Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 33 – Oszczędny Milioner

Komu dojazd do pracy, temu auto elektryczne ładowane z gniazdka. Porównanie miesięcznych kosztów paliwa – dojazd do pracy (30 km w jedną stronę) elektrykiem, dieslem, benzynowcem, autem na gaz.

Dzisiaj bardzo wdzięczny temat, do którego wracam po raz kolejny – auto elektryczne, a pozostałe rodzaje napędu i …. cena paliwa.

Założenia. Codzienne – 22 razy w miesiącu dojazdy do pracy na dystansie 30 km w jedną stronę. Auta porównywalne wielkością i modne – małe tzw. subkompaktowe SUV-y.

Elektryk. Moja Kona. Zużycie prądu (średnia z zimy i lata) – 12 KWh (wahania od 8,9 KWh do 15 KWh). Łączne zużycie na dystansie 1320 km – ok. 160 KWh. Cena:

  • własna fotowoltaika, (bezpłatnie pod Lidlem już nie działa – wprowadzono opłaty) – 0 zł,
  • prąd z gniazdka (cena 1,1 zł/KWh) – 176 zł,
  • prąd z ładowarki DC (szybkiej) – 480 zł.

Diesel. Taka sama Kona, ale w dieslu. Spalanie 5 l/100 km. Łączne zużycie – 66 litrów. Cena – 462 zł przy 7 zł/litr.

Benzyna. Skoda Kamiq 1.0 TSI. Spalanie 6 l/100 km. Łączne zużycie – 79 litrów. Cena 514 zł przy 6,5 zł/litr.

Gaz. Skoda Kamiq 1.0 TSi. Spalanie LPG 7 l/100 km, spalanie benzyny 1 litr na 100 km. Łączne zużycie 92 litry LPG i 13 litrów benzyny. Cena 360 zł.

Wynik. Elektryk ma sens tylko, gdy ładujemy go z własnego gniazdka lub bezpłatnie. W pozostałych przypadkach (płatne ładowarki) przegrywa z każdym innym napędem poza benzyną. Domowe ładowarki przy takim przebiegu mogą okazać się uciążliwe, ponieważ mają małą moc (2 KWh czyli pół baterii na 160 km przyjmuje przez 10 godzin). Te pod sklepem już funkcjonują jako płatne.

Jeśli bierzemy pod uwagę samo paliwo, nawet w porównaniu z LPG oszczędzimy rocznie (ładując z własnej FV) – ok. 4320 zł.

Oszustwo „instagramowego życia”.

W lecie tego roku Noizz.pl, odwiedzane przeze mnie z uwagi na serię „Ruinersi” (opowieści o ludziach, którzy kupili stare domy i przeprowadzili remont) rozpoczęła nowy cykl – historie emigrantów. Bazowały one często na stałym schemacie: wyjazd na studia, miłość do obcokrajowca, początkowe trudności, szczęśliwe zakończenia i własny biznes na miejscu. Jednocześnie odnośnik do bohatera odcinka, a w zasadzie jego biznesu (organizacja wakacji dla Polaków, szukanie im nieruchomości na miejscu).

Nie byłaby to rzecz warta wzmianki, gdyby nie konwencja „instagramowego oszustwa”, a więc skupiania się na „sukcesie”, a pomijania realności scenariusza (kosztów, źródeł finansowania). Osobiście, staram się tępić taką metodę opisu cudzego i własnego życia, ponieważ tworzy fałszywy obraz świata. A ten skusi naśladowców, podejmujących decyzje bez świadomości możliwych kłopotów.

Pierwszy przykład. Polka poznaje Francuza, wyjeżdża do Prowansji, nie znając języka, rejestruje się jako bezrobotna, dostaje za darmo kurs francuskiego oraz 700 E stypendium. Mieszka z rodzicami wybranka, nie znającymi z kolei angielskiego, ale przyjmującymi ją z otwartymi rękami. W ogóle wszyscy są mili i przyjemni, krajobrazy piękne, jedzenie smaczne i tańsze niż w Polsce (sic!). Już ta część historii wydaje się nazbyt optymistyczna, albo wręcz nieprawdziwa. W Prowansji tańsze mogą być wybrane lokalne produkty żywnościowe i tylko w sezonie, który tam przypada wcześniej (czyli np. truskawki albo czereśnie w kwietniu). Podobnie jest we Włoszech – taniej kupimy oliwę, kawę w knajpie i… koniec. Gdyby na tym się skończyło, jeszcze można wybaczyć różowe okulary, natomiast to dopiero początek. Potem pojawiają się filtrowane zdjęcia pensjonatu Polki, wybudowanego na miejscu. I stawiamy sobie pytania? Jak ktoś, kto zarabia 700 E (potem może 1500 E) jest w stanie zbudować dom? Oczywiste będzie, że przyczyny mogą być dwie, a artykuł o nich milczy:

  1. dziewczyna przywiozła kasę z Polski (i raczej powyżej 250k Euro, może i 2 razy tyle),
  2. wszystko sfinansowali partner lub jego rodzice, czyli dom nie należy do Polki.

I na tym można zakończyć. Mówimy o scenariuszu nierealnym dla większości emigrantów, ewentualnie o pakowaniu się w kłopoty. Sam znam dziewczynę, która pojechała na wycieczkę, poznała starszego o dekadę Włocha, pomagała mu w knajpie (taki sam raj), a po 15 latach wyrzucił ją z domu z niczym (wypłacił nawet wspólne oszczędności z konta). Wróciła do Polski po 40-tce, bez prawa wykonywania zawodu (nie miała szkoleń, za to długą przerwę), oszczędności, znajomości itp. Próbowała jakiś interesów (import wina), ale wyłożyła się na braku kapitału i doświadczenia. I tak wygląda rzeczywistość bez lukrowania. Oczywiście pewnej liczbie może się udać (jak zawsze), inni przebiją się ciężką pracą, ale emigracja nie stanowi (i nigdy nie stanowiła – wystarczy poczytać Gombrowicza czy Marai) lekkiego chleba. Instagram o tym nie wspomina.

Ile trzeba dziś zarabiać, żeby kupić nowe mieszkanie w dużym mieście?

Pamiętacie jeszcze wpis o Thoreau, który wyliczył, że przy dolarowej dniówce, robotnik ma trudność w zakupie domu, kosztującego 800 dolarów? Teraz wracamy do naszych czasów.

M2 mieszkania w wielu miastach przebił 10 tys. zł. W Warszawie nawet 16 tys. zł. W mniejszych metrażach i dobrych lokalizacjach, ceny potrafią być nawet większe. Na 2 pokoje w stanie do wprowadzenia, trzeba mieć 600 tys. zł w dużym mieście ok. 1 mln w Warszawie, a jeśli prowadzimy własny remont może urwiemy ze 20%.

Jeżeli kredyt hipoteczny kosztuje nas 800 zł za każde pożyczone 100 tys. zł, powinniśmy, przy założeniu posiadania 20% na wkład własny zrobionego lokalu i rekomendacji przeznaczania na ratę nie więcej niż 30% zarobków, osiągać pensję:

  • 12.800 zł netto w dużych miastach,
  • 21.300 zł netto w Warszawie.

Oznacza to wprost, że rynek zwariował, ponieważ tzw. przeciętna rodzina (oboje zarabiają średnią krajową netto) nie może sobie pozwolić na 2-pokojowe mieszkanie, bez zastosowania systemu ulg (np. niedostępny już Bezpieczny kredyt 2%). Oczywiście, jeśli zejdziemy trochę z wymagań, kupimy taniej. Będzie – do remontu, z wysokimi kosztami utrzymania, albo w słabej dzielnicy. Wtedy mamy te 0,5 mln zł i dając 100 tys. zł wkładu, pożyczamy 400 tys. zł z ratą 3200 zł, powinniśmy zarobić „tylko”- 10.700 zł.

Skąd więc „przeciętna rodzina” ma kasę na własne M?

Część dostaje od rodziny. Część dziedziczy. Część zarabia wystarczająco dużo. Część przekracza próg bezpieczeństwa. Część dorabia na saksach i pożycza znacznie mniej. A reszta? Zasila rynek wynajmu, bez szans na zakup. A istnieje wiele innych opcji, o których pisałem.

Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?

Całkiem niedawno trafiłem na super stronę – https://warsztatadama.pl/, która w znacznej części jest blogiem mieszczucha, który przeprowadził się na wieś. Do tego tekst pisze człowiek, wykonujący konkretny zawód – IT. Z tego względu, w publikowanych treściach nie ma lania wody, ale samo gęste – liczby, fakty, analizy. Czyta się więc może szybko, ale każde zdanie trzeba przetrawić. Mnie pasuje, choć pomysł znacznie różni się od większości blogów z hasztagiem „farmlife”. Nawet zdjęcia – wytwór AI – prezentują się inaczej niż z „Weranda Country”. Dość wstępów, idźmy drogą Adama, przechodzimy do konkretów.

Adam stawia tezę i ją wyjaśnia „Żeby przeprowadzić się na wieś, musisz mieć milion złotych w zarabiających aktywach” plus oczywiście wartość siedliska (jak pisze: rancza). Czy to nie przesada?

Obliczenia wyglądają prosto :

  • 0,5 mln w akcjach spółek dywidendowych ze średnim przychodem 4,5% = 1875 zł.
  • 0,5 mln w nieruchomości i czynsz 2000 zł.
  • Razem: 3875 zł z 1 mln.

Adam ignoruje podatki, ja lubię ten temat, więc odniosę się wprost. Obie kwoty nie zawierają podatku – w przypadku dywidend 19%, w przypadku najmu 8,5%. Pomimo tego uważam kwotę 1 mln zł za zawyżoną.

Do tego nie wiem dlaczego akurat 3875 zł, może jeszcze nie dotarłem do źródła? Czy chodzi o faceta solo, czy z rodziną jak autor?

Ale spróbuję się odnieść do kwot.

Prowadziłem na tym blogu swoje wyliczenia, za chwilę do nich wrócimy, natomiast ten milion (z siedliskiem 1,3-3 mln) trochę mnie szokuje. Gdyby tak było, bez sprzedaży dużego mieszkania w Warszawie, lub domu w większym mieście, nie masz co myśleć o wsi. Widzę sprawy nieco inaczej.

Po pierwsze – zignorowano „darmowy pieniądz”. Ot, weźmy takie 800+, gdy masz dziecko. Albo wszystkie bony energetyczne, dopłaty, zasiłki itp. Czasami dostaniesz kilkaset złotych miesięcznie, czasami parę tysięcy. O metodzie życia „na socjal” pisałem wielokrotnie. Ale niech będzie ten 1000 zł.

Po drugie – założono, że żadna z dwóch osób nie będzie wykonywać żadnych zajęć zarobkowych. Nie mówię tu o korpo, etacie 40h w tygodniu. Ale żeby w ogóle? Nie, chyba nikt tak nie robi. Zawsze jest jakiś freelance, zlecenia, okruchy dawnej pracy, lub pomysł na nową (np. warsztaty, rzemiosło, agroturystyka, ciasta, szycie). Nie mówię o siedzeniu za biurkiem po 8h dziennie, ale godzinę chyba wytrzymamy. I już ten 1000 zł/głowę wpadnie. Przy dwóch osobach dorosłych i dziecku – z socjalem mamy minimum 3000 zł. Rozumiem, rzecz jasna, intencje Adama – nie od początku „zarabiasię”, te dochody nie muszą być regularne, ale nie dajmy się zwariować – każdy coś umie, wieś nie oznacza zaraz wyjazdu w Bieszczady, to może być 20 km od dużego miasta. Osobiście, liczyłem to, gdybym pracował 1h dziennie (albo jeden dzień w tygodniu), przy braku podatku (działalność nierejestrowana na żonę, bo ja nie mogę) – zarobię ok. 2600-4000 zł. Mam też opcję atomową – 2 dni realnie w biurze (16h) za 7800 zł. Ale przyjąłem 1000 zł/osobę.

Po trzecie – elastyczność inwestycji. W dobie niskiej inflacji, spółki dywidendowe robiły furorę. Masz te 4,5% (minus podatek) zamiast 2% w obligacjach czy na lokacie, a jeszcze wartość rośnie. Teraz poszedłbym raczej w obligacje – bo łatwo wyciśniesz 7 % netto, a akcje są przewartościowane. Trzymanie w nich połowy gotówki, uważam za ogromne ryzyko. Podobnie z nieruchomościami. Gdyby wartość nie rosła (a gwarancji nie ma) – jeszcze ok, ale użeranie się dla niecałych 5% brutto, w dobie obligacji SP za 7%, które nie wymagają czasu, ani kosztów? Bez sensu. Dlatego dzisiaj – idę w obligację, handel lub przedmioty przynoszące większy dochód (np. airbnb, a nie zwykłe mieszkanie). I wtedy, gdy brakuje tych 875 zł (3875 zł podane przez Adama minus 1000 zł socjalu i 2000 zł z pracy). No więc ile trzeba mieć jeszcze? 875 zł przy oprocentowaniu 6% netto, daje nam 175.000 zł plus wartość siedliska. Sporo mniej niż tytułowy milion.

Czy da się żyć za 3875 zł/m-c? Wracam do podanej kwoty. I tutaj patrzę swoimi oczami. 3875 zł i trzy osoby. Da się? W pewnych warunkach tak. Zaczynamy od podstaw: życie, dach nad głową, ubranie i dodajemy transport (na wsi musimy mieć auto).

Życie. Jedzenie, chemia, kosmetyki, leki. 500 zł/osobę = 1500 zł. Prosto. Da się taniej, sam przeżywałem i za 150 zł, ale bez przesady. Jakiś margines musi być.

Dach nad głową. Podawałem wartości: opał 50 zł (jeśli swój), prąd 60 zł (FV – tylko abonament), podatek 30 zł, śmieci 100 zł, woda i ścieki 150 zł a( de facto od 0 zł do 300 zł), internet 100 zł. I mamy minimum 490 zł.

Ubranie. Minimum 150 zł (50 zł/os.). Chyba trochę za mało, ale przy ciuchlandach – da się.

Auto. 300 zł. Tu już nie będę wiele wyjaśniał. 200 zł na utrzymanie i 100 zł na paliwo.

Takimi całkiem podstawami – mamy 2440 zł (1500+490+150+300)

Na dalsze wydatki, takie jak szkołę/przedszkole dziecka, jakieś prezenty, ubezpieczenia, drobne kieszonkowe, naprawy domu, wymianę auta, cały ogród – zostaje 1431 zł. Może się udać, a może zabraknąć (ok. 220 zł kosztuje KRUS za dwie osoby). Nie ma oczywiście miejsca na oszczędności. Dlatego też, we własnym przypadku uważam pracę na 3 dni w tygodniu (2 jeśli uwzględnię zdalną/urlopy/ zwolnienie) uważam za adekwatną do potrzeb.

Rzeczywisty roczny koszt utrzymania małego auta na przykładzie Fiata 500 1.2.

Zbliżają się 2 lata eksploatacji małej „pchły” mojej żony – Fiat 500 cabrio z najbardziej niezawodnym silnikiem 1.2. W chwili zakupu miał przebieg 150 tys. km. Średnio zrobiliśmy 700 km miesięcznie, ze szczególnym naciskiem na lato i jazdę z wiatrem we włosach. Czas policzyć koszty.

Zakup i pakiet startowy (wymiana olejów, filtrów, pompy wody, rozrządu, opony całoroczne) – 16.000 zł.

Ubezpieczenie 330 zł/rok. Przeglądy (państwowy plus olejowy pod domem) – 400 zł/rok. Drobne naprawy – 300 zł/rok/8400 km. Paliwo (cena 6,5 zł/litr i spalanie 6 l/100 km – sporo jeździliśmy pozamiejsko) – 3300 zł/rok/8400 km.

Razem koszty stojącego auta (przeglądy i ubezpieczenie – 730 zł/rok tj. 60 zł/m-c.

Koszty jeżdżącego na dystansie 8400 km rok – 4330 zł/rok tj. 360 zł/m-c.

Koszty samochodu jeżdżącego wokół komina (300 km/m-c) – 2430 zł/rok tj. 200 zł/m-c.

Możemy jeszcze pokusić się o doliczenie utraty wartości. Akurat w moim przypadku, ponieważ kupiłem tanio a ceny używek rosły, wyniesie ona równe 0 zł. Ale bezpieczniej doliczmy jeszcze te 80 zł/m-c przy kilkunastoletnim małym aucie. Wtedy samochód stojący wyjdzie nam za 140 zł/m-c, jeżdżący normalnie 440 zł/m-c, a wokół komina 280 zł/m-c. Te kwoty tłumaczą popularność starych wozów w warunkach wiejskich – dają niezależność za niewielkie pieniądze.

Łatwo obalone kolejne mądrości prof. Matczaka.

Całkiem niedawno (25.XI.2024 r.) prof. Marcin Matczak udzielił wywiadu Onetowi wywiadu, któremu nadano tytuł „Całe pokolenie młodych ludzi nosi cechy zepsutych arystokratów”. Rozmowa zawiera cały szereg tez, kompletnie fałszywych, a powtarzanych od pokoleń. Nie braknie reklamy „kultury zapierdolu” ani prób zafałszowania historii.

Czas jak zwykle obalić te twierdzenia, ponieważ bazują one na celowym wprowadzaniu czytelnika/rozmówcy w błąd, poprzez pominięcie ważnych elementów. Tworzą, jak pisał Bursa „sylogizm prostacki”, chociaż wypowiadany przez profesora (który tym razem celowo zniekształca rzeczywistość, żeby pasował mu do tezy). Do obalenia zaś wystarczy wiedza na poziomie dobrze zdanej matury.

  1. Decyzję: Czy mieszkać u rodziców, czy się wyprowadzać i kiedy – w wieku 18, 25, czy 35 lat? trudno podjąć kierując się wyłącznie intelektem.

Zupełne kłamstwo. A dlaczego nie? Należy ocenić, czy stać na na wyprowadzkę, czy dajemy jeszcze radę mieszkać z rodzicami, w jakiej sytuacji znajduje się rynek najmu/kupna, w jakim kierunku pójdą ceny, czy mamy z kim zamieszkać. Wszystkie te pytania są typowo intelektualne i takie na nie odpowiedzi.

