Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 35 – Oszczędny Milioner

Ilu ludzi faktycznie pracuje i płaci podatki?

Był już wpis o ubóstwie teraz o źródłach dochodu. Wprawdzie korzystam z danych z 2023 r., ale różnice r/r nie wydają się znaczne. Oto same dane: https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/pracujacy-bezrobotni-i-bierni-zawodowo-wyniki-wstepne-bael-4-kwartal-2023-roku,12,59.html. Według nich, aktywnych zawodowo jest 17,8 mln osób w Polsce, a biernych 12,5 mln. Jeśli jednak poskrobiemy głębiej wychodzą nam ciekawe rzeczy.

Do „aktywnych zawodowo” wlicza się nie tylko niepełnoetatowców, właścicieli firm, nieodpłatnie pomagających w rodzinnej firmie, dorabiających emerytów, zleceniobiorców ale także…. bezrobotnych. Takie żarty.

Jeśli dodatkowo uwzględnimy dzieci (0-15 lat) oraz starszych emerytów (pow. 89 r.ż), których nie ma w badaniu proporcje pracujący/niepracujący – zmienią się na niekorzyść pracujących.

Skupiając się na pełnym wymiarze czasu pracy – mamy 16,2 mn ludzi „pracujących”.

Biernych zawodowo w wieku produkcyjnym mamy prawie 3,8 mln ludzi, a główne powody to: nauka (studenci, uczniowie), niepełnosprawność i obowiązki rodzinne.

Jeśli sięgniemy do innych danych (badanie GUS z 2024 r. – tutaj:https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-zatrudnieni-wynagrodzenia-koszty-pracy/pracujacy-w-gospodarce-narodowej-w-polsce-w-lutym-2024-r-tablice,28,14.html zobaczymy jeszcze inny obraz. Pracujących mamy 15 mln, z tego w rolnictwie (KRUS) – 1,2 mln osób, w budżetówce 3,6 mln osób (są tu urzędnicy, ale i pracownicy wodociągów, nauczyciele i lekarze), duchowni bez etatu w szkole – 25 tys.. Realnie w sektorze prywatnym, który coś tworzy mamy 11,6 mln ludzi, a odejmując rolnictwo (do którego faktycznie dopłacamy, bo nie wnosi podatków dochodowych) ledwie 10.4 mln. Czyli w 36-milionowym państwie wartość realną tworzy 10,4 mln zatrudnionych. I to pokazuje właściwą miarę. 29% wnosi do budżetu więcej, niż z niego wyjmuje. Pozostałe 71% raczej korzysta. W tej sytuacji kilkaset tysięcy „brązowych”, z których część pracuje, albo płaci za naukę (studenci) nie robi żadnej różnicy. Po prostu nie da się tego utrzymać takiej struktury na dłuższą metę. A przypomnijmy, dane oficjalne mówią o 17.8 mln aktywnych zawodowo, z czego 20% to właściciele firm/gospodarstw rolnych.

Najważniejszy argument za wyprowadzką na wieś. Zdrowie.

Wczoraj zbiegły się dwa zdarzenia, które spowodowały szybkie powstanie tego wpisu. Komentarz Piotra o konieczności utrzymania wagi oraz moja wczorajsza rozmowa z osobą pracującą wysoko w ochronie zdrowia. Komentarz znacie, a rozmowa dotyczyła wpływu poprzedniego i współczesnego jedzenia na stan zdrowia.

Moja rozmówczyni zrelacjonowała mi opowieść pewnego lekarza. Pracuje on od wielu lat, operuje nowotwory głowy. I stawia tezę, na razie roboczo, natomiast na podstawie długich obserwacji, że współczesne jedzenie (marketowe, przemysłowe, przetworzone) powoduje wręcz epidemię raka. Zapadają na niego ludzie względnie młodzi, którzy nie pamiętają wiejskiego jedzenia sprzed 30-40 lat. I ci, dwudziesto-, trzydziestolatkowie, chorują znacznie ciężej, oraz umierają częściej niż przedstawiciele pokolenia boomerów (55+ a nawet 75+). Neurochirurg jest pewien swoich spostrzeżeń i dzieli się nimi w gronie towarzyskim.

Ale nie kończy na gadaniu. Działa. Otóż postanowił, że nie będzie kupował żarcia ze sklepu. Wybrał zaufanego chłopa, któremu płaci grube pieniądze, by hodował dla niego świnię, metodami „jak za Gierka”, a w rzeczywistości starszymi. Ma być karmiona niepryskanymi ziemniakami, zbożem własnej produkcji. Wychodzi wielokrotnie drożej, ale dobrego lekarza stać. I teraz doktor sam, według tradycyjnych receptur przerabia mięso na wędliny.

