Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 17 – Oszczędny Milioner

Kiedy kapitał inwestycyjny może zastąpić etat?

Średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw wyniosła ok. 8400 zł brutto. Jeśli weźmiemy pod uwagę pensję „na rękę” mamy ok. 6000 zł. Zakładam, że z takich pieniędzy, spokojnie da się żyć. Więcej, wiem to.

W tym wpisie zamierzam pokazać, jak duży trzeba mieć kapitał inwestycyjny, aby zastąpić nim etat z przeciętną pensją. Obliczenie wydaje się proste.

6000 zł x 12 miesięcy = 72.000 zł. Jeśli umiemy uzyskać stopę zwrotu netto 8 %, potrzebujemy ok. 900.000 zł, żeby przestać pracować. Gdybyśmy chcieli bardziej konserwatywnych wskaźników (reguła 4%) – nawet 2 razy więcej 1.800.000 zł. W ten sposób wyjaśniliśmy sobie, dlaczego tak dużo osób nadal pracuje. Nie dysponują aktywami o takiej wartości.

Pójdźmy jednak dalej. Wyobraźmy sobie, że z każdych 400 tys. zł kapitału obrotowego firmy możemy „wycisnąć” miesięcznie 10 tys. zł minus podatki (czyli de facto – 40%, a więc 6.000 zł). Kwota zmniejsza się o połowę, lecz jednak musimy coś robić. Kapitał obrotowy, jak sama nazwa wskazuje, musi się obracać, czyli pracować. Nie każdy wymyśli taki biznes, nie każdy potrafi go prowadzić. Pokazuję tylko drogę. Takie życie okaże się z pewnością łatwiejsze niż codzienne wstawanie do roboty.

Inwestowanie w ETF-y. Różnice kursowe i wnioski.

Pamiętacie ostatni wykres indeksu S&P500 za rok od 1 listopada 2024 do 31 października 2025?

Przypominam: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0

To teraz patrzcie na wykres samego ETFa – Multi Units Luxembourg Lyxor ETF S&P 500 (ETFSP500.PL) https://stooq.pl/q/?s=etfsp500.pl&c=1y&t=l&a=lg&b=0

Troszkę inaczej? Mega inaczej, bo nie jesteśmy w USA.

  1. Wzrost wyniósł niecałe 10% (zamiast prawie 20%) z 240 do 262 pkt.
  2. Maksymalny spadek wyniósł 20% (z 250 pkt do 200 pkt).
  3. Indeks wrócił na maksima z listopada 2024 r. dopiero w październiku 2025 r. a nie na lutowe w lipcu 2025 r.
  4. Krótko mówiąc przez większość okresu traciliśmy.

I to porównanie powinno nas wyleczyć z przekonania, że „ETF-y to jedyne bezpieczne i zyskowne inwestycje”, jak przekonuje wielu guru. Nigdy, ale to przenigdy nie zapomnijcie o zabezpieczeniach. A jak porównacie z wynikami spółek, wręcz zapłaczecie. Dlaczego? Ponieważ:

  1. Indeks uśrednia spółki.
  2. Indeks wygrywa ze słabymi spółkami (tzn. złe spółki ciągną w dół indeks i obniżają jego wyniki).
  3. Dobre spółki pokonują indeks.
  4. Kurs walutowy to często ryzyko (a nie zawsze stabilizacja).
  5. Fundusz indeksowy z ryzykiem kursowym może osiągać kiepskie wyniki nawet przy maksimach giełdowych.
  6. Ważne są akcje i moment wejścia/wyjścia.
  7. Uśrednianie kursu często nic nie daje, bo i tak możemy nie kupić na spadkach (w S&P500 USD już to opisałem, ale w ETF-ie też to widać: początek marca 222, początek kwietnia 220, minimum 200).
  8. Gdy kupujemy 1-go, 10-go, 20-go możemy osiągnąć zupełnie różne wyniki na portfelu, pomimo że wykres mamy ten sam (co jest oczywiste, ale i takie prawdy warto przypominać).

I co, nadal wierzycie w moc ETFów na rosnący rynek amerykański, że da zamożność prawie bez ryzyka?

3 legalne sposoby zaoszczędzenia na podatkach dla dobrze zarabiających. Ile zyskam w rocznym rozliczeniu za 2025 r.?

Zbliża się koniec roku. Dla wielu moment, gdy z przerażeniem dowiadują się, ile w rzeczywistości zapłacą podatków. I zaczyna się panika. Inni z kolei (jak ja), chcą z tych poświęconych sum sporo odzyskać. Skutek identyczny.

Ponieważ od lat staram się unikać zbędnych wydatków (przewalania kasy na 32% obciążenia PIT-em), opracowałem system, gwarantujący przynajmniej częściowe ulgi. Trzy wiodą prym.

  1. IKZE. Tegoroczny limit 10 407,60 zł, a dla prowadzących JDG limit wynosi 15 611,40 zł. W przypadku małżeństwa (etat+firma) = 26.019 zł. Odzyskamy w 2-gim progu – 8326,08 zł. Kupa forsy – 1,5 miesięczną pensję mojej żony. Co zrobić? Znaleźć instytucję, założyć konto, przelać kasę. Koniec. Mnie zajęło to 1,5 godziny, a w każdym kolejnym roku 5 minut.
  2. Ulga na dzieci. W tym punkcie, pomyśleć trzeba było wcześniej. Pomimo najszczerszych chęci nie dorobimy nawet jednego, myśląc o tym 20 grudnia. Natomiast już posiadając, wystarczy po prostu odliczyć. Oto wyniki:

a) jedno dziecko – 1112,04 zł/rok,

b) dwoje dzieci – 2224,08 zł/rok,

c) troje dzieci – 4224,12 zł/rok.

Inaczej niż w 800+, „dziecko” oznacza także studenta/ucznia do 25 r.ż.

Żeby jednak nie było tak pięknie – przy pierwszym dziecku obowiązuje limit dochodu (112 tys. zł), więc nie ma opcji, żeby równocześnie wejść w drugi próg i odliczyć. Przy dwójce już nie, stąd ja dysponując na stanie 24-letnim studentem i nastolatkiem odliczam 2224,08 zł.

3. Wspólne rozliczenie się z małżonkiem. W tym celu posiadamy żonę/męża niepracującego lub zarabiającego poniżej 2-go progu podatkowego. Wtedy sumujemy dochody i nagle okazuje się, że pod ten próg zeszliśmy. Doskonała metoda, bo nie trzeba (jak w przypadku IKZE i dzieci) nic wydawać. Wystarczy trwać w małżeństwie (bez rozdzielności majątkowej). To taki ukłon w stronę konserwatystów. A potencjalne zyski? Kupa kasy. Wyobraźmy sobie tradycyjną rodzinę – żona w domu, mąż gania do roboty (chociaż może być też jak u Kiepskich – żona pielęgniarka, a mąż nierób). Pracujące przynosi 300k/rok. Odejmujemy składki społeczne i zostaje ok. 264k podstawy. Singiel zapłaciłby gigantyczny podatek (10.800 zł + 32% od 144k) ca. 57k. A małżonkowie? Sporo mniej. Nieco ponad 29k (2 x 10.800 +32%od 24k). W kieszeni zostaje prawie 50%, a liczbowo ok. 28k.

Niestety ten model nie wygląda tak różowo, gdy oboje małżonkowie pracują. Gdy żona zarabia 80k, oszczędność wynosi „tylko” 8 k, bo (32% -12%) x (120k-80k) = 20% x 40k. I tak przedstawia się to w mojej rodzinie.

Istnieje jeszcze jedna opcja – rozliczenie się z dzieckiem. Mogą tego jednak dokonać wyłącznie samotni rodzice (czyli odpada wtedy małżeństwo), a w przypadku rozwodników, opieka naprzemienna wyłącza taką optymalizację. No i rozliczyć możemy się z jednym dzieckiem (czyli wdowiec z trójką dzieci nadal odliczy prawie 28k, o ile zarabia pow. 240 tys. zł + składki społeczne.

Moje oszczędności. Dość proste wyliczenie, wystarczy podsumować:

  • IKZE -ok. 8300 zł (z żoną),
  • Ulga na dzieci – ok.2200 zł (bo mam dwójkę),
  • Wspólne rozliczenie – 8000 zł.

Razem oszczędności podatkowe: 18.500 zł. Można je dalej odkładać. Liczbę tę dedykuję wszystkim, którzy opowiadają, że w klasie średniej nie da się oszczędzać.

3 błędy, których usunięcie pozwoli Ci bezboleśnie oszczędzać pieniądze.

Nikt z nas nie jest idealny, wszyscy czasem popełniamy błędy. Rzecz w tym, aby unikać ich, tak często jak to możliwe. Ponieważ oszczędzanie nie może być wyjątkiem, pokażę Wam 3 błędy, które łatwo wyeliminować, aby zyskać dodatkową kasę na „czarną godzinę”.

Błąd 1. Marnowanie żywności. Kultura nadmiaru prowadzi nas do marnowania żywności. Kupujemy więcej, niż potrzeba, nie wykorzystujemy resztek, wyrzucamy. Pomimo iż, ceny żywności są obecnie niewysokie (na 1 kg mięsa nawet zatrudniony za minimalną pracuje poniżej godziny), pękające w szwach wielkie lodówki, wypełniają produkty, które zamiast trafić do żołądka, wylądują w śmietniku. Jedni marnują więcej, inni mniej. Natomiast w Polsce gospodarstwa domowe marnują rocznie 3 mln ton jedzenia (kolejne 2 mln przepadają na innych etapach łańcucha dostaw). 3 mln ton/36 mln ludzi to ok. 83 kg na osobę rocznie, 7 kg miesięcznie, aż niewiarygodne. Na pierwszych miejscach znajdują się:pieczywo, owoce i warzywa, wędliny i mięso. Jeżeli kg produkty kosztuje (optymistycznie) przeciętnie 10 zł, obliczenia będą proste: 83 kg x 10 =830 zł. Tyle możemy zaoszczędzić jeśli łapiemy się w średniej.

Błąd 2. Jeżdżenie wszędzie samochodem. Jak wiecie, lubię auta, ale obserwując świat dostrzegam nadużywanie korzystania z samochodu. Przy ładnej pogodzie (czyli co najmniej 180 dni w roku) można poruszać się piechotą, rowerem, hulajnogą elektryczną. Tymczasem mnóstwo ludzi w moim otoczeniu wybiera samochód. Koszt to nie tylko paliwo (o czym wielu zapomina), a le także: bilety parkingowe, dodatkowe przeglądy naprawy. Znowu posłużę się pewną anegdotą. Pracowałem kiedyś z koleżanką, wychowaną w duchu „moje auto świadczy o mnie”. Dostawała niską pensję (odpowiednik dzisiejszego 4k/rękę w sporym mieście), spłacała kredyt hipoteczny i utrzymywała 3-4 letni samochód, codziennie dojeżdżając nim do pracy. Oczywiście, wóz był oszczędny, ale nawet mały diesel pali „na zimnym” na pierwszych 3 km 6-7 l/100 km. Trasa liczyła 4.5 km. Sprawny piechur przejdzie ją w 50 minut, dla rowerzysty (hulajnogisty) wystarczy 15 minut. I kiedy już wiemy, mamy prosty rachunek:

  • koszt dojazdu (wg dzisiejszej wartości) – 22 dni w miesiącu x 9 km (bo trzeba wrócić) = 198 km. Przy zużyciu paliwa 6 l/100 km =ca. 72 zł/m-c. Ale to nie wszystko. Trzeba było kupić abonament parkingowy: 300 zł. Razem mamy 372 zł. Do tego rata kredytu na auto (znowu dzisiejsze ceny – na dojazd do sklepu wystarczyłoby małe 10-letnie toczydełko, więc liczę od 30k), brała na 5 lat (odsetki 10% rocznie) – ok. 200 zł/m-c (na początku więcej, potem mniej, ale uśredniam. I już mamy 572 zł/m-c – ok. 15% pensji. W tamtym czasie wyglądało to jeszcze gorzej. Paliwo było niewiele tańsze, odsetki podobne (tylko od mniejszej kwoty) w sumie dojazdy kosztowały ok. 400 zł przy pensji ca. 2200 zł. Mówimy o blisko 20% pensji.

A praca to tylko wierzchołek góry lodowej. Znam ludzi, którzy jeżdżą wielkim vanem do piekarni po bułki na dystansie 500m. Mieszkańców wielkich miast, płacących 500 zł za garaż, żeby mieć gdzie zaparkować (albo wykupujący po 2-3 miejsca parkingowe na rodzinę, w cenie 50k każde). Biorących SUV-a w leasing i płacących 2000 zł/m-c, a potem nie wykupujących auta (bo w „leasingu małych rat” takie działanie się nie opłaci). Każda z takich decyzji kosztuje. I to sporo.

Błąd 3. Wydawanie na przedmioty zbytku. Jak napisał kiedyś Thomas Stanley w książce „Nie zgrywaj milionera….” zegarek Casio za 20 dolarów, pokazuje czas tak samo dobrze jak Rolex” (za 10.000 dolarów) . Wiadomo, w pewnych kręgach zwyczajnie nie wypada przyjść w Casio. Ale nie oszukujmy się, istnieje jeszcze wiele modeli pośrednich, a zegarek to tylko przykład. Mamy jeszcze smartfony (po co komu składany model Samsunga?) za 10k, 70 calowe telewizory, komputery biurowe za 15k? Osobiście większość pracy (i ten wpis) wykonuję za pomocą zestawu: Mac mini m4 (cena 2600 zł +600 zł za akcesoria) + 8 letni telewizor LG 32 cale + 5-letni GalaxyNote20. Tylko Mac jest nowy, bo padła bateria w 10-letnim Macbook-u Pro. Do moich zastosowań spokojnie starczy podstawowa M4, nie potrzebuję 64GB pamięci, M4 pro i 1TB dysku. Dlatego zostawiłem w kieszeni 7500 zł, plus 6k za monitor i 8k za najnowszego Iphone-a.

O jakich jeszcze przedmiotach piszę? Dresach za 20k (serio, mam przyjaciółkę, kupującej takie cuda ze znaczkiem), garniturach za podobną sumę, wyposażeniu auta (ciekawy kolor z dopłatą 6k). O tych wszystkich elektronicznych, przepłaconych za logo gadżetach. Oceniam, że nawet w przypadku ubogich (chłopak podejmujący pierwszą pracę i biorący kredyt na telefon za 8k) takie zjawisko występuje. A z pewnością u średniaków. Koszt? Z pewnością nie mniejszy niż 10-15% dochodu.

Patrząc na te 3 pozycję jestem w stanie ocenić, że łącznie potrafią pochłonąć 30% dochodu ludzi nawet całkiem przeciętnych, a 10% to minimum. Tak się składa, że odkładając 10% możesz sporo zmienić (np. 2% pensji netto by dostać dodatkową emeryturę z PPK). Do przemyślenia.

O wykluczeniu komunikacyjnym. Dlaczego nie tylko na wsi warto mieć samochód.

Kiedy patrzę na „moją” wieś z bliskim (od 1.5 do 2.5 km) dworcem PKP, z którego co godzinę odjeżdża pociąg do miasta wojewódzkiego, problem wydaje się nie istnieć. Zwłaszcza dla kogoś, kto zrobił prawo jazdy i kupił auto. 2.5 km pokonuję w:

  • 30 minut idąc piechotą,
  • 7 minut rowerem lub elektryczną hulajnogą,
  • 5 minut autem.

A z dworca już prosto:

  • w 10 minut do miasta gminnego elektrycznym busem,
  • w 10 minut do powiatowego pociągiem,
  • 20-30 minut do stolicy województwa koleją.

Super to wygląda w lecie. Bo wyobraźcie sobie hulajnogę elektryczną w listopadzie lub lutym. Już na dworzec dojeżdżałbym brudny. Stąd potrzeba własnego samochodu. A znam znacznie gorsze miejsca. Wystarczy sąsiednia miejscowość – na granicy gmin. Autobus 3 razy dziennie, tylko na dystansie 5 km (bez przesiadki). Do dworca PKP 5 km i żadnego transportu publicznego. Co robić? Kupuje się auto.

Generalnie w Polsce mamy zasadę – lepszy transport zorganizowany (bus, pociąg) działa w miejscowościach turystycznych. Ale nadal jest sporo wolniejszy niż własny samochód, bo trzeba jeszcze dotrzeć na przystanek. W takim „moim miejscu w górach” – powiat 40 km – jadą busy co godzinę, województwo (bardzo duże miasto) co 2 h. Super. Tylko miasteczko gminne tak rozciągnięto, że mieszkający na skraju, żeby dotrzeć na najbliższy przystanek, muszą przebyć 4 km, z tego 1 km po błotnistej górskiej ścieżce. Zamieszkali bliżej centrum – już nie. Osiedle bloków, 20 lat temu zlikwidowali busa, który tam się zatrzymywał, teraz po powrocie 500 m ostro pod górę (chociaż po chodniku).

Ale wystarczy mieszkać w okolicach Warszawy, albo w jej granicach. Białołęka-Mordor – 1,5 h komunikacją miejską i na nogach w godzinach szczytu. Piaseczno – podobnie. W zasadzie tylko bliskość metra, kolejki miejskiej lub tramwaju nas ratuje.

Teraz czas na opowieść o skutkach takiego stanu rzeczy.

Pierwszy – trudność podjęcia nauki przez „wykluczonych”. Dojechać na zajęcia bez samochodu – dłużej o 20-40 minut, jeśli mieszkamy w promieniu 30 km od miasta akademickiego.

Drugi – drastyczne wydłużenie czasu przeznaczonego na pracę – z 9 h (8h w i 1 h na dojazdy mieszczucha) do 10 h, a w przypadku pracowników fizycznych nawet 11-12h (dochodzi jeszcze czas na mycie, przebranie się, no i rozkład jazdy bywa gorszy dla trzeciej zmiany).

Trzeci – zagęszczenie ruchu samochodowego. Skoro większość dojeżdża swoim, powstają korki. No i stąd podane czasy. W mieście prędkość średnia 20 km/h uchodzi za normę, w korku 5-10 km/h.

Czwarty – parkingi. Żeby pojawić się w pracy (1,7 km od mojego domu w mieście) rano mam 3 opcje:

  • wyjść pół godziny przed pracą i dojść na piechotę,
  • tak samo, ale znaleźć miejsce parkingowe i spokojnie sobie czekać przez 20 minut na początek roboty,
  • 5 minut do przystanku, 10 minut autobusem i 5 minut do biura. Jeśli dodam godziny odjazdu – zyskam 5 minut. Bez sensu. Dlatego chodzę. Natomiast mając 3 razy większy dystans byłbym skazany na auto lub autobus.

A gdybym jeszcze rozwoził dzieci do szkoły? Autobusem bankowo dodajmy 40 minut. I robi się te 1h 40 minut dziennie, od wyjścia z domu do powrotu z pracy 9h 40 minut. W naszym świecie auto upraszcza życie nawet w mieście.

Jeszcze jedna polemika, ze zwolennikami „pewnej państwowej emerytury”.

Zaklinacze rzeczywistości spod znaku wiary w państwo, w tym urzędowi optymiści (np. osoby związane karierą z ZUS-em), forsują dwie tezy o ZUS-owskiej emeryturze. Ma być pewna i realnie rosnąca przez waloryzację.

Koronny argument – nawet w czasie II WŚ, Niemcy wypłacali przedwojenne emerytury. No cóż, chcecie o Niemcach, proszę bardzo.

Twórcą systemu emerytalnego opartego na przymusie był Prusak – Bismarck. Na początku wszystko układało się świetnie, co pozwoliło finansować (wraz z reparacjami z Francji) rozwój gospodarczy oraz zbrojenia. Ze świetnym skutkiem, bo najpierw wpłacało wielu, ale albo nie dożywali emerytur, albo byli wystarczająco młodzi, aby jeszcze ich nie pobierać.

No i nadszedł rok 1919. Niemcy skrwawione w I WŚ, upokorzone w Wersalu, dobite rewolucją, odcięte od rynków zbytu i płacące dla odmiany Francuzom, cierpiały z powodu inflacji. Ta osiągnęła gigantyczne rozmiary (10-krotny spadek wartości pieniądza w ciągu 2-3 dni). W apogeum tego dramatu przebywał we Frankfurcie i Berlinie, węgierski student Sándor Grossschmid, znany później pisarz – Sándor Márai. Inflacyjną rzeczywistość opisał w „Wyznaniach patrycjusza”. W skrócie (chociaż książkę polecam) – miesięczna emerytura wysokiego urzędnika wystarczała na 2 kg mąki. To by było na tyle o „pewnym niemieckim systemie”, „pewnej emeryturze zależnej od składek” i „doskonałej waloryzacji”. Nikt nikomu nie zabroni wierzyć w bajki (co nawet bywa przyjemne), ale opierać na nich przyszłości – nie polecam. Z drugiej strony, skoro najgorzej radzili sobie emeryci i rentierzy, kto zyskiwał? Sándor Márai wskazuje – wszyscy grający na giełdzie. Dlatego na inwestycjach, a nie ZUS-ie, oprzeć swoją starość.

Dom na wsi w grudniu. Plan i realizacja.

Pomimo iż w tym sezonie nie udało mi się wykonać większości zaplanowanych prac remontowych, postanowiłem znacznie wydłużyć sezon, spędzając tam czas również w zimie. Wiązało się to z nocowaniem na wsi przynajmniej raz w tygodniu oraz szeregiem niedogodności.

Dojazd. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził – tak chciałoby się powiedzieć. Listopad, grudzień stanowią najgorsze miesiące, jeśli bierzemy pod uwagę: błoto, krótki dzień, a zatem i czas dojazdu. Niby różnica jest niewielka (5 minut, bo trzeba zwalniać na mokrych liściach i z powodu gorszej widoczności), ale komfort dojazdu spada. Koszt dojazdu wyglądał obiecująco – elektryczny Hyundai Kona, ładowany z gniazdka w garażu kosztował mnie…. 0 zł (na paliwo).

Temperatura. Zarówno w domu, jak i na zewnątrz. Żeby utrzymać te 18-20 st. C w najważniejszych pomieszczeniach (salon, sypialnia, łazienka) mam generalnie trzy wyjścia:

  • zostawić włączone na stałe ogrzewanie elektryczne (piec z wkładką, grzejnik nadmuchowy, klimatyzator rewersyjny) na poziomie 16-17 st. C, a łazienkę dogrzewać doraźnie,
  • starać się nie dopuszczać do spadków temperatury poniżej 10-12 st. C, a po przyjeździe włączać wszystko na full i nagrzewać jak najszybciej,
  • dojeżdżać popołudniami i grzać/przepalać w tygodniu,
  • przestroić całe ogrzewanie na zdalnie sterowane.

Wybrałem drugą opcję. Pierwsza kosztowałaby zbyt wiele (300-500 KWh na tydzień), trzecia oznaczałaby ogromną stratę czasu (przyjechanie o 16.10, grzanie 4-5 godzin i powrót), wyłączała mnie z życia zawodowego i rodzinnego. Czwarta wymagałaby inwestycji – w zdalnie sterowane urządzenia (ew. gniazdka z programatorem).

Gdybym jednak zdecydował się na stałe zamieszkanie, musiałbym jakoś rozwiązać problem – wyważając pomiędzy kosztami i czasem. Niewątpliwie bez ocieplenia, mieszkanie tam, połączone z wyjazdem na 8-10 godzin, pozbawione jest sensu. O ile jeszcze w październiku/listopadzie udawało się utrzymywać  20 stopni C w salonie (a 23 stopnie C w położonej nad nim sypialni), o tyle przy stałej temperaturze 0-5 st.C na zewnątrz, szans nie było. Główny powód? Wyjazdy i sen. Pracując, grzałem (w tym zbyt małym kominkiem) od 16.10 do 22.00, oraz od 5.00 do 6.30 czyli niecałe 8 godzin z 22. Gdybym siedział na miejscu, proporcje uległyby zmianie (16 godzin grzania, 8 godzin wygaszonego paleniska). Spaliłbym tylko całe drewno.

Depresyjność. Osobiście nie uzależniam samopoczucia od pory roku i długości dnia. Nie miałem nigdy tak, że jak miłość to na wiosnę, a w listopadzie – siądź i płacz. Niektórzy jednak odbierają zmiany pór roku.

Plan. Mając te wszystkie okoliczności, zaplanowałem nocleg na miejscu raz w tygodniu – od czwartku po południu, do piątku wieczorem.

Realizacja. W praktyce wyszło nieco inaczej. Nie dałem rady ignorować dłużej mojej astmy. Starałem się rzetelnie brać leki, ale wspomóc je metodami naturalnymi czyli wizytą w uzdrowisku, piciem wody leczniczej (teraz Nałęczów kojarzy się wyłącznie z sercem, ale kiedyś leczono tam także astmę – służyło temu źródło Celińskiego), ćwiczeniami oddechowymi, roślinami (bluszczyk kurdybanek, napar z sosny), spalaniem gałęzi świerka, inhalacjami z soli jodowo-bramkowej (rozszerza oskrzela).

W ciągu tych pojedynczych dni ograniczyłem powierzchnię grzaną do 2 pokoi i łazienki. Sypialnię da się dogrzać z 10 st. C do 20 st. C w 2-3 godziny, czyli w sam raz przed snem. Łazienka potrzebuje 20 minut (2 KWh na 7m2), a największy problem miałem z salonem. Dlaczego? Otóż, to wielkie pomieszczenie (prawie 40 m2 i 3,5 m wysokości), ma 2 ściany zewnętrzne i pozostałe dwie graniczące z pomieszczeniami nieogrzewanymi (korytarz, dolna sypialnia plus część domu należąca do moich kuzynek) – straty ciepła ogromne. Do tego kamienna podłoga. W czasie, gdy ściany schłodziły się do 10 st. C, a na zewnątrz panują +2 st. C, do szybkiego podnoszenia temperatury służył piec podgrzewany elektrycznie (3 KWh, ale tylna ściana była w sypialni), nadmuchowa farelka (2 kWh) i ten mały kominek (4 KWh – z rurą doprowadzającą ciepłe powietrze do sypialni na piętrze) – w sumie efektywne 7 KWh. Z 10 st. C do 20 St. C w 6-7 godzin. Krótko mówiąc, przyjeżdżając o 16.10 miałbym zimno przez całe popołudnie. Pozostało mi jedno – wyjeżdżając – zostawiać 1 KWh włączone w piecu, co dawało efekt podtrzymania temperatury. Dzięki temu zamiast 10 st. C przy powrocie, miałem 15-16 st. C. i wtedy te 2-3 stopnie podbijałem w godzinę (piec nie rozgrzewał się od 0, a farelka robiła swoje).

