Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 36 – Oszczędny Milioner

Jak wygląda los najemcy i wiara w tzw. wolny rynek, który wszystko ureguluje.

Cały czas media w Polsce lansują prosty przekaz – wynajmuj zamiast kupować, zaoszczędzisz kupę pieniędzy, cała Europa tak robi. No właśnie Europa, mamy tę szansę, że nie trzeba nam wyważać otwartych drzwi, możemy przyjrzeć się, jak to wygląda na tym mitycznym zachodzie.

Jedna z moich prenumerat (tutaj doceniłem wygodę niekupowania papierowej prasy, trzymam się tylko „Motor-u”). obejmuje przedruki ze szwajcarskiego „Beobachtera”. Całkiem niedawno podrzucono mi artykuł o mieszkańcach (i byłych, też) pewnej dzielnicy w Zurichu. Pomijając kwestie ideologiczne i lokalne smaczki, których, co oczywiste, nie łapię, zyskałem doskonały materiał porównawczy, ponieważ podano tam ceny domów sprzed lat i obecnie. Dzielnica, a jej nazwa nic mi nie mówi, przypomina z opisu moją – wybudowane w latach 60-tych może 70-tych małe domki, otoczone mikro ogrodami, blisko centrum, a mieszkańcy doskonale się znają. Sporo osób wynajęło tam domy trzydzieści, a nawet czterdzieści lat temu, a teraz, z uwagi na podwyżki czynszów muszą się wyprowadzać. Kto zostaje? Właściciele. I tak na początku problem nam się rozwiązał – własność lepsza. A teraz idziemy w kierunku liczb.

Dom – cena 44 lata temu 600 tys. CHF, cena obecnie 2,2 mln CHF. Wynajem – 30 lat temu 2,9 tys. CHF, obecnie 5 tys. CHF. Nam taki wzrost wydaje się śmiesznie mały (cenę x 3,5 zaliczono u nas w 17 lat, a nie w 44), ale w warunkach szwajcarskich, gdzie inflacja wynosiła ostatnim szczycie …3% (a nie 15%), a na początku lat dziewięćdziesiątych straszne 6% ( u nas wtedy 585%), perspektywa całkiem inna. Skok okazał się tak wielki, że obecnie 15% Szwajcarów może sobie pozwolić na własne mieszkanie. Nie w tej, sympatycznej klasośredniej dzielnicy, ale w ogóle. Ale wróćmy do naszych baranów, jak mówi nacja, którą uczyliśmy jeść widelcem i nożem. Jeszcze raz – porównanie wynajem i zakup.

Dzisiaj dom kosztuje 2,2 mln CHF. Kredyt na 15 lat (taką dostałem propozycję, uzupełniając dane w porównywarce) – 2200 CHF miesięcznej raty przy wpłacie 20%. Oprocentowanie ca. 1.6% (porównajcie z naszymi 8.5-9%). Już teraz rata jest niższa od czynszu (2200 CHF kontra 5000 CHF), ale ….. niewiele osób dysponuje zdolnością kredytową. Bohaterka artykułu, pisarka w okolicach 50-tki, zarabia może średnią krajową czyli w okolicach 80 tys. CHF/rok. Nawet w IT to podobno ok. 150 tys. CHF/rok. Ja, wpisując roczne dochody 180-220 tys. CHF nie kwalifikowałem się na 1,8 mln CHF kredytu. Dopiero, gdy podniosłem próg do 350 tys. CHF/rok (podobno 4-krotność średniej krajowej) popularna internetowa porównywarka wypluła zgodę.

Teraz cofnijmy się nieco w czasie. Mamy początek lat 90-tych. Pani pisarka podejmuje decyzję o wynajmie. Płaci 3 tys. CHF. Dom kosztuje 800 tys. CHF, co oznacza ratę (przy 20% wkładu) 1100 CHF (wyższe oprocentowanie, z uwagi na inflację). Pomimo tego bohaterka artykułu nie kupuje lecz wynajmuje. Dlaczego?

Przyczyn może być kilka. Zasadnicza – nie ma 20% na wkład własny. Druga – za mało zarabia. Trzecia – woli wynajmować. Tylko w trzecim można mówić o wyborze. Zwrócę tu uwagę na kilka kwestii.

Prawicowe przekonanie, że wolny rynek wszystko ureguluje – jest fikcją. No niestety. Wolny rynek reguluje pod bogatych, których stać. Ten sam trend obserwujemy w Polsce. Wskaźnik pustostanów w Zurichu wynosi dokładnie 169 pustych mieszkań i jakoś deweloperzy nie dobudowują tysięcy kolejnych. Po prostu wszystkim opłaci się by ceny rosły. Doprecyzuję te 2,2 mln CHF dotyczy domu 5 pokoi ok. 120 m2, do remontu, odpowiednika mojej kostki z PRL-u, a nie nowego budynku, ani odnowionego (wtedy mamy powyżej 3 mln CHF). Rynek nie zajmuje się regulacją, stabilizacją itp. Trzeba patrzeć realnie.