Mając taką wiedzę, nie od jakiegoś szaleńca, lecz doświadczonego medyka, możemy zdecydować, co z nią zrobić. Czy nadal karmić siebie, i własne dzieci, śmieciowym żarciem, z umęczonej w chlewni świni, faszerowanej antybiotykami, nie widzącej nieba? Czy spróbować pozyskać z pewnego źródła, albo samodzielnie wyhodować, doskonałe mięso? Odpowiedź narzuca się sama.

Wiadomo, nie każdy ma dochody chirurga, żeby zlecić drogą produkcję. Nie każdy zapłaci 1500 zł za tucznika z eko-gospodarstwa. Nie każdy zaufa zapewnieniom przypadkowego rolnika z OLX-a. Nie każdy ma warunki do przechowania półtuszy (nie sprzedają mniej). Co w tej sytuacji?

Widzę rozsądne wyjście nr 2 dla gorzej uposażonych. Przeprowadzić się na wieś i samodzielnie hodować zwierzęta (koza, świnia, królik, kura, gęś), żeby zapewnić swojej rodzinie zdrowie na wiele lat, za znacznie mniejsze pieniądze. A Wy co sądzicie?

Niesprawiedliwość systemu ubezpieczeń. Cała prawda o rolniczym dochodzie.

Dzisiaj poruszę temat, który już przewijał się na blogu, a bliski sercu każdego przedsiębiorcy i wielu pracujących – system ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W rzeczywistości mamy bowiem nie jeden system a kilka podsystemów, różniących się dramatycznie. Jedna z grup twardo broniących się przed zmianami, ciągle opowiada „nie opłaca się” , „nic nie zarabiamy”. Czas powiedzieć – sprawdzam – i właśnie zrobił to sam GUS.

Według ostatnich danych – obwieszczenia Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego z dnia 20 września 2024 r. przeciętny dochód z pracy w indywidualnych gospodarstwach rolnych z 1 ha przeliczeniowego wyniósł w 2023 r. 5.451 zł. Co to znaczy w praktyce? Popatrzmy. Istnieje w Polsce grupa, która:

  • nie płaci podatku dochodowego (podatek rolny ma charakter majątkowy),
  • uiszcza śmieszne małe składki na ubezpieczenie zdrowotne/społeczne. W IV kwartale 2023 r. było to 609 zł, czyli 2331 zł za 4 kwartały – niecałe 200 zł/m-c,
  • jeżeli prowadzi działalność gospodarczą, pozostaje zwolniona od składek przedsiębiorcy i jeszcze nie płaci podatku z tej działalności,
  • wynajmując pokoje – również pozostaje bez podatku dochodowego,
  • podobnie – sprzedając płody rolne.

Do tego dość łatwo się do takiej grupy dostać – wystarczy mieć (kupić/dzierżawić) pewną ilość ziemi, skończyć dwusemestralne studia.. Ile tej ziemi? Hektar przeliczeniowy, czyli wyliczany sztucznie wskaźnik. Musimy go znać, ponieważ prowadzi do wyliczenia również dochodu rocznego z gospodarstwa wg wskaźników ZUS. Generalnie mamy klasy bonitacyjne (w uproszczeniu – żyzności) i okręgi podatkowe (klimatyczno-ekonomiczne). 1 hektar fizyczny może wynosić od 0,05 ha przeliczeniowego (6-ta klasa bonitacyjna w okręgu nr IV) do 1,95 ha przeliczeniowego (1- sza klasa bonitacyjna w okręgu nr I). Większość Polski przynależy do okręgów II i III. Wybierając ponownie średnią klasę ziemi (IIIa-IVb) uzyskujemy przeliczniki od 0.9 do 1,25 ha fizycznego na przeliczeniowy). Czyli średnio (statystycznie) możemy przyjąć z pewną granicą błędu, że hektar fizyczny=przeliczeniowemu (dla przeciętnego rolnika). Niektórzy będą mieli 1,95 ha przeliczeniowego z fizycznego, inni 0,05 ha ale średnia wyjdzie nam około jedności.

Średnia wielkość gospodarstwa w kraju to ok. 12 ha, przy czym znowu – mamy wahania. I tak, w małopolskim to 4,36 ha, a w zachodniopomorskim 33,5 ha, przy czym w obu z nich (najgorszym i najlepszym) ponownie większość gmin mieści się w okręgach II-III. Czym to tłumaczyć? Tradycjami oraz kombinacjami. W Małopolsce, słynnej galicyjskiej nędzy, rozdrabniano gospodarkę i tam też najwięcej obecnie znajdziecie „rolników papierowych”, natomiast na Ziemiach Odzyskanych królują „rolnicy prawdziwi” oraz wielkie gospodarstwa po PGR-ach. Stąd takie wartości. Moja Lubelszczyzna – też poniżej średniej (8.34). Tu są to rzecz jasna hektary fizyczne.

