Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 18 – Oszczędny Milioner

3 rzeczy, które powinieneś zrobić po 40-tce według instagramowego coacha i oszczędnego milionera.

W ostatnich 10 latach sieci społecznościowe zalała fala coachingu (pop-psychologii), której głównym kołem napędowym są listy rzeczy do zrobienia w określonym wieku. Popatrzmy, jak wygląda taka lista dla 40-latków.

  1. Przebiec maraton.
  2. Odwiedzić Chiny (w wersji buddyjsko-uduchowionej: Indie)
  3. Przejechać na rowerze od Tatr do morza (w wersji religijnej – pójść do Santiago de Compostela).

Podobno te czynności sprawią, że osiągniesz szczęście. A sprawią? Gdzie tam. Jeżeli jesteś typowym wytworem sieci social mediów, z wysokim poziomem lęku, zastanawiającym się regularnie „czy jesteś wystarczająco dobry” zarówno maraton, jak i Chiny czy wyprawa rowerowa nie poprawią sytuacji ani na jotę. Po prostu staniesz się nieszczęśliwym człowiekiem, który:

  1. Przebiegł maraton.
  2. Odwiedził Chiny/Indie.
  3. Przejechał na rowerze od Tatr do morza/przeszedł drogę do Santiago de Compostela.

Tyle. Dlaczego? Ponieważ, kiedy wykonasz te wszystkie kroki, social media podsuną Ci kolejne, w wyścigu o lajki, który nie ma końca. Po maratonie pojawi się triatlon, po Chinach, Tajlandia lub Brazylia, a Polskę zastąpi przejazd włoskich przełęczy. Co zatem faktycznie powinieneś zrobić po 40-tce? Parę rzeczy, nie dających może gwarancji szczęścia, ale zapewniających spokojniejszy sen i redukcję lęków. A oto krótka lista:

  1. Spłacić kredyt hipoteczny (i inne kredyty).
  2. Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę.
  3. Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów.

Czy wiesz o tym, że większość moich rówieśników z wielkich miast (czyli 50-latków) nie odhaczyła nawet dwóch punktów z tej listy. Teraz czas opisać, co zmienią w Twoim życiu.

Spłacenie kredytu hipotecznego (i innych kredytów). Uwolnienie się od kredytów, współczesnej wersji niewolnictwa („Nie zwolnię się z beznadziejnej pracy, bo z czego zapłacę kolejną ratę?”) stanowi krok milowy współczesnego wielkomiejskiego przedstawiciela klasy średniej. Jeśli masz 40 lat, najprawdopodobniej, zostałeś spętany hipoteką ok. 4-10 lat temu. Zostało Ci do spłacania ok. 20-26 lat według harmonogramu i 300 tys. zł. Czas wziąć byka za rogi i opracować 10-letni plan zlikwidowania kamienia młyńskiego u Twojej szyi. Powstanie o tym odrębny wpis, dzisiaj skupiam się na aspekcie psychologicznym. Uwolnienie się od kredytów, czyni wolnym. Zaniesienie ostatniej raty do banku, wygląda jak rytuał oczyszczający. Nie jesteś nic winien. Wspaniale. Możesz dokonywać wyborów, nie patrząc, z perspektywy dłużnika. Wreszcie, te tysiące nie wypływają co miesiąc z Twojej kieszeni. Piękna rzecz.

Rozpocząć oszczędzanie na emeryturę. W dniu czterdziestych urodzin, perspektywa emerytury rysuje się znacznie wyraźniej niż po 30-tce. Może nie widzisz jej tuż, tuż, ale wystarczająco blisko, by o niej myśleć. Zacznij więc oszczędzać. Na blogu edukuję od lat – państwowe świadczenie wystarczy na zaspokojenie głodu i opłaty. Na nic więcej. Trzeba mieć ekstra pieniądze: na lekarzy, samochód, podróże, hobby. Da się je zarobić, jeżeli zaczniemy oszczędzać. Co proponuję? Po pierwsze zapisanie się do PPK u swojego pracodawcy, a w zasadzie niewypisanie się. Finansowe skutki tego kroku, nie zapewnią nam starości pod palmami, ale pozwolą uniknąć biedy. Ważna sprawa. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dostaniesz sporo więcej niż wpłaciłeś. Np. z odprowadzanych przez 25 lat, dzisiejszych 200 zł/m-c (2% z 10.000 zł), zrobi się 500 zł świadczenia przez 12 lat (czyli do średniego okresu życia mężczyzny). Gdybyś zaczął wcześniej (jako 30-latek), byłoby jeszcze ciekawiej, ale lepiej późno niż wcale. Drugi sposób, który polecam, nazywa się IKZE. Na blogu sporo o nim pisałem. Oferuje widoczne korzyści podatkowe (ulgę) oraz, jeżeli dobrze wybierzesz, interesujące stopy zwrotu. W praktyce z 500 zł/m-c, w dniu przejścia na emeryturę (po 25 latach), dasz radę wycisnąć kilkaset tysięcy złotych. Stosując regułę 4% – 1600 zł do państwowego świadczenia.

`Zgromadzić fundusz awaryjny w wysokości 12-miesięcznych dochodów. Kolejny plaster na duszę ludzi lubiących się zamartwiać. Z taką poduszką finansową, śpisz spokojnie. Nie boisz się ani zwolnienia z pracy, ani naprawy samochodu, ani większości katastrof, które potrafi wymyślać Twój umysł. Już jest nieźle. W niepewnych czasach 70-80 tys. zł oszczędności, daje komfort, jakiego nie ma większość Twoich rówieśników. Masz czas usiąść i pomyśleć na spokojnie. Zgromadzenie funduszu awaryjnego zajmie Ci pewnie kilka lat, ale każda wpłata zwróci się dziesięciokrotnie w zdrowym śnie i pełnym luzie. Uwierz mi, sam mam taką poduszkę.

Czy warto angażować się w etat?

Odpowiedź na tytułowe pytanie wcale nie jest prosta. Zwolennicy „kultury zapierdolu” powiedzą – oczywiście, lewica – absolutnie nie, natomiast prawda leży po środku. Stąd cały wpis.

