Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 9 – Oszczędny Milioner

Chłopska dieta… w mieście. Koszt.

W lipcu trochę pisałem o chłopskiej diecie. Jej głównymi składnikami były: mąka, mleko, ziemniaki w późniejszych okresach – jajka, tłuszcze (smalec, słonina) oraz pewne ilości mięsa. Często dodawano wszystko to, co wyrosło w ogrodzie – owoce, warzywa. W lipcu żyłem „po chłopsku” na wsi. Sierpień wydaje się idealnym czasem na chłopską dietę w mieście.

Jadłospis w zasadzie się nie zmienia. Różnica jedna – większość trzeba kupić. W lecie – łatwo i tanio, w zimie – drogo i trudno, stąd przydadzą się przetwory. Decyduje się iść w tym kierunku.

Spróbujmy ułożyć przykładowy jadłospis i obliczyć jego koszt.

Śniadanie – zupa mleczna z kluskami (zamiennie ryżem, gryką)/podpłomyk z pomidorami,

II Śniadanie – chleb ze smalcem i ogórkiem,

Obiad – Kluski z serem i skwarkami/placki z cukinii/ziemniaki ze skwarkami,

Podwieczorek – jogurt domowy z owocami,

Kolacja – chleb ze smalcem.

Teraz składniki – dla jednej osoby:

  • mleko 0,45 l = 1,5 zł,
  • mąka 0,4 kg = 1 zł,
  • 1 jajko – 1 zł,
  • smalec 0,1 kg – 1 zł,
  • owoce i warzywa (do jogurtu i na przekąskę 0,4 kg) – 3,2 zł.
  • Razem: 7,7 zł.

Zszokowała Was ta kwota? Jeśli dodamy jakąś kawę (0,8 zł szt), herbatę (0,5 zł/torebka) i wyjdzie pewnie z 10 zł dzień, co daje 300 zł/m-c.

A kalorycznie? Mąka 1400, smalec 600 mleko, 180, jajko 150, owoce 100. W sumie 2430. Całkiem nieźle. Gdyby dorzucić jeszcze trochę owoców/warzyw, wyszłoby idealnie.

Teraz zastanawiacie się, jak to możliwe, że ludzie w mieście wydają 1000 zł/jedzenie/osobę? Odpowiedź brzmi prosto – ponieważ nie jedzą po chłopsku. Potrawy mączne zastąpiliśmy mięsem (widziałem badania 1,5 kg mięsa miesięcznie), nie jemy podpłomyków (koszt produktu – 40gr za 150g, tylko kupiony chleb, czasem w cenie 5 razy wyższej), kluski/ziemniaki (4 zł/kg) zastąpiliśmy ryżem w torebkach (10 zł/kg), a przede wszystkim coraz więcej w naszej diecie potraw przetworzonych. Ceny za pizzę już podawałem, frytki (porcja 300g za 9 zł, nijak ma się do ceny produktu 4 zł/kg ziemniaków), piwo w barze kosztuje kilkanaście złotych, a w sklepie 4 zł. Do tego gotując w domu mamy kontrolę nad całym procesem – ile tłuszczu użyliśmy (i jakiego), ile cukru, soli, a u kogoś, no cóż, nie wiemy.

Dlatego proponuję wrócić do korzeni, będzie i zdrowiej, i taniej.

O ojcostwie konkretnie. Zarabianie pieniędzy. O chciwości. Gdzie leży granica?

Dzisiaj pokażę moje własne spojrzenie na granicę angażowania się w zarabianie pieniędzy. Postaram się zrobić to maksymalnie praktycznie. Mam nadzieje, że się uda.

Motywem jest przywoływana dwukrotnie na blogu książka „Ślady ojca. Przewodnik po budowaniu więzi”. Po komentarzu Turbiny długo zastanawiałem się w czym leży problem, dlaczego poza błędami merytorycznymi, tak mocno ta książka mnie odrzuca. Z jakiego powodu, nic nie skorzystałem z tych 200 stron? Czym jeszcze, czego wcześniej nie dostrzegłem, różni się od książki Dobsona. I już wiem. Kupując książkę nazwaną „Poradnik”, „Podręcznik”, „Przewodnik”oczekujemy praktycznej porady. Konkretnego wskazania- co robić, jak robić, kiedy robić. Dr Dobson to potrafił – mówił do męża – przynajmniej raz dziennie powiedz swojej żonie, jak jesteś szczęśliwy, że ją masz, także jako matkę waszych dzieci.. Natomiast ks. Maliński i ks. Grzywocz (w zasadzie – ten drugi in absentia), o dość ważnej sprawie – gdzie u ojca przebiega granica pomiędzy „zapobiegliwością”, „pracowitością” a „chciwością” czy wręcz „pracoholizmem”, odpowiada w następujący sposób.

„Prawdziwy ojciec troszczy się, ale nie robi tego
zbytnio. Bo owszem trzeba zabiegać o to i owo, ale
miarą tej troski jest to jedno słówko – „zbytnio”. Bóg
nie mówi: „Nie troszczcie się o nic”, Jego apel brzmi:
„Nie troszczcie się zbytnio o wszystko, co dopiero
nastanie, o to, co będzie jutro, co będzie pojutrze”
(por. Mt 6,25-34).”

a potem po chwili, jeszcze:

„Ciągły lęk – „Czy podołam? Czy utrzymam rodzinę?” – nie sprzyja wychowaniu. Dziecko, patrząc na
ojca siedzącego z głową między rękami i wpatrzonego w dal, a do tego z wypisaną na czole myślą:
„To się nie uda. Nie ma szans, by się dobrze ułożyło. Nie wiem, jak przeżyjemy jutro, pojutrze…”, nabiera
przekonania, że życie to ciąg wydarzeń nieuchronnie zmierzających ku katastrofie. Prawdziwa troska ojca
jest natomiast pięknym darem, z którego wydobywa się nadzieja na to, że wszystko się dobrze ułoży.”

Czyli zamiast konkretów, mamy opowieść o skrajnym przypadku nieudacznika i nieostre znaczeniowo nic nie mówiące zwroty „nie troszczyć się zbytnio”, „Prawdziwa troska”. I tu leży pies pogrzebany. Zero konkretów. Nie „Przewodnik”, czy rady lecz zestaw przypowieści. Pojawiają się też słowa, takie jak „zawierzenie”, ale mają one oczywiście religijny a nie materialny charakter i nie będę się do nich odnosił.

Czas jednak wrócić do tematu i opracować go konkretnie, bo mężczyźni zazwyczaj są oczekują konkretu, a nie nawijania makaronu na uszy. Forma? Pytanie + odpowiedź.

Pytanie 1. Ile trzeba zarabiać, aby było „wystarczająco”?

Tu posłużę się wielokrotnie powtarzaną na blogu prawdą „średnia +20%. Czyli ojciec rodziny 2+2 w klasie średniej. powinien zarabiać tyle, żeby z żoną mieli razem 2,4 średniej krajowej. Na każde dziecko powyżej dwóch, dodatkowo 40% średniej.

Kiedy można mniej? Gdy ma się odziedziczone/podarowane/spłacone mieszkanie/dom. Gdy żyjemy faktycznie oszczędnie, wtedy wystarczy i 1,5 średniej krajowej na rodzinę oraz zdolność do szybkiego podniesienia wypłaty.

Pytanie 2. Co materialnego koniecznie musimy dzieciom zapewnić?

Dach nad głową, jedzenie do syta, ubrania, wakacje, potrzeby edukacyjne (każdy inne, ale: zajęcia dodatkowe minimum jedne, korepetycje – jeśli potrzebne, własny komputer). Do tego dodałbym jeszcze, w klasie średniej: własny pokój dla każdego dziecka w wieku nastoletnim, a na pewno oddzielny dla dziewczynek i chłopców.

Pytanie 3. Co warto jeszcze dołożyć dziecku?

Dobrze też dać coś dziecku „na start” – wkład własny na mieszkanie, jakąś działkę pod budowę, kasę na rozkręcenie firmy. Może pierwsze auto, mieszkanie.

Pytanie 4. Jakie dary będą wyrazem „zbytniej” troski?

Wszystkie, które chcą dziecko ustawić na całe życie. Czyli gotowa firma, nieruchomości na wynajem, szpanerski wóz, ślub w tropikach. Takie podarunki są dobre wśród bogaczy, do klasy średniej nie pasują, albo wymagają całkowitej rezygnacji z życia rodzinnego.

