przychodów z najmu.
Łatwo policzyć, że realna stawka podatkowo-składkowa wynosi (w pewnym uproszczeniu bo bywają różne podstawy składek i podatków):
- w firmie (gdzie mam koszty, w tym VATowskie) – ok. 20%,
- w pierwszym miejscu zatrudnienia – 42%,
- w drugim miejscu zatrudnienia – 61%,
- inwestycje kapitałowe – 19%,
- inwestycje w nieruchomości – 2% (w długim okresie wzrost wartości był znacznie wyższy niż przychody z najmu)
W tej sytuacji logiczne, że skoro do mojej kieszeni wpada, albo 81-98% przychodu (nieruchomości i inwestycje kapitałowe), albo 39% (drugie miejsce zatrudnienia), zacznę przeważać dochód optymalny podatkowo. Także w firmie mam daleko idące możliwości korekt: zmiana profilu (niektóre usługi szkoleniowe zw. z VAT), dostosowanie poziomu kosztów itp. Już teraz sporo odliczam stąd tak niska efektywna stawka podatkowa. Co więcej, łączny dochód z pierwszej pracy i firmy wraz żoną (przy pewnych wpłatach IKZE), pozwala mi zachować 12% stawki podatku dochodowego w rocznym rozliczeniu. Druga praca idzie w całości na 32% (plus 9% zdrowotnej plus 20% społecznych). Dlatego podatkowo, wszystko przestało się kalkulować. Dostawałem „na pasku” sporo kasy brutto (nieco powyżej średniej krajowej), a faktycznie netto ok. 40%.
Własne przemyślenia. Dotyczą tzw. krzywej zadowolenia, czasu wolnego, własnej śmiertelności, work-life balance i przewartościowania wielu spraw.
W pierwszej kolejności wyjaśniam o co chodzi z krzywą zadowolenia. Powstała ona na podstawie badań, niezależnie w różnych krajach. Generalnie powyżej pewnego poziomu dochodu i majątku, dodatkowa kasa niewiele podnosi poziom satysfakcji. W USA to chyba 75k USD. I tak, zarabiający tę sumę, okazuje się statystycznie podobnie zadowolony z życia jak gość z pensją 150k USD. Przekładając na warunki polskie, suma będzie inna, ale niewątpliwie punkt ten przekroczyłem. Dodatkowe 4k miesięcznie z jednej strony i podwyższenie obciążenia pracą o 40%, a stresu o 50% wydaje się bezsensowne. Nie warto.
To samo dotyczy czasu wolnego. Biorąc pod uwagę dopłacane podatki, czyli pensję netto, wspomniane 4k, miałem dwa wyjścia. Albo spędzać 1/4 roku na urlopach i zwolnieniach, markując pracę i utrudniając sobie prowadzenie firmy, albo pracować jak oczekuje nowy szef (czyli dużo więcej niż dotychczas), z efektywną stawką godzinową 40 zł/godzinę netto. Kompletnie nie miałem ochoty. Zwłaszcza, że stawką było 110 godzin luzu miesięcznie (26 godzin tygodniowo). Pomysłów na zagospodarowanie tego czasu posiadam mnóstwo, począwszy od wsparcia rodziny do odpalenia projektu samowystarczalności żywieniowej, mini-muzeum itp. 26 godzin tygodniowo oznacza możliwość napisania i wydania książki o finansach osobistych (100 stron miesięcznie), zaczęcia weekendu w czwartkowe popołudnie i zakończenia go we wtorek rano. Mogę być na praktycznie każdym meczu moich obu synów, dojechać tam taniej (pociągiem, bo się nie spieszę), czy porobić remonty. Zastosowanie znajdę.
Własna śmiertelność. Nie wiem, ile mi zostało. Ostatnio jeden z moich szefów dostał drugiego zawału, podobnie kierująca HR. Przypadków nowotworu we własnym otoczeniu nie zliczę (na szczęście większość kończy się pozytywnie). Patrząc dookoła, w wariancie optymistycznym, zostało mi 25 lat względnej sprawności, w pesymistycznym, mogę umrzeć jutro. I nie chciałbym skrócić sobie tego czasu pracując nad miarę. A jeśli pracując, to nie w biurze, lecz na wolnym wybiegu.
Work-life balance. Jestem antyprzykładem tej tezy. Od 24 r. ż. pracuję umysłowo bardzo intensywnie – dorabiając poza głównym etatem. Work już było, teraz czas na life. Przy odrobinie szczęścia, za 5 -6 lat pojawią się na świecie moje wnuki, muszę być sprawny i zdolny do pomocy przy ich wychowaniu. Za 3 (jeśli pójdzie w sport) lub 10 (jeśli postawi na naukę) mój najmłodszy syn opuści dom. Zwyczajnie nie mam już czasu na przedłużanie pracy w takim wymiarze. Rezygnacja z jednego etatu doprowadzi do przesunięcia suwaka „życie-praca” dokładnie w połowę skali. Pierwszy pracodawca pochłonie 2 dni, firma- 1,5 dnia, a resztę przeznaczę na życie.
Przewartościowanie. Rozmawiałem z wieloma osobami 75+. W ostatecznym rozrachunku, przed jakim stanęli, widzą ostro dwie prawdy. Pierwsza – nawet na życie, wybory, osiągnięcia własnych dzieci człowiek ma ograniczony wpływ. Można robić wiele rzeczy źle, a odnieść sukces wychowawczy, albo postępując według słusznych zasad, otrzymać nieszczęśliwe, niedostosowane dziecko. Nie ma sensu spalać się, lepiej cieszyć się drobiazgami. Druga – trzeba dążyć do „wystarczy”, które wprawdzie u każdego znajduje się gdzie indziej, ale przekroczenie granicy, prowadzi tylko do szybszego kręcenia się w kołowrotku. Podobnie spoglądam na pracę. Nie wierzę w żadne „Żeby zarobić, trzeba się narobić”ani „Firma jest jak rodzina”. Służą one do utrzymywania w Mariksie rzeszy zombie-niewolników, pracujących na wąską grupę z przywilejami. Skoro pierwotny człowiek mógł przeznaczać na pracę średnio 3 godziny dziennie (łącznie 21 godzin w tygodniu), to ja też potrafię. Znacznie lepiej wyjdę na zwiększaniu stopy zwrotu z posiadanego majątku niż na dodatkowym etacie.