Zostawmy na boku ideologię skupmy się na prostym rachunku matematycznym. Załóżmy, że pytanie zadaje 24-latek. Idzie do pierwszej pracy, w której zarobi 4500 zł netto czyli ok. 26 zł/h , a nadgodziny płatne są w stawce 40 zł/h. Ma szanse dorobić, nigdzie indziej tyle nie dostanie, a dodatkowo buduje swoją pozycję w firmie. Wtedy warto.

Inaczej wygląda sytuacja, jeśli pracodawca wymaga od Ciebie (jak prezes Brzóska od kurierów) 100% dyspozycyjności, ale za nią rewelacyjnie nie płaci. Wtedy angażować czasu nie warto.

Ale istnieje jeszcze kilka uwarunkowań:

  • czy lepiej dzisiaj zarobić więcej (biorąc płatne nadgodziny), czy zdobywać umiejętności, które pozwolą zarabiać 2 x tyle jutro?
  • czy stawka nadgodzin jest lepsza niż obrywów na boku?
  • czy mam (i jak duże) szansę awansować?

Każdy z tych problemów musi zostać przeanalizowany. Ja zwykle angażowałem się w pracę, ponieważ widziałem sens, co nie powstrzymało mnie od wzięcia czterech lat urlopu bezpłatnego na rozkręcenie firmy i zdobycie uprawnień. Teraz, gdy sytuacja zmieniła się o 180 stopni, na etacie świadomie robię tylko tyle, ile muszę, a działam na 150% tylko wtedy, gdy wyłączę świadomość. Dlaczego? Ponieważ poziom zaangażowania pompuje ilość pracy do wykonania, a nie daje efektu w w postaci wzrostu pensji. Dodatkowo, moja firmowa stawka godzinowa pozostaje niezmiennie sporo wyższa. Natomiast nie zawsze tak jest i wcale nie musi.

Popatrzmy na zdobywanie kwalifikacji. Jaki sens ma zarabianie 40 zł za nadgodzinę, jeżeli za dwa lata nauki możemy otrzymać te 40 zł w stawce godzinowej każdej ze 170h/m-c? Wynik wydaje się prosty. 20x 40+4500=5300 zł, a 40*170 =6800 zł. Lepiej zacisnąć zęby i pouczyć się trochę.

Podobnie liczmy dorabiając. Gdy pracujesz za 4500 zł/170h a możesz dostać za dwudziestogodzinową fuszkę 2500 zł, jaki sens ma branie nadgodzin z pensją 800 zł? Żaden.

Wreszcie rzecz niepoliczalna – awanse. W mojej branży przypada 10 pracowników na kierownika. Stąd szansa na awans 10% i to tylko o tyle, o ile nasz szef jest sporo starszy. Pozostaje jeszcze „kasyno” czyli układy, więc powiedzmy – realne 5%. Poświęcanie się w 200% dla 10% szansy podwyżki 1000 zł/m-c w moim przypadku pozbawione jest sensu. Wolę tę energię zaangażować w firmę, lub o czym pisałem, w doktorat.

Patrząc na te wszystkie uwarunkowania (a dochodzi jeszcze perspektywa zmiany zawodu, branży, sytuacja rodzinna itp.) dopiero możemy udzielić zindywidualizowanej odpowiedzi. Wszelkie generalizacje będą szkodliwe.

Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?

Czy da się zorganizować dziecku wakacje za 3000 zł/rok?

We wpisie o realnych kosztach posiadania dziecka, postawiłem tezę, że faktyczne wydatki na wakacje „małolata” mogą wynieść 3000 zł/rok. Zakwestionował je Bartek, podając koszty wielokrotnie wyższe.

A zatem, co składa się na wakacje nastolatka:

  • ferie – 1500 zł,
  • wyjazd z rodzicami w lecie – 1500 zł.

Mało? Warto uświadomić sobie, że ok. połowy Polaków nie wyjeżdża na ani jeden wyjazd wakacyjny. Jedna z moich klientek, nauczycielka w wiejskiej szkole, potwierdza tę prawidłowość (tam 70% dzieci nie wyjeżdża nigdzie). Na drugim biegunie znajduje się wielkomiejska klasa średnia, zaliczająca 5-10 rocznych wyjazdów (ferie, weekend majowy, czerwowy, sierpniowy, listopadowy, dłuższy urlop, sylwestrowo-noworoczny i już mamy 8 szt.). Czy wszyscy są ich w stanie naśladować? Oczywiście – nie. Część trzymają na miejscu obowiązki, niektórzy nie lubią, inni nigdy nie zasmakowali).

Wróćmy jednak do wakacji i ferii.

Da się je ogarnąć dziecku w wersji budżetowej. W jednym z komentarzy opisywałem agroturystykę:

  • 160 zł/dzień daje nam 1120 zł za 7 dni, czyli zostaje jeszcze coś na drobne atrakcje (np. zwiedzanie),
  • 5-dniowy obóz sportowy mojego syna – 1500 zł (bywają tańsze, gdy klub ma dofinansowanie od miasta),
  • 1100 zł (plus 400 zł na atrakcje) – wylot 5-7 dni last minute,
  • 560 zł – nocleg 1 os./weekend ( nadwyżka nad rodzicami) u moich przyjaciół w górach plus jedzenie jak zwykle z marketu, ale na lody i inne przyjemności trochę grosza zostanie,
  • 560 zł – 7 dni w schronisku górskim (po jedzenie schodzimy i robimy na zewnątrz),
  • symboliczna dopłata – wakacje na własnej działce lub „u babci na wsi”.

Za 1500 zł da się nawet zapewnić „wakacje w siodle”, tylko raczej dla młodzieży (część ceny pokryje osobista praca młodego pokolenia).

Krótko mówiąc – da się, chociaż o nartach, obozie tenisowym, zwiedzaniu Camp Nou raczej myśleć nie można.

I teraz niektórzy zapytają, czy jak tak żyję? Częściowo tak. W tym roku spędziliśmy z dwoma synami wakacje w Macedonii (koszt podałem, wystarczy podzielić na 5). Najmłodszy pojechał jeszcze na obóz sportowy (x2 – ca. 3000 zł), oraz do babci nad jezioro. Do tego 2 razy odwiedził z nami przyjaciół w górach (koszt ok. 300 zł/weekend). Wydałem na niego ok. 2 x więcej niż te 3000 zł, ale nie każde dziecko uprawia sport.

Pięć kroków, które musisz wykonać nim rzucisz etat.

W sierpniu na blogu ukazały się dwa wpisy dotyczące życia bez pracy i powodów pozostawania pracownikiem. Teraz czas na wskazanie, co zrobić, by przemieścić się z jednej grupy do drugiej. Rzucenie etatu może mieć różną postać – wyjazdu w Bieszczady, przejścia na freelance, utrzymywania się z rentierstwa, pomocy społecznej lub założenia własnej firmy. W każdym przypadku trzeba mieć wszystko zaplanowane, żeby nie doznać przykrej niespodzianki i nie błagać szefa o powrót. A oto zasady.

Krok. 1. Ustal, ile pieniędzy potrzebujesz w wersjach: minimum, średniej i niezłej.

Podstawą wypłynięcia na szerokie wody luzu/samozatrudnienia jest uświadomienie sobie, jakiej kasy potrzebujesz na pokrycie wydatków. Bez tego, o ile nie jesteś bogaty, zaczniesz od skoku na główkę do pustego basenu. A zatem, popatrz, ile obecnie wydajesz. Służy temu dokładne przeliczenie kasy potrzebnej miesięcznie w poszczególnych kategoriach. Są nimi:

Życie – czyli jedzenie, chemia, leki, lekarze.

Dach nad głową – koszty utrzymania domu/mieszkania.

Transport – samochód, bilety na komunikację publiczną.

Edukacja – żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe i związane z nimi obozy, kursy, szkolenia, studia Twoje, małżonka i dzieci.

Wakacje i rozrywki – wszelkie wyjazdy, wyjścia.

Kredyty i zobowiązania – spłaty długów.

Inne wydatki – w moim budżecie nazywam je UUPK od pierwszych liter słów: ubezpieczenia, ubrania, prezenty, kieszonkowe. Tak, każdy nawet dorosły powinien mieć pieniądze na swoje wydatki, z których nie musi rozliczać się przed innymi.

Te kategorie to podstawa. Wielu z nas doda jeszcze sporą liczbę np. sport, hobby, wyodrębnione z rozrywek, kosmetyki z kieszonkowego, albo specyficzne dla danej sytuacji (alimenty). W przypadku rozpoczęciem działalności w odrębnej kategorii wydzielmy wszystko, co wydamy na nią (np. składki ZUS, lokal, sprzęt – za co dotychczas płacił pracodawca).

Jeśli powyższe nazwy nic Ci nie mówią, sięgnij do wpisu o systemie kopertowym lub tworzeniu budżetu.

Teraz czas na ustalenie , jakie wydatki okazują się absolutnie konieczne (minimum). To są takie pozycje, bez których nie możesz przeżyć: proste jedzenie, podstawowa chemia, leki i lekarze, najtańsze auto lub wręcz bilety miesięczne, opłaty za szkołę/przedszkole i jedne zajęcia dodatkowe, ubrania z ciuchlandu oraz minimalne prezenty i kieszonkowe. Oczywiście pamiętamy o zobowiązaniach (alimenty lub raty). W przypadku mojej rodziny zmieściłbym się (dzięki przejściu przez następne kroki) w 4000 zł.

Wersja średnia, zakłada już pewien luz. Niewielki, ale jednak. Kupujemy lepsze jedzenie, ubrania. Jeździmy samochodem (może dwoma). Czasem wychodzimy gdzieś, opłacamy polisy, stać nas na wakacje raz w roku. W przypadku mojej rodziny 7000 zł.

Wersja niezła. Żyjemy jak dotychczas.

Popatrz, ile potrzeba w poszczególnych wariantach. Czy stać Cię, choćby na minimum? Czy chcesz tak funkcjonować, a może potrzebujesz mniejszej dyscypliny finansowej ? Ten etat nie był taki głupi, prawda?

Krok 2. Spłać wszystkie zobowiązania i zlikwiduj zbędne wydatki . Zobacz co możesz zrobić sam.

Im więcej masz stałych zobowiązań, tym gorzej. Wszelkie abonamenty, raty itp.

Na pewno znajdzie się tu życie, ale w wersji zredukowanej, więc nie 1000 zł na jedzenie/osobę, lecz np. połowę tej sumy, chemia (niekoniecznie najlepszych marek, odrzuć ulubiony pachnący papier toaletowy), przyjmowane leki. W wielu wypadkach, jeśli dotychczas nie żyłeś oszczędnie, może zejdziesz z nimi o połowę. Potem mamy dach nad głową i transport, gdzie przeprowadzamy podobny proces. Może wystarczy jedno auto?

Krok 3. Policz swoje aktywa.

Oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś i nie robisz regularnie. Bez wiedzy, co posiadasz, nie ma skutecznego planowania finansowego. Bilans aktywów czyli spisanie, nieruchomości, większych przedmiotów, oszczędności, inwestycji, stanu rachunków bankowych oraz ważne – ich wartości, pozwala na analizowanie wariantów awaryjnych i daje spokojną głowę, że sobie poradzisz. W razie przejściowych kłopotów, sięgniesz na konto, sprzedasz kilka akcji, spieniężysz obligacje czy coś wartościowego. Ewentualnie coś wynajmiesz za kasę. Unikniesz konieczności proszenia o pożyczkę czy kredyt, której w trudnym momencie możesz po prostu nie dostać. Im więcej aktywów posiadasz tym łatwiej ci się żyje i podejmuje ryzyko. A te, w życiu bez pracy, zwłaszcza na freelance lub jdg drastycznie powiększa się.

Krok 4. Znajdź sobie nowe źródło dochodów i pesymistycznie je policz .

Wiesz jaka cecha charakteryzuje ludzi bogatych? Posiadanie wielu strumieni dochodów. Kiedy jeden wysycha, zawsze zostają inne. Kiedy jednak tracisz główny przypływ gotówki (bo zakładam, że praca tak właśnie wygląda), zostają jeszcze inne, może węższe strumyczki, ale razem połączone w niezłą rzeczkę. Jeśli tak nie jest, pilnie potrzebujesz nowego źródła dochodu. Stąd wielu porzucających etat planuje już z czego się utrzyma. Znasz może najczęstsze pytanie zadawane przez nowicjuszy na wiejskich forach? Nie, to Ci powiem. Brzmi ono: „Z czego na tej wsi utrzymujecie się?” I odpowiedzi padają różne, jak różne są ludzkie życia i zawody. Część idzie w agroturystykę (przy obecnym kryzysie – odradzam), inni w rzemiosło, w rękodzieło, w warsztaty, albo nadal pracują w dawnej firmie, tylko zdalnie. Sporo osób poprzechodziło na renty, emerytury. Ktoś zredukował godziny pracy, trafiają się rentierzy, którzy w ogóle nie muszą uprawiać zawodu. A jakie będzie Twoje nowe źródło?

