Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 19 – Oszczędny Milioner

Może sam staję się boomerem, ale moim zdaniem ten 75-latek ma 100% racji.

Przyzwyczajeni do mojego pastwienia się nad różnymi guru (nie tylko od finansów), chyba jesteście w szoku, że wreszcie istnieje ktoś, z kim zgadzam się w 100%. Tym bardziej, gdy darłem łacha z 35-latka, a podzielam poglądy 75-latka. Lecz nie byle jakiego. Piszę o samym nestorze polskiego rynku finansowego – Piotrze Kuczyńskim.

P. Kuczyński udzielił wywiadu Forbesowi https://www.forbes.pl/jak-inwestowac-zeby-pomnazac-oszczednosci-i-nie-stracic-w-razie-kryzysu/11lhzhr i postawił następujące tezy:

  1. Dla mnie obligacje to też są oszczędności, a nie inwestycje. Właściwie niewiele różnią się od lokaty w banku.
  2. Nasdaq stracił ponad 70 proc. No i teraz pytanie: przy jakim poziomie spadków wpadniemy w panikę i wszystko sprzedamy? Czy to będzie 20, 30, 50 czy może te 70 proc.? Teoretycznie wszystko się zgadza – minęło 25 lat i wszystkie indeksy są znacznie wyżej niż w szczycie tamtej hossy. Tyle że każdy musi się zastanowić, czy naprawdę wytrzyma 70-proc. spadek indeksu po drodze. Jeśli nie, to może wyjść z danej inwestycji w najmniej odpowiednim momencie. I później będzie patrzył bezradnie, jak te aktywa drożeją, a on już nie bierze w tym udziału. Znam ludzi, którzy w ten sposób tracili majątki.
  3. W kwestii kryptowalut ja jestem akurat w obozie Paula Krugmana i Josepha Stiglitza, dwóch noblistów z dziedziny ekonomii, którzy uważają je za bezwartościowe. Za tradycyjnymi walutami stoją całe gospodarki. Za bitcoinem i resztą kryptowalut stoi zaszyfrowany portfel.
  4. Według mnie wzór jest prosty, żeby nie powiedzieć prostacki. Od 100 odejmujemy nasz wiek i tyle procent inwestujemy w akcje. A więc jeśli ktoś ma 50 lat, może za połowę swoich środków zakupić akcje. Ja, mając 75 lat, mogę na nie przeznaczyć mniej więcej jedną czwartą. Swój portfel akcyjny taki pięćdziesięciolatek może zabezpieczyć obligacjami czy inwestującymi w nie funduszami dłużnymi, które są bezpieczne i prawie zawsze zarabiają. Co prawda bywają okresy, kiedy nawet na tym rynku się traci, ale straty są tu szybko nadrabiane …… Do tego 10-15 proc. wolnych środków należy zainwestować w fizyczne złoto.

Co ja tu mam skomentować? W zasadzie mógłbym poprzestać na cytatach. Ale tak nie wolno.

Ad. 1 Proste. Obligacje SP, komunalne, lokaty, konta oszczędnościowe (do granicy gwarancji BFG) to oszczędności, nie inwestycje. Służą stabilizacji portfela. Starajmy się maksymalizować zyski, ale o wiele inflacji nie pobijemy.

Ad.2. Akcje rosną w długich terminach, ale kto ma taką odporną psychikę, by znieść 70% spadków. Co dopiero wtedy kupować? A tak trzeba. Większość trzydziestolatków patrzy na świat przez pryzmat krótkiego okresu. A potem uzyskują świadomość, że bessa wypada co kilka lat (1993, 1997, 2001, 2007, 2013, 2015, 2020, 2022), z czego kilka ma głębokość, o której mówiła Wyrocznia z Warszawy. Większość wierzących w „uśrednianie kosztu nabycia” sprzeda po 30-70% spadku. Pójdzie za tłumem. Nie ma opcji, żeby wytrzymali. Widziałem to wiele razy. A potem przychodzi odbicie. Dlatego ja teraz staram się kupować wyłącznie po spadkach, a sprzedawać delikatnie za szczytem. Jak powiedział Warren Buffet – po pierwsze – nie trać pieniędzy.

Ad 3. Kryptowaluty – mam zaszczyt być w obozie ww. oraz dwóch noblistów. Uważam je za spekulację. Ceny rosną, ale ja niekoniecznie chcę brać w tym udział, ponieważ pewnego dnia spadną o 90% i raczej się nie podniosą. Faktycznie – nie stoi za nimi żadna realna wartość ani gospodarka.

Ad 4. Przepis na portfel: 15% złoto, akcje 100%-wiek w latach, reszta oszczędności uważam za rozsądny dla … rentiera i kogoś, kto nie przepada z ryzykiem. I oczywiście możemy sobie cyzelować. Dodać jakiś towar (np. ropę, chociaż raczej nie fizyczną), produkty spożywcze, wrzucić nieruchomości. Tylko w takiej sytuacji musimy faktycznie znać się na inwestycjach. A przeciętny nauczyciel, lekarz itp. dobrze zrobi słuchając rad p. Kuczyńskiego.

Zwolennicy , p. Mentzena, p.Kiyosakiego zapytają mnie zaraz: A gdzie BTC, gdzie ETF, gdzie listy zastawne? Otóż, P.T. Czytelnicy. ETF-y na indeksy akcyjne niech sobie będą. Pewnie nawet dywersyfikacja geograficzna. Aczkolwiek ja lubię konkretne akcje, bo… przynoszą mi znacznie większe zyski niż indeks. BTC – już skomentowałem, trzeba mieć albo świetny refleks, albo mocne nerwy, albo duszę hazardzisty. Większość nie ma. Listy zastawne, porównałem je z obligacjami i … przegrały.