Prawicowe przekonanie, że rośnie przez lewicowy spisek „Agenda 2030” okazuje się nieprawdziwy. Agenda 2030 powstała w 2015 r. Powszechność wynajmu w Szwajcarii, Niemczech, Francji ma znacznie dłuższą tradycję. Ba, większość wynajmowała już w Polsce lat 1918-1939. Nie ma to nic wspólnego z lewicą, tylko z brakiem oszczędności, niedostępnością kredytu,

Lewicowe przekonanie, że trzeba płakać nad pisarką, która po 30-latach przeprowadza się do gorszej dzielnicy, też bazuje na błędzie logicznym. Dlaczego akurat nad pisarką? Dlaczego gorsza dzielnica oznacza tragedię? Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. Beobachter, gazeta zdecydowanie na lewo, ich nie daje. A wszystko wydaje się proste. Nie zawód określa Twoje warunki bytu, lecz dochody i oszczędności. Za mało zarabiasz, nic nie odłożyłaś do 50-tki, sorry bank nie pożyczy Ci pieniędzy. Zwłaszcza bank szwajcarski z minimalną marżą. Tu wracam do rdzenia tego bloga – oszczędności plus przyzwoite dochody oznaczają razem pewną (i to też czasową) gwarancję stabilności i niezależności. Same dochody z pracy – najczęściej nie. Konkretna profesja – też. Czasy się zmieniają, życie się zmienia. Inaczej patrzy na świat młoda rodzina, inaczej singielka w średnim wieku, inaczej samotna pani na emeryturze. Czterdzieści lat temu na topie byli górnicy, teraz IT. Dlaczego zawód pisarza miałby być wyjątkowy? Zawsze, większość z nich, zarabiała na życie inaczej. Pisanie było dodatkiem. Znam osobiście czterech facetów wykonujących zawód pisarza. Jeden – pracuje jako „złota rączka”, drugi jest rentierem, trzeci – adwokatem, czwarty – właścicielem firmy doradczej. Żaden, ale to żaden nie osiąga ze sprzedaży książek (czyli poza pisaniem, weekendowych wyjazdów na targi dwa razy w miesiącu) więcej niż 5 tys. zł/m-c. Za taką sumę nie wynajmą domu i nie utrzymają w Warszawie, a nawet w Aninie.

Lewicowe przekonanie, że nic się z tym nie da zrobić, o ile nie obrabujemy bogatych – kompletnie się nie sprawdza. A może lekiem jest odpuszczenie miejsca? Bohaterka tak właśnie zrobiła. Przeniosła się na przedmieścia Zurichu. Czy to życiowa tragedia? Nie. Czy efekt wyborów? W znacznej mierze tak. A lewicowa koncepcja? Błędna. Da się z tym coś zrobić. Najpierw, indywidualnymi działaniami – oszczędnościami, ekstra zarobkami, inwestowaniem. Krótko mówiąc – podbijaniem długości wszystkich boków Trójkąta Zamożności. Adekwatnym wyborem miejsca do życia, na zasadach logiki i statystyki, a nie emocji. Czasem lepiej wziąć piętro w domu rodziców (zwłaszcza jedynakowi) i zarabiać 6300 zł/osobę (mediana brutto w powiecie puławskim, ciechanowskim, płockim, gołdapskim, złotoryjskim, goleniowskim czy Białej Podlaskiej) niż pakować się w kredyt z ratą 4000 zł, płacić 2000 zł/m-c za żłobek/przedszkole, żeby dobić do 8900 zł (osobę (analogiczna mediana w Warszawie). Prof. Matczak zrobił wielką karierę w Warszawie, ale przeciętny „słoik” z powiatu wschowskiego (mediana wynagrodzenia 5800 zł), zwłaszcza dzisiaj, nie musi zrobić błędu zostając na miejscu. Klucz tkwi w słowie „przeciętny”. Jeśli nie nastawiamy się na życie „gwiazdy Instagrama”, nie posiadamy (piszę „my”, ponieważ odnoszę się również do siebie) wybitnych uzdolnień, lepiej zrobimy zostając w miejscu, w którym mamy oparcie w bliskich. W stolicy, co opisywałem już odnosząc się do spotkania klasowego, niektórzy odniosą sukces (jak kolega-warszawski deweloper), ale większość równie zdolnych utknie w pułapce średniego dochodu, za który trudno się tam żyje. Stare przysłowie mówi „lepiej być dużą rybą w małym stawie” i całkowicie się z tym zgadzam. A jeszcze lepiej, nie porównywać się z nikim, tylko iść własnym tempem.

Taki sposób patrzenia na świat staram się promować. Nie darwinowsko-konfederacki, ale i nie leninowsko-lewicowy. Jeśli dodamy do tego umiejętność cieszenia się drobnymi sprawami (kawa z widokiem na zieleń z rana, uśmiech dziecka, merdający ogon psa, ciekawa książka) oraz planowania, nigdy nie znajdziemy się w sytuacji 50-letniej pisarki, nie staniemy się zgorzkniałymi, wymagającymi od wszystkich dookoła wiecznej atencji oraz rozścielania czerwonego dywanu.

Na koniec zapowiedź. Pisałem już na tej stronie o wielu milionerach. Wkrótce nakreślę portret dwóch kolejnych. I będą to ludzie o majątku 50-300 mln zł. Warto poczekać.

Dojeżdżanie do miasta ze wsi. Jak daleko będzie za daleko?

W moim miejscu pracy całkiem spora grupa dojeżdża, bądź dojeżdżała (dzisiejsi emeryci) z całkiem odległych miejsc. Niektórzy wspominają ten czas jako koszmar, inni okazywali się całkiem zadowoleni. W kręgu znajomych mam też sporą grupę zmagających się z podobnym wyzwaniem. Sam spróbowałem od maja mieszkać na wsi. Jakie wnioski?

Należy odróżnić dwa rodzaje dojazdów – wyłącznie „głowa rodziny”, główny żywiciel, pracuje w innej miejscowości niż mieszka, albo dojeżdżają wszyscy.

Gdy tylko jedna osoba musi kursować do pracy, nie ma tragedii. Jeden z moich kumpli jedzie pociągiem 130 km przez 2,5 godziny. Kiedyś codziennie, dzisiaj (praca zdalna) 2-3 razy w tygodniu. Wychodzi z domu o 5.30 wraca z Warszawy o 19. Na miejscu nie miałby zajęcia, przy swoich specjalistycznych kwalifikacjach, ani też takiej pensji w innym zawodzie. Żona i dzieci zostali w rodzinnym, średnim mieście. Dopóki nie pojawiła się możliwość wykonywania zadań z domu, narzekali. Teraz 3 dni mogą jakoś przetrwać. Większości osób – nie polecam.

Podobnie koledzy z pracy – czwórka dojeżdża po 100 km. Niektórzy przez kilka lat, żeby sobie dorobić, inni przez 3 dekady. Tu już nie ma tak różowo z transportem. Umawiają się grupą. U pracodawcy pojawiali się na 7, więc trzeba było wstać o 4.30. Wyjazd codziennie o 5.30 od poniedziałku do piątku. Powrót ok. 17. Wiem, że na wielu nie zrobi to wrażenia, wszak w Warszawie pracuje się od 9-17, a trzeba jeszcze wyprawić dzieci do szkoły itp. Wszyscy bohaterowie tak długich dojazdów, rodzinę zostawiają w domu.

Teraz czas na moje własne doświadczenia. 30 km. Żaden problem. Wyjazd o 20 minut wcześniej niż wyjście z domu. Powrót podobnie. To czterdzieści minut dziennie. Gdybym jeździł transportem publicznym – traciłbym znacznie więcej (dwa razy tyle, gdybym piechotą szedł 3 km na dworzec). Już raczej bez sensu. Tłumaczy się w ten sposób popularność samochodu na wsi – narzędzie pracy, nie przyjemność czy szpan. Ja też dojeżdżałem sam. Żona i syn zostali w mieście. Gdyby zdecydować się na stałą przeprowadzkę, jedno z nas, żeby wozić młodego, raz na 7.30 a raz na 10, a potem na 2-3 treningi w tygodniu, musiałoby nie pracować. Nawet praca zdalna nie zmieniłaby sytuacji, ponieważ trzeba przecież siedzieć w ustalonych godzinach przed komputerem. Nie do pogodzenia. Z drugiej strony do wiejskiej szkoły i gminnego liceum też trzeba dowozić, więc nawet opcja „na miejscu” niewiele zmieniłaby.

Są jeszcze bliższe miejsca. Moi znajomi mieszkają 25 km od miasta i jeżdżą 3 razy dziennie. Ona swoim, on swoim autem. Podobnie jak my w mieście – popołudniowy trening to wyjście o 17.30 a powrót 19.45. Wtedy jedzie się po zakupy, wykonuje telefony. Nie ma innego wyjścia.

Dlatego odpowiadając na tytułowe pytanie, trzeba mieć świadomość, kto dojeżdża (jedna osoba, czy wszyscy członkowie rodziny), skąd (z miasta do miasta, czy ze wsi do miasta), kto pracuje, a odległość ma pewne znaczenie, lecz do pewnej granicy, nierozstrzygające. Lepiej dojeżdżać 1,5 godziny pociągiem, niż wykonywać 3 kursy po 40 minut własnym samochodem. I taniej przy okazji, też.

Życie w bloku jest tanie, łatwe i wygodne.

Tytuł wpisu zaczerpnąłem z komentarza pod artykułem o wysokich kosztach życia na wsi. Autor wymieniał jednym tchem te właśnie koszty: podatek, prąd, węgiel, remonty starego poniemieckiego domu, internet, dojazdy, zwierzęta, ogród. Strasznie dużo. A komentujący wtórowali, tak właśnie, jak w tytule. Czy to prawda? Postaram się podać suche liczby.

Mieszkanie w mieście. Dwie osoby 45 m2. Łączne koszty (z wodą, śmieciami, prądem, podatkiem, ogrzewaniem, internetem) 1000 zł. Ok. 22 zł/m2 i 500 zł/osobę.

Mieszkanie nr 2. Powierzchnia 67 m2 i troje mieszkańców. Sam czynsz z centralnym ogrzewaniem, wodą, śmieciami 1000 zł. Do tego podatek (20 zł), internet (50 zł), prąd (200 zł) i gaz (100 zł). W sumie 1370 zł, tj. 20 zł i 460 zł/osobę.

Dom w mieście. Powierzchnia 120 m2 (ogrzewane 100 m2, reszta to garaż i piwnica) i troje mieszkańców. Mój własny. Czynszu nie ma. Gaz z C.o z gotowaniem 600 zł, prąd 300 zł, woda 160 zł, śmieci 100 zł, podatek 30 zł, internet 90 zł. Razem 1280 zł. 12,8 zł/m2 i 430 zł/osobę.

Dom na wsi. Powierzchnia 130 m2 i troje mieszkańców. Bezczynszowe. Prąd własny (tylko opłaty stałe 50 zł), woda z kanalizacją 150 zł, śmieci 90 zł, podatek 40 zł, internet 90 zł, c.o. na drewno (własne więc 50 zł/m-c) i wychodzimy na 470 zł. Gdyby kupować drewno – 250 zł. Razem 670 zł. Ok. 3,5 zł/m2 i 160 zł/os. albo 5,2 zł/m2 i 230 zł/os.

Teraz powoli dodajemy koszty remontów. Nie liczę wnętrz, lecz tylko tego, za co normalnie odpowiada spółdzielnia. I w tym miejscu ZONK.

Koszty domu nie wyglądają tak strasznie. Jeśli mamy nowy budynek, nie ponosimy żadnych wydatków remontowych przez 30-40 lat. Ponieważ części wspólne to ściany zewnętrzne, balkony, dach. Ewentualnie przeglądy (80 zł/miesiąc maksymalnie), wymiana żarówek na zewnątrz i klatce schodowej (20 zł/miesiąc). A ogród? Bądźmy sprawiedliwi, tutaj koszty mogą okazać się minimalne (50 zł/m-c), albo nieskończone. Ja na 300 m2 kupiłem przez 10 lat kosiarkę (350 zł), huśtawkę ogrodową (1000 zł), piaskownicę (300 zł) i parę roślin (w sumie 1000 zł). Prąd do kosiarki i wodę do podlewania wliczyłem w wydatki na te media. Żona za 3000 zł kupiła meble do ogrodu. Ile wychodzi średnio? 5650 zł przez 10 lat. Trochę ponad 45 zł/m-c. A mebli potrzebujemy też na balkon w bloku. Z przeglądami i wymianami żarówek 145 zł/m-c.

