Boomerska narracja o nieruchomościach. Dlaczego młodzież tego nie kupuje?

Jedną z głównych obaw pokolenia Z (czyli urodzonych po 1995), ale i młodszych Y-greków (urodzeni pomiędzy 1982 – a 1994) pozostaje niemożliwość zakupu własnego mieszkania. Problem realny zwłaszcza w większych miastach. Tymczasem boomerzy (czyli dzisiejsi 60-70-80 -latkowie) kwestię tę bagatelizują.

Zacznijmy od przyczyn. Boomerzy, z racji wieku, nie aktualizują często swoich spostrzeżeń. Mówiąc obrazowo „nie nadążają”. Bazują na danych sprzed 15-20 lat. A od tego czasu rzeczywistość uległa zmianie. Ale wróćmy do tych boomerskich przekonań:

  • mieszkania są dostępne za niewielkie pieniądze, trzeba tylko ruszyć głową,
  • my damy 100 tys. drudzy rodzice 100 tys. i macie mieszkanie/dom,
  • dom da się wybudować na tanio kupionej działce,
  • na mieszkanie można w 2 lata zarobić pracą na Zachodzie,
  • wujek Władek ze szwagrem wybudował, to i wy dacie radę.

I widać to doskonale w wypowiedziach polityków z tamtego pokolenia.

Mieszkania są dostępne za niewielkie pieniądze, trzeba tylko ruszyć głową. Przekonanie rodem z PRL-u, prawdziwe jeszcze 30 lat temu. Mój brat, prawie-boomer, dostał w 1988 r. mieszkanie służbowe, wraz z etatem w wiejskiej szkole. Po 2 latach wrócił do miasta, mieszkanie zajął jego następca i wykupił za grosze. Podobnie poseł Jakubiak (wojskowy). Istniała spora pula mieszkań zakładowych, komunalnych etc. i faktycznie wystarczyło wybrać dobrze zawód, zakręcić się. Potem nastąpiła fala wykupu lokali spółdzielczych za grosze (1000-5000 zł). I znowu beneficjentami – boomerzy. Dzisiaj żaden z tych sposobów nie zadziała. Komunałki zostały wykupione, na zakładowych uwłaszczył się ten i ów, spółdzielnie sprzedają w cenach rynkowych.

My damy 100 tys. drudzy rodzice 100 tys. i macie mieszkanie/dom. W 2005 r. czyli przed pierwszym wielkim wzrostem cen, za 200 tys. zł w Warszawie można było kupić 40-50m2. Nawet w 2017 r. (przed drugą podwyżką), 200k starczało na małe dwa pokoje poza Big Five i kurortami. Dzisiaj ceny poszły o 100%.

Budowa domu, podobnie. Od 2000 zł/m2 do obecnych 6000 zł/m2 (plus wykończenie). Dzisiaj za 200k postawimy 35m2 na zgłoszenie, o ile mamy działkę.

Dom da się wybudować na tanio kupionej działce. Podobną ewolucję, jak ceny domów przeszły działki. W 2001 r. budowlane 1200 m2 blisko mojego miasta kosztowało 20 tys. zł. W 2010 r. już 100 tys. zł (a za 40k zł można było kupić rolną i kombinować). Dzisiaj, gdy praktycznie wyłączono zabudowę na działkach niebudowlanych, a miasta rozrosły się, musimy mówić w tym samym miejscu o kwotach bliskich 500 tys. zł. Czyli działka=mieszkanie. Oczywiście w Warszawie ceny pomnóżmy x 2.

Na mieszkanie można w 2 lata zarobić pracą na Zachodzie. Jedna z moich ulubionych boomerskich prawd, głoszona przez ludzi, którzy za granicą byli w Bułgarii w 1985 r. Otóż, jeszcze w czasach, gdy sam miałem 30 lat, ta metoda sprawdzała się. Dzisiaj – już nie. Kiedyś pensje mitycznej UE wynosiły 4-6 razy więcej niż nasze. Dlatego pracując 24 miesiące, zarabiano jak za 100-150 miesięcy. A taka liczba równała się możliwością zakupu 40-60 m2 mieszkania, w zależności od lokalizacji (w 2004 r. średnia pensja 1600 zł netto, m2 mieszkania w dużym mieście ok. 2 tys. zł/m2). Nie więcej, bo z czegoś trzeba było przecież żyć.

Za komuny przelicznik był jeszcze lepszy – 12 miesięcy na saksach = dom.

Dzisiaj sytuacja przedstawia się inaczej. W „biednej części starej UE” zarobki Polaka są wyższe może o 20-30%, w bogatszej 2-krotnie.Połowa idzie na życie. Po 24 miesiącach przywieziemy ok. 100-150 tys. zł. Nie wystarczy nawet na kawalerkę.

Wujek Władek ze szwagrem po godzinach wybudował, to i wy dacie radę. Ponownie świat się zmienił. Jeszcze pod koniec lat 90-tych, gdy istniały duże rodziny, z najbliższych (bracia, bracia cioteczni/stryjeczni, szwagrowie) dało się zebrać całą ekipę w bliskim sąsiedztwie. I w 3-4 lata postawić dom. Wszyscy faceci umieli wykonać przynajmniej proste prace (np. obsłużyć betoniarkę). W konsekwencji płacono tylko za materiały.

Teraźniejszość wygląda inaczej. Dzisiejsi młodzi mają średnio jednego brata/szwagra, a to często w innym województwie. Jedynacy musieliby pracować solo. No i wszystko potrafić, od murowania do dekarstwa. Nierealne (a zostaje jeszcze cena działki). Prawie nikt więc nie nastawia się na samotne budowanie. Znak czasów.