2. W wielu kwestiach – na przykład kryzysów ekonomicznych – merytokracja zawiodła.

Zupełne kłamstwo. W kwestii kryzysów zawiedli politycy. Merytokraci (ekonomiści) doskonale znają rozwiązanie. Wiadomo, jak zwiększyć wpływy z podatków, zatrzymać inflację, spłacić długi państwowe. Tylko politycy tego nie robią. Natomiast politycy przekupują tłum pieniędzmi pracujących.

3. Dzisiaj młodzi nie tyle buntują się przeciwko starym, ile nimi pogardzają.

Półprawda. Tak było zawsze. Niektórzy młodzi zostawali konformistami, niektórzy buntowali się, niektórzy pogardzali. Widać to w literaturze (np. Jasieński, Mickiewicz), widać w polityce (stosunek Lenina czy Piłsudskiego do caratu). O muzyce, rzecz jasna nie wspomnę. Ba postawię odwrotną tezę: bardzo często starzy pogardzali młodymi i… kiepsko na tym wychodzili.

4. Starszym ludziom bliżej do wizji homo faber (kogoś kto zmaga się z twardą rzeczywistością i zmienia ją pracą fizyczną) a młodym do homo ludens (człowiek żyjący w rzeczywistości wirtualnej).

Bzdura. Po pierwsze – homo ludens nie oznacza żyjącego w rzeczywistości wirtualnej lecz człowieka bawiącego się. Pod drugie – w każdym pokoleniu są przedstawiciele zarówno homo faber jak i homo ludens. W końcu Kuba Wojewódzki jest starszy o ponad 10 lat od prof. Matczaka, a mój fryzjer dorabiający nocami w magazynie o 20 lat młodszy.

5. Młodzi wyrzucają na śmietnik historii powiedzenie „kto rano wstaje, temu pan Bóg daje”, dłużej śpią, żeby po południu krytykować w internecie „kult zapierdolu”.

Oczywista brednia. Pokolenie wcześniejsze niż prof. Matczak i ja, wytworzyło zasadę „Czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy”. Po prostu nastąpiła zmiana rytmu dobowego. Moi synowie nie dlatego śpią dłużej, że są leniwi, ale ponieważ później idą spać i mogą wstać o 8. Młodzi krytykują „kult zapierdolu”, widząc 40-50-letnich zawałowców, brak więzi w pokoleniu rodziców i bezsens pracy jako celu w życiu. Rozumieją fałszywość tezy „ciężką pracą ludzie się bogacą” porównując Fagatę czy inny Team X, zarabiających więcej niż najbardziej pracowity robotnik czy profesor.

6. Od 2010 r., a więc wraz z upowszechnieniem się internetu i smartfonów wzrasta dramatycznie cierpienie młodych ludzi.

Bardzo jestem ciekawy badań, na których oparł się prof. Matczak, bo ma jakieś podstawy by tak twierdzić, prawda? Nieprawda. Twierdzenie, że młodzi ludzie cierpią dramatycznie mocniej od 2010 r. niż np. w latach II WŚ czy 70-tych XX w. jest z gruntu fałszywe. Samobójstwa młodych istniały zawsze. Dowodzą tego popularność „Cierpień młodego Wertera”, „Klimatów” czy „Anny Kareniny”. Światu zagrozić miały już: telewizja, muzyka big-beatowa, gry komputerowe. Zresztą, akurat wpływ zapierdolu na depresję, znany jest doskonale.

7. Stalinizm pochłonął nieporównywalnie więcej ofiar niż wojna trzydziestoletnia, a to znaczy, że systemu niereligijne są uzasadnieniem dla większej przemocy niż religijne.

Kolejna półprawda z błędnymi założeniami. Podaje się, że Stalin jest odpowiedzialny za śmierć 20 mln ludzi. Liczba ludności ZSRR w tym czasie to ok. 160-200 mln, ale ponieważ nie wszyscy żyli jednocześnie (Stalin rządził prawie 30 lat) można wskazać na ok. 220 mln. Czyli Stalinizm zabił 9% ludności ZSRR. Jeśli doliczymy wszystkie kraje Bloku Wschodniego, wynik spadnie do 5%.

Wojna Trzydziestoletnia spowodowała śmierć ok. 40% ludzi na terenach Niemiec, czyli ok. 8 mln ofiar. Dla osoby znającej matematykę na poziomie klasy podstawówki, 40% okazuje się sporo większe od 9%.

Dodajmy do tego, że w stalinizmie nie ofiar Stalina w wąskim znaczeniu ideologicznych a nie z przypadku (Hołodomor, Gułagi, czystki ) było jeszcze mniej może 10-12 mln (5% populacji ZSRR). Reszta zginęła „przy okazji” błędnych decyzji gospodarczych i trudno je wiązać z przemocą. Jeśli dodamy, że Wojna Trzydziestoletnia, nie była jedną wojną motywowaną religijnie (w Ameryce konkwistadorzy wyrżnęli 90% rdzennej ludności czyli ca. 60-70 mln ludzi, w czasie jednej krucjaty potrafiło zginąć 0,5 mln. ludzi, a ogółem mówi się nawet o 9 mln ), Matczak doskonale to wie, ale zwyczajnie kłamie, aby udowodnić nieprawdziwą tezę.

8. Dla Europy i dla Azji odpowiednio w chrześcijaństwo i islam były w średniowieczu motorami rozwoju, chociażby naukowego.

Pomylenie przypadkowego związku z ciągiem przyczynowo-skutkowym. W ustach profesora – kłamstwo (nieświadomy różnicy może być wczesny licealista). Po pierwsze – w rozwoju naukowym w średniowieczu islam zaszedł znacznie dalej niż chrześcijaństwo. Po drugie – zarówno w świecie islamu jak i chrześcijaństwa rozwój ten okazywał się nierównomierny. Teren Kalifatu Kordobańskiego różnił się od Mogadiszu, a Włochy czy Francja od Litwy. Nie miał też większego znaczenia czas trwania religii na danym terenie (porównaj Irlandię z Węgrami), ani odmiana chrześcijaństwa (husyckie Czechy były mocniej rozwinięte niż katolicka Polska, a gorzej niż prawosławne Bizancjum).