Na wsi (3000 m2), kosa (1400 zł) służy mi już 16-ty rok, piła (1300 zł), glebogryzarka 1800 zł, do tego taczka i narzędzia (1600 zł). Na sadzonki i nasiona wydaję rocznie 200 zł, a paliwo do narzędzi 120 zł. Średnio wychodzi (14 lat) – ok. 50 zł/m-c. Można znacznie więcej, ale czy to konieczne. Kosiarki, kosy, grabi, wideł, nie kupujemy na rok lecz na dziesięciolecia. Remonty zewnętrzne w starym budynku kosztowały mnie w sumie kilka tysięcy… czyli 40 złotych/m-c (wymiana starych rynien, drobne naprawy dachu, pomalowanie blachy na garażu) . Gdybym dodał przeglądy i żarówki (100 zł/m-c) zmieszczę się w 190 zł/m-c.

W starym domu w mieście – wymieniłem za 30.000 zł drzwi i zrobiłem ocieplenie, potem zapłaciłem trochę za kanalizację (niech będzie 2000 zł). 3200 zł/rok – 250 zł/m-c. Z ogrodem 295 zł/m-c.

Wychodzi na to, że ogród i dom da się remontować i poprawiać za ….300 zł/m-c. Dlaczego, więc takie płacze. Albo ktoś kupił ruinę, remontując ja po kawałku albo nie uważał na matmie. Dach z blachy wytrzyma 150 lat, jeśli konserwujemy go jak należy. Ściany jeszcze dłużej. Ogrzewanie wymienia się co 40 lat. Jeśli nawet policzymy spore koszty (dach 100 tys. zł, ogrzewanie 40 tys. zł) – mamy średnio 55 zł/m-c na dach i 83 zł/m-c ogrzewanie. I szansę, że koszty te poniosą już nasze dzieci (ogrzewanie) lub praprawnuki (dach).

Doliczmy maksymalne koszty, te 295 zł do podstawy i mamy:

  • mieszkanie 1 – nadal 1000 zł, 22 zł/m2 i 500 zł/os.,
  • mieszkanie 2 – 1370 zł, 20 zł/m2 i 460 zł/os.,
  • dom w mieście 1570 zł, 16 zł/m2 i 530 zł/os.,
  • dom na wsi – 965 zł, 7,5 zł/m2 i 330 zł/os.

Jak widać dom na wsi kosztuje taniej niż o połowę mniejsze mieszkanie w mieście. Jak to możliwe? Odpowiedź jest prosta – ogrzewanie oraz policzony zerowy koszt ludzkiej pracy. Palenie drewnem, utrzymywanie ogrodu dają w sumie 300 godzin pracy w roku (25 miesięcznie). Bezpłatnej. Gdyby ją doliczyć wg pensji minimalnej netto (20 zł/h) musimy dodać jeszcze 500 zł/m-c. Gdybyśmy liczyli firmę – spokojnie x 3.

Tym sposobem życie w bloku okazuje się, w porównaniu z domem na wsi tylko … łatwe. Bo tanie nie jest, a o wygodzie przy 2-3 razy mniejszej powierzchni, trudno mówić.

Życie bez samochodu. Raport po tygodniu.

Już pierwszy tydzień, jak sygnalizowałem w komentarzu, przebiegał z problemami. Z dwóch powodów: pogody i firmy.

Praktycznie od 1-go spadły temperatury – z 10-12 st. C. rano zrobiło się 7-8. Zamiast dżinsów i marynarki musiałem założyć grubą bluzę i płaszcz. Potem doszedł deszcz. Niby norma w październiku, ale spacer nawet podczas mżawki nie należy do najprzyjemniejszych (zwłaszcza, gdy ranek jest chłodny). 20 minut do pracy, jakoś dało się przejść, przy 40-stu trzeba było zaciskać zęby (i liczyć, że nie skończy się przeziębieniem). Jednocześnie pochorowali mi się żona i najmłodszy syn, więc odpadł temat wożenia na zajęcia dodatkowe. Na pogodę nie mamy wpływu i ona staje się pierwszym argumentem za własnym wozem. W nieprzyjaznym środowisku przebywamy najkrócej, jak się da, w moim przypadku z parkingu muszę przejść:

  • pod domem – 15 m,
  • w pracy – 50 m.

Stąd większość znanych mi osób dojeżdża samochodem.

A firma? No cóż, tu chcę być uczciwy, najbardziej, jak się da. I powiem wprost. Nie potrafiłem prowadzić dg bez auta. Już 4-go wypadło mi spotkanie w sąsiednim mieście (20 km). Miałem być na 10-tą. Autem – 30 minut. Autobusem – 1,5 h (albo dwie przesiadki lokalnym, albo na dworzec i przejazd tam, do tego dotarcie na miejsce spotkania). Pomnóżmy to przez 2 (1 h kontra 3h), dodajmy deszcz. I nie ma to najmniejszego sensu. Dlatego nie znam właściciela firmy, który obywał się bez samochodu. Sam się złamałem, ponieważ korzystanie w tych warunkach z komunikacji miejskiej i międzymiastowej, dramatycznie zmienia obraz rzeczy. 2 niepłatne godziny ekstra – tak się nie da zarabiać.

Ten tydzień zaczyna się nieco inaczej. Planuję 3 dni pracy zdalnej na wsi. Tam daję radę dojechać pociągiem. Ale znowu w piątek mam spotkanie biznesowe – tym razem 90 km dalej. Albo 1,5 h własnym autem albo 3 h bujania się. I wiem co wybiorę.