No i teraz patrzcie, co się dzieje. Mnożymy zysk z ha 5451 zł x 11,59 ha = 63.177 zł. No i nie mamy końca. Wychodzimy na 5264 zł/m-c netto. Metodyka nie zmienia się od lat, a wygląda następująco: https://stat.gov.pl/dla-mediow/komunikaty-prasowe/wyjasnienie-dotyczace-metodologii-obliczania-przecietnego-dochodu-z-pracy-w-gospodarstwach-indywidualnych-w-rolnictwie-z-1-ha-przeliczeniowego,94,1.html .

Izby Rolnicze podniosły larum, że przyjęte zasady są nierynkowe. Dlaczego? Ponieważ nagle ten dochód istotnie wzrósł. Gdy zmieniał się nieznacznie, nikomu nie przeszkadzało. Ja przyjmuję go za realny, Dlaczego? ponieważ znam gospodarstwa, które te 5000 zł/ha traktują jak ponury żart (warzywa, owoce, intensywna produkcja zwierzęca). Co ważne GUS wlicza do dochodu dopłaty unijne.

I teraz odnieśmy to do miasta. Pozornie dochód 5264 zł/m-c netto wydaje się niski w porównaniu z pracującymi. To jednak tylko pozory. W moim Lublinie średnia pensja wynosi ok. 8508 zł (to marzec 2024r., czyli później), ale piszę o kwocie brutto. Gdy odejmiemy składki i podatki – wyjdziemy na 6130 zł netto. Rolnik z niespełna 12 ha zarobi tylko 20% mniej niż mieszczuch na etacie.

Na czym więc polega niesprawiedliwość? Rolnik z dochodem 5264 zł m-c płaci składek i podatków ok. 2300 zł/rok, a za zatrudnionego na etacie z identyczną pensją brutto, odprowadzić należy prawie 29.000 zł rocznie (z kosztami pracodawcy). W sumie zamiast dostać 6342 zł (koszt pracodawcy), pracownik dostanie na konto ledwo 3918 zł. . Nie wspominam już o przedsiębiorcach, którzy zarabiając w dochodzie 5264 zł brutto płacą ok. 1594 zł na ubezpieczenia społeczne plus jeszcze 473 zł zdrowotnej. Łącznie zostanie im tylko 3196 zł. Gdyby płacili identyczne składki (200 zł/m-c) mogliby odkładać ca. 1800 zł miesięcznie na prywatne ubezpieczenie. Nic dziwnego, że ludzie próbują dostać się „na KRUS”. Ponieważ system pozostaje skrajnie niesprawiedliwy.

Żeby jednak wpis zakończyć pozytywnie, trzeba odpowiedzieć sobie – Czy jest jakieś wyjście dla młodego przedsiębiorcy? Tak -jedno, a nawet dwa. Jeżeli planujemy działalność gospodarczą w małym rozmiarze – wyprowadzić się na wieś i korzystać z dobrodziejstw „podwójnego KRUS-u”, co oznacza możliwe zyski (nie przychody) w wysokości ok. 65 tys. zł (30 tys. zł kwoty wolnej plus jeszcze 4358 zł podatku, a więc przy 12% skali – kolejne trochę ponad 35 tys. zł zysku), albo i dwa razy tyle (dg na podwójnym KRUS-ie męża i żony daje 130 tys. zł nieopodatkowanego przychodu). Jeśli dodamy do tego możliwość wypłaty wynagrodzenia bez ZUS i US dla dzieci powyżej 16 r. ż do limitu 85 tys. zł, zyskujemy potencjalnie możliwość zarabiania 200 tys. zł rocznie zupełnie bez podatku dochodowego. Ponieważ przychód nie równa się dochód, naruszymy wtedy limit zwolnienia z VAT (ale on dotyczy wszystkich rolników i nie-rolników).

Gdybyśmy zdecydowali się na faktycznie większy rozmiar – lepiej pójść w kierunku spółki z o.o. – wtedy zero składek ZUS i jeszcze dodatkowo 8.5% podatku dochodowego. No i dodatkowe 19% które można wypłacić wyłącznie w formie dywidendy – 19%.

Dlaczego nie zamierzam długo i dużo pracować?

Ten wpis jest wynikiem rozmowy, którą przeprowadziłem z kumplem. Pracujemy razem i znamy się już 25 lat. Kupa czasu. W tym czasie obaj rozwinęliśmy swoje kompetencje zawodowe, pracując sporo więcej niż minimum. Teraz zbliżam się do 50-tki, a on przeskoczył ją kilka lat temu.

