Czy stać Cię na niepracowanie?

Od kilku lat na blogu poruszam temat „wcześniejszej emerytury” – takiego pokierowania swoim życiem, aby po 50-tce rzucić robotę. Stosując proste reguły, możemy pokazać, ile trzeba zebrać, aby żyć sobie na luzie, bez konieczności pojawiania się w miejscu zatrudnienia/prowadzenia firmy. A oto spojrzenie z innej perspektywy niż dotychczas – historii emerytów, których miałem okazję poznać.

Założenie 1. Emerytura musi być dożywotnia. Żadnych złotych strzałów przez 10 lat, a potem zęby w ścianę i gryźć tynk. Żyjesz 100 lat, dostajesz wypłaty przez 50 (bo teraz masz 50). Żyjesz 65, aktywa przejmuje rodzina. Efekt – lepiej niż w ZUS-ie. Dlatego przyjmuje dość konserwatywne wskaźniki zwrotu.

Założenie 2. Emerytura, wraz z dochodami musi wystarczać na życie. Dochodzimy do kluczowego parametru – A ile potrzebujesz na życie?

Założenie 3. W wieku „urzędowym” zaczynasz dostawać świadczenie państwowe. Wiadomo, państwowa emerytura też będzie. W moim przypadku – 65 lat.

Teraz, na własnym przykładzie przeprowadzę Was przez doświadczenie wyliczenia własnych potrzeb emerytalnych. I możliwości – także.

W wieku 50 lat, człowiek ma jeszcze pewne koszty związane z rodziną. W moim przypadku będzie to uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej. Gdybym wtedy zdecydował się na zakończenie pracy i przeniesienie na wieś mogę potrzebować (wg cen dzisiejszych). Zakładam też rzucenie pracy przez żonę.

  • Życie (jedzenie, leki, lekarze, kosmetyki, chemia) – 2000 zł, zwłaszcza jeśli sporo żarcia wyprodukuję,
  • Ubranie – 400 zł,
  • Transport (15 tys. km jedno auto elektryczne) – 600 zł,
  • Nauka (jakieś korki i zajęcia dodatkowe, no i szkoła) – 700 zł,
  • Opłaty (woda, śmieci, ścieki, internet, komórki, prąd, opał) – 700 zł,
  • Suma wydatków podstawowych: 4400 zł.

Teraz czas dodać mniej konieczne, takie jak:

  • Ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe – 1200 zł,
  • utrzymanie pozostałych nieruchomości – 200 zł (koszty stałe),
  • fundusz remontowy – 300 zł,
  • wakacje – 500 zł,
  • wymiana auta, rezerwa na większe wydatki – 1000 zł,
  • Suma wydatków emeryta: 7600 zł.

Ustalono – potrzebuję 7600 zł/m-c. Skąd wziąć taką kasę?

Pierwszym źródłem okazuje się wynajęcie domu w mieście – 5000 zł. Drugim – pomoc państwa 800+, świadczenia rodzinne – 950 zł. I już mam 5950 zł. Jeśli dodam do tego odsetki od kapitału wg zasady 4% (dość konserwatywnie) potrzebuję jeszcze oszczędności 495.000 zł. Tak się składa, że nimi dysponuję. A zatem – stać mnie na przejście na emeryturę.

Rzecz jasna, te 495 tys. zł plus dom do wynajmu, wyglądają przerażająco. Da się jeszcze coś urwać.

Po pierwsze – zmniejszając wydatki. Mogę kupić auto, którym przejeżdżę do emerytury, a dopiero, gdy trafi mi się zastrzyk pieniędzy (4000 zł mojego świadczenia i 1600 zł minimalnego – żony) dokonywać wymian. Do jej emerytury mam tylko 11 lat, mogę zrezygnować z płatnych wakacji, kupować skromniejsze prezenty, mniej wydać na życie i zejść tym sposobem do 6800 zł. Ba, w ekstremalnej sytuacji do 5000 zł. Wtedy starcza mi sam dom oraz pomoc państwa. A może nawet nie dom, a lepsze mieszkanie na wynajem.

Po drugie – próbując coś dorobić. Bez szaleństwa, ot tyle, żeby całkiem się nie lenić – 1000 zł/głowę. Wtedy z pomocą państwa mamy już 2950 zł przy małżeństwie emerytów (i nie potrzebujemy oszczędności).

Po trzecie – wyciągnąć rękę do państwa i pracodawcy. Zasiłek dla bezrobotnych 1500 zł. Jakieś chorobowe, rehabilitacyjne, renta – kilka tysięcy. Już z tego da się wyżyć przez jakiś czas (6m L4, 3m odprawy, 1 rok rehabilitacyjnego 6m zasiłku dla bezrobotnych – razem 2 lata i 3 miesiące).

Po czwarte – maksymalizować inwestycje. Dlaczego 4%, skoro można mieć 8%? Wtedy sprzedając dom za 1 mln, uzyskuje 6500 zł odsetek miesięcznie. Znowu – z pomocą państwa starczy do „prawdziwej emerytury”.

Po piąte – po co w Polsce? Czytałem ostatnio artykuł o „tajskiej emeryturze”. Para żyje tam za 4000 zł, dziecko chodzi do lokalnej szkoły, fajny klimat, ciepło. Oczywiście, inna kultura i zasady, to trzeba lubić.

Po szóste – połączmy wszystko razem. Mamy dom w mieście za 1 mln, sprzedajemy go (w Warszawie 1mln = 2-3 pokojowe mieszkanie).. Za 300 tys. zł kupujemy dom na wsi z kawałkiem pola. Zostaje nam 700 tys. zł. Spokojnie starczy (my akurat taki dom mamy, nie musimy).