Po tygodniu znam już wnioski i kończę eksperyment. Przyznaję się do porażki.

Singiel i bezdzietna para pracująca na etacie w mieście – da radę żyć bez auta prywatnego. Rodziny z dziećmi, mieszkańcy wsi, właściciele firm – zupełnie nie. Świat bez samochodów oznacza dłuższe podróże, mniejsze dochody i całe mnóstwo trudności. Żadna, nawet najlepsza komunikacja publiczna tego nie załatwi, ponieważ pociągiem to ja sobie mogę jechać do Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Szczecina i nawet zawodowo – robię to, natomiast świat małych miasteczek, wsi okazuje się zupełnie odcięty. Jeszcze raz podam Wam przykłady:

  • wyjazd weekendowy do Kazimierza Dolnego – autem 55 minut w jedną stronę od drzwi do drzwi. Autobus? 20 minut (po mieście) i 1h 10 minut (bus w trasie), do tego 10 minut spaceru u celu. Razem 1h 40 minut kontra 55 minut. Prawie 2 razy dłużej. Do tego bilet kosztuje 30 zł. Przy dystansie ok.100 km w obie strony, auto wyjdzie taniej już przy dwóch osobach (lub moim elektryku solo). No i ostatni kurs jest o 18, , a w ciągu dnia co ca. 2 godziny (dość nieregularnie).
  • dojazd w tygodniu do mojej pracy ze wsi – autem 40 minut w jedną stronę. Pociągiem wyglądałoby to tak: 2,5 km na dworzec ze domu (rower, hulajnoga elektryczna – w deszczu, śniegu – nierealne) – 10 minut, 30 minut pociągiem, 12 minut w mieście hulajnogą lub 20 minut autobusem, plus 7 minut czekania. Razem 40 minut kontra 59 minut. I tak nieźle. No i połączenia (na razie – bo PKP lubi zmiany) mam takie, że wszystko ładnie się składa. W lecie. Dlatego kończę miesiąc bez auta po… tygodniu.

Diagnoza istotnej części białej Ameryki, oczami przyszłego wiceprezydenta USA.

Od połowy lipca 2024 r. oficjalnym kandydatem na wiceprezydenta USA jest J.D.Vance – czterdziestolatek, senator z Ohio. Gość poza karierą polityczną i skończonym prawem na Yale, ma w dorobku książkę „Elegia dla bidoków”, w której diagnozuje mieszkańców Pasa Rdzy, właśnie tytułowych bidoków, nazywanych także białymi śmieciami, czerwonymi karkami. To ważna grupa, ponieważ zdecydowali o zwycięskiej pierwszej kampanii Trumpa i o drugiej, przegranej, też. Doskonałe marketingowo zagranie kandydata, polegające na powierzeniu Vance’owi fotela wiceprezydenta powinno przekonać ubogich-białych do poparcia miliardera, którego prawą ręką jest syn i wnuk, prawdziwych pracujących-biednych.

Z mojego punktu widzenia, ważne jest, jak ten człowiek, który z racji wieku Trumpa, będzie miał spory wpływ na nasze życie, widzi USA. Pora zatem sięgnąć do wspomnianej „Elegii…”.

We wspomnieniach, przedstawił rodzinne Middletown niezbyt pochlebnie. Slumsy, brak kultury, zdegradowana infrastruktura, przestępczość, narkotyki. A przyczyna? Brak miejsc pracy przez upadek przemysłu. Ostatni masowo popierany prezydent USA – Reagan walczący o reelekcję w 1984 r. Obraz ten przypomina mi średnie polskie miasta w roku 2015, uwiecznione w serii reportażu „Archipelag”. One też z biedy, beznadziei wybrały jedno wyjście – powierzenie władzy człowiekowi, który chociaż kulturowo i obyczajowo był im całkiem obcy, obiecywał pracę i dobrobyt. W Middletown, miejscową stalownię z tradycjami wykupili Japończycy (czy nie widzicie analogii do naszego przemysłu?) i zaczął się powolny zjazd – najpierw ucięto inwestycje w rzeczy ważne dla społeczności (parki, szkoły, opera), potem znikały miejsca pracy.

Kiedy do ich pracy dołożymy wszechobecną przemoc, domowe kampanie nienawiści – rzeczywistość staje się nieznośna. Nie jest prawdą, że biały-biedny to konserwatysta, także obyczajowy. Przyszły wiceprezydent zaliczył trzech oficjalnych ojców i kilku wujków, a jego matka poza awanturowaniem się, bójkami wpadła w nałogi. Nadal jego otoczenie było jednak społecznością pracujących. To pozwalało odróżnić ich od beneficjentów socjalu. Tym razem – odwrotnie niż w Polsce. Dlatego, w mojej ocenie, Vance, jeśli zostanie wybrany, wzmocni narracje o w pełni samodzielnej drodze do sukcesu (Trump, inwestujący pieniądze tatusia, nie wydaje się wiarygodny). Uprawomocni dalsze oddalanie się USA w kierunku, który socjologowie nazywają „najbogatszy kraj Trzeciego Świata”. A to, w pogoni za zyskiem, pozwoli likwidować kolejne stalownie w innym Middletown. Z naszego, polskiego punktu widzenia, oznacza odwrócenie oczu Ameryki od Europy, a obrócenie ich na inne części świata (Bliski Wschód – co podkreślił w debacie, Azję, czy Amerykę Południową). J.D. Vance pozwalał sobie na jeszcze bardziej ignorujące nasze interesy słowa niż sam Trump. Wojna rosyjsko-ukraińska miałaby się skończyć natychmiast, za każdą cenę. A potem? Potem niech Europa broni się sama. Co to dla nas oznacza, nie trzeba chyba tłumaczyć – samodzielną wojnę z Rosją. Dla chłopaka z Ohio, prawdziwym imperium zła pozostają raczej Chiny czy Iran. Tam są jego interesy. On, ani Trump, absolutnie nie są Reaganem – na żadnej płaszczyźnie poza konserwatywnymi poglądami obyczajowymi, które jednak nie przeszkodziły im w posiadaniu dwóch żon (Vance akurat trzyma się jednej, ale ma dopiero 40 lat i jest 10 lat po ślubie).

