Jeden problem, dwa światy. Jak w takiej samej sytuacji patrzą „młodzi wykształceni z wielkich miast” i oszczędny przedsiębiorca.

Mamy dwie rodziny. W pierwszej, oboje małżonkowie pracują w korpo. Zarabiają całkiem sporo, jak na średnie miasto – 15k. Ich jedynym majątkiem jest niewielkie mieszkanie. Kupują większe. W drugim przypadku – ludzie utrzymujący się z firmy, dającej średnio 30k, majątek stanowią budynki przynoszące dochód, właśnie wznoszą kolejny. Problem – wykończenie lokali.

„Młodzi wykształceni z wielkich miast” planują kupić gotowe, nawet kosztem +2k/m2, co oznacza 200 tys. zł kredytu więcej. „Oszczędni przedsiębiorcy” wybierają inną opcję – samodzielne wykończenie, gdzie się da i zlecenie reszty, jak najtaniej (co oznacza lokalne małe firmy). Dzięki temu wykończenie wyniesie 1,2k/m2, przy 200 m2 ma to znaczenie. Wszystko finansują gotówką.

Pozornie 200 tys. zł kredytu, przy dochodach 15k i braku innych obciążeń (pierwsze mieszkanie sfinansowali rodzice, były też jakieś oszczędności), nie stanowi problemu, przecież „mini-ratka” to tylko 1600 zł, a znajomi biorą po 800k i płacą 6000 zł. Podobnie w przypadku przedsiębiorców. 160k dla kogoś, kto zarabia miesięcznie 30k, to są trzy kwartały oszczędności. Oni jednak myślą inaczej. Po co brać ludzi, skoro jest martwy sezon, a pan domu potrafi sporo zrobić. W cyklu życia (to ich kolejny budynek), te kwoty się kumulują, poprzednie dwa wygenerowały oszczędności pozwalające kupić trzecią działkę. Zresztą w ogóle warto żyć oszczędnie, wg moich szacunków za 25% sporych dochodów.

Te dwa style życia pokazują w długim okresie wyraźną różnicę. Korposzczury czują się panami życia za 15k netto, przedsiębiorcy przy dwa razy większych zarobkach, nie świrują z wydatkami, uznawanymi za niekonieczne. Swoje robi też różnica w dochodzie. W efekcie jedni oszczędzą 45k, drudzy 240k. Te roczne kwoty kumulują się, stale przyrastają. Po 40 latach, jedni dadzą dzieciom wykształcenie i kasę na wkład własny do mieszkania, drudzy działające biznesy i przykład. Następcy (akurat w obu przypadkach – dwójka dzieci) zaczną w zupełnie innym momencie. Jeśli powtórzą styl życia rodziców – któż to wie.

7 komentarzy do “Jeden problem, dwa światy. Jak w takiej samej sytuacji patrzą „młodzi wykształceni z wielkich miast” i oszczędny przedsiębiorca.”

  1. Nie jestem wyksztalconym ekonomista a slyszalem o skladanym procencie.Jesli korposzczury biorace kredyt na mieszkanie nie slyszaly to lepiej niech odpuszcza.
    Albo-wszystko jedno, przeciez niedlugo mamy miec prawo,ze wolne mieszkanie moga zajac murzynki bambo bo bidne i nie maja gdzie mieszkac, wiec co za roznica.
    Potem bank sobie zabierze za niesplacony jredyt, murzynki bambo beda mieszkac jeszcze kilka lat za free bo ni ma mieszkan zastepczych, bank z frajera bioracego kredyt wydusi wszystko bo sciagalny, i karuzela sie kreci, a kasyno ZAWSZE WYGRYWA. 😀

    1. Słyszałeś, bo się interesowałeś i wiesz jak działa. Oni pewnie słyszeli i … dalej robią tak, jakby składanego procentu nie było. Mieszkanie, zwłaszcza w największych miastach, staje się dobrem dostępnym dla niewielu. Aczkolwiek przewalenie średniej rocznej pensji, bo się nie chce rączek ubrudzić uważam za skrajną głupotę. Zwłaszcza przy dzisiejszych cenach.
      Miałem kilka hipotek w swoim życiu, do tego oprocentowaną pożyczkę prywatną. Już liczę – 5. Uważam, że sporo mi dały. Zawsze jednak starałem się je spłacić sporo przed czasem, ponieważ umiem liczyć.