Pytanie 5. Ile czasu ojciec powinien spędzać w pracy?

Tu łatwo nie będzie. Zacznijmy od pytania – co uważamy za pracę? Etat, zlecenie, freelance, dg, własną większą firmę i każdy sposób zarabiania na życie. Dolnej granicy – nie ma. Znam niepracujących 40-latków. Żyją z kapitału spadkowego. I dobrze, są skutecznymi ojcami, obecnymi w życiu dzieci.

Druga strona – ile maksymalnie? – dopiero zaczynają się schody. Odpowiedź „tyle, żeby mieć czas dla dziecka”- brzmi jak rada ze „Śladów ojca”, niewiele z niej pożytku. Powiem tak. Należy mieć czas: na wspólną zabawę, rozmowę, pokazanie dziecku świata (majsterkowanie, gotowanie, ogrodnictwo, czytanie), obecność na ważnych wydarzeniach (zawody sportowe i inne, ślub, imieniny, urodziny, święta). Czyli: 1-2 godziny dziennie w czasie aktywności dziecka i naszej (czyli powrót o 18 i dwie godziny drzemki – odpada), oraz minimum jeden dzień weekendu wolny. W praktyce, dajemy radę z ojcostwem jeśli przebywamy w pracy (z dojazdem) – 8-11 godzin dziennie i ok. 50-55 godzin tygodniowo. A co ma zrobić marynarz, kierowca zawodowy w transporcie międzynarodowym albo ktoś pracujący systemem „14 dni w Norwegii”, „14 dni w domu”? Przez czas spędzany na miejscu, być z dziećmi na 100%. Maluchy odprowadzać i przyprowadzać z przedszkola/szkoły, chodzić do kina, na kinderbale, planować wspólne zabawy. W trakcie pobytu w pracy – codziennie kontaktować się przez urządzenia.

Stąd główna uwaga. O jakości ojcostwa, wbrew temu co się twierdzi, do pewnych granic, nie decyduje sama ilość pracy. Ktoś, kto nie pracuje, ale cały dzień spędza na kanapie przed telewizorem będzie gorszym wzorcem niż ratujący ludzi na SOR-ze w wymiarze 300 godzin miesięcznie, albo ścigający się w maratonach na całym świecie. Pierwszy będzie, ale nieobecny i nieistotny. Drugi, tylko nieobecny. A nieobecni mogą kształtować nasze życie, o czym wiedzą Ci, których ojcowie zmarli wcześnie, czasem nawet przed wiekiem nastoletnim dziecka. Taki ojciec mógł być punktem odniesienia przez całe życie. Z tego powodu, opowieść o bezwzględnym złu płynącym z nieobecnego, zapracowanego ojca, wydaje się z gruntu fałszywa. On też kształtuje w jakiś sposób swoje dzieci. Ponieważ ojcostwo nie ma jednego wymiaru – materialnego i warto o tym pamiętać.

Pytanie 6. Na czym polega chęć zysku i chciwość?

W starych książkach religijnych możemy znaleźć takie dwa zdania, na temat jaka praca zakazana była w niedzielę: Niekonieczna albo podejmowana z chęci zysku i chciwości. Nie jak w Talmudzie – żadna. Z niekonieczną mamy prościej – nie muszę dzisiaj sprzątać, mogę to zrobić jutro. A chęć zysku i chciwość? Tu napotykamy większe trudności. Jeśli idziemy do pracy, w niedzielę (dla ludzi areligijnych – w czasie przeznaczonym dla rodziny), ważna jest nasza motywacja. Czy zamierzamy gromadzić bogactwo? Kupić coś zbytkownego? Jeśli tak, podejmujemy pracę z chęci zysku i chciwości. Przecież w pozostałych godzinach (określiłem je jako 50-60 tygodniowo) zarabiamy. I ma wystarczyć. W klasie średniej i tak samolotu sobie raczej nie kupimy. Maybach nam niepotrzebny.

Chciwość to też spowodowanie, że wdowa z pominięciem własnych dzieci, przepisze na nas mieszkanie. Wyrzucenie brata z mieszkania, żeby samemu je zająć. Domaganie się 30% marży albo całkowitego zwolnienia z podatków, podczas gdy inni je płacą. Dyktowanie astronomicznych cen, które druga strona umowy zapłaci pod przymusem psychicznym. . Pożyczanie na wysoki procent (lichwa). Budowa pałacu kosztem darmowych robotników i dotacji państwa, podczas gdy to nie ma na leczenie ludzi z raka. Opowiadanie (autentyczna opowieść z mojego miejsca pracy) zdegradowanego dyrektora, że jak to obniżyli mu płacę, a teraz nie ma na prywatne studia medyczne dla dziecka. Ustalanie sobie wynagrodzenia za chwilę pogadania, na poziomie tygodniowych zarobków specjalisty. Przykłady mógłbym mnożyć, nasze portale internetowe są ich pełne. Codziennie.

Pytanie 7. Jak się chronić od chciwości?

Generalnie metody są dwie.

Pierwsza – prostsza – znaleźć człowieka (dla faceta będzie to przyjaciel lub własna żona), który sprowadzi na ziemię, gdy przegniemy. Drugi facet, poklepie po plecach i powie np. tak” Nie p…l, że żal ci kasy, nie wychodziliśmy razem całe lata, dzisiaj musimy się napić”, a żona wrzuci tysiąc koniecznych wydatków, z których wypada nam zaakceptować przynajmniej 100. Tak, mądra kobieta dobrze chroni przed chciwością.

Druga trudniejsza, bo wymagająca poważnej autorefleksji, polegająca na stawianiu samemu sobie pytań. Np. takich jak Buddenbrookowie: Czy jeśli wejdę w ten interes, będę mógł spać po nocach? Negatywna odpowiedź oznacza, że jestem chciwy, chcę dostać więcej niż słuszne, robię coś źle. Kolejne: Co poświęcę i czy warto? Bo żeby coś kupić, odłożyć zawsze trzeba coś innego poświęcić. Czasem słusznie (nie palę papierosów, a kasę przeznaczam na książki, albo nie kupuję kawy na mieście, żeby odkładać na emeryturę, albo uprawiam warzywa na działce, żeby za oszczędności kupić dziecku mieszkanie), a czasem niesłusznie („w świecie za funtem, odkładał funt na Toyotę przepiękną aż strach”, pracuję po 10 godzin dziennie, żeby sfinansować operację powiększenia biustu żonie). Wreszcie ostatnie – niezmiernie ważne pytanie – test chciwości – czy pracuję i odkładam po coś (na jakiś cel) czy dla samego odkładania. Warto sobie je zadać. Ja robię to regularnie i koryguję w ten sposób kurs.

O klasie średniej raz jeszcze. Wywiad z naukowcem (Forbes).

Całkiem niedawno ukazał się taki wywiad https://www.forbes.pl/life/tak-snobuja-sie-30-i-40-latkowie-musza-udowadniac-wyzszosc-pieniadze-nie-wystarcza/z6ktsfs z doktorem n. hum. Uniwersytetu Wrocławskiego. Spłycenie analiz i, nazwijmy rzecz po imieniu, kretyńskie wnioski skłaniają mnie do napisania kolejnego tekstu z tagiem „filozofia”.

Zawsze mnie uczono, że naukowiec to określone metody, język, oraz rozwaga w sądach (plus przestrzeganie swoich kompetencji, żeby jak prof. Strzembosz czy prof. Czarnek nie opowiadać głupot w dziedzinach, o których nie ma się pojęcia). Nie wszyscy trzymają się standardu, tutaj jednak przekroczono wszelką miarę.

Po pierwsze – klasę średnią przedstawiono jako grupę aspirantów, pijących wino, ganiających z festiwalu na festiwal i snobujących się na klasę wyższą. A wyższą – jako bandę nierobów. Czyli od razu kompletne błędnie. Klasa średnia, w zależności od sposobu definiowania obejmuje bowiem albo wszystkich o określonych dochodach (może to być i glazurnik, byle zarabiał wystarczająco dużo), albo ogranicza się do inteligencji (pracowników umysłowych z wyższym wykształceniem, wykonujących zawody eksperckie). Czyli wywiad jest o klasie średniej, której …. nie ma. Ponieważ ta grupa snobów to część inteligencji – fragment odłamu nazywanego przeze mnie „korposzczurami”. W rzeczywistości nie 55 % (przy kryterium dochodowym) obywateli RP, lecz może 5%.