Diagnoza USA w „Elegii…” nie wygląda różowo. Recepta na sukces – osobiste zalety i ciężka praca, opiera się na prawdzie, ale nie jest warunkiem wystarczającym. Gdyby tak było, przynajmniej dziadkowie kandydata na wiceprezydenta, doszliby do czegoś więcej niż domek w wymierającej okolicy.

Miesiąc bez samochodu. Plan.

Na tym blogu ciągle pojawiają się różne nietypowe pomysły. Jako jeden z nich, tym razem całkowicie sprzeczny z moimi poglądami, urodził się projekt „Miesiąc bez samochodu”. Tak, dobrze widzicie. Planuję udowodnić coś, w co sam nie wierzę – że da się żyć bez auta. Na wsi i w mieście. W październiku, czyli w czasie, gdy często pada, a temperatury nie zachęcają do spacerów. Czy uda się? I jakim kosztem? Zobaczymy.

Aby odpowiedź mogła być pozytywna trzeba mi planu. Realnego planu. W mieście, wszystko wydaje się łatwiejsze – własne nogi plus rower, ew. komunikacja miejska. Sklepy pod bokiem, niektóre nieco dalej. Do pracy mam 20-45 minut spacerem.

Na wsi, zupełnie inaczej. 1 km do najbliższego (małego) sklepiku. 4,5 km do marketu. 3 km do dworca kolejowego. 30 km do pracy. Daleko i długo. Czy dam radę? Kiedy mój dziadek rozpoczynał pracę , był rok 1935, pociąg jechał 50 minut, a docierano do niego własnym zaprzęgiem, w tempie 10 km/h (20 minut). Na miejscu, dziadek brał dorożkę i pokonywał ostatnie kilka kilometrów do biura (20 minut) Razem podróż trwała 1 godzinę 30 minut. Powrót podobnie. A dzisiaj? Na dworzec dotrę szybciej rowerem, hulajnogą elektryczną (10 minut), w mieście podobnie (10 minut), a pociąg jedzie 30 minut (pospieszny nawet 17, ale o innych godzinach). Łączny dojazd trwa 50 minut. Wychodząc z pracy parę minut o czasie , w domu na wsi pojawię się po 50 minutach. Rano podobnie – muszę wyjść 50 minut przed rozpoczęciem pracy. Przynajmniej na razie, gdy mam idealnie zestrojone przejazdy. W drugim miejscu pracy nie będzie już różowo. Zaczynam o pół godziny wcześniej i kończę z takim samym przesunięciem. Leży ono także dalej od dworca. Aby pojawić się o czasie, muszę wyjść 1,5 h przed rozpoczęciem, a pojawię się w domu 1 h 20 minut po zakończeniu.

W praktyce, różnica pomiędzy spacerem miejskim od 50 minut do 1 h 10 minut w każdą stronę. Da się przeżyć. Niemiło jedzie się tylko w deszczu. Koszt także mnie nie zrujnuje -11 zł dziennie, w obie strony. Bez zniżek 17 zł. Jeżeli założę pobyt w mieście przez pół miesiąca, a drugie pół na wsi, oraz dodam, że akurat w „wiejskim czasie” zaplanuję pracę zdalną (4 dni), odrobinę wolnego (2 dni), zatem 6 dni będę musiał dojechać ze wsi. Postaram się ustawić je w dni, gdy faktycznie prognoza nie pokaże opadu. Tragedii nie powinno być.

A zakupy? W mieście – zero problemu. Na wsi – zrobię je po drodze z dworca, dorzucając ten kilometr (market postawiono 500m o stacji). Większe dostawy załatwią internet i kurierzy.

Plan wydaje się niegłupi, a realizacja? Zobaczymy.

O jeździe elektrykiem po dwóch latach .

Kona przyjechała do mnie w ostatniej dekadzie sierpnia 2022. Niby na próbę, max. pół roku, ale została na znacznie dłużej. To dobrze, bo dałem radę poznać jej wady i zalety, zwłaszcza eksploatując na zmianę z Volkswagenem Passatem 1.6 Tdi czyli superoszczędnym dieslem. Jak wypada koszt eksploatacji, bo o wrażeniach pisałem już sporo?

Przebiegi. Sporo jeżdżę w trasie. W dwa lata zrobiłem prawie 25 tys. km. Sporo przejechałem w trasie, ponieważ w ciągu roku 12 razy odwiedziłem góry (9000 km), 2 razy syna na drugim końcu Polski (1700 km). Na wsi znalazłem się prawie 50 razy. Do tego jazdy miejskie. Paradoksalnie, przewaga długich tras dała mi okazję na zweryfikowanie mitów.

Spalanie i koszty. Większe zimą (14 KWh/100 km w trasie i nieco mniej w mieście), mniejsze latem (rekord 9.5 KWh z gór , 10.4 KWh/100 km w góry, 9-10 KWh/100 km miasto, podmiejsko potrafiłem zejść do 9 KWh/100 km) czyli… całkiem oszczędnie. Powiedzmy sobie szczerze – Kona Electric to najmniej prądożerny elektryk na rynku (Kia EV6 spala o 30% więcej, a Tesla 3 o 20%) Przyjmując średnią z całości dystansu (11.5 KWh/100 km), płaci się:

  • 32 zł/100 km na płatnej szybkiej ładowarce,
  • 11 zł/100 km (ładowanie gniazdko w domu),
  • 0 zł/100km (darmowe ładowanie albo FV).

Nawet jeśli trasa wypada gorzej (średnia ok. 12.5 KWh/100 km), to dalej dzięki darmowemu ładowaniu przed wyjazdem, jestem w stanie zrobić 750 km za 100-120 zł, a w lecie zejść do 80 zł. Passat Tdi na takim dystansie potrzebowałby 200 zł w trybie megasknera (4.0 l/100 km – lato).

Ogólne koszty także wypadają nieźle (1000 zł za naprawę elektrozaworu, 650 zł przegląd, 500 zł ubezpieczenie rocznie. Wg dzisiejszych cen koszt przejechania 15.000 km wyniósł 4000 zł. W Passacie TDi tylko za paliwo zapłaciłbym 5000 zł (średnie spalanie 5,5 l/100 km), do tego przegląd minimum 1000 zł, naprawy 1200 zł (lekko licząc, bo duży przebieg diesla w Passacie, gwarantuje znacznie większe wydatki – syna egzemplarz kosztował 2-3000 zł w „pakiecie startowym” a doszły jeszcze tarcze/klocki, świecące kontrolki – ubezpieczenie 700 zł – razem 7900 zł – prawie 2 razy tyle (jeśli wziąłbym pod uwagę początkowe koszty – spokojnie 10.000 zł).

Oba auta trudno porównywać, bo Konę kupiłem jako 3 -latkę z przebiegiem 23 tys. km, a Passata jako pięciolatka ze 140 tys. km.

Zasięg. Tego się bałem. Komputer pokazuje w lecie 350-370 km, podczas gdy nominalnie powinno być 290 (wg instrukcji – norma pozwala mierzyć zużycie przy +20 st. C, w warunkach optymalnych dla elektryka). Realnie przejeżdżam 200 km do ładowarki, cały dystans dwupasmówką i schodzę z 350 km zasięgu do 120 km, czyli dane komputera wydają się realne. W lecie. W zimie ujmijmy 30%, z 350 km robi nam się 250 km. Znowu, naładowany do pełna, spokojnie dojeżdżałem te 200 km i jeszcze miałem zapas, gdyby wystąpił problem ze stacją. Pamiętajmy, istnieje jeszcze Kona 64KWh (netto) z baterią większą o 60% (zasięg zimowy 400 km) a letni 550 km. Da się żyć.

Utrata wartości. Kupiona za 100k, teraz do sprzedania za 75k (notowania z ostatniego Motoru). 12,5k/rok. A Passat? W 2022 r. wartość 60k , obecnie 50k, czyli 5k za rok. Ostatnio jednak spadek wyhamował. Dlaczego? Nieubłaganie zbliża się rok 2027 i prawdopodobne podatki do paliwa.

Podsumowanie.

Dla kogoś, kto dużo jeździ (np. dojeżdża codziennie do pracy 30-100 km) i ma FV lub luźną darmową ładowarkę w pobliżu,, elektryk wydaje się optymalnym wyborem.

Jak przygotować się do emerytury? IKZE, IKE, PPK.

Jeden z wpisów „emerytalnych” zakończyłem mało optymistyczną konkluzją. 70% dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych dostanie emeryturę netto w wysokości 1600 zł (wg dzisiejszej wartości pieniądza). Mówię przy tym o ludziach zarabiających przed odejściem z pracy ok. 6000 zł netto czyli do 120% średniej krajowej.

Dla większości, jedną opcją podniesienia sobie dochodów (już dziś robią to 60-latkowie), pozostaje dłuższa praca. Odradzam. Nikt nie jest wieczny, a zdrowie nie zawsze dopisuje. Lepiej podjąć inne kroki. Najprostszym i podstawowym pozostaje uzbieranie sobie dodatkowych, prywatnych pieniędzy. Służą temu programy emerytalne.

Pierwszy i zasadniczy – PPK. Reklamuję go na blogu, sam przystąpiłem. Dlaczego? Ponieważ nieodczuwalne potrącenie 2% miesięcznej pensji, może dać niezłe wyniki. Najpierw dlatego, że kolejne 1,5% naszych poborów dopłaca pracodawca, parę złotych dorzuca też państwo. Mamy do czynienia nie tylko z pracującymi oszczędnościami, ale i sporym bonusem. Efekt?

Dla kogoś, kto zarabia przeciętne wynagrodzenie i zbiera na PPK przez 35 lat, prognozowana wypłata wg cen obecnych wyniesie 1200 zł netto czyli 75% państwowej emerytury przez 20 lat. Pokazuję Wam w ten sposób, jak działa ZUS. Zabiera 20% wynagrodzenia przez 35-45 lat, żeby wypłacić 1600 zł dożywotnio (może rok, a może 35 lat), a na rynku (przy stopie zwrotu na poziomie 3,5% netto) dostaniemy 1200 zł za 3,5%, przez gwarantowane 20 lat. Dodając ZUS i PPK mamy już 2800 zł/osobę. Ten mechanizm działa tak korzystnie, gdy masz na oszczędzanie 45 lat. Przez 20 lat, dostaniesz wypłatę…. 500 zł netto.

Drugą możliwą opcję stanowi IKZE. Pozwala ona uzyskać ulgę podatkową od inwestowanych środków (w moim przypadku zwrot 32%), a potem płacimy podatek ryczałtowy 10%. Jak to wygląda? Załóżmy odkładanie 200 zł miesięcznie przez odpowiednio 40, 30, 20 lat, co odpowiada dzisiejszemu mężczyźnie w wieku: 25, 35, 45 lat i kobiecie o 5 lat starszej. Wypłacamy wszystko w 65. r. ż., a zysk 5,5% netto (odpowiada dzisiaj obligacjom skarbowym lub kontom oszczędnościowym).