Teraz kwestia wyliczenia. Piszę, żeby zrobić ten krok patrząc na czarny scenariusz, pesymistycznie. Pokażę na prostym przykładzie – wykorzystania własnego majątku, wcale nie na wsi. Załóżmy, że tak jak ja, mieszkacie we własnym domu w sporym mieście i stanowi on Wasze główne aktywa. Jak z niego zrobić strumień dochodów? Możecie podzielić piętro/parter i połowę sprzedać (na moim niewielkim osiedlu, blisko uczelni, parę osób tak właśnie zrobiło). Zostaniecie wtedy z mniejszą powierzchnią, ale z gotówką. Możecie tę połowę stale wynajmować i dostawać jakąś kasę. Możecie wrzucić na booking.pl czy airbnb.pl poszczególne pokoje. Ile z tego dostaniecie? I tu właśnie wchodzi pesymizm. Przy sprzedaży, zakładajcie niską cenę (piętro w domku jest zawsze sporo tańsze od mieszkania w bloku) – w moim przypadku byłoby to 350 tys. zł (7 tys. zł/m2). Zyski z tego trochę ponad 5% netto czyli 17.500 zł/rok, a więc ok. 1500 zł/m-c. Przy wynajmie może nawet trochę mniej -1300 zł (ale zachowujecie własność). Jeśli dacie radę wykręcić z inwestycji 8% zyskacie 28 tys. zł czyli ok. 2300 zł/m-c. Wygląda lepiej, ale nie zakładajcie tego w żadnym razie jako pewnika w budżecie. Podobnie policzcie dochody z warsztatów, rolnictwa czy rękodzieła.

Teraz dodaj wszystkie obecne i planowane. Podziel je na pewne, prawdopodobne i niepewne. Pewne to takie, które na 100% dostaniesz (np. odsetki od lokaty, obligacji SP), prawdopodobne – otrzymasz je na 60-90% (odsetki od obligacji korporacyjnych, czynsz za mieszkanie, dywidendy, kasa z warsztatów). Niepewne – tutaj na dwoje babka wróżyła (zyski ze wzrostu wartości akcji). Pewnych + 50% prawdopodobnych musisz mieć tyle, by wystarczyło na życie w wersji minimum. Proste i skomplikowane zarazem.

Krok 5.Miej plan B. Stwórz fundusz awaryjny, który pokryje niedobory.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Ludzi nie zainteresują Twoje warsztaty? Państwo zacznie wypłacać niższe odsetki? Najemca mieszkania nie zapłaci czynszu? No cóż, najpierw popatrz w poprzedni krok. Wbudowany w niego jest pewien bezpiecznik. Dochody pewne + 50% prawdopodobnych muszą wystarczać na minimum wydatków. Jeśli plan A zawiedzie, zawsze masz szansę obciąć wydatki i przeżyć. To jest Twój plan B. Jasne, możesz wymyślać i inny – pójdziesz do pracy (stałej lub dorywczej), coś sprzedasz (jeśli masz aktywa).

Czemu służy zatem fundusz awaryjny? Utrzymaniu płynności. Zanim pozbędziesz się drugiego auta, powinieneś zapłacić np. ubezpieczenie lub zrobić przegląd. Potrzeba na to kasy. A Ty masz dostęp do 6-miesięcznych wydatków. Kolejny spadochron, przydatny, gdy skaczesz w przepaść.

Na koniec wrócimy do przykładu „typowej” rodziny, która postanowiła uciec z korporacji i wyjechać na wieś. Mają jedno dziecko (2+1), dotychczas mieszkali we własnym mieszkaniu (50% LTV) i mają jeszcze chatę „po dziadkach” na wsi.

Krok 1. Do tej pory pory zarabiali w sumie 10 tys. zł netto i dostawali 800+, a więc razem 10.800 zł. Płacili ratę 2500 zł i inne koszty mieszkaniowe 1000 zł. Do tego utrzymywali auto (700 zł), wydawali na życie (2500 zł), UUPK – 1000 zł, na edukację (przedszkole+zajęcia dodatkowe) – 700 zł, na rozrywki (wakacje + wyjścia) – 1000 zł. Zostawało im 1400 zł przeciętnie w miesiącu.

Przenosząc się na wieś i rzucając pracę, koszty minimalne zredukują do 2400 zł , w tym:

  • dach nad głową – 600 zł,
  • auto – 200 zł,
  • życie – 1000 zł,
  • UUPK – 500 zł,
  • edukacja – 0 zł,
  • rozrywki – 100 zł.

Koszty średnie powiększą się o 200 zł na rachunki, 300 zł na paliwo, 300 zł na życie, 300 zł na UUPK oraz 300 zł na edukację oraz 400 zł na rozrywki. Z 2400 zł zrobi się 4200 zł.

Jeśli chcieliby żyć, na takim poziomie jak dotychczas, nie wydadzą tylko na ratę czyli potrzebują aż 6900 zł.

Krok 2. Jedyne zobowiązanie – kredyt hipoteczny zostanie spłacony przy sprzedaży mieszkania. W ten sposób wydatki spadną o 2500 zł. Na wsi sporo rzeczy da się zrobić samodzielnie – od opieki nad dzieckiem przez jedzenie. Mniej kasy pójdzie na auto (stoi pod domem, płacimy tylko koszty stałe, wyjeżdżamy do sklepu, do miasteczka, znacznie rzadziej). Wielu ludzi samodzielnie przygotuje opał, którym jest drewno – dziadkowie mieli pewnie kawałek lasu. Nawet jednak kupując drewno, płacąc dzisiaj po 200 zł za kubik czyli metr przestrzenny, potrzebujemy go w domku może za 2000 zł/rok (1 mp = 2000 KWh). Do tego śmieci – 90 zł, woda i ścieki (oczyszczalnia) – 100 zł , prąd – FV czyli 40 zł/m-c, internet 90 zł, komórki 60 zł i 20 zł podatku. W ten sposób dochodzimy do 600 zł. Głównie dlatego, że prąd produkujemy sami, ścieki załatwia nam oczyszczalnia, a ciepło także uzyskujemy własną pracą (porąb, ułóż, wysusz, spal). Stąd koszty minimum wychodzą nierealnie niskie -2400 zł/3os.