Złoto – tylko fizyczne, bo za bity na koncie, chleba nie kupimy w przypadku wojny. Każdy papier (także obligacje) zaliczy wtedy szok. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. A w tej – jeszcze raz – 100% racji. Pozwólmy przemówić doświadczeniu, które przetrwało niejedną burzę.

Hybryda, idealne auto dla oszczędnych.

Dzisiejszy tekst zainspirowany został komentarzem Piotra (Toyota hybrid) i własnymi doświadczeniami (Hyundai Ioniq hybrid). Popatrzmy, dlaczego hybryda jest idealnym samochodem, dla kogoś, kto chce oszczędnie zaspokoić swoje potrzeby transportowe. Uściślam, mówimy o tzw. full hybrid, a nie półśrodkach w stylu mile hybrid, mini hybrid itd. Wyłączam także hybrydy plug in (zaraz napiszę, dlaczego).

Spalanie. O tym myśli każdy, gdy słyszy „hybryda”. I … zazwyczaj ma rację. Rozmawiałem z taksówkarzami, Toyota Corolla Hybrid (plus jej różne warianty: Auris, Prius, CH-R, Lexus CT) zwykle palą w mieście i trasie ok. 4 l benzyny i 5 l LPG na każde 100 km. Wynik nie do pobicia. Nieco większy (zwłaszcza na tylnej kanapie) Ioniq spala ok. 0,5-1 l więcej, i z uwagi na rodzaj wtrysku, montaż gazu nie będzie tak opłacalny.

Auto wyższej klasy średniej Toyota Camry/Lexus ES potrzebuje ok. 5 l/100 km.

W praktyce, oznacza to koszt przejechania 100 km na poziomie 15-30 zł. W dolnej granicy (Corolla + LPG) nie do pobicia przez jakikolwiek inny samochód, poza elektrykiem tankowanym z własnej instalacji FV.

Kiedyś słabą stroną hybryd była autostrada, ale taki Ioniq zużywa tam 6l/100km, o 2 litry mniej niż doładowane 1.0 TSI w Skodzie.

Popatrzmy na dłuższą perspektywę. 2 litry benzyny różnicy robią robotę – 12 zł/100 km =1200 zł za 10 tys. km i 12.000 zł/100 tys. km. A w przypadku LPG wynik wynosi ok. 27 zł/100 km/2700 zł/10 tys. km i 27.000 zł/100 tys. km. Te wyliczenia wyjaśniają popularność Corolli hybrid LPG wśród taksówkarzy.

Niezawodność i niskie koszty napraw. Tutaj warto spojrzeć prawdzie w oczy – naprawy i serwis drożeją w zastraszającym tempie. Konkretnie x 2 na przestrzeni 5 lat. Teraz większość wizyt u mechanika, autem klasy kompakt kończy się rachunkiem pow. 2000 zł. Dlaczego? Podrożała robocizna (ASO 300-400 zł/h) i części. Czyli wydatki. Oszczędzi ten, kto nie dokłada do przeglądów. I znowu, w przypadku hybryd słychać często o przebiegach 300 tys. km bez większych awarii. Przy dieslu, benzynie turbo raczej niemożliwe. Jak to działa? Proste konstrukcje, niewysilone. Mój 1.6 ma 105 KM (silnika elektrycznego nie liczę), a w 1.0 TSI mówimy o 115 KM z 1 litra, w 2.0 TSI już nawet 150 KM/litr. 1.8 Toyoty wykazywał 99 KM. A niewysilenie=trwałość. Kolejny plus – hybryda mniej zużywa układ hamulcowy. Na koniec brak przedziwnych pomysłów, w stylu PureTechów (pasek rozrządu w oleju), MultiAir (zawodna centralka) czy słaba powłoka cylindrów (zacieranie). Jedyna niewiadoma – bateria, da się regenerować za 3k. Dzisiaj śmieszna kwota w świecie turbin za 8k, czy części blacharskich za 7k (chinole). W efekcie dane podawane przez Piotra, czy moje doświadczenia z Ioniqiem (15 tys. km od 88 do 103 tys. km bez awarii w ciągu 7 miesięcy) pokazuje możliwości. Gdyby mówić o oszczędności rzędu 1-2 tys. zł/rok (w zależności od przebiegu), kumulujemy je na 10-20 tys. zł na przestrzeni 10 lat.

Niska utrata wartości. Hybrydy to rekordziści. Toyota/Lexus stoją na najwyższych stopniach podium w swoich klasach (i ogółem). I znowu jest kilka racjonalnych przyczyn. Każdy chce mieć niezawodne, tanie w eksploatacji auto. A jeszcze hybryd nie dotkną zawirowania unijne. Raz stawiamy na elektryki a wyrzucamy diesle z miast, następnie kasujemy przywileje i reanimujemy diesla. Hybrydy stoją sobie pośrodku. I dzięki temu oszczędzamy 5-10% na przestrzeni 5 lat. Przy nowym aucie to 5-20 tys. zł.

Optymalne właściwości eksploatacyjne. Elektryk – świetny w mieście i dookoła, słaby na trasy. Diesel – autostradowy połykacz kilometrów, ale w mieście – dramat. Hybryda – i to, i to. Wystarczająco szybka i zrywna (w stosunku do mocy – Camry 218 KM, Ioniq 141 KM). Z 15 tys. km większość zrobiłem po autostradach i drogach ekspresowych, czasem z pełną obsadą i bagażnikiem, nigdy nie poczułem braku mocy, a spalanie wyszło o 2 litry mniejsze niż w benzynowym 1.4, oraz porównywalne do Passata 1.6 TDI (120 KM). Czyli optimum.

Główna zaleta. Czas na główną zaletę – brak słabych stron, a sporo silnych (patrz wyżej). Diesel wolno się rozgrzewa (słabo w mieście), benzyna – sporo pali, elektryk – nie na autostrady. Hybryda w każdym z tych warunków daje czadu. Przegrywa w zasadzie tylko w niszach np. autach terenowych, bo limuzyny Lexusa już wyprzedziły własnościami Mercedesa/Audi w dieslu (podobne spalanie, znacznie niższe koszty napraw, sporo wyższa niezawodność).

Czy kredyt hipoteczny na 0,5 mln zł uważam za rozsądny?

Jeśli czytaliście wpis o wywiadzie z wyborcza.biz, pewnie wiecie, do czego nawiązuję. Tak – jeden z blogerów finansowych, zgrabnie połączył „oszczędzanie 70% dochodów” z kredytem na 0,5 mln zł.

W „zwykłym świecie”, poza bańką IT, menedżerów itp. oba te założenia kompletnie się nie spotkają. 0,5 mln kredytu hipotecznego daje nam ratę w okolicach 3.5 tys. zł/m-c. Z czego 90% początkowo stanowić będą odsetki. Gdzie tu oszczędność?

Natomiast da się taki projekt spiąć pod pewnymi warunkami.

Warunek 1. Odpowiednie, czyli b.wysokie dochody. Jeżeli przyjmiemy amerykańskie założenie – rata nie więcej niż 20 % dochodów, mówimy o ludziach zarabiających 17.5 tys. zł netto. Bez znaczenia singiel czy rodzina. Ale mamy jeszcze jeden punkt – oszczędzanie 70% dochodów. I tu nie da się żyć za 10% dochodów (100% – 70% oszczędności – 20% raty = 10%), chyba że zarabiamy (rodzina 2+2 podana przez blogera inwestycyjnego), już nie 17.5k netto , ale 70k netto/m-c (zwłaszcza w dużym mieście). Ile znacie par z dochodem 70k/m-c? Ja, dwie. Żadna z nich nie bierze kredytu na mieszkanie.

Warunek 2. Żadnych innych kredytów/leasingów. Tutaj idziemy prosto, skoro raty nie mogą przekroczyć 20% dochodu, hipotekę musimy połączyć z brakiem innych zobowiązań kredytowo-leasingowych.

Patrząc na liczby (zwłaszcza ten dochód 70k/m-c), osiągamy prostą konkluzję – obu warunków, kredytu 0,5 mln i oszczędności 70% dochodu, przeważająca większość z nas nie osiągnie, albowiem mówimy o 840 tys. zł netto/rok, czyli ponad 1 mln zł brutto. Daninę solidarnościową, liczoną od dochodu 1 mln zł/rok, płaci w Polsce 40.000 osób (dane z 2024 r.). Jak pisałem, wąska bańka.

A gdyby zostać przy samym kredycie 0,5 mln, braku innych zobowiązań i warunku dochodów 17.5k netto? No cóż, wtedy ma to sens, ale znowu, liczba osób/rodzin zarabiających tę sumę (na umowie o pracę ok. 25k brutto). I nadal, pragnąc oszczędzać, muszą pozostać w kręgu ludzi oszczędnych.

Jest jeszcze jedna możliwość. Kredyt będzie brany na nieruchomość inwestycyjną (nie tę w której mieszkamy). Wtedy, przy dochodzie z niej, pokrywającym 80-90% raty, obliczenia wyglądają inaczej. Dokładamy ok. 20%. I mamy spory luz. Ponieważ da się wykonać taki ruch, zarabiając sporo mniej, a nawet całkiem przeciętnie. Tylko trzeba mieć pierwszą nieruchomość. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

W przypadku „przeciętnych” znacznie lepiej sprawdzi się kredyt na kwotę maksymalną ok. 300 tys. zł. Wtedy rata wyniesie 2.100 zł i będzie mogła być pokryta przez dwie osoby o średnich dochodach (ok. 10.500 zł przy zachowaniu proporcji – rata=max.20% dochodu). Singiel, z zarobkami na poziomie 120% średniej krajowej (8000 zł netto) pożyczyć może tylko 200 tys. zł. Wystarczy na mieszkanie/dom w miasteczku powiatowym. Na Warszawę to za mało. Stąd, dla większości ludzi kredyt na 0,5 mln nie stanowi rozsądnej opcji.

Dwie 90-latki i giełda. Nieprawdopodobna historia.

Kiedy kumpel opowiedział mi o wizycie swojej ciotki, początkowo nie chciałem wierzyć. Blisko 90-letnia pani ze swoją jeszcze starszą koleżanką codziennie grają na giełdzie i utrzymują się z tego. Jak to możliwe?

Zasada 1. 90-latka miała czas na zbieranie kapitału. Tutaj wszystko okazywało się proste, bogaty mąż, który zazwyczaj (i tak było), żyje krócej. Spora renta rodzinna plus spadek, brak dzieci i dało się zebrać ponad 1 mln zł kapitału. Zadziałał też procent składany plus czas.

Osiągając stopę zwrotu 8% uzyskamy 1 mln zł z:

  • 20 lat – 1700 zł/m-c,
  • 30 lat – 700 zł/m-c,
  • 40 lat – 350 zł/m-c.

W roku 1995 (30 lat temu), 700 zł dawało średnią krajową.

Kto planuje żyć długo, może nawet zacząć późno.