Dojazdy, pomimo deszczy, skutkowały tylko brudnym samochodem. Opady śniegu, które pojawiły się jednego dnia (20 listopada od rana), szczęśliwie rozjechał i ubił mój sąsiad (ja pojawiłem się po południu, on wyjeżdżał w ciągu dnia). Potem uruchomiłem glebogryzarkę z pługiem i dojechałem do domu.

Wolność ma swoją cenę. Ucieczka z miasta na wieś.

Dzisiaj przemyślenia dotyczące miksu: 6-tygodniowego urlopu z wiejskim stylem życia. Zamierzam opisać negatywne, głównie pozafinansowe aspekty przenosin na wieś.

O plusach wypaliłem już masę pikseli na monitorze. Wiecie, że zdecydowałem się na mieszkanie w starym domu na wsi. Natomiast nie sposób nie dostrzec wad, w stosunku do miasta. I właśnie na nich dzisiaj się skupiam.

Na wsi zawsze jest coś do zrobienia. Od wyczyszczenia rynny (każdy) do dwukrotnego w ciągu dnia obrządzenia zwierząt (niektórzy). A w środku: koszenie, plewienie, sadzenie, sianie, podlewanie, naprawa ławki, walka z szambem, tworzenie planów awaryjnych. Negatywne skutki widzę dwa: czas i pieniądze. Czasami dochodzi jeszcze subiektywny element – niechęć do takich prac.

Z czasem jest prosto. Czyszczenie rynny to zadanie na pół soboty. Koszenie – podobnie. Własne warzywa – 3-4 godziny tygodniowo w sezonie. Zwierzęta gospodarskie – 1-2 godziny dziennie (w opcji: 10 kur, 3 kozy, a nie 100 świń). Odśnieżanie podjazdu – od 10 minut do 3 godzin. Nic dziwnego, że dzisiaj na wsi została 1/3 społeczeństwa, a z rolnictwa utrzymuje się 10%. Przy czym mieszcząc się w tych 23% nierolników (1/3-10%) ze wsi, gwarantujemy sobie zajęcie na 5-6 godzin tygodniowo. Spokojnie do pogodzenia z zawodem. Dla niektórych zapalonych mieszczuchów – i to za dużo. Jeśli ktoś boi się ciemności, kosiarki, drabiny i komarów – lepiej niech zostanie na bruku.

A pieniądze? Tu mamy spory rozstrzał. W wersji „samowystarczalność” wydajemy sporo mniej niż w mieście, ale w inny sposób. Zamiast na nowe lakierki, 500 zł idzie na grabie, widły i siekierę. 1000 zł na weekend w SPA zamienia się na 6-metrową drabinę. Itp. itd. Kto nic nie potrafi zrobić sam – płaci sporo więcej. Naprawa dachu, rynien, zrobienie ogrodu, położenie kostki, każda z tych rzeczy może kosztować tanio, jeśli liczymy tylko materiały i bardzo drogo (równowartość 10-letniego czynszu), gdy trzeba zapłacić fachowcom. A DIY wymaga czasu. Wracamy powyżej.

Na wsi liczą się specyficzne kontakty. Nieco inne niż w mieście, ale jednak. Jeśli źle potraktujemy szambiarza, dekarza czy kogoś kto kosi nasz ogródek, dostaniemy jasny komunikat zwrotny. W wersji eleganckiej – następnym razem nie znajdzie dla nas czasu. W zwyczajnej – zetnie się z nami. Dla kogoś przyzwyczajonego do poprawności korporacji, takie bezpośrednie reakcje potrafią wywołać szok. Żeby ich uniknąć w 90% wystarczy być miłym. I raczej słuchać niż mówić. A jeśli usłyszymy odmowę? W mieście bierzemy następny telefon. Na wsi, np. w sytuacji awarii pieca c.o.. dobre kontakty to być albo nie być. I warto o tym pamiętać.

Wiejskie świry są świrami do kwadratu. `I nie da się ich uniknąć. W mieście, jeżeli żyjemy w bańce miłego osiedla, skrajnych świrów nie spotykamy. Ja mam np. dwóch lekkich postrzeleńców w sąsiedztwie, ale nieszkodliwych. Jeden – straszliwy gaduła-weredyk, drugi dorosły chłop mieszkający z mamusią. Taki folklor. Na wsi świr, inaczej bzik, wygląda inaczej. Regularny, agresywny, niekontrolujący emocji, wariat. Gania z siekierą, zaczepia ludzi. I możemy go spotkać codziennie. Może podpalić dom („puścić czerwonego kura”), w domu trzyma samopały. Lepiej zejść mu z drogi, bo to zupełnie inna kategoria. Podobnych spotkamy w mieście tylko w tzw. złych dzielnicach. W praktyce klasy średniej – nigdy.

Wieś wymaga pokory. Padający śnieg, wyłączenia prądu, własne szambo, ziemia. Wszystko uczy nas pokory. Nic nie da się zrobić na zapas. Nie możemy także nic nie robić. Piękne tulipany zje nornica, pod dachem zamieszka kuna, jastrząb porwie królika, a w zimie zasypie nas do połowy drzwi. Taki wiejski life. Kto chce, już natychmiast, szybko…. szybko się wykończy. Psychicznie. Trzeba zredukować do dwójki i spokojnie iść do przodu. Nie każdy lubi, nie każdy potrafi.

Na wsi miejskie umiejętności okazują się nieprzydatne. Zdolność do wykonania prezentacji – bez sensu. Umiejętność szybkiego czytania – zbędna. Języki obce – a po co to. Nikogo nie interesuje wiedza jak ugotować wegański obiad. Triathlon – szaleństwo. Co więcej, chwaląc się nimi zyskujemy łatkę dziwaka.

Co innego, gdybyśmy umieli naprawiać silniki diesla, piłować drewno na czas, wędzić kiełbasy, wtedy jesteśmy na miejscu.

A i nam samym bardziej pomogą: szybkie odśnieżanie, patent hydraulika itd. Typowy mieszczuch zazwyczaj tego nie wie. I popełnia kosztowne błędy.