Po drugie – klasa wyższa jako banda nierobów, polega na niehistorycznym i niesocjologicznym założeniu, że klasy wyższe składały (i składają się) z próżniaków, przekierowujących nadmiar czasu w kulturę i styl życia. A „klasa wyższa” ma też podklasy – wpływowi profesorowie, wybitni lekarze, wysocy urzędnicy (posłowie, ministrowie), prezesi i dyrektorzy korporacji, zarządzający własnymi firmami, a nie tylko rentierzy, landlordzi i  podobne „pasożyty”. Wielu z nich „zapierdala” nawet ciężej niż niejeden z klasy średniej. Dyrektor handlowy korporacji jeździ po całej Polsce, w domu pisze raporty – ten gość jest zawalony robotą od świtu do zmierzchu. Tim Ferriss, amerykański pisarz-przedsiębiorca wprowadził na salony NR-ów – ludzi dysponujących pieniędzmi i wolnym czasem. Nie ma wśród nich typowych przedstawicieli klasy wyższej – dyrektora banku, ministra czy profesora-chirurga, a są drobni przedsiębiorcy, freelancerzy. Dlaczego? Ponieważ właściciele firm, najemni zarządcy, lekarz pracują po 10-16 godzin dziennie. Najwięcej w mojej rodzinie na pracę poświęca moja kuzynka – profesor medycyny. O 8 jest w klinice, wychodzi koło 14, zjada obiad i idzie do gabinetu, przyjmuje pacjentów do 19, a potem wraca do domu, zjada kolacje i pracuje naukowo do 24. Jeździ też na festiwale literatury. Ja, przedstawiciel klasy średniej i wolnego zawodu, mam czas na wieś, a ona bywa tam może 4 dni w roku. Czas mają rentierzy, celebryci-artyści i landlordowie – grupa nieliczna, choć widoczna.

Po trzecie – pogląd dra Lewińskiego – przyjęcie, że te podziały klasowe są sztuczne, a przedstawiciele klasy średniej – inteligencji-salariatu muszą coś udowadniać, dokonując wyborów aspiracyjnych. Uważna lektura paru książek socjologicznych, oraz trzymanie się własnej specjalności, pozwoliłoby kłopotów uniknąć. Pozostanie przy dystynkcji amerykańskiej – dochodzie – również. Klasa średnia w USA pozostaje bowiem bardzo szeroka. Znajdą w niej miejsce i miłośnicy grilla/piwa – właściciele warsztatu samochodowego jak i nauczyciele akademiccy, urzędnicy, czy pracownicy korpo wybierający raczej styl życia opisany w wywiadzie jako  „udowadnianie”. Wracając do błędnej tezy, dorobek polskiej socjologii pokazuje, że klasy, w naszym rozumieniu,  różni właśnie styl życia. W USA pokazuje to Nomadland czy „Za grosze…” – klasyka reportażu wcieleniowego (przedstawiciel klasy średniej ukrywa swoją tożsamość i zaczyna pracować jako klasa niższa).U nas chyba jeszcze nikt tego nie zrobił. Poprzestaliśmy na literaturze fikcji (Radek Rak) lub historii (Ludowa Historia Polski) a nawet herstorii (Chłopki, Hanka).

I są to różnice rzeczywiste, a nie wydumane. Wiem to, ponieważ codziennie żyję w kulturowo-społecznej polifonii. Widzę, że zupełnie inaczej żyje, konsumuje, patrzy na świat,wybiera nauczyciel/pracownik naukowy, a inaczej  korposzczur czy lekarz. Koleżanka z roku – żona profesora dziwi się światu, w którym byli trójkowi uczniowie są dziś zamożnymi biznesmenami, a naukowcy klepią biedę. Odmienności wykazują też właściciele małych firm usługowo-produkcyjnych (nazwani  niesprawiedliwie „Januszami biznesu”), niejednokrotnie bez matury lub po technikum. Wiem to, ponieważ mam przyjaciół w każdej z tych grup. Ci ostatni istotnie w znacznej części skupiają się na zarabianiu (dzięki czemu mają często kilkanaście razy większe dochody niż nauczyciel) piją wódkę/piwo, słuchają disco-polo, robią w weekend grilla, a gdy pojadą na wakacje dzielą czas między plażę i knajpę. Tak zostali nauczeni i takie mają potrzeby. Nie ma w tym nic złego. Już ich dzieci uczą się języków, kończą studia, wybierają inne zawody i… jak w PRL-u inteligencja z awansu, zmieniają klasę.  Natomiast „klasa średnia-inteligencja” dzieli się na dwie grupy. Pierwsza – bazuje na wiedzy, ale niejednokrotnie cierpi na brak kasy. Należą do niej  młodsi nauczyciele, pracownicy naukowi-humaniści, niżsi urzędnicy. Czują rozgoryczenie i wracają do źródeł z wieku XIX, jako we własnym wyobrażeniu „arystokracja ducha”, patrzą w książki, kompensując nieumiejętność zarabiania. Oni nie piją whisky lecz właśnie wino, czytają poezję, jeżdżą na festiwale i są w tym autentyczni. To nie jest żadna poza, jak twierdzi dr Lewiński lecz pełne przekonanie. Wreszcie silna grupa (w ogóle cała ta  „klasa średnia-inteligencja” to ledwie 8-15% populacji) – posiadaczy wykształcenia i sensownego dochodu, składa się z pracowników korpo, tzw. inteligencji technicznej, średnich urzędników, wolnych zawodów (lekarzy, prawników, księgowych, weterynarzy itp. Konsumenci whisky, książek wycieczek do źródeł kultury europejskiej (wycieczki objazdowe – nie tylko leżenie na plaży i picie w barze), zdyscyplinowani w 90% wyborcy KO. I znowu, oni wcale nie jeżdżą aspiracyjnie – mają rzeczywiste potrzeby, czują łączność z Europą „Kultury”, Cyceronem (oraz, coraz rzadziej, z Watykanem).

„Bezinteresowne znawstwo”  cechuje tę grupę, tu nie ma miejsca na fikcję. Bliżej im do Pierre’a Bourdieu czy Didiera Eribona niż mechanika samochodowego z małym, ale własnym warsztatem, co jest cechą „klasy” w tradycyjnym pojęciu (marksowski robotnik z Łodzi też lepiej czuł się z metalurgiem z Lille niż własnym pryncypałem-fabrykantem). Niezrozumienie, że tak właśnie jest, dyskwalifikuje oceny dra Lewińskiego, którzy przypisuje je snobowaniu, a wręcz jak mówi „obowiązkowi snobowania”. 

Po czwarte – kompletna aberracja czyli krytyka „kompetencji eksperckich” czy „bezinteresownych zainteresowań” jak nazywa je naukowiec. Bez jaj. Prosty człowiek wie, że kiedy praca – to praca, kiedy zabawa – na całego. I potrafi się bawić. Jest w tym coś z „Wesela”. Przy czym rozrywką klasy średniej-inteligencji jest właśnie poszerzanie horyzontów w dowolnej dziedzinie. Niech będzie to kawa, piwo, historia sztuki – bez znaczenia.

A Wy co o tym myślicie? 

Jeden problem, dwa światy. Jak w takiej samej sytuacji patrzą „młodzi wykształceni z wielkich miast” i oszczędny przedsiębiorca.

Mamy dwie rodziny. W pierwszej, oboje małżonkowie pracują w korpo. Zarabiają całkiem sporo, jak na średnie miasto – 15k. Ich jedynym majątkiem jest niewielkie mieszkanie. Kupują większe. W drugim przypadku – ludzie utrzymujący się z firmy, dającej średnio 30k, majątek stanowią budynki przynoszące dochód, właśnie wznoszą kolejny. Problem – wykończenie lokali.

„Młodzi wykształceni z wielkich miast” planują kupić gotowe, nawet kosztem +2k/m2, co oznacza 200 tys. zł kredytu więcej. „Oszczędni przedsiębiorcy” wybierają inną opcję – samodzielne wykończenie, gdzie się da i zlecenie reszty, jak najtaniej (co oznacza lokalne małe firmy). Dzięki temu wykończenie wyniesie 1,2k/m2, przy 200 m2 ma to znaczenie. Wszystko finansują gotówką.