Zasada 2. Ćwiczyć ciało i głowę. Ważna sprawa – po co nam żyć 90 lat, skoro spędzimy je w łóżku, patrząc na świat oczami dziecka? Bez sensu. I tutaj sytuacja tych pań pokazała, że dbały o siebie. Codzienne ćwiczenia, sanatoria, biblioteka, czytanie. Żeby aktywnie grac na giełdzie – trzeba mieć umysł jak brzytwa.

Zasada 3. Nie zmęczyć się pracą. O, to podstawa. Obie panie pracowały krótko. W domu, nie mając dzieci, ale kogoś do pomocy – także. O wszystko dbał mąż. Na to może liczyć wąska grupa.

Zasada 4. Inwestować. Obie panie wiele lat temu odkryły giełdę. Przekonały się, że mają do tego smykałkę, a potem zaczęły trenować. Dzisiaj dzielą czas (i pieniądze) pomiędzy inwestycje długoterminowe, w spółki płacące dywidendę oraz codzienną spekulację. Dzięki temu, poza sutymi emeryturami, zarabiają te swoje 80 tys. zł rocznie (każda dysponuje kapitałem po 1 mln zł).

Wnioski. Nigdy nie jesteś za stary, aby uczyć się inwestycji. Nie warto tego odkładać na później, bo mistrzostwo wymaga ćwiczenia. Niezależnie od tęgo, jak nieprawdopodobna wydaje się ta historia.

Barista FIRE czy plumber FIRE?

Czym jest FIRE pewnie wiecie – wczesną emeryturą, wypłacaną z oszczędności/inwestycji. W skrócie – mówimy o stylu życia, który kiedyś nazywano rentierem.

Barista FIRE, odmiana tej pierwszej, polega na podejmowaniu prostej pracy dorywczej, pozwalającej nam na kontakt z ludźmi i zarabianie pewnej kwoty pieniędzy. Wtedy wystarczą mniejsze oszczędności (kapitał). Popatrzmy jako wygląda w praktyce.

Załóżmy – potrzebujesz na życie 2-osobowej rodziny ok. 3000 zł (bez hipoteki, kawałek ogrodu). Ponieważ dysponujesz oszczędnościami/inwestycjami 400 tys. zł, miesięcznie wypłacasz 1333 zł (400 tys. zł x 4%/12 miesięcy). Brakuje Ci 1667 zł. W modelu Barista FIRE nie idziesz pracować do biura, ale podejmujesz pracę baristy, kelnera, barmana, z założenia niezbyt skomplikowaną i nieangażującą, możliwą do wykonywania na godziny. Jeśli dostaniesz minimalną stawkę godzinową (w gastronomii – standard) – zarobisz 30,50 zł/godzinę brutto, co po odjęciu ZUS, NFZ da Ci 24 zł netto (unikniesz podatku, przy tak małych zarobkach). 1667 zł/24 zł to ok. 70 godzin/m-c. Dzieląc na dwie osoby – 35 godzin/m-c i ok. 8 godzin/tydzień. Nieźle.

Ale można lepiej. I tak wymyśliłem plumber FIRE, czyli zamiast modnego, nowoczesnego zawodu – hydraulik. W moim województwie średnia cena z punkt (https://kb.pl/remont-i-wykonczenie/instalacje-hydrauliczne/cennik-uslug-hydraulicznych/) wynosi ok. 240 zł montaż i 180 zł demontaż. Średnio doświadczony hydraulik (jak ja) potrzebuje ok. godziny na pkt (na demontaż mniej). Na działalności nierejestrowanej (czyli bezskładkowo) w takiej skali (1700 zł/m-c) nie płacimy nawet podatku, a więc netto=brutto. Tym sposobem 210 zł/godzinę (średnia) daje nam 8 godzin…, ale w miesiącu. I na tym polega wyższość plumber FIRE nad barista FIRE. A problem? Łatwiej zrobić kawę, niż zamontować rurę.

Wyłączenie grzejników – głupia oszczędność. Czego nie robić w starym domu?

Dzisiaj powrót do tematu ogrzewania. Otóż, w dobie drogich nośników energii, część osób ma pomysł na drastyczne ruchy np. obniżenie temperatury w domu do poziomu 16-17 st. C. To właśnie głupia oszczędność. Jak mówią, skórka za wyprawkę, albo chcąc oszczędzić na zatyczce, zmarnowałeś beczkę (wina). Dlaczego?

Otóż wyobraźmy sobie przeciętny dom. Taki jak mój. Zapotrzebowanie na ogrzewanie ok. 20.000 KWh przy niezbyt ostrej zimie i tzw. temperaturze obliczeniowej (+20 st. C). Grzejemy gazem, a to oznacza rachunki w granicach 8000-9000 zł/sezon. W praktyce – w styczniu i lutym po 2000-3000 zł. Ponieważ nie zarabiamy wiele staramy się termostat ustawić na 16-17 st. C. Wiemy bowiem, że obniżenie temperatury o 1 st. C daje oszczędność nawet 8%. No i 4 st. C to już 32%. Prawie 1/3. Z 2000 zł zrobi się 1400 zł, z 3000 zł nieco ponad 2k, a rocznie z 8k nieco ponad 5k, z 9k ok. 6k. Warto?

Nie. W takiej temperaturze trudno funkcjonować, jeśli tylko na dłużej usiądziemy, żeby np. popracować na komputerze, obejrzeć film. Istnieją doradcy, którzy powiedzą – załóż drugie skarpety, bluzę, grube spodnie. A dłonie? W rękawiczkach chyba nie usiądziemy. I tu pojawia się pierwszy problem. Niski komfort cieplny. Oznacza on częste przeziębienia, osłabienie. Dochodzi jeszcze jeden kłopot. 16 st. C w kuchni da się wytrzymać (przy gotowaniu będzie 2-3 stopnie cieplej), w sypialni nawet też. Natomiast w łazience – klęska. I wszystko, co zaoszczędzimy na gazie, wydamy na lekarzy.

Problem nr 2 nazywa się wilgoć. Mega szkodliwa dla zdrowia i budynku (powoduje powstanie tzw. syndromu chorego domu). Zrobiłem taki eksperyment. Na wsi nie grzałem przez 2 dni w deszczowy, jesienny dzień. Temperatura spadła o 4 st. C. W tym samym czasie wilgotność wzrosła o 12% (z 58% do 70%). Jeden dzień grzania i powrót do starego poziomu. A w moim „zimowym”, czy „miejskim” domu. W salonie 20 st. C i 58% wilgotności powietrza. „Pokój na uboczu” gdzie istnieją 3 ściany zewnętrzne, czwarta od nieogrzewanej piwnicy, nieizolowana podłoga nad garażem oraz słabo ocieplony dach” – temperatura 17 st. C (czyli tylko 3 st. C różnicy) i wilgotność 65%. W żadnym z tych pomieszczeń nie suszy się pranie (mamy suszarkę kondensacyjną), a salon leży blisko kuchni (wilgoć z gotowania potraw) i łazienki. Te 7-12 % wilgotności robi wielką różnicę. Zwłaszcza dla murów obłożonych styropianem, astmatyków, alergików itp.

Problem nr 3. Nagrzanie wychłodzonego muru. Wiem coś o tym. W pierwszym roku, kupiony na jesieni i słabo grzany na czas remontu dom, przez 3 tygodnie intensywnie doprowadzaliśmy do 20 st. C. Ogromnym kosztem zużycia gazu (+50%), zanim mury przestały mrozić przy dotyku. Czyli, jeśli przekonamy się, że 16 st. C nie dla nas, zapłacimy podwójnie (oszczędność 32%, dołożymy tyle samo, ale wydamy na leki, oraz pochłaniacz wilgoci).

Z tych trzech problemów (sprawdzonych empirycznie), pojawił się wniosek – zostajemy przy 19-20 st. C.

Jak przygotować się do emerytury? Zwiększenie dochodów bieżących. Konkretne pomysły.

Podstawowy paradoks finansów osobistych brzmi – im mniej zarabiasz, tym więcej musisz zgromadzić oszczędności. Dlaczego? Ponieważ mniej możesz pokryć z bieżących dochodów. Także na emeryturze, która zbliży się do minimalnej. Co robić w takiej sytuacji? Zwiększać swoje możliwości zarobkowe, żeby móc więcej odkładać.

Mam świadomość, że dla kogoś kto zarabia obecnie pensję minimalną odkładanie 580 zł tylko na emeryturę (PPK, IKZE, IKE) okaże się bardzo trudne. W lepszej znajdzie się ktoś ze średnią krajową (6500 zł netto/osobę). Dysponujemy jednak pewnym narzędziem, które pozwala nam podbić wyniki. Zwiększenie dochodu.

Pomysł 1. Podniesienie kwalifikacji. Przez „podniesienie” rozumiem zwiększenie możliwości zarobkowych. Niekoniecznie chodzi tu o studia, czasami wręcz praktyczny kurs da lepsze efekty. Operator koparki czy stolarz zarobi więcej niż bibliotekarz.

Pomysł 2. Dodatkowe zlecenie lub zatrudnienie. Pamiętacie tekst o boomerze? Pracował 18 godzin na dobę. Nie polecam. Niemniej jednak dodatkowe 10 godzin w tygodniu wg stawki 30 zł/h daje nawet dodatkowo 1200 zł/miesiąc.

Pomysł 3. Działalność gospodarcza „na boku”. Patric McGinnis w „10-procentowym przedsiębiorcy” wyjaśnia nam tę ideę. Podobnie czyni Tim Ferriss w „Narzędziach tytanów”. Własna firma może być efektywnym wehikułem do dodatkowych kilku tysięcy złotych. Może więcej. Do pewnej kwoty nie musisz nawet zakładać dg.

Pomysł 4. Dołóż z wynajmu. Poprzez wynajem rozumiem zarówno wynajęcie mieszkania, domku na wsi, jak i pokoi na Airbnb czy nieużywane auta. Kombinuj co możesz zrobić.

Pomysł 5. Czerp zyski z inwestycji kapitałowych. Akcje, obligacje, lokaty, co sobie wybierzesz. Oczywiście, do tego akurat punktu trzeba mieć kapitał i tu pojawia się problem. Trzeba najpierw go oszczędzić.

Pomysł 6. Spłać przed terminem kredyty i pożyczki. Nadpłata pozwoli zaoszczędzić kupę kasy. Warto o tym pomyśleć. już teraz. Wiadomo, taki sposób nie okaże się łatwy, ale zysk spory (hipoteki są teraz oprocentowane na 8-9%, a co dopiero pożyczki konsumpcyjne).

Pomysł 7. Poproś o podwyżkę. Najprostszy sposób zarabiania prawie bez wysiłku, to poproszenie o podwyżkę i… dostanie jej. Dobrze przygotuj się do tej rozmowy. A podwyżkę, przeznacz na oszczędności.

Pomysł 8. Zmień pracę. Kiedy szef nie chce dołożyć paru groszy, szukaj szczęścia gdzie indziej. Często na podobnych stanowiskach, w tym samym mieście zarobki sporo się różnią (np. w moim zawodzie w jednym miejscu zarabiam o 7% więcej podstawy niż w drugim).

Generalnie, zwiększenie dochodów dzisiaj, oznacza wyższą emeryturę w przyszłości, pamiętaj o tym.