Na wsi trzeba wiejskiego stylu życia. A on sprowadza się do wiejskiego small talku (czyli nie o najnowszej premierze Opery Warszawskiej, lecz cenach skupu pszenicy), słuchania odpowiedniej muzyki (i nie jest to ani Kwiat Jabłoni, ani Dawid Podsiadło), spędzania wolnego czasu (ogród, grill, jezioro), a nawet właściwej rasy psa (i nie mówmy „owczarek niemiecki” lecz wilczur, buldog francuski odpada). `Nie wierzysz? To pojedź na najbliższe targowisko i posłuchaj rozmów, zobacz kto występuje na dożynkach itp.

Styl życia to też odpowiednie wybory. Od auta (pickup, VW, Audi), do stroju (roboczy, dżinsy to elegancja). Sam widziałem idących do kościoła chłopaków w sportowych butach (białe Nike) do garnituru. Na żadnym facecie nie zrobi wrażenia dobór paska do butów, ani wina do potrawy, podstawowa umiejętność korposzczura.

I znowu, dzielę się własnymi doświadczeniami. Wzbudziłem podziw wiejskiej młodzieży, ze swadą wyliczając zalety różnych silników do kosiarek, a zdziwienie analizą twórczości Słowackiego (Kordian = wokalista disco polo). Ponieważ nie mam kija w tyłku, więcej błędu nie zrobiłem i skupiam się raczej na przewagach Loncina nad Hondą, a „Beniowskiego” i „Króla-Ducha” zostawiam na inne okazje. I tak musi pozostać. Teraz nawet upodobania muzyczne (Chopin, a nie Czajkowski) sprzedaję opowieściami o rosochatej mazowieckiej wierzbie, między innymi dlatego, że o rosyjskim kompozytorze-romantyku, nikt nie słyszał, a moi rozmówcy nie wiedzą co to rubato czy maestoso. I powiedzmy szczerze – świetnie sobie bez tej wiedzy radzą, ponieważ jest im doskonale zbędna.

Warto mieć tego świadomość. I płacić cenę, bo jest tego warta.

Czy rzeczywiście mieszkanie z rynku wtórnego jest takie złe? Siania propagandy i głupoty ciąg dalszy.

Na portalu Onet.pl ukazał się kolejny z długiej na kilkanaście lat serii „używane złe” https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/kupili-mieszkanie-z-rynku-wtornego-teraz-zaluja-skarbonka-bez-dna/g7z49jc,2b83378a .

Nazywam go propagandą, ponieważ propaguje półprawdziwe i szkodliwe treści. Nie byłbym sobą, gdybym nie wskazał komu to służy, lub jak pisał Tuwim w wierszu „Do prostego człowieka”, komu „w bankach nie sztymuje”. Otóż deweloperom. Interes siadł, koszty rosną, a ludzie nie kupują niefunkcjonalnej kupki betonu w cenie 20 tys. za m2. I problem. Wtedy wysyła się dziennikarzy (słynny Marek Wielgo w 2008 r.). I teraz pałeczkę przejęła absolwentka filologii polskiej, która w notatce na portalu określona została tak „…od 2014 r., od tego czasu pisze o tematyce kobiecej”, więc na mieszkalnictwie też się zna.

Czas na tezy:

  • mieszkania z rynku wtórnego kryją niebezpieczne niespodzianki,
  • nawet zrobione na gotowo bloki z 2006 r. potrafią być skarbonką bez dna,
  • czynsz w ciągu kilku lat wzrósł z 400 zł do 1200 zł, a wkrótce będzie wyższy bo planowany jest remont dachu,
  • mieszkanie narożne na 3 piętrze i pojawiła się pleśń, zapychały się rury, bo instalacja jest błędnie rozłożona,
  • problemem jest nawet wymiana armatury,
  • zdecydowanie łatwiej jest wyszykować mieszkanie niż poprawiać po kimś,
  • lokatorzy mają problemy z parkowaniem,
  • w bloku mieszkają starsi ludzie, dziecko nie ma towarzystwa,
  • lokal nowy jest „tańszy w dłuższej perspektywie”.

Oczywiście wszystko, po to żeby udowodnić tezę „pędźcie do dewelopera”.

Przyznam szczerze, w zalewie medialnej głupoty ten artykuł wart jest wyróżnienia. Przecierałem oczy ze zdziwienia, tak, nie chodzi o 50-letni blok, który miał się zawalić już 20 lat temu, a złośliwie nadal stoi (i postoi drugie tyle, co widać na Ukrainie) lecz o 20-letni apartamentowiec. Bez żartów. Skomentujmy po kolei.

Mieszkania z rynku wtórnego kryją niebezpieczne niespodzianki.

Podobnie jak nowe, tylko w nowych trudniej je zauważyć, albo jest to wręcz niemożliwe. Natomiast, polonista nie ma pojęcia o fizyce, takiej jak np. fakt, że ocieplony styropianem dom, wybudowany z cegły (w 2006 r. to jeszcze możliwe) działa jak nieprzepuszczający pary termos. Skrapla się ona na ostatniej kondygnacji. Proste. Wystarczy kupić suszarkę do prania, wietrzyć, w ostateczności sprawić sobie osuszacz i problem zniknie. Ewentualnie grzać powyżej 17 st. C w domu.

A nowe? No cóż. Pękające ściany, zalewane garaże itp. – wyjdzie dopiero po 2-3 latach. Jeśli deweloper uczciwy – poprawi. Jeśli nie – czeka nas wieloletni proces. Gdy budowała tzw. spółka celowa, nawet on nic nie da.

Nawet zrobione na gotowo bloki potrafią być skarbonką bez dna.

Wymieniono szereg usterek. W tym właśnie pleśń i naprawę dachu. Serio? W bloku z 2006 r.? Bez żartów. Większość pokryć dachowych miała wtedy 10-15 letnią gwarancję. A mówimy o pokryciach, a nie konstrukcji. Krótko mówiąc, wystarczy uszczelnić, pomalować, ew. rozłożyć warstwę nowej papy. Koszt 80 tys. zł przy bloku o powierzchni mieszkań ok. 1000 m2 (tyle to kosztuje w mojej kamienicy). Ile to jest? 560 zł na mieszkanie o pow. 70m2, raz na 10-20 lat. Miesięcznie 2 zł na lokal. Znacznie mniej niż w nowym bloku, gdy osiądzie grunt i popękają ściany.

Potem dochodzi zapychanie rur wewnątrz (podobno źle położone). Ile znacie takich przypadków? W nowym tak samo może się zdarzyć. Opowieść o „skarbonce bez dna” mocno przesadzone. Zresztą dzisiaj nowy blok, za 20 lat będzie miał… 20 lat.