Krok 3. Aktywa to kwota pozostała po spłacie kredytu – 200 tys. zł z wartości mieszkania oraz 200 tys. zł w domu na wsi. Do tego auto za 30 tys. zł.

Krok 4. W tym miejscu dochodzimy do sedna. Stałe i pewne źródło dochodów stanowi 800+. Zapewnia pokrycie wydatków w 1/3. Co jeszcze można zrobić? Wykorzystać te 200 tys. zł kupując obligacje – załóżmy, że zarobimy w ten sposób kolejne 800 zł. Potrzebujemy na minimum jeszcze 800 zł, na przeciętne życie 2600 zł, a dotychczasowe – 5300 zł. Przez pewien czas dostaniemy zasiłek dla bezrobotnych – średnio 1300 zł/osobę, a więc przez rok, na przeciętne życie wystarczy. Potem możemy pójść do opieki społecznej i pewnie, z uwagi na dziecko wyrwiemy jakoś te 800 zł (zasiłek rodzinny, może wychowawczy, jeśli dziecko małe, do tego dodatek mieszkaniowy, dopłata do energii). Pomocy społecznej nam nie dadzą, z uwagi na oszczędności. Teoretycznie więc, na minimum dostaniemy od państwa+uzyskamy z odsetek. Są to dochody pewne.

Nikt rozsądny nie chce jednak tak żyć. Praca „parobka” czyli robotnika rolnego wyceniana jest na wsi na 200 zł/dniówka z ręki do ręki, bez żadnego ubezpieczenia. Stąd, skoro mamy: 800 +, 800 zł odsetek, 800 zł od państwa, brakuje nam jeszcze do średniego poziomu życia tych 1800 zł, a do dotychczasowego 4500 zł. W pierwszym wariancie ojciec idzie „na parobka” przez 8 dni, w drugim na cały miesiąc, a w zimie coś kombinuje. Opcja druga – praca sezonowa za granicą. Jak już pisałem – dziennie do zarobienia 100E czyli 430 zł. Pracując kwartał (1 osoba) – mamy 30 tys. zł. Dzieląc to przez 12 miesięcy – 2500 zł. Można zająć się freelancem w dotychczasowym zawodzie (w moim przypadku na miejscu, w gminie 2400 zł przy pracy 10h/tydz.), lub zdalnie (wtedy stawki są wyższe). A urastająca do rangi symbolu agroturystyka? No cóż, tu nic nie wygląda pięknie. Obecnie mamy spory kryzys w turystyce. Tak duży, że nawet długo działające pensjonaty w atrakcyjnych miejscach notują obłożenie 50% (w sezonie). My, licząc realistycznie, możemy się spodziewać 30% i to wyłącznie biorąc pod uwagę okres wakacji, na wiosnę i na jesieni może 15% (4 dni w miesiącu). Same przychody z pokoju dwuosobowego (założenie 60 zł/os. nocleg i 60 zł wyżywienie) to 8400 zł. Z tego 1/3 pożrą nam koszty, więc zostanie ok. 5600 zł/pokój/rok. Mając 3 (to dużo, bo albo sami musimy mieć większy dom i ściskać się na sezon), albo zaadaptować budynek gospodarczy, zostanie nam 16.800 zł, czyli ok. 1400 zł/m-c. Żyć z tego nie sposób. Zostają jeszcze zwierzęta, ale i w tym przypadku trzeba mieć rynek zbytu. Dlatego większość mieszkańców miast jednak w nich zostaje. Na wsi , mieszczuchowi da się żyć wyłącznie wtedy, gdy przynajmniej jedna osoba pracuje zdalnie, freelansuje, pracuje dorywczo za wysokie stawki lub ma zyskowną dg, albo rodzina ma oszczędności/przychody. Znacznie bowiem lepiej (30 tys. zł/rok) wyjechać na kwartał za granicę, niż przez cały sezon (od wiosny do jesieni) czekać na turystów (16,8 tys. zł/rok przy 3 pokojach). Praca na miejscu jest często w granicach pensji minimalnej, a dojazdy do miasta wymagają czasu i jawnie kłócą się z ideą slow life (chyba że 2-3 dni w tygodniu).

Pomysł na spokojne życie. Pogotowie hydrauliczne. Akt I – zakup elektrożmijki i pierwsza akcja.

Jak wiecie z bloga cały czas kombinuję jak się nie narobić, a zarobić. Dążę do ideału – 4 -godzinnego tygodnia luźnej pracy. A żeby był on realny potrzebne są:

  1. Niewielkie wydatki.
  2. Wysoka stawka godzinowa.
  3. Zawód niestresujący i najlepiej niezależny od koniunktury.

Zwykle piszę o wydatkach – dzisiaj robię wyjątek. Natchnieniem dla mnie były następujące wydarzenia. Dość regularnie zapycha się w moim starym domu jeden z poziomów kanalizacyjnych. Dwa łączą się pod kątem ostrym, gdzieś pod trawnikiem lub chodnikiem. Spadek niewielki, bo ktoś wymyślił łazienkę w piwnicy, czyli pod poziomem gruntu. Teraz łazienka nie działa, ale pion wykorzystuje kuchnia, a w niej zmywarka, czytaj wysokie stężenie tłuszczu w gorącej wodzie, która gwałtownie się ochładza, przechodząc powoli przez rurę o temperaturze 3-5 st. C. Warunki idealne dla zatorów. Do tej pory radziliśmy sobie wzywając pogotowie kanalizacyjne. Raz skasowali nas na 500 zł, raz na 800 zł (z czyszczeniem ciśnieniowym). Potem, gdy tylko zlew bulgotał, żona wlewała jakieś płyny. Aż przestało to pomagać. I cały ten tłuszcz wybijał razem z wodą w łazience, spływając sobie po betonowej posadzce do kratki. W efekcie – dramat. Próbowałem ręczną sprężyną 8mm, ale bezskutecznie. Padł pomysł. – nie będę co pół roku płacił po parę stówek – kupuje elektrożmijkę czyli taką walizkę z silnikiem elektrycznym 20 m grubych sprężyn i różnymi końcówkami. Koszt 5400 zł za sprzęt polskiego producenta wydawał się spory, dopóki nie zobaczyłem cen wiodącej firmy – 13k za taki zestaw. Ponieważ naoglądałem się filmów na YouTube i wiedziałem, że urządzenie wykorzystują profesjonaliści – myślę, tym bardziej ja, amatorsko.