Skoro przestudiowaliśmy boomerską narrację, skupmy się na tytułowym pytaniu. Odpowiedź pozostaje banalnie prosta – ponieważ taka opowieść z czasów młodości boomera, nie jest prawdziwa w obecnych czasach, a więc rad nie da się zastosować. Dodatkowo, młodzi skupili się w większych ośrodkach miejskich.

Z tego też powodu, patrząc na dane demograficzno-ekonomiczne (rozkład cen mieszkań i średnich zarobków) proponuję obrać zupełnie inną drogę. Zamiast ciągnąć do Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta czy Poznania, pozostawać żyć na swojej ojczystej ziemi. We wpisach padały przykłady – trzypokojowe mieszkanie w Łukowie kosztuje 300k, w Warszawie ma obrzeżach 600k, a w dobrej dzielnicy 800-900k. W Łukowie wprawdzie zarobimy 2/3 tego co w stolicy, ale nie dostaniemy w pakiecie 2100-4200 zł raty. Albo nie zostaniemy na wynajmie (brak zdolności kredytowej). Na miejscu mamy zwykle mamę/babcię i nie musimy finansować opieki.

Patrząc na kierunek zmian, to jedyne wyjście (bo nie każdy może dostać „kawalerkę za opiekę”, której faktycznie nie było) – miasto powiatowe, zamiast Big Five. Tendencja pozostaje stała – Warszawa i główne ośrodki będą drożeć i rozrastać się (mniejsza dostępność, dłuższe dojazdy) w tempie znacznie szybszym niż pensje. A boomerskie nieaktualne rady puszczajcie mimo uszu.

Jeszcze raz o bezsensie ZUS-u. Ile emerytury dostanie mały przedsiębiorca z ZUS i IKZE?

Moje zdanie na temat ZUS-u znacie – jedna z najmniej efektywnych metod gromadzenia oszczędności na starość. Reklamuję (chociaż nikt mi za to nie płaci) IKZE i PPK. Dlaczego? Ponieważ dają szansę na znacznie lepsze wyniki.

Oto rozliczenie IKZE w funduszu inwestycyjnym. Właśnie minęła pierwsza „pięciolatka”. Wyniki – od pandemii, przez wojnę i wzrosty. Robię przy tym porównanie z ZUS.

Wpłaty. ZUS – 20% emerytalnej czyli ok. 13.500 zł/rok. IKZE obecnie ok. 15 tys. zł/rok – 32% zwrotu podatku = 10.000 zł/rok. Połowa składek ZUS-owskich małego przedsiębiorcy. I nadal mniej niż sama emerytalna.

Okres oszczędzania. Powinien ważyć najwięcej. Weźmy statystyczne 36 lat (do osiągnięcia dla mężczyzny).

Wpłaty. Tu robi się wesoło. Suma wpłat w ZUS – 13.500 zł x 36 lat = ca. 500.000 zł. IKZE – 10.000 zł x 36 lat =360.000 zł. O 28% mniej wpłaty.

Dziedziczenie. W ZUS-ie nie istnieje. Jeśli nie dożyjemy, składki przepadają. Jeśli umrzemy po 3 latach także. Zupełnie inaczej wygląda IKZE, zgromadzone środki dostaną nasi spadkobiercy.

Świadczenie. Bywają waloryzacje, które służą urealnieniu świadczenia. Stąd przyjmuję (wcale nie będąc pewien), bo wiem, że mały przedsiębiorca dostanie okolicę dzisiejszej emerytury minimalnej – ok. 1700 zł (realnie). Już ten punkt pokazuje absurd systemu państwowego. Większość dostanie najniższe świadczenie.

A co obiecuje ZUS? No cóż, popatrzmy. Patrząc na wartości realne 500.000 zł /260 miesięcy = 1923 zł. Jak widzicie oficjalne sposoby ZUS-u (podział zgromadzonej kwoty przez dalsze trwanie życia) nie ma żadnej wartości. Dają przedsiębiorcy minimalną. O przyczynach napiszę innym razem. A i od tych 1923 zł musimy odliczyć zdrowotną 9% i robi się 1750 zł.

Teraz świadczenie z IKZE. Tutaj zakładam optymistycznie – średnia inflacja 3%, średni zysk 5%, realnie zyskujemy 2%. Co to oznacza? Do podziału mamy 441.000 zł, bo wprawdzie zyskujemy dzięki wzrostowi wartości, ale tracimy na podatku (10% przy wypłacie). 441.000/260 miesięcy = 1696 zł. W teorii mniej niż ZUS. Ale gdy popatrzymy na szczegóły widzimy różnicę:

  1. W ZUS dostaniemy 54 zł więcej emerytury (+3,2%), ale składka miesięczna była wyższa o 300 zł (+30%).
  2. Do tego podniesienie wpłat do IKZE (kwota maksymalna wzrosła w ciągu kilku lat o 50%) podniesie nam emeryturę. W ZUS – wzrost składki emerytury nie podnosi (są niepowiązane, bo składkę liczymy od przeciętnego wynagrodzenia, a emeryturę minimalną ustala się arbitralnie).
  3. Mówimy o dzisiejszej wartości pieniądza. Wpłacaliśmy realnie 830 zł/m-c na IKZE a 1130 zł na ZUS (emerytalna). Licząc IKZE doliczamy spore szanse na zyski (w latach 2023-2026 – fundusz dłużny wzrósł o 30%, przy skumulowanej inflacji 22%, a akcyjny tej samej firmy zarządzającej 100%). W ZUS-ie mamy ich śmieszną waloryzację (ograniczaną do poziomu inflacji przez manipulacje długością życia. Ale waloryzujemy też składki i to sporo powyżej poziomu inflacji.
  4. W ZUSie mnie możemy płacić samej składki emerytalnej, a w IKZE – tak. W rzeczywistości nie uiszczamy 1130 zł, tylko 1930 zł, na rentę nie pójdziemy, chorobowego nie wyrwiemy. W sumie 10.000 zł kontra 23.160 zł/rok.
  5. Porównanie z ZUS-em wypada teraz druzgocąco (uwzględniam wszystkie składki w wartości nominalnej). Tam w wpłaconych 834 tys. zł (1930 zł x 12 miesięcy x 36 lat) odzyskamy (o ile dożyjemy średniej długości życia mężczyzn) – 455 tys. zł czyli 54%. Możemy też stracić 90%, gdy umrzemy wcześniej. W IKZE odzyskamy 118%. Dokładnie 2 razy tyle, co mały przedsiębiorca w ZUS. Wyliczenie dotyczyło przywileju kobiet.
  6. Teraz drugie obliczenie – dla mężczyzn. Z 260 miesięcy dożycia wg ZUS robi się realne 144 miesiące. ZUS nadal wypłaca 1750 zł czyli 252 tys. zł. Współczynnik wypłat wyniósł (uwzględniając wszystkie składki): 30% (przedsiębiorca). A IKZE? Nadal niezmienne 118%. IKZE bije ZUS o prawie 4 długości.

W zasadzie w tym miejscu moglibyśmy skończyć. Ale wyobraźmy sobie, że IKZE prowadzi ktoś, kto potrafi osiągać wyniki inwestycyjne na poziomie 10% rocznie. 7% ponad inflację. Wtedy ze 360.000 zł wpłat robi się (realne) 1.470.000 zł. Mężczyzna dostaje 400% wkładów, 43% przedsiębiorcy. Do tego żyjąc 73 lata (średnia moich kolegów z pracy, którzy jej dożyli) przez 5 lat wypłaci sobie (zakładam przeniesienie się „na obligacje” i wypłacanie roczne 2,5% nawisu nad inflację) 2756 zł/m-c (czyli 1000 zł więcej niż w ZUS) zostawi dzieciom realne prawie 1.5 mln spadku. Z ZUS-u – kompletnie nic.

FIRE od 40-tki. Dlaczego większość nie jest w stanie odkładać 70% dochodów, oraz co z tego wynika.

Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).

Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.

Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.

W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?

W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.

Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.

Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.

Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.

Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.

Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.

4 osoby, jeden dochód. Czy dzisiaj da się tak żyć?

Głównym argumentem przeciwników „państwa dobrobytu”, silnie związanego z podatkami pozostaje twierdzenie „W czasach naszych dziadków, wystarczyła pensja mężczyzny, żeby utrzymać rodzinę”. Sprawdźmy, ile prawdy, kryje taka reguła.

Cofnijmy się o 90 lat, czyli o czas odpowiadający młodości naszych dziadków. I faktycznie, przez II WŚ mój dziadek – młody oficer pracował, a babcia siedziała w domu z dziećmi. Tylko wtedy, porucznik WP zarabiał 400-500 zł czyli 4-5 krotność ówczesnej średniej pensji. Dzisiejsze 40-50k brutto. Przyznacie, że i obecnie, przy dwójce dzieci, wystarczy.

A 50 lat temu? Mamy lata 70-te XX w. Wiele kobiet nie pracuje zawodowo (np. babcia mojej żony). Tylko znowu – jej dziadek zarabia ponadprzeciętnie. A pozostali? No cóż, model „jeden żywiciel rodziny” w Polsce dało się utrzymać wyłącznie na wsi/w małym mieście (samodzielna produkcja żywności) albo przy wysokim dochodzie. Zwłaszcza, gdy jedzenie pochłaniało znaczną część budżetu.

Zejdźmy jednak na ziemię, średnia pensja = utrzymanie 4-5 osób (takie były wtedy rodziny). I znowu 1975 r. Średnia pensja ok. 4000 zł. Ceny w sklepach: 1 kg mąki 4 zł, ser żółty – 50 zł/kg, mięso – 45-60 zł/kg, masło – 16 zł/kostkę, szynka (wędlina) – 90 zł/kg, 10 jajek – 28 zł.. Porównajmy te ceny do dzisiejszych relacji – średnia pensja jest o 50% wyższa, a ceny (z wyjątkiem mąki) … niższe. Skąd więc przekonanie, że było taniej?

Działa tu prosta metoda. Tańsze było utrzymanie i budowa domu/mieszkania. Rodzice w większym stopniu pomagali młodym finansowo. I wreszcie, co najważniejsze, obowiązywał znacznie niższy standard życia. Samochody mieli wybrańcy, w miastach mieszkano na mniejszych powierzchniach (moi rodzice z czwórką dzieci na 67m2, moi teściowie z dwójka w 38m2, a i tak byli szczęśliwcami, dostając klucze do spółdzielczego mieszkania), nie wyjeżdżano masowo na wakacje (albo do babci na wieś). Gdyby porównać do dzisiejszego stylu – oszczędnie i na wsi.

Stąd tytułowa wątpliwość i zarzuty, że dzisiaj się tak nie da (głównie zwolenników tzw. partii wolnościowych) trafiają tylko do głów nie uważających na matematyce. Otóż dzisiaj, średnia pensja wynosi ok. 6500 zł netto. Do tego doliczmy (rodzina 4-osobowa) ok. 1600 zł świadczeń 800+. Mamy 8100 zł. Za taką sumę, na wsi, lub w małym mieście, spokojnie da się utrzymać rodzinę. I to na lepszym poziomie niż za średnią z 1975 r. O ile oczywiście zdecydujemy się na styl życia z tamtego okresu.

Finansowe perpetuum mobile – PPK + IKZE.