Mój dom skończył właśnie 66 rok życia (jest więc emerytem) i przez 12 lat (poza początkowym ociepleniem) wydałem na remonty (nie liczę ulepszeń, albo zmiany tego co niemodne) 25 tys. zł. A nie wszedłem „na gotowo”. Policzmy: 25.000 zł/144 miesiące = 173 zł. 173 zł/100 m2 =1,73 PLN/m²/m-c. To ma być skarbonka bez dna?

W 100-letniej kamienicy przez 25 lat wymieniliśmy:

  • ocieplenie,
  • odwodnienie piwnic,
  • pokrycie ścian klatki,
  • dach.

Nawet tam – wyszło wg dzisiejszych stawek ok. 0,5 mln zł. 500000 zł/300 miesięcy= 1666 zł/m-c. 1666 zł/m-c/1000 m2 = 1,63 zł/m2. Znowu – wystarczyłyby 2 zł funduszu remontowego.

Czynsz w ciągu kilku lat wzrósł z 400 zł do 1200 zł, a wkrótce będzie wyższy bo planowany jest remont dachu.

O ile wzrośnie po remoncie – już napisałem (pewnie nic – bo po to właśnie jest fundusz remontowy). Powiem tak – 1,5 – 2 zł/m2 wystarcza w odnowionej kamienicy, bo co poza tym dachem może się popsuć po 20 latach?

Wróćmy jednak do czynszu. 1200 zł przy 3-osobach na nieco ponad 70 m2 (podano w artykule) nie wygląda szokująco. Ponieważ to co nazwano „czynszem” w rzeczywistości jest całością opłat za lokal, które wspólnota tylko rozdziela. I wystąpi również w nowym apartamentowcu. Proszę bardzo:

  • śmieci – 120 zł (o ile to nie Warszawa),
  • woda (wg zużycia) – ale przy 3 osobach pewnie ok. 300 zł (z podgrzaniem),
  • centralne ogrzewanie – znowu sporo zależy, ale pewnie ok. 500 zł wg dzisiejszych stawek.

Na żadną z dwóch pozycji (poza ogrzewaniem) budynek, nie ma wielkiego wpływu. Opłaty za zarząd, fundusz remontowy 280 zł czyli 4 zł/m2. Porównajcie z samym deweloperem, który za pomocą spółki wyciąga za zarządzanie (bez remontów) 3 zł/m2.

Jedynie ogrzewanie w nowym bloku może być trochę tańsze, albo i nie (ostatnie piętro, narożne mieszkanie), jeżeli dokonano fuszerki. Gaz kosztuje, a większość bloków dzisiaj ma indywidualne piece gazowe lub c.o. miejskie (drogie jak sam diabeł). Stąd bez pokazania, ile realnie kosztuje tzw. mieszkanie bezczynszowe (a obstawiam, że kupione od dewelopera minimum ok. 1000 zł/3-os.) trudno wysuwać wnioski.

Trzeba też policzyć różnicę. 200 zł x 12 miesięcy = 2400 zł/rok. Jeśli, co wynika z artykułu, różnica w cenie używane/deweloperskie wyniosła 20% (z wykończeniem 30%) mamy podstawę do wyliczenia. Przy tej powierzchni, dzisiaj, mówimy o kwocie 350.000 zł. 2400/350000=0,7%. Wkładając 350k w obligacje uzyskamy 4,5% netto, czyli prawie 5 razy więcej.

Pani polonistka zapomniała, jak w ciągu 6 lat wyglądała inflacja (ok. 50%). Jak podrożały nośniki energii i ogrzewanie (100%). W takiej sytuacji, te 400 zł za 70 m2, przed pandemią, wydaje się wręcz nierealne, chyba że nikt nie grzał, albo mieszkanie stało puste.

Mieszkanie narożne na 3 piętrze i pojawiła się pleśń, zapychał się rury, bo instalacja jest błędnie rozłożona,

Pojawia się pytanie: Czy każde mieszkanie jest narożne na ostatnim piętrze? Czy w każdym pojawia się pleśń? Dwa razy – nie. Redaktor od tematów kobiecych, z wyjątku zrobiła regułę i próbuje nagonić klientów deweloperom. Dodatkowo, rozwiązanie każdego z tych problemów jest możliwe w niewielkich kosztach. O pleśni już pisałem (grzać, wietrzyć, kupić suszarkę bębnową),

Kwestia instalacji kanalizacyjnej – problem do zgłoszenia administracji, albo rękojmi do sprzedającego.

Armatura sprzed 20 lat jest trudna w wymianie, bo trzeba dobrać identyczny kran, a takich już nie produkują .

Argument z czapy albo ja jestem wariatem. Naprawdę zwracacie uwagę, żeby każdy kran w całym domu pochodził z tej samej serii? Nie mówię o wizualnym podobieństwie, ale identyczności. Gdy jeden się popsuje, wymieniacie wszystkie? Ja nie.

Po prostu dobieram sobie coś podobnego i tyle. Zresztą wróćmy do wyliczeń. Za 350 tys. zł oszczędności możemy szarpnąć się na 4 nowe baterie z wymianą. Jak szaleć, to szaleć.

Zdecydowanie łatwiej jest wyszykować mieszkanie niż poprawiać po kimś.

Kolejna półprawda. Bo w zasadzie łatwiej. Ale za 350k zapłaty i 2500 zł różnicy w racie chyba można się pomęczyć.

Poza tym, kupując gotowe mamy tylko poprawki na głowie, a nie wszystko do wykonania od zera. Tu leży różnica. Remont łazienki będzie kosztował 30k i potrwa 2 tygodnie (bo trzeba poprawić te rury i baterie). Całkowite wykończenie i wyposażenie to: drzwi, parapety, podłogi, ściany (gładź + malowanie), łazienka, kuchnia, meble. 3 ekipy i pół roku wyjęte z życiorysu. Użeranie się z budowlańcami. Wolałbym poprawić łazienkę.

Problemy z parkowaniem.

Chodzi o to, że pani nie wykupiła garażu i nie ma gdzie stanąć. A deweloper rozdaje parkingi za darmo? Też trzeba zapłacić – nawet 100k. W porównaniach trzeba być uczciwym. Kto zaoszczędzi na starcie, robi kółko i dwa razy.

W bloku mieszkają starsi ludzie, dziecko nie ma towarzystwa.

A w apartamentowcu kupują sami 35-latkowie z dzieckiem? Nie? Pani polonistka nie wie, że dzisiaj, w zależności od lokalizacji 50-80% mieszkań kupowanych jest na wynajem. Wprowadzą się do nich studenci i co tydzień urządzą imprezę. Albo (jeśli w centrum) 90% mieszkań pójdzie na wynajem krótkoterminowy. W takiej sytuacji pójście na sąsiedni plac zabaw okazuje się najprostszym rozwiązaniem.