Kumpel opowiadał i o swoim teściu. Ma 87 lat, świetnie radzi sobie, jeszcze obsługuje młodszą i chorą żonę, jeździ samochodem, głowa działa, ciało także. Czego chcieć więcej? Niczego. Sekret tej sytuacji. W wieku 52 lat (czyli jeszcze przed transformacją), pan T (od teść) przeszedł na rentę z powodu podobno ciężkiej choroby serca. Od tego czasu prawie jak w śląskiej piosence o starzyku: ławeczka, ogródeczek, zamiast gołąbeczka i kosa – wnuki. Tylko fajeczki przez to chore serce nie pali. Krótko mówiąc życie aktywne, ale zupełnie niezawodowo. No i tak właśnie spisany na straty przez lekarzy przeżył sobie te 35 lat. I pożyje pewnie jeszcze chwilę..

I wtedy przyszła refleksja. Mój Tato przeżył 82 lata, od 60 r.ż. na rencie. Jego siostra pracowała do 75 r. ż., a zmarła jako 81-latka, choć podobno kobiety żyją 8 lat dłużej. Ich wspólna mama, schorowana (potworne żylaki, chore płuca, serce), pracująca zawodowo może 5 lat (zajmowała się domem), dociągnęła do 87 r. ż, chociaż własną śmierć przepowiadała od 70-tki. Ojciec (a mój dziadek), czerstwy chłop, dał się pokonać dopiero trzeciemu zawałowi w wieku 80 lat. Był wtedy na emeryturze od 17. Wniosek chyba oczywisty- długa i ciężka praca skraca życie. Widać to wyraźnie porównując Tatę i ciotkę. Zresztą kobiety, nazywane dyskryminowanymi, krócej pracują, a mężczyźni, podobno silniejsza płeć, dłużej. I ta typowa praca też wygląda inaczej. Męska – budowlana (60 godzin w tygodniu, fizyczna), kobieca – nauczycielka (18 godzin przy tablicy), albo w ogóle niepełny etat. Przekłada się to wprost na szansę przeżycia kolejnych lat. Średnia z 2022 r. wynosi 73,4 i 81,1 lat odpowiednio dla tych płci. W mojej rodzinie bywało odwrotnie (ciotka żyła krócej niż jej brat), ale dlatego, że akurat dłużej pracowała.

Stąd, dlaczego nie postąpić jak statystyczne kobiety? Nie przejść na całkowitą emeryturę w wieku 55 lat? A wcześniej nie przygotowywać się na nią stopniowo zmniejszając obciążenie. Tak właśnie zrobię. Ten rok poświęciłem na „wiejski eksperyment”, w kolejnym pewnie wypowiem jeden etat. A drugi właśnie, gdy dobiję do 55-tki. Czyli wieku, w którym obecnie jest mój kumpel, od którego zacząłem opowieść.

Koszt urlopu w Chorwacji ” tydzień na bogato”.

Ostatnie lata nadal wybierałem wakacje w Chorwacji. Wybierałem jednak opcję „na bogato” – jadąc ze znajomymi. A oto tegoroczne wyniki i… przemyślenia.

Nocleg. Trzy osoby, duży pokój trzyosobowy z balkonem, łazienką i klimatyzacją ok. 200m od brzegu w miejscowości turystycznej – ok. 4400 zł (śniadania w cenie). Byłoby taniej, gdybym zakupu dokonywał sam, a nie moja żona z koleżanką (jechaliśmy na dwa auta), ponieważ obie panie bały się zadzwonić (nie znają języków), i czekały do ostatniej na trzecią koleżankę, która jednak nie pojechała. Cennik w pokoju pokazywał 742 Euro (czyli 3190 zł po obecnym kursie).

Posiłki. Śniadanie, jako się rzekło w cenie. Obiady z napojami ok. 22 E za osobę (czyli 400 E/tydzień). Do tego drobne zakupy na plaży (naleśnik, kukurydza,kawa albo drożdżówka) oraz piwo (4E/butelkę).

Atrakcje. Parasailing dla dwóch osób i żona w kabinie motorówki – 110 E. Jazda za jachtem na poduszkowcu 20 E, całodniowy rejs statkiem z obiadem 125 E.

Dojazd. Tym razem jechaliśmy Alfą Romeo Giuliettą z mocnym 240 KM silnikiem. Skutkowało to znacznie większym zużyciem paliwa niż w Passacie (ok. 8 l/100 km zamiast 6 l/100 km). Trzeba też było opłacić autostrady. W sumie 3000 km kosztowało nas 1912 zł.