Motorami rozwoju naukowego (nota bene – narcystycznie przyjęte przez prof. Matczaka kryterium, dlaczego nie długość życia, sztuka czy wygrane z ideologicznym przeciwnikiem?) Azji i Europy nie były religie, ale względny brak wyniszczających wojen, dobrobyt (handel), nadwyżki żywnościowe, oraz swoboda myśli. Dzisiaj nikt (poza Putinem i jego akolitami) nie będzie dowodził wyższości prawosławia nad katolicyzmem patrząc na osiągnięcia naukowe Rosji (wyższe) niż Polski.

Taka wizja jest też bardzo ograniczona. Nauka na wysokim poziomie istniała też w Chinach, które pominięto, bo nie pasowały do tezy. Nie wytłumaczono też, dlaczego rozwój cywilizacyjny cofał się, pomimo utrzymania danej religii (Arabowie są tu doskonałym przykładem), ani dlaczego dalej rozwijają się państwa niereligijne (ponownie Czechy i Chiny).

9. Nauka nie da odpowiedzi jak żyć, jak dokonywać wyborów moralnych, jak radzić sobie z cierpieniem, zdradą, śmiercią.

Myślę, że ta teza walczy o miano najgłupszej, bo trudno nawet powiedzieć – w najwyższym stopniu błędnej. Po całym dorobku greckiej filozofii, a potem jej rozwoju na przestrzeni wieków (w tym etyki), po psychologii negować dorobek nauki, w udzielaniu odpowiedzi na przytoczone pytania, może tylko albo kompletny manipulator albo głupiec? O to drugie prof. Matczaka nie podejrzewam zostaje więc motywowane ideologicznie szerzenie nieprawdy.

Kończąc – prof. Matczakowi zwyczajnie rzuciło się na głowę. Wypowiada się jako autorytet, a próbuje brzydko (i kompletnie nieskutecznie) kłamać. Zwyczajnie nie wierzę, że nie zna on filozofii stoików, liczby ofiar Wojny Trzydziestoletniej i stalinizmu, czy faktycznych przyczyn obecnego kryzysu. Nie są nimi ani brak chęci do ciężkiej pracy, ani internet lecz chciwość, kłamstwo i poczucie posiadania 100% racji. Nie ma co zganiać na młodych, czas popatrzeć w lustro.

Jak działa korporacja handlująca samochodami? Mój przypadek z AAAuto.pl .

Mam bzika na punkcie motoryzacji. Przyznaję to otwarcie. Po serii poważnych chorób w „mojej bańce” postanowiłem – czas zrealizować ostatnie samochodowe marzenie, czyli Mercedesa E-klasse. Zdecydowanie w wersji 213 i z dieslem 2.0.

Rozpocząłem research na otomoto.pl i znalazłem. W lokalnym oddziale AAAuto.pl stoi sobie cudo. Spełnia praktycznie wszystkie warunki:

  • silnik 220d – 194 KM – prawie idealny (lepszy byłby 400d, ale tych na rynku niewiele),
  • kombi (s213),
  • rocznik 2018,
  • elektroniczne zegary i biała skóra,
  • przebieg poniżej 100 kkm,
  • kolor granat (moja żona nie cierpi szarego, a te zalały Polskę).

Wady, tylko dwie – brak historii serwisowej w Polsce (sprowadzony z Belgii) oraz panel deski rozdzielczej w wersji srebrnej (wolałbym orzech lub jesion).

Wziąłem syna, pojechaliśmy obejrzeć – wyszło ok. Potem jeszcze druga wizyta w celu przejechania się – też dobrze. Sprzedawcy wydzwaniali do mnie bez przerwy. Plan – komunikowany od początku był taki – zostawiam elektryka, dopłacam, zabieram E-klassę. Sprzedawcy mówili – nie ma problemu, przy zamianie podnosimy cenę odkupu o 20%, proszę przyjechać w sobotę – wycenimy.

No i przybyliśmy w sobotę. Żona trochę pomarudziła na wielkość budy, na mało miejsca w środku (obiektywnie – jak w Skodzie Kamiq), ale auto przypadło do gustu. Na tym uroki się skończyły.

Sprzedawca zapewniał, że wóz bezwypadkowy, fabryczny lakier (co ciekawe, w czwartek usłyszałem – „malowany tylny zderzak”). W ogłoszeniach pisze, że wszystko sprawdzone, więc proszę o wyniki pomiaru grubości powłoki. Odpowiedź: Nie mamy dostępu. Oczywiste kłamstwo, bo z pewnością firma posiada takie dane. Pierwszy zgrzyt. Przez chwilę poczułem się nie jak u profesjonalisty lecz przysłowiowego Mirka-handlarza.

Przebieg? Taki jest, ale na fakturę nie wpiszemy, bo nie możemy sprawdzić na 100%. Znowu – bzdura.

Natomiast, to coś, co podniosło mi ciśnienie i wywołało ten wpis była rozmowa o odkupie. Wcześniej (tzn. w poprzednim tygodniu i w czwartek) słyszałem (po podaniu marki, modelu, silnika) – nie ma problemu, dogadamy się. Teraz padło ultimatum: nie możemy w Lublinie wycenić, bo to elektryk, zabierzemy auto na kilka dni do Piaseczna, na test baterii (znowu, bzdura – wystarczy podjechać do ASO Hyundaia, tylko wtedy musieliby zapłacić 400 zł). Ale nawet, gdy będzie ok, nie zaproponujemy więcej niż 50.000 zł (na otomoto.pl – rozbity 40 tys. zł, najtańszy sprawny – 60k, większość ok. 70k zł). Powiedziałem parę cierpkich słów, o marnowaniu czasu (tyle samo mogłem się dowiedzieć przy pierwszej wizycie) i wyszedłem. Na e-klassę muszę jeszcze poczekać, ale poszukam pierwszego właściciela z Polski, lub sprowadzonego egzemplarza za rozsądną cenę.

Teraz o mechanizmie działania. Otóż nie różni się on niczym od zwykłych handlarzy. Skupić bardzo tanio (za 60% ceny rynkowej bez zamiany, za 75% z zamianą – znałem już z relacji innych osób). Za nic nie odpowiadać: zatajanie stanu technicznego, brak pewności przebiegu. Sprzedać drogo – podobny egzemplarz prywatnie mógłbym mieć o 10% taniej, każąc dopłacić za „gwarancję”, której w istocie nie ma, z prawie pustym bakiem (od początku do końca – przez trzy wizyty – świeciła się rezerwa).. Korpo zatrudnia młodych chłopaków, nie znających aut (mieli problem z zatankowaniem), nie potrafiących przekazać żadnych informacji poza odczytywanymi na bieżąco z ogłoszenia lub CRM-u. Samochody stoją na letnich, zużytych oponach, jeszcze po pierwszym opadzie śniegu. Mechanizm działania opiera się na podpaleniu klienta jazdą próbną, a potem krojenia go, jak salami. Gdybym nie był odporny na taki prymitywny handlarski styl, straciłbym na interesie z aaauto.pl około 25 tys. zł (12 tys. zł na sprzedaży Kony i 12 tys. zł na zakupie Merca).

Wniosek? Zastąpienie rodzimych handlarzy, korporacjami, nie wniosło żadnej wartości dodanej do rynku. Nadal obowiązuje chęć łupienia klienta i brak pewności podstawowych cech (przebieg, wcześniejsze uszkodzenia). Firmy te płacą w Polsce minimalne podatki albo żadne (ta akurat wywodzi się z Czech), zatrudniają za niskie pensje (plus ewentualna prowizja), niedouczonych (chociaż miłych) sprzedawców. Nie warto ich wspierać.

Minimum socjalne. Czy faktycznie w Polsce żyjemy aż tak źle?

W jednym z komentarzy Jan przeraził się danymi, że całkiem spora grupa Polaków żyje poniżej tzw. minimum socjalnego. Postanowiłem zgłębić temat, ponieważ doniesienia medialne istotnie nie napawały optymizmem.

Raport Poverty Watch (na niego się powołano) wskazywał, że 17,3 mln Polaków żyło w 2023 r. poniżej poziomu minimum socjalnego. Już w liczbach bezwzględnych robi wrażenie, a odsetek 46% wręcz poraża. Gdzie leży koń pogrzebany?

Sam raport i dane macie tutaj: https://www.eapn.org.pl/aktualnosci/poverty-watch-2024-polska-na-krawedzi-kryzysu-spolecznego-ok-25-mln-polakow-zyje-ponizej-minimum-egzystencji-a-ok-173-mln-ponizej-minimum-socjalnego/ . Naukowiec, który go firmuje, odwołuje się do danych IPSiS, który liczy tzw. minimum socjalne. No właśnie jak liczy?

IPSiS publikuje dane tutaj: https://www.ipiss.com.pl/pion-badawczy-polityki-spolecznej/wysokosc-minimum-socjalnego/ w układzie kwartalnym. I pierwsze zaskoczenie – nie ma jednego minimum socjalnego – tj. poziomu właściwego dla całej Polski, podział dotyczy wielkości gospodarstwa domowego (oddzielnie single, pary, 2+1, 2+2, 2+3, oraz samotni emeryci lub ich pary). Drugie zaskoczenie – poziom ubóstwa nie dotyczy dochodów ani majątku lecz wydatków. Tym sposobem mogłoby się okazać, że ludzie zamożni faktycznie znajdują się „pod kreską” ponieważ wydają mniej (z drugiej strony to muszą być dane GUS, bo mnie nikt o wydatki nie pytał). Teraz co pisze sam Instytut: „Min­i­mum soc­jalne oznacza zaspoka­janie potrzeb kon­sump­cyjnych na relaty­wnie niskim poziomie, ale uwzględ­ni­a­ją­cym zalece­nia nauki (np. w zakre­sie wyży­wienia), odpowiada­ją­cym powszech­nie przyj­mowanym nor­mom oby­cza­jowym i kul­tur­owym (rekreacja, uczest­nictwo w kul­turze) oraz obow­iązu­ją­cym nor­mom prawnym (m.in. w zakre­sie oświaty, ochrony zdrowia). ” Znalezienie się niewiele poniżej nie oznacza jakiejś skrajnej biedy, lecz czasem rezygnację np. z wakacji, chodzenia do kina czy teatru. Okropne dane (17,3 mln) dotyczą przede wszystkim roku 2023 r., po którym, w roku wyborczym, podniesiono świadczenia społeczne.

A same kwoty? Dla singla 1773 zł, dla pary 2998 zł, dla trójki 4403-4744 zł (w zależności od wieku dzieci), dla czwórki 5733 zł, piątki – 7078 zł. Emeryci mają niewiele mniej o ok. 30 zł/os. Czyli wg tego wyliczenia parze potrzeba prawie pensję minimalną, a emerytom ledwie wystarczały dwie emerytury minimalne. A struktura wydatków na osobę?

Ok. 450 zł na jedzenie, 400-680 zł na mieszkanie, na ubrania ok. 50-70 zł, transport 120 zł, ochrona zdrowia 50-60 zł. Mamy też higienę osobistą – 40-60 zł, edukację 0-110 zł (zero wydają emeryci), kulturę i 110-176 zł. Jeszcze raz przypomnę – są to kwoty na osobę. Co rzuca się w oczy?

Patrząc na to zestawienie, nigdzie nie widać kredytu, ani wynajmu, zatem albo IPSiS wyeliminował sporą grupę najemców (ok. 20% społeczeństwa) i kredytobiorców (pewnie minimum drugie tyle) albo powinniśmy dodać jeszcze jedną kategorię – kredyty i pożyczki oraz wynajem. Czyli mamy poważny mankament. Zakładając, że kredyt/wynajem w przypadku singla wynosi nawet kilka tysięcy złotych, suma wydatków szybowałaby w górę.

Wreszcie, nawet uwzględnione wydatki (o czym jest mój blog) okazują się względne. 450 zł na jedzenie/osobę/m-c w warunkach miejskich oznacza kłopot lub konieczność oszczędzania, na wsi z własnymi zwierzętami, zbożem, owocami, warzywami – już zdecydowanie nie straszy. Podobnie wśród „słoików” – udowodniłem to eksperymentem „życie za 500 zł”.

Jeszcze wyraźniejsze obiekcje zgłaszam do kosztów mieszkania. Mając własny dom, w dużym mieście – w 2023 r. nie wydawałem 1330 zł/m-c (standard 2+1). Co mają powiedzieć ludzie na wsi, płacąc za wodę, szambo, prąd, węgiel (lub inny opał), podatek, internet? Oni wydają połowę tego co ja.

Ale wróćmy do źródeł czyli sumy wydatków – 1773 zł na singla oraz przykładowo 4744 zł dla gospodarstwa takie jak moje. Mieszkając na wsi lub po prostu dysponując kawałkiem działki (choćby ROD), spokojnie zmieścimy się w tym minimum. Z kolei w mieście – też, jeśli tylko dostosujemy własny dach nad głową (kredytów tu nie przewidziano) do potrzeb.

Na co patrzy naukowiec? Jak na analizę profesorską zdziwienie budzi używanie określeń mocno nacechowanych emocjonalnie. Na prawie każdej stronie znalazłem i „szokujące/szokująco” i „drastycznie/drastyczne”. Nie chodzi więc chyba o dane, ale wywarcie odpowiedniego wrażenia. I patrząc po reakcji Jana – udało się. Miała to chyba być narracja anty-PiSowska skoro dotyczy roku 2023 i porównuje się go do 2015 i 2022, „zapominając”, że w 2024 r. inflacja wyniosła ok. 5%, a świadczenie 800+ wzrosło o 60%, emerytury i renty zwaloryzowano o kilkanaście, a średnie wynagrodzenie też wypadło więcej. Natomiast, w mojej ocenie nie jest tak źle. Już uzasadniam, dlaczego.

W pierwszej kolejności – w Polsce do aktywnych zawodowo (17-18 mln) wlicza się także… bezrobotnych (nie żartuję), niepełnoetatowców, pomagających nieodpłatnie w rodzinnej firmie czy ludzi na zleceniu/umowie o dzieło. Żadna z tych kategorii nie otrzymuje pensji minimalnej, co zaniża wyniki.

W drugiej – nikt chyba się nie przyznał, że wydaje środki „zaoszczędzone” na podatkach, a więc zarobione w „szarej strefie” lub „na czarno”.

W trzeciej – niejasna metodologia oraz wysoki poziom emocji badacza, każe patrzeć krytycznym wzrokiem na wyniki. Może żyję w innym świecie, ale powiem szczerze, nawet na wsi tego ubóstwa nie widzę. W miejscowości 500 mieszkańców budują się aktualnie 2 domy, lokalny zakład przemysłowy płaci przynajmniej minimalną. W takich warunkach, emeryt „przy rodzinie” z minimalnej KRUS-owskiej emerytury jeszcze odłoży.

Ile dostaniesz emerytury? Spojrzenie z perspektywy starzejących się społeczeństw.

Często wracam do przeczytanych już książek. Teraz na tapecie „Nomadland” z gorzkim spojrzeniem na amerykański system emerytalny. Przeciętni ludzi, o pensjach w granicach mediany, nie żadni spece IT. Opowiadano im bajki o trzech nogach stołu, który nakarmi na starość: państwowego Social Security, 401k (czyli nasze OFE, PPK) oraz prywatnych oszczędnościach. A praktyka?

No cóż, daleko inna. Państwo wypłaca 500-800 USD miesięcznie. Taka kwota nie wystarcza na czynsz, a nawet rachunki, ubezpieczenie zdrowotne i jedzenie. Czyli nie zapewnisz sobie całkowitych sokratejskich podstaw (dach nad głową, jedzenie, ubranie). Dla niektórych, na tym się kończy. Nie ma 401k ani prywatnych oszczędności. Zmiótł je kryzys, wydatki zdrowotne, albo nigdy nie istniały. Co pozostaje? Dorabiać wg stawki minimalnej przy prostych pracach (magazyn Amazona, sezonowo w rolnictwie, w turystyce) i mieszkać nawet nie w kamperze, lecz w vanie.

Czy w Polsce będzie podobnie? Dzisiejsza minimalna emerytura netto (spośród dzisiejszych 40-latków dostanie ją 70% kończących pracę, coraz więcej będzie też singli) wynosi 1620 zł. Na ile wystarczy? Na niewiele więcej niż 800 USD za wielką wodą. Czynsz na małe mieszkanie (takie 40 m i tylko jeśli mamy własne, bez kredytu) – 600 zł, doliczmy prąd, internet, podatek, gaz i robi się minimum 800 zł. 820 zł zostanie na leki, transport, ubrania i jedzenie. Raczej niemożliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wielu 70-latków zostawia w aptece te 300-400 zł. Zatem co? Pracować do śmierci. I Amerykanie tak właśnie robią. Gros ludzi nie zazna emerytury, ponieważ dzisiaj 1620 zł, a za 20 lat może realnie 1400 zł.

Jak sobie z tym radzić? Chyba na dwa sposoby. Pierwszy, wykorzystywać tu i teraz na mikroemerytury. Nie zapracowywać się na śmierć. Smakować życie na bieżąco. Drugi, promowany od lat na tym blogu – starać się zarabiać więcej, oszczędzać i inwestować. Media obiegła w kwietniu wiadomość, że w USA, człowiek pracujący jako bibliotekarz (czyli z niską pensją), zostawił lokalnej uczelni (był samotny) spadek w wysokości 4 mln USD. Czyli da się – inwestując w fundusze, akcje, obligacje i zaczynając odpowiednio wcześnie.

I jeszcze jedno, na koniec. Niskie koszty życia. Przygotujmy się. Wybierzmy wieś, skalowalne nieruchomości (więcej miejsca w lecie, mniej w zimie), tańsze ogrzewanie (raczej drewno niż pompę ciepła). Produkujmy żywność. Jak w moim eksperymencie na lato – życie za 500 zł. Co o tym myślicie?