Pozornie 200 tys. zł kredytu, przy dochodach 15k i braku innych obciążeń (pierwsze mieszkanie sfinansowali rodzice, były też jakieś oszczędności), nie stanowi problemu, przecież „mini-ratka” to tylko 1600 zł, a znajomi biorą po 800k i płacą 6000 zł. Podobnie w przypadku przedsiębiorców. 160k dla kogoś, kto zarabia miesięcznie 30k, to są trzy kwartały oszczędności. Oni jednak myślą inaczej. Po co brać ludzi, skoro jest martwy sezon, a pan domu potrafi sporo zrobić. W cyklu życia (to ich kolejny budynek), te kwoty się kumulują, poprzednie dwa wygenerowały oszczędności pozwalające kupić trzecią działkę. Zresztą w ogóle warto żyć oszczędnie, wg moich szacunków za 25% sporych dochodów.

Te dwa style życia pokazują w długim okresie wyraźną różnicę. Korposzczury czują się panami życia za 15k netto, przedsiębiorcy przy dwa razy większych zarobkach, nie świrują z wydatkami, uznawanymi za niekonieczne. Swoje robi też różnica w dochodzie. W efekcie jedni oszczędzą 45k, drudzy 240k. Te roczne kwoty kumulują się, stale przyrastają. Po 40 latach, jedni dadzą dzieciom wykształcenie i kasę na wkład własny do mieszkania, drudzy działające biznesy i przykład. Następcy (akurat w obu przypadkach – dwójka dzieci) zaczną w zupełnie innym momencie. Jeśli powtórzą styl życia rodziców – któż to wie.

Co może trzydziestolatka, czyli sprawa mieszkaniowa po raz nie wiem który.

W jednym z portali, przeczytałem taki list https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g . Pełen oskarżeń wobec złego świata i chciwych ludzi. Autorstwa kobiety, tyle sfrustrowanej, niesprawiedliwej jak i po prostu wk…. . Sytuacja nie stała się tak beznadziejna, jak u Filipa Springera w „13-tu piętrach.”

Oszczędzę Wam całego jadu, pięciu akapitów na temat g…. nych mebli w wynajętym, kto zechce przeczyta całość. Generalnie list krąży wokół domorosłej diagnozy i pomysłów na jej rozwiązanie. Opis stanu rzeczy brzmi – najemcy mają ciężko (a pisząca – w szczególności), płacą chore pieniądze za byle jakie mieszkania. Rozwiązanie – zakazać wynajmowania mieszkań kupionych na kredyt. A teraz moje uwagi.

Fundamentalna i fałszywa teza listu brzmi – wynajem jest obecnie droższy niż kredyt, droższy o marżę właściciela. Może jestem czepialski, ale pani chyba nie wie, ile teraz kosztuje mieszkanie w dużym mieście. Moja bratanica właśnie sprzedała swoje „trzydzieści kilka metrów i dwa pokoje” – typowy PRL, a gdzie nam tam do Warszawy, za … 420 tys. zł. Kredyt na takie mieszkanie (a trzeba jeszcze mieć wkład własny, choć te 10%, więc kwota kredytu 378 tys. zł) – kosztować będzie łącznie ponad 1 mln zł (czyli 2/3 raty to odsetki), a sama rata wyniesie minimalnie 2700 zł. Wynajem takiego mieszkania od 1500 zł + czynsz,który przecież nie trafia do kieszeni właściciela lecz spółdzielni. Czyli kupując dzisiaj „inwestycyjne” właściciel dokłada 1200 zł plus koszty zakupu (kolejne 5-10%). Tyle w moim mieście. W Warszawie jest jeszcze gorzej. Taki sam lokal kosztuje 700 tys. zł, co oznacza ratę 4400 zł (i 140 tys. zł „na początek), a wynajmiemy go za 3500 zł. Na start w plecy, cały wkład własny i 900 zł miesięcznie. Więc nie, kredyt nie jest tańszy niż wynajem. I nagle cała narracja się sypie.

To może weźmy „stary” kredyt? Mój kumpel zapłacił 480 tys. zł kilka lat temu za 60 m2. Rata dzisiaj (gdyby nie nadpłacił) 1700 zł. Wynajmuje za 2000 zł minus 200 zł czynsz do wspólnoty i 170 zł podatku. No i go mamy – spekulant. Nie. Ponieważ wpłata własna wynosiła …. 280 tys. zł. Pożyczył tylko 200 tys. zł. Gdyby pożyczał 90% wartości płaciłby dzisiaj 3500 zł.

A „bardzo stary kredyt”, tak stary, jak historia z listu – sprzed 12 lat. Ówczesna cena mieszkania 1 pokój, 38m2 – 180 tys. zł, kredyt 150 tys. zł, rata dzisiaj 1100 zł, wynajem za 1500 zł, ale jeśli odejmiemy 200 zł do wspólnoty, i 130 zł podatku, „krwiopijca”, po 12 latach (wtedy dało się wynająć za 1000 zł minus opłaty) zarabia …. 70 zł. Więc chodzi o kredyt sprzed wielu lat. Główna teza opiera się na manipulacji porównania dzisiejszego najmu z kredytem sprzed wielu lat..

Przyznacie jednak, że czynsz w wysokości 3000 zł za 2 małe pokoje w Warszawie może wyglądać strasznie. I tu dochodzimy do sedna. Warszawa. Nikt nie każe zajmować solo dwóch pokoi. Kawalerkę na Żoliborzu wynajmiemy za …. 1500 zł (ciemna kuchnia, ogłoszenie na Włościańskiej) plus 600 zł do spółdzielni „na koszty”, ale te ponosimy także kupując. Przy pensji 4000 zł netto zostanie nam jeszcze 2500 zł na wydatki (w tym niestety utrzymanie mieszkania – czynsz, ogrzewanie, prąd, internet itp.). A może lepiej szukać gdzieś na prowincji. Kawalerka w Kaliszu – 600 zł plus cena drogiego ogrzewanie prądem – pewnie 300 zł miesięcznie, więc za 900 zł mamy własne 23 m2. Żaden kredyt nie będzie tańszy.

A teraz druga bzdura listu – zakaz wynajmu mieszkania kupionego na kredyt, bo to pompuje ceny i „tak robią fliperzy”. No więc droga trzydziestolatko. Fliperzy kupują za gotówkę, żeby zaraz sprzedać. Oni w ogóle nie wynajmują, ani się nie kredytują. Nie robią tego, ponieważ, jak udowodniłem, wynajem jest tańszy niż kredyt. Fliperzy nie mają więc większego wpływu na rynek najmu, a utrudniają zakup. Co więcej zakaz wynajmu mieszkania kredytowanego kompletnie nie ma sensu. Od takiego zakazu mieszkań na wynajem nie przybędzie (a twierdzę, że wręcz ubędzie, bo deweloperzy zbudują mniej). Ceny najmu nie spadną.

Co więc robić? Nie koncentrować się na Warszawie, iść tam gdzie taniej. .To właśnie jest ta trzecia droga. Poza Warszawą i wielkimi miastami też jest życie. Może trzydziestolatek nie ma zdolności kredytowej w stolicy, ale spokojnie da radę w Rudzie Śląskiej, Zamościu czy Sławie. A i przy okazji, proszę podziękować geniuszom od ekonomii z ostatnich 8 lat. Doprowadzili do wzrostu cen mieszkań, dwoma mechanizmami. Pompując koszty budowy (horrendalnie podrożały działki, materiały budowlane i praca) oraz zasypując rynek tanim pieniądzem, który poszedł w nieruchomości.

Rozmowa z wieloletnim kadrowcem. Kto ma gorzej, przedsiębiorca czy pracownik?

Ten wpis powstał na kanwie mojej dyskusji z osobą zajmującą się kadrami i płacami u pracodawcy. Koleżanka nigdy nie przepracowała godziny na swoim, rodzice całe życie w budżetówce. Niemniej jednak z racji zawodu, wydawało się, że ma świadomość, jak funkcjonuje system podatkowo-składkowy. Jak widać nie do końca.

Zaczęło się od jej stwierdzenia, jak to właściciel firmy ma dobrze, płaci niskie podatki niż pracownik, a jeszcze wszystko „wrzuca w koszty”. Pracownik, w trudzie i znoju pomnaża dochód innych, a do tego płaci większość podatków i składek. I to niesprawiedliwe. Ponieważ mam zwyczaj prowadzenia dyskusji poprzez pytania, zadałem pierwsze:

Ja: A ile składek i podatków płaci pracownik? Padła odpowiedź – 23,75% plus 12/32% podatku (poza kwotą wolną). Od 90 tys. zł (średnia krajowa) ok. 26 tys. zł (21,4+4,6). Zostanie mu 64 tys. zł. Od minimalnej ok. 50 tys. zł. – już 13 tys. zł(12+1), a na rękę 37 tys. zł.

I wtedy wyliczyłem sytuację mikroprzesiębiorcy z wysoką marżą. Gdybym zarobił 90 tys. zł, musiałbym zapłacić – 23% VAT (17 tys. zł), do tego składki ZUS – 18 tys. zł, lokal (niech będzie 12 – minimum), telefon, internet (2), komputer i oprogramowanie (6) zdrowotną 9% (3), podatek dochodowy (0,5). Zostanie mi nie 63 tys. zł, a 31,5 tys. zł.Połowa dochodu pracownika. A przy pensji minimalnej? 50 tys. zł – VAT (9,5) ZUS (nadal 18), lokal i reszta – 20, zdrowotna 1, dochodowy 0. W kieszeni zostaje …. 1,5 tys. zł. Pracownikowi 24 razy więcej.

A ile zapłacą podatków i składek? Pracownik na średniej pensji – 26 tys. zł. Przedsiębiorca na podobnej – 38,5 tys. zł. Jeśli porównamy minimalne – odpowiednio – 13 tys. zł i 28,5 tys. zł. Tyle o opodatkowaniu biznesu i pracy. Idźmy jeszcze dalej. A gdyby obaj zarabiali po 300 tys. zł? Pracownik opodatkowanie 32% (minus kwota wolna) zmieni w pewnym momencie na 56% (drugi próg), a następnie na 41% (odcięcie składek). Właścicielowi firmy VAT pozostanie na stałym poziomie (liczony od góry ok. 19%), dojdzie 9% zdrowotnej i stawka liniowa 19% (tu ma kwoty wolnej) czyli w sumie 41% od całości i jeszcze śladowy ZUS (zrównoważony kosztami). Wyliczmy na liczbach. Przedsiębiorcy zabiorą 41% czyli 123 tys. zł. Pracownikowi: 34 tys. składek ZUS, 24 tys. zł zdrowotnej, oraz 68 tys. zł podatku. Razem 126 tys. zł. Dopiero na poziomie 300 tys. zł brutto obciążenia podatkowe mniej-więcej zrównają się.

Nadal jednak przedsiębiorca nie ma płatnego urlopu, ponosi ryzyko, wreszcie urządza sobie sam stanowisko pracy (w moim zawodzie minimum kilkanaście tysięcy zł rocznie). Tego koleżanka nie była świadoma. Można oczywiście optymalizować, iść w spółkę, nie płacić zdrowotnej. Są zwolnienia z VAT-u (akurat nie w mojej doradczej branży).

I jeszcze jedno. Pracownik z 300 tys. zł dochodu dostanie emerytury ok. 4 tys. zł przy przepracowanych 40 latach, a właściciel firmy – minimalną (1,5 tys. zł). Pomimo, że płacili identyczne podatki. Tyle było gadki.

Jednak, jak wielokrotnie pisałem, nie pracownicy, lecz przedsiębiorcy mają ostatecznie większe prawdopodobieństwo zostania ludźmi zamożnymi. Uczciwie mówiąc, również w drugą stronę, prawdopodobieństwo bankructwa także. Dlaczego tak się dzieje?

Powód pierwszy. Pracownicy zarabiają mniej za godzinę. W mojej branży stawka godzinowa stawka zaczyna się od 100 zł/h+VAT na fakturze. Pracownik dostaje mniej bo nawet 50 zł brutto. Przecież pracodawcy też musi coś zostać. Znajdę oczywiście firmy doradcze, które kasują klienta na 500 zł/h+VAT, a pracownikowi płacą 100 zł brutto.

Powód drugi. Związany z pierwszym. Jeżeli ktoś robi sam i zatrudnia jeszcze 5 pracowników dostaje zysk ze swojej godziny i godziny każdego zatrudnionego. W ten sposób zarabia 100 (swoje) + 5*50 (pracownicy) tj. 350 zł za godzinę. Swoista premia za ryzyko.

Powód trzeci. Przedsiębiorcy pracują wydajniej. Jeżeli rozliczają się nie za godzinę lecz za efekt, umieją zrobić więcej w krótkim czasie. Ja, jako pracownik wykonuje zadania przydzielone. Byłbym głupi, gdybym domagał się kolejnych, bo to oznaczałoby, że pracuję za innych. I pracodawca płaci mi za 8 h dziennie, a ja te zadania wykonuję w 2-3 godziny, pozostałe 5-6 siedzę lub robię inne rzeczy. W firmie kliencie rozliczają się za efekt, więc jeśli zrobię coś w 2 godziny, to sześć godzin mam wolnego. To motywuje do wydajności.

Powód czwarty. Możliwa optymalizacja podatkowa jest większa niż dla pracownika. Ryczałt, liniowy, skala. Tylko ta trzecia forma dostępna jest pracownikowi. No i nawet jeśli ponosi koszty uzyskania przychodu większe (bo np. dojeżdża 60 km dziennie, a to oznacza benzynę i parkowanie) dostanie je w wysokości zryczałtowanej. Standardowo – 250 zł/m-c. A wydaje znacznie więcej (sam bilet parkingowy 300 zł). Tu mikrofirma ma lepiej.

Jeszcze raz o całkiem innym modelu życia.

Ostatnio trafiam na coraz więcej artykułów atakujących korpożycie, nawet w głównym nurcie. Chyba dotarło i do mainstreamu, że model – 8-10h + 2 dojazdu, rata 5k za mieszkanie, 2k samochody, nawet za pensję dwóch osób ok. 15k netto, powoli się wyczerpuje. No cóż, najpierw zaczęła rozumieć ten fakt nasza starsza młodzież.

Wielu z dwudziesto-, trzydziestolatków patrzy na starszych kolegów, własne możliwości i dostrzega rzeczywisty stan rzeczy. Korporacja wysysa siły. Zabiera czas (z dojazdem, bez nadgodzin) nawet nie 9-17, ale 8-18, przez 5 dni w tygodniu, od skończenia studiów do emerytury (lekko licząc – przeciętnie 40 lat). Dodatkowo może nas w każdej chwili zwolnić, nawet jeśli niedawno zatrudniała (przykład z Krakowa). Zostaniemy z ręką w nocniku, kompletnie nieprzygotowani z trzymiesięczną pensją albo i dwutygodniową, jeśli pracowaliśmy krócej. Trudno jest zaczynać od zera po 50-tce, a może tak się trafi. Owocowe czwartki, benefity, podróże służbowe, tęczowe piątki, a nawet elastyczny czas pracy, guzik nam dają, bo zawsze zostaje 10h poza domem plus czasami niepłatna przerwa lunchowa w środku, co oznacza już 11 h. Generalnie brak życia poza weekendem i 26. dniami urlopu, nawet jeśli nie ma nadgodzin i zawracania głowy poza czasem pracy. Do tego dochodzą kwestie finansowe. Niby fajnie, pensje dobre, dla seniora znacznie powyżej średniej krajowej, ale młody przecież zaczyna od juniora. Przyjąłem ok. 7,5k na rękę (ok. 11k brutto) na osobę czyli 15k na parę, co uważam za wizję optymistyczną. I teraz popatrzmy na wydatki:

  • kredyt hipoteczny 5k,
  • 2 auta – 2k (optymistycznie),
  • jedzenie – 2 k (z Panem kanapką),
  • opłaty domowe – 1 k,
  • styl życia (ubrania, prezenty, wakacje, konsumpcja na poprawę humoru) – 4k.

Zostaje „na luz” 1000 PLN. Da się oczywiście ściąć, zwłaszcza jedzenie, styl życia, ale jak powiedziałem – zarobki planowałem optymistycznie.