Sponsorem tego wpisu jest jeden z moich byłych szefów. „Pan Zastępca wymyślił” sobie, że przeniesie środki z dość przyzwoitego i dużego PKO PPK do jakiegoś małego PPK. Do mojego pokoju wpadła główna księgowa – wołając „Ratuj”. I po raz kolejny musiałem siąść, porównać, policzyć. Wnioski jak zwykle wychodzą ciekawe.

Teza 1. Nie wszystkie PPK są takie same.

Niby oczywiste, a jednak. Różnice potrafią być ogromne. Ten PPK pobierał np. 2-krotnie większą opłatę za zarządzanie niż PKO PPK. Co to oznacza? W długim okresie – znacznie mniejsze zyski, lub w skrajnych przypadkach straty. Poszczególne PPK można sobie porównać na mojeppk.pl. Tam publikują solidne zestawienia.

Wyniki inwestycyjne też potrafią się różnić.

Teza 2. Zarządzający PPK potrafią znacząco się mylić.

No cóż. Ten nowy PPK posiadał w portfelu np. obligacje o stałym oprocentowaniu poniżej…2% jeszcze w 2025 r. I takich kwiatków bywa więcej.

Wniosek prosty – obligacje dobiorę sobie sam. Akcje też.

Teza 3. „Pan Zastępca”, albo postradał rozum, albo chce zrobić komuś przysługę kosztem pracowników.

Główny argument przenosin – bo informują o spadkach na rynku. Oczywiście – po fakcie, czyli gdy mleko już się rozlało. Szczerze mówiąc, zakładam wersję kolegi Pana Zastępcy w dystrybucji PPK. To malutkie PPK, (ma takie aktywa, jakie PKO PPK zbiera w ciągu miesiąca), z ogromnymi opłatami i częściowo wręcz toksycznym portfelem.

Teza 4. Nie zmieniamy PPK.

Nasza rozmowa była krótka – po przedstawieniu argumentów „Pan Zastępca” zamilkł i mocno zdziwił się, gdy usłyszał o stopach zwrotu z moich inwestycji kapitałowych.
Ale najważniejsze – 1/3 załogi (bo tyle zapisało się do PPK) chciało zostać w PKO. I zostali.

Na tej kanwie oraz na podstawie obowiązujących regulacji, wymyśliłem tezę 5.

Teza 5. PPK + IKZE to podatkowo-inwestycyjne perpetuum mobile.

Wyniki PPK nie porażają. W ciągu 3,5 roku z wpłat łącznych ok. 30 tys. zł, zyskałem 6 tys. zł, czyli 20%. Mniej niż inflacja w tym okresie, a w porównaniu z moim portfelem – słabo.

Natomiast jeśli odniosę do wpłat własnych (czyli potrąceń z mojej pensji) wychodzi już 17 tys. zł (wpłaty) i 36 tys. zł (stan rachunku) czyli ….+100%. Super.

A ile zyskałem od podobnej kwoty, na podobnym dystansie w IKZE?

Wpłacając na IKZE 17 tys. zł, dostaję premię podatkową 32% czyli dodatkowe 5.4 tys. zł (ulga podatkowa, do reinwestowania). Już mam 22.4 tys. zł. I teraz załóżmy, że 1/3 kwoty zainwestowałem w obligacje średnio 6%/rok = +1500 zł przez 4 lata. Tym samym nie zrównałem się z PPK (24 tys. zł), ale zostaje jeszcze zysk z części kapitałowej. Moje wyniki to za ten czas to +55% czyli +9 tys. zł. Razem miałbym 33 tys. zł. Przypominam, po 3,5 roku, wpłacając 17 tys. zł na starcie (w PPK wpłacałem stopniowo). I dlatego mogę mówić o perpetuum mobile.

Oczywiście, w przyszłych latach zyski mogą być inne. Widać jednak przewagę PPK (dopłaty pracodawcy i państwa). Słaby punkt? No cóż, i tak wykorzystuję limit IKZE oraz dopłaty w długim okresie zaczną mieć mniejszy wpływ na wynik. O wynikach osoby z niżej niż przeciętnym portfelem napisze za jakiś czas.

Dostęp zamiast własności. Czy faktycznie jest tak źle?

Jedną z tez współczesnej klasy wyższej stało się promowanie posiadania (wynajmu, leasingu) zamiast własności. Wielkie firmy udzielają tylko czasowego dostępu do dóbr i usług i każą płacić coraz więcej.

Ba, nawet autorzy piszący o finansach (np. Tony Robbins) promują „wynajmij zamiast kupić”. Tak działają platformy takie jak Booking, Netflix, firmy leasingowe, wreszcie fundusze nieruchomościowe.

Z kolei lewicujące gazety, krytykują obecnie ten standard, ponieważ doprowadził do zubożenia wielkomiejskiej klasy średniej. Jak to? Przecież oni mają mieszkania po 1 mln zł. No cóż, na kredyt i nie wszyscy. Twarde dane wyglądają nieubłaganie. Liczy się wartość netto. I znacznie bogatszy jest przeciętny rolnik z Mazur niż właściciel skredytowanego mieszkania w stolicy (z 70% wartości do spłaty). Liczby nie kłamią.

Teraz wszyscy miłośnicy dyniowej latte szeroko otwierają oczy. Przy czym wiele rzeczy jeszcze da się odwrócić. Jak pisał Dave Ramsey „Start late, finish rich”. Znam kilka przypadków ludzi, którzy obudzili się po 40-tce i z najemców stali się właścicielami. Więc tragicznie nie jest, chociaż trend widzę nieubłagany. Napędzają go dwie siły: metropoliocentryzm oraz fałszująca rzeczywistość reklama.