Lokal nowy jest „tańszy w dłuższej perspektywie”.

Tą „bzdurą roku” pani redaktor próbuje zamknąć temat. Bez żadnych wyliczeń, oczywiście. No to pokażmy.

Albo porównujemy stare mieszkanie blisko centrum z nowym na obrzeżach, co warunkach Wrocławia – oznacza dopłacenie 20% (czyli jest zbliżone do danych z artykułu). Uzyskujemy wtedy dwa nieporównywalne dobra. Mieszkanie blisko udogodnień (i ze starymi sąsiadami), za 13 k/m2 albo nowe za 17k tylko kilka kilometrów dalej, w błocie, z 15-minutową wyprawą na przystanek tramwajowy (lub 6 minut na autobus, który jedzie godzinę). Przy opisywanych powierzchniach i wykończeniu – faktycznie 350k (lub więcej) różnicy. Dojazd w takich warunkach wydaje się nieporównywalnym kłopotem z różnymi elementami armatury.

Gdybyśmy jednak chcieli być uczciwi i wybrali podobne lokalizacje mamy:

  • używane, zrobione 13k,
  • nowe (z kosztami wykończenia) 22k.

I nie jest to różnica „30% drożej” tylko 69% drożej. A w liczbach bezwzględnych – 648 tys. zł drożej za nowe. Ponieważ w artykule wspomniano o racie – dostajemy za nowe krany 4500 zł/m-c do zapłaty więcej albo – tę samą ratę, ale płaconą kilkanaście lat dłużej. Dramat. I tu jest faktyczna cena. W dodatku, pomimo podobnej powierzchni, stare mieszkanie okaże się bardziej funkcjonalne (bo wtedy jeszcze nie panował PUM), nikt nie każe nam zapłacić za powierzchnię pod ścianami (klasyka), ani nie wymyśli salonu w kształcie trapezu (by maksymalnie wykorzystać powierzchnię działki).

I idąc w kierunku tych 4500 zł popatrzmy, teraz nie boli nas nawet 200 zł więcej czynszu (ba i 1200 zł warto zapłacić).

Podsumowanie.

Naganianie na ekskluzywne, prestiżowe apartamenty, (bo tyle może napisać specjalistka od spraw kobiecych) wbrew pozorom czyni więcej szkody niż pożytku „dobrodziejom deweloperom”.

Znaczna większość, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, jednak idzie do doradcy, liczy, sprawdza. Zwłaszcza Ci, którzy mogą sobie pozwolić na lokal za ponad 1,5 mln (a tyle kosztuje 72m2 w nowym budownictwie we Wrocławiu z wykończeniem). Ludzie posiadający dzieci, patrzą czy w pobliżu jest szkoła, jak blisko. Czy sąsiadem będzie najemca (zmieni się co parę lat), czy właściciel. Wiedzą, że trudno porównywać okolice Placu Powstańców Śląskich z Leśnicą.

Część jednak da się omamić. Widziałem ich wczoraj. Wracałem akurat od klienta zza Poznania. Warszawę przejeżdżałem ok 19.30. 3 strumienie aut na południowej obwodnicy (S2), gigantyczny korek na S8 (słyszałem w Radiu Kierowców). Strach pomyśleć, co działo się na Alei Wilanowskiej, czyli tam, gdzie dziesiątki tysięcy stoją, klnąc swoje prestiżowe apartamenty za miliony monet. Tymczasem ktoś inny z bloku na postponowanej Pradze wsiada w tramwaj. Ponieważ w wielkiej piątce (stolica, Kraków, Trójmiasto, Poznań, Wrocław) godziny szczytu trwają do 7 do 21.

No, ale tak to jest, gdy słucha się polonisty w sprawach mieszkaniowo-budowlanych.

Prywatna ochrona zdrowia. Dla wszystkich, którym marzy się jej prywatyzacja.

Istnieją w Polsce siły polityczno-partyjne, które wprost postulują prywatyzację ochrony zdrowia, od przychodni do szpitali. Ot, coś na wzór amerykański. Płacisz składkę uzależnioną od kilku czynników i masz nieograniczony dostęp. Fajnie?

Teraz pokażę Wam jak to działa w praktyce. Najpierw polskiej. Płacę kilkadziesiąt tysięcy składki zdrowotnej rocznie, a pomimo tego i tak do specjalisty czy dentysty chodzę prywatnie. W ramach państwowego abonamentu mam szpital (byłem w nim 3 dni podczas całego dotychczasowego życia) oraz podstawową opiekę zdrowotną (tu korzystam częściej – raz na 2 miesiące muszę wykupić leki na chorobę przewlekłą, a drobne przeziębienie spotyka mnie 2 razy w roku). Biorąc pod uwagę bilans składki/usługi robię kiepski interes. U specjalisty bywam trzy razy do roku i płacę za każdym razem 250 zł. NFZ reguluje za mnie przychodni rodzinnej ok. 250 zł. Czyli 1000 zł kosztów ok.30.000 zł przychodów. Tak zarabia na mnie NFZ. Nawet jeśli wezmę pod uwagę ten szpital (zero operacji, wyłącznie leczenie tlenem i kilka porad – może 5000-7000 zł – jak wspominam – raz na 48 lat), niewiele się zmieni. Jestem pacjentem prawie idealnym (bo bywają lepsi).

Teraz USA. Zrobiłem sobie wyliczenie na amerykańskiej stronie. Płaciłbym ok. 700 USD miesięcznie za całkiem niezły pakiet. Natomiast są w tym pewne zastrzeżenia oraz ważna informacja. W Polsce płacę niezależnie od wieku. W USA dwudziestolatek ma stawkę 400 USA, a 60-latek już 1100 USD/miesięcznie. Sporo zależy także od miejsca zamieszkania i dochodu oraz liczby osób w rodzinie. Nawet dwójka osób, moich równolatków płaci 1400 USD/m-c czyli 16.800 USD/rok przy średniej pensji za 170 godzin ok. 72.000 USD/rok. Czyli zdrowotne to nie 9% jak u nas, a 12%. I nadal nie obejmuje wszystkiego.

Jak może wyglądać prywatna służba zdrowia pokazuje przykład płatnego abonamentu mojej koleżanki w znanej sieci przychodni (mają nawet szpital). Miesięczna opłata 170 zł, obejmuje specjalistów i badania. Super. Tylko, że znowu, mamy mnóstwo wyłączeń. Specjaliści dzielą się na dwie grupy, dla tych na abonament i pełnopłatnych, co oznacza, ograniczony dostęp lub konieczność płacenia za najlepszych. Tak to może wyglądać po prywatyzacji – zamożni mają wszystko, płacąc proporcjonalnie mniej w stosunku dochodów, a biedni – lepiej żeby nie chorowali.