Badania nad społecznościami pierwotnymi plemion łowców-zbieraczy, prowadzone na Filipinach i Afryce wykazały, że ludzie ci, pracują ok. 15-20 godzin tygodniowo. To 1/3 czasu spędzonego na etacie przez przeciętnego Amerykanina, który poświęca na zajęcia zawodowe 50 godzin. Czy dzisiaj da się żyć jak tzw. dzicy? Czytaj dalej Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.
Autor: Oszczędny Milioner
Jak stać się zamożnym. 10 podstawowych kroków.
Nadchodzi początek nowego roku, dla wielu idealny moment, aby coś w życiu zmienić. Ewentualnie powziąć i wdrożyć nowe postanowienia. Przykładowo takie – „stanę się zamożny tzn. zgromadzę majątek 2 mln zł” lub „1 mln zł, nie licząc wartości miejsca zamieszkania”. Ten blog, propagujący pomysł „zamożność za nieco ponadprzeciętny dochód”, stworzyłem po to, aby pomagać osobom, które pragną rozpisać sobie plan dojścia do celu rozpisać na kroki i etapy. Dzisiaj o krokach, czyli działaniach, które powinieneś podjąć. Startujemy.
- Na małżonka/partnera wybierz osobę z którą chcesz być, a dodatkowo oszczędną i… nie opuszczaj jej. Nie kieruj się jej wykształceniem, majątkiem osobistym lub rodziców, czy zarobkami. Te okoliczności nie mają znaczenia.
- Starannie wybierz zawód. Zarabiaj co najmniej 120% średniej.
- Nie płać rat większych niż 30% dochodu.
- Nie pożyczaj na zakup samochodu, wybierz raczej auto używane.
- Odkładaj minimum 20% dochodu czyli trzymaj wydatki w ryzach.
- Szukaj inwestycji o stopie zwrotu, dobrze powyżej progu inflacji.
- Optymalizuj.
- Unikaj rozrzutnego towarzystwa.
- Likwiduj „wampiry finansowe” wydatki, które wysysają Twoje środki.
- Produkuj żywność.
Właśnie te zasady staram się stosować i one przyniosły mi sukces na drodze do podobnego celu.
Omówimy je po kolei.
Wybór małżonka/partnera. Życie jest zbyt krótkie, by spędzić je z niewłaściwą osobą. Nie chodzi tu o nieposiadanie wad (patrz wpis o perfekcjonizmie i jego kosztach), ale o radę, którą kiedyś ojcowie dawali synom „Nie żeń się z kobietą z którą mógłbyś być, ale z taką, bez której nie mógłbyś żyć”. Proste i trudne zarazem. Wiele osób wybiera według majątku (drugiej połówki lub jej rodziców), ostrych kryteriów praktycznych (nie mniej niż 1,8 m wzrostu, brunet z silnie zarysowaną szczęką, najlepiej lekarz lub IT., posiadanie mieszkania), nie patrząc na człowieka. Albo ma problem z nadmiarem opcji, czyli zmienia wybór co chwilę. A idzie o to, aby raz dokonawszy wyboru, codziennie wybierać tę samą osobę. Jeśli miałbym wymienić jedną pożądaną cechę praktyczną, byłaby nią oszczędność, umiejętność obywania się. Większość ludzi robi zupełnie odwrotnie. Kieruje się wyglądem, majątkiem, dochodami, intelektem, a potem dziwi się, że trafia na skupionego na sobie, rozrzutnego, niepracującego bawidamka (kobiety) lub pustą, rozrzutną, niepracującą lalę (mężczyźni) albo dostaje w prezencie „teściów z piekła rodem”. Jak w memie ” Jesteś taka jak twoja matka i siostrunia pierdolnięta”. Równie głupim pomysłem okaże się małżeństwo zaaranżowane lub „z rozsądku”, gdy żywimy do drugiej osoby wyłącznie szacunek, albo boimy się samotności. Wtedy dostaniemy rozwód i … w efekcie samotność. A dlaczego oszczędność? Ponieważ wtedy łatwiej wspólnie iść przez życie. Jeśli pobierają się młodzi, istnieje jeszcze pole do zmian, zwłaszcza jeśli druga połówka chce się uczyć i widzi efekty. Jeszcze lepiej, gdy uczymy się oboje. Coś o tym wiem. Sam pochodzę z dość rozrzutnego domu, a w rodzinie żony pieniądze trzymała matka. Efekty? Zero oszczędności. Gdy po ślubie, moja żona zobaczyła, że na meble nie trzeba brać pożyczki, istnieje budżet na każdą rzecz, a dzięki temu co roku jeździ się na wakacje, nad morze, w góry, za granicę, zamiast na działkę, szybko wciągnęła się we wspólne działania. Dodatkowo świetnie gotuje i nigdy nie ciągnęły mnie knajpy.
Wybór zawodu. Nie jestem doradcą zawodowym, ale kierowanie się wyłącznie pensją wygląda na kiepski pomysł. Na rynku zachodzą zmiany. Dzisiaj na topie jest IT, a jutro coś innego. Dlatego patrzmy na predyspozycje i zainteresowania, trzymając się pewnych zasad. Pierwsza – dochód z pracy/dg rodziny musi przekraczać 120% na każde z małżonków/partnerów, o ile posiadają oni do 2 dzieci. Wielodzietni doliczają jeszcze 20% na każde dziecko. Jak to liczyć w praktyce? Moja żona zarabia 60% średniej krajowej, przy trójce dzieci musiałem zacząć zarabiać 220% średniej krajowej (120%+20%)*2 = 280% a -60% żony = 220%. Gdy jedno nie pracuje, drugie powinno wyciągać więcej. Przy czym pracę traktujemy umownie – jako źródło dochodu niepasywnego, w tym także nadgodziny i fuchy. Czy dzisiaj mamy dużo takich miejsc, gdzie osiągniemy założone dochody? Przy dwójce na podobnym poziomie – 120% to ok. 10 tys. zł brutto na osobę (ok. 7 tys. zł netto). Znam całkiem sporo osób, wyciągających nawet więcej, zwłaszcza jeśli dorabiają. Czasami trzeba się ubrudzić, kiedy indziej ruszyć głową lub założyć firmę. Ta średnia – to średnia krajowa. Są miejsca w Polsce, gdzie zarabia się sporo mniej (wtedy możemy zarabiać mniej), ale i sporo więcej – np. warszawskim korpo. Tam średnia +20% oznacza juniora czyli dość młodego pracownika, bez wielkiego doświadczenia.
Raty nie wyższe niż 30% dochodu. Bardzo ważna uwaga dla młodych. Nie ma sensu pracować na kogoś. A tak robimy zadłużając się i płacąc bankom odsetki. 30% stanowi bezpieczną granicę, chociaż znowu – lepsze jest 0%. Dla dochodów 7 tys. zl/osobę, czyli 14 tys. zł netto na rodzinę, teoretycznie bezpieczna rata wynosi 4,2 tys. zł. Oznacza to, że możemy pożyczyć na hipotekę ok.500 tys. zł. Ale popatrzmy inaczej. Rata 2 tys. zł daje nam możliwość bezbolesnego odłożenia 2,2 tys. zł. Tłumaczę moim synom – posiadanie własnego mieszkania, przy obecnych cenach, pozwala na spore oszczędności. Ale taki komfort jest dany niewielu trzydziesto- i dwudziestolatkom. Reszta musi kombinować. Czasem mniej, czasem bardziej. Napisałem o tym wielokrotnie. Podstawowe opcje: mieszkanie z rodzicami, kupno domu i podzielenie go na mieszkania, tanie mieszkanie do remontu, lokal socjalny, domek na wsi.
Nie pożyczaj na samochód, kup raczej auto używane. Na cokolwiek innego niż mieszkanie, nie pożyczamy. Żadnych aut, wycieczek, prezentów, sprzętów i przeżyć na kredyt. Nic. Null. Wyjątek – kredyt 0%, ale przy obecnych stopach procentowych, stanowi on Yeti. Nic oznacza także auto. Wiem, są reklamy. Np. Audi Q3 za 950 zł. No, ale kto umie liczyć, wie. 950 zł +VAT plus 40% wpłaty (80 tys. zł gotówką), ostatnia rata 40% (czyli 80 tys. zł), spłacamy przez 4 lata kolejne 60 tys. zł czyli właśnie te 950 zł+VAT. To oferty dla firm, szukających kosztów. Przy obecnych stopach należy dołożyć do ceny pojazdu ok. 20% i podzielić sumę (czyli te 120%) przez 4 lata. Oznacza to, że kupując auto za 60 tys. zł zapłacimy 72 tys. zł w ratach po 1200 zł/m-c +20% pierwszej wpłaty.. Gdy podniesiemy cenę do 120 tys. zł (opisywany przeze mnie nowy Kamiq) – rata wyniesie 2400 zł/m-c a pierwsza wpłata 24 tys. zł. Dlatego, zwłaszcza na początku, lepiej pozostać przy taniej używce.
Oszczędzaj 20% dochodu. Większość ludzi uważa „nie jesteśmy w stanie oszczędzić ani złotówki”, druga spora grupa oszczędza minimalnie 2-5% dochodu. Zamożność osiągają gospodarstwa domowe, zdolne do podniesienia stopy oszczędności do 20%. Przejdźmy raz jeszcze do naszej modelowej rodziny. 2+1 czy 2+2 i dochód 14 tys. zł. 20% z tej sumy daje 2800 zł/m-c. Na wydatki pozostaje 11.200 zł + 800+. Gdyby rodzina zdecydowała się na maksymalną ratę – 4200 zł, może dysponować tylko 7000 zł+800+. Możliwe.
Jednocześnie, nie zapominajmy, świat kusi. Wakacje, wyjścia (oboje), gadżety (panowie), ubrania (panie). Mamy i inne wydatki, trzeba je trzymać w ryzach, aby osiągnąć minimum 20% dochodu na oszczędności. Ile ta się z tego wyciągnąć. W przeciągu 20 lat (czyli po 40-tce), odkładając 2800 zł/m-c (zwiększając tę sumę sukcesywnie) i osiągając zwrot 8% netto (teraz obligacje, zazwyczaj akcje), dojdziemy do 1.6 mln zł. Przedłużając czas o 10 lat (czyli 30 lat oszczędzania i wiek po pięćdziesiątce) nawet do 4,2 mln zł ponad miejsce zamieszkania.
Szukaj inwestycji ze stopą zwrotu dobrze powyżej inflacji. Nie ma sensu brnąć w „inwestycje”, które dają nam 0,5%, gdy inflacja wynosi 2%. Trzeba szukać czegoś, co pobije inflację. Przez większość mojego dorosłego życia taką rolę pełniły akcje i nieruchomości. Obecnie obligacje korporacyjne. Przez cały czas – własna firma. Pomyśl o tym, znajdź swój temat i idź do przodu.
Jakie książki przeczytałem w 2024 r.?
Stali goście bloga już to dostrzegli – jestem zapalonym czytelnikiem. Mnóstwo wiedzy dostanę za darmo w necie, ale nic nie zastąpi starej dobrej książki.
Zacznijmy od liczb. Pochłonąłem ok. 81 książek, co daje 1,5 tomu na tydzień. Niektóre są lekkie i szybkie (Orzeszkowa) inne wymagają skupienia i analizy (finansowe). Staram się dzielić czas pomiędzy wszystkie grupy. Unikam tylko tzw. zapychaczy czasu, których pełno na półkach w EMPIK-u, wszystkich tych kryminałów, romansów, Mrozów, Pizgaczów, Chmielewskich itp. Uważam je za stratę czasu.
Do niektórych pozycji wracam wielokrotnie. To też odróżnia mnie od większości. Mam swoje ulubione tytuły i czytam je po 2 razy w roku…. co roku. No dobrze, rozpisałem się czas na konkrety.
Książki finansowe -8 szt.: Your Money or your life (w końcu kupiłem polskie tłumaczenie, więc x2), Fastlane Milionera, Path to Prosperity, Przestań zgrywać milionera….. , Droga żółwia, Money. Mistrzowska gra, Wspomnienia gracza giełdowego,
Rozwój osobisty – 5 szt.: ZTD, Przemiana Feniksa, Ciche cuda, Schudnąć z kaizen, Jak pracują wielkie umysły
Przeprowadzka na wieś i rolnictwo – 8 szt.: Miastowi, Powrotnicy, Gęsiego, Farmageddon, Uprawa szparaga, Cisza i spokój, Ofline, Brudna robota,
Filozofia -8 szt: Buddyzm, Rozmyślania, Listy moralne do Lucyliusza, Podręcznik mądrości, Ślady ojca, O Adamie Żeromskim wspomnienie, Szkoła biednych, Etyka i nieskończony,
Przewodniki i książki turystyczne: 21 szt.
Reportaże i wspomnienia: 12 szt.
Pozostałe (poradniki, beletrystyka): 19 szt.
A Wam, ile książek udało się przeczytać w odchodzącym roku?
Ile kosztuje spokój. O zakupie nowego auta.
Jak wiecie, jestem zwolennikiem szkoły kupowania używanych samochodów. Istnieje także inny sposób – pójść do salonu (albo odpalić konfigurator w sieci), wziąć folder, listę wyposażenia i wybrać wymarzone auto. Potem jeszcze powalczyć o rabat. Czy to się w ogóle opłaca?
Na blogu podawałem przykład swojego Hyundaia i30, kupionego za 48 tys. zł a sprzedanego po kilku latach za ponad 30 tys. zł z przebiegiem 90 tys. zł. Nieźle jak na ówczesne warunki. Ale nie ma róży bez kolców. Stąd ten wpis.
Generalnie istnieją dwa sposoby kupowania samochodu w salonie. Pierwsza – taka jak na starcie, sam wybieram, konfiguruję, negocjuję (może przez leasing). Tę opcję wybiera mój brat. Od 24 r.ż. nie miał używki. Zmieniał marki, modele, segmenty, ale zawsze schemat obowiązywał ten sam: dopasowanie do potrzeb, od koloru, przez wyposażenie do silnika. No to teraz plusy i minusy.
+ auto idealnie dopasowane, doposażone,
+łatwość odsprzedaży,
+niewielkie wydatki na serwis (programy za 1000 zł przez 4 lata darmowe przeglądy”) ,
+tanie ubezpieczenie (pakietowe),
+niezawodność,
+łatwość odsprzedaży.
-duża utrata wartości (spotęgowana przebiegami – 4-latek ma 150-160 tys. km na liczniku),
-za każdy „ekstras” trzeba słono dopłacić (np. okno dachowe – 4-10 tys. zł),
-wysoka cena początkowa.
Gdyby patrzeć tylko na ilość za i przeciw – wybór jest prosty – nowe. Jeśli jednak spojrzymy na koszty (zwłaszcza utratę wartości), robi się nieciekawie. Każdy element wyposażenia kosztuje. I tym sposobem możemy kupić wóz bazowo wart 100 tys. zł za 140 tys. zł, dodatkowe 40k których nigdy nie odzyskamy.
Druga szkoła skupia się na braniu aut „ze stocku” i negocjowania rabatów. Nie mamy wpływu na kolor, wyposażenie, ale urwiemy nieco z ceny. Czasem całkiem sporo, zwłaszcza jeśli, jak mój kumpel znajdziemy „zapomniany” egzemplarz i godzimy się na drobne kompromisy. Możemy wtedy dostać Mercedesa GLB 35 AMG za …. 230 tys. zł (ceny katalogowe ok. 320 tys. zł), ale z ubiegłego roku produkcji i …. ręcznie regulowanymi fotelami. Tak samo wyglądał mój i30 z najsłabszym silnikiem.
To przyjrzyjmy się utracie wartości w obu wariantach. Ostatnie lata nie były normalne, ceny nowych aut szybowały w górę, a używane nie traciły nic. Prosty przykład. Kamiq kupiony w 2019 r. za 85 tys. zł (rabat 10 tys. zł), jest teraz wart (z przebiegiem 50 tys. zł) …. 85 tys. zł, a nowy ok. 125 tys. zł . Ale przykładając normalne miary przez 5 lat stracimy ok. 40% ceny, jeśli jeździmy przeciętnie (10-15 tys. km/rok), lub 60%, gdy eksploatujemy nadmiarowo (30-40 tys. km/rok). Od ceny 120 tys. zł, to odpowiednio 50 tys. zł i 70 tys. zł. Spora strata – 10-14 tys. zł/rok.
Wybierając opcję „ze stocku” idziemy w innym kierunku. Utrata wartości jest mniejsza o 10 tys. zł. I mamy już 40 i 50 tys. zł w omawianym przez nas przypadku. Znamy dane wejściowe, popatrzmy na samochody używane.
Zakup „używki” wiąże się z wieloma ryzykami i zaletami. Omówimy je w punktach.
+niższa utrata wartości,
+brak oczekiwania (wyjeżdżamy zaraz po transakcji),
+możliwość zobaczenia na żywo i wykonania jazdy próbnej tym konkretnym egzemplarzem,
-niepewność co do stanu technicznego (od „igły” do ruiny składanej z 3),
-niewielka oferta egzemplarzy prawie idealnych,
-niemożliwość wybrania wyposażenia, koloru itp. – bierzemy to co jest.
Całkiem sporo wad. Ale… możemy zrobić wyjątkowy interes. Oto przykład. Volvo v70 z przebiegiem ponad 200 tys. km kupiłem po 3 latach od wyprodukowania za 1/3 ceny początkowej, i przejechałem 20 tys. km zmieniając tylko klocki hamulcowe na jednej osi. Teraz ten sam sprzedawca ma pięcioletnie V90 za 99 tys. zł (nowa w takiej kompletacji: silnik, wyposażenie, kosztowała 250-300 tys. zł). Mój brat sprzedał 5-letnią Skodę Karoq z przebiegiem 160 tys. km (fakt – auto porysowane, podrapane, poobcierane) za 50 tys. zł, podczas gdy nowa – 150 tys. zł (on zapłacił 100 tys. zł). Czyli, jeśli trafimy na okazję i nie zaliczymy wpadki, stracimy 10-20% ze znacznie niższej ceny. Gdy dzisiaj kupimy 5-letniego Kamiqa za 85 tys. zł, zamiast nowego za 120 tys. zł, nie ryzykujemy wiele (mały przebieg 40-50 tys. km). Stoimy przed wyborem – 129 tys.km i cena 65 tys. zł. Za 5 lat sprzedamy za 40% mniej czyli odpowiednio 50 tys. zł (mały przebieg) i 39 tys. zł (większy przebieg). Tracimy na wartości nie 50-70 tys. zł, jak w aucie nowym, lecz 26-35 tys. zł. Połowę. Ale to nie wszystko. Mówimy wyłącznie o zakupie aut „pewnych”, z polskiego salonu. Gdybyśmy wybrali sprowadzone, pokolizyjne. Zyskamy jeszcze więcej. W 2022 r. kupiłem pięcioletniego Volkswagena Passata b8 TDi. Kosztował mnie z naprawą 55 tys. zł (wartość rynkowa 65 tys. zł). Gdybym wybrał „salonowca” (z podobnym przebiegiem 140 tys. km) zapłaciłbym 80 tys. zł, z małym (80 tys. km) – 90 tys. zł. Teraz – 45 tys. km i dwa lata później, syn sprzedałby go za… 50 tys. zł. Czyli także w opcji „używane” mamy spory wybór. Pewne auto z małym przebiegiem (jak Kamiq), pewne auto z dużym przebiegiem (Volvo, Karoq) i niepewne auto (sprowadzone). Ostatnia opcja – zyskujemy cenę, sporo ryzykujemy. Jak wiele? No cóż. Różnica pomiędzy 55 tys. zł a 90 tys. zł wynosi 45 tys. zł. Sporo. Gdyby padła zasadnicza i problematyczna część: skrzynia, sprzęgło, turbina, wtryski, za każdą zapłaciłbym od 5 do 15 tys. zł (naprawa, wymiana). Doskonale. Nawet kilka awarii (żadna z nich nie wystąpiła na dystansie 45 tys. km, co dla przeciętnego użytkownika oznacza 4 lata jazdy), odchudziłoby portfel o 20 może 25 tys. zł Reszta jest czystym zyskiem. Dlatego, jako często zmieniający samochody, wybieram używane.
A czy nie zaliczyłem wpadki? Raz. Raz kupując „pewnego, salonowego” Scenica, któremu zatarł się silnik. Na 20 przypadków zakupu. Ale wina nie leży w używce, lecz błędnej konstrukcji panewek.
A elektryk? Trzyletnia Kona z przebiegiem 22 tys. km.. No cóż. Zakup za 99 tys. zł i po niespełna dwóch latach i dodatkowych 29 tys. km. wart 60 tys. zł. Gdybym jednak kupił salonową „nówkę” zapłaciłbym 170 tys. zł, a dzisiaj miał auto warte 70 tys. zł. Czyli straciłem wprawdzie 39 tys. zł (teoretycznie, bo nie sprzedaję), a w przypadku nowego utrata wartości wyniosłaby 100 tys. zł. Ponad 2 razy więcej. A przez 2 lata włożyłem w naprawy, przeglądy i części eksploatacyjne 5400 zł, z czego: 1300 zł przeglądy, 1500 zł naprawy (w tym jedna „startowa” 1000 zł), a 2600 komplet opon. W „nówce” byłoby to 3900 zł (dwa przeglądy i dodatkowe opony). Różnica – 1500 zł , a w utracie wartości – 50 tys. zł. Jak widać, zakup starannie dobranego samochodu używanego, może się opłacać, nawet w porównaniu do stockowego.
Istnieje jeszcze jeden pomysł na auto – zakup kilkunastoletniego, prostego, oszczędnego egzemplarza z przebiegiem 150+ tys. km, w okazyjnej cenie. W takim przypadku, utrata wartości będzie minimalna – Fiat 500c 2010 r. po półtora roku w domu wart o 5 tys. zł więcej niż zapłacono ), w normalnych warunkach 1 -1,5 tys. zł /rok. Naprawy, nawet liczne, pozostaną tanie: pakiet startowy (z pracą mechanika i częściami, w tym kompletnym rozrządem z pompą wody) ok. 2000 zł, sprzęgło 1500 zł, przepływomierz – 450 zł, a od biedy da się je wykonać samodzielnie. Tak robią jeżdżący niewiele, ale i zajeżdżający samochody (mój kumpel – taksówkarz z przebiegami 80 tys. km/rok), bez dwóch lewych rąk. W dobrze dobranym modelu nic się nie psuje, co najwyżej naturalnie zużywa (sprzęgło, zawieszenie, drobiazgi osprzętu). W takim przypadku koszty eksploatacji okażą się minimalne.
A oto przykłady, usystematyzowane, wg dzisiejszych cen.
Skoda Kamiq (przebieg 0 km na starcie) – cena 120 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 50 tys. zł, paliwo (dystans 15 tys. km/rok) – 30 tys. zł, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy (opony) – 16 tys. zł. Suma 96 tys. zł/5 lat, z finansowaniem – 120 tys. zł/5 lat.
Skoda Kamiq (przebieg 45 tys. km i 5 lat) – cena 85 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 35 tys. zł, paliwo – 30 tys. zł, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy (opony) – 17 tys. zł. Suma 82 tys. zł/5 lat, z finansowaniem – 102 tys. zł/5 lat.
Skoda Kamiq (przebieg 129 tys. zł i 5 lat) – cena 65 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 26 tys. zł, paliwo – 30 tys. zł, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy (opony) – 25 tys. zł (założyłem naprawy za 10 tys. zł, może być i ćwierć tej sumy). Suma 81 tys. zł/5 lat, z finansowaniem 97 tys. zł.
Volkswagen Passat (przebieg 140 tys. km i 5 lat) – cena 55 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 15 tys. zł, paliwo 26 tys. zł, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy (opony) – 30 tys. zł (założyłem naprawy za 15 tys. zł, jak na razie wydaliśmy, z pakietem startowym, ok. 4 tys. zł, przy przebiegu 40 tys. km). Suma 71 tys. zł/5 lat, z finansowaniem 81 tys. zł.
Volkswagen Passat (nowy) – cena 180 tys. zł. Utrata wartości 5 lat – 90 tys. zł, paliwo 26 tys. zł, koszty utrzymania – 15 tys. zł. Suma 131 tys. zł, z finansowaniem 167 tys. zł.
Fiat 500c (1.2 benz – przebieg 150 tys. km i 13 lat) – cena 13 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 4 tys. zł, paliwo – 30 tys. zł, ubezpieczenie (OC), przeglądy, naprawy (opony) – 9000 zł (naprawy prostej benzyny będą tańsze). Suma 43 tys. zł (z finansowaniem 45 tys. zł).
Fiat 500 benzyna (nowy) – cena 70 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 30 tys. zł, paliwo 30 tys. zł, utrzymanie – 11 tys. zł. Suma 71 tys. zł ( finansowaniem 85 tys. zł).
Hyundai Kona electric (przebieg 22 tys. km i 3 lata) – cena 99 tys. zł, utrata wartości 5 lat – 54 tys. zł, paliwo 5000 zł (tankowany za darmo w domu), ubezpieczenie, przeglądy, naprawy, opony – 20 tys zł. Suma – 79 tys.zł, z finansowaniem 99 tys. zł.
Spokój związany z „salonowcem” kosztuje nas, w przypadku auta klasy średniej (Passat), kilkadziesiąt tysięcy złotych (plus koszty finansowania) na przestrzeni 4-5 lat. Nawet małe auto będzie znacznie droższe (Fiat 500 nowy – 71 tys. zł, trzynastoletni 43 tys. zł, a z finansowaniem odpowiednio 85 i 45 tys. zł). Kto nie lubi ryzyka kupi nowe, kto liczy – używane.
Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.
Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.
W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.
Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.
Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.
Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.
Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.
Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.
Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.
Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.
Cienka granica pomiędzy wegetacją a życiem.
Ten wpis stanowi rozwinięcie dyskusji w komentarzach, które siłą rzeczy, posiadają ograniczoną pojemność. Pierwotny wpis odnosił się do zasugerowanej przez Adama z bloga warsztatadama.pl kwoty 3875 zł jako pewnego miesięcznego minimum do życia na wsi (wg cen z sierpnia 2023 r.) , ale dyskusja zeszła trochę w bok, czy te ok. 4000 zł plus świadczenia na dziecko, oznaczają życie czy wegetację. I czym oba te stany istotnie są?
Definicji „życia” nie sformułujemy, ale „wegetacji” – jak najbardziej. Według Wielkiego Słownika Języka Polskiego (wsjp.pl) „wegetacja to życie ograniczone do zaspokajania podstawowych potrzeb biologicznych, bez perspektyw, bez możliwości zaspokojenia potrzeb emocjonalnych, intelektualnych, kulturalnych.”. Doszliśmy do konkretu.
Podstawowe potrzeby biologiczne określił już Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza” – jedzenie, dach nad głową, ubranie. Tyle potrzeba, by przetrwać. O ile mamy swój dom na wsi, będziemy płacić za media, podatki itp. ok. 490 zł przy 3-osobowej rodzinie. Jedzenie, leki, kosmetyki, chemię, kupimy za 1500 zł. Skoro blogerka godnezycie.blogspot.pl żywi 6 osób (w tym 5 dorosłych, a niektóre ze specjalną dietą) za 1800 zł/m-c, my damy radę z trzema. Ubranie kupimy za 150 zł. Tyle potrzeby biologiczne, do których dodałem jeszcze transport i wyszło mi 2440 zł/3-os./m-c.
Potrzeb emocjonalnych nie zaspokoimy pieniędzmi lecz relacjami, więc możemy je pominąć.
Inaczej będzie w przypadku potrzeb intelektualnych, kulturalnych. Tutaj jakąś minimalną chociaż kasę trzeba mieć. Załóżmy kilka wariantów.
Pierwszy. Dziecko uprawia sport, uczy się języka obcego, chodzi do szkoły, dorośli czytają książki, interesują się muzyką. W moim przypadku (miasto) kosztuje to ok. 850 zł/m-c.
Wiele zajęć dodatkowych da się ogarnąć za grosze (muzyka, taniec w domu kultury), albo za darmo (koncerty od disco polo do Chopina). Sport syna kosztuje mnie 300 zł/rok z dwoma obozami. Wycieczki i wyjścia szkolne 250 zł. Angielski – 200 zł. Książki, gdybym ich nie kupował, mogę za 0 zł wypożyczyć w bibliotece. Żona podobnie.
Mnóstwo wydarzeń kulturalnych transmituje telewizja, istnieją teatry amatorskie, groszowe zajęcia plastyczne. Praktycznie wszystko.
I tu zastrzeżenie – piszę o średniej.
Drugi. Natomiast bywają oczywiście dzieci wybitnie uzdolnione (może jakieś 10-20%) i takie wymagają znacznie większej kasy. Wychowanie drugiej Igi Świątek, to dzisiaj koszty kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie, podobnie noblisty. Studia w dalekim mieście kosztują 3500 zł (wynajem, dojazdy, jedzenie, książki) i nie każdego na to stać. Dlatego młodzież pracuje, dorabia itp. Ojciec kierowcy wyścigowego sprzed IIWŚ sprzedał kamienicę w Krakowie, żeby kupić synowi Bugatti. Nowy fortepian oznacza konieczność wyłożenia kilkuset tysięcy złotych. Dlatego np. Rafał Blechacz dostał go dopiero po wygraniu Konkursu Chopinowskiego, wcześniej ćwiczył w budynku Akademii Muzycznej.
Trzeci. Trafiają się też wyjątkowe głąby, którym trzeba korepetycji, albo dzieci o specjalnych potrzebach z uwagi na stan zdrowia (leczenie, rehabilitacja). Tutaj także koszty idą w grube tysiące.
Jednak „typowe” dzieciaki – wariant pierwszy stanowią 70-80% populacji. I do nich się odnosiłem.
I na koniec „perspektywy”. Tutaj trafiło nam się słowo wyjątkowo pojemne. Może oznaczać zarówno zakup mieszkania, nowego auta na 18-tkę, pokazanie całego świata, zwiedzonego razem, studia w Londynie itp. No i wtedy, faktycznie 4000-5000 zł wygląda śmiesznie mało.
Natomiast jeśli przyjmiemy coś, co jeszcze niedawno nazwano by „uczciwym wychowaniem” tj. zdobyty zawód, objechanie Polski, jakiś kapitał kulturowy – 4000 zł powinno wystarczyć na życie, które w mieście, w kupionym na kredyt trzypokojowym mieszkaniu kosztuje pracownika korporacji 2-3 razy więcej.
Stąd podtrzymuję swoje zdanie – 4000-5000 zł we własnym domu na wsi, to nie wegetacja, a życie. Chociaż często traktując naszą, wielkomiejską bańkę jako punkt odniesienia, wydaje nam się inaczej. Zwyczajnie, przyzwyczailiśmy się do standardu zagranicznych wakacji, dobrych aut, domów w ciekawych dzielnicach, własnych firm.
Dobra rada starego pracownika. Stwórz połączenie pomiędzy produktywnością a dochodem.
Całkiem niedawno przeprowadziłem rozmowę z jedną z moich koleżanek z pracy. Dziewczyna ma doskonałe efekty – dokładnością, trzymaniem się deadline’ów, bije mnie (i innych) na głowę. Jednocześnie, zarabia znacznie mniej niżby mogła. Samą złości się z tego powodu, ale wpadła w zaklęty krąg. Myślałem i myślałem i jako stary pracownik wpadłem na pomysł jak sobie z tym radzić. Opracowałem program „5 kroków do zarabiania tyle, na ile zasługujesz” . Uwaga!!! Przeznaczony jest wyłącznie dla ludzi pracowitych, niech nawet nie próbują go tacy lenie, jak ja. Dlaczego? Ponieważ celem nie jest głaskanie wewnętrznego lenia, lecz stworzenie połączenia pomiędzy produktywnością a dochodem – pozytywnego sprzężenia zwrotnego (im więcej pracujesz, tym więcej zarabiasz, więc masz motywację do pracy). Zaczynamy.
Krok 1. Zmniejszaj ilość wykonywanej pracy, aż przełożony zauważy, że pracujesz mniej.
Każdy leń łatwo przeszedłby ten krok. Za łatwo. Tymczasem obowiązkowy perfekcjonista ma problem. Jak to pracować mniej? Jak to czekać na negatywną reakcję przełożonego? No cóż zdradzę Wam pewien sekret – dopóki nie zaczniecie wykonywać 1/2 dotychczasowej pracy – nikt się nie zorientuje.
Krok 2. Jeśli przełożony wymaga raportów, umiejętnie ściemniaj.
Są firmy, w których wymaga się od pracowników raportów z realizacji zadań. Umiejętne ściemnianie w nich stanowi rodzaj sztuki. Osobiście zszedłem do 1/2 czasu i jeszcze nikt się nie połapał, ponieważ liczba czynności spadła o 20%. Jak to możliwe? Nadal nie jestem w ogonie (nie warto być ani w ogonie czyli w najgorszych 20% pracowników, ani w czubie). I jeszcze coś – system liczbowy nie założył, że pracownik z doświadczeniem 5-letnim powtarzalnych w sumie czynności, wykonuje poszczególne kroki 2 razy wolniej niż ten, który ma doświadczenia 10 lat. Stosuje się różne uproszczenia, wiadomo, że sprawdzić wystarczy 1/10 zmiennych, bo w pozostałych 9/10 i tak nie ma błędów. Gdy ktoś wymaga czasu spokojnie mogę wtedy rozciągnąć czynność dwukrotnie, czyli jeżeli pracuję 3 godziny, wpisuję 6 i mało kto się orientuje.
Krok 3. Porównuj się z innymi – negocjuj akceptowalne minimum.
W dużych zespołach znajduje się całe spektrum postaw. Od leni i obiboków do pracusiów. Skoro firma płaci nawet za minimum, wielu mówi, że nie warto robić więcej. Znaleźliśmy punkt przecięcia podaży i popytu pracy. Trzeba tylko metodą prób i błędów starać się osiągnąć.
Krok 4. Uświadom przełożonemu, że „więcej pracy” wymaga nagrody lub podwyżki.
Szansa na podwyżkę z woli przełożonego jest jak Yeti – nikt nie widział, nawet jeżeli istnieje. W rzeczywistości o swoje trzeba nieraz brutalnie walczyć. Każda prośba o podwyżkę musi być uargumentowana wyliczeniami.
Krok 5. Trzymaj się założeń. Dopóki nie będziesz nagradzany, nie zwiększaj ilości pracy. W ostateczności rzuć papierami.
Jeżeli pierwsze cztery kroki nie wystarczą, czas na piąty, dość radykalny. Nie zwiększaj ilości pracy. Rób tyle co wszyscy. Staraj się regulować ilość roboty planowymi nieobecnościami. Zacznij oddawać krew (2 dni wolne), wylecz wszystkie choroby (rekordzistka z mojej firmy – 2 miesiące na bolącą piętę, nie uraz, nie konkretna choroba, po prostu bolało i już). Jeżeli i to nie poskutkuje – rzuć papierami – ten pracodawca/przełożony nie da się zreformować.
Jak uciec z wyścigu szczurów?
Pytanie, które stawiam w tytule, nurtuje większość osób po przekroczeniu trzydziestki. Jesteśmy już wystarczająco zmęczeni ciągłym kieratem, straciliśmy złudzenia co do natury korporacji i pracy w ogólności, a mamy jeszcze siły coś zmienić. Odrzucenie pośpiechu, pracy (z dojazdem) 9 -11 h dziennie wydaje się zachęcającą perspektywą. Jednak z każdego kąta szczerzy zęby rzeczywistość i zmusza do zastanowienia się: Jak to zrobić?
Prosta recepta. Najprostszą odpowiedź daje złota reguła finansów osobistych: Zmniejsz wydatki, zwiększ przychody, zgromadź oszczędności, albo najlepiej …. wszystko razem.
Punkt startowy. Znam to doskonale, codziennie obserwuję. Rodzina 2+zwierzak domowy, może z kredytem hipotecznym w dużym mieście swobodnie wydawać 8-9 tys. zł uważając, że żyje oszczędnie. Przy czwórce (2+2) będzie to 15k. Jasne, oszczędnie to oni żyją, tylko gdy porównają się z całym otoczeniem. Dlaczego? Ano dlatego, że wydają 80-110 % swojej wypłaty, pochłaniając jednocześnie wszystkie ekstra dochody (jakieś nagrody, obrywy). Na tym polega wyścig szczurów. Biegną coraz szybciej, a nic z tego nie wynika. Niby jakieś podwyżki są, ale ledwo nadążają za kosztami.
Plan. Recepta pokazuje tylko jedno – kierunki. Poza nimi konieczny jest plan. Musimy wiedzieć, co konkretnie trzeba zrobić i w jakim terminie. Przejdziemy te etapy po kolei.
Zmniejsz wydatki. Realną stawką, do której da się zejść to 1,5k/osobę. Rekordziści, w większych rodzinach, zmieszczą się i w 1k/osobę. Podobnie samotnicy. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. I tu przechodzimy do planowania. Skoro znamy poziom docelowy, jak działać, żeby do niego dojść?
Radykalnie ciąć w każdym punkcie. 1k na osobę to 450 zł na tzw. dom, 300 zł na jedzenie i 250 zł na wszystko inne. Gdy mówimy o 1,5k, myślimy 450 zł na dom, 450 zł na jedzenie i 600 zł na resztę. Gdzie tu miejsce na kredyt hipoteczny? No, nie ma. Gdzie na dwa auta? Też się nie zmieściły. Czyli co? Ano, przyjdzie Wam opuścić miasto, albo mega kombinować (pamiętacie wpis o nieruchomościach – kup duży dom i wynajmij na mieszkania?, zamieszkaj w na piętrze w domu rodziców), korzystając z obecnej zdolności kredytowej. Żadnych apartamentów (chyba, że za gotówkę lub w darowiźnie). Nie wierzysz, że się da? Poczytaj Frugalwoods albo… tego bloga.
Mój dom w mieście (już bez kredytu) kosztuje mnie z ogrzewaniem gazowym (drogo – 650 zł/miesięcznie) ok. 1,3 tys. zł. Ponieważ mieszkamy we trójkę wychodzi 433 zł/osobę. Gdyby grzać drewnem (piec zgazowujący, kominek z płaszczem), zamontować solary i FV, zejdziemy do 630 zł (gaz 100 zł, 50 zł prąd, 140 zł śmieci, 90 zł internet, 100 zł drewno, 150 zł woda, 40 zł podatek), a to już 210 zł/osobę. Na wsi będzie nawet taniej o wodę (-25 zł/osobę). Ale powiedzmy sobie szczerze, pięciopokojowy dom dla 3-4 osób to zbędny luksus. Spokojnie wystarczyłby 45m2 + antresola (3 sypialnie, salon z aneksem+łazienka). Jego eksploatacja, we współczesnym standardzie okazałoby się jeszcze tańsze. Zwłaszcza na wsi. Więc spokojnie da się zejść poniżej tych 433 zł/osobę za dom.
Temat 300-450 zł/osobę na jedzenie, wałkowałem na blogu wielokrotnie. Nie chodzi o głodowanie, życie na kluskach, lecz produkcję, gotowanie w domu, kupowanie u producentów, więc taniej. Skoro blogerka godnezycie.blogspot.pl może, to i Ty też, bez problemu dasz radę. Nie wymiękaj. Nawet alkohol da się wyprodukować, a co dopiero herbatki, chleb, wędliny, warzywa, owoce czy przetwory.
Teraz pole – „pozostałe”. Tutaj zalecam umiar. Kupujemy chemię i kosmetyki. Ktoś bierze stałe leki (jak ja), potrzebujemy ubrań (niekoniecznie markowych i nowych), a dzieci edukacji (tylko formalnie bezpłatnej). Dorosły paradoksalnie kosztuje taniej, bo już nie rośnie, a zajęcia dodatkowe znajdzie bezpłatnie. Auto? Da się je objechać tanio – Fiat Panda z gazem, samoobsługą i przebiegiem 500 km/miesiąc kosztuje nas 250 zł. Przy trzyosobowej rodzinie – 83 zł/osobę, tyle co bilet miesięczny. Do 600 zł/osobę zostaje nam jeszcze sporo, więc upchniemy jakieś tanie wakacje (mój syn – dwa obozy sportowe rocznie – razem 2000 zł, plus wyjazd nad jezioro ze znajomymi na dwa tygodnie), minimalne zajęcia dodatkowe (godzina języka, sport, obiady w szkole), ciuchy, kosmetyki i chemię. Trzeba się nakombinować, nie powiem. Bezdzietna para zrobi to taniej. Bo przecież za 800 zł opłacą pole namiotowe na tydzień, drugie tyle przeznaczą na jedzenie, coś tam na dojazd i mają wakacje za 1800 zł, czyli 75 zł/osobę/miesięcznie. Nie we Władysławowie lecz nad jeziorem, ale czy koniecznie musi być morze?
Razem wydatki, jako się rzekło 1,5 kzł/osobę, co oznacza:
- 1,5 tys. zł – singiel,
- 3 tys. zł – para,
- 4,5 tys. zł -rodzina trzyosobowa,
- 6 tys. zł – rodzina z dwójką dzieci.
Zwiększ dochody. Trudno mieszkać na wsi i zarabiać w korpo 20 k/2 os. Pomijam konfederacki ideał – zdalna w IT. Ale czy musi być korporacja? No nie. Ogarnięty człowiek, pracą fizyczną zarobi te 50 zł/h netto. Nie trzeba rąbać za minimalną w sklepie czy budżetówce. Przyznał to nawet prezydent Andrzej Duda. Więc niech 11h zmieni się w … właśnie w ile? Dwie osoby pracujące po 20 h tygodniowo (lub jedna 8h), wyrobią 170h/miesiąc, czyli 8500 zł. Na parę – aż nadto. Na trójkę, czy czwórkę – z 800+, także.
A minimalna (22 zł/h)? Niech będzie, w końcu to wieś. 3700 zł/170h. Na dwójkę starcza. Trójka ma 1500 zł zapasu (ze świadczeniami od państwa). Czwórka – tu już będzie brakowało 700 zł (6000-5300).
A może wcale nie warto zawracać sobie głowy etatem? 3700 zł na 2 osoby to 20 dób pracy dniówkowej. Jedna łazienka zrobiona w mieście przez głowę rodziny, raz na kwartał (2-3 tygodnie pracy).
Jeszcze inaczej zdarzy się, gdy dysponujemy przychodem pasywnym. 18 k rocznie (1 osoba) to 5% od 360 tys. zł. 36 k (dwójka) od 720 tys. zł. 54k (trójka) od 880 tys. zł (+… 800+), 72 k od 1.050 tys. zł. Sporo. Większość jednak będzie zmuszona pójść do pracy.
No, ale miało być o zwiększeniu dochodów, a ja już o zmniejszeniu. Wracamy na ziemię. Może żeby zdobyć pewne oszczędności, trzeba będzie pojechać na saksy, może wziąć popołudniową pracę, może zmienić robotę. Na jakiś czas – 3-5 lat. A potem rozkoszować się wynikiem – zwiększonymi oszczędnościami. I ucieczką z wyścigu szczurów.
O budowie domu na wynajem. Czy taki ruch ma obecnie sens. Studium przypadku.
Kiedy zbierałem materiały do majowego wpisu o kosztach mieszkań robotniczych przed II WŚ znalazłem i taką informację – koszt budowy m2 wynosił od 2800 zł do 7000 zł za dwuizbowy lokal ok. 40 m2. Skąd te różnice? Najdrożej wychodziło jednorodzinne „z wygodami”, najtaniej prymitywne z wychodkiem na podwórzu, bez bieżącej wody itp. – stan surowy zamknięty na dzisiejsze warunki. Tak się składa, że jeden z moich przyjaciół buduje właśnie dom. Prosta konstrukcja (betonowe słupy, stropy i wieńce, uzupełnione ceramiką), ocieplenie styropianem. Nieskomplikowana bryła (prostokąt). Powierzchnia – 180 m2. Koszt – ok. 900 tys. zł, a część robił sam, resztę metodą gospodarczą. No bez faktur, rzecz jasna, bo za gotówkę. I teraz pojawiło się pytanie, czy taka budowa ma sens, zwłaszcza, że następowała „na zarobek”. Postaram się odpowiedzieć. Do tego pokażę moje rozkminy, związane z ewentualną budową domku w górach. Do dzieła.
Dom 180 m2. Koszt 900 tys. zł. W tym przypadku struktura wygląda tak – sklep plus dwa mini-apartamenty. Zysk trochę stałego (czynsz sklepowy 5 tys. zł/m-c) , trochę niepewnego (apartamenty szacowane – drugie tyle). Razem 10 tys. zł/m-c, minus koszty i podatek – netto ok. 8 tys. zł/m-c. Przy całości trzeba się nachodzić. Sklep idzie samograjem, ale już apartamenty – nie. Lato oznacza ciągłe zmiany pościeli, pilnowanie grafiku, jakiś marketing, uspokajanie zbyt hałaśliwych osób. Ogólnie – w sezonie pracy całkiem sporo. Średnio 4 h x 2 apartamenty x 4 wynajęcia miesięcznie = 32 h.. Jeżeli zaczniemy ją wyceniać według stawek rynkowych (30 zł/h) – ok. 1000 zł/m-c. Odliczając koszt pracy własnej – 7 tys. zł/m-c, a więc 84 tys.zł/rok. Zysk 9%. Całkiem nieźle i opłacalnie, ale przy założeniu, dojścia do planowanego obłożenia. Jeżeli rok okaże się gorszy, schodzimy do 7% . Fantastycznie? To teraz uświadomcie sobie jedno – dom nie stoi w powietrzu. Do 900 tys. zł trzeba dodać 0,5 mln na działkę (po tyle tam chodzi ziemia). I robi się 84 tys. zł/rok (lub 60 tys. zł/gorszy rok) z 1,4 mln zł. To już tylko niecałe 5-6 % netto. Mniej niż moje obligacje korporacyjne a na poziomie obligacji SP. Ma sens, gdy ceny nieruchomości idą w górę.
Mały domek, jak na zgłoszenie do 70m2. Na parterze ok. 35 m2, na piętrze podobnie. Trochę naciągając da się zrobić 2 apartamenty na wynajem, chociaż forma będzie nadal „mieszkalna”. Koszt budowy, z dużym użyciem środków własnych ok. 300 tys. zł. Przychód z wynajmu całości wyniesie – 6 tys. zł brutto. Jeśli odliczymy koszty, podatek – zostanie nam 4 tys. zł. Płacąc za wynajem (lub wyceniając własną pracę) 1 tys. zł/m-c, finalnie tylko 3 tys. zł/m-c i 36 tys. zł/rok..12%, ale przecież jest działka. Ta kosztowała 400 tys. zł. I zysk spada do 5,1%. Dokładnie do takiego poziomu jak …. obligacje Skarbu Państwa.
Zatem – umiejmy ocenić ryzyko i wyceniajmy uczciwie. Budowa domku na wynajem ma sens tylko w jednym przypadku – gdy przewidujemy wzrost cen takich nieruchomości. A na to obecnie, nie widzę gigantycznych szans z powodów makroekonomicznych.
Komu dojazd do pracy, temu auto elektryczne ładowane z gniazdka. Porównanie miesięcznych kosztów paliwa – dojazd do pracy (30 km w jedną stronę) elektrykiem, dieslem, benzynowcem, autem na gaz.
Dzisiaj bardzo wdzięczny temat, do którego wracam po raz kolejny – auto elektryczne, a pozostałe rodzaje napędu i …. cena paliwa.
Założenia. Codzienne – 22 razy w miesiącu dojazdy do pracy na dystansie 30 km w jedną stronę. Auta porównywalne wielkością i modne – małe tzw. subkompaktowe SUV-y.
Elektryk. Moja Kona. Zużycie prądu (średnia z zimy i lata) – 12 KWh (wahania od 8,9 KWh do 15 KWh). Łączne zużycie na dystansie 1320 km – ok. 160 KWh. Cena:
- własna fotowoltaika, (bezpłatnie pod Lidlem już nie działa – wprowadzono opłaty) – 0 zł,
- prąd z gniazdka (cena 1,1 zł/KWh) – 176 zł,
- prąd z ładowarki DC (szybkiej) – 480 zł.
Diesel. Taka sama Kona, ale w dieslu. Spalanie 5 l/100 km. Łączne zużycie – 66 litrów. Cena – 462 zł przy 7 zł/litr.
Benzyna. Skoda Kamiq 1.0 TSI. Spalanie 6 l/100 km. Łączne zużycie – 79 litrów. Cena 514 zł przy 6,5 zł/litr.
Gaz. Skoda Kamiq 1.0 TSi. Spalanie LPG 7 l/100 km, spalanie benzyny 1 litr na 100 km. Łączne zużycie 92 litry LPG i 13 litrów benzyny. Cena 360 zł.
Wynik. Elektryk ma sens tylko, gdy ładujemy go z własnego gniazdka lub bezpłatnie. W pozostałych przypadkach (płatne ładowarki) przegrywa z każdym innym napędem poza benzyną. Domowe ładowarki przy takim przebiegu mogą okazać się uciążliwe, ponieważ mają małą moc (2 KWh czyli pół baterii na 160 km przyjmuje przez 10 godzin). Te pod sklepem już funkcjonują jako płatne.
Jeśli bierzemy pod uwagę samo paliwo, nawet w porównaniu z LPG oszczędzimy rocznie (ładując z własnej FV) – ok. 4320 zł.