Pierwsza robota u siebie. Zaczynam o 10. Najpierw lektura instrukcji, zniesienie wszystkiego do piwnicy, rozpakowanie, złożenie, podłączenie. Nic nie popsułem – działa. Kręcę godzinę – wyszło trochę tłuszczu i schowała się pierwsza sprężyna (ok. 2 m). Robię przerwę, żeby nie spalić silnika. Druga godzina, zmieniam końcówkę. W pewnym momencie – stop. Silnik pracuje – sprężyna nie kręci się. Z filmików i instrukcji, wiem o co chodzi – końcówka wbiła się w tłuszcz i zablokowała. Wyłączenie i próba wyszarpnięcia. Trzyma. Dopiero po chwili puszcza – całe 10 cm narzędzie nabite białym tłuszczem jak znicz parafiną. Powtórka. Kolejna przerwa na ochłodzenie maszyny. W końcu przebiłem czop. Miał chyba ze 30 cm długości. Woda cofnęła się. Teraz zmiana sprężyny na grubszą i dawaj od nowa. Na koniec poszerzanie otworu i wpuszczenie 4 sprężyn (8m – żeby ew. wyczyścić dalej). Zostało mi jeszcze mycie i sprzątanie.

I pierwsza refleksja. Każdy majster, który przyszedłby do roboty, skląłby mnie od ostatnich. 30 cm zatoru przy średnicy rury 50mm to wiele wpuszczonych zmywarek, aż całkiem się zatkało. Płyn dokończył dzieła, utwardzając i rozlewając tłuszcz w poziomej rurze. A potem wszystko stężało. Zapłaciłbym pewnie z 1000 zł, albo i lepiej (oficjalny cennik przedsiębiorstwa kanalizacyjnego to prawie 3000 zł w tygodniu i jeszcze drożej w weekend), o ile maszyna miałaby odpowiednią moc (moja ma 750W, ale są mniejsze po 450 W) i dałaby radę.

Druga refleksja. Nie święci garnki lepią. Kiedy pierwszy raz posługiwałem się żmijką, mój Tato, inżynier (w dodatku sanitarny) powiedział mi tak: jeśli nie będziesz trzymał dobrze w trakcie kręcenia, załamiesz sprężynę i koniec, do wyrzucenia. Tak działało na ręcznej. Ta profesjonalna ma 16 lub 22 mm średnicy (a nie 8) i pomimo, że obraca ją silnik, załamać się nie da. Do tego instrukcja straszyła – uwaga na odbicia oraz kręcącego się za maszyną węża (sprężyna przechodzi na wylot – wkłada się ją z jednej strony maszyny, a wyjmuje z drugiej). A przede wszystkim nie daj się wciągnąć, bo urwie rękę. Nic złego się nie stało. Sprzęt jest mega bezpieczny, o ile ktoś uważa na BHP.

Refleksja nr 3. Rozmowa z koleżankami i kolegami w pracy – każdy miał taki problem. Fachura przychodził z łaską i brał od 200 zł za proste zatkanie w łazience do 800 zł, gdy trzeba było odtykać domowe przyłącza. Roboty na 15 minut (zlew) albo na 2 godziny. Stawka godzinowa wychodzi niezła – 400 zł. Zero Vatu. Mógłbym robić dg nierejestrowaną na żonę lub syna. Tylko dochodowy (12% plus jakieś koszty). Idealnie. Rachunek wychodzi następujący:

4 godziny x 350 zł (netto) = 1400 zł/tydzień. 2,5 tygodnia x 1400 zł = 3500 zł. Za 10 godzin.

A gdybym chciał na poważnie? Pracować dajmy na to 8 godzin w tygodniu, płacić podatki i zdrowotną. Wtedy z 400 zł robi się 300 zł, ale i wynik inny.

8 godzin x 300 zł x 4 tygodnie =9600 zł. Po co było kończyć studia?

Myślicie, że to drogo? Lokalna firma publikuje cennik: 454 zł za rozpoczęte pół godziny (czyli 908 zł za 35 minut). Plus 160 zł za dojazd. Frezowanie (czyli usuwanie złogów ze ścianek rury) – 1262 zł za godzinę. I sama śmietanka – gdyby usługę wykonali w sobotę/niedzielę lub pomiędzy 22 a 7 – doliczają sobie 50% za każdą godzinę. Krótko mówiąc moja dzisiejsza (sobotnia) robota (3 godziny pracy – nie liczę studzenia sprzętu) – 4.246 zł (908 x 3 x 150% + 160 zł). Jakiś kosmos. Hydraulicy bez faktury i paragonu są tańsi, ale 400 zł za godzinę to taki standard.

Klamka zapadła, w przyszłym tygodniu wieszam ogłoszenia na dwóch sąsiednich osiedlach. Zobaczymy, jaki będzie odzew. Myślę, że spory, bo bloki stare, rury i mieszkańcy dobrze pamiętają Gierka, a fachowców w branży jak na lekarstwo. Nikt nie lubi śmierdzącej, brudnej roboty. Mnie, pomimo 25 lat w biurze, nie przeszkadza.

Spadek na Bitcoinie. Czy wchodzić do gry?

BTC po pięknym rajdzie na 125k USD, zalicza spadki w okolice 85k. Sam, napędzający koniunkturę (akcje złe, BTC- świetny) Robert Kiyosaki sprzedał na spadkach. Czy to powód do kupienia? Czy to ten czas?

No cóż, znacie moje zdanie. Crypto uważam za hazard i bańkę zmierzającą do golenia owiec. Nie potrafię wyliczyć jego wartości, bo nie powiązano jej z żadnym państwem. Czysta spekulacja. A ja nie spekuluję.