        1. To chyba nie jest kwestia czasów. Każde mają swoje plusy i minusy. Co mam na myśli? 20 lat temu, oprocentowanie kredytów pozostawało na poziomie takim, jak dziś (aczkolwiek wyższy WIBOR, niższa marża). Ludzie zarabiali mniej – wg średniej trochę ponad 1/4 tego co obecnie. M2 mieszkania kosztował w Warszawie ok. 4000 zł, w moim mieście ok. 2000 zł. Teraz mamy 4 razy wyższe pensje i 4 razy wyższe raty kredytów.
          Różnica? Potencjał wzrostu ceny, który dziś pozostaje znacznie mniejszy. Jeśli wejdziemy na rynek na górce, wiadomo co się stanie. Jeśli wejdziemy za pożyczone, jeszcze gorzej. Natomiast pożyczanie nie oznacza jeszcze dramatu, ani głupoty, o ile mierzy się zamiar na siły i stara minimalizować koszty. Te ostatnie w opisywanym przeze mnie przypadku szybują w górę, bez żadnego uzasadnienia. Płacenie za położenie płytek w łazience 3000 zł z m2 podłogi (co po prostym przeliczeniu daje ok. 250-300 zł m2 płytek), a w Warszawie jeszcze drożej, w sytuacji, w której 70% facetów, przy użyciu dostępnych narzędzi wartych 1500 zł i używanych również w kuchni, przedpokoju, na balkonie, jest w stanie nieźle wywiązać się z zadania, uzasadnienia nie ma, jeżeli zarobki są poniżej 300 zł/godzinę. A taka stawka, dla przeciętnego korposzczura oznaczałaby pensję 51 tys. zł netto/ miesięcznie. A ludzie płacą, bo nie chcą się ubrudzić.
          W przeciwieństwie do Ciebie, nie uważam wzrostu cen mieszkań za spisek, lecz grę deweloperów z rządem. Oficjalnie mówi się o marżach netto 30%. To nie platyna jak w „Psach wojny” lecz spekulacja, oraz myślenie „żryjmy, bo zaraz nie będzie”. Plus ludzkie nieogarnięcie. Gdyby ludzie zamiast kupować, budowali (liczba pozwoleń na budowę domów jednorodzinnych spadła do poziomu sprzed dziesięcioleci) – wszystko miałoby się inaczej. Gdyby szli w kierunku wsi, zamiast miasta, żyliby taniej. Gdyby kupowali stare, zamiast zachwycać się betonem i nowością, minimalizowaliby koszty. Podam prosty przykład. Ostatnio stawałem do aktu notarialnego za klienta. Mieszkanie blisko centrum, moja dzielnica, czyli dobra, w bloku z lat 70-tych (cegła, nie wielka płyta), wprawdzie na 4-tym piętrze, ale z windą, nie mogło się sprzedać za 530, potem 500, poszło za 475 tys. zł czyli ok. 7100 zł/m2. Wiadomo do remontu, ale nie tragicznego (parkiety do cyklinowania i lakierowania, okna wymienione, trzeba zrobić łazienkę, kuchnię, ściany, może częściowo instalację), klatka schodowa – stara. Gdyby na tym samym osiedlu chcieć kupić w bloku z 2000-roku (czyli już 24 lata, nowszych nie ma), wołają co najmniej 10 tys. zł/m2. Na sąsiednim nowe – 12 tys. zł/m2 w stanie deweloperskim. Nie trzeba wyjeżdżać na wieś. I za tę „prestiżowość” nową klatkę (bo wewnątrz da się zrobić współcześnie) dopłacać 350 tys. zł, a potem zamiast dłubać samodzielnie oddać wykończeniowcom jeszcze te 100 tys. zł? Czyli lekką ręką wydać 0,5 mln ponad to, co można (zamiast 575 tys. zł mamy już 1.07 mln)? Nawet garaż w sąsiedztwie da się wynająć lub dokupić za grosze. Ile trzeba pracować na te 0,5 mln? W racie mamy 4000 zł/m-c różnicy. A mówię o mieście, w którym przeciętna pensja wynosi 8500 zł brutto, a posada z 10 tys. zł netto uchodzi za bardzo dobrze płatną. I w tym miejscu leży problem. Tanie mieszkanie wisiało na rynku pół roku, każdy mógł trochę się potargować i kupić o 200 tys. zł taniej niż nowe (albo prawie 70 m2 i trzy pokoje, zamiast małych na 50m2). W tym czasie projekty deweloperskie szły jak woda.

    1. Programy panów Mikiciuka czy Kornackiego oglądałem swego czasu regularnie. Z wiekiem polubiłem marudzącego Pertyna.
      Starali się coś wymyślać … jak wszyscy.Dlatego nie powiedziałbym, że byli (i są) najlepsi na świecie. Reprezentują niezły europejski poziom, nic więcej. Za błysk geniuszu (nie technicznego, lecz designerskiego), uważam Ogara – do dziś pamiętam, gdy jako nastolatek zobaczyłem go w Muzeum Techniki. Podobnie – Syrena Sport. Czesi mieli swoją Tatrę 613, Skodę Rapid, Niemcy Wschodni – przepięknego Wartburga 311 Cabrio. Czym są jednak te cuda wobec pojazdów włoskich czy francuskich (a nawet angielskich), które można liczyć w dziesiątkach? Niemcy zachodni też sporo zrobili (NSU Ro80, Porsche). Tylko Ruscy i Rumuni produkowali albo kopie, albo szkaradztwa.

      1. Akurat w PL nasi nie mieli mozliwosci na pokazanie sie, ale gdzie indziej tak.
        Przyklad-kolej Malinowskiego, ktora podobno byla niewykonalna.
        I wiele wiele innych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *