Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 34 – Oszczędny Milioner

Lepiej być biednym na wsi, niż biednym w mieście.

Tytuł jest cytatem z odpowiedzi na posta o ucieczce ze wsi do miasta. Teraz zastanowimy się, ile prawdy zawiera.

„Lepiej” może mieć wiele znaczeń. Na wsi będzie łatwiej, taniej, przyjemniej. Żyje się tam bez świadomości własnej biedy. Szybciej się z niej wyrwiemy. Czy każde z nich opiera się na prawdzie?

Zacznijmy od „lepiej=łatwiej”. I tu zależy dla kogo. Dla osoby do wsi przyzwyczajonej i na niej urodzonej – na pewno. Ma sieć kontaktów. Ważne – bo w razie problemów, zawsze ktoś pomoże. Dla mieszczucha – pozornie trudniej. Dlaczego? Ponieważ faktycznie, pozbawiony siatki bezpieczeństwa w postaci rodziny, znajomych, może początkowo radzić sobie gorzej. Bo i obowiązki nowe (palenie w piecu, pamiętanie o szambie, jakieś zwierzęta, koszenie trawy itp.), i powierzchnia do ogarnięcia większa, i znikąd pomocy w razie katastrofy. Z tym ostatnim twierdzeniem należy jednak pomyśleć, w gminnej wsi istnieje ośrodek pomocy społecznej, z którego korzysta sporo osób. Docieramy do sedna, pójście do „opieki” na wsi nie stygmatyzuje w tym samym stopniu, co w mieście, ponieważ okazuje się powszechne. Przed 2015 r. korzystało z niej 30-40% mieszkańców wsi, w niektórych – prawie wszyscy. Począwszy od zasiłków, przez fundusz alimentacyjny, aż do usług opiekuńczych. Wizyta pracownika socjalnego nie wywołuje złośliwych uśmiechów, ponieważ dotyczy wielu. Teraz z uwagi na wzrost dochodów nominalnych wysokość kwot dochodu budzi uśmiech politowania: 823 zł równa się pensji minimalnej na rodzinę czteroosobową. Odrębną kwestią pozostaje trudniejszy dostęp do lekarza, kultury, szkoły ponadpodstawowej, basenu, domu kultury, biblioteki.

Teraz „lepiej=taniej”. Istota tego bloga – wartość pieniądza. W tym punkcie też nie obędzie się bez dyskusji. Bo wiejskie sklepy droższe, a market daleko. Bo reszta kosztuje wszędzie tyle samo. Prawda? Nieprawda. Zacznijmy od jedzenia. Skoro mieszkasz na wsi, z dużym prawdopodobieństwem masz kawałek ziemi. A to oznacza, że możesz sobie sporo jedzenia wytworzyć. Nawet 1000 m2 daje szansę na własne owoce, warzywa, jajka,a może i mleko (koza) czy mięso (króliki). Tego nie musisz już kupować, albo kupisz znacznie mniej. Market często leży daleko, ale tylko wtedy, gdy za oknem zima, a nie masz samochodu. W lecie da się podjechać rowerem. Jak już kiedyś pisałem – mam 4,5 km do marketu lokalnej sieci, a ok. 9 km do Biedronki. A ceny w tych ostatnich są równe miejskim. Dlatego tzw. życie na wsi cale nie jest droższe. Problem opłat omawiałem niedawno. I wyszło, że w bloku jednak drożej.

„Łatwiej=przyjemnie”. Tutaj dyskusji nie spodziewam się. Kontakt z przyrodą, możliwość kształtowania własnego otoczenia, życie zgodne z rytmem pór roku. I to za darmo (w mieście, poza dostępem do parku – każda rozrywka kosztuje). Wszystkie argumenty przemawiają za wsią.

Łatwiej= Życie bez świadomości własnej biedy. Jeżeli niedaleko nas mieszka spora liczba beneficjentów pomocy społecznej, sami nie odczuwamy tak problemów materialnych. Wielu ma trudno, więc nie czujemy się pariasami, wyrzuconymi poza nawias społeczeństwa. Poza tym, w mieście biedak oznacza człowieka bezdomnego lub na wynajmie, na wsi – na własnym kawałku ziemi, domku po dziadkach, bieda odczuwalna nie jest straszna.

„Łatwiej=szybsze wyrwanie z biedy”. Ta myśl wymaga rozwagi. Z jednej strony w mieście niewątpliwie łatwiej o stałą, legalną pracę, choćby za pensję minmalną. Z drugiej, w takiej Warszawie Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku, pensja minimalna oznacza biedę. Ledwo starczy na wynajęcie kawalerki. Czyli znajdujemy się w punkcie wyjścia – mamy dach nad głową. Singiel, jakoś sobie poradzi (nie potrzebuje mieszkania, wystarczy miejsce w pokoju), ale rodzina? Przykład mojego kumpla, dorabiającego „na szparagach”, pokazuje możliwości na wsi. Wcale nie trzeba pracować cały rok, wystarczy kwartał.

Zwycięstwo wsi w większości dyscyplin powoduje, że jednak faktycznie lepiej być biednym na wsi.

Na wsi jednak jest taniej.

W jednym z październikowych wpisów zacytowałem dziennikarza piszącego, że w bloku jest łatwiej i taniej. Dzisiaj, wykopany artykuł z 2018 r. (https://finanse.wp.pl/chcesz-kupic-dom-i-zamieszkac-na-wsi-to-moze-byc-najwiekszy-blad-w-twoim-zyciu-6233381216962177a), w którym wprost przyznano ” i tak – w przeliczeniu na wydatki miesięczne – jest taniej niż u moich rodziców mieszkających w bloku w stolicy w 63-metrowym własnym M. A metraż mamy sporo większy” i pisze to osoba z domem 120 m2.

I na tym w sumie mógłbym skończyć, ale posłużę się własnym przykładem i rozbiję jeszcze raz wszystkie wydatki, na czynniki pierwsze:

Prąd. Na wsi mam FV. Dopłaciła do niej gmina (znacie miasto, które tak robi?) ze środków UE. Produkcja mikroinstalacji ok. 3 tys. KWh. Na rodzinę bez samochodu elektrycznego – wystarczy. Do zapłaty 62 zł abonamentu.

W mieście 250 KWh/-m-c, oznacza dzisiaj ok. 300 zł.

Woda i ścieki. Na wsi – 4 zł/m2 plus wywóz osadu z oczyszczalni raz w roku 500 zł (czyli ok. 100 zł/m-c). W mieście przy takim samym zużyciu (12 m3/rodzinę) 160 zł.

Internet. Wygrywa blok. 50 zł wobec 90 zł w wiejskim domku.

Podatki. Ponownie – mała powierzchnia w mieście. 20 zł/m-c kontra 90 zł (budynki gospodarcze nie przeznaczone do gospodarstwa rolnego).

Śmieci. Tu w mieście 120 zł. Na wsi 100 zł.

Ogrzewanie. W bloku uzyskamy spory rozrzut. Od 5 do 10 zł/m2/m-c czyli 300-600 zł przy mieszkaniu 60 m2. W wiejskim domu wszystko zależy od standardu ocieplenia, źródła ogrzewania i wielkości domu. Przyjmuje swoje 17.000 KWh opalane pelletem (0,28 zł/KWh). Wyjdzie 400 zł/m-c. Przy zrębce drzewnej nawet taniej (100 zł/m-c).

Czynsz. Tylko w mieście. Niech będzie te 6 zł/m2/m-c, chociaż znam miejsca, gdzie płaci się 3 zł/m2/m-c i takie gdzie trzeba wyłożyć 10 zł/m2/m-c. Razem od 180 zł/m-c do 600 zł/m-c. Na wsi go nie ma, ale musimy zbierać na remonty – 400 zł/m-c (czyli 50 tys. zł w cyklu 10-letnim i 200 tys. zł przez całe zawodowe życie).

Suma. Blok – 1130-1850 zł (średnio ok. 1500 zł). Dom na wsi (przypominam 2x większy i z remontami) – 1240 zł. I na koniec – koszt zakupu:

  • blok (porównuje warunki z mojego miasta – stare mieszkanie do remontu) – 540 tys. zł, a dom na wsi 30 km od miasta 300-400 tys. zł.

I tym sposobem wieś jednak wychodzi taniej. A gdyby przeliczyć na m2 powierzchni – dramatycznie taniej. Pomijam już opcję – mieszkanie w bloku w małym miasteczku. Na blogu pojawiał się kontrast Strzegom-Wrocław. Różnica w cenie – 350 tys. zł za 2 pokoje (250k kontra 600k).

Wybór trzydziestolatki – korpo Warszawa czy wieś?

Kiedyś odpowiedź była jasna – Warszawa lub inne duże miasto. Korpo zamiast budżetówki, Januszexu, swojej małej DG czy freelansu (zwanego „śmieciówką). Pandemia przewartościowała wszystko. Wprowadziła masowo pracę zdalną, podniosła stopy procentowe i ceny mieszkań. Zarówno kupującym, jak i najemcom. Coraz większa grupa tytułowych trzydziestolatek stoi realnie przed takim wyborem. Albo już go dokonała i wyjechała poza metropolie, a sam temat przebił się do mainstreamu. Jak to możliwe?

Wracamy do podstaw. Dlaczego młode kobiety wyjeżdżały ze wsi do miasta? Generalnie z dwóch powodów. Pierwszy – poprzez naukę starały się dostać do lepszego świata. Takiego, w którym panie chodzą w garsonkach, a panowie w garniturach. Z lunchem w południe, kinem lub restauracją w weekend, parkiem i płatnym urlopem w lecie. Jednocześnie uciekały od „tego gorszego” czyli braku pracy, perspektyw na coś więcej niż najniższa krajowa, harówki od rana do wieczora, zwłaszcza w lecie, wstawania o świcie, zwierząt w obórce i niezbyt ciekawych „kawalerów”. Na kanwie tej opowieści powstało całkiem sporo filmów, seriali, książek. Drugi powód to poszukiwanie romantycznej miłości z jednym z tych panów w garniturach. Oczywistością miała być miłość, płaca znacznie powyżej średniej krajowej, mieszkanie lub domek na przedmieściach, wakacje w ciepłych krajach,, dzieci i pies.

W ostatnich kilkunastu latach zarówno wieś i miasto uległy głębokiej transformacji W mieście, już nie widzimy 8k brutto na początek, 50% trzydziestopięciolatków zarabia mniej niż 4k na rękę, przy pensji minimalnej 3.2k a średniej ok. 5.5-6k netto. Powiedzmy sobie wprost – marnie i niewystarczająco. Mieszkania podrożały do tego stopnia, że dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie zbliża się z opłatami do 3,5k. Samodzielny pokój to 1,5-2k. Jednocześnie wieś przestała wyglądać jak za Gierka. Infrastruktura uległa znacznej poprawie (drogi, internet, kanalizacja, wodociągi, gaz). Transport – da się go zapewnić własnym autem. A co najważniejsze, praca zdalna i na miejscu (przybyło całkiem sporo nowych posad), pozwala myśleć o przyszłości..

Wreszcie, da się kupić działkę za normalne pieniądze, a nie tak jak w stolicy 1000 m2 = 1 mln zł. Mieszkanie (sam widziałem taką ofertę w dużej wsi ok. 15 km ode mnie) kosztuje 170 tys. zł za dwa pokoje. We Wrocławiu byłoby to 4 razy tyle (bo po remoncie). Dom z działką – 400k. A może być i taniej. Działki po 2000 m2 gdzieś „na dalekiej Rzeszowszczyźnie” – powiat przeworski czy brzozowski, z małym, starym domkiem do remontu – 130k. Za cenę wkładu własnego na 40m2 we Wrocku, da się mieć własny domek. Za cenę 1000 m2 działki w Warszawie, kupimy 15 km od Lublina, prawie nowy, wykończony, nowoczesny dom.

Poza tym, młodzi patrzą na świat inaczej. Trzydziestokilkulatkowie stanowią ostatnie pokolenie, które zasmakowało w dzieciństwie „prawdziwej wsi” lat 90-tych, u babci, cioci. Budziło się ze słońcem na poduszce, całymi dniami ganiało z gromadą kuzynów. Nawet teraz docenia wiejski, letni chillout, tym mocniej, im bardziej doskwiera im miejski pęd, upał i 20-metrowa kawalerka z 3k kosztów.

Co zatem mają robić? Siąść i spokojnie policzyć. Przeanalizować za i przeciw. Zobaczyć czego chcą. Jakie mają życie teraz, a jakie czeka ich na wsi. Bez owijania w bawełnę, słodzenia itp. Twardo i konkretnie.

Bo na razie wychodzi tak. Pobory „warszawki” i „krakówka” w wielu branżach (dziennikarz, ludzie od kultury, urzędnik) dotarły (patrząc optymistycznie) do 5k netto. W korpo lepiej, może wyciągną 8k netto, dla osoby z pewnym doświadczeniem i poza triadą lekarz-adwokat-informatyk. Dla freelancera lub na jdg – bez szans na kredyt mieszkaniowy. Trudno nazbierać choćby na wkład własny w takim Wrocławiu (20% z 600k = 120k, a rata za pozostałe 480 tys. zł to ok. 4k + 1 k czynsz/opłaty i mamy 5k). Popatrzmy na te liczby:

  1. pensja 5 k, najem kawalerki 3,5k. Zostaje 1,5k.
  2. pensja 8k, rata kredytu+ opłaty – 5k. Zostaje 3k.
  3. pensja 8k, wynajem kawalerki 3k. Zostaje 5 k.
  4. pensja 5k, wynajem pokoju 2k. Zostaje 3k.

Teraz przejdźmy w tryb wiejski. Tam da się, jeśli jesteśmy nauczycielami, urzędnikami, dziennikarzami na freelansie, zarobić nieco mniej może nie 5k, a 4k. Ten tysiąc musimy poświęcić.

Kto przejdzie z korpo, straci więcej. Bo te 4k to taki sensowny próg (chociaż sam znam małomiasteczkową gminę, w której płacą 5k). Można próbować zdalnej (wtedy pensja bez zmian), ale założyłem stratę. Równe 4k.

Jednocześnie – mamy przecież własny dom. To co poświęcilibyśmy na wkład własny – wystarczy na coś do poważnego i dłuższego remontu. Ale własne. No i nie 20-40m2 lecz sporo więcej (70-120m2 w domu-kostce). Popatrzmy na koszty:

  1. pensja 4k, utrzymanie domu 1k. Zostaje 3k.

Nieźle. A to dopiero początek. Przecież wiele wydatków, które pojawiają się w Warszawie, w jakiejś Dąbrówce, Woli czy innej Wysowej, nie zaistnieje.

Na wsi życie jest bardzo tanie, jeśli nie boimy się pracy. Wiem, bo sam to sprawdziłem. Jeśli nauczymy się produkować żywność i osiągniemy dyscyplinę pracy zdalnej – nie ma, że boli swoje przed ekranem trzeba odsiedzieć, dzień ma szansę być nawet dłuższy. Gdybyśmy poszli na miejscowy etat – zyskamy sporo czasu na dojazdach (inaczej jedzie się 8km po wiejskiej drodze, a inaczej 3 km w korkach, to pierwsze trwa 10 minut, drugie – nawet 40). Czyli te 3k potrafi mieć większą moc zamiany w przyjemności życia. Gdy dobrze wybierzemy lokalizację, zapraszam w swoje okolice – pomiędzy Nałęczowem a Kazimierzem Dolnym/Puławami – 30-50 minut od centrum Lublina (autem, koleją+autobusem), lub 2h do Filharmonii Narodowej (zarówno autem, jak i koleją), nie stracimy nawet dostępu do kultury, galerii. Zamiast planować w Kazimierzu szybki weekend raz w roku, pojedziemy tam raz w tygodniu, po pracy, kiedy będzie prawie pusto.

Co tracimy? W jakimś stopniu kontakt z dotychczasowym światem. Pogaduszki przy ekspresie, ploteczki. Niektórzy pewnie odwiedzą nas „w głuszy”, ale nie czarujmy się, wielu znajomych stracimy z oczu. Szansę na nocne życie w mieście, kawę w Starbuniu, połowę życia społecznego. Życie kobiety na prowincji (zwłaszcza samotnej) nie wygląda jak „Miłości nad rozlewiskiem”, „Pensjonacie Leśna Ostoja” czy innym „Rolniku….” .Na każdym rogu nie czeka stomatolog, właściciel firmy gotowy wziąć w ramiona „miejską pannę”. Z drugiej strony, czy w Warszawie jest czas aby go poznać, pokochać, zatrzymać?

Zostawmy jednak na boku problemy sercowe, powróćmy do kasy. 3k poza kosztami mieszkania to również nie szaleństwo, ale da się żyć. Pokazałem to w tegorocznym eksperymencie „Życie za 500 zł”. Jedno auto, jedzenie, ubrania – niech będzie 1300 zł. Zostaje 1700 zł na pozostałe koszty. A jak było w Warszawie? Jedzenie 1k, ubrania, auto, 1k, i zostaje już tylko, w wariancie pensji 8k netto i kawalerki wynajętej za 3k ledwie o 1300 zł więcej. Przy spłacie kredytu na 20-25m2 – wręcz sporo mniej (8k-5k-2k).

Czyli wieś nie tylko warta jest wyboru, ale i on może się opłacać. Zwłaszcza ogarniętej trzydziestolatce.

Cenna rada, którą przekazał mi człowiek o majątku przekraczającym 100 mln zł.

Pewnego pięknego dnia miałem okazję siąść do stołu z człowiekiem o znacznym majątku. Zgromadził ponad 100 mln zł. Nie byłbym sobą, gdybym nie próbował uzyskać przy okazji pewnych informacji dla Was. Bywam wdzięcznym słuchaczem, a tacy ludzie lubią opowiadać o swoich osiągnięciach, ponieważ są z nich dumni. Wystarczyło krótkie pytanie.

Co jest najważniejsze, jeśli chce się zarobić naprawdę duże pieniądze?

Pracowitość? Oszczędność? Spory kapitał początkowy? Dobry zawód? Łatwość podejmowania decyzji? Ogromna inteligencja?

Nic z tych rzeczy. Odpowiedź była zupełnie inna: SIEĆ KONTAKTÓW i UMIEJĘTNOŚĆ ZAŁATWIANIA SPRAW (poruszania się w nich).

To ich brak sprawia, że dochodzimy do szklanego sufitu, którego nie sposób rozbić. One powodują, że nagle sprawy idą łatwiej, bo znamy człowieka, który pił wódkę z kimś, kto wykona telefon i niemożliwe stanie się możliwe. Oczywiście mechanizm trzeba oliwić.

Tę umiejętności zbierania ludzi opisywali też amerykańscy nauczyciele milionerów: Robertowie Allen czy Kiyosaki. Jak to przedstawić w praktyce?

Najpierw skala mikro (w naszym rozmiarze). Chcę kupić mieszkanie w atrakcyjnej lokalizacji i cenie. Normalny, przeciętny przedstawiciel klasy średniej idzie do biura nieruchomości, przegląda oferty, płaci prowizję i dostaje, co chciał. Cena – rynkowa. Gdzie tu przewaga? A co robi milioner? Dzwoni do Heńka, który mieszka w tej dzielnicy, która nas interesuje. Pyta czy nie słyszał o jakimś lokalu. Ten rozpuszcza wici wśród swoich znajomych i nagle okazuje się, że jego sąsiad ma ciotkę, która planowała sprzedać perełkę, na pierwszym piętrze. Ponieważ ma 80 lat i boi się oszustów nie wystawiała jeszcze na żadnym portalu, do agencji też nie pójdzie. Proponuje cenę – 15% poniżej rynku. A zamiast ciotki, może mamy do czynienia z kolegą ze szkoły, uciekającym przed komornikiem i ofertą „dla swoich” – 25%. Niemożliwe? Pierwsze „inwestycyjne” mieszkanie kupiłem przez moich przyjaciół z gór. Zarobiłem od razu i szybko. Dwie działki łyknąłem podobnie – od zaprzyjaźnionego agenta nieruchomości oraz od własnego klienta. Za każdym razem znacznie (20-30%) poniżej oferty rynku.

Teraz skala dekamilionerska. Szukam siedziby firmy. Nie robię nic wielkiego, po prostu rozpytuje moich bogatych znajomych. I nagle dzwoni kumpel, kumpla. Wie, że gmina będzie organizować przetarg na przejęty za długi budynek. Chętnych nie ma wielu, bo nad inwestycją siedzi konserwator. Co mam zrobić? Same pieniądze nie wystarczą, a i akurat taką sumą nie dysponuję. Zbieram grupę: mój partner od brydża ma syna, pracującego w banku – załatwi finansowanie. Wczoraj poznałem żonę architekta „od zabytków”, teraz zostaje mi jeszcze zaufany prawnik – do papierów, detektyw – do szukania potencjalnych problemów, córka miejscowego radnego – do kontaktów z gminą i dowiedzenia się, czy mam wielką konkurencję. I interes idzie – w dodatku uczciwie. Kupuję z ustawową bonifikatą 50%, czyli… za pół ceny. Tak się dzieję, gdybym grał fair.

A wielu stosuje inną metodę. Kupią tani grunt, bo niebudowlany. Potem dopłacą, gdzie trzeba i komu trzeba, żeby po zakupie zmienił przeznaczenie. Poczekają kilka lat i zrealizują zysk – nie 100%, ale 1000%, 2000% itp. Niemożliwe? Autentyczna historia. Firma kupiła tereny blisko centrum – ponad 100 hektarów, ale bez prawa zabudowy za 12 mln . Potem sprzedała z zyskiem, nieznanym dokładnie, ale 2-5 razy drożej, miejscowemu deweloperowi. Ten załatwił co trzeba (fakt – poczekał z 10 lat) i nagle ma bank ziemi, wart według dzisiejszych stawek) 750 mln złotych. Umiecie liczyć? Przebitka x 20, może x 30 w ciągu 10 lat. Przy wzroście rynkowych stawek x2. Na taką transakcję każdy bank Wam pożyczy, choćbyście byli goli. A jak nie bank, wtedy ktoś inny. Bo macie zabezpieczenie i perspektywy. A gdy w tym banku pracuje brat kumpla, no wtedy robi się łatwiutko.

Nie każdy powtórzy taki deal na ogromną skalę, ale nawet na mniejszych sumach (pożyczone 2 mln) zysk x20 przez 15 lat pozwala nam osiągnąć astronomiczne stopy zwrotu i niezły majątek. Dwie transakcje, 30 lat i zamiast pożyczonych 2 mln mamy 700 mln (15 lat – 39 mln 30 lat 700 mln), bo „koszty operacyjne” też się pojawią. A wszystko dzięki kontaktom i umiejętnym ich wykorzystywaniu.

Żadna, nawet doskonała praca, nie da nam takich sum. Żeby zarobić 700 mln w 30 lat, trzeba osiągać pensję ponad 20 mln rocznie i… nic nie wydawać. Najlepiej wynagradzany Polak w spółce Skarbu Państwa miał 2,8 mln w 2023 r. Nierealne (nota bene na posadę szefa takiej firmy też trzeba dysponować diabelnymi kontaktami).

A własna firma? Ilu znacie ludzi, którzy stworzyli biznes zarabiający 20 mln rok w rok i zachowali nad nim 100% kontroli? A może 50% kontroli i 40 mln zarobków firmy? Albo 20% kontroli i zysk 80 mln zł/rok? Dla przykładu biorę moją ulubioną spółkę – ABS. Jej prezes ma obecnie ok. 1,5% akcji (na szt. 500 tys o wartości rynkowej ok. 30 mln zł.). Przy dywidendzie 2,6 zł/akcję, dostał jej 1,3 mln. Żeby zarobić 20 mln musiałby dysponować 15 razy większym kapitałem (450 mln zł). Gra dla faktycznie grubych ryb. Tak wygląda wartość kontaktów. Zacznijcie je budować.

Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

Wielkie miasto przyciąga. Oferuje niespotykane atrakcje. Dobrą pracę. Ma też jednak wady. Opisałem je w kilku wpisach (obalenie stereotypu różnicy pensji, cen mieszkań, mojego alternatywnego żywota jako partnera w spółce). Teraz czas zebrać wszystko do kupy – na zasadzie myth bustera. Obalmy więc mity. A może wcale nie?

Mit 1. Wielkie miasto daje wielkie pensje. No jeśli spojrzymy na partnera w spółce 60 k netto miesięcznie, widzimy oczami wilka, korzyści z takich poborów. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć sobie – średnio, nawet Warszawa, przysłowiowej dupy nie urywa. 9,4 k zł brutto w przedsiębiorstwach. Coś około 6,5 k netto. A skąd się bierze średnia. Prezesi firm, wysokiej klasy specjaliści (np. mój kolega – od inwestycji w nieruchomości pow.100 mln, zarabia 1 k zł/h) podbijają ją niebotycznie. Przeciętniacy, jakich najwięcej, nie mogą liczyć na wiele. Zwykły korposzczur zarabia teraz 10 tys. zł brutto, a często i 8k zł. W handlu czy gastronomii zarobki nawet w stolicy oscylują wokół minimalnej (plus napiwki). Budżetówka (poza ministerstwami i kolegami) nie oferuje gigantycznych płac. Jednak teraz da się jeszcze mieć warszawskie pensje, a koszty podlaskie (praca zdalna).

Mit 2. Wysokie pensje równoważą koszty życia. Kolejny mit. Różnica średniej ceny m2 mieszkania, pomiędzy Lublinem a Warszawą wynosi 6000 zł (+60%), a mediana miesięcznej pensji (2200 zł i +32% – odpowiednio 6700 i 8900 zł brutto). Gdy popatrzymy na ratę, za dwupokojowe 40 m2, szeroko otwieramy oczy. Koszt takiego „M”: Warszawa – 640 tys. zł, Lublin 400 tys. zł. Posiadając 130 tys. zł wkładu własnego, wydamy raty za lokal odpowiednio 4080 zł i 2160 zł. I tyle wystarczy, żeby różnica średniej pensji w obu miastach okazała się niewystarczającą (różnica w pensji netto 1,6k zł, różnica w racie prawie 2k). Podobnie będzie przy najmie. Jeśli porównamy pobory – małe miasto na wschodzie (mediana 6,0k brutto) z Warszawą, różnica wyjdzie nam 2.9k brutto (2 k netto). Ale takie mieszkanie (40 m2) kupimy już za 240k. Co to oznacza? Ponownie – rata 4080 zł kontra 880 zł, przy identycznym wkładzie. Czyli bardziej opłaca się żyć tam niż w Lublinie (pensja -500 zł netto, rata -1280 zł), oraz w Warszawie (pensja – 2k netto, rata – 3200 zł). Do tego w małym miasteczku możemy mieć tanie auto, lepsze jedzenie (znajomi, okoliczni rolnicy).

Mit 3. Wielkie miasto – wielkie atrakcje. Powiem Wam szczerze, mam wątpliwości. Dlaczego? Już tłumaczę. Przyzwoicie znam Warszawę, teraz analizowałem Wrocław. Piękne ulice, wspaniałe budynki, zabytki, kultura. Koncert chopinowski na światowym poziomie i za darmo – proszę bardzo. Opera też (akurat nie przepadam). Ścieżki rowerowe. Kina, sklepy, edukacja. A ostatnio rozwaliły mnie publicznie dostępne hamaki na wrocławskim Szczepinie. W średnim mieście – cóż, średnio. zostają jakieś knajpki, sklepy i ścieżki rowerowe. Uniwerki – przeciętne. Małe miasto/wieś – po każdą z tych rzeczy trzeba dojechać. I tu właśnie druga połowa. Otóż w dzisiejszych czasach przeciętny korposzczur nie bywa w tygodniu w Łazienkach, bo pracuje w Mordorze 8,5h (z przerwą lunchową), do tego marnuje 2 h na dojazdy i w domu jest ok. 18.30. Z Białołęki jedzie na koncert godzinę, ja ze swojej wsi pod Nałęczowem – 2h (z 30 minutami tramwajem w stolicy). Do Filharmonii Narodowej ma 1 h, a ja 1,5 h. Bez problemu dotrę i na 10 i na 18. Dam też radę wrócić. Przy czym swobodnie wezmę i 3 dni wolnego. A mityczny hamak? No cóż, po co mi publiczny, jak dostałem od żony własny. Na werandzie mogę z niego korzystać nawet w deszczowe dni. I mam 160 m2 domu z podwójnym garażem za 500k, a nie 40m2 mieszkania z dwoma miejscami parkingowymi za 800k. Niemniej jednak, w punkcie „atrakcje” faktycznie wieś czy średnie miasto od Wrocławia czy Warszawy in minus. Istotnie się różni. Mit – prawdziwy.

Mit 4. W Warszawie czy Wrocławiu da się żyć bez auta, a na wsi trzeba je mieć. To zależy. Jeśli jesteśmy singlem, mieszkającym blisko pracy i centrum ewentualnie przy metrze lub tramwaju – faktycznie. Jednak większość nowych dzielnic ma kiepską komunikację. Autobus z Jagodna jedzie do centrum Wrocławia prawie godzinę, z Białołęki pod PKiN w Warszawie podobnie. Stąd większość rodziców auta jednak ma, choćby dlatego, by pojechać w weekend do dziadków po słoiki. Do tego, czasy przejazdu różnią się w godzinach szczytu i poza nimi. W sobotni ranek przejedziecie ten sam odcinek, na który w szczycie trzeba godziny, w 20 minut, Mój eksperyment dowiódł – nawet miasto wymaga samochodu.Mit częściowo obalony (zależy od miejsca oraz rodziny).

Mit 5. Na wsi wszędzie jest daleko. Znowu, i tak, i nie. Wiele zależy od wsi i tego, co uznajemy za ważne. W mieście mój syn ma do szkoły podstawowej 1,1 km, na wsi 2,1 km, więc niewątpliwie dalej, ale z drugiej strony, gdybym chciał dowozić, teraz jadę 6 minut, a po lokalnych drogach 4 minuty. Porównanie najbliższego sklepu również wypada na korzyść miasta (100m kontra 1 km), marketu (1 km kontra 4,5 km), stacji benzynowej (500m i 4,5 km), liceum (1,1 km a nie 8 km), zajęć sportowych w interesującej nas dyscyplinie (5km zamiast 20 km, aczkolwiek czasowo – podobnie, bo musimy pokonać miejskie korki). Z drugiej strony wieś wygrywa dostępem do lasu (0,5 km vs 5 km), boiska, na którym gra lokalny klub i można jednocześnie bezpłatnie haratać w gałę (1 km kontra 3 km), dojazdem do stolicy (147 km, a nie 170 km) oraz minimalnie (2,5 km zamiast 3,5 km) w kategorii stacja PKP. Generalnie jednak – mit potwierdzony. Natomiast nie zapominajmy – wielkie miasto przegrywa znacznie częściej z niewielką miejscowością (miasteczkiem).

Mit 6. Na wsi nie ma pracy. Krótko – zależy jakiej. Biurowej – na pewno. Specjalistycznej – także. Natomiast zwykłej, produkcyjnej, budowlanej, w ho-re-ca czy przy opiece – jest. Być może, mówię o nisko płatnych zawodach, może inaczej sprawy mają się w innych regionach (np. obrzeża Podlasia), ale sporo zależy od zawodu. Część da się wykonywać zdalnie i wtedy dojazdy tak nie ciążą.

Wniosek. Zyski z dużych miast ograniczają się, patrząc statystycznie, do pewnej liczby atrakcji, większego wyboru miejsc pracy oraz bliskich odległości, nie zawsze przekładających się na czas. . Czy są one warte pośpiechu, pędu, zniszczonych więzi, braku odpoczynku? Nie sądzę. Optymalny wybór – niewielkie miasto.

Czy my – zwolennicy minimalizmu i oszczędności, wybieramy stabilizację czy zmiany? Co jest dobre? Trochę praktycznej filozofii.

W czeluściach youtube’a blisko dekadę temu pojawiło się nagranie, na którym coach (taki z tych mądrych, z wykształcenia psycholog), wypowiada następujące zdanie „Jeżeli ktoś, niezależnie od tego ile ma lat, postawi sobie taki cel, ustabilizować siebie, firmę, to to jest droga donikąd, to jest pułapka. … Życie nie jest stabilne, nigdy nie było, nigdy nie będzie.” I zacząłem się zastanawiać, ten facet (niegłupi przecież), a prawda, którą głosi, chociaż chwytliwa, to przecież pozorna. Dlaczego?

Sięgnijmy najpierw do źródeł coachingu. Wywodzi się z nurtu nazwanego „samorozwojem”. Tylko jeszcze dla Covey’a czy Tracy’ego ten rozwój oznaczał ciągłą pracę nad sobą. Nad swoimi słabościami, by nie uwierały tak mocno, ale i silnymi stronami, aby okazywały się coraz silniejsze. Ogromnie cenię tę starą szkołę. Ciągle znajduję w niej coś nowego. Mentorzy sprzed 20-30 lat nie rzucają chwytliwych haseł, bronią się prostymi metodami (co ważne i… wykonalne) oraz wynikami. Proponują stopniowe zmiany. Dzień po dniu. Odrobinę. Jeszcze jeden dzień.

Jest i nowa szkoła. Covey nazwał ją „etyką osobowości”. Super wygląda, rzuca bon motami, opiera się na wrażeniu i plastrach na rzeczywistość. Zbliża się do terapii. Słyszymy ciągle „przekraczaj granice”, „manifestuj pewność siebie”, „stosuj odpowiednią komunikację i odpowiednio się ubieraj” „możesz wszystko, o czym zamarzysz”. I taka właśnie etyka osobowości powie, że wybierając stabilizację, wybieramy drogę donikąd. Młodzi spuentują „ch….o, ale stabilnie”.

Oczywiście, tak postawiona sprawa tzn. stabilizacja = klęska, stanowi zasadniczy błąd. Dlaczego? Otóż wyobraźmy sobie „stabilność” jako pewne continnum w skali od 1 do 10. Jedynka to kompletna niestabilność, rozedrganie, nagłe i nieprzewidywalne zmiany. Dziesiątka – całkowity bezruch. A nasz coach opisuje w skali dwustopniowej stabilny vs. niestabilny. I na tym polega problem. Ta dwustopniowa skala błędnie opisuje rzeczywistość. Wprowadza w błąd. Nie chcemy w swoim życia ani 1, bo to doświadczenie poniewieranego przez życie i własną głowę człowieka z chorobą afektywną dwubiegunową – od manii do depresji. Nie marzymy też o życiu: wstać o 7, zjeść śniadanie, włączyć serial, o 11 znowu coś przekąsić, wyjść do sklepu, pogadać z sąsiadką, wrócić do domu, zrobić obiad, zjeść go równo o 14, przeczytać gazetę, zdrzemnąć się, zrobić kolację, zjeść ją, umyć zęby i iść spać. Jutro to samo. Taki Dzień Świstaka na zwolnionych obrotach. Nasz organizm potrzebuje pewnej, motywującej odmiany, ale i, no właśnie,…. stabilizacji. Może odrobiny, może więcej, tu już wchodzą w grę cechy osobnicze. Możemy je zmieniać – ewolucyjnie. Poza tym mamy różne obszary życia. W jednym jesteśmy mega stabilni, w drugim znacznie mniej. Covey nazywał je obszarami, ćwiartkami (fizyczna, umysłowa, społeczna, duchowa). Ja powiedziałbym nieco inaczej: praca zawodowa, pieniądze, duchowość, sprawność fizyczna, rodzina, spełnienie. Znam ludzi, którzy są stabilni zawodowo, ale niestabilni związkowo/rodzinnie. Doskonale sprawnych fizycznie, ale bez pieniędzy. Covey zachęca do osiągnięcia równowagi, ona znowu pozostaje tylko celem, każdego z nas dosięgają inne wyzwania, z czym innym ma problem. Często zupełnie niezależne od nas samych. Nasza stabilność, ta oczekiwana i osiągnięta, stanowi matrycę opisanych wyżej obszarów i osiąganej w nich stabilności.

Popatrzmy na finanse – clou tego bloga. Tu stan kompletnej nudy (stabilność na 10) nie istnieje. Zawsze dzieje się coś nieoczekiwanego. A to wojna na Bliskim Wschodzie, a to na Ukrainie. Kryzys mieszkaniowy, kryzys paliwowy, kryzys giełdowy. Inflacja, deflacja. Glapiński, Putin, Kaczyński, Tusk. Na nic z tych rzeczy nie mamy wpływu. Możemy przewidywać, planować, reagować, zarządzać ryzykiem. Tyle. Pełnej stabilności nie osiągniemy. Upadają nawet miliarderzy, a zwłaszcza ich dzieci i wnuki. Ktoś, kto doszedł do 7 (jak np. ja) ma nieźle. I wtedy przychodzi pokusa by coś pozamieniać, bo cierpią pozostałe obszary. No i stabilność spada. Byle nie do 1-2. Wiadomo, w życiu człowieka, któremu wystarczy mniej (jego nazwę minimalistą), te fale oceanu zdarzeń wydają się gładsze. Im mniej potrzebujesz, tym łatwiej Ci żyć. W każdym obszarze, w pieniężnym również. Dążenie do stałej zmiany, dla zmiany, żeby się nie zasiedzieć, to błąd. Celowe destabilizowanie własnego życia w imię nowości, także. Lepsze jest wrogiem dobrego, często takie myślenie prowadzi do klęski. Ja wolę optymalizacje. Głoszę prawdę – codziennie trochę lepiej. Gdy miałem 23 lata poszedłem do pracy. Zarabiałem 50% średniej krajowej. Teraz minęło 25 lat i mój dochód to w sumie kilka średnich, dodatkowo z różnych źródeł (dwie prace, działalność gospodarcza, nieruchomości, aktywa finansowe). Nie można mówić o niestabilności w rozumieniu tego coacha, a jednak szedłem do przodu, mimo zmian. No właśnie, japońskie „kaizen” oznacza małe zmiany, napisałem nawet taki cykl „Kaizen milionera” i oto właśnie chodzi. Nie o rewolucję: dzisiaj jestem ojcem rodziny w bogatym europejskim kraju, z pięćdziesięcioletnią żoną i trójką dzieci, a jutro z dnia na dzień rzucam to wszystko, wyjeżdżam do Tajlandii i tam układam sobie życie z trzydziestolatką o karmelowej skórze, sprzedając internetowe kursy, a większość dnia leżąc na plaży. O ewolucję – ograniczę wpływ pracy na moje życie, założę firmę „na boku”, albo zacznę jakieś fuchy, odłożę środki z podwyżki, zamieniając je na Euro, kupię dom przy plaży, i spędzę tam dwa miesiące w roku . Bo ewolucja oznacza zmianę i stabilność w jednym. Niedostrzegalne na krótką metę ruchy, w długim okresie dające ogromne rezultaty. Dlatego ten modny coach się pomylił. Nie zrobił tego celowo. On w to wierzy. Gwałtowne zmiany są konieczne, w terapii, tam gdzie jest przemoc, mobbing które trzeba natychmiast przeciąć jakieś poważne i niszczące dysfunkcje. Jest psychologiem, więc popełnił błąd atrybucji, przypisując cechy zaburzonych, wszystkim dookoła. Dodatkowo upraszczając do bólu. A miliony kupują tę zero-jedynkową niestabilność/stabilność, jako prawdę objawioną, co gorsza zmieniają swoje życie i dziwią się spalonym mostom, oraz ogólnemu poczuciu nieszczęścia. Bo przecież miało być tak pięknie a nie jest. Niezależnej trzydziestoletniej singielce nagle zaczyna czegoś brakować, po przekroczeniu 40-tki. Facet, który zmienił drugą żonę na trzecią, z nią także nie umie zawrzeć kompromisu i cierpi, drąc koty dwa lata po ślubie. A pan W. obiecywał, że niestabilność nas uzdrowi. Czytajcie lepiej Covey’a, dobrze Wam radzę.

Czy stać Cię na współczesny styl życia klasy średniej?

Obecnie prawie wszystkie media (także te społecznościowe) lansują określony styl życia: wakacje, prywatne szkoły, dobre auta, nowe apartamentowce lub domy. Jednocześnie ceny tak powędrowały na północ, że coraz więcej osób z klasy średniej może sobie pozwolić na taki styl życia. Zobaczcie, ile on kosztuje.

Dom lub mieszkanie. Żeby mieszkanie można było nazwać apartamentem i pasowało ono do stylu współczesnej rodziny musi mieć minimum 3 pokoje i dogodną lokalizację. W obecnych warunkach oznacza to ok. 65 m2 plus cenę za m2 w granicach 20 tys. zł (Warszawa, Kraków, Wrocław) lub 10-16 tys. zł (duże miasta) za m2. Jeśli doliczymy wykończenie (2,5 tys. zł/m2) osiągamy wartości: 812- 1462 tys. zł/m2. Zakładając kredyt hipoteczny z 20% wkładem: 5200 – 9350 zł raty miesięcznej. Utrzymanie tej nieruchomości będzie kosztowało ok. 1000-1200 zł/m-c.

Próbując iść w kierunku nowego domu wkraczamy w całkiem inne poziomy absurdu. Cena (na dalekich przedmieściach) 1-2,5 mln zł plus ok. 250-350 tys. zł na wykończenie. Rata robi się nieziemska – 18.700. zł. Czyli dach nad głową mamy zapewniony.

Wakacje. Minimum – tydzień w lecie, narty w zimie i dwa citybreaki, do tego obozy dla dzieci. Suma wydatków – nie mniej niż 48.000 zł/rok czyli 4000 zł/m-c (średnio).

Prywatne szkoły i edukacja . Czesne w takich placówkach zaczyna się od 1500 zł/m-c, a górna granica pow. 10.000 zł też nie jest pewna. Do tego związany z tym styl życia (konie, tenis, lekcje). I przy jednym dziecku spokojnie wydamy te 3000 zł/m-c.

Auto. Kupować nie ma sensu- tak myśli większość, więc w modzie jest leasing. Niech będzie 2000 zł raty (drugi służbowy). Do tego ubezpieczenie (400 zł/m-c), paliwo (600 zł/m-c), serwis już w racie i mamy 3000 zł.

Tym sposobem dochodzimy do 11.200 zł za „podstawy-podstaw” i bez dzieci , a w takiej Warszawie, przy domu i dwóch pociechach łatwo przekroczymy 40.000 zł. A mówimy o samych wydatkach na niektóre pozycje. Pomijamy jedzenie, prywatne leczenie, hobby itd. Łatwo zrozumieć dlaczego nawet dobrze (a więc znacznie powyżej średniej) zarabiające osoby ledwie wiążą koniec z końcem.

Wakacje w Chorwacji – plan na 2025 r.

W tym roku wydaliśmy ok. 11 tys. zł na tydzień pobytu w Chorwacji. Na przyszły rok plan przewiduje korzystanie z efektu skali. Dokonamy ważnych zmian, które pozwolą efektywniej wykorzystać gotówkę.

Pomysł 1. Jedziemy pewnie na 2 miesiące, a minimum na miesiąc.

Tygodniowy koszt noclegu (+ śniadania) wyniósł 4400 zł. Tymczasem udało mi się znaleźć super miejsce (miasteczko na wyspie Hvar), w którym tyle zapłacę za… miesiąc. Będzie trochę gorsze wykończenie, ale nadal czysto i schludnie.

Pomysł 2. Wybieramy inny środek transportu.

Na dzisiaj dwie opcje – samolot do Splitu + prom do miasteczka (ok. 1100 zł), ew. bardziej oszczędne auto, do tego z gazem (w międzyczasie może zmienię) plus prom i autostrady (1600 zł).

Pomysł 3. Więcej lokalnego żarcia.

Kiedy jedziesz na tydzień, knajpki wydają się fajną alternatywą. Natomiast przy pobycie miesięcznym (1-2 miesiące), koszt: 4 E za piwo, 3 E za kawę czy 22 E za obiad/osobę urośnie do niebotycznych kwot. Stąd pomysł na inne działanie. Kawę, mleko czy piwo (1,5 E) da się kupić w sklepie, Dania obiadowe – spokojnie wystarczy domowa pizza, własnoręcznie sprawione ryby czy owoce morza (do nabycia w porcie). I nagle wystarczy 10E/osobę/dzień, czyli niespełna 900 E (ok. 4000 zł) na miesiąc.

W sumie (pewnie jakieś atrakcje będą, a słońce i plaża – niepłatne), da się przeżyć 4,5 tygodnia, za cenę dotychczasowego jednego. A dwa miesiące (z dojazdem) za 14.400 zł.

Jak przygotować się do emerytury? Odcinek 4. Klasyczne metody obniżania wydatków.

Jeśli musisz przeżyć za 50-70% ostatniej pensji, a poprzednio żyłeś za 100% powinieneś zastosować klasyczne metody obniżania wydatków. Tu nie ma alternatywy – inaczej popadniesz w długi. Nie da się? Pomyśl, jaką masz alternatywę – praca do śmierci. Niezbyt miła perspektywa? Prawda.

Pomysł 1. Sprzedaj auto, zamień na tańsze w eksploatacji, załóż gaz. Mój samochód świadczy o mnie – przecież ta maksyma, w przypadku emeryta nie ma żadnego sensu. Potrzebny Ci solidny wóz, o niewielkim spalaniu i takich samych kosztach napraw. Popatrz ile wydaję na utrzymanie Fiata 500, a ile kosztuje naprawa BMW 530d (podpowiem – wymiana rozrządu – 10 tys. zł). Nie musisz nic udowadniać. A może całkiem pozbyć się samochodu? Da radę, jeśli mieszkasz w mieście. W wielu z nich bilety autobusowe emeryta są tańsze, a nawet darmowe. Nawet tak prosta czynność, jak założenie gazu, da wymierne oszczędności – 30-40% na paliwie.

Pomysł 2. Przeprowadź się do mniejszego mieszkania albo innego, którego utrzymanie kosztuje mniej. Mieszkam w domu, za styczeń (zimny) i luty (ciepły) przyszedł mi rachunek za gaz – prawie 2200 zł. Zapłaciłbyś taki z emerytury 1600 zł? Nie. Dlatego trzeba szukać tańszych

Pierwszy wywiad rządzącego systemem emerytalnym, z którym prawie mogę się zgodzić. Paweł Wojciechowski dla Newsweeka.

W Newsweeku z 7 października 2024 r. ukazał się wywiad Konrada Sadurskiego z Pawłem Wojciechowskim, w przeszłości przez kilka lat prezesem jednego z OFE, a potem głównym ekonomistą ZUS. Indagowany stawia szereg tez, z których większością, w przeciwieństwie do opowieści prezesa ZUS Derdziuka i prof. Góry (współtwórcy reformy OFE) mogę się zgodzić.

Teza 1. Zacznijmy od tego, że system nie jest sprawiedliwy, bo istnieje 30 grup zawodowych, objętych różnymi preferencjami a stale powstają nowe. I należy ten fakt ujawniać, mówiąc głośno, a nie zamiatać pod dywan.

Święta racja, podobnie pisałem na blogu. Żeby wymienić tylko te z największą preferencją, tj. takie, które wcale (lub prawie wcale) nie płacą składek, a dostają emerytury: matki 4+, duchowni, prokuratorzy, sędziowie, mundurówka, rolnicy. Ci ostatni wpłacają w składkach tylko 5% tego co otrzymują na emeryturze, pozostali 0%. I trzeba z tym skończyć. Składka powinna zależeć od dochodów. Opowieści, że system stać na 40-letnich prokuratorów na kilkunastotysięcznej emeryturze, i nazywanie go, dla zamydlenia oczu, „stanem spoczynku”, należy odłożyć na półkę z bajkami. Podobnie z policjantami, zwłaszcza tymi zza biurka. Narracja, że dwóch największych kościołów tj. katolickiego i prawosławnego nie stać na opłacanie składek za swoich kapłanów, pomimo, że prowadzą działalność gospodarczą a nie płacą podatków (czyli stanowią nieuczciwą konkurencję dla innych firm), łatwo obalić, pokazując brzuchy biskupów oraz szeregowych księży/popów. Pewien problem mogliby mieć wyłącznie protestanci, ale niech na pastorów składają się wierni z podatku kościelnego. Absurd rolniczy opisywałem wielokrotnie, w tym podając średnie dochody wg GUS (ok. 60 tys. zł netto z przeciętnego gospodarstwa). I tu wyjścia są dwa: podwyższyć składki albo obniżyć świadczenia.

Druga preferencja to niższy wiek emerytalny. W wielu wypadkach szkodliwy dla całości systemu. Wcześni emeryci (np. czterdziestolatkowie) i tak pracują, pobierając jednocześnie świadczenia. Jedyna grupa, której umożliwiłbym wcześniejsze zakończenie pracy z pobieraniem świadczenia to „liniowa mundurówka”, a więc ludzie, którzy faktycznie uczestniczyli przynajmniej pół roku w wojnie (misjach), przez 20 lat walczyli z pożarami, czy bandytami (więc już nie policjant drogówki, albo logistyk). No i nie świadczenie od ostatniej pensji, tylko składek (tu da się zrobić łatwo – ubruttawiając pobory, jak u wszystkich w 1999 r.).

Bez tego ujednolicenia systemu, namawianie pozostałych do dłuższej pracy, okazuje się zwykłym rabunkiem.

Teza 2. Minimalna emerytura jest niesprawiedliwa.

Pełna zgoda. Dlaczego jeden pracuje 15-20 lat (uczciwie: jedna, i wliczyłem studia), resztę sobie bimba, a drugi 45 lat (niech będzie – czasem ze studiami) i obie osoby dostaną takie samo świadczenie? Bo pierwszej grupie dopłaci państwo? Czyli my wszyscy. Koniec z minimalną, koniec ze świadczeniami specjalnymi (poza medalistami olimpijskimi). Każdy dostaje tyle, ile odłożył.

Teza 3. Wszelkie trzynastki i czternastki – do kosza.

Szczerze mówiąc dowiedziałem się z wywiadu, że dostają je też cudzoziemcy, i ludzie z emeryturą 2 grosze, o ile odprowadzili jedną składkę. Tak, a to wszystko zaburza sprawiedliwość i klarowność systemu.

Teza 4. Podniesienie wieku emerytalnego przed zlikwidowaniem „świętych krów” tylko pogłębi niesprawiedliwość.

No cóż, nic dodać nic ująć. Co tu komentować, gdy są to mądre słowa.

Teza 5. Państwowa emerytura pod palmami to ściema.

Kolejne zdanie, pod którym podpisuję się obydwoma rękami. Z dwóch powodów – niemożliwości matematycznej (no chyba, że mówimy o palmach w Etiopii, Wenezueli itp., albo najlepiej i długo zarabiających), oraz o czym w wywiadzie nie wspomniano – stanu zdrowia. Wielu emerytów ma nadciśnienie i takie egipskie upały, brutalnie mówiąc, skróciłyby im czas na emeryturze.

Teza 6. Polska emerytura nie jest zła.

Średnio to ok. 3500 zł, minimalnie coś koło 1600 zł. I jeśli popatrzymy na przeciętne wynagrodzenie – słabo. Jeśli na składki na nią – i tak ogromnie dużo. Na drugim biegunie są lepiej zarabiający. Podam swój przykład. Nie mam kapitału początkowego, a składki od 10 lat odcinają mi na 250% – 48k rocznie. No i dostanę 11 tys. zł emerytury. A kobieta po 15 latach składek (bo 5 ma studia) na pół etatu z pensji minimalnej wynoszących 5 tys. rocznie zł dostanie 1700 zł. Przez całe swoje życie (zakładam, że wynagrodzenia realnie się nie zmieniają), ja odkładam 26 razy więcej rocznie (bo miałem i gorsze lata), a moja emerytura jest wyższa tylko 7-krotnie.

Stąd średnia wypada przyzwoicie (da się za nią żyć – odpowiada minimalnemu wynagrodzeniu netto). A najniższa nie jest zła, jeśli weźmiemy pod uwagę składki.

Nieźle, 6 tez, które podzielam. Są też trzy, z którymi się nie zgadzam.

Teza 7. ZUS nie jest bankrutem i zarządza składkami lepiej niż nauczyciel przedsiębiorczości.

Teza fałszywa na dwóch poziomach. Pierwszy – czysto logiczny. ZUS niczym nie zarządza, w znaczeniu lokowania oszczędności. On tylko wypłaca z bieżących składek emerytury obecnym beneficjentom, dostając dotacje z podatków. Gdyby cofnąć dotacje, już jest bankrutem.

Drugi już matematyczny. Zakładam, mądry nauczyciel. Może nie Warren Buffet, ale niech zarabia te rozsądne 8%. rocznie (podwojenie kapitału po 12 latach). . Porównajmy z ZUS-em, zamykając oczy na fakt, że to nie on zarządza, tylko politycy dekretują waloryzację. Średnia waloryzacja 7,47%. Czyli gorzej nie tylko niż ja (szacuję 12-13%), ale i przeciętny nauczyciel przedsiębiorczości (8%). Ba, po prostu kupując nieruchomości (mieszkalne, rolne – bez znaczenia), wyszłoby się znacznie lepiej niż ZUS.

Teza 8. Przedsiębiorcy są uprzywilejowani.

Nieprawda. Teza opiera się na fałszywym założeniu, że każdy przedsiębiorca płaci mało w stosunku do dochodu (a na pewno znacznie mniej niż pracujący). A sytuacja samych przedsiębiorców jest podobna do całości społeczeństwa – są przywileje i ciężary.

Udziałowcy/akcjonariusze spółek kapitałowych mogą płacić równe zero. Przy czym ich dochód, w przeciwieństwie do etatowców nie pochodzi z pracy lecz kapitału. Dość istotne zastrzeżenie.

JDG i udziałowcy spółek osobowych – płacą ryczałtem. Raz mniej, raz więcej w stosunku do dochodu. A ten dochód statystycznie wcale nie jest rewelacyjny – wynosi sporo mniej niż średnia krajowa (dokładnie za 2021 r. ok. 80% średniej) i zawyżają go najwięksi. W tej sytuacji wielu płaci składki znacznie większe procentowo, ponieważ dochodu ma mniej niż podstawa. Po drugie – obraz zaciemniają dodatkowe działalności gospodarcze poza etatem. Tam składek społecznych nie ma wcale – ale znowu – nic nowego, gdyby dostali zlecenie, zamiast zakładać firmę – będzie podobnie. No i znowu każdy z jdg coś w firmę zainwestował, więc częściowo zysk odpowiada procentowi od kapitału, a ten nie podlega oskładkowaniu. No i na koniec – niektóre jdg płacą podatek od przychodów (ryczałt) lub z karty podatkowej. Wtedy dochodu nie da się obliczyć. A jak kończą się wskaźniki – pokazuje składka zdrowotna dla ryczałtowców.

Teza 9.Żeby więcej dostawać, trzeba dłużej pracować.

Obaliłem ją w jednym z poprzednich wpisów, ale z założeniem „oszukania systemu”. Załóżmy nawet, że zlikwidowano te „święte krowy” i już hackowanie okazało się niemożliwym. Co zrobić, żeby dostać więcej?

Po pierwsze – żyć dłużej. Pod koniec września zmarł mój sąsiad – 70 lat. Trzy dni wcześnie moja żona rozmawiała z nim na ulicy. Atak serca. I taki Andrzej znacznie więcej odebrałby, pracując do 65 r. ż niż de facto do śmierci. A jak wykazywałem na niewielkiej wprawdzie próbie mojego, dość stresującego zawodu, niektórzy koledzy nie dożyli pierwszego przelewu, a większość brała go 2-4 lata, pracując prawie do 70-tki (albo i rok dłużej). Kolejny przykład. Zmarł w moim mieście profesor. Były radny, nawet chyba wiceprezydent i rektor. Wiek – 76 lat. Pracował jak to samodzielny pracownik naukowy do śmierci. Ile wpłacił, a ile odebrał? Więc skoro intensywna praca wpływa statystycznie na długość życia (obniżając ją), trzeba korzystać, a nie pompować składki.

Po drugie – odkładać dodatkowo. Takie IKE, IKZE, PPK czyli ekstra niewielkie składki (największą płacę do IKZE – 800 zł miesięcznie czyli 1/5 tego co do ZUS), dadzą nam znacznie lepsze wskaźniki. Zwłaszcza jeśli zignorujemy „po pierwsze”. Bo ZUS nie jest dziedziczony. PPK nawet nie poczujecie (wiem, bo płacę) i nie ma tam progu odcięcia.

Po trzecie – wrócić do korzeni. Emerytura przed wojną (pomijam pewne grupy uprzywilejowane) zależała od własnych dzieci. Ich wykształcenie i wychowanie dawało gwarancję, że pomogą na stare lat, zamiast wyrzucić za próg. Teraz jest podobnie. Wielopokoleniowa rodzina będzie żyła taniej. Dla obu stron. Babcia, która ugotuje, obniży koszty jedzenia na mieście. Czynsz dziadków i rodziców/dzieci za jeden lokal o 4 pokojach ok. 80 m2 będzie niższy niż za dwa o łącznej powierzchni 105 m2. Prosta matematyka.

Po czwarte – starać się zarabiać więcej, zwłaszcza na początku (np. dorabiając). W systemie waloryzacyjnym, to się opłaci, bo większa kwota będzie podlegać oprocentowaniu wg procentu składanego.

Po piąte – rozsądnie wybierać moment przejścia na emeryturę. Tu nie ma różnicy system waloryzacyjno-składkowy czy własne inwestowanie. Ważne są wskaźniki przed samą emeryturą. Na historię nie mamy już wpływu. Wyobraźmy sobie, że teraz mam 1 mln teoretycznych składek (trochę to upraszczam, bo wzór na emeryturę jest skomplikowany) i 65 lat i stoję przed wyborem, pracować czy nie pracować. Przyszłoroczna waloryzacja to 6,52 %. Jeśli poczekam jeszcze rok to zyskam 65.200 kapitału (tenże procent x 1 mln zł) oraz 20.400 zł składek (od przeciętnego wynagrodzenia). W sumie 85.600 zł. Stracę niewypłaconą emeryturę 42.000 zł (średnio). I teraz kalkuluję. Czy ZUS podniesie okres trwania życia? Czy kolejna waloryzacja będzie lepsza? Od odpowiedzi na te pytania zależy emerytura. Jeśli nagle, ratując budżet, premier zadekretuje waloryzację 2%, i długość życia +1 rok. Lepiej idźmy teraz. Jeśli – 1 rok, a waloryzację 8% – mądrzej zrobimy czekając.

Po szóste – hackować system. Prosty przykład to moja wiedza na temat renty. Dostałbym jej dzisiaj 5800 zł, (a tak, było, bo liczy się 10 najlepszych ciągłych lat), wychodzę lepiej niż pracując do 65 r.ż. i umierając nawet statystycznie czyli w 76 r. ż. na emeryturze 11k. Wybiorę więcej (a wpłacę mniej). Renta ok. 70 tys. zł rocznie x 28 lat = 1.960.000 zł. Emerytura 131 tys. zł rocznie x 11 lat = 1.441.000 zł. A wpłaty „od dzisiaj” 0 zł i 45k x 18 lat =810 k zł. Bilans:

  • emerytura +631.000 zł,
  • renta +1.960.000 zł.

Tylko trzeba być odpowiednio chorym. Albo symulować (najłatwiej na głowę, o czym przekonali się już żołnierze z I WŚ oraz, nagminnie, policjanci). I opowieść o renciście. Panowie Gruza i Toeplitz, chylę czoła.Kto nie wie o co chodzi, proszę wpisać w wyszukiwarkę „rencista, czterdziestolatek” lub kliknąć w link „https://www.youtube.com/watch?v=_17SuwnCZog.

I tym optymistycznym akcentem – kończymy uwagi pt „dłuższa praca, wyższa emerytura czyli bajeczka dla grzecznych dzieci”.