Pierwsze ze zjawisk polega na przenoszeniu się do wielkich miast. Tylko w nich życie ma być ciekawe, satysfakcjonujące, piękne, prawdziwe i wartościowe. Dopóki nie przeniesiesz się do Big Five, jesteś z boku ważnych spraw. Największy pęd do translokacji mają zupełnie przeciwstawne grupy: mega ambitni wykształceni, oraz ambitni niewykształceni. W założeniu bowiem znacznie łatwiej zarobić (pracą fizyczną czy umysłową) w Warszawie niż w Siedlcach czy Strzegomiu. Prawda, tylko w połowie. Ambitni zapominają bowiem o kosztach. A te potrafią być ogromne. Skoro przedstawiciel specjalistów i managerów z wielkich miast, bloger finansowy mówi o „rozsądnym kredycie 0,5 mln zł”, mający ciśnienie na sukces wpadają w pułapkę. A nazywa się ona „kosztem życia w wielkim mieście”. Popatrzmy na modelową rodzinę z Warszawy. Ich dochody (mediana) są wyższe o 7k brutto od analogicznych w Łukowie. Co to oznacza? Że mają do dyspozycji 5k/m-c więcej. I co z tego? W Łukowie trzypokojowe małe (ok. 50m2) mieszkanie w bloku kosztuje 300k. W Warszawie podobne w Ursusie, Wawrze czy na Pradze – 800k. I już z 5k ubywa 3 k na ratę. Zostaje 2k nadwyżki. Super? Niekoniecznie. A gdzie koszty prywatnej opieki nad dzieckiem (opiekunka weźmie więcej), nauki, dojazdu do pracy? W Łukowie wystarczyło 10 minut dojazdu (a czasem i spaceru), z Ursusa do Mordoru jedziemy 45 minut (komunikacją publiczną). Z Wawra już prawie godzinę. Gdzie koszty stylu życia? W efekcie „średniak” ma się znacznie gorzej.

Ale to nie wszystko. Dlaczego ludzie łapią się na tę fałszywą narrację? Ponieważ stoi za nią ogromna machina reklamowa. Od bezpośredniej do ukrytej (np. seriale). Przemysł reklamowy deweloperów (głównie wielkie miasta) fałszuje rzeczywistość. Subtelnie („Osiedle Eko Park” – cztery bloki obok ogólnodostępnego skweru na nowym blokowisku), albo na rympał (z tej samej oferty) „Centum miasta na uboczu” przy lokalizacji 8 km od centralnego punktu miasta, niedaleko jego granicy, bez infrastruktury takiej jak publiczne szkoły, komunikacja miejska (najbliższy przystanek 15 minut spaceru) itp. Jest też reklama negatywna. Małe miasta przedstawia się jako siedliska ciemnoty, zacofania, bezrobocia. Ludzi tam żyjących jako nieudaczników. W mediach zamawia artykuły o ciężkich dojazdach z Mińska Mazowieckiego czy innego Grójca, zapominając, że wcale nie trzeba dojeżdżać do Warszawy. I wielu złapie się na ten lep.

A poza wielkimi miastami wcale nie jest tak źle. Króluje bezkredytowa własność, a nie kredyt lub wynajem. Babcie nadal zajmą się wnukami. W zasięgu krótkiego spaceru mamy prawdziwy park. Oczywiście, brakuje galerii, knajpek i sal zabaw, ale za dwie medianowe pensje da się utrzymać rodzinę. Tu „kultura dostępu” jeszcze nie przeorała głowy.

I biorąc pod uwagę, że w średnich i małych miastach żyje ponad połowa ludności Polski istnieje nadzieja, że trend może się odwrócić. Młodzi w końcu złapią za Excela i zobaczą – nie da się żyć w miejscu, w którym wynajem zabiera połowę pensji. Udostępniony (służbowy) samochód pozbawia mnie szans na wyjazd następnego dnia po zwolnieniu. Wreszcie, budowanie majątku prowadzi do niezależności. A nikt go nie zbuduje płacąc 4k za wynajem dwóch pokoi oraz 2k raty leasingowej. Zwłaszcza jeśli zarabia nieco ponadprzeciętnie.

Święta z garmażerki. Gorzka refleksja.

Dwa tygodnie przed Świętami Wielkanocnymi wyświetlił mi się artykuł lokalnej firmy oferujący „świąteczne menu”. Sprawę badałem już pod względem ekonomicznym, ale chyba faktycznie problem leży nieco głębiej.

Kwestie cen można traktować jak ponury żart, bo kurczak w galarecie za 110 zł/kg, czy baleron za 100 zł/kg oznacza przebitkę zupełnie bezsensowną i oderwaną od realiów ( mówimy o garmażerce). A restauracje? Poczynają sobie jeszcze lepiej. Sałatka jarzynowa – 70 zł/kg, żurek – 45 zł/l (dwa talerze), szynka (wędlina) – 140 zł/kg, jajko z chrzanem za 10 zł/szt – ceny chore przy dostawie na wynos (za którą dodatkowo płacimy albo przyjeżdżamy sami). Tyle wiemy – jajko kosztuje w hurcie ok. 1 zł, szynka przy przełożeniu z samochodu dostawcy zyskuje 100%, a jarzyny po pokrojeniu, wymieszaniu z majonezem i śmietaną 500%.

Ale pozostaje aspekt praktyczno-organizacyjny. Skoro oferta istnieje, co więcej dość szeroka (wszystkie garmażerki, cukiernie, wiele knajp), ktoś z niej regularnie korzysta. I czas na odrobinę filozofii, w dwóch płaszczyznach.

Pierwsza – porcje. Może to i dobrze, że święta nie oznaczają już uczty rodem z „Wielkiego żarcia”, ale wyliczane restauracyjne menu na osobę jak mawia mój szwagier „pachnie malizną”. Znajdą się w nim: dwa jajka (podzielone dla niepoznaki na cztery połówki), 3 plasterki szynki z pastą jajeczną, 2 plasterki pasztetu, 80g sałatki jarzynowej (porcja wielkości 3 połówek jajka), 100g ciasta (czyli bardzo mały kawałek). W sam raz na śniadanie. Kiedy dodamy danie gorące – 250 g żurku (porcja na pół talerza), biała kiełbasa z ziemniakami mamy podobno obiad i śniadanie. Nie znam dorosłego mężczyzny, a tym bardziej nastolatka, który w Wielkanoc do 16 zje jeden kawałek ciasta odpowiadający wagą dwóm średnim kromkom chleba. Czego to dowodzi? Że przy stole siądą dwie osoby z niewielkim apetytem, na poważnej diecie. Prawdopodobnie ludzie starsi i samotni. Nastąpiła drastyczna zmiana społeczna, którą widać właśnie w takich przypadkach.

Drugi temat – czas, chęci, umiejętności. Przygotowania były zawsze częścią wszelkich świąt. Wyprawy do sklepu, zatrudnienie męża do choćby prostych prac podkuchennego (obieranie i krojenie warzyw do sałatki, ogórków do sosu tatarskiego, kręcenia maku, ubijania białek mikserem), spędzanie całego dnia w kuchni, porządki. Miały też wymiar wspólnotowy, działała cała rodzina. Ale wiadomo – każda z tych czynności wymaga czasu, bo krzątanina zaczynała się już w Wielką Środę. I teraz w wielu domach tego czasu brakuje. Nie mieszka w nim babcia-emerytka, dzieci, czekające na rytuał, a często są to wręcz zapracowane gospodarstwa jednoosobowe. I łatwiej nawet zarobić te 160 zł/os. (cena wspomnianego menu) niż poświęcić trzy popołudnia, całą sobotę i niedzielny poranek. Wreszcie umiejętności – kucharz ze mnie żaden, nie mam też pasji mojej żony (która nawet sos tatarski robi sama), ale powiedzmy sobie szczerze, większość półproduktów kupimy (sos tatarski, majonez, wędlinę, kiełbasę, żurek), a ugotowanie jajka, zrobienie pasty jajecznej i zawinięcie jej w plasterek szynki, ugotowanie ziemniaków do białej kiełbasy, pokrojenie warzyw, zwłaszcza w ilości przedstawionej powyżej (80g sałatki jarzynowej/os.) – nawet ja potrafiłbym wykonać takie menu, z wyjątkiem ciasta – do kupienia w każdej piekarni. Tak płynnie przechodzimy do chęci. Skoro ilości wspomniane powyżej, kucharski leszcz jak ja, byłby w stanie przygotować w 2 godziny (menu śniadaniowe dla 4 osób oznacza godzinę roboty z nakryciem do stołu, a odgrzanie żurku i kiełbasy, obranie ziemniaków i ich ugotowanie – drugą), może wcale nie chodzi o czas, lecz o brak ochoty? No nie wiem, zaangażowania, pokazania, że jednak odrobinę zależy. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle coś organizować? Wsiadamy do auta, jedziemy nad morze albo w góry, na śniadanie schodzimy do restauracji (lub idziemy do knajpy), na obiad podobnie, i niczego nie udajemy. Wiele rodzin woli jednak zamówić i położyć na stole „swoje” (plus wykonać zdjęcie stołu na insta) niż przyznać, że nie ma ochoty uczestniczyć w pustych gestach. Gorzka refleksja.

Żeby ją osłodzić, na koniec pochwała mojej żony i teściowej. Obie jak zwykle naszykowały tradycyjne święta, bez porcjowania, wydzielania, z ładnie zastawionym stołem, stale czynnym od śniadania w niedzielę do podwieczorku w poniedziałek. Litościwie odpuściły „kucharzom z bożej łaski” czyli teściowi i mnie, włączając w pracę jedynego przedstawiciela broniącego tu honoru mężczyzn – posiadającego sporo kulinarnej inwencji szwagra. Kompromisem wobec tradycji było spędzenie poniedziałku nad jeziorem, zamiast w domu.

Młodzi nie chą mieć dzieci? Statystyka kontra propaganda.

Zacznijmy od podstaw. Kogo uważam za młodego? Człowieka pomiędzy 25 a 35 lat. Wystarczająco dorosłego, żeby podejmować decyzję i już w teorii samodzielnego, ze skończoną edukacją. Jednocześnie ludzie w kolejnej kategorii wiekowej 35-45 lat także są zdolni biologicznie do posiadania dzieci.

Jeżeli spojrzymy w ten sposób możemy dokonać porównania – czy więcej dzieci rodzi się w przedziale 25-35 czy 35-45? Nie ma takich danych. Wiemy, że pierwsze dziecko rodzą kobiety średnio 28-29 letnie. Często jest to ostatnie. Widziałem dane z 2022 r. Kobiety po 35 r.ż urodziły niespełna 20% dzieci. Po 40-tce tylko 2% porodów. Jednocześnie rodzi coraz mniej kobiet niesamodzielnych (nastolatek i przed 25 r.ż). Przyczyn jest kilka, natomiast trudno uznać, że dzieci rodzą dzieci, albo ciężar dbania o demografię przeniósł się na wiek średni. Statystyka przeciwko propagandzie.