Razem wydaliśmy 10.332 zł, z tego 1912 zł na dojazd, 4400 zł na noclegi i pozostałą kwotę (w Euro) na obiady, kolacje, knajpki i atrakcje. Co tu mówić wyszło drogo, z czterech powodów:

  1. przepłacony nocleg,
  2. paliwożerne auto,
  3. drogie jedzenie w knajpkach,
  4. dodatkowe atrakcje, które kosztowały nas prawie 1110 zł.

Da się taniej, ale miało być „na bogato”.

Jak wspierać naszą gospodarkę i zachować zdrowie? Kupuj polskie – np. ryby.

Jednym z problemów wywołanych inflacją pozostaje poszukiwanie przez konsumentów zachodnich odpowiedników tradycyjnych, polskich produktów żywnościowych. Te ostatnie stały się, według obiegowej opinii, zbyt drogie. Czy na pewno tak jest? Czy to tylko propaganda sieci handlowych? Mówię sprawdzam.

Niedaleko mojego domu na wsi działa prywatna firma zarządzająca siecią stawów rybnych. Poznałem ją ćwierć wieku temu, z opowieści kumpla, wędkarza jeżdżącego na połów nad Wisłę. Jeśli nic nie złowił, zatrzymywał się na stawach i kupował rybkę, żeby żona nie marudziła. Potem rozbudowali ofertę o pstrąga (sztuczna rzeka), którego pokazywało się ręką, a odbierało gotowego do wrzucenia na grill, restaurację itp. Ponieważ firma położona jest na uboczu – 50 km od Lublina i 175 km od Warszawy, żeby zyskać odbiorców, musieli postawić na niekonwencjonalną opcję sprzedaży. Wybrali busy w firmowych barwach, dojeżdżające raz w tygodniu do Kazimierza Dolnego, Nałęczowa, Puław, Sandomierz a dwa razy do Lublina. I właśnie w Nałęczowie dokonałem ostatniego zakupu oraz zacząłem snuć refleksje do tego wpisu.

Rzecz pierwsza – dowożenie musi kosztować, bus to nie TIR, większą część „paki” zajmuje powietrze, korytarz dla sprzedawcy, miejsce na lodówkami – 2/3 objętości auta-chłodni. Pomimo tego fileta z karpia (idealnie – bez ości, bez łba, flaków) – samo mięso i trochę skóry, sprzedają za 69 zł/kg. Drogo? Za prawdziwą rybkę, wolno żerującą w stawie, bez tablicy Mendelejewa? Porównajmy.

W sklepie internetowym (pośrednik), zaznaczono produkcja Polska, ale nie wiadomo skąd (może niemieckie lub holenderskie firmy i hodowle przemysłowe) – cena 92 zł/kg,

Panga (aż z Azji) filet mrożona, nie świeża – 35 zł/kg, ale 30% glazury (mrożonej wody), więc realnie 52 zł/kg,

Morszczuk filet – 52 zł/kg (tu 1% glazury, więc pomijalm).

I teraz, co powinien wybrać polski konsument? Kierować się zasadą „Swój, po swoje, do swego” i kupić karpia z rodzinnej firmy. Nie straci na tym, ani zdrowia (morszczuk i panga mrożone, a ta ostatnia dodatkowo szkodliwa), ani kasy. Właściciel płaci podatki w Polsce, zyski zostawia tutaj, zatrudnia pracowników. Niech zarabia on, a nie azjatycki rybak i niemiecki/francuski/portugalski pośrednik. I na tym polega patriotyzm gospodarczy. Nie na zachwalaniu nieistniejącej Izery (500 mln na projekt, który nie mógł się udać), ale na wspieraniu rodzimych, zdrowych przedsięwzięć, nie szalejących z marżą.

Z jednego płata (pół ryby), za 20 zł miałem na wsi dwa obiady, nie tak tanie, jak ze swojej cukinii/fasolki, ale jadłem je już po projekcie „Życie za 500 zł”. W ich restauracji – gotowe danie- filet smażony w sosie śmietanowym – kosztuje 50 zł (nie podają gramatury w internetowym menu). Ja usmażyłem sobie na smalczyku i za najedzony za 12 zł (własne pomidory+kupiony chleb+smalec), z pełnym brzuchem kończę ten wpis.

Czy stać Cię, żeby nie mieć własnych owoców?

Mnie nie, stąd ten wpis. Człowiek powinien zjadać dziennie 100g owoców oraz 300 g warzyw (wg WHO). Daje to ok. 3 kg owoców na miesiąc i 36 kg rocznie. Zalecenia dietetyków, każą tę ilość pomnożyć przez 3 (do 108 kg/osobę rok). Przy tegorocznych cenach w sklepach (jabłka 4-5 zł, maliny i borówki amerykańskie 30 zł, truskawki 10 zł, czereśnie 20 zł) koszt wyniesie średnio 10 zł/kg, czyli 90 zł/miesiąc/osoba (słucham dietetyków, nie WHO, bo 100g to pół niewielkiego jabłka). Przy czteroosobowej rodzinie wydamy 270 zł miesięcznie, tylko na owoce. Sporo.