Zbierzemy (w cenach dzisiejszych):

  • przez 40 lat – 300 tys. zł (wpłata 120 tys. zł),
  • przez 30 lat – 210 tys. zł (wpłata 90 tys. zł),
  • przez 20 lat – 100 tys. zł (wpłata 60 tys. zł).

Wypłacając sobie te oszczędności zgodnie z regułą 4% mamy miesięcznie:

  • po 40 latach – 1000 zł,
  • po 30 latach – 650 zł,
  • po 20 latach – 500 zł.

IKE. Działa trochę inaczej. Nie dostajemy ulgi podatkowej, ale za to wypłaty zwolnione są z podatku. Oznacza to, przy kolejnych 250 zł wpłaty, prywatną emeryturę (do śmierci):

  • po 40 latach oszczędzania – 1100 zł,
  • po 30 latach oszczędzania 700 zł,
  • po 20 latach oszczędzania 550 zł.

A zatem zarabiając przeciętnie (tj. 5000 zł netto miesięcznie), odkładając:

  • 150 zł na PPK,
  • 250 zł na IKZE,
  • 250 zł na IKE,

dostaniemy następującą prywatną emeryturę (PPK przez 20 lat od średniej pensji ):

  • po 40 latach oszczędzania – 3500 zł (1400+1000+1100),
  • po 30 latach oszczędzania – 2250 zł (900+700+650),
  • po 20 latach – 1650 zł (500+550+500).

Nawet w tej ostatniej wersji – kwota równa się państwowej emeryturze. Tylko składki wynoszą 650 zł/m-c, a nie (z kosztami pracodawcy) 20% wynagrodzenia brutto (czyli przy 8500 zł – 1700 zł).

Nieruchomości czy obligacje? Perspektywa na najbliższe 2-3 lata.

Stara mądrość mówi – na obligacjach nie da się dorobić. Czy aby na pewno? Co znaczy dla Ciebie „dorobienie się”.

Ekonomia ostatnich 30 lat pokazuje nam w Polsce dwa trendy – rosnące skokowo (chociaż nierównomiernie) ceny mieszkań oraz spadek opłacalności lokat czy obligacji, w związku ze obniżaniem inflacji. PiS swoją szaleńczą polityką rozdawnictwa namieszał i…. może stworzył szansę na inwestycję w obligacje. Przecież był taki czas, wcale niekrótki (lata 70-te i do połowy 80-tych w USA), gdy papiery dłużne były „hot”, a akcje przynosiły straty. Dzisiaj o akcjach pisać nie będę, ale porównam nieruchomości z obligacjami.

Wyobraźmy sobie, że dzisiaj kupujemy nieruchomość w nowym budynku w centrum dużego miasta. Trafiamy niezłą cenę – 18 tys. zł z wykończeniem za m2. Dwa pokoje (55 m2) kosztują 990.000 zł. Jeśli wynajmiemy, uzyskamy może 50 tys. zł brutto/rok. Odejmując niewysoki podatek (8,5% ), jakieś koszty (niech będzie 6000 zł/rok), odkładając na remont (za 100.000 zł co 15 lat – kolejne 6600 zł). Razem tych kosztów mamy 16.850 zł i to przy założeniu sensownego najemcy i braku opłat za obsługę najmu oraz, co ważne, 100% wynajęcia. Zysk netto: 33.150 zł czyli 3,3%/rok. Na jakie ryzyka napotykamy? Dewastacje, niepłacący lokator, pustostan (oczekiwanie na kolejnego najemcę), kryzys, który uniemożliwi osiąganie takich cen najmu. W efekcie nie zyskujemy ponad obecną inflację. To jest nasz rzeczywisty zysk. Możemy liczyć na wzrost wartości, ale któż to wie. Może przez kolejne 10 lat ceny staną, jak to już było pomiędzy 2008 i 2017 r.? Albo wzrost osiągnie te 10-20%, jak w latach 2018-2024 i wygramy?

Obligacje skarbowe dzisiaj dają prawie pewne 5,18%, no i ponad inflację. Ryzyka – niewielkie. Chodzenia koło tego – tyle co nic. A może spójrzmy w stronę papierów korporacyjnych? 8,39% netto. Praktycznie pewne (bardziej niż czynsz od konkretnego najemcy, a tym bardziej wzrost wartości). Może nie czeka nas 10 lat obligacyjnego eldorado, ale decyzję podejmujemy na 3-4 lata. Stąd moje rozkminy. Osobiście muszę dywersyfikować portfel, więc rozsądne będzie częściowe odejście od nieruchomości na rzecz obligacji. To już się dzieje.

Trzy samochody i koszty z ostatniego roku. Porównanie, z tym co było.

W 2021 r. przejechałem posiadanymi samochodami (Porsche, Fiat 500, Skoda Kamiq) 27.000 km. Kosztowało mnie to wszystko:

  • leasing – 9000 zł,
  • ubezpieczenia – 2900 zł,
  • naprawy i przeglądy – 3200 zł,
  • paliwo (wg obecnych cen) – 10.200 zł.

Razem: 25.300 zł tj. średnio 2100 zł miesięcznie.

W ostatnich 12 miesiącach wszystko wyglądało inaczej. Flota zmieniła się (Hilux, 500c, Kona, Giulietta pod koniec tylko te 3). Spadł przebieg do 21.000 km. Koszt okazał się sporo mniejszy:

  • ubezpieczenia – 1600 zł,
  • naprawy, opony i przeglądy – 3000 zł,
  • paliwo (wg obecnych cen) – 5200 zł.

Razem – 9800 zł tj. średnio 770 zł.

Na przestrzeni 3 lat zredukowałem koszty posiadanych samochodów o blisko 2/3. Całkiem nieźle.