Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 5 – Oszczędny Milioner

Czy Polaka stać na wieczne wakacje w ciepłym kraju?

Ostatnio jeden z klientów podrzucił mi ofertę – dwupokojowy apartament na wyspie na Oceanie Indyjskim za 100.000 zł. Wady? Daleka podróż lotnicza (przez kraje Zatoki Perskiej), nieco inna kultura. Natomiast identyczny lokal na Wyspach Kanaryjskich (część UE, mnóstwo lotów) – za ok. 400.000 zł (z lokalnymi podatkami i kosztami transakcji). Wady? Ochrona dzikich lokatorów, aczkolwiek przy stałym pobycie ma ona mniejsze znaczenie. Dom na Sycylii (nie ruina) – 100.000 zł?

I teraz wracamy do tytułu. Czy nas stać? Bungalow „na Kanarach”10-20 minut spacerem do plaży – w cenie kawalerki w Warszawie, albo małego mieszkania w dużym mieście. Dom na Sycylii czy tropikalnej wyspie za 1/3 kawalerki w Lublinie.

Wieczne wakacje – oznaczają albo pracę zdalną, albo całkowity luz. Koszt życia przez miesiąc, podawany przez lokalnych blogerów – ok. 3000 zł/os. Para w tym mieszkaniu/bungalowie 6000 zł/m-c. W konsekwencji stać kogoś, kto ma 400k na start i 6000 zł/m-c pasywnego dochodu. Licząc regułą 4% – 1.800.000 zł. Sporo. Przeciętny Polak, na pewno taką kwotą nie dysponuje. Co robić?

Sposób 1 – pracować na miejscu. Na życie zarobimy nawet z jedną pensją minimalną. W wielu miejscach system pracy 4 godziny rano i 4 po południu. Stąd w środku dnia mamy wakacje. Naciągane. A praca sezonowa? Np. przez 3 miesiące. Już lepiej.

Sposób 2 – maksymalizować stopę zwrotu. Np. do 8%/rok. Wtedy wystarczy mieć 900 tys. zł oszczędności plus lokal.

Sposób 3 – kupić coś większego za 900 tys. zł i wynajmować turystom. Dość proste i na życie zarobimy i dach nad głową zapewniony.

Sposób 4 – znaleźć pracę na plaży. Jak bohater „Sztuki opanowywania lęku” – jednego z rozdziałów „Nawyków tytanów” Tima Ferrissa. Wtedy jesteśmy i w pracy i na wakacjach.

Sposób 5 – nie kupować mieszkania tylko starego kampera. Klimat idealny. Póki silnik pracuje, jeździmy po wyspach, co miesiąc zmieniając miejsce pobytu. Wtedy wystarczy nam kasy z przeciętnego mieszkania w Polsce, o ile umiemy ją ulokować na 6-7%.

Komu bije dzwon? Dlaczego warto iść na emeryturę wcześniej.

W powieści Ernesta Hemigway’a pod takim tytułem pojawia się cytat z „Medytacji XVII” Johna Donne’a „Nie pytaj: Komu bije dzwon? Bije on Tobie”. Nigdy nie wiemy, ile pożyjemy. Czytając ostatnie polskie wydanie „Pieniądze albo życie” uderzyło mnie wspomnienie biograficzne o Joe Dominguezie, prekursorzy ruchu FIRE. Rok urodzenia 1938, zakończenie pracy 1969, śmierć 1997. Na emeryturze FIRE – 28 lat. Gdyby czekał na sowite, obiecane przez Matrixa świadczenie, no cóż nie doczekałby się. Zmarł w wieku 59 lat.

Porównanie losów, w świetle medytacji Johna Donne’a, stawia przed oczy problem – nigdy nie wiem jaki los jest mi pisany (nota bene zmarł ok. miesiąc przed 62 urodzinami), czy dożyję emerytury i w jakim stanie zdrowia. Stąd racjonalnie będzie wcześnie zakończyć aktywność zawodową.

Wiąże się z tym zasadniczy kłopot – pieniądze. Jak wspomina partnerka Joe, Vicky Robin, w chwili przejścia na FIRE miał 75k USD oszczędności i spłaconą hipotekę. Taka suma przeniesiona na warunki współczesnej Polski byłaby dzisiaj równowartością ok. 1-1,5 mln zł. I z taką sumą możemy startować. Kiedy zaczniemy? Wielu z nas nie ma szans na dorównanie mistrzowi.

Problemy społeczne przy przeprowadzce na wieś.

Temat analizowałem po raz pierwszy, gdy moja żona rzuciła pomysł przeprowadzki w góry. Inna miejscowość, ale kłopoty dokładnie te same. Chociaż nieco inne dla dzieci i dorosłych. Przy czym omawiam temat z gruntu prawdziwej wsi, a nie przedmieścia. Patrzę z punktu widzenia mieszczucha, a nie kogoś, kto po studiach wraca „na stare śmieci”.

Problemy dzieci. Pierwszy i zasadniczy – zmiana szkoły i całej grupy rówieśniczo-przyjacielskiej. Owszem, na rok, dwa da się go przetrwać, dowożąc dzieci do starej placówki oświatowej, ale na długi dystans nie ma to sensu. Zmiana szkoły = zerwane więzi. I problem. Wiele nieudanych przenosin rozbiło się o tę rafę. Ci, którym się udało, mieli zupełnie inny pomysł. Na wieś wyjeżdżali albo na etapie przedszkolnym dziecka, albo w chwili podjęcia przez nie kolejnego etapu edukacji. Ma to głęboki sens. Mój syn za rok kończy szkołę podstawową. Planuje liceum sportowe, w innym województwie. Co z tego wyjdzie? Nie wiemy. W rezerwie pozostaje dojazd do miasta, razem ze mną/koleją/własnym mikroautem.