Jednocześnie coraz więcej młodych par dzieci mieć nie może. Odsetek sięga 20%. Jeśli skorelujemy go ze zmniejszającą się liczbą kolejnych roczników (tzn. 40-45-latkowie to wyż demograficzny, a 25-latkowie – niż) oraz różnicami liczby kobiet i mężczyzn w wieku rozrodczym w różnych miejscach (drastyczna przewaga kobiet w wielkich miastach i mężczyzn na wsiach) dojdziemy do wniosku, że zapaść demograficzną zafundowali nam nie młodzi, a starzy. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. To oni stworzyli świat drogich mieszkań, niepewnej pracy, wyzysku, zapierdolu. Prof. Matczak podał receptę – praca po 12 godzin, żeby się dorobić. Nie zgadzam się z nią i nie winię młodych za lenistwo. Koszt posiadania i wychowania dziecka stał się ogromny. Zarówno finansowy, jak i czasowy. Jak poświęcić popołudnia dziecku, kiedy siedzi się w pracy? Jak spełnić wszystkie oczekiwania społeczne? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy dziadkowie nie włączają się do pomocy.

Mieszkanie czy wykształcenie? Co jest lepsze dla dzieci.

Bartek poruszył w komentarzu ważny temat – granice poświęceń dla dzieci. Zmusił mnie tym samym do odkurzenia i wykończenia prawie gotowego szkicu.

Zacznijmy od określenia czym jest „wykształcenie”. Ja użyję tego słowa w jednym sensie – uzyskanie dyplomu akademickiego. Należy je odróżnić od „kwalifikacji” czyli nawet formalnego, ale nieakademickiego papierka (np. tzw. świadectwa kwalifikacji). Nie każdy się z tym zgodzi, ale chcę zwrócić uwagę – uprawnienia elektryczne po technikum nie uznaję tu za wykształcenie.

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy dyplom zdobywało 3% populacji był on coś wart. Dzisiaj, gdy studiuje podobno 80% młodej populacji, nikomu nie zaimponujemy magisterką. Socjologowie nie zostaną managerami w korpo, albo taka kariera stanowić musi wyjątek. I tym sposobem docieramy do sedna rozważań.

Otóż „dyplom” może nie mieć żadnego sensu, jeżeli nie przekłada się na pozycję rynkowo-zawodową. Znacznie lepiej mieć ” papier na koparkę” i zacząć pracę w wieku 20 lat niż po magisterce z filozofii pracować w call center. Z tych 80% wykształconych, rzeczywistą korzyść ze studiowania odniesie może 1/3. Reszta zginie w morzu sfrustrowanych, wykonawców prostych prac, które za chwilę (no dobra, dłuższą chwilę) wykona AI. Już dzisiaj w biurze spora grupa młodych dostaje pensję minimalną. Mniej niż magazynier, albo kasjerka z Biedronki.

Ponieważ to blog finansowy zaczniemy od kosztów.

Ile kosztują studia w obcym mieście. Minimum, na państwowej uczelni i dziennie – 3k/m-c. Przez 5-letni cykl – 180k. Grubo.

Ile kosztują płatne studia w obcym mieście. Dodajmy do 180k jeszcze 30k i mamy 210k.

Ile kosztują studia medyczne w obcym mieście. Zamiast 5 lat, studiuje się 6 lat, trzeba sporo dokupić, zainwestować w intensywne korki. Liczymy.

Opłata – czesne – 70k x 6 lat =420k

Utrzymanie – 4k x 6 lat x 12 miesięcy = 288k

Korepetycje od 7-klasy SP do matury. 1.5k x 6 lat x 10 miesięcy = 90k.

Suma 798k.

Ile kosztują studia zagraniczne. Wbijamy na wysoki poziom.

Czesne – 420k (a może nawet x 2),

Utrzymanie – 600k,

Korepetycje – 90k,

Suma 1,11 mln.

Zobaczcie jakie kwoty wyliczyłem. Minimum 180k, maksymalnie powyżej miliona. Te 180k nie gwarantuje absolutnie niczego. A jeśli potraktujemy studia jako inwestycję, oczywistym jest, że oczekujemy zwrotu. Jeśli go nie będzie, marnujemy pieniądze. Znam całkiem sporą grupę ludzi, którym studia nie dały nic. Zarabiają sobie 4-5 k netto, nie pracując w wyuczonym zawodzie. Czysta strata. Posłuchali „musisz mieć dyplom” i wtopili. Powoli docieramy do sedna. Otóż są studia, które gwarantują zwrot. Medycyna, budownictwo, informatyka i w nie warto inwestować. I pojawia się kolejny problem. Nie chcę nikogo urazić, ale każde dziecko nadaje się na lekarza, kierownika budowy czy programistę. Tutaj decydują cechy intelektualne (IQ znacznie powyżej średniej, zdolności w danej dziedzinie), emocjonalne (znam przypadki załamań nerwowych studentów wyjeżdżających do innego miasta, albo wspomaganie się amfą, kogoś kto nie wyrabiał) i wolicjonalne (obowiązkowość, dążenie do celu itd.). Nie każdy je ma w wystarczającym stopniu. Wyższa matematyka nie oznacza wykucia się, a żeby skończyć medycynę trzeba mieć doskonałą pamięć. Z konia roboczego nikt nie zrobi zwycięzcy Wielkiej Pardubickiej. Zbyt wiele widziałem nad-ambitnych rodziców, którzy zwyczajnie zajeździli dziecko. 3 treningi w tygodniu, do tego 3 języki po 2-3 godziny, korki z 3 przedmiotów, a czasu na odpoczynek brak. Orka od poniedziałku do soboty po 10 godzin (plus odrabianie prac domowych i nauka własna). W efekcie od książek od 8 do 24 lasował się mózg, nie istniał czas na życie prywatne, rówieśnicze. I taki średnio zdolny przechodził przez podstawówkę na piątkach, dowoził jeszcze w liceum, a wysiadł na studiach. Problem. Niezmiernie trudno ocenić własne dziecko. Warto zapytać specjalisty, bo rodzice mylą się w dwóch kierunkach. Mam kumpla, który syna ze średnią 5.2 określa jako mało ambitnego, ponieważ powinien mieć 5.4 i być najlepszym w klasie. W drugą stronę – wielu ludzi uważa własne dzieci za geniuszy, chociaż w istocie są przeciętne. Wracamy do tematu, żeby ładowanie kasy w studia dzieci miało sens, muszą znacznie wystawać w tej dziedzinie ponad średnią. Krótko mówiąc – przypadek 20% rodziców. Pozostali kasę na „wykształcenie” zmarnują, bo nigdy się nie zwróci.

A mieszkanie? No cóż, każdy potrzebuje mieszkania, dziecko ma dach nad głową i poważny start. Co więcej, kupienie mieszkania w dużym mieście, a zwłaszcza w Big Five, daje gigantyczną przewagę na starcie. W obecnym świecie, gdy 10% populacji (nie wiem czy nie zawyżam), albo 20% dzieci klasy średniej dostanie własny kąt (bez kredytu) niesamowicie ułatwiamy potomstwu życie. Czy umie z tego skorzystać, zupełnie inny temat. Wróćmy do kasy. Moje doświadczenie to trochę ponad 400k we Wrocławiu. Kolega syna, który takiego mieszkania nie dostał, albo wyda 3k na najem (i będzie tak robił do śmierci), albo przez 30 lat zapłaci 2.400 zł raty. Nawet te 2400 zł (plus 80k na opłaty i „pakiet startowy, które pewnie rodzice zbiorą), równa się sytuacji pensji większej o 1/3 średniej krajowej brutto. Lewica powie „ogromna i nieuczciwa przewaga bananowego synka”. Dlatego, pomimo iż studia w innym mieście kosztują „ledwie 180k” a mieszkanie „aż 450k” rozważmy zakup (o ile nie mamy wyjątkowego zdolniachy).

Na koniec wracam do koncepcji Bartka czyli „wypruwanie sobie żył dla dziecka”. Osobiście sądzę, a rozmawiałem na ten temat z bezdzietnymi i dzieciatymi, iż posiadanie potomstwa daje ogromnego kopa do gromadzenia majątku. Brak dziedzica w wielu gasi ambicje finansowe. Trumna nie ma kieszeni, więc po co zbierać, jeżeli nie dostanie tego „krew z krwi i kość z kości”? Dobre pytanie. Nie warto.

Jeśli jednak dzieci mamy, pojawiają się dwie szkoły: wypruwać sobie żyły, bo i mnie rodzice coś dali, albo „do wszystkiego doszedłem sam, więc i ja nie dam”. Obie mogą stać się źródłem poważnych problemów. Głupie i źle wychowane dzieci nie docenią gestu, że ojciec/matka z klasy średniej, odejmuje sobie od ust, ogranicza konsumpcję, żeby dzieciom zapewnić przewagę. Mądre dzieci – podziękują. Tu już problem wychowania, także finansowego. Przypomina mi się piosenka pewnego punkowego zespołu z młodości „….Przeze mnie ojciec opadał z sił, matka już dawno w grobie, nie mieli przecież dla kogo żyć…”.

I wreszcie dla wielu powiem herezję – wcale nie trzeba sobie wypruwać żył. Lepiej ruszyć głową niż ciężko pracować. I znów odwołam się do własnego doświadczenia. Dwaj synowie mają mieszkania, na trzeciego też czeka. Wszystko było przeciw mnie: duża rodzina, niska pensja żony. Wielu lepiej zarabiających, zdolniejszych nie kupiło, a my tak. Co zrobiliśmy inaczej? Trzy rzeczy.

Kupiliśmy bardzo wcześnie. Dwa pierwsze, gdy dzieci były w przedszkolu, trzecie w 2017 r. Tym samym mieliśmy okazję korzystać z procentu składanego, wzrostu wartości itp.

Nie trzymaliśmy się kurczowo nierealnych scenariuszy a kombinowaliśmy. 2 mieszkania były w naszym mieście, trzecie w górach. Kiedy warunki uległy zmianie, synowie wyjechali, bez sentymentu sprzedaliśmy. Wielu zmuszało dzieci do objęcia „krwawicy” dla której „wypruwano sobie żyły”. Generowano konflikty zamiast przynosić radość.

Wykorzystaliśmy lewar. Tani zakup, kredyt, własna praca i efekt gotowy. Mieszkanie w górach kupiliśmy za 220k, z czego wyłożyliśmy gotówką 40k (20k opłaty około nabywcze). Sprzedaliśmy za 450k, a minęło 6 lat.

I mieć ciastko i zjeść ciastko.

Zbieramy na wkład własny. Kupujemy mieszkanie we Wrocławiu za 450k (cena, opłaty, remont). Z tego rata kredytu 2400 zł. Wynajem za 3000 zł – podatek – naprawy. Wychodzimy na zero. Dokładamy 600 zł (zamiast 10 godzin korepetycji/m-c, albo 4 godzin matematyki) jako nadpłatę i dziecko po maturze ma swoje mieszkanie. Realnie – za 600 zł. Przez 19 lat? 7200 zł x 19 lat=136 800 zł. Z wkładem własnym 90k- trochę ponad 200k.

Na studiach tworzymy kolejnego samograja. Wynajmujemy innym studentom istniejące 2 pokoje (dziecko zostaje w trzecim). Czynsz 2k wystarcza na pokrycie koszów. Studia w innym mieście kosztują nas 0 zł. Teraz, jak 70% absolwentów, może sobie studiować coś spoza „finansowej triady” (medycyna, informatyka, budownictwo). Dziecko i ma ciastko (mieszkanie) i zjadło ciastko (wykształcenie). Na studiach tego nie uczyli.