Gdybym miał jednak wyrazić swoje zdanie, musiałbym opierać się na kryteriach technicznych. Te nie działają na korzyść BTC. Przełamano wsparcie na 105k. Dążymy do 80k, a kolejne poziomy to 70k i 60k. Na rynku panuje panika (nie bardzo są kupujący), stąd ja spadającego noża nie łapałbym w żadnym wypadku.

Z drugiej strony po historii sankcji Donalda Trumpa na sędziów MTK (ściganie B. Netanjahu za zbrodnie w Gazie – poświęcę temu oddzielny wpis), dostrzegam zalety krypto walut – ich niepowiązanie z żadnym rządem oraz bezpaństwowość giełd.

Wynik: obecna przecena nie wygląda mi na zwykłą korektę, a lubię kupować tanio. Przy 60k USD zacznę się zastanawiać. Przy 30k dla czystej spekulacji wejdę, o ile dojdzie do takich poziomów. Rynek krypto działa histerycznie.

Stary dom po 12 latach od zakupu. Porównanie z nowymi technologiami.

Piotr, właściciel nowego, dobrze ocieplonego – 90-metrowego domu podał nam ważną informację – szacowane zużycie prądu przy pompie ciepła wynosi 1800 KWh/rok. Szybko przeliczyłem i wyszło ok. 2000-2200 zł za rok, przy dzisiejszych cenach energii. W przypadku własnej FV na starych zasadach (lub z magazynem energii) równe 0 zł. Dla stojących przed wyborem „stary czy nowy” ważna informacja.

Jednocześnie ponieważ największym powodzeniem cieszy się wpis o starym domu po 7 latach https://oszczednymilioner.pl/2021/04/04/czy-warto-kupowac-stary-dom-refleksje-po-7-latach/ warto dokonać porównań.

Koszty ogrzewania. Piotr płaci 0 zł/rok. Ja w mieście ok. 8000 zł. Na wsi (140 m2) szacowałem zużycie na ok. 2000-3000 zł/rok, gdybym palił w kominku z płaszczem. Spora różnica. Tutaj nowy dom zdecydowanie i bezapelacyjnie wygrywa. Albo jest dużo tańszy (8k kontra 0k), albo niewiele (2k), ale trzeba codziennej pracy przez pół roku. Do tego bezobsługowość pompy ciepła łatwo połączyć z pracą zawodową.

Koszty zakupu. Tutaj trzeba przyjąć kilka założeń, i ja to robię (powierzchnia nadal 100 m2.

  1. Nowy dom w miejscu starego w mieście. W moim przypadku – niemożliwe, nie ma działek. Tzn. trzeba kupić stary dom (1 mln zł), wyburzyć go (50k), postawić nowy i wykończyć 800k. W sumie 1.85 mln zł. Nieźle.
  2. Nowy dom przy granicy miasta. Tutaj już istnieją oferty. U mnie 1.1 mln z wykończeniem i zamianą gazu na pompę ciepła + FV.
  3. Nowy dom na wsi. Realnie ok. 800k.
  4. Stary dom w stanie porównywalnym do mojego (prawie centrum) – 1 mln zł.
  5. Stary dom na przedmieściu – 600k.
  6. Stary dom na wsi – ok. 400k.

Odrzuciłem tu koncepcje samodzielnej budowy. Wpadamy przy tym w pewną pułapkę. Większości obywateli mojego miasta (średnia pensja ok. 9k brutto) nie stać na dom za 1.85 mln. Realnie porównuję warianty: 2-6.

A koszty zakupu, oznaczają w większości przypadków kredyt. Tym samym –

  • wariant 6 – sama gotówka, 0 kredytu,
  • wariant 5 – rata 1400 zł,
  • wariant 4 – rata 4200 zł,
  • wariant 3 – rata 2800 zł,
  • wariant 2 – rata 4900 zł.

Patrząc na ten punkt, widzimy jedno – wieś wychodzi na duży plus, zarówno w nowym jak i używanym.

Na koniec „kosztów zakupu” jeszcze jedna uwaga. Są ludzie, którzy mają ten 1 mln żywej gotówki, ale wydając ją na dom, nie osiągną zysków kapitałowych. 0.6 mln x 8% = 48.000 zł/rok tj. 4000 zł/m-c różnicy. Trochę mniej niż 4200 zł, ale nadal sporo. Tu kłania się tzw. teoria kosztów/zysków alternatywnych.

Koszty dojazdu. Ważny punkt, gdy planujemy mieszkać na wsi, a dojeżdżać do miasta. O ile koszty zakupu i ogrzewania poniosą wszyscy, o tyle koszty dojazdu to sprawa mocno indywidualna, zależna od:

  • sposobu i trybu pracy (niepracujący rentier/emeryt/rencista, dg w mieście, dg na miejscu, dg w drodze, praca stacjonarna zdalna i hybrydowa, na cały lub część etatu),
  • liczby dzieci i ich aktywności (dojazdy, dowozy, zajęcia dodatkowe),
  • sposobu dojazdu, a zwłaszcza kosztów utrzymania samochodów.

I tutaj realnie zaczyna się problem, ponieważ każdy musi policzyć sam. Ja mogę tylko podać pewne przykłady i widełki.

Dla „typowej większości” czyli posiadających 1 dziecko pracowników etatowych mieszkanie w centrum lub blisko centrum miasta, pozwala na użytkowanie jednego auta na rodzinę. Szkoła, przedszkole albo znajdują się wystarczająco blisko (u mnie: przedszkole 100m, szkoła podstawowa – 10 minut spacerem na sąsiednim osiedlu, liceum (ogólnokształcące, plastyczne) oraz 4 szkoły wyższe (2 uniwersytety wieloprofilowe, politechnika, kierunki rolniczo-przyrodnicze) w podobnej odległości. Ani dziecko (student) ani rodzice nie potrzebują zatem auta. Do pracy w centrum wiezie mnie kilka autobusów i trolejbusów, albo mam 20 minut spaceru. Miejscowy „Mordor” – siedziba oddziałów korporacji – 10-20 minut na nogach. Tak jak napisałem, jedno auto wystarczy. Zupełnie nie powiedziałbym tego ani na przedmieściu, ani na wsi, przynajmniej dopóki oboje pracujemy. Wtedy trzeba doliczyć drugi samochód. My go akurat mamy, ale nie jest to konieczne, a przyczyna leży w mojej dg.