Albo wersja alternatywna. Nie mamy nic poza domkiem na wsi. Wybieramy wersję: świadczenia plus drobne prace, a przy okazji minimalizujemy koszty. Jedzenie produkujemy (1000 zł na życie), ubieramy się w ciuchlandach (300 zł/3 osoby), palimy zrębką, produkujemy prąd, wodę czerpiemy ze studni, a ścieki przepuszczamy przez przydomową oczyszczalnię, mamy 1 telefon komórkowy plus internet. Na dach nad głową wydajemy 600 zł, szkoła kosztuje nas 100 zł/m-c, a transport 300 zł. Tym sposobem damy radę żyć za 2300 zł. Jeśli dodamy jakieś prezenty, poduszki bezpieczeństwa – 1200 zł. Wystarczy nam 3500 zł. Dostajemy 1300 zł świadczeń (wtedy łapiemy się na wszystkie dodatki – mieszkaniowe, energetyczne, rodzinne, 800+), pracujemy po 20 godzin/m-c i wychodzimy na swoje. Dlatego generalnie wielu ludzi stać na niepracowanie (albo pracowanie po 5 godzin/tydzień), ale boją się zmian, lub nie chcą radykalnie obniżać standardu życia. I o tym pisali już Bartek i Marek – klasa średnia nie lubi ekstremów, nie chce obniżać swojego standardu życia (czytaj: żyć jak klasa niższa), broni habitusu, a z nim tzw. must have. Dlatego tak niewielu przechodzi na emeryturę po 50-tce.

Smutna rzeczywistość etatu w mieście. Refleksja po pewnym spotkaniu biznesowym.

Całkiem niedawno miałem okazję uczestniczyć w negocjacjach biznesowych.` W tym celu pojechałem do jednej z większych kancelarii prawnych w mieście. To, co tam zobaczyłem, daje do myślenia. I stanowi odpowiedź na pytanie – co daje nam etat w prestiżowym zawodzie. A także rzuca pewne światło na wyniki Kancelarii Mentzen.

Miejsce – duża kancelaria prawno-podatkowa, w dużym mieście, gdzieś na wschodzie Polski.

Siedziba – (400-500 m2) willa w tzw. dobrej dzielnicy. Spory parking, styl „rokokoko na bogato” czyli złoto, drewno, marmur. W budynku, dwa podmioty (nie wiem jak fizycznie i prawnie podzielone) „legal” czyli kancelaria i „tax” czyli doradztwo podatkowe plus księgowość.

W takim miejscu pracuje kilkanaście osób, z wyższym wykształceniem, aplikacją lub szczególnymi uprawnieniami (doradca podatkowy, radca prawny, adwokat). Według powszechnego przekonania należących do „uprzywilejowanej kasty” czyli zarabiających sporo powyżej średniej. Ja miałem odbyć spotkanie z jednym ze wspólników, legitymującym się poza edukacją prawniczą, także dyplomem MBA.

Parking

Jakimi samochodami według Was jeżdżą prawnicy i doradcy podatkowi? Spodziewacie się Mercedesów, Volvo, Jaguarów? Otóż nie. Rano na placu stało ok. 10 samochodów, z których najdroższy – 10-15 letni amerykański van, mógł być wart ok. 50-60 tys. zł. Większość stanowiły małe auta popularnych marek, na numerach z okolicznych powiatów.

I czas na wnioski. Być może trafiłem na enklawę „milionerów z sąsiedztwa”, a więc wyjątkowo oszczędnych ludzi, którzy pomimo sporych zarobków, poruszają się tanimi autami. Albo, co bardziej prawdopodobne, miejsce gdzie płaci się na tyle marnie, że przy miejskich kosztach życia, wystarcza tylko na skromny pojazd.

A wspólnicy? Na posesji znajdowało się kilka garaży, prawdopodobnie właśnie dla nich. Mnie jednak bardziej interesowali typowi pracownicy. I tu – poziom Kancelarii Mentzen, którą opisywałem i małych biur prawno-księgowych z mojego miasta (4,5-7k netto za realne 50-60 godzin/tydzień), nie pozwala na samochodowe (i jakiekolwiek inne) szaleństwo.

Biuro.

Poza samym budynkiem i klatką schodową (wyglądającą jak żywcem wyjęta z gangsterki z lat 90-tych) daleko bez szału. Przeciętna korpo (nie mówiąc już o moim kliencie, firmie informatycznej) bije ich na głowę. 30-letnie meble z reklam banków w ok. 2000 r., pokój wielkości podobnej do gabinetu urzędnika średniego szczebla w moim mieście – tak wyglądało biuro wspólnika kancelarii.

Ceny.

Widziałem kiedyś ich umowę z dużym podmiotem państwowym – za ok. 100 zł/godzinę + VAT. Ten sam podmiot płacił niewielkiej, rodzinnej firmie IT za serwis oprogramowania 500 zł+VAT za godzinę.

W tych 100 zł mieścił się zysk kancelarii, podatki i praca prawnika. Jestem w stanie policzyć precyzyjnie. Ten ostatni, nawet b2b zarabiał nie więcej niż 30-40 zł netto/godzinę (bo 12% podatku dochodowego, 9% składki zdrowotnej, jakieś koszty dojazdu, księgowości, komputera, telefonu, 4 zł/godzinę – ZUS). Gdyby zatrudniał się na umowę o pracę, nawet mniej. Młody stolarz bierze więcej. Nie mówiąc o programiście.

Klienci.

Siedziałem chwilę w poczekalni. Innych klientów nie było. Czyli bez szaleństwa.

Wnioski.

Obserwacja tej działalności skłoniła mnie do oczywistych wniosków. Jeśli mówimy o jednej z większych kancelarii prawnych i biur doradztwa podatkowego w mieście, rynek musi wyglądać bardzo słabo. Pracownicy dostają pensje na poziomie zwykłego urzędnika (nie-kierownika). Nie warto dzieci pchać na etat w takim miejscu.

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.

Sprawdź czy w ogóle jest nadzieja na emeryturę z ZUS. Wpis po komentarzu Marka. Jak się bronić?

Pomysł emerytury z ZUS jako pewnego źródła wystarczających dochodów na starość, staram się wybijać z głowy dzisiejszych czytelników poniżej czterdziestki. Ponieważ niedawno Marek napisał w komentarzu o „nadziei” na takie „gwarantowane” świadczenie, warto spojrzeć na praktykę i przepisy prawa, czyli zafundować sobie zimny prysznic.

Pewna pani, żeby było ciekawiej – księgowa i właścicielka biura rachunkowego, aby uniknąć problemów, założyła spółkę z o.o. Była większościowym wspólnikiem i prezesem zarządu na etacie. Wszystko trwało 30 lat, ZUS brał składki, wypłacał świadczenia itp. I nagle, po takim okresie, wydał decyzję – pani nie jest ubezpieczona i nigdy nie była, bo umowa o pracę z własną spółką, jest pozorna. Do tego zwróci już-nie-ubezpieczonej składki za ostatnie 5 lat. A co z resztą? Otóż w czasie pandemii rząd Morawieckiego (PiS) zafundował taki przepis: zwracamy składki tylko za 5 lat, a resztę zabieramy do FUS (czyli wspólnego worka). Wbrew pozorom, problem nie dotyczy wyłącznie prezesów spółek, ale może dotknąć każdego z nas. Nie ma składek, nie ma emerytury ani stażu ubezpieczeniowego (czyli nie należy nam się nawet minimalna). I teraz, Marku, chyba widzisz, dlaczego nie liczę na państwową emeryturę?

Ktoś w ZUS albo w rządzie może przez lata przyjmować składki, a potem nic nie wypłacić? Otóż, to nie pierwsza taka sprawa. Wcześniej ZUS masowo wyrejestrowywał kobiety w ciąży („matki przeciwko ZUS”), żeby nie płacić za zwolnienia i macierzyński. Notorycznie pozbawia się świadczeń KRUS rolników (na tej samej zasadzie – bo kiedyś przez trzy miesiące pracowałeś za granicą, więc wyrejestrujemy `20 lat wstecz). Problemy mieli zatrudnieni w firmie własnych rodziców. Pozbawiano ludzi prawa do tarcz COVID. Wcześniej plagą stał się brak dokumentów po likwidowanych przedsiębiorstwach państwowych i prywatnych (jak robotnik nie dopilnował wpisu w książeczkę ubezpieczeniową – dostawał emeryturę minimalną).

Czy można się bronić i jak? Otóż, natychmiast odwoływać się do sądu. Jeśli ktoś znajdzie się w takiej sytuacji, zapraszam do kontaktu w komentarzach. Paru osobom już pomogłem w walce z tym nienażartym potworem. Walka jednak to droga przez mękę (trwa kilka lat). Poniżej krótka instrukcja.

Linia obrony musi bazować na dwóch argumentach:

  1. Umowa o pracę/tytuł świadczenia wcale nie był pozorny. Ponieważ np. jest drugi wspólnik, ktoś był prezesem ale faktyczne rządy sprawowała inna osoba, umowa była wykonywana itp. Warto sobie poczytać wyroki Sądu Najwyższego, bo co osoba, to przypadek. Mojego brata też próbowano wyrejestrować, ale po dobrym piśmie, odpuścili.
  2. Takie postępowanie ZUS chociaż teoretycznie zgodne z prawem, narusza konstytucyjne uprawnienia obywatela i jego zaufanie do państwa. Paru udało się na tym wygrać, ponieważ niektóre (słowo-klucz) sądy rozumieją grozę sytuacji.

W żadnym wypadku nie udzielać wyjaśnień bez konsultacji, ZUS tylko na to czeka. W rzeczywistości ma tyle informacji, ile mu damy i co znajdzie w oficjalnych rejestrach. Urzędnik nie dysponuje ani umową spółki, ani podziałem obowiązku między członków zarządu, ani wiedzą, kto faktycznie prowadzi sprawy spółki. Prawo handlowe zna słabo. W gruncie rzeczy powtarza slogany. I tu jest szansa – ponieważ nie każda umowa o pracę prezesa zarządu ze spółką w której ma większościowe udziały da się podważyć. W efekcie, nerwów nam napsują, czasu nakradną, kosztów narobią, ale często przegrywają, bo są zwyczajnie słabi.

Wracając jednak do „nadziei na emeryturę”. Jak widać nikt nie jest bezpieczny. Dzisiaj uderzyli w prezesa zarządu, jutro stwierdzą, że Twoje i moje zgłoszenie sprzed 26 lat jest nieważne, bo podpisała go osoba nieuprawniona do reprezentacji firmy (np. księgowa bez pełnomocnictwa), więc sorry, składki weźmiemy, a emerytury nie dostaniesz. Stąd liczę na siebie. Może PPK, nieruchomości, akcji ani IKZE mi nie zrabują. A jeśli nawet, zabezpieczą nas niskie koszty życia.

Klasa średnia w małym mieście.

Ekonomiczne podejście do podziału klasowego koncentruje się na kwestii dochodu. Ponieważ dane statystyczne stały się coraz bardziej szczegółowe i dostępne, naukowcy sformułowali nową definicję: do klasy średniej zaliczamy osoby, których dochód netto kształtuje się na poziomie od 0,75 mediany do dwukrotności mediany dochodu w ich gminie. Jeszcze inny wzór, zaprezentowany w artykule https://businessinsider.com.pl/finanse/oto-prog-wstepu-do-zarobkowej-klasy-sredniej-sprawdz-czy-sie-lapiesz-kwoty/b5pp8gy , polega na uwzględnieniu liczby członków rodziny, podstawiamy wtedy do wzoru:

dochód rodziny netto/ pierwiastek kwadratowy z liczby członków rodziny. I dopiero tę wartość porównujemy. Ma to sens. Na podstawie takiego założenia BI obliczył kryteria klasy średniej w zależności od liczby osób w rodzinie. Co im wyszło?

Otóż w takiej Warszawie, DINKS (bezdzietna para) musi zarobić minimum 8017 zł, żeby znaleźć się w klasie średniej, a do wyższej wejdzie z dochodem ok. 15k. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w takim Łukowie – tu para może zarabiać sporo mniej – 5494 zł. W „mojej” gminie (tam mam działkę) wystarczy 5678 zł. W ten sposób możemy podróżować do klasy średniej (lub wyższej) przenosząc się, tam gdzie biedniej. Np. moja rodzina (4 os. na utrzymaniu) byłaby klasie średniej w Nałęczowie (7949 zł) , wyłącznie na mojej jednej pensji, a w Lublinie już nie (próg 8800 zł). Znajdę oczywiście jeszcze biedniejsze tereny – w takim Kozłowie (k.Olsztynka) wystarczyłoby nam 6636 zł. Jaki z tego wniosek?

Ano, moja teoria o sensie przenosin do niewielkiego miasta ma sens. Na potwierdzenie Onet.pl opisał „klasę średnią w małych miejscowościach” (https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/czy-4000-zl-wystarczy-by-nalezec-do-klasy-sredniej-sprawdz-co-mowia-polacy/jk9l6qv,2b83378a) czyli popytał ludzi z niewielkich gmin o ich siłę nabywczą. Bohaterami byli: singiel z Krokowej (wystarczający dochód 3768 zł), para spod Augustowa (gmina Raczki 5674 zł dla DINKS), oraz samotna matka jednego dziecka spod Pieniężna (5672 zł dla dwóch osób). Z perspektywy Wielkiej Piątki (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto), taki dochód wydaje się śmieszny, a w małym mieście osoby otrzymujące niewiele więcej (samotna matka nieco ponad 6k), żyją sobie przyzwoicie. Co o tym decyduje:

  1. Brak kredytów.
  2. Niewiele miejsc, w których wydaje się kasę.
  3. Lokalny styl życia nastawiony na gromadzenie oszczędności.

Hołdując tym trzem zasadom: zero kredytów (albo wyłącznie na inwestycje), nieodwiedzanie drogich lokali/sklepów oraz codziennej oszczędności jesteśmy w stanie prowadzić satysfakcjonujące życie, nie szarpiąc się zbytnio.

I znowu warto szerzej opisać każdy punkt z listy.

Brak kredytów. Jak się okazuje, w mniejszych miejscowościach ludzie kupują za gotówkę, dostają od rodziny lub dziedziczą. Takie możliwości dają im: niższe ceny zakupu (dom w Raczkach wyjdzie taniej niż kawalerka w Warszawie), budowy (ekipy mają niższe stawki), oraz metoda DIY (sporo robi się samodzielnie). Odpada grunt (często darowany przez rodzinę, w Wawie – tysiące zł/m2), nie ma dewelopera, który bierze 30% zysku itp. Rozglądam się po mojej wsi – tu domy powstają latami (nie w pół roku), a budowlańcami są inwestor, szwagier i sąsiedzi. Część pracuje za grosze (bez podatku), inni „na odrobek” (dzisiaj ja tobie, jutro ty mi). I ten system sprawdza się doskonale. A przede wszystkim pozwala uniknąć pętli z banku. Nawet zarabiający z żoną korposzczur ze stolicy, z pensją łączną 30k nie może sobie pozwolić na dom za 3 mln gotówką, a na pewno nie w wieku 35 lat. Co więcej, z pewnością nie dostanie działki od rodziców, bo ci mieszkają pod Bielskiem Podlaskim. Proste. Bierze więc kredyt i pomniejsza swój budżet wydatkowy o grube tysiące (przy 2,4 mln kredytu, 600k pierwszej wpłaty – rata ok. 17 tys. zł).

Podobnie z samochodem. Młody chłopak spod Siemiatycz nie kupił sobie nowej Audicy za 200k (czyli 3000 zł raty leasingowej) i drugie tyle SUVik dla żony (a 200k starczy ledwo na Q3). Nie, on sprowadził od Niemca albo Holendra 8-letniego Passata za 40k. I zapłacił oszczędnościami. W efekcie „Warsiawiak” ma 35k-17k-2x3k czyli 12k, a nasz bohater „klasy średniej z małego miasta” – 6k.

I co z tego, skoro dochodzi punkt drugi.

Niewiele miejsc, gdzie wydaje się kasę. Na wsi i miasteczkach nie ma: drogich restauracji (albo nie ma ich w ogóle), galerii, salonów SPA, kosmetyczek i fryzjerów ze stawkami 2k za uczesanie. W tych miejscach nasi korpobogacze z wysokim dochodem zostawiają krocie. No bo musi być: modna fryzura, pazur, ciuch i fitness. A w miasteczku? Znam takich milionerów. Ona sama farbuje sobie włosy, pazury maluje jej córka lub przyjaciółka, na zakupy jeździ raz w roku, po sukienkę na Sylwestra. Mąż na co dzień chodzi w dżinsach ze średniej półki, a na wakacje dostaje zestaw nowych koszulek z logo Bossa z … Lidla (sam mam takie i polecam: trójpak za 99,99 zł), GAPa. W swoim busie nie potrzebuje garnituru, proste.

Teraz kontrast. Mam kumpla w mieście (gdzie nam do Warszawy), którego żona puszcza 2/3 pensji (czyli ok. 7-8 tys. zł) na jeden rajd po galeriach. Ten gość pracuje na 3 etaty, wynajmuje mieszkanie po ciotce i… nadal mu nie starcza. Bez TSUE nadal spłacałby kredyt we franku. Na meble wydali 50k. Gdyby koleżanka mojej żony „milionerka z Podlasia” kupiła sobie fotel za 5k, jej własna matka, która urodziła ją jeszcze w „drewniaku”, nakazałaby natychmiastową konsultację lekarską. Dlatego M. znalazła berżerę w Ikei za 1.5k i poczekała aż ceny spadną (w pandemii) do 999 zł. Kiedy zobaczyła ceny szaf systemowych na wymiar, kazała mężowi pozamawiać formatki u stolarza i samemu skręcać po południu. Dzięki temu zamiast 15k wydała 3k. Jedyne znane Wam sklepy, jakie stoją w jej niewielkim miasteczku nazywają się: Biedronka, Pepco, Rossmann. Do najbliższego Monnari trzeba jechać 1.5 godziny. Podobnie do Hebe czy Ryłka. O Bossie, Tommym, Hillfingerze, Zarze a tym bardziej Pradzie, La Manii czy La Perli słyszało tam może 5% (optymistycznie). Tym bardzie nikt nie nosi tych marek, chyba że kupione w ciucholandzie (sam trafiłem tak kiedyś marynarkę Giorgio Armaniego za 30 zł zamiast 12k).

Oszczędny styl życia. Ponieważ żyje tak 95%, nikt nie czuje się gorszy. W tej samej Biedrze zakupy robi nauczyciel, dyrektor szkoły, właściciel tartaku i wójt. Panowie po godzinach piją tę samą Finlandię (1l za 60-70 zł) a nie 12-letniego Dalmora za 430 zł (pomijam 25-latka z tej samej destylarni za 10.000 z, w butelce 0,7l). Tam Johny Walker Red Label uznawany jest za szczyt sybarytyzmu, bo przecież obok na półce stoi Golden Loch i kosztuje jeszcze taniej. Prawie wszyscy ubierają się dyskoncie, poza wyjątkowymi okazjami (ślub, chrzciny itp.). Do pracy garnitur zakłada wójt i sekretarz (o ile akurat nie są kobietami), dyrektor szkoły codziennie chodzi w dżinsach i swetrze. Tam jeszcze trzyma się zdrowy rozsądek – lepiej mieć 300k oszczędności niż oddzielną garderobę, wypełnioną szpilkami od Louboutin-a. Mój kumpel z Wielkopolski (stolica oszczędności), dziwił się, że istnieją ludzie, kupujący auta na kredyt. Tam – stać Cię na nowe Audi – wyciągasz z konta, nie stać – kupujesz 10-letniego Passata. Dość proste.

I tak trzeba żyć, należąc do klasy średniej w małym mieście.

Jadą świry jadą, czyli jak przed 50-tymi urodzinami zaczynam pisać doktorat.

Moje życie pełne jest spontanicznych, szybkich i pozornie szalonych decyzji, które wywołały drastyczne i zaskakująco pozytywne skutki. Ślub po czteromiesięcznej znajomości, uprawnienia zawodowe przed 40-tką, działka na krańcu Polski, no wymieniać mógłbym długo. Wszystkie te szaleństwa mają wspólny mianownik – szczęśliwy koniec. Dlaczego z pomysłem doktoratu miałoby być inaczej?

A zaczęło się tak. W internecie wyświetliła mi się informacja o możliwości rozpoczęcia studiów doktoranckich w interesującej mnie dziedzinie. Eksternistycznie (3 lata), przy niewielkiej obecności na miejscu (czyli 350 km od mojego domu). Początkowo potraktowałem ją z przymrużeniem oka, ale po 2-3 miesiącach, kiedy pojawiła się ponownie – w 5 minut podjąłem decyzję: wchodzę w to. Powodów było kilka:

  • możliwość rozwinięcia skrzydeł (tu niczego chyba nie muszę tłumaczyć – rozwój jest ważny w każdym wieku),
  • chęć udowodnienia sobie i innym, że „stary słoń wykona jeszcze kilka sztuczek” i zrobi to szybciej niż mogłoby się wydawać,
  • zamiar wyróżnienia się (na ponad tysiąc osób zatrudnionych w mojej firmie jest tylko dwóch doktorów:teolog i socjolog, ja byłbym trzeci),
  • związek tematu z pracą zawodową,
  • szansa podniesienia stawek w firmie (w końcu dr przed nazwiskiem wygląda poważnie),
  • zamiar zaangażowania się w szkolenia on-line. Tutaj ponownie – doktorat otwierał wiele drzwi i tworzył nowe opcje,
  • dodatkowy urlop.

Decyzję, że zgłaszam się na studia doktoranckie, podjąłem przed 50-tką w pół minuty. Potencjalny efekt negatywny? W najgorszym wypadku, nie przyjmą mnie. Czy coś się stanie? Stracę 300 zł opłaty rekrutacyjnej i może ktoś określi mnie wariatem. Potencjalny efekt pozytywny? Opisany wyżej. Chyba warto zaryzykować, prawda?

A jak już mnie przyjęli okazało się, że:

  • opieprzyła mnie żona (znowu coś sobie wymyślasz, nie będzie cię w domu),
  • w tym kierunku zawodowym, ta uczelnia jest na 3-cim miejscu w Polsce `(po Uniwersytecie Warszawskim i Jagiellońskim),
  • zajęcia będą zdalne – 1 niedziela w miesiącu, tylko jeden zjazd w semestrze na miejscu
  • zgodzono się na temat pracy, odpowiadający dokładnie temu, co robię u pracodawcy,
  • całość kosztować mnie będzie niecałe 20k.

I najlepsze na koniec – jeśli napiszę i obronię pracę w terminie – mam szansę na habilitację, co wymaga jednak wyjazdu zagranicznego (współpracująca uczelnia). No to już byłyby jaja do kwadratu. Ale na razie biorę się do pracy nad pierwszym artykułem.

Dlaczego w życiu warto podejmować ryzyko?

Najprostsza odpowiedź na tytułowe pytanie: Ponieważ zazwyczaj wraz ze wzrostem ryzyka, poprawiamy rezultaty. A teraz czas na szczegóły.

Popatrzmy na różne aspekty naszego życia, poruszane przeze mnie już przy wpisach dotyczących kieratu: życie osobiste, zawodowe i finanse. W każdym z nich unikanie ryzyka kończy się problemami. Jakimi?

Osobiste (związki). Trwanie przy pierwszej osobie, która się trafi, stanowi prosty przepis na nieszczęście. Tkwienie w układzie niesatysfakcjonującym, z jednej przyczyny – strachu przed ryzykiem zmiany, również. Widzę w swoim otoczeniu, ludzi, którzy związali się z harpią/macho i cierpią, a nie odejdą. Mam też dwa proste przykłady czterdziestolatków, decydujących się na pogonienie żon organiczających swoje życie do kanapy, instagrama, nic nie pomagających (tzn. zero zainteresowania dziećmi, sprzątaniem, gotowaniem – wszystko na głowie faceta), pracujących na śmiesznym stanowisku za groszę i jeszcze mającym wymagania. Oba przykłady oznaczały spore ryzyko – ciężki rozwód, alimenty, ale obaj bohaterowie opowieści zaryzykowali i obecnie mają znacznie lepsze warunki życia pod każdym względem. Rzecz jasna, że w wielu przypadkach rozwodnicy, zwłaszcza pochopnie lecący za świeżą miłością, pogarszają sprawy, ale nie mówimy dzisiaj na temat – jak rozpoznać wredną żonę/wrednego męża, ani „kiedy jestem roszczeniowy, czepiam się, a kiedy słusznie stawiam wymagania”. A zatem i w sprawach serca, akceptowanie nudy, bylejakości, a nawet przemocy, w imię spokoju (którego finalnie i tak nie dostajemy) stanowi problem. Warto zaryzykować i dokonać zmiany. Zapewniam Was – różnica pomiędzy dobraną parą a współzawodniczącymi, zwalczającymi się partnerami będzie ogromna.

Zawód. Tutaj sam na pozór jestem konserwatystą. Nadal pracuję w pierwszym miejscu zatrudnienia już 26 lat. Czy to źle? Częściowo tak. I czas pewnie coś zmienić. Daję sobie na to dwa lata. Dlaczego? Prosto wytłumaczył mi tę kwestię mój Tata, wychowany przecież w PRL-u. Powiedział takie zdanie „Za każdym razem, gdy zmieniałem miejsce pracy (a robił to 5-krotnie) dostawałem sporą podwyżkę. Gdybym trzymał się jednego miejsca, nie byłoby ich. Najlepiej jednak zarabiałem na swoim”. Święta racja. Natomiast ja, leń i optymalizator, patrzę na pracę nieco inaczej – szukam idealnego współczynnika: pensja/ilość pracy/komfort. No i coraz bardziej widzę, że ten współczynnik dołuje. Podam prosty przykład. Zarabiam ok. 150% średniej krajowej (z nagrodami, ekstrasami – 170%) za oficjalne 100 godzin w biurze, minus 8 tygodni urlopu. W praktyce ok. 110 zł/godzinę netto. Kiedy dodam dojście, dekompresję, przygotowania (2,5h dziennie), a odejmę wydatki – wychodzi mi 8500/110 czyli jakieś 80 zł/h netto. W firmie mam stawkę 2-3 razy większą, co nawet odjąwszy konieczność dopłacenia 1700 zł ZUS-u wychodzi na duży plus. Alternatywa – znalezienie pracy zdalnej w Warszawie lub klientów firmy płacących warszawskie stawki. I w tym kierunku zamierzam iść. Bo wolę intensywnie pracować 50h (tu nie ma obijania, nie liczę kawy, pogawędki itp.) niż przebimbać 84h za niższą stawkę. Taki ze mnie obibok.

I zawsze powtarzam – rozwój zawodowy, nieakceptowanie stagnacji (sam zmieniłem zawód, podnosząc kwalifikacje, 2 razy brałem urlop bezpłatny – w sumie 4 lata), chorych układów (zarówno podwyżek dla swoich, jak i nękania) stanowią wyraz zdrowego podejścia. To stanie w miejscu jest chore. I nota bene dosyć często stanowi właśnie ryzyko. Trywialne powiedzenie „Kto stoi w miejscu, ten się cofa” często ma okazję sprawdzić się w realu.

Iga wspomniała w jednym z komentarzy o problemie z założeniem dg. Otóż, P.T. Czytelnicy, czy ma sens (poza mentalem) podejmowanie pracy opodatkowanej/oskładkowanej na 65% (z kosztami pracodawcy)? Czy może lepiej pójść w kierunku: CIT +KRUS (ew. od części płacić podatek od dywidendy.) Nawet CIT+KRUS+VAT przy kontrahentach – vatowcach, da nam znaczne zyski. Czy lepiej płacić 65% podatko-składki czy 10%? Co jest bardziej ryzykowne – posiadanie jednego kontrahenta (pracodawcy), czy 100 (klienci)? Niejeden pracownik na własnej skórze poznał odpowiedź.

Finanse. Tutaj wynik jest oczywisty. Żeby żyć z kapitału (dochód pasywny) za 100k/rok, trzeba mieć:

  • przy stopie zwrotu 3% (lokaty) – 3 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 5% (papiery dłużne) – 2 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 10% (akcje) – 1 mln zł.

Wiadomo, te 10% nie jest pewne, można część kapitału stracić (ja akceptuję -20-30%), ale w długim okresie, akcje przy wyższym ryzyku lepiej plonują.

A Wy co myślicie o ryzyku?

Pojechał na urlop sześciotygodniowy…

Ten rok miał być inny niż wszystkie i stanąć pod znakiem zwolnienia biegu. Najpierw w lutym rozstałem się z drugim pracodawcą (z przyczyn leżących po jego stronie), później rozwinąłem moją małą dg, aby w lipcu zarobić sporo na zapas. A w sierpniu podjąłem radykalną decyzję – sześciotygodniowy urlop. I wprowadziłem ją w życie.

W pierwszym tygodniu sierpnia HR rozesłał „listę wstydu” czyli zestawienie pracowników, którzy mają najwięcej zaległego urlopu. Zajmowałem na niej zaszczytne drugie miejsce w 50-osobowym dziale. Moja liczba wynosiła 29. Pierwsze miejsce dzierżył niepodzielnie mój kumpel z wynikiem… 170 dni, co oznacza, że od 2020 r. był na urlopie 5 dni. Trzeci na podium nie przekraczał 10. Pismo przypominające utrzymano w ostrym tonie – pracodawcy grożą mandaty, trzeba pilnie wykorzystać do końca września. I wtedy właśnie wpadłem na szatański pomysł. A gdyby przedłużyć zaplanowane 2 tygodnie do 6. Szef, wystraszony przez HR-ówki wizją kar, zgodził się bez dyskusji. No i stało się: ostatni dzień w biurze 14 sierpnia, kolejny 30 września. Została mi tylko firma i to w ograniczonym zakresie.

Pierwsze dwa tygodnie: Macedonia. Tutaj wszystko miało być proste: wyłączona komórka (kontakt tylko przez komunikatory i maila), nie zabierałem komputera (wyłącznie komórka z klawiaturą). Efekt? 3 kontakty z pracy (okazało się, że przed moim wyjazdem rozpoczęto duży projekt, no i robotę, którą w zamierzeniu miałem wykonać w dwuosobowej grupie, rozdzielono na nastu pracowników), nie dłuższe niż 3 minuty. W firmie – średnio 1 godzina dziennie i wyrobione 3500 zł (co oznacza, że gdybym pracował 30 godzin w miesiącu – zarobię 7000 zł). Tak można żyć. Wakacje i wrażenia opisałem dokładnie wcześnie. Stąd na tym kończę.

Wrzesień. Do domu wróciłem 29 sierpnia i 2 dni dochodziłem do siebie (nieprzespana noc w drodze, zmiany temperatur itp.). Nadszedł początek września. Tutaj już byłem na miejscu, firma musiała działać. Pomimo tego zauważyłem u siebie znaczne zwolnienie tempa. Dlaczego? Powodów miałem 5.

  1. Dowolne godziny pobudek.
  2. Czas dla siebie i na hobby.
  3. Wieś.
  4. Wizyty towarzyskie.
  5. Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach.

Pobudki. Z budzikiem wstawałem może 3 razy – gdy miałem jakiś ranny wyjazd. Organizm dawał radę zregenerować się, budząc się naturalnie. Nie, żebym spał do południa. Z reguły było to 5-9 godzin, ale pomimo tego chodziłem wypoczęty. Już wiem, jak żyją freelancerzy. I też tak chcę. W efekcie cały tydzień wyglądał jak weekend. Lubię to.

`Czas dla siebie i na hobby. Kiedy nie grozi `Ci` praca 8h dziennie, do której trzeba dodać godzinę szykowania, drugą na dojście i powrót i trzecią na dekompresję, dzień znacznie się wydłuża. Nic dziwnego. Szykujemy się bez stresu, bo nic nas nie goni. W takich okolicznościach, pracując dziennie ok. 2-3 godzin, nawet tego nie odczuwałem. Nic dziwnego, siedziałem przed kompem w domu lub ogrodzie, a nie w biurze. Wreszcie 3 godziny to nie 9 (z drogą).

I ten odzyskany czas wykorzystywałem rozsądnie. 2 koncerty (z dojazdem do Warszawy), przy okazji spotkań z klientami. Przeczytanych sporo książek, kilkanaście szkiców artykułów na blogu. Naprawione rzeczy, remonty. A to wszystko w miesiąc i pomimo realizacji różnych ról (w tym działalności firmowej).

Wieś. Z 29 dni września, 10 spędziłem na wsi. Mówi samo za siebie. `Gdybym pracował na 100% (czyli także etatowo), może liczba zgodziłaby się, ale w innych warunkach: rano szybka godzina w murach i powrót ok. 17. A o 19 zapadał już zmrok. Czyli efektywnie 2 godziny.

Wykonałem ogrom prac ogrodniczych. zamontowałem nowy prysznic.

Wreszcie na wsi, pracowałem też firmowo. Szybki internet zdecydowanie to ułatwiał. Gdybym pracował etatowo – nie do zrobienia.

Wizyty towarzyskie. Licząc tylko te wyjazdowe – dwie. 3 dni w u przyjaciół w górach, 3 dni w Wielkopolsce. Ponownie, przy etacie wymagałyby wzięcia sobie wolnego. Do tego kilka spotkań na miejscu.

Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach. Tu już nawet nie chodzi o czas (ale odzyskane 27 godzin tygodniowo, daje ok. 100 godzin miesięcznie), ale o powtarzalność każdej doby. U przedsiębiorcy w branży usług, każda jest inna. A u pracownika, nie.

Dlatego zamiast 9 godzin od rana do 16-17, tracąc większą część dnia i światła słonecznego, pracowałem, nie dość, że mniej, lecz jeszcze zupełnie inaczej. Np. 7-11, 13-15, a potem 17-19. W niektóre dni od 5 do 8, w inne od 21-24. Mózg nie popada w rutynę. Gadzi mózg nie jest drażniony dojazdami. Wszystko działa jak należy. Dość powiedzieć, że poza bieżącymi wreszcie wziąłem się za wykonanie zadań odkładanych od 2-3 miesięcy. Dużych projektów, od których odrzucała mnie perspektywa czasowa i codzienne zmęczenie. Mogłem poświęcić się im w 100%.

Liczba przepracowanych firmowo godzin – 30 godzin w miesiącu, wcale nie była większa niż zwykle, a nawet mniejsza, więc faktycznie – przebywałem na urlopie. Bo chyba można za taki uznać czas, gdy pracujemy średnio 2 godziny/dzień roboczy, albo 10 godzin tygodniowo. W te 30 godzin zarobiłem tyle, ile w biurze przez miesiąc.

Wnioski. Sześciotygodniowy eksperyment pozwolił nieco wyrównać oddech. Dał czas na odpoczynek i refleksję. No i sporo analizowałem i liczyłem. Główny wniosek brzmi: więcej takich urlopów, w najgorszym dla Polaka czasie, czyli w zimie. W przyszłym roku nie czekam na sierpień-wrzesień, tylko startuję wcześniej.

Potem w lipcu-sierpniu 2 tygodnie na Macedonię i w listopadzie (znowu krótki dzień 3 tygodnie do sanatorium).

I najważniejsze, do wiosny do jesieni na wsi (żona wycofała się z deklaracji). I właśnie w wsią związanych jest kilka moich szalonych pomysłów.

Docelowo – po zwolnieniu z pracy (planują cięcie kosztów, czyli 6-miesięczna odprawa), nie szukam kolejnej. Przeżyję za dochody firmowe plus odsetki plus moje różne dziwne pomysły związane z wsią. Kiedy to nastąpi? Nie wie nikt. Mój przełożony puścił już wstępny sygnał, że etatowcy kosztują go 2 mln, a firma zewnętrzna zrobi to samo za 1 mln, czyli analizy trwają. Jestem jednym z niewielu (poza pracownikami w okresie ochronnym), który nie płacze. Znając dynamikę sytuacji (bezwładność dużych firm) został mi mniej-więcej rok. Zamierzam wykorzystać go do maksimum, na zbudowanie portfolio własnych klientów. I faktyczne życie na luzie, z pracą umysłową na poziomie 2 godzin dziennie.

Ile kosztuje perfekcjonizm? Różnica pomiędzy „idealnie”, a „wystarczająco dobrze”.

Tworząc ten wpis, chcę Wam uświadomić, koszty perfekcjonistycznego podejścia do życia. Znam kilka takich osób i widzę rezultaty. Sam jestem raczej zwolennikiem „wystarczająco dobrze”, leżącego gdzieś pomiędzy „idealnie” a „daję z siebie 30%” i mogę okazać się nieobiektywny. Dlatego krótko przedstawię koszty psychiczne (często znacznie większe) i zdrowotne, a skupię się na finansach.

Perfekcjonista to człowiek, który wymaga ideału. Od siebie innych. Szuka go w partnerach, a jeśli nie znajdzie (któż z nas wygląda i zachowuje się jak bohater komedii romantycznych: bogaty, przystojny, z zainteresowaniami, delikatny i zdecydowany zarazem), albo żyje samotnie, albo wybiera związki „trzymiesięczne”, albo zadręcza drugą osobę wymaganiami i wymówkami. Sam, ponieważ też ma wady, żyje w ciągłym poczuciu winy. Dość często cierpi na choroby psychosomatyczne. Umiejętność odpuszczenia pozostaje ważna w wielu dziedzinach. Klasyczny i znany przykład – Steve Jobs. Matka jego pierwszego dziecka, nie wyglądała jak ideał, więc porzucił ją w ciąży. Niszczył współpracowników (historia z udziałami dla wieloletnich pracowników Apple i Stevem Wozniakiem). Zadręczał bliskich swoimi pomysłami i odpałami (nie używał np. dezodorantów z przyczyn ideologicznych) W końcu zmarł w wieku 56 lat na raka (uchodzącego za chorobę perfekcjonistów). Z drugiej strony zostawił wielkie dzieło – osiągając mistrzostwo w designie i biznesie.

Ale przejdźmy do finansów. Przykładem perfekcjonizmu będzie zakup idealnie dobranych aut nowych. Na przykładzie pokazałem kilkukrotnie z jakim skutkiem. Strata wynosi kilkanaście tysięcy złotych rocznie.

Podobnie rozważyłem kwestię domu kupionego od dewelopera i wykańczanego w wysokim standardzie oraz sposobem gospodarczym, z dużym udziałem pracy własnej. Różnica wyniosła 100% . W praktyce mogłoby to wyglądać jeszcze gorzej. 4 razy więcej odsetek, jeśli tańszy dom nadpłacamy, bo jesteśmy w stanie udźwignąć dodatkowe koszty.

Idźmy dalej. Szukając idealnej pracy (pensja, współpracownicy, zgodność z zainteresowaniami) możemy …. nigdy jej nie znaleźć, odrzucając oferty „wystarczająco dobre”. Podobnie w interesach. Dopóki nie trafimy na „złoty strzał” czyli szansę prawie pewnego zarobku np. 100% w 2 lata, pomijamy okazję zarobienia 8 a nawet 15% rocznie. Nie muszę mówić, że tych drugich spotkamy sporo, a na „doskonałe” trafimy może raz, dwa razy w życiu. Wreszcie, nie mając szansę na życie celebryty, zarabiającego kilkadziesiąt tysięcy za występ, nawet nie spojrzymy na „wystarczająco dobre” opcje w stylu „minimalista” czy „milioner z klasy średniej” ponieważ nie interesuje nas 1-5 mln majątku lecz 50 mln a może nawet 1 mld i to w dolarach, własny samolot, jacht, tabun modelek. Niektórzy dojdą na szczyt, ale jeśli uważaliśmy na matematyce, potrafimy obliczyć prawdopodobieństwo zostania miliarderem. Nowy Jork, na 8,4 mln mieszkańców ma 60 miliarderów co daje prawdopodobieństwo mniejsze niż 1:100.000, że w tym najbogatszym mieście świata zyskamy majątek 1 mld USD. W Polsce, liczba (dolarowych) miliarderów wynosi 8 przy ludności ok. 37,5 mln (1:4.700.000), a na świecie ok. 2800 przy ludności ponad 8 mld (1:2.900.000). I tak perfekcjonizm polega na gonieniu za mirażem ideału, z odrzucaniem po drodze wielu szans i okazji. Dlatego dobrze mi, że jestem niedoskonały, jeżdżę używanym autem, mieszkam w starym domu, zarabiam „tylko” kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie i nigdy nie wyjechałem poza Europę. Pomimo tego (a raczej właśnie dlatego) zgromadziłem większy majątek, niż gdybym szukał szansy wyłącznie na 100%.

Czy klasyczne FIRE jest realne dla przeciętnego zjadacza chleba?

Jestem właśnie po lekturze kilku książek amerykańskiego ruchu wczesnych emerytów (FIRE). Niektórzy, jak Joe Dominguez, rzucili pracę zaraz po 30-tce, utrzymując się z inwestycji kapitałowych. W USA, wiadomo, ale w Polsce?

No cóż zauważam kilka prawidłowości.

Większość FIRE to single lub DINKS (czyli para bez dzieci). Taka sytuacja sporo zmienia. Wyobrażam sobie życie za 1500 zł, w domu na wsi, z własnym ogrodem, bez auta. We dwoje – potrzebuję 2500 zł. We trójkę (1 dziecko) – już 5000 zł i auta.

Różnica pomiędzy 1500 zł, a 5000 zł, przy założeniu 4% wypłat (fundament FIRE) wynosi: 450.000 zł oszczędności lub 1.500.000 zł (słownie: półtora miliona). Potrzebujemy 3 razy więcej pieniędzy.

Młodzi FIRE zarabiają znacznie powyżej przeciętnej. W warunkach USA powyżej 200 tys. USD jako 30-latkowie. Przypomnę, w kraju, w którym pensja minimalna to niecałe 8 USD/h (przeliczając na nasz czas pracy – niespełna 15 tys. USD). Zazwyczaj takie możliwości mają: przedstawiciele sektora IT, bankowości (głównie inwestycyjnej) itp. Garstka.

A teraz przenieśmy to do Polski. Załóżmy młodą rodzinę, która właśnie skończyła studia (24 lata). Oboje pracują i żyją za 3000 zł, mieszkając z rodzicami, lub w darowanej nieruchomości. Żeby zostać emerytami w ciągu 6 lat (i żyć we trójkę za 5000 zł), musieliby odkładać 240.000 zł/rok. Wybaczcie, ale mało realne. Wymagałoby to zarobków na poziomie 23.000 zł netto za dwójkę. Ilu absolwentów potrafi zarobić taką kwotę? Niewielu.

Nawet, gdyby planowali „emeryturę po 40-tce” (czyli oszczędzali 16 lat), potrzebowaliby oszczędzić ok. 7000 zł/m-c, czyli żyć za 30% dochodu.

Ale wróćmy do przeciętnego zjadacza chleba. Zarabia 5k netto, druga osoba – podobnie (razem 10k), bo są jeszcze młodzi. Rezygnując z dzieci, starcza im 750.000 zł oszczędności. Żyjąc 50/50 (za połowę, połowę oszczędzając) składają 60k/rok, powinni czekać prawie 9 lat, aż zbiorą taką sumę. No i potrzebowaliby stopy zwrotu netto 8%/rok. Przy 5% rok – 10 lat. I ten plan okazuje się realny. Wymaga jednak sporych wyrzeczeń. I życia za 2,5k/m-c czyli co najmniej domu po dziadkach na wsi (kupując siedlisko i remontując go, musieliby dołożyć kilka lat, albo zwiększyć stopę oszczędności).

Odpowiedź na tytułowe pytanie – realne, chociaż bardzo trudne.