Dlatego uznałem, że znacznie lepiej mieć swoje. Wybieram przy tym gatunki droższe (maliny, truskawki, borówki, czereśnie, orzechy), dokupujemy jabłka (znacznie taniej niż w sklepie) i banany (tych, na razie, wyprodukować nie mogę). Od czerwca do września, czyli przez 1/3 roku nie widzę powodu, żeby robić owocowe zakupy. W pozostałych miesiącach, radzimy sobie częściowo właśnie jabłkami/bananami a częściowo przetworami (dżemy, konfitury).

Docelowo pragnę pokryć zapotrzebowanie owocowe na 80-90% roku (lub więcej, przy zmniejszonej konsumpcji). Służyć temu będzie dosadzenie nowych drzew/krzewów i lepsze wykorzystanie istniejących. Wzdłuż drogi pojawi się szpaler winogron deserowych, pod orzechami – czarne porzeczki (orzech wydziela substancje, których inne krzewy nie lubią), wykarczuję wszystkie żywotniki (popularne tuje- czyli chwasty), zastępując każdą z nich drzewkiem owocowym (plenne śliwki, grusze, wiśnie).

Pięć powodów dla których jeszcze nie rzuciłem etatu.

Jeśli nie pamiętacie, przypomnę – ponad rok temu umieściłem na blogu wpis o zamiarze rezygnacji z pracy. Do dzisiaj nie zrealizowałem tego zamiaru. Ponieważ właśnie miałem czas „usiąść i pomyśleć na spokojnie” dlaczego tak się stało, postanowiłem przekuć porażkę w sukces i napisać o tym kilka słów.

Przyczyna pierwsza – ludzie. W obu moich miejscach zatrudnienia jestem obecny od ćwierć wieku. Kawał czasu. Z tego powodu poznałem całkiem sporą grupę wspaniałych ludzi. Część namówiłem do przejścia tam, gdzie lepiej płacą. Szkoda mi ich zostawić . Mam świadomość, że coraz bardziej odstaję od większości stylem życia, podejściem do świata, czy poglądami na świat, ale mimo tego, po prostu – szkoda.

Przyczyna druga – własna działalność gospodarcza. Ten punkt wymaga obszerniejszego komentarza. Większość osób założenie własnej firmy skłoniło do rzucenia etatu, najszybciej jak to możliwe. Dlaczego ze mną jest inaczej? Mam ciastko i zjadam ciastko. Dysponuję pewną pensją i ekstra kasą z dg. Nigdy nie martwię się czy wyrobię swoje. Mogę pójść na urlop i w tym czasie odpuścić. W DG byłbym cały czas na wysokich obrotach, tam nie da się robić na pół gwizdka. Zresztą połączenie dochodów etat+praca+inwestycje zapewnia mi całkowity finansowy luz. Dosłownie – nie muszę się martwić o pieniądze. A że pracuję więcej? Trudno. I jeszcze jedno – etat= mniej składek ZUS w DG – płacimy tylko zdrowotną.

Przyczyna trzecia – nie jest wcale tak źle. Z powodu dużego stażu pracy, korzystam z wielu przywilejów. Bez problemu dostaję możliwość pracy zdalnej (24 dni w roku), mam sporo urlopu, nikt nie złości się na sanatorium. W efekcie – jestem w biurze średnio 3 dni w tygodniu, a dodatkowe 0,5 dnia na zdalnej. Pracuję w centrum, z niezłym dojazdem, nie muszę siedzieć w zamknięciu (sporo chodzę). Wiadomo zdarzają się gorsze momenty, okresy spiętrzenia zadań, ale generalnie – tragedii nie ma.

Przyczyna czwarta – pieniądze. Zarabiam całkiem sporo. Za średnio 3,5 dnia pracy w tygodniu zarabiam z dodatkami i nagrodami – ponad 2,5 średniej krajowej. Powiedzmy sobie szczerze – odrzucamy chętniej to, co mocno nas uwiera. Dla wielu moja praca wygląda super, dla mnie znośnie.

Przyczyna piąta – lenistwo. I to znośnie wystarcza, aby leń we mnie, nie cisnął papierami. Skoro nie przemęczam się, nieźle zarabiam, robię swoje, nie cierpię, a tylko doświadczam drobnej niedogodności w postaci dupogodzin, nie dostaję silnego kopa, żeby dokonać zmiany. Z drugiej strony, mocno wierzę, że lenistwo zmusi mnie w końcu do rzucenia „gorszego etatu” z niższym przelicznikiem pensja/efektywna godzina pracy. Zyskam w ten sposób sporo czasu – weekend zacznę w czwartek po południu, a skończę we wtorek rano. Pewnie nastąpi to w przyszłym roku, kiedy zmieni się szefostwo.