Klasa średnia pracuje do emerytury po kilkanaście godzin dziennie. Jak tego uniknąć, nie żyjąc jak mnich?

W połowie listopada miałem okazję uczestniczyć w pewnej naradzie grupy specjalistów. Chodziło o opracowanie produktu, na który składały się elementy wielu branż. Ponieważ jedna ze specjalistek zrobiła swoją pracę, dając z siebie 30%, a potem tłumaczyła się trudnościami w wygospodarowaniu czasu na poprawki (próbując przesunąć je o pół roku, bo najpierw musi skończyć stare projekty, potem są Święta BN, Sylwester, ferie itp.), padły słowa podobne jak w tytule: „Proszę nam nie opowiadać  bajek, my wszyscy tutaj pracujemy po kilkanaście godzin dziennie, to są pieniądze akcjonariuszy, oni czekają na zyski”. Autorką tekstu była kobieta młodsza ode mnie o 4-5 lat. Zaraz zawtórowała jej prowadząca (po pięćdziesiątce). Nie odezwałem się, ale w głowie kiełkował mi pomysł na ten tekst.

Co stało się, że całkiem niegłupi ludzie, specjaliści, poświęcają na pracę kilkanaście godzin dziennie, przez 40 lat, od studiów do emerytury? A wcześniej jeszcze uczą się 17-20 lat w podobnym wymiarze. Składa się na to kilka kłamstw, powtarzanych przez pokolenia.

Kłamstwo 1. Sukces wymaga pracy po kilkanaście godzin dziennie. Pisałem o tym wiele razy – zupełnie tak nie jest. Jeden z moich ulubionych vlogerów (profil „Na skraju gaju”) poświęcił temu dłuższe nagranie. Streszczając je do minimum: wszystko zależy od tego, jak definiujemy sukces. Jeśli jako zarobienie dużych pieniędzy – decydują predyspozycje, kontakty, kapitał, nie ciężka praca. Junior w korpo pracuje znacznie ciężej niż jednoprocentowy akcjonariusz i zarabia mniej. A może – jako pozycję zawodową? W tym punkcie też wyprzedzą nas zdolniejsi, lepiej ustawieni (wystarczy przejść się po dowolnym uniwersytecie, klinice itp.). Mój kumpel, rąbiąc po 10 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, nawet nie zbliżył się do pozycji zarządzającego. W rzeczywistości, pomijając kasę, znajomości, układy, często znacznie ważniejsza niż ciężka praca, okazuje się zdolność do kombinowania. Wie o tym każdy doświadczony korposzczur. A w wielu definicjach sukcesu (udana rodzina, równowaga) taki tryb życia po prostu się nie mieści. Na koniec, po pewnym czasie efektywność spada i zaczynają się kłopoty ze zdrowiem.

Kłamstwo 2. Wszyscy tak robią. Doprawdy? Wystarczy wyskoczyć z bańki na kilka dni, biorąc urlop i przejść się po galerii między 9 a 17. Tłum ludzi. W markecie budowlanym – podobnie, i wcale nie noszą strojów roboczych (czytaj: nie są tu służbowo). Jak to możliwe? Istnieje wiele systemów pracy, nie tylko „9 to 5”. Są samozatrudnieni, freelancerzy, lenie, obiboki na L4, wybierający 3m pracy, 9m wolnego, pracujący 2 tygodnie w Norwegii i wracający na 2 tygodnie do Polski, drugozmianowcy, długo mógłbym wymieniać. Na koniec – zwykli lenie, królowe na zasiłkach, alkoholowi renciści, rentierzy-próżniacy, dziedzice, landlordowie itp. Na nich wszystkich pracuje (a nawet zapieprza) cała (albo prawie cała) klasa średnia. Ktoś musi płacić podatki. Tak się składa, że pani specjalistka besztająca drugą panią specjalistkę, ponosi koszt tego wszystkiego. Co więcej, im ciężej pracuje, tym obciążenie rośnie (kwotowo, a często i procentowo). Proponuję wyjść z kokonu klasy średniej.

Kłamstwo 3. Pracując mniej, grozi nam deklasacją. Badano metodami naukowymi lęki klasy średniej. Najpoważniejszy dotyczył spadku do klasy niższej. Wtedy ten czy ów musiałby wykonywać zajęcia mniej wyszukane, skomplikowane, albo zwyczajnie pracować fizycznie. Dzieci stracą pozycję socjoekonomiczną, garnitur zawiśnie w szafie, odpadną prywatne szkoły i pakiety medyczne (nikt nie oferuje ich np. glazurnikowi). Przerażające. Tyle, że nieprawdziwe. Klasa wyższa nie pracuje aż tyle (albo i wcale) i nikt jej nie zrzuca z piedestału. W rzeczywistości nie chodzi bowiem o ilość pracy, lecz o zarobki. I tak, po przeanalizowaniu kłamstw, dochodzimy do sedna – jak uniknąć takiego zapierdolu.

Trzeba mieć pieniądze bez pracy, albo z mniej intensywnej pracy. Można to zrobić na kilka sposobów.

Sposób 1. Oszczędny milioner. Tak, to o mnie. Ciężko pracować do pewnego momentu, aż zarobki z kapitału (stworzonego z zaoszczędzonej i zainwestowanej drugiej pensji) wyrównają przyszłe ubytki. Dlatego, że posiadam inwestycje, mogłem uśmiechać się w duchu na naradzie. Pozostali nadal udowadniali swoją przydatność, biorąc pracę na weekend (o czym wprost mówili), siedząc po godzinach. Wszystko, żeby przynieść do domu te 15-20k na wysokie koszty statusowego życia. Ponieważ, przed czym ostrzegał Robert Kiyosaki, pensja specjalisty zależy do liczby przepracowanych godzin, ta pani musi zwiększać ilość pracy, zamiast korzystać ze skalowania lub kapitału. Dlatego ona w ten piątek (bo był to weekendu początek) dziobała do 18 a ja, skończyłem pracę o 14.30, wsiadłem w auto i pojechałem do Nałęczowa na odczyt, picie leczniczej wody i spacer po miasteczku. Pomimo tego, zarobiliśmy tyle samo. Ona ciężką pracą, a ja pracą i kapitałem.

Sposób 2. Wysoki procent oszczędności za młodu. Podstawa ruchu FIRE – odkładać 70% pensji. Jak zauważyłem w polemikach z Wami, wymaga to albo wysokich poborów przed 30-tką (IT, banki itd.) albo drastycznych oszczędności (życie za grosze). W praktyce dla 1-10%.

Sposób 3. Zwiększenie zwrotu z inwestycji. Krótko mówiąc – gramy wysoko, jedziemy po bandzie, tolerujemy spore ryzyko. W okresie 20 lat wygląda to następująco. Przeciętny przedstawiciel klasy średniej odkłada 1500 zł/m-c (10% zarobków rodziny) i lokuje je na 5%. Po 20 latach ma 620 tys. zł. Co robi agresywny ryzykant? Zwiększa tolerancję na straty, ale zarabia 10%. Nagle, odkładając tyle samo, dochodzi po 20 latach do 1,15 mln zł. Gdyby dociągnął do 18% (podwojenie kapitału co 4 lata, poziom Warrena Buffeta) przy identycznym zaangażowaniu (1500 zł/m-c) i czasie (dwie dekady), uzbiera aż 3,5 mln zł. A każdy z tej trójki (pięcioprocentowiec, dziesięcioprocentowiec, osiemnastoprocentowiec) zainwestował tyle samo – wpłacił 360 tys. zł.

Niezależnie od tego, co się wydarzy, możemy mieć ponad milion oszczędności (kapitału) w ciągu 20 lat. W praktyce – w okolicach 40-tki. A taka kwota, da nam 6-8 tys. zł/m-c dodatkowego przychodu. Przeliczając na zarobki klasy średniej (w zależności od miejsca zamieszkania, liczby pracujących rodzin oraz dolnej lub górnej granicy naszej grupy wynoszą one 40-150 zł/godzinę netto), pozwoli uniknąć od 10 do 40 godzin pracy tygodniowo i zachować ten sam poziom zarobków. Sporo.

Jak do tego doszedłem? Skoro przeciętne gospodarstwo trzyosobowe klasy średniej ma dochód od ok. 6 do ok. 20k netto, a żyje za 4.5-18 tys. zł, uzyskanie 6-8k z kapitału nie pozwala porzucić pracy (albowiem wtedy większości zabraknie kasy), ale nie ma potrzeby zarzynania się nią. Wystarczą dwa spokojne etaty (np. 7+5k lub nawet 5+5k) oraz te zyski kapitałowe. Panie opisujące pracę po kilkanaście godzin (czyli właśnie dodatkowe 10-40 godzin w tygodniu), musiały nie być świadome możliwości. Wy już wiecie. I wcale nie trzeba w tym celu żyć jak mnich.

Czy listy zastawne PKO BP SA to taka okazja?

W październiku, „po raz pierwszy od 100 lat” PKO Bank Polski SA zaoferował zwykłym ludziom listy zastawne. Warto przeanalizować ten produkt. Przeczytałem ofertę banku i mam już swoje zdanie.

Listy zastawne to papiery dłużne, których zabezpieczenie stanowią wierzytelności hipoteczne z udzielonych kredytów. Teoretycznie papier jest dość bezpieczny, ale czy sensowny?

Bezpieczeństwo stoi na wysokim poziomie, ale nie mamy 100% gwarancji kapitału jak przy lokatach czy 99% jak przy obligacjach skarbowych. Gdyby masowo przestano spłacać kredyty hipoteczne, system się wywróci. Nieprawdopodobne? Popatrzcie na Grecję, Cypr czy kryzys subprime. Nie ma wątpliwości, że jednak całość wypada lepiej niż np. obligacje korporacyjne.

Zyskowność. Tutaj warto spojrzeć na ofertę. 0procentowanie 0,25 pp. powyżej stopy referencyjnej NBP i będzie się zmieniać co pół roku. Pierwszy okres – 5%. Powiem szczerze – śmiesznie mało. Obligacje EDO indeksowane inflacją płaca 6%. Trafiamy lokaty na 7%. Kiepski interes.

Jeszcze dwa słowa o oszczędzaniu 70% dochodów i realiach życia blogerów finansowych.

Z Bartkiem wymieniliśmy uwagi na temat ruchu FIRE i realiów życia przeciętnego człowieka. Tak się stało, że p. Samołyk, prowadzący bloga inwestomat.eu udzielił parę dni później obszernego wywiadu wyborcza.biz, pod tytułem „Trzeba zarabiać 15-20 tys. brutto, by móc zaoszczędzić nawet 70% wypłaty. Ma plan jak przejść na emeryturę po 40-tce.”.

Rozmowa blogera z portalem finansowym potwierdziła większość moich podejrzeń i zbieranych ze strzępków internetu informacji. Tu dochodzimy do clou, czyli osobistej sytuacji p. Samołyka, na którą zwróciłem uwagę Bartka. Otóż dowiadujemy się z wywiadu, że pracował wiele lat za granicą, zaczął start projektu „wczesna emerytura” w wieku 24 lat, a obecnie ma 36 lat i roczne dziecko. Czyli dokładnie, tak jak napisałem. Późny ślub, późne ojcostwo, ogromne zarobki roczne roczne i stopy zwrotu. Bańka.

Grupa docelowa, do której zwraca się p. Samołyk to podobni jemu: „specjaliści IT, prawnicy, lekarze, menedżerowie” albowiem „wystarczy zarabiać 15-20 tys. zł brutto”. Potem dodaje, że obliczenia zakładają istnienie obok drugiej osoby, która „zarabia połowę tego co my”. Dochód 22-30 tys. zł/brutto na rodzinę. I teraz popatrzmy – ile znamy par dwudziestokilkulatków z takimi dochodami? Np. menedżera lat 24? Szczerze, ja kilku. Wąska bańka.

Potem padają kwoty, które nijak nie układają się w całość, ale może wywiad nie był autoryzowany i dziennikarz coś pokręcił. Bo padają słowa „jeżeli jest 20 tys. zł na gospodarstwo domowe, to już 70% jest wykonalne”. Czyli żyjemy za 6 tys. zł, a oszczędzamy 14k. Bartku, znasz kogoś z dziećmi, w swoim mieście, kto oszczędza w 14, przy dochodzie 20k? Ja, nie.

A już całkowity odjazd o rodzinie z dochodami 10k, mieszkającej w centrum dużego miasta z dziećmi na utrzymaniu, która może oszczędzać 50-55% pensji. Tak, za 4.5k w centrum dużego miasta z dziećmi (liczba mnoga zakłada co najmniej dwójkę).

Generalnie, matematycznie to się nie spina, bo potem kolejna rada „na przykład kredyt na pół miliona złotych jest już rozsądnym wyborem….. rata byłaby na ok. 4 tys. zł”. No i dochodzimy do sedna – życie za 4.5k w centrum miasta z dwójką dzieci i 4k raty. Nadążacie? Nawet zmniejszając realnie ratę do 3 tys. zł, doliczając koszty mediów, może starczy na samo utrzymanie mieszkania.

Dlaczego tak piszę? Wystarczy cofnąć się do dochodów. 15-20k przy średniej krajowej 9k + druga pensja 50%. Ile osób tak zarabia? Tu pojawiają się wskazówki zawodowe: IT, lekarze, prawnicy, menedżerowie. Jak duża jest łącznie ta grupa? 5-10% społeczeństwa. Do tego większość z nich nie żyje za 30% takich dochodów. Dlaczego? Bo mieszkają w wielkich miastach. A tam pomysł na wegetację z rodziną, za 5k (przy racie kredytu od 0,5 mln) wydaje się z gruntu absurdalny. I tak mógł napisać tylko przedstawiciel bańki (albo pokręcić dziennikarz). I to bańki specyficznej – zarabiającej bardzo dużo, późno wchodzących w małżeństwo i ojciec niemowlaka. Otóż, podam Wam realne koszty posiadania dziecka. Mój najmłodszy na same zajęcia dodatkowe (jedna dyscyplina sportu, jeden język obcy i matematyka) potrzebuje ok. 700 zł miesięcznie. Student w dużym mieście kosztuje ok. 3 tys. zł. Same opłaty 3-osobowego spółdzielczego mieszkania trzypokojowego – 1.5-1.6k (bez kredytu). A p. Samołyk opowiada bajki o życiu za 4.5k w 4 osoby i racie 2-4k i dziennikarz to łyka (albo on coś pomieszał)? Kalkulacje dotyczące oszczędności, są z sufitu. Widać to w komentarzach. Zwrócono uwagę na:

  • planowanie kosztów dziecka w oparciu o noworodka, żywiącego się mlekiem matki,
  • brak wliczenia kosztów opieki (niania, żłobek), a potem studiów,
  • nierealność przykładu: 10k dochodu, 55% oszczędności,
  • oparcie się na zasadzie „kluczem są wysokie zarobki oraz wysoka stopa oszczędności” a potem przytoczenia zarobków przeciętnych (10k netto/2osoby),
  • podawanie wydatków na jedzenie 4k (4os.) jako nierealnie wysokich w dużym mieście.

Żeby nie było, porady dotyczące inwestycji na inwestomat.eu brzmią mega rozsądnie i sam je polecam. Ale z oszczędzaniem, wyszło średnio. Być może, przez brak autoryzacji tekstu.

Wracając do ruchu FIRE. W jego założeniach znajdują się podstawowe reguły:

  • żyj w tanim otoczeniu i skromnie (stąd mieszanie tu wielkiego miasta na kredyt i oszczędnego stylu życia to pomyłka),
  • produkuj, wytwarzaj, przetwarzaj, wymieniaj, żeby nie wydawać pieniędzy,
  • nie bierz kredytów poza hipoteką, a i ten spłać jak najwcześniej,
  • załóż stopę wypłat 4%.

EDIT: Po serii komentarzy dotyczących, dokonałem sprawdzenia okoliczności. P. Samołyk wezwał do zmiany tytułu (lead pochodzi zawsze od wydawcy i nie podlega formalnym sprostowaniom), co też się stało. Niemniej jednak, niezmienna, a nawet potwierdzone (nowym brzmieniem), pozostała krytykowana przeze mnie (jako oderwana od rzeczywistości) teza, że przeciętna rodzina może zaoszczędzić 70% z 15-20k dochodów, albo 50% z 10k – czyli przeżyć za 4.5-5k w dużym mieście (przy kredycie? na wynajmie?) oraz przywołane w jednym z komentarzy przemyślenia dotyczącego oszczędnego życia czyli niewymieniania elektroniki co roku,