Druga kwestia, nieco związana z pierwszą, zupełnie inne wartości obu środowisk, umiejętności, tematy rozmów. Poza wspólnymi w męskiej grupie (sport, samochody, gry), kobiecej (kosmetyki, ubrania), oraz dla wszystkich (płeć przeciwna, muzyka), wpadamy w czarną dziurę zmian. Najpierw zacznijmy od różnic kulturowych. One się zacierają, ale istnieją. Widzę na styku „mój syn a dzieci przyjaciół ze wsi.” I tak, o ile chłopaki wspólnie grają w CS-a, o tyle zwykle mają inne tematy. Rówieśnicy ze wsi rozmawiają o maszynach (rolniczych i nie tylko), samochodami interesują się nie patrząc na wygląd, ale zawartość (silniki, mechanika). Kompletnie nie interesują się ubraniami czy fryzurami. Mieszczuchy odwrotnie. Dziewczyny, ciuchy zaprzątają im głowy. Pojawia się temat praw ucznia i człowieka, wolontariaty, kultura alternatywna i klasyczna. Muzyka? Również obecna, ale inna. Młodzież wiejska jest doroślejsza w jednym aspekcie (praktyka, praca), a bardziej dziecinna w innym (związki, umiejętność nawiązywania relacji). Te światy mają okazję się spotkać na niewielu polach. Stąd „mieszczuch” w wiejskiej szkole, o ile nie spotka bratniej duszy (o co trudniej w małej grupie) będzie zwykle stał z boku. Jeśli uprawia niemasowy sport, może mieć kłopot ze znalezieniem miejsca do treningów. Typowy „mól książkowy” do wsi rzadko pasuje. Niektórzy rodzice wydają się o tym zapominać, i akcentując swoją odmienność, zaogniają sytuację.

Problemy dorosłych. Biorą się również z odmienności światów i niechęci przystosowania. Słynny jest casus Krzysztofa Zanussiego, który próbował zamieszkać w Bochotnicy, wsi pod Kazimierzem Dolnym. Jako przedstawiciel „kina moralnego niepokoju” postanowił włączyć się w budowę kościoła. Publicznie uzasadniał to marnością moralną swojej wsi. No cóż, reżyser wybitny, ale gigantyczny kabotyn. Wieś zawrzała gniewem i skończyło się wyjazdem. Wywyższanie się, opowiadanie o swojej „mega ważnej pracy”, stanowi najgorszy pomysł. Wyróżnianie się ubiorem w zwykłych okazjach (chodzenie w garniturze do sklepu) – również. Na „mojej wsi” nie rozmawiam o doktoracie, religii, ale urodzajach, cenach zboża, szkodnikach, zmianach prawa dotykającego ludzi (zmiana planów zagospodarowania wyłączająca zabudowę, Mercosur). I oczywiście o tym, co zawsze łączy: dzieciach, jedzeniu, alkoholu. Ale wróćmy do problemów dorosłych.

Brak umiejętności praktycznych, cenionych w społeczności. Wieś rządzi się innymi prawami. Umiejętności korporacyjne: kłamanie, podpierdalanie, tworzenie raportów są kompletnie niepożyteczne, a nawet sprowadzą na nas kłopoty. Nie znaczy to jednak, że mieszczuch się nie przyda. Lekarz, prawnik, nauczyciel, o ile nie zaczną się wywyższać wniosą wartość dodaną do społeczności. Podobnie mechanik, informatyk, muzyk. Ale zanim podejmiemy się przeprowadzki, dążymy do nauczenia się prac fizycznych. Lekarz sam odśnieżający podjazd, prawnik rąbiący drewno, muzyk grający na festynie, informatyk-strażak – zdobędzie łatkę „swojego chłopa” podobnie kobieta gotująca, sprzątająca, dbająca o męża i dzieci. Wieś jest tradycyjna i trzeba mieć tego świadomość.

Nieobecność, praca w mieście wyłączają nas ze środowiska lokalnego. Nie tylko z odmienności zawodowych, ale i czasu. Pracując 9-17, przez 5 dni w tygodniu, wyjeżdżamy o 8, wracamy o 18. W zimie, o tej porze wieś zamiera, bo jest ciemno. W lepszej sytuacji znajdzie się ktoś, kto zaczyna o 6 i wraca przed 15. A w najlepszej – wolne zawody, przedsiębiorcy, a zwłaszcza pracujący na 12-tki, bo w niektóre dni jesteśmy na miejscu. Mój system – 2-3 dni w mieście, niepracująca żona, opiera się na takim założeniu.

Wejście na starcie w silne konflikty. Na wsi każdy jest od kogoś. Walcząc z jednym, stajemy naprzeciw całej jego rodziny. Narzędziem zwalczania (jak w korpo), okazuje się plotka, narażanie na śmieszność (np. określenie przyjezdnych z Warszawy „Papuasy”, wspomniane przez Joannę Posoch). Nie mając sojuszników (a na początku ich nie mamy), skazujemy się na przegraną i wykluczenie ze wspólnoty.

Osłabieni relacji z miastem. To jest realny problem. Zaczynamy wisieć pomiędzy. Nowych znajomości jeszcze nie mamy, stare trudniej kultywować. Zostając w kawiarni, wracamy po pracy jeszcze później. Idąc w sobotę do teatru, tracimy czas na wiejski festyn. Sielska wieś przyciąga gości, ale niektórzy przywożą ze sobą miejskie nawyki: pośpiech, oczekiwanie na obsługę. A one do wsi nie pasują. Nie jesteśmy agroturystyką ani „rodziną na wsi” sprzed 50 lat.