Alternatywy w postaci „Janusza” w ogóle nie rozważam, bo to w średnim mieście 4k na rękę i gigantycznych wymaganiach (brak urlopu, bezpłatne nadgodziny), co przy racie 3k prowadzi do szybkiego wypalenia w zawodach umysłowych.

Pozostaje jeszcze budżetówka, gdzie płacą „minimalna na początek”, a 4-5 k na rękę po 20 latach, ale jeśli mamy szczęście, pół dnia przesiedzimy albo będzie jak w korpo, a z mniejszą pensją. Zyskamy też prawo do L4 (średnio – 3 tygodnie w roku), może roczną nagrodę, jakąś kasę na święta. Wbrew pozorom dla kogoś, kto chce dorabiać lub ma własne mieszkanie bez kredytu (ew. akceptuję wynajem pokoju), to nie jest głupia opcja. Dodatkowy bonus średniego miasta – krótki czas dojazdu i robi się niecałe 9h zamiast 11 (z bezpłatną przerwą). Praca zaczyna się wcześniej i o 16 możemy już być w domu (korpo 18-19).

Własna firma w większym rozmiarze, dla większości oznacza podobny zapieprz jak w korpo, chyba że wyznaczamy wysokie marże lub akceptujemy 5k na rękę. Wiem, bo prowadzę dg na pół gwizdka, a i tak poświęcam sporo czasu. Obecnie, żeby włożyć do kieszeni 7,5k potrzebujemy zarobić minimum 17k. ( 1,5 k na ZUS, plus VAT, plus PIT, plus zdrowotna, jakiś lokal, inne koszty). Czyli przepracować faktycznie 170 godzin miesięcznie za 100 zł/h (równowartość etatu). Gdy dodamy czynności administracyjne (faktury, ofertowanie), dojazdy na spotkania, rozmowy z klientami, zrobi nam się 200 godzin miesięcznie minimum. Nikt nam nie da urlopu, musimy go sobie wywalczyć, pracując np. w weekend. Wiadomo, są mikrofirmy wysokomarżowe, które zapewniają właścicielowi stawkę i 500 zł/h. Można zatrudnić pracowników i na każdym zarabiać 50 zł/h, ale doświadczamy wtedy zupełnie innego ryzyka (np. ciąża, płatne urlopy, L4, czas na nadzór, błędy i nauka na nasze konto). Czy faktycznie nie da się inaczej?

Pewnie, że się da. Uświadomić trzeba jednak sobie, że oznacza to porzucenie „marzeń korposzczura” czyli wakacji w tropikach, citybreaków, apartamentów, aut za 200k. W bonusie odzyskamy czas, który trzeba umieć wykorzystać. Mrzonki? Aby jeszcze raz zobrazować różnicę, posłużę się prawdziwym przykładem. Tak prawdziwym, że aż szokującym, obalającym jednocześnie tezy lewicy i PiS „kto ma, ten dostał od rodziców/dziadków” i liberalnej prawicy „tylko wielkie miasta, tylko korpo albo własna firma”. Trójgłos zandbergowsko-kaczyńsko-mentzentowski można schować do kieszeni, i żyć całkiem inaczej.

Wyobraźcie sobie chłopaka (nie trzeba wielkiej wyobraźni – on istnieje), rodzice nic mu nie dali, zostawili rozwalający się przedwojenny dom z małą obórką, na spłachetku ziemi, która zresztą należała do nich pozornie (niezałatwiona od lat 80-tych sprawa spadkowa z rodzeństwem). Zostawili, za opiekę na starość. Wyjechał na saksy, zarobił, nauczył się roboty w budowlance, przebudował obórkę na swój dom, wziął rodziców pod własny dach, ożenił się.

I w takim momencie zadajmy sobie ważne pytanie. Czy dzisiaj taki sposób działania da się powtórzyć? Moim zdaniem – tak. Dom na wsi, ok. 50 km od dużego miasta, 10 km od powiatowego, wiadomo – do remontu, kosztuje 130 tys. zł. Trzeba zebrać 26 tys. wkładu własnego (max. pół roku roboty na saksach), resztę da się pożyczyć na ratę 800 zł. Albo posiedzieć na zachodzie 2 lata, wrócić i kupić. Inaczej, kupić na raty prywatne za dzisiejszą cenę i wyjechać zarobić. Wreszcie, kupić na kredyt, wyjechać na 1,5 roku i spłacić.

Następnym krokiem będzie remont. Potrzeba sporo pracy własnej i kasę na materiał: okna, ocieplenie, podłogi, drzwi, instalacje itp. Niech będzie 100 tys. zł. Kolejne 2 lata roboty. I w 4 lata dochodzimy do punktu, do którego korporacyjny wyrobnik dociera ok. 55 r.ż. A my mamy ich 25. Zero kredytu, własny dach nad głową. Przypominam – zaczynaliśmy od zera. Dla kogoś, czyj punkt początkowy wygląda inaczej mamy lepszą opcję – zyska czas. Sprzedaż mieszkania w mieście, kasa od rodziców na start, pieniądze z wesela, tego wszystkiego nie brałem pod uwagę.

No i w 25 r.ż zaczynamy. Skromnie da się żyć za 1200 zł//miesiąc/ na osobę, 2500 zł/miesiąc/ na parę. To 15-30 tys. rocznie.

Opcja nr 1. Praca 3m za granicą i 9m luzu.

Opcja nr 2. Jakaś niewielka własna dg, żeby tyle zarobić. Na KRUS-ie.

Opcja nr 3. Lokalne pół etatu dla 2 osób lub tylko jedna pracuje na cały.

Opcja nr 4. Praca dorywcza na miejscu (200 zł dniówką, oznacza tydzień roboty miesięcznie).

Opcja nr 5. Kombinowanie. 900 zł/os. na bankobraniu, drobny handel, naprawa.

Opcja 6. Świadczenia. Zasiłek dla bezrobotnych, zasiłki szkoleniowe, pomoc socjalna.

Para dorosłych ludzi poradzi sobie łatwiej. Jeśli pojawi się dziecko, możliwości ulegają ograniczeniu. Zasadniczo nie zostawimy go przecież na kwartał samego i odpada opcja nr 1. Wydatki idą w górę (nauka, częste zakupy ubrań).
Z drugiej strony, wzrasta strumień pomocy państwa. Nadal jednak dajemy radę, z niewielkim udziałem własnego czasu – nieproporcjonalnego do etatu w korpo. Musimy jednak żyć skromnie.

Jak posiadany majątek wpływa na nasz poziom zadowolenia z życia?

Ten wpis, jak wiele innych, zainspirowany został artykułem. Postawiono w nim tezę, że zadowolenie z życia zależy od doświadczania miłości, stąd wielu bogatych ludzi staje się zrzędliwych i marudnych, a biedni potrafią odczuwać i manifestować szczęście. Osobiście, uznałem taki pogląd za błędny, pokrótce wyjaśniając, dlaczego. Teraz czas na rozłożenie problemu na czynniki pierwsze.

Pytanie: Czy głoszący tezę o miłości jako determinancie szczęścia, stosuje metody naukowe czy anegdotyczne, bądź posługuje się stereotypami?

Pierwsze zastrzeżenie „nienaukowości” dotyczy próby – „badanie” przeprowadzał ksiądz w trakcie corocznej kolędy. A zatem badanymi byli wyłącznie katolicy (jak wskazują wyniki spisu powszechnego nieco ponad 70% mieszkańców Polski), na ograniczonym terenie (jedna parafia, może diecezja) w niewielkiej grupie (kilkadziesiąt, może kilkaset osób). Badań statystycznych nie prowadzi się w ten sposób. Ani nie ogranicza się ich terytorialnie, a próba ma często pow. 1000 pytanych.

Drugie, sposobu prowadzenia „badania”. Generalnie ankiety statystyczne, aby ograniczyć wpływ emocji i zapewnić szczerość, robione są anonimowo. Tu tak nie było. Co więcej „ankieter” miał pewien wpływ na życie pytanych (normalnie, więcej się z nim nie spotykają). „Ankietowani” nie wiedzieli, że biorą udział „w badaniu”, ba sam pytający nie planował ankiety. Każdy mógł dostać inne pytania, a metodą była też „obserwacja”. Rozróżnienie na „biedny” i „bogaty” również musiało polegać na domniemaniu, przecież ksiądz po kolędzie nie pyta o dochody i majątek.