O systemie emerytalnym raz jeszcze, czyli kto będzie pracował do śmierci.

Niedawno powierzono mi konieczność zlikwidowania interesów niewielkiej firmy, której właściciel zmarł w wieku 72 lat. Zawodowo zajmował się działką, która wymaga sporej zręczności, siły fizycznej. Kiedy rozmawiałem z jego córkami, w jaki sposób radził sobie z zadaniem, uderzyła mnie jedna rzecz – przecież to drobny przedsiębiorca, tacy mają najgorzej, muszą pracować do śmierci.

System emerytalny w Polsce został stworzony dla uprzywilejowanych. Niektórzy idą na emeryturę po 25 latach pracy, czyli przed 50-tką (jeszcze niedawno po 15 -latach i przed 40-tką). Wysokość świadczenia zależy od ostatniego stopnia służbowego, a nie od uzbieranego kapitału. Oczywiście mówię o mundurówce. Druga grupa korzysta tylko z tego ostatniego przejawu specjalnego traktowania (sędziowie, prokuratorzy). Trzeci płacą składki minimalne i niezależne od dochodu (rolnicy). Najszersza grupa (pozostali pracownicy) dostaje mniej więcej według zarobków. A kto zostaje na koniec? Przedsiębiorcy. Oni najbardziej dostają w kość. Najpierw wypłacają pensję i składki pozostałym. Potem sobie. Pracownikom większe, sobie już minimalne (60% średniej), ale tak duże, że jeśli mówimy o przeciętnym właścicielu jdg, płaci on ok. 1600 zł społecznych oraz 9% zdrowotną od faktury, czasem nawet więcej, jeśli tych ok. 5000 zł netto miesięcznie nie zarobi (okolice średniej pensji). Pomimo tego, na stare lata, emeryturę ma głodową – minimalną, nawet jeżeli pracuje do 65 r. ż . Na stare lata zostaje mu jedno wyjście – pracować do śmierci. A ta potrafi przyjść szybko. Jak w przypadku opisanym na wstępie, czy mojego sąsiada – w okolicach 70-tki.

Dobrze, powiedzieliśmy sobie, kto ma najgorzej, a może warto, pokazać jeszcze innych pokrzywdzonych. Mężczyźni, pracują dłużej, żyją krócej, a czas dożycia liczą im jak kobietom (czyli od średniej z obu płci). Pracujący na umowach śmieciowych, od których nie odprowadzano składek i nie będą mieli żadnej emerytury (lub poniżej minimalnej). Wszyscy zatrudnieni za pensję niższą niż 80% średniej. Oni także zasłużą na minimalną. Paradoksalnie, w tym systemie tracą też nieźle zarabiający. Dlaczego? Ponieważ zanim zyskają na odcięciu składki (ok. 250 tys. zł) wejdą w wyższy podatek (32% od 120 tys. zł). Co to oznacza? Składko-podatek pow. 50 % pensji. A ich emerytura? Na papierze ładna, de facto – nieproporcjonalna do odłożonych środków. Podam przykład. Własny. W zeszłym roku moi pracodawcy odprowadził ode mnie w systemie powszechnym ok. 46 tys. zł na samą emeryturę (miesięcznie prawie 4000 zł). Przez 42 lata pracy – da to ok. 3,8 mln zł, zakładając waloryzację kapitału o inflację. Biorąc pod uwagę męską długość życia 73 lata, powinienem dostawać 3,8 mln/8 lat = 475.000 zł. Szczerze, gdybym zgromadził taką kwotę (3,8 mln), z samych odsetek od obligacji skarbowych miałbym 190 tys. zł/rok netto. Ile zaplanował dla mnie ZUS? 112 tys. zł netto (nominalnie, czyli wg dzisiejszej wartości pieniądza), czyli 1/4 uzbieranego kapitału plus zero odsetek. Krótko mówią, ukradną mi w pierwszym roku 84% należnych pieniędzy, a w ostatnim łaskawie tylko 63%. Dlatego, gdybym mógł wypisałbym się z ZUS natychmiast. Jednocześnie rolnik płacąc 100 zł na emeryturę miesięcznie (czyli 1/10 składki przedsiębiorcy) dostanie 100% emerytury właściciela firmy. Tak to działa.