Czy dodacie coś jeszcze?

Dla kogo jest model „praca do 35 r.ż”, potem wczesna emerytura?

Zastanówmy się dobrze, popatrzmy na ikony polskiego i światowego ruchu FIRE. Większość z nich da się przypisać do grupy „wysokie pobory”. Przy czym „wysokie” to nie średnia krajowa +20%, ale 40-60k/m-c. Kto zarabia tyle kasy? Menedżer IT, bankier inwestycyjny, właściciel sporej firmy, dyrektor handlowy, lekarz. Dokładnie tak. Moja analiza pokazała wyraźnie – chcesz oszczędzać 70% dochodu, musisz zarabiać mocno ponadprzeciętnie. Ale wtedy zyskujesz szansę na „emeryturę po 10 latach pracy”. Beneficjenci tego systemu dadzą się umieścić w jednym mieście. Przypominam, w Polsce pracuje ok. 17 mln ludzi. Z tego 10% zarabia pow. 15k brutto. Większość z nich lokuje się w BIG FIVE plus kilkunastu gminach w Polsce (Śląsk, okolice Lubina, Bełchatowa). A 50k miesięcznie, to już są promile populacji.

A czy istnieje jakaś „wersja mini”? Z pewnością (Lean FIRE). Aczkolwiek wymaga daleko idących kompromisów. Trzeba zrezygnować z dużego miasta, jego wygód, mocno zaciskać zęby przez 15 lat (wcześnie zacząć pracę, ożenek koło 30-tki). Nic nie stanie się ot tak. Nic nie spadnie z nieba. Arkusz kalkulacyjny (ew. papier i ołówek) muszą stać się naszymi przyjaciółmi.

We wpisie o moich kumplach z dzieciństwa opisałem ten styl życia. Bliski „Frugalwoods”, a nie miejskiej klasie średniej. Popatrz:

  • dom – albo „na zgłoszenie” max.70m2 albo niewielka kostka z PRL-u. Niektórzy wybiorą poniemiecki lub drewniak. Koszt zakupu 100-300k. Taniej na „Dzikim Wschodzie” przy granicy z Ukrainą, drożej np. na Dolnym Śląsku. Nieźle cenowo wychodzi wymierające Opolskie.
  • auto – stary, ale jary przedstawiciel ginącego gatunku wozów nie do zajechania. Od pancernych Audi A4 TDI przez Fiata Pandę aż do Dacii. Proste, nie ma się co psuć, a jeżeli już, naprawy dadzą się zrobić przy domu lub z kumplem. Niewielkie przebiegi gwarantują długowieczność.
  • jedzenie – hodowane samodzielnie, kupowane od sąsiadów, albo w dyskoncie. Dokładnie w tej kolejności.
  • dzieci – od całkowitego braku aż do dużych rodzin. Zasady są proste – bez szaleństwa, bez wymyślania, wcześnie do pracy. Dzieci moich kumpli pierwszą kasę zarobiły jako 10-12 -latki.

Ten model, połączony z systemem zasiłków, pozwala „parze średniaków” czyli dwójce z dochodem z pracy 8-9k, żyć za 3-6k (rodzina 2-6 osób). Jeśli dodamy zasiłki na dzieci (1k/os.), dochodzimy do oszczędności na poziomie 5k/m-c. Kto potrafi sensownie zainwestować, po 15 latach takiej pracy zyska 1.5 mln oszczędności wg dzisiejszej wartości pieniądza. Doskonała baza do FIRE (1.5 mln x 4% = 60k/rok i 5k/m-c). Coś się dorobi, coś dorzuci państwo i emerytura 35-latka możliwa.

W tym miejscu warto dodać pewne zastrzeżenie. 5k/m-c to nie są żadne „milionerskie standardy”. Mówimy o ludziach mieszkających w starym domu, jeżdżących starym autem, żyjących bez wakacji (albo na ciągłych wakacjach, w zależności od optyki, bo możemy sobie pojechać w środku tygodnia na ryby). Kto nie wierzy, temu polecam przeczytać „Offline”, w którym para trzydziestolatków kupiła dom na irlandzkiej prowincji i bez dochodu żyła przez ponad rok. Bez auta, bez komórki, bez komputera. Da się, aczkolwiek ten styl wymaga wyrzeczeń. I ponownie – zdecyduje się na niego wąska grupa.

Racjonalne przyczyny do odrzucenia FIRE.

W jednym z lipcowych komentarzy, napisałem zdanie, że rozumiem tych, którzy z racjonalnych przyczyn odrzucają FIRE. Dzisiaj czas tę myśl rozwinąć. Oto właśnie dowód, że FIRE nie jest wcale dla każdego.

Nie stać mnie. Z czym ja mam dyskutować. Ktoś zarabia minimalną (obecnie 3600 zł netto) i ledwie oszczędza 200 zł. Nie miał „lepszych lat”, nic nie odziedziczył. Faktycznie nie stać go na wczesną emeryturę. Matematyki nie oszukasz. Z 200 zł miesięcznych oszczędności, nie odłożysz miliona do pięćdziesiątki, ponieważ oznaczałoby to stopę zwrotu ok. 20% rocznie. Nie każdy nazywa się Buffet.

Nie mówię przy tym o ludziach, którzy usprawiedliwiają swoją rozrzutność, a jedynie o takich, których istotnie nie stać.

Kocham swoją pracę. Ktoś całe życie chciał być skrzypkiem w orkiestrze, lekarzem albo maszynistą. Po co ma porzucać zajęcie, bez którego jego życie jest puste? Bez sensu.

I znowu, odróżniam pasję od racjonalizacji. Praca kierownika w biurze w 99% nie oznacza miłości do papierów/Excela, ale właśnie usprawiedliwianie. Tomsi opisał tę postawę doskonale „wolę być kimś”.

Nie mam co robić na emeryturze. Może komuś brak fantazji, a może faktycznie – nie ma kompletnie pomysłu. Rezygnacja z prący, po to, by siedzieć przy Netflixie przez 6 godzin dziennie, albo w inny sposób zabijać czas, istotnie już lepiej zostać za biurkiem.

Tylko ten powód szybko zmienia się w usprawiedliwienie oraz niechęć do wypowiedzenia głośno bolesnej konkluzji. Nie mam co robić równa się nie wiem co mam robić, moje życie pozbawione jest pasji, a nawet jakiegokolwiek pomysłu. Jak powiedział mój „room mate” – „Przecież lepiej jest patrzeć na ocean na Kanarach, niż na brudną ścianę w biurze”. 100% racji. Ktoś, kto nawet do takiego wniosku nie doszedł, warto aby poszedł na długi urlop.

W domu mnie zajeżdżą. Nawet nie wiecie, jak często słyszę takie słowa. Zła żona, zły mąż, niewdzięczne dzieci. Być w domu, aby słuchać wiecznych wymówek, narzekań itp. Komuś, kto woli spokój firmy, serdecznie współczuje, i jako szczęśliwy małżonek i ojciec, doskonale go rozumiem. Widzę takie historie codziennie. Od mojego kumpla, który w wieku 45 lat stał się cieniem dawnego wesołego gościa (a nawet nie cieniem, lecz złośliwym dla otoczenia koboldem), ponieważ zasady religijne powstrzymały go od rozwodu z wariatką, przez koleżankę, poświęcającą się przez 20 lat, aż wreszcie doszła do wniosku, że najlepszym lekarstwem jest alkohol. Do innej, żony emeryta wojskowego, wykonującego obowiązki dowódcy, teraz już nie kompanii, a trójki domowników.

I tylko w tym punkcie nie czynię żadnych zastrzeżeń. Rozumiem i współczuje bezwarunkowo.

Jeszcze raz starzy o młodych – „roszczeniowe Zetki” i KIPPERS-i.

Wczoraj rozmawiałem przypadkiem z dawno niewidzianym kolegą. Jest menadżerem w knajpie i rzucał pioruny na tytułowe „roszczeniowe Zetki”. Do tego spotkałem się z obraźliwym określeniem młodych ludzi, rodem z USA – akronim KIPPERS czyli „kids in parents’ pocket eroding retiremont savings” czyli „dzieci w kieszeni rodziców, niszczące oszczędności emerytalne”. Jeszcze raz – czy tego już nie grali przez wieki?

Pisałem wiele razy – narzekanie na młodych, nie tolerujących autorytetów, a wymagających uwagi, pieniędzy, dobrej pracy, rozpoczęli starożytni. W literaturze greckiej i rzymskiej pojawia się archetyp młodzieńca „żerującego” na starszych i podważającego ich życiową mądrość. Czyli współcześni „obrońcy wartości” nie wymyśli nic nowego, powtarzają zdartą płytę.

Ale wróćmy do realiów. Najpierw rozmowa z moim rówieśnikiem. „Młodzi źli, bo nie umieją napisać CV, sami nie wiedzą czego chcą, pracują „bare minimum”, nie chcą nadgodzin.” I teraz clou – gość jest nominalnie zarządzającym, ale w rzeczywistości człowiekiem od wszystkiego (jeśli trzeba w kuchni, albo na dowozie), pracującym w interesie przyjaciół (właścicieli) non stop 7 dni w tygodniu (tak otwarte są lokale, spotkaliśmy się w niedzielne popołudnie, w jednym z nich), bezrodzinnym moim rówieśnikiem. Do 40-tki mieszkał z matką, która wychowywała go samotnie. Dostrzegam więc trzy aspekty:

  1. Gość krytykuje za to, za co i jego stawiano pod mur (mieszkanie „u mamusi”, brak stanowczych zobowiązań i szerszych ambicji, zadowalanie się robotą w knajpie, zamiast poszukania zgodnie z kierunkiem studiów), jeszcze 10-20 lat temu. Słowa dezaprobaty pod jego adresem wypowiadali o dekadę starsi członkowie rodziny, odnoszący sukcesy w „poważnych zawodach” (prawnicy, programiści, nauczyciele, policjanci itp.)
  2. Obiektem obecnej krytyki stają się dwudziestoparolatkowie (Zetki), którzy poszukują niekłopotliwej, niewymagającej roboty „na jakiś czas” czyli pracy w gastro. Nie trzeba mieć szczególnych kwalifikacji, praca jest zmianowa, 7 dni w tygodniu. Znowu – specyficzny target. Nie ma w nim mega ambitnych studentów wymagających kierunków, prymusów, którzy w razie życiowej konieczności wybiorą raczej dawanie korków niż stanie za barem.
  3. Nie dostrzega, że młodzi obserwując system pracy szefa (jego), nie chcą tak żyć. U kogoś, na smieciówce (dla niepoznaki zwanej kontraktem menedżerskim), od poniedziałku do niedzieli, bez stałego przytuliska (dwa lokale, pierwszy czynny 10-19, drugi pn-pt 10-18 i w sobotę do 14, ale trzeba jeszcze przygotować coś na otwarcie, więc de facto 10 godzin x 7 dni). Żadna „druga połówka” tego nie zniesie, stąd samotność. Młodzi widzą jądro systemu i wcale nie chcą takiego „awansu”.

Z indywidualnych (moje dzieci powiedziałyby „boomerskich”) przemyśleń trafiamy do grupy, obraźliwie określonej w amerykańskiej prasie – KIPPERS, a oskarżanej o rujnowanie oszczędności emerytalnych rodziców. Skąd taki pomysł?

Nie jest on ani nowy, ani lokalnie amerykański. U nas mówi się „gniazdownicy” we Włoszech „bamboccioni”. Ich życie krytykują i nagłaśniają problem badania sponsorowane przez deweloperów/landlordów. I tak sławetny HREIT twierdzi, że z rodzicami mieszka 52% ludzi pomiędzy 25 a 34 r.ż. a 80% gniazdowników posiada pracę. Problem nazywam rozdmuchanym z wielu przyczyn. Oto one.

Pierwsza – mieszkanie z rodzicami niejedno ma imię. Mieszczą się w nim niewywołujące zdziwienia tradycyjne gospodarstwa wiejskie. Tam młodzi dorośli mieszkają z rodzicami i pomagają w pracach od wieków. Na swoje idą w dniu emerytury rodziców. Tacy ludzie nie są ani pasożytami (pracują, pomagają), ani nie rujnują oszczędności rodziców. Także w miastach układ „młody ze starymi” miewa zalety, a nawet pozostaje obustronnie korzystny. Młodzi dorzucając się do rachunków, pomagają utrzymać duży dom, a dostają „dla siebie” np. całe piętro. Znowu – układ zaczerpnięty z tradycji wiejskich (większość z nas stamtąd pochodzi), ale i miejskiej (syn-rzemieślnik pracował z ojcem, dopóki nie dostał papierów mistrzowskich). Inny model – jedno dziecko zostaje z rodzicami, jako przyszła opieka na starość. Tu nie ma mowy o wykorzystywaniu, tylko rodzinnej wymianie przysług. I pisze to gość, który wyprowadził się w dniu uzyskania pierwszej pracy. Przedstawianie zjawiska typowego dla Polski, Włoch czy innych krajów, jako aberracji uważam za wręcz szkodliwe.

Druga – krytycy pomijają warunki życia. Tu kłaniają się deweloperzy, banki, landlordowie, czerpiący zysk z pompowania cen. Niesparowany trzydziestolatek ma trzy opcje. Wydać na samodzielne mieszkanie (kawalerka) w wielkim mieście 70% dochodów (2800 zł) . Jak student zamieszkać z kolegami (za 40% dochodów – tj. 1600 zł), albo zostać w domu rodzinnym i dokładać rodzicom 500 zł. Wybór trzeci wydaje się z gruntu racjonalny. Mniej stresów, znajome otoczenie, ekonomiczna opłacalność. Na wsi i w małym mieście – jeszcze inna bajka, tam widoków na nowy dom/mieszkanie nie ma, bo nikt ich nie buduje ani nie wynajmuje. Do tego te 500 zł „dokładania” pozwala na pewien luz. W świecie mediów społecznościowych, które stworzyli przedstawiciele pokoleń X,Y, oraz warunków życia panują proste oczekiwania. Od czasu do czasu wyjść coś zjeść. We dwoje z żoną poszliśmy na kawę i ciastko (dwa kawałki ciasta, kawa, shake) do knajpy zarządzanej przez wspomnianego na wstępie kumpla – rachunek 91 zł. Jeśli młody wyda 2800 zł na kawalerkę nigdy nie pozwoli sobie na podobne „szaleństwo”.

Trzeci – mieszkanie z rodzicami nie oznacza pasożytnictwa. Odróżnijmy niebieskiego ptaka, człowieka bez pracy i chęci jej podjęcia, domowego lenia, wymagającego obsługi od pracującego, dokładającego się do rachunków, sprzątającego trzydziestolatka. Dwa różne przypadki. Pasożyta piętnujmy, odpowiedzialnego – szanujmy.

Wreszcie na koniec – rujnacja oszczędności emerytalnych rodziców. Powiedzmy sobie szczerze, typowy X ich nie posiada. W moim otoczeniu, ludzie na zbliżonym do mnie poziomie dochodowym z pracy (nieco powyżej średniej, ale bez szaleństwa – do 3 średniej krajowej/rodzinę, wyłączam populację zarabiających więcej), dysponują łącznymi oszczędnościami max. kilkadziesiąt tysięcy złotych, spłacają jeszcze kredyty hipoteczne. Nie odkładają na emeryturę, która czeka ich za progiem (za 5-10 lat). Wyjątków niewiele. Wiele za to tych, którzy nie kupią dzieciom mieszkania, chociaż sami dostali od rodziców. Nie ma więc czego rujnować. W warunkach amerykańskich, niszczą je zaś krachy giełdowe, chciwi politycy, a przede wszystkim rachunki ze szpitala. Widzę tu niepokojący trend. Millenalsi po terapiach obwiniają za swoje niepowodzenia (także finansowe) rodziców, teraz pięćdziesięciolatkom wmawia się, że winne są dzieci. Zamiast popatrzeć na system polityczno-ekonomiczny i dojrzeć komu służy. Absolutnie nie dajmy się wkręcić. Ja tego nie kupuję. Może dlatego, że pomimo oddania synom mieszkań, dalej posiadam widoki na emeryturę, do tego bardzo bliską.

Zostań swoim księgowym. Oszczędny milioner rozlicza małą firmę.

Od kiedy zacząłem prowadzić JDG- czyli od roku 2010, zawsze korzystałem z usług tego samego biura rachunkowego. Aż nadszedł czas rozstania. Po przeprowadzce właścicielki na dalekie przedmieścia, z koniecznością dowozu dokumentów przez 45 minut miałem poczucie straty czasu. Albo stałem w korku, albo musiałem jechać w sobotę lub o 6 rano, co ostatecznie robiłem, żeby z trzech kwadransów, nie zrobiło się pięć. Do samodzielnie wystawiałem faktury, paragony, drukowałem raporty i wszystkie potwierdzenia przelewów. Wytrzymałem wyprowadzkę, przepisanie biura na studenta-rolnika ryczałtowego i utratę możliwości odliczenia VAT, podwyżki. Ostatnim gwoździem do trumny okazała się 32-stronnicowa umowa, w tym 8 załączników, końcową zjebka, że wyciąłem załącznik o sygnalistach oraz wymóg bym akceptował koszty w KSEF. Dla mojej firmy, która w 2025 r. miała ledwie niecałe ponad 200 pozycji KPiR, to było jednak nieco zbyt wiele. Wymiękłem. Postanowiłem uprościć … czyli rozliczać się sam.

Pierwszym miesiącem był czerwiec 2025 r. Kupiłem abonament za 49 zł/m-c (1/6 stawki księgowej) plus próbny miesiąc gratis i przystąpiłem do działań. Firma nie podam jej nazwy, bo nie chodzi o reklamę) umieszcza tutorial video każdej czynności. I nagle to pierwsze rozliczenie, z oglądaniem filmów, wydrukiem i wysyłka deklaracji ZUS, JPK zajęła mi 2 godziny. Kolejna (czerwcowa w lipcu) już 20 minut. Dokładnie połowę czasu, który przeznaczałem na dojazd.

Teraz odpowiedź, na którą pewnie czekacie, czy taki abonament to rozwiązanie dla każdej małej firmy. Moim zdaniem, dla prawie każdej. Jeżeli ogarniasz komputer, sam wystawiasz faktury w KSEF, pilnujesz przelewów, nie zatrudniasz pracowników, oszczędzisz nie tylko pieniądze (z 290 zł/m-c przy 10-ci dokumentach, zrobiło się 49 zł, niezależnie od liczby papierów), to jeszcze czas. Przygotowanie kwitów i przelew dla księgowej zajmowały mi 30 minut, do tego 45 minut na dojazd, w sumie 1 godzina 15 minut. Teraz wyrabiam się w 20 minut (nic nie drukuję, poza paragonami, składką ubezpieczeniową i raportem z kasy, bo faktury wystawiam w aplikacji, tam akceptuję koszty, generuję deklaracje itd).

Na koniec pewna refleksja. Automatyzacja zabija małe biura rachunkowe. Toną one w biurokracji, giną w obowiązkach, jednocześnie ich zysk stale się zmniejsza. Do tego tzw. deregulacja zawodów spowodowała, że takie zajęcia może wykonywać nawet osoba po maturze. W efekcie, podobnie jak wiele tzw. wolnych zawodów, księgowi pauperyzują się.

Jak dewaluuje się pieniądz? Amerykańskie wspomnienia z lat 40-tych XX w.

Czytając nawet dzieła literackie, takie jak „Dziennik 1949-1956” Sándora Márai zwracam uwagę na informacje ekonomiczne. I otóż, słynny Węgier-emigrant pisze, że:

  • 100 USD stanowiło pensję włoskiego radcy ministerialnego,
  • 200 USD kosztował wynajem i opłaty za 3-pokojowe mieszkanie na Manhattanie,
  • 500 USD wystarczyło 3-osobowej rodzinie aktora na przeżycie w warunkach amerykańskich, a 100 USD w Neapolu,
  • wartość dolara na przestrzeni kilkunastu lat (tj. do początku lat 50-tych XXw.) spadła o połowę.

I teraz popatrzmy na obecne warunki, po 70-ciu latach. Siła nabywcza tzw. twardej waluty okazuje się 10-50 razy mniejsza. Pensja włoskiego radcy wynosi pewnie 5000-10000 USD, a czynsz za mieszkanie na Manhatanie 4600 USD – plus opłaty.

Podobnie jest u nas. Od początku mojej pracy (1999 r.), ceny większości produktów wzrosły x 4 (auta, jedzenie), a niektórych (mieszkania) x 8- 10. W przypadku usług jest podobnie, a nawet gorzej (wizyta lekarska x 10, podobnie usługi budowlane).

Sándor Márai pokazuje coś jeszcze – na początku prezydentury Eisenhowera, amerykańska rodzina imigranta faktycznie mogła żyć z jednej pensji – do tego w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. W „Dziennikach” widać coś więcej – wskazanie winnego zmian – nieokiełznaną chciwość.

Márai myli się tylko w jednym – przewiduje, że USA nie dadzą się wyprzedzić Europie w tworzeniu państwa socjalnego. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Cudowne lata 50-te, gdy moi dziadkowie wychowywali 3 dzieci, z jednej pensji.

Wszyscy kochamy przeszłość. Zwłaszcza odległą. Filmy z Marylin Monroe, piosenki Presleya, krążowniki szos. I opowieść jak nasi dziadkowie z jednej pensji (babcie nie pracowały) wychowali 3-kę dzieci. Z takich opowieści powstał mit „cudownych lat 1950-1968”. O dziwo, nawet w Polsce. A siłą mitu pozostaje jego irracjonalność. Lubię dekonstrukcję mitów.

Zacznijmy od faktów. W latach 50-tych XX w. moi dziadkowie (rodzice Taty) wychowywali trójkę dzieci z jednej pensji. Co więcej, moja babcia nauczycielka-wdowa (mama Mamy), dała radę wykształcić dwie córki. Świetny czas, nieprawdaż? Nie to, co dzisiaj. Dwie osoby pracują, łapią fuchy i nadal im nie starcza, a mają tylko jedno dziecko. Żyjemy w złych czasach, a winni są politycy. No to cofnijmy się do 1950 r. Polską rządzi Bolesław Bierut, ponury morderca, o twarzy przedwojennego urzędnika. W 1956r. zastępuje go Wiesław Gomułka. Dwóch bezdennie prymitywnych aparatczyków, przy których Tusk z Kaczyńskim, wydają się parą przedszkolaków. Zachowajmy jednak skalę.

Wracamy do finansów, czyli tego „wychowywania dzieci za jedną pensję”. Powiedzmy sobie szczerze – dzisiejsze wychowanie i życie, nie ma nic wspólnego z tym sprzed 70-ciu lat, albowiem:

  • ani moi dziadkowie ojczyści ani babcia macierzysta nie mieli nawet jednego samochodu, pralki, zmywarki, telewizora.
  • nie jeździli na wakacje, spędzali je albo u rodziny, albo w swoim przedwojennym domu na wsi,
  • mama opowiadała mi, jak czasem z siostrą chodziły głodne, a tato miał łatane ubrania,
  • w mieszkaniu u babci, zrobionym ze starego sklepu, zamarzała woda, a mama pamiętała kolejki po węgiel,
  • babcia, żeby utrzymać rodzinę całymi popołudniami dawała korepetycje. Jej córki siedziały wtedy ze swoim dziadkiem.,
  • nawet autobusami jeżdżono sporadycznie, do pracy i szkoły chodzono na piechotę,
  • dziadek nie był w stanie kupić papy na przeciekający dach, w ogóle nie dorobiono się niczego nowego,
  • świątecznym rarytasem był zając, przyniesiony przez kumpla dziadka.

Przypominam – nie opisuję rzeczywistości patologii, ale ludzi, których określano wtedy jako „inteligencję pracującą” a według dzisiejszej terminologii klasą średnią. Babcia żyła w mieszkaniu komunalnym, dziadkowie zachowali jedynie (i to w mocno pogorszonym stanie) dwie rodzinne nieruchomości.

Dzisiaj nikt nie wyobraża sobie nawet, że nauczycielowi brakuje na jedzenie, a pracujący w biurze patrzy jak w domu letnim leje się mu na głowę, bo nie ma kasy na remont. Skąd zatem ten mit?

Otóż, wtedy mieli g,.. no, ale po równo. Poza wąską grupą „pieszczochów władzy” wszyscy cierpieli biedę. Nie dojadali, oszczędzali na wszystkim, mieszkali w domach bez łazienek, albo nawet w ruinach. Z książek znamy narrację ówczesnych elit, ale rzeczywistość była inna. Nie wódeczka „u aktorów”, lecz ciężka rzeczywistość. Dzisiaj różnice okazują się znacznie większe, po prostu doświadczamy nierówności, nawet w obrębie klasy średniej.

Prawda jednak wydaje się prosta – nawet dzisiaj, jeżeli będziemy żyli na poziomie naszych dziadków, a nawet powyżej ich poziomu, damy radę utrzymać się za jedną pensję. Jak to możliwe? Już piszę.

Dach nad głową. Główna bolączka współczesności. Wtedy czynsze były niskie (ok. 10-20% ówczesnej średniej pensji) a media względnie tanie i gospodarowano nimi oszczędnie. Dzisiaj nikt nie wynajmie mieszkania za 600 zł, prawda? Nie ma lokali kwaterunkowych, które wtedy królowały. Otóż i dzisiaj, w standardzie lat 50-tych wynajmiemy mieszkanie, może nie za 600 zł, ale za 1000 zł (chociaż nie w Big Five), jednak nikt na nie nawet nie popatrzy. Na wsi za ten 1000 zł znajdziemy dom.

Ba, mamy szanse na własne. Dostałem ofertę na zakup udziałów w pustej kamienicy za 2000 zł/m2 (cena rynkowa mieszkań – 5.000 zł/m2). Dzielnica zupełnie nieprestiżowa, zwana czule Bronxem, ale blisko centrum. 2 pokoje – 50m2 = 100.0000 zł. Zero czynszu, równoważnik raty 600 zł.

Przypomnijmy sobie uczciwie, w latach 50-tych mało kto kupował. Budowano się na swojej działce, wprowadzano do rodziców. Dzisiaj też wybudujemy dom za 200 tys. zł. Mały i samodzielnie, ale jeśli rodzice dadzą działkę – do zrobienia.

Media? Cała historia. Gdybym poszedł śladem własnej babci (i budowniczych mojego obecnego domu w latach 50-tych), na wiosnę kupiłbym węgla i drewna na cały sezon grzewczy za 2000 zł. O żadnym gazie nikt nie myślał. A potem codziennie rano rozpalałbym w piecu, albo precyzyjniej, jak dziadkowie – w trzech piecach i kuchni węglowej. Prądu używano do oświetlenia. Nie było sprzętu AGD i RTV (poza radiem). Wodę noszono z podwórza, myto się w misce. Dziadkowy dom na wsi (mój obecny) podłączono do prądu w końcu lat 50-tych, a do wodociągu ……w 1995 r. Wcześniej starczała studnia i lampy naftowe. Nie posiadano telefonów, internetu, TV. Gdybym żył tak samo, na całe rodzinne media wydałbym 300 zł/m-c. Razem z ratą/czynszem – 900 zł.

Transport. Własne nogi. Na wieś dziadkowie jechali w lecie – pociągiem. Babcia wakacje spędzała u swojej ciotki, która dysponowała domem w letnisku pod Radomiem. Do pracy, szkoły, kościoła, na targ – spacer. W sumie 50 zł/m-c na 5-osobową rodzinę plus normalne, codzienne jedzenie.

Jedzenie. Pisałem o tym – wtedy relatywnie drogie. Dzisiaj – da się przeżyć za grosze, jeśli porównamy ówczesne ceny. Przyjmuję 1500 zł (dziadkowie mieli przetwory z lata) za 5 osób, wg ówczesnych norm kalorycznych.

Ubranie, nauka. Dziadkowie łatali ubrania, wymieniali tylko mega zużyte. Dzisiaj, w dobie tanich rzeczy – grosze. Powiem tak, piszę te słowa ubrany w T-shirt z Sisnay’a, kupiony przez żonę za 6 zł, w majtkach za 3 zł, skarpetkach za 3 zł i dżinsach za 40 zł. Buty kupiła mi w Lidlu (mokasyny) za 70 zł. Za 100 zł/os. w takich warunkach będę wyglądał o niebo lepiej niż dziadek, który po pracy zakładał długo noszone ciuchy i miał jeden dobry garnitur. Koszty 5-osobowej rodziny 500 zł. Na naukę nie wydawano nic, poza składkami i książkami. Dzisiaj ok. 100 zł/m-c na dzieci w wieku szkolnym. 300 zł przy trójce.

Leki, chemia. Ok. 300 zł, bo nie używano ich wiele.

Wakacje. 0 zł, bo żyli jak w domu.

Jak widzicie, standard życia lat 50-tych kosztuje 5-osobową rodzinę 3550 zł. Pensja minimalna wystarczy. A jeśli uwzględnimy 3 x 800+, stać nas nawet na podniesienie standardu. Dlaczego zatem ja podałem „minimum” na poziomie 5000 zł/3-osoby? Ponieważ wszyscy doznajemy inflacji stylu życia. Dokładnie dlatego wspominamy cudowne lata 50-te, zapominając o szczegółach. A te były takie, że zapewniam Was, nie chcielibyście wracać.

Memento dla zwolenników teorii „kup i trzymaj” oraz wierzących w guru.

W 2006 r. miałem okazję zainwestować w pewien fundusz zamknięty. Nazywa się Investor FIZ i istnieje do dzisiaj. Założyła go grupa gwiazd z równych funduszy wzajemnych (zwanych także inwestycyjnymi), która starała się inwestować aktywnie, iść na lewarze, grać na spadki, a przede wszystkim, wreszcie zacząć coś swojego. W chwili zakupu jednostka uczestnictwa kosztowała ok. 1500 zł i za tyle kupiłem. Świetnie, bo rok wcześnie zaczynali od 1000 zł. Potem było lepiej. Na szczycie hossy (2007) notowania doszły do 2800 zł. W dwa lata od założenia. Wszystkie media piały z zachwytu. Świat stał otworem. A potem nadeszła klęska.

Osobiście stosując ruchomy „stop loss” wyszedłem z gry w 2008 r. na poziomie 2200 zł. I dobrze zrobiłem. W listopadzie 2012 r. kurs wynosił 1050 zł potem spadł jeszcze do 950 zł. Wtedy giełda wystrzeliła, podobnie jak złoto, wiele towarów itd. Wspomniałem na wstępie, że Investor FIZ istnieje do dzisiaj. Wiecie za ile mogę kupić jedną jednostkę uczestnictwa? Za ok. 1150 zł. 15% przez 21 lat. – 64% przez 19 lat. Czy dalej wierzysz, że na przestrzeni długiego czasu, stosując strategię „kupuj i trzymaj” osiągniesz sukces inwestycyjny?

Oczywiście, „gwiazdy”, które najpierw zarobiły na lewarowanych transakcjach 200% w dwa lata, a potem zaliczyły spadek o ponad 60%, już nie firmują funduszu. Po zaliczeniu spadku aktywów o 25% w maju 2012 (w miesiąc!) wycofali się z biznesu. Nie śledziłem później ich losów. Teraz je sprawdziłem. Panowie nazywali się Grzegorz Mielcarek, Maciej Wiśniewski, Arnold Mardoń, Andrzej Kaczorowski i Michał Słysz. Na LinkedIn znalazłem część z nich.

Grzegorz Mielcarek nadal tam funkcjonuje jako absolwent ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Jeszcze w 2016 r. wieszczył w „Pulsie biznesu” pobrexitową bessę, do 2020 r. położył jeszcze Corum TFI.

Maciej Wiśniewski był członkiem rady nadzorczej Agory, co też chwały mu nie przynosi.

Arnold Mardoń wyświetla mi się jako „open to work” i „Independent Equity,Futures & Crypto Investor”.

Andrzej Kaczorowski to „trader by vocation & passion” a obecnie „equity&crypto trader”.

Wreszcie Michał Słysz opisuje sam siebie jako „investment advisor, fund manager, co-founder of Investors TFI, analyst, gold/silver market commentator.”

I teraz zauważcie. Dwaj (Maciej Wiśniewski i Grzegorz Mielcarek) znaleźli jeszcze ryzykantów, aby dać im pracę w finansach. Wszyscy panowie skończyli ekonomię. Co mogło pójść nie tak?