Czwarte, sama osoba badacza. Miłość małżeńską zna z opowieści. Miłości rodzicielskiej doświadczał wyłącznie biorąc ją, a nie dając. Czyli słysząc „brak miłości”, w ogóle nie wiemy o czym mówi. Czy o tym, że nie kochali się małżonkowie, partnerzy? Czy również dzieci były niekochane i same nie kochały rodziców? Jak to stwierdzić w trakcie oficjalnej 10-20 minutowej wizyty? Jak stwierdzano „miłość” w przypadku osób mieszkających samotnie?

Zresztą już sama formacja księdza skłania go do dokonywania ocen wpływu miłości na życie ludzkie. Często słyszy i wyjaśnia słowa Pieśni nad pieśniami ” Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.” Myśl radykalna, ale czy prawdziwa?

Pytanie: Czy doświadczenie miłości, przesądza o zadowoleniu z życia?

Kiedy zapytamy 16-letnią dziewczynę – odpowie nam „tak”. Gdy 60-letniego żonatego mężczyznę, odpowiedzi będą się różnić. Jeden przyzna rację, drugi powie – cieszy mnie własnoręcznie zbudowany dom, wyprawa na ryby, spokój w garażu, szczęście moich dzieci, poczucie spełnionego obowiązku.

A wyniki badań? Mam w biblioteczce taką książkę Liz Hoggard „Jak być szczęśliwym?” opowiadającą o eksperymencie w angielskim miasteczku Slough. Istotnie mówimy o badaniu naukowym wraz z podaniem źródła. I jakie wyniki? „W pierwszym roku małżeństwa poziom szczęścia małżonków gwałtownie wzrasta…. ludzie przyzwyczajają się do małżeńskiego życia i wracają do swojego wyjściowego poziomu szczęścia”. Oraz, co ważne „Osoby pozostające w niezbyt udanych związkach małżeńskich są mniej szczęśliwe niż osoby samotne lub rozwiedzione”, i wreszcie „Jak wynika z badań Mintela 56% samotnych kobiet było bardzo zadowolonych ze swojego życia…. Podobnie twierdziło 46% samotnych mężczyzn”.

Więc wyniki badań naukowych nie potwierdzają tezy o miłości jako determinancie szczęścia.

Pytanie: Czy i w jaki sposób zamożność wpływa na zadowolenie z życia?

I tu dochodzimy do problemu tytułowego. I na to pytanie odpowiedzieli badacze ze Slough. „Powyżej pewnego poziomu dochodu,…., dodatkowa ilość pieniędzy nie zwiększa poziomu zadowolenia z życia” a także „Ogólnie rzecz biorąc bogatsi są szczęśliwsi niż osoby mniej zamożne. ” Przytoczono też zdanie Roberta Franka z Cornell University „Ale szczęśliwy bogacz i tak będzie szczęśliwszy, niż gdyby był biedny” oraz badania czasopisma „Time”, którego czytelnicy (znowu pewna grupa, różna od świętokrzyskiej parafii) umieścili pieniądze dopiero na 14 miejscu w rankingu.

Pod koniec, podkreślono też, z czym całkowicie się zgadzam, że istotne pozostaje „względne poczucie bogactwa” czyli porównanie z innymi, niż ogólny poziom dochodów. A więc człowiek zarabiający 50.000 zł miesięcznie będzie mniej szczęśliwy w otoczeniu ludzi o dochodzie 100.000 zł niż 10.000 zł, pomimo iż jego zarobki się nie zmienią. Podobnie mamy ze stanem majątkowym. Posiadający 2 mln zł uzyska wyższy poziom szczęścia wśród biedaków niż multimilionerów.

Pytanie: Jeśli nie miłość i pieniądze, to co?

I na to odpowiadają naukowcy od eksperymentu „Make Slough happy” – trzeba działać: ruszać się, cieszyć się z tego co się posiada, rozmawiać, zredukować czas przed telewizorem, uśmiechać się, utrzymywać relację z ludźmi, nagradzać się, czynić dobro i posadzić jakąś roślinę lub kupić zwierzę.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część III -W jakim kierunku skierować karierę zawodową, żeby przyzwoicie zarabiać za 10-15 lat.

Kiedy zacząłem myśleć o tym wpisie, przez głowę przeszły mi rady pokolenia moich rodziców i teściów. Brzmiały one: Kończ studia i dostaniesz dobrą pracę. Trzymaj się jej, a będziesz miał dostatnią emeryturę. Jako przyszłościowe kierunki wskazywano: medycynę, prawo, zarządzanie, ale każdy dyplom magistra gwarantował, według tej filozofii, powodzenie. W efekcie młodzi szli na prywatne uczelnie, kształcące humanistów (najtaniej), socjologów, psychologów, z których większość nie miała pracy. Stąd stereotyp absolwenta socjologii na zmywaku w knajpie lub na kasie w markecie. Dlaczego?

Ponieważ ta rada bazowała na czasie przeszłym. Ludzie wchodzący na rynek pracy w latach 90-tych, jeśli zdobyli magistra i umieli angielski robili bajeczne kariery w korporacjach. Szybko, przed 30-tką zarabiali lepiej od rodziców. Sam miałem kolegę, który rzucił studia na SGH, bo jako student dostał pracę w funduszu inwestycyjnym jako zarządzający. Tak to działało. Ale już nie działa. Od 20 lat nie działa.

Dlatego, trzeba wymyślać własną drogę na nowo. A zatem moje rady.

Raczej zapomnij o medycynie i prawie.

Oba te kierunki wymagają poziomu wiedzy i dyscypliny niespotykanego gdzie indziej. Żeby dostać się na medycynę musisz mieć dwa-trzy rozszerzenia na poziomie 80%. Ile znasz takich osób? Oczywiście możesz zawsze pójść do Rydzyka lub na inną „słynną” uczelnię. Tam przyjmują wszystkich. Tylko albo poziom dramatyczny (nie zdasz na specjalizację, a bez niej jesteś nikim), albo wywalą połowę po 1 roku.

Kierunki medyczne nielekarskie mają się nieco lepiej. Poziom odrobinę niższy (choć dalej wysoki) na takiej fizjoterapii, pielęgniarstwie itp. Pensje niezłe, ale roboty multum. Większość pracuje po 250-300 godzin w miesiącu (standardowy miesiąc to 170 godzin). Takie są standardy – także wśród lekarzy. Albo pracujesz jak robot i zarabiasz kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, albo dostajesz trochę powyżej średniej.

Prawo – tragedia. Dostać się łatwiej, ale… bez aplikacji na rynku zarabiasz niewiele (jak lekarz bez specjalizacji), chyba że pracujesz na uczelni (ułamek absolwentów – 3-4 osoby z 300-osobowego roku).Z aplikacją radcowską/adwokacką na początku klepiesz biedę. Przyzwoicie zaczynasz zarabiać po 35 r.ż i tylko wtedy, gdy jesteś dobry (oraz masz szczęście). Rynek został zabetonowany. Podobnie w sądach, prokuraturach, notariacie. Albo masz rodzinę, wielki łeb (jak prof. Matczak), albo nie próbuj.

Kierunki matematyczne.

Jeśli masz zdolności – rozważ. Coraz mniej osób uczy się matmy, a w niej jest przyszłość. Można pracować jako w IT, w sektorze finansowym, ubezpieczeniach. W każdej z tych branż pensje są ponadprzeciętne. Zresztą nawet dobry nauczyciel matematyki spokojnie żyje z korków, a bez większego stresu. Każde korpo przyjmie matematyka z otwartymi rękami i… nieźle mu zapłaci.

Orientując się w liczbach łatwiej odnajdziesz się we własnych inwestycjach. Klucz do oceny ryzyka – rachunek prawdopodobieństwa – przecież czysta matematyka.

IT

Branża IT, zwłaszcza programowanie stale się rozwija. Oferuje, w największym chyba procencie, pracę zdalną. Czyli dasz radę dokonać optymalizacji geolokalizacyjnej – zarabiać w dolarach, funtach, euro, a wydawać w złotówkach, a nawet bahtach. I ta pensja. Nie jest niczym nadzwyczajnym trzydziestolatek z dochodami 10-20 tys., ale Euro.

Nie każdy jednak ma zdolności do skończenia powyższych kierunków. Co wtedy robić?

Skup się na byciu doskonałym rzemieślnikiem

Gdybym nie miał szkoły lub zaczynał teraz – poszedłbym właśnie w tym kierunku. Rzemieślników brakuje, nie ma komu robić. Tak zapomniane zawody jak kowal czy stolarz, świetnie sobie radzą.

Podobnie warto starać się zostać dobrym mechanikiem samochodowym, blacharzem itp. Wszelkie zawody budowlane także nie umrą z głodu.

Pamiętaj o złotej zasadzie inwestycji

Wszyscy wielcy rozwoju osobistego podkreślają – najlepszą inwestycją z najwyższą stopą zwrotu i najmniejszym ryzykiem jest inwestycja w siebie. W sensowne kwalifikacje, rozwój intelektualny, zdobywanie nowego, dobrego i interesującego zawodu. Ona będzie procentować przez dziesięciolecia (czasami 30-40 lat). Mój kumpel ma ojca lekarza, który przestał pracować w wieku 85 lat i tylko dlatego, że zaczął mieć problemy z chodzeniem. Dalej miał propozycje zawodowe, dalej działa mu głowa. Ja, zdobywając kwalifikacje w wieku 37 lat (czyli minęło już 10 lat), zarobiłem dodatkowo +100% rocznie, w tym samym czasie, oraz znacznie ułatwiłem sobie prowadzenie działalności gospodarczej.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.

Pierwsza część poświęcona inflacji miała charakter rad. Dzisiaj pokażę twarde wyliczenia – w czterech opcjach. Catering dietetyczny, kupowane jedzenie na dwa obiad, wszystkie „domowe”, oraz ostatni z własną produkcją. Ciekawi różnic?

Catering dietetyczny.

Przyjmuję cenniki z tej firmy – https://www.zdrowycatering.pl/tani-catering-dietetyczny/lublin/ jako pewne minimum. Dla wegan 41 zł dziennie (czyli ok. 1200 zł miesięcznie) z 3 posiłkami, np. takimi jak

Śniadanie

Śniadaniowa zapiekanka na słodko z twarogiem i owocami

Obiad

Tofu w sosie BBQ z ryżem brązowym i pieczonymi warzywami z sezamem

Kolacja

Zapiekanka makaronowa z warzywami

Generalnie nic wielkiego.

Kiedy przejdziemy do popularnej diety KETO ekonomicznej (za 49 zł dziennie czyli 1500 zł/miesięcznie) za 3 posiłki mamy:

KETO ŚNIADANIE

Sałatka jarzynowa z bułeczką migdałową

KETO OBIAD

Golonko z kapusta zasmażaną

KETO KOLACJA

Keto pizza góralska z serkiem górskim i boczkiem

Nie muszę Wam chyba tłumaczyć, że po takim jedzeniu, ja chodziłbym głodny, zwłaszcza pomiędzy śniadaniem a obiadem.

Ale nie marudźmy skupmy się na liczbach: VEGE 1200 zł, KETO 1500 zł. Za parę już, odpowiednio 2400 i 3000 zł.

Kupowanie posiłków na obiad

Teraz postaramy się te dania przeliczyć na kasę z założeniem, że obiad kupujemy.

Paradoksalnie wyjdzie jeszcze drożej, chyba że porcje są mikroskopijne. W ulubionej mojej golonkarni „Taurusie” lub „Gospodzie Nisko” zjadam porcję golonki za 40 zł. 9 zł z pewnością nie wystarczą na pizzę z boczkiem i oscypkiem oraz sałatkę jarzynową, ale policzmy. Oscypek 3 zł, boczek (10 dkg) 3 zł, reszta pizzy 3 zł, bułka migdałowa 2 zł, sałatka jarzynowa (0,3 kg jarzyn + majonez) – 2 zł. Razem 53 zł dziennie, czyli 1590 zł miesięcznie na osobę. Może wegetarianie mają lepiej?

Obiad niech kosztuje 20 zł (to chyba takie minimum). Do tego dwie zapiekanki – makaronowa i ryżowa. Niech będzie po 100 g ryżu i makaronu (2 zł), 0,2 kg warzyw (1 zł) , 0,2 kg owoców (1 zł) , twaróg (1,5 zł). Wyjadą nam solidne porcje za 5,5 zł. Razem mamy 25,5 zł. I tu okaże się taniej niż catering (765 zł/miesiąc/osoba).Przy dwóch 1330 zł.

Gotowanie w domu.

Już mamy pewne dane. Musimy tylko skalkulować obiady.

Keto-fan zje śniadanie i kolację za 13 zł. A golonkę z kapustą? Niech będzie 10 zł ( 400g golonki 8zł, kapusta 1 zł, jakieś przyprawy, 2 kromki chleba). Dzienny wydatek? 23 zł. Miesięcznie 690 zł. Na dwie osoby 1380 zł. Znacznie taniej niż kupując obiad czy korzystając z cateringu.

Wege potrzebuje na śniadanie i kolacje 5,5 zł. A obiad? Tofu w sosie BBQ z ryżem brązowym i pieczonymi warzywami z sezamem? Tu skorzystałem z wyszukiwarki i wyszło mi 10 zł (gotowca można kupić za 16 zł z serii „Kuchnie Świata”. Mamy więc 15,5 zł/dzień. Ok. 465 zł na osobę i 930 zł na dwie.

Gotowanie w domu z własnych produktów.

Tu mamy pewną zagwozdkę. Nie jestem ekspertem kulinarnym, a raczej analfabetą, ale soi, brązowego ryżu czy golonki w bloku nie wyhodujemy. W ogrodzie zresztą też nie. Stąd część produktów trzeba jednak kupić. Popatrzmy jak dużo.

Wegetarianin ma łatwiej. Na śniadanie i kolację dokupi tylko materiały na twaróg i ryż (1,5 zł), a na obiad: sezam, soję na tofu, brązowy ryż, jakieś składniki na bbq – mnie wyszło 6 zł. Czyli damy radę przeżyć za 7,5 zł dziennie. To 225 zł/miesiąc. Przypominam catering kosztował 1200 zł.

Dieta Keto oparta jest na mięsie i warzywach. Bułeczka migdałowa i sałatka jarzynowa mogą zostać zrobione w całości w domu. Wystarczy kupić migdały (30 g na dwie porcje) i jajka (3 szt), jakiś proszek do pieczenia itp. W sumie ok. 2 zł za osobę i mamy śniadanie. Warzywa, olej, orzechy zioła – swoje. Z obiadem i kolacją już nie pójdzie nam tak łatwo. Do tego pierwszego – możemy mieć własną kapustę, ale golonkę (8 zł) musimy kupić. Z pizzą góralską pójdzie nam łatwiej – własna mąka, olej, warzywa, zrobiony z mleka oscypek (niech będzie mleko krowie – 1,5 zł), ale boczek (3 zł) już trzeba kupić. Razem koszt diety – 14,5 zł dziennie czyli 435 zł/miesięcznie na osobę (870 zł (na dwie).

Napoje.

Ani catering, ani restauracja, ani nasza dieta nie zawiera napoi. Ja wybieram herbatę, kawę i mleko i staram się (ze 100% skutecznością) zmieścić w 2 litrach płynów dziennie (około 3 kawy z mlekiem i 4-5 herbat). Jeśli płacimy tylko za ziarna kawy (50 zl/kg – tj. 0,5 zł za kubek) i mleko (0,3 l dziennie 1 zł). Dodajemy do wyceny 1,5 zł/dzień/osobę tj. 45 zł/miesiąc. Jeśli dokupujemy herbatę musimy jeszcze doliczyć 0,75 zł/dziennie czyli 23 zł/miesięcznie. Razem 68 zł/osoba.

W knajpie będzie drożej (nawet jeden sok/kawa bezmleczna/herbata/piwo do obiadu kosztuje 8-10 zł). A resztę w domu i tak trzeba zrobić. Razem 78 zł/osoba.

Podsumowanie.

Poniżej w tabeli zestawiam wszystkie dane. Porównałem dane już z napojami (zakładając, że przy cateringu robimy je w domu).

Catering dietetycznyObiad kupowany w barzeWszystko robione w domuMaksymalnie dużo własnych produktówRóżnica (najdroższe - najtańsze)
Jedzenie 1 osoba (wege)126816985332931405
Jedzenie 1 osoba (keto)156819587585031455
Jedzenie 2 osoby (wege)2536339610665862810
Jedzenie 2 osoby (keto)31363916151610062910