Jednak popatrzmy i na inny aspekt. Przymusowy charakter ZUS powoduje, że zabierając przedsiębiorcy 1600 zł miesięcznie składki emerytalno-rentowo-chorobowej, z których skorzysta może z tej pierwszej, pozbawia go możliwości zainwestowania tych blisko 20 tys. zł rocznie w inny sposób. Co to oznacza w praktyce? Gdyby założyć rynkowe warunki niewielkiego ryzyka (5% rocznie netto), przez 41 lat uzbieramy …. 2.6 mln zł. Znowu, patrząc na moje obliczenia – 320 tys. zł/rok z kapitału przez 8 lat i 130 tys. zł z odsetek w pierwszym roku. 450 tys. zł/rok czyli 37 tys. zł/m-c. A wypłacą mu „z łaską”, świadczenie minimalne, równe jego miesięcznym składkom, pomimo iż oszczędzał 5 razy dłużej niż będzie korzystał. Resztę weźmie sobie po cichu państwo. A sam przedsiębiorca z niewielkim dochodem takich kwot nie zobaczy, bo na odłożenie nie ma szans. Stąd praca do śmierci. Policjant dostanie 80% pensji – dajmy na to 5-8 tys. zł przez 25 lat, nie płacąc ani grosza. Sędzia 20 tys. zł przez 8 lat, też nie odprowadzając złotówki. Taka sprawiedliwość.

Żeby jednak nie uprawiać czarnowidztwa. Przedsiębiorca nie stoi na straconej pozycji. Jego dochód, w przeciwieństwie do policjanta, nie zależy od humoru przełożonego (ma władzę zdegradować, nie dać podwyżki), lecz od własnych inicjatyw. Warto zacisnąć zęby i odłożyć na prywatną emeryturę jeszcze te dodatkowe 1600 zł, rozkładając je pomiędzy IKE i IKZE. I robić tak konsekwentnie przez lata. Z drugiej strony, nawet przedsiębiorca-emeryt daje radę zarabiać, bo nauczyli go ciężkiej pracy, a nie bezproduktywnego siedzenia za biurkiem, lub obijania się na budowie.

Koszty ogrzewania mojego domu – dane aktualne na październik 2024.

Co jakiś czas staram się podawać koszty ogrzewania domu różnymi paliwami, podając dość aktualne ceny. Oto one:

  1. węgiel kamienny ekogroszek – 1350 zł/tonę, wartość energetyczna 7700 KWh/tonę = 0,17 zł/KWh.
  2. drewno kawałkowe- 400 zł/m3, wartość energetyczna 3000 KWh/m3 = 0,13 zł/KWh,
  3. gaz ziemny- 0,4 zł/KWh,
  4. pellet – ok. 1400 zł/tonę, wartość energetyczna 5000 KWh/tonę = 0,28 zł/KWh,
  5. zrębka drzewna – ok. 200 zł/m3, wartość energetyczna 3000 KWh/m3 = 0,065 zł/KWh.
  6. prąd – 1,15 zł/KWh,
  7. prąd – pompa ciepła o współczynniku 3.5 – 0,32 zł/KWh,
  8. prąd – pompa ciepła plus własna FV z magazynem energii – 0 zł/KWh (a nawet sporo energii sprzedamy, przy czym doliczmy gigantyczne koszty inwestycji).

Jaki z tego wniosek? Że palenie drewnem wyjdzie znacznie taniej niż gazem. Ba, pozbawiony sensu jest montaż skomplikowanych instalacji, skoro nowoczesnym piecem na zrębkę schodzimy w pobliże 0.

A teraz mój dom. W ostatnim roku popsuł mi się piecyk do podgrzewania wody. Ze względów bezpieczeństwa, w jego miejsce wszedł bojler elektryczny. Stary, powoli odchodzący do lamusa (rok produkcji 2002) piec gazowy zużył ok. 1600 m3 gazu (co daje 17.000 KWh). I stawałem przed dylematem, czy zostawiać gaz, czy iść w kierunku drewna, pelletu. Jeśli popatrzycie na dane, raczej nie ma wątpliwości. Gdyby potrzebna była wymiana kotła – idę w kierunku pieca na zrębkę drzewną. Takie paliwo spokojnie sobie przygotuję, wysezonuję, a koszt – 1105 zł/sezon). Ile zapłaciłbym za rok przy poszczególnych źródłach ogrzewania.

  1. węgiel 2900 zł,
  2. drewno kawałkowe 2200 zł,
  3. gaz ziemny 6800 zł,
  4. pellet 4800 zł,
  5. zrębka drzewna 1100 zł,
  6. prąd – 20.000 zł,
  7. pompa ciepła – 5600 zł,
  8. pompa ciepła + FV – 0 zł.

Zupełnie inaczej wygląda kwestia inwestycyjna. Ale to temat na osobny wpis. Zdradzę efekt – pompa ciepła przestaje mieć większy sens.