Dlatego przyjmuję założenia minimalne:

Miasto – koszt dojazdu 200 zł.

Przedmieścia (2 auta) – 600 zł.

Wieś (2 auta) – 1000 zł.

A maksimum? Sky is the limit. Można sobie kupić, jak moi znajomi, dwa auta po 200k i płacić za same ubezpieczenia 1000 zł/m-c. Albo ujeżdżać np. paliwożernego hot hatcha – spalanie 10l/100 km co daje przy 30 km dojazdu 10 razy w tygodniu 1500 zł na paliwo, a razem (bez przeglądów i napraw tylko paliwo + ubezpieczenie) 2500 zł. Gdy doliczymy leasingi – 6500 zł/m-c. Tego nie przebije nawet 4900 zł raty. Ja jednak przyjmuje te 1000 zł (spalanie 30 zł x 1500 km = 450 zł benzyna i 150 zł ubezpieczenie plus 400 zł remonty/przeglądy i drugie auto awaryjnie) – jako „wiejską miarę”.

Koszty remontów. Nowy dom = 0 zł, stary dom – 250 zł/m-c tzw. funduszu remontowego (ja w wiejski dom 140 m2 włożyłem niecałe 20 tys. zł przez 17 lat, ale inne były ceny i sporo robię sam).

Suma kosztów. Teraz porównajmy warianty.

Wariant 2. Nowy dom na przedmieściu. 4900 zł raty, 600 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 5500 zł.

Wariant 3. Nowy dom na wsi. 2800 zł raty, 1000 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 3800 zł.

Wariant 4. Stary dom blisko centrum miasta. Rata 4200 zł. 200 zł dojazd. 650 zł ogrzewanie, 250 zł na remonty. Suma 5300 zł.

Wariant 5. Stary dom na przedmieściach. Rata 1400 zł, dojazd 600 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł remont. Suma 2900 zł.

Wariant 6. Stary dom na wsi. Rata 0 zł, dojazd 1000 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł na remont. Suma 1900 zł.

Porównujmy zatem w kategoriach. Przedmieście: stary 2900 zł, nowy 5500 zł. Wieś: stary – 1900 zł, nowy 3800 zł. Widać, że w starym mamy jeszcze spory zapas. To jednak tylko część prawdy. Musimy brać pod uwagę jeszcze dwie rzeczy.

Współczynnik niepewności. Co z tego, że dzisiaj płacimy ratę 4900 zł (nowy dom na przedmieściu), skoro jutro może to być zarówno 9800 zł jak i 3000 zł? Podobnie z remontami – standard 250 zł nie u każdego się sprawdzi, gdy zaczną pękać ściany, albo padnie kocioł/kominek itp. zapłacimy krocie. Stąd warunek starego domu (wszędzie) – dobry stan techniczny. Pisałem o tym 5 lat temu. Moje naprawy awaryjne przez 12 lat (nie liczę ocieplenia, ani upiększeń) wyniosły razem może 5 tys. zł plus 20-30 k czekającej mnie renowacji tarasu (zrobię ją w końcu sam, nie mam cierpliwości do majstrów). Mówimy wprost – 3 tys. zł/rok, 250 zł/m-c. Tyle ile wyliczyłem na wstępie. Zarówno na wsi, na przedmieściu, jak i w mieście znajdziemy ruiny do wyburzenia, jak i domy w doskonałej kondycji.

Kwestie niematerialne. Nie chcę kłamać – zwykle one decydują. Wielkość ogrodu, liczba dowożonych dzieci, rodzice w pobliżu, albo dobra praca. Miłość do prac ogrodniczo-remontowych, albo dwie lewe ręce. Leń albo pracuś. Miłośnik Netflixa, psów. Takie czy inne hobby (opera albo wędkarstwo). Jeden pracuje z domu, drugi pragnie uniknąć dojazdów. Ile rodzin, tyle historii. Tu nie ma jednego, mądrego wyboru. Nawet dom w mieście, ma szereg wad – np. większe narażenie na ostrzał w czasie wojny. Stąd każdy musi, po przeczytaniu tego tekstu i analizie swojej sytuacji podjąć decyzję: nowy czy stary oraz gdzie położony. Niektórych po prostu nie będzie stać na nic innego niż stary dom na wsi. Nie dla nich 0 zł na ogrzewanie pompą ciepła, bo te 1,1 mln pozostaje poza ich zasięgiem.

Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

Mercedes czy wolność? Wybór należy do Ciebie.

Jeden z moich kumpli wydał wszystkie swoje oszczędności na kilkuletniego Mercedesa CLS. Mówimy o człowieku, któremu zostało 10 lat do emerytury i pracuje stale na 2 etatach. Jaki będzie realny koszt tej decyzji? Policzmy.

  1. Utrzymanie: CLS AMG kontra Skoda Octavia. Przy przebiegu 10.000 km/rok różnica wyniesie:
  • 3000 zł/rok na paliwie,
  • 5000 zł/rok – ubezpieczenie,
  • 5000 zł/rok – naprawy i przeglądy,
  • 10.000 zł/rok – utrata wartości.
  • Razem: 23.000 zł/rok.

2. Teraz nieuzyskane odsetki. Załóżmy, że będąca w podobnym wieku Skoda Octavia kosztuje 1/3 ceny Mercedesa CLS-a. Różnica 135.000 zł. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że część kasy znajdowała się na rachunku IKZE, możemy założyć 7%/rok. Dodatkowe 10.000 zł.

3. Łączne koszty posiadania drogiego auta – w porównaniu z całkiem sensownym wyborem wozu w podobnym wieku. 1+2 czyli 23k+10k = 33k/rok, 2750 zł/m-c.

2750 zł na rok, oznacza możliwość odłożenia 33k/rok. Po 10 latach mówimy o 330k. Całkiem przyzwoita baza do prywatnej emerytury, w wysokości 1000 zł/m-c (i nadal 300 k zostawimy dzieciom). Zanim zaczniemy emeryturę, da nam wolność wyboru. Czy Mercedes CLS jest tyle warty? Moim zdaniem – nie. Ale Ty możesz mieć inne zdanie (albo zarabiasz tyle, że 2750 zł/m-c nie stanowi dla Ciebie żadnego problemu). Stąd tytuł wpisu.