Kup dziecku mieszkanie. Jak nie należy tego robić.

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest pewna para, w której miłość do własnego dziecko, wygrała z matematyką. W konsekwencji szykują im się poważne problemy. A oto szczegóły.

Problem 1. Rywalizacja z sąsiadami. Sąsiedzi naszej pary kupili za gotówkę swojej córce- studentce pierwszego roku deweloperską, wykończoną kawalerkę w Krakowie. Cena 550 tys. zł. Mogli to zrobić, ponieważ mają pieniądze odkładane od lat. Trochę uszczuplili kapitał obrotowy, ale przeżyją. Czego się nie robi dla dziecka.

Nasi bohaterowie postanowili nie być gorsi. Kochają swojego syna i chcą dla niego jak najlepiej. Do tej pory płacili 1500 zł za wynajem pokoju, ale czy dziecko nie zasługuje na własne? Dlaczego ma być gorsze od koleżanki.

Już ten punkt zwiastuje kłopoty. Dwie rodziny, dwie sytuacje, różne możliwości. Chęć dorównania komukolwiek nie jest dobrym powodem działania.

Problem 2. Likwidacja wszystkich oszczędności. Dobrzy rodzice mieli jakieś oszczędności – no coś około 150 tys. zł. Postanowili je zrealizować. Pozbawili się w ten sposób funduszu awaryjnego, gdyby, nie daj Boże, coś (jedno na etacie, drugie jdg, chorób nikomu nie życzmy, ale chodzą po ludziach), zostają bez zabezpieczenia. Nigdy tak nie róbcie.

Problem 3. Spieniężenie narzędzia pracy. 150k to dalej mało, więc trzeba coś sprzedać. Padło na firmową maszynę. Bez niej dg przyniesie mniejsze zyski. Klasyczny błąd – Covey nazywa go „zarzynaniem kury”. Zarżnięta kura przestaje znosić jajka, a ich brak odczujemy w kolejnych miesiącach. Pomimo tego, nasi bohaterowie mają tylko 250k w gotówce, a zakup mieszkania 450k.

Problem 4. Drugie dziecko. Nierówna alokacja zasobów spowoduje w przyszłości konflikty między rodzeństwem. W tym przypadku, starszy syn dostanie wszystko (wszak zebranie tych 150k zabrało rodzicom kilkanaście lat), a dla młodszej córki nie zostanie nic. Problem opisał już Balzak, a z naszych wielkich Eliza Orzeszkowa w nowelce „Niziny”. Wiedząc to, zawsze staram się dzielić „po równo”. Tutaj podobnej refleksji zabrakło.

Problem 5. Tanie mięso jedzą psy. Znacie to powiedzenie, przywoływane przy zbytniej oszczędności. Moja babcia mówiła elegancko „Nie stać mnie na tanie rzeczy”. Ponieważ kasy mało, wybieramy tanią rzecz i …tracimy. Popatrzmy. Mieszkanie deweloperskie kosztuje 480k, do tego 70k na wykończenie i urządzenie. Za 550k dostajemy świetną lokalizację (25 minut spacerem od Wawelu) i nowy budynek. Zejście do 450k wymaga odsunięcie się od ścisłego centrum i wybór starego bloku, chociaż mieszkanie odnowione (po flipie). Jednak na rynku takich lokali mamy na pęczki. Stąd ich cena. Nowa inwestycja w świetnym punkcie (tzw. plomba), rzadkość – szybciej będzie rosła na wartości, lub wolniej taniała, jeśli rynek zacznie się sypać.

Problem 6. Niepoliczone koszty. W przypadku dewelopera 550k to prawie koniec wydatków (notariusz 2k). Tutaj nie. Do 450k trzeba dodać 12 tys. zł dla agenta nieruchomości, 12 k dla notariusza i na podatki, drobne poprawki, jakieś meble i robi się 500k. Sporo.

Problem 7. Matematyka. O ironio. Jedno z rodziców uczy matematyki. Pomimo tego, przy stopie 8,5% decyduje się wziąć kredyt w kwocie 250k. Daje to ratę 3300 zł przy 15 latach (taki dostaną warunek – bo tyle zostało im do emerytury). Sprawdzałem. Ciężka sprawa. Działanie w ten sposób nie ma sensu. Dziecko zostanie z nieprzyszłościową kawalerką (nota bene należącą do rodziców, bo to oni są kredytobiorcami), a starsze pokolenie z kredytem i wysoką ratą. Do tej pory płacili za pokój 1500 zł i mieli jeszcze 1600 zł odsetek oraz zarobku maszyny (8%). Wychodzili na +100 zł. Teraz muszą doliczyć 1600 zł utraconych odsetek i 3300 zł razem -4900 zł. Cholibka. Może warto zejść na ziemię. Miłość do dziecka będzie diablo kosztowna. 5000 zł przez 15 lat, a gdzie drugie dziecko, własna emerytura, jakieś wydatki na śluby? Nawet po skończeniu studiów syna zostanie jeszcze 11 lat spłacania. Razem? 5000 zł x 12 m x 15 lat = 900.000 zł. Za pół kawalerki warte 250k. Procent składany działa przeciw nam.

Wnioski. Miłość rodziców jest ślepa i skłonna do poświęceń. Przez to piękna. Ale stara się dać to, czego dać nie sposób. Nie wolno startować w duchu rywalizacji, bo ten jeden błąd może być bardzo kosztowny. Tak jak w tym przypadku. Może liczą na wzrost cen (czemu i ja kibicuję, ale z chłodną głową)? Może po prostu para kocha syna? Nie wiem, ale pakuje się w grube kłopoty. 3300 zł miesięcznego zobowiązania, plus 1600 zł nieuzyskanych odsetek, to w przeciętnych polskich warunkach (a rodzina, która poza domem, ma trochę towarów i maszyn w jdg lokuje się, rzekłbym, w statystycznym środku) sumy gigantyczne. Wyliczenie pokazuje też coś jeszcze. Do zakupu dziecku mieszkania nie powinno się przystępować pod wpływem impulsu, na łapu-capu. A wielu po prostu na to nie stać. Bolesne